Przez lata Łukasz Gibała apelował o budowę toru samochodowo-motocyklowego wybranego przez mieszkańców w budżecie obywatelskim w 2015 roku. Gdy prezydent Aleksander Miszalski zapowiedział realizację inwestycji, sprzeciw zaczął płynąć ze środowiska... samego Gibały. Padają nawet zarzuty, że miasto buduje tor „kolesiowi” prezydenta, choć o tę inwestycję mieszkańcy i społecznicy walczyli jeszcze w czasach, gdy Miszalski był dla większości krakowian politycznie anonimowy.
„Gibałowcy” to już nie polityczny styl. To stan umysłu. Najpierw alarm, krzyk i oskarżenia, że miasto przez dekadę nie realizuje toru samochodowo-motocyklowego, który mieszkańcy wybrali w budżecie obywatelskim. Gibała przez lata słusznie punktował kolejne władze Krakowa za bezczynność. Składał interpelacje, pisał petycje, domagał się działania. Przekonywał, że brak toru to nie tylko ignorowanie woli mieszkańców, ale też realny problem bezpieczeństwa.
I miał rację.
Problem zaczyna się wtedy, gdy po latach nacisków miasto w końcu mówi: „budujemy”. Bo wtedy w środowisku Gibały wybucha kolejna awantura. Tym razem nie o brak inwestycji, ale o to, że inwestycja… powstaje.
Dramat w kilku aktach
Przez lata słyszeliśmy od Gibały, że tor jest konieczny. W marcu 2021 pytał Jacka Majchrowskiego, na jakim etapie są przygotowania.
W 2023 roku alarmował, że nielegalne wyścigi i brak odpowiedniej infrastruktury mogą prowadzić do tragedii. Wprost wiązał temat toru z dramatycznym wypadkiem przy moście Dębnickim.
Nielegalne wyścigi samochodowe w Krakowie stanowią poważny, wciąż nierozwiązany problem, który nie tylko godzi w spokój i bezpieczeństwo okolicznych mieszkańców, ale prowadzi też do tragedii takich jak niedawny wypadek przy moście Dębnickim, w wyniku którego śmierć ponieśli czterej młodzi ludzie.
W 2024 roku ponownie pytał już Aleksandra Miszalskiego o harmonogram inwestycji.
W 2025 roku razem z Adą Siudy składał petycję z podpisami mieszkańców i apelował o „jak najszybszą realizację”, podkreślając, że to „wypełnienie woli mieszkańców sprzed blisko 10 lat”.
Apelujemy o zintensyfikowanie prac nad budową wspomnianego toru i jego jak najszybszą realizację. Będzie to wypełnienie woli mieszkańców sprzed blisko 10 lat.
W końcu, w kwietniu tego roku, Miszalski ogłosił, że budowa toru rusz z miejsca.
Tor motocyklowo-samochodowy, zwycięski projekt z budżetu obywatelskiego, na który mieszkańcy czekali od dawna nareszcie powstanie!
To projekt, który pozwoli mieszkańcom rozwijać swoje pasje w bezpiecznych, kontrolowanych warunkach, a także stworzy przestrzeń do szkoleń i wydarzeń motoryzacyjnych. Budżet obywatelski to konkretne decyzje mieszkańców, na które co roku przeznaczamy miliony złotych i które krok po kroku realizujemy.
Ale wtedy do gry wchodzi... podwładny Gibały, radny Rafał Zawiślak i wszyscy kolejną polityczną awanturę! Ogłasza alarmujące komunikaty o braku konsultacji, analiz hałasu i rozmów z mieszkańcami. To już nie jest polityczna konsekwencja. To polityczna schizofrenia.
Zawiślak zapomniał chyba, że budżet obywatelski jest jedną z form konsultacji społecznych. I to jedną z najmocniejszych możliwych. Mieszkańcy nie tylko „wyrazili opinię”. Oni przygotowali projekt, promowali go i oddali na niego głosy. Projekt wygrał. Demokracja lokalna wydarzyła się dokładnie tak, jak powinna.
Nie można konsultować w nieskończoność czegoś, co zostało już demokratycznie przesądzone.
Oczywiście, każda inwestycja wymaga analiz środowiskowych, procedur i rozmów technicznych. Ale robienie dziś politycznej histerii z samego faktu realizacji projektu, którego przez lata samemu się domagało, jest zwyczajnie groteskowe.
Tor dla "kolesia"?!
Jeszcze bardziej kuriozalnie brzmią dziś wpisy Zawiślaka, który próbuje przedstawiać budowę toru jako realizację inwestycji „dla kolesia” prezydenta.
Problem w tym, że ten „koleś”, czyli Szczęsny Filipiak, walczył o tor od ponad dekady. Organizował projekt, promował go, zbierał poparcie i był jedną z osób, która doprowadziła do jego zwycięstwa w budżecie obywatelskim już w 2015 roku. W czasie, gdy środowisko związane dziś z Aleksandrem Miszalskim dopiero budowało swoją polityczną rozpoznawalność, a sam Miszalski był dla większości Krakowian postacią kompletnie anonimową, temat toru był już od lat obecny w debacie publicznej.
Trudno więc dziś udawać, że inwestycja jest nagłym politycznym „prezentem dla kolesia”, skoro jej realizacji domagano się na długo przed tym, gdy obecny układ polityczny w magistracie w ogóle zaczął istnieć.
Najważniejsza jest awantura!
Najbardziej uderza jednak coś innego. W polityce Gibały coraz częściej nie chodzi o rozwiązania. Chodzi o permanentny konflikt. Jeśli miasto nie buduje – skandal. Jeśli zaczyna budować – też skandal. Nieważne, jaka decyzja zapadnie, narracja musi być jedna: awantura trwa.
To właśnie „gibałowszczyzna” w najczystszej postaci. Polityka totalnego sprzeciwu, w której liczy się nie efekt, lecz emocja. Nie rozwiązanie problemu, ale znalezienie kolejnego powodu do oburzenia.
I dlatego mieszkańcy mają prawo zapytać: to w końcu ten tor ma powstać czy nie? Bo jeśli przez 10 lat słyszymy, że inwestycja jest konieczna, a gdy rusza realizacja zaczyna się krzyk o jej realizację, to znaczy, że nie chodziło o tor. Chodziło o politykę.
ZOBACZ TAKŻE: Referendalna hucpa za gigantyczne pieniądze. Gdzie są faktury i rozliczenia?



