• Pozycja: Box 3
Przeczytasz w 2-3 minuty
Referendalna hucpa za gigantyczne pieniądze. Gdzie są faktury i rozliczenia?

Ile kosztuje cała ta referendalna impreza? To pytanie w Krakowie krąży już od miesięcy. I do dziś nie padła na nie konkretna odpowiedź. A właściwie ŻADNA.

Zamiast liczb mamy klasyczny repertuar lokalnej polityki: uniki, kluczenie i opowieści o „społeczeństwie obywatelskim”, „oddolnym ruchu” i „demokracji”. Czyli dużo słów, mało faktów.

Na razie wiadomo tylko tyle, że za całą „zabawę” płaci Łukasz Gibała i jego stowarzyszenie. Przyznał to sam Gibała, a potwierdził Jan Hoffman z komitetu referendalnego.

Ale kiedy pada pytanie: „ile dokładnie?”, nagle zapada cisza.

Ani Gibała, ani Hoffman nie podali konkretnych kwot. Obaj zaczęli mówić bardzo ostrożnie, omijać temat i odpowiadać tak, żeby przypadkiem niczego nie powiedzieć.

W kuluarach mówi się o wydanych od kilku do kilkudziesięciu milionów. Ostrożnym szacunkiem rzucił publicznie poseł Jerzy Meysztowicz. W Radiu Kraków stwierdził, że:

Wydano kilka milionów złotych

I szczerze? To to nie tylko wcale nie brzmi absurdalnie, ale może być kwotą zaniżoną.

ZOBACZ TAKŻE: Meysztowicz: „Rozsądne jest zignorowanie tego referendum”

Mateusz Jaśko jeszcze wczoraj wydzierał się na rolce, że jedna z referendalnych gazetek w formie komiksu trafiła niemal do wszystkich skrzynek pocztowych w Krakowie. Czyli około pół miliona adresów. Do tego dochodzą kolejne tysiące egzemplarzy rozdawanych na ulicach. Nakład jest tak duży, że nawet opłacani kolporterzy nie są w stanie wszystkiego rozprowadzić, dlatego Jaśko apelował o pomoc do „zwykłych mieszkańców”.

– Weźcie wolne i rozdawajcie – darł się jak opętany.

A przecież to tylko wycineczek całej kampanii.

Bo poza komiksami są jeszcze:

  • różnego rodzaju gazety,
  • ulotki,
  • plakaty,
  • billboardy,
  • grafiki w internecie,
  • posty,
  • filmy,
  • czapeczki,
  • materiałowe torby,
  • koszulki,
  • listy rozsyłane do mieszkańców.

To wszystko kosztuje. I to bardzo konkretne pieniądze.

Referendalne słupy

Dlatego „kilka milionów” może być raczej ostrożnym minimum niż przesadzoną kwotą.

Poza tym, gdyby Meysztowicz naprawdę przestrzelił z tymi szacunkami, można się założyć, że już dawno skończyłoby się pozwem i konferencją prasową o „kłamstwach i manipulacjach”. Tym bardziej, że sądy w trybie referendalnym mają 24 godziny na rozpatrzenie sprawy i – jak na razie – organizatorzy referendum chętnie z tego trybu korzystają. Gibała formalnym organizatorem nie jest, ale jest stroną tego referendum, bo i o jego odwołaniu będą decydować mieszkańcy. Tymczasem nie wydarzyło się nic.

Zero pozwów. Zero faktur. Zero transparentności.

A przecież wystarczyłoby pokazać liczby i zamknąć temat.

Tyle że wtedy mogłoby się okazać, ile naprawdę kosztuje ta „oddolna obywatelska inicjatywa”.

Na razie mamy więc klasyczny krakowski model polityczny: dużo moralizowania, dużo wielkich haseł i zero konkretów.

ZOBACZ TAKŻE: Lider z tylnego fotela ucieka przed pytaniami. Gibała boi się rozmawiać

A pytanie „ile kosztuje ta cała referendalna hucpa?” nadal pozostaje bez odpowiedzi. I chyba właśnie dlatego coraz więcej osób zaczyna je zadawać.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także