Przeczytasz w 2-3 minuty
Dlaczego przyszły prezydent Krakowa zatrudni swoich „kolesi”? Ten tekst wywoła furię u populistów!

Złapmy na chwilę oddech i odrzućmy na bok teatr politycznych oburzeń. Od lat zewsząd słyszymy ten sam chór: „Kolesiostwo!”, „Swojacy na stołkach!”, „Kolejna partia pcha swoich!”. Słowo „koleś” stało się w polskim języku politycznym największą obelgą, a oskarżenie o zatrudnienie kogoś znajomego działa jak automatyczny wyrok skazujący w mediach. Tylko zaraz... zastanówmy się chwilę, o czym my w ogóle mówimy?

Zróbmy szybki test z logiki. Kto to jest ten demoniczny „koleś”?

Często to po prostu członek partii politycznej. A partia polityczna – wbrew temu, co próbują wmówić nam antypolityczni populiści – to zupełnie legalna, konstytucyjna organizacja. Ludzie łączą się w nich, żeby realizować określony program. Czy samo przynależenie do partii oznacza automatyczny zakaz pracy w administracji? Czy wejście do polityki powinno skutkować wilczym biletem na rynku pracy? To czysty populizm.

Wielki festiwal ściemy

I powiem Wam szczerze: niesamowicie bawi mnie, gdy patrzę, jak dzisiejsi kandydaci na prezydenta Krakowa prześcigają się w tej taniej demagogii. Każdy z nich staje przed kamerami, pręży pierś i zarzeka się, że on – absolutnie i pod żadnym pozorem! – żadnych kolesi zatrudniać nie będzie. Gówno prawda.

Gwarantuję Wam, że w minucie po ogłoszeniu wyników ta bajeczka pryska. Każdy z nich – czy wygra kandydat partyjny i weźmie ludzi z legitymacją, czy bezpartyjny, który wprowadzi swoich znajomych – otoczy się najbardziej zaufanymi ludźmi. I bardzo dobrze! Trzeba być wyjątkowym głupcem, żeby po przejęciu władzy odrzucić wiedzę, doświadczenie i wsparcie współpracownika, na którym można polegać jak na Zawiszy, tylko dlatego, że jakiś krzykacz nazwie go „kolesiem”.

Zrobił ci kampanię? Zrobi ci urząd!

Weźmy na warsztat sztandarowy przykład kampanijny. Wyobraźmy sobie hypothetical – albo i nie do końca hypothetical – sytuację z Łukaszem Gibałą. Pan X robi dla Gibały tytaniczną robotę w kampanii. Wkłada w to serce, wiedzę, zarządza ludźmi i ostatecznie doprowadza swojego kandydata do zwycięstwa. W świetle potocznej definicji Pan X staje się „kolesiem” prezydenta. I teraz Gibała, obejmując urząd, postanawia zatrudnić Pana X w urzędzie lub miejskiej spółce.

I co w tym, u licha, złego?

Prezydent zatrudnia człowieka, do którego ma pełne zaufanie, z którym świetnie mu się współpracuje i – co najważniejsze – który właśnie udowodnił swoją skuteczność. Jeśli ktoś doprowadził Cię do władzy, przeprowadził skomplikowany projekt polityczny czy wizerunkowy, to znaczy, że po prostu zna się na robocie. Władza ma być przede wszystkim skuteczna. Jak ma dowozić obietnice wyborcze, jeśli wokół siebie posadzi obcych ludzi z przypadku, do których nie ma grosza zaufania?

Merytoryka kontra przypadek... Ćwika

I tu dochodzimy do hipokryzji. Dzisiejszy język debaty publicznej – tak chętnie podchwytywany przez populistów – każe potępiać każdego „kolesia”. Tyle że nie każdy „koleś” jest taki sam i czas najwyższy zacząć to odróżniać.

Oczywiście, czym innym jest sytuacja, w której katecheta – z całym szacunkiem do katechetów – trafia z klucza partyjnego do Małopolskiej Organizacji Turystycznej (pozdrawiamy katechetę Piotra Ćwika), nie mając o branży zielonego pojęcia. To nie jest kwestia „kolesiostwa”, to jest po prostu niekompetencja i bezczelność. To przegięcie, które należy piętnować.

ZOBACZ TAKŻE: Tajemnicze zatrudnienie, czyli „koleś na swoim”. Kto kryje byłego katechetę?!

Ale jeśli „koleś” jest merytoryczny? Jeśli ma kompetencje, doświadczenie, a do tego unikalną zaletę w postaci zaufania szefa? Taki koleś jest po prostu dobrym pracownikiem.

Skończmy z tą tanią hipokryzją!

Czas skończyć z tym tanim, świętoszkowatym gadaniem o „całkowicie apolitycznych fachowcach z kosmosu”. W zarządzaniu – czy to w korporacji, czy w Urzędzie Miasta Krakowa – kluczowe są dwa czynniki: kompetencje i zaufanie. Cała ta nagonka na „zatrudnianie swoich” to zwykła pałka do bicia politycznych konkurentów.

Merytoryczny koleś, któremu ufasz i który dowozi wyniki, to nie problem. To fundament skutecznego rządzenia.

ZOBACZ TAKŻE: To zapowiedź potężnej awantury! Te słowa przejdą do historii kampanii [WYWIAD]

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także