Przeczytasz w 5-9 minuty
Stanisław Kracik

– Zastanawiam się, co się dzieje z człowiekiem, który posuwa się do takich metod – tak o Łukaszu Gibale mówi dziś Stanisław Kracik. Obaj panowie niegdyś ze sobą współpracowali. Ale ostrze krytyki tymczasowego gospodarza Krakowa sięga znacznie dalej.

W rozmowie z Kanałem Krakowskim pełniący funkcję prezydenta nie gryzie się w język. Ocenia nie tylko kandydatów na prezydenta, ale i byłego włodarza miasta. Przy okazji stawia sprawę jasno: nie wystartuje w wyborach, nawet jeśli zadzwoni sam Donald Tusk.

***

Kanał Krakowski: Wystartuje Pan w wyborach na prezydenta Krakowa?

Stanisław Kracik: Nie, nie wystartuję. Mówię to już kolejny raz…

Może poprzednie nie wybrzmiały zbyt dobrze, skoro temat funkcjonuje w przestrzeni publicznej.

Nie wystartuję. Powtarzam to publicznie nie wiem który raz. A nie wspominam nawet, ile razy to mówiłem w prywatnych rozmowach. Miło słyszeć takie pytanie, ale nie, nie wystartuję.

Stanisław Kracik / fot. Łukasz Michalik

Czyli ludzie namawiają Pana do startu?

Tak, ale myślę, że częściowo jest to grzecznościowe. Niemniej decyzja zapadła i nie ma do czego wracać.

Ile razy przemknęło Panu przez myśl, żeby jednak wystartować?

Ani raz. Spowodowane jest to głównie tym, że start w wyborach wiąże się z przechodzeniem przez całą kampanię wyborczą, która nie będzie ani merytoryczna, ani czysta.

A gdyby nie ta kampania?

Sprawa jest przesądzona. Oczywiście wiem, czego moim zdaniem miasto potrzebuje teraz najpilniej, więc po zakończeniu obecnej służby pozostanie pewien niedosyt, bo ja się identyfikuję z tym co robię. Ale to moja prywatna rozterka. Z deklaracji o niekandydowaniu się nie wycofam.

Czego Kraków potrzebuje najpilniej?

Jedna rzecz jest taka generalna, kierunkowa. Trzeba zmienić sposób myślenia o mieście tak, aby długofalowa perspektywa finansowa Krakowa stała się priorytetem, wyprzedzając podejście skoncentrowane przede wszystkim na realizacji kolejnych inwestycji. Wracam do tego, że środki europejskie były pokusą do tworzenia i budowania inwestycji, takich jak ICE czy TAURON Arena Kraków – ważnych z prestiżowego punktu widzenia, potrzebnych i użytecznych – ale bardzo kosztownych w utrzymaniu. Takich inwestycji poczyniono sporo, ale trzeba je mieć także z czego utrzymać. I taki też powinien być kierunek myślenia.

Druga sprawa to strategia rozwoju miasta i plan ogólny. Należy położyć silny nacisk na to, że miasto musi budować bazę dochodową, budżet, inwestować w pozyskiwanie i przygotowanie terenów, by mieć inwestorów, którzy tworzą miejsca pracy i płacą podatki. Przykładem niech będą decyzje, które podejmowałem 20-30 lat temu, a dziś z dużą satysfakcją patrzę na niepołomicką strefę przemysłową, która ma 650 ha, czyli połowę terenu nowohuckiego kombinatu. Ten teren pracuje dla gminy Niepołomice.

Stanisław Kracik / fot. UMK

Czyli jest Pan za tym, żeby ograniczać wydatki czy wręcz przeciwnie?

Jestem za tym, żeby prowadzić politykę proinwestycyjną. Przy tworzeniu planu ogólnego mamy takie dylematy, że z jednej strony mamy presję deweloperów, bo oni patrzą na demografię i wiedzą, że jeżeli mogą kiedyś jeszcze zarobić, to teraz. Ale nie tylko oni. Właściciele tej części Krakowa poza centrum, w dzielnicach peryferyjnych, jak Wolica na przykład, też chcą przekształcić działki w tereny budowlane. Z drugiej zaś strony mamy presję tych, którzy chcą, by jak najwięcej terenów pozostało zielonych. Pytanie, jak ten kompromis w planie ogólnym zbudować. Czy na pewno myślenie na zasadzie „wszędzie musi być zielono, także tam gdzie jest przemysł, czy usługi” – a jest ono nierzadkie  wśród radnych – jest odpowiednie? Czy nie powinno się z takim myśleniem nieco przyhamować, bo ma ono konsekwencje finansowe dla miasta? Mamy już trzy wezwania do wypłaty odszkodowań. Ta rekompensata, która musimy zapłacić z tytułu zmiany planu zagospodarowania przekracza już 220 milionów złotych.

Widzi Pan jakiegoś kandydata na prezydenta, który ma podobny sposób myślenia do Pańskiego?

Nie znam wszystkich kandydatów. Na razie miałem możliwość rozmowy z jedną kandydatką i jednym kandydatem, który był liderem referendum.

Jan Hoffman.

To była taka miła, kurtuazyjna rozmowa. Dotyczyła między innymi Starowiślnej, więc pewnie dlatego była miła, bo obaj myślimy podobnie.

A jak wyglądała rozmowa z Moniką Piątkowską?

Pani senator pytała mnie, co moim zdaniem jest istotne. Wiem, że przygotowuje się do kampanii,. Przekazałem jej to, co wydawało mi się warte podkreślenia.

Gdybyśmy zostawili tylko tę kandydatkę i tego kandydata, kto wypadł lepiej?

Oczywiście, że dama! I mówię to nie tylko dlatego, że jestem dżentelmenem. (uśmiech)

Monika Piątkowska

Zna Pan też głównego faworyta tych wyborów, czyli Łukasza Gibałę. Dziś jest radnym, ale wiele lat temu wspierał Pana, gdy startował Pan w wyborach na prezydenta Krakowa.

Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin… [wujek Gibały – dop. autor]. Mam nawet jego książkę o Krakowie, z dedykacją.

Ale to było w 2010 roku. Nie śledziłem, co się działo od tamtego momentu aż do 2024 roku, ale – będąc już wiceprezydentem – widziałem kampanię referendalną i muszę powiedzieć, że te gazetki, te insynuacje, te komiksy to jest coś, co nie tylko jest mi obce, ale w ogóle zastanawiam się nad tym, co się dzieje z człowiekiem, który posuwa się do tego typu metod. Jak taki człowiek może się zachowywać jeśli zdobędzie władzę?

Muszę więc zaprzeczyć tezie z pańskiego pytania. Nie znam Gibały, który jest dzisiaj. Znałem takiego, który był kiedyś.

Zastanawiam się, jak zadać to pytanie, żeby nie było wartościujące, ale chyba mi się nie uda znaleźć właściwszego słowa. Ten dzisiejszy Gibała jest „gorszy”?

Niech Pan sam sobie odpowie na to pytanie.

Strona główna „Gazety Wyborczej” po I turze wyborów prezydenckich w 2010 roku. Stanisław Kracik w otoczeniu Róży Thun i Łukasza Gibały.

Z premierem Donaldem Tuskiem jesteście „na ty”?

Jesteśmy, trudno żebyśmy nie byli.

Gdyby zadzwonił i powiedział: "Staszek, wystartuj na prezydenta", to co by pan odpowiedział?

Powiedziałbym to, co odpowiedziałem też panu ministrowi Domańskiemu, gdy zapytał, czy zgodziłbym się być pełniącym funkcję prezydenta. Powiedziałem mu wtedy, że potrzebuję moment, by się zastanowić. Daliśmy sobie godzinkę i odpowiedziałem, że podejmę się tego zdania, jeśli nie oznacza to propozycji kandydowania.

A gdyby to była transakcja wiązana?

Wtedy odmówiłbym. Mógłbym rozważać kandydowanie, gdyby taka propozycja padła, ale absolutnie nie z tej pozycji, na której dzisiaj tutaj jestem. To byłoby granie nie fair wobec miasta. Nie jest to mój sposób funkcjonowania w życiu publicznym.

Godzinę zastanawiał się Pan nad tym, czy zostać pełniącym obowiązki prezydenta?

Tak.

I jak to jest mieć na drzwiach tabliczkę z napisem: "Prezydent Miasta Krakowa"?

Może to być uznawane przez tych, którzy mnie nazywają komisarzem, za nadużycie. Nie ja tę tabliczkę sobie wymyśliłem. Tabliczkę wymyślili prawnicy, którzy wiedzą, że gdyby odwołano i radę miasta i prezydenta, byłby potrzebny komisarz. Natomiast jeżeli rada zostaje, to drugim organem statutowym miasta jest prezydent. W przypadku odwołania wyłącznie prezydenta, podpisuję się jako pełniący funkcję prezydenta. I muszę teraz w pojedynkę „ogarnąć” miasto. Mam wrażenie, że ono funkcjonuje normalnie i wszystkie sprawy we wszystkich dziedzinach idą tak, jak iść powinny.

Drzwi gabinetu Stanisława Kracika

Lepiej się ogarnia miasto z tej pozycji, czy z pozycji wiceprezydenta?

Lepiej z tej obecnej, nie ma co ukrywać. Podejmujesz decyzje i bierzesz za nie odpowiedzialność. Nie ma też takiej sytuacji, w której ten, kto otrzymuje polecenie, czy do kogo ta decyzja jest kierowana, może  jeszcze powiedzieć: "A to ja pójdę do głównego".

Działo się tak?

W Krakowie się podobno tak działo. I tu mówimy o całym ćwierćwieczu.

Czyli także w czasach, gdy był Pan zastępcą Aleksandra Miszalskiego?

Na początku pan prezydent Aleksander Miszalski był przebodźcowany informacjami. Każdy chciał przyjść i wyłuszczyć mu swoje racje. On z kolei miał potrzebę poznania tych spraw w szczegółach, a to było niewykonalne. W efekcie był niekiedy problem z podejmowaniem decyzji, a nieraz decyzje miały zadowolić różne strony.

Czyli nie podejmował decyzji szybko?

To wydłużało czas, ale każdy ma swój sposób i styl sprawowania funkcji.

To zapytam inaczej: kto był lepszym prezydentem – Miszalski czy Majchrowski?

Na to pytanie mnie pan nie nabierze. (śmiech)

Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK

Mówi Pan o sporo o podejmowaniu decyzji. Tymczasem otwieram KrkNews i czytam: "Kracik rozwiązał wszystkie problemy Krakowa w 8 tygodni. Po co nam wybory?".

Nie no, nie zgadzam się absolutnie.

Z którego rozwiązanego problemu jest Pan najbardziej dumny?

To w ogóle nie o to chodzi, by być dumny, bo to nie były takie problemy, które miałbym rozstrzygać jak jakiś wielki strateg. Chyba najbardziej medialny spór dotyczył Starowiślnej, bo tylko na sesji rady miasta trzy razy była próba odwrócenia decyzji i spowodowania, by ta ulica jednak nie była jednokierunkowa. Podjąłem więc decyzję, by zachować ruch w dwóch kierunkach, a jednocześnie nie straciliśmy 82 milionów złotych dotacji z Unii. Starowiślna będzie zielona, infrastruktura torowa i drogowa będzie zupełnie nowa, a remont będzie tańszy…

Zdenerwował Pan tą decyzją chyba całą lewicę.

Powiem tak: nie mogę wyjść z podziwu dla pani radnej Owcy, która wie doskonale, że jeżeli decyzja o jednokierunkowym ruchu na Starowiejskiej byłaby utrzymana, to jedną z alternatywnych dróg dostania się do miasta byłaby ulica, przy której ona mieszka.

Natomiast, jeśli mam być z czegoś w tej sprawie  dumny, to cieszę się, że udało się dojść do porozumienia z aktywistami. Mieliśmy dwa spotkania, ich podpowiedzi i sugestie bierzemy pod uwagę. Sądzę, że będzie to po prostu taki kompromis, dzięki któremu uzyskamy zadowalający efekt, a uciążliwości zostaną zredukowane.

Niemniej wywołał Pan burzę w social mediach.

Nie bardzo wiem, jak te sprawy wyglądają w social mediach, bo świadomie postanowiłem żyć bez nich. Pewnie dla niektórych ludzi, którzy dzisiaj tak się komunikują ze światem i tak przeżywają rzeczywistość, są one czymś takim jak powietrze do oddychania. Ale istnieje też życie poza social mediami, a ja jestem tego dowodem.

Stanisław Kracik i Maria Klaman / fot. Łukasz Michalik

Z czego przyszły prezydent Krakowa nie zdaje sobie jeszcze sprawy i zaskoczy go to dopiero wtedy, gdy usiądzie w gabinecie?

Zaskoczą go chyba trzy rzeczy. Po pierwsze: złożoność materii. Tę złożoność rozumiem jako spektrum  zagadnień i problemów, które trzeba rozwiązywać. W samorządzie nie ma rzeczy nieważnych. To znaczy, że jak zaniecha się jedną rzecz, to ona i tak wyjdzie i będzie bardzo bolesna i dla mieszkańców i dla prezydenta. W związku z tym trzeba przypilnować wszystkiego, a to jest naprawdę gigantyczne wyzwanie .

Druga rzecz, a właściwie pytanie, to kiedy i w jakim tempie prezydent przekona do siebie załogę: czy urzędnicy będą się z nim identyfikować i realizować jego pomysły, czy też pomysły władz będą realizować bez przekonania.

No i wreszcie trzecia sprawa, czyli zderzenie z kasą, a właściwie to z kasą pancerną, o którą można rozbić sobie głowę, bo budżet jest trudny, a oczekiwania wielkie.

Na tym wszystkim poległ Aleksander Miszalski?

(długa cisza) Nie na tym.

ZOBACZ TAKŻE: Reorganizacja magistratu. Co dalej z departamentami?

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także