– Gdybym chciał porozmawiać z rosyjską prostytutką, to pojechałbym do domu publicznego w Moskwie! – tymi słowami Łukasz Wantuch, kandydat na prezydenta Krakowa, odrzuca możliwość debaty z przedstawicielem Konfederacji Korony Polskiej.
W bezpardonowej i niezwykle szczerej rozmowie były krakowski radny tłumaczy, dlaczego nie boi się łatki wariata, co jest jego największą wadą oraz jak będzie sprawował urząd prezydenta. – Nie bawię się w trzymanie za rączkę i mówienie słodkich słówek – deklaruje.
***
Kanał Krakowski: Były prezydent jeździł rowerem. Pan przyjeżdża na nasze spotkanie hulajnogą. Nie uwłacza to powadze kandydata i potencjalnego prezydenta?
Łukasz Wantuch: Nie, dlatego że korzystam z różnych środków transportu: z hulajnogi, z roweru, z komunikacji miejskiej, z samochodu. Wszystko w zależności od dystansu i warunków pogodowych. Oczywiście, gdyby to było jakieś oficjalne spotkanie, to wiadomo, że nigdy bym nie przyjechał hulajnogą.
Jako prezydent będzie pan jeździł hulajnogą?
Prywatnie tak, oczywiście. Ale na pewno nie na oficjalne spotkania. Niestety słynny filmik z dachu nauczył nas, że pewnych rzeczy, które można robić prywatnie, prezydentowi robić po prostu nie wypada. Urząd – tak jak mówił prezydent Majchrowski – musi mieć określoną dignitas. To nie oznacza, że trzeba być cały czas w krawacie i w garniturze, ale jest to stanowisko, które wymaga odpowiedniej prezentacji.
Zmierzam trochę do tego, czy jest pan poważnym kandydatem.
Oczywiście, ale jestem też oryginalną czy wręcz według niektórych specyficzną osobą.
„Specyficzna osoba” to ładne określenie na niepoważnego kandydata.
Nie. Ja zaczynałem od zera. Moja mama pochodzi z małej wioski w województwie świętokrzyskim, mój tata z małej wioski w Małopolsce. Wszystko w życiu osiągnąłem sam.
Nie urodziłem się ze srebrną łyżką w ustach. Nie dostałem 50 milionów od ojca. Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam wyłącznie sobie.
Pana największy życiowy sukces?
Wiadomo, że na pierwszym miejscu jest sukces rodzinny, czyli moi synowie. To jest oczywiste. Gdybym jednak miał wymienić taki sukces samorządowy, to wystarczy, że wejdę do dowolnej szkoły w Krakowie, i to nie tylko z mojego okręgu wyborczego, i widzę tam kamery, oczyszczacze powietrza, ozonatory. Mogę wejść do dowolnej placówki edukacyjnej – szkoły samorządowej czy niesamorządowej – i widzę, ile udało mi się osiągnąć jako radnemu dzielnicowemu, a potem jako radnemu miasta.
To, co mnie strasznie irytuje u obecnych radnych, to fakt, że dbają tylko o swój okręg wyborczy i wszystkie inwestycje kierują wyłącznie tam. Ja robiłem wszystko dla całego Krakowa.
Więc tak, jestem osobą trochę niekonwencjonalną, trochę oryginalną. Wychowałem się na specyficznym, brytyjskim poczuciu humoru. Uwielbiam Monty Pythona. Lubię sarkastyczny, cyniczny humor, a moje poczucie humoru – przez które miałem zresztą wiele problemów – jest tego odzwierciedleniem. Ale jestem też osobą, która twardo stąpa po ziemi. Nie osiągnąłbym tego wszystkiego, gdybym był wyłącznie jakimś barwnym kwiatkiem.
Ale trudno brać na poważnie kandydata, który wysyła maila do mieszkańców i pisze, że chce wygrać wybory, ale jego – i tutaj cytuję – „największym wyzwaniem jest zebranie trzech tysięcy podpisów”.
ZOBACZ: Wyborcza „łapanka” Wantucha. Kandydat na prezydenta szuka frajerów do czarnej roboty
Tak, dlatego że ja nie mam struktur. Ja się nie boję kampanii wyborczej, bo wiem, jak ją robić i już to robiłem. Ale jeśli ktoś siedzi w polityce i zna te realia, to doskonale wie, że dla kandydata bez struktur – a ja nie jestem członkiem żadnej partii politycznej – największym wyzwaniem jest właśnie zebranie podpisów. Ludzie po prostu boją się podawać swój numer PESEL.
To może się wydawać dziwne, ale o wiele łatwiej jest nakłonić kogoś, żeby zagłosował na ciebie przy urnie, bo to jest anonimowe, niż nakłonić go do podania PESEL-u na liście.
Zebranie podpisów to po prostu ten etap, na którym odpada połowa kandydatów. Ja tego nie ukrywam. Dla mnie to było wyzwanie, ale po tym mailu zgłosiło się do mnie mnóstwo ludzi, więc te podpisy na pewno zbiorę.
Wiele osób traktuje pański start jako kolejny performance.
Byłem radnym miasta Krakowa przez dwie kadencje, wcześniej byłem radnym dzielnicowym. Byłem wiceprzewodniczącym Rady Miasta Krakowa. Jestem osobą niekonwencjonalną i nie mam zamiaru tego ukrywać, ale stoi za mną mnóstwo konkretnych osiągnięć. Wspomniałem już o oczyszczaczach w szkołach, ale jest tego więcej.
Taki najprostszy przykład: Kraków jako jedyna gmina w Polsce udostępnia możliwość zbierania podpisów pod obywatelskimi projektami uchwał przez internet. To była moja inicjatywa. I takich rzeczy mógłbym wymienić setki.
Więc pomimo to, że mam w duszy tę przekorną, "brytyjską" część, to kiedy przychodzi do merytorycznej dyskusji, bardzo ciężko będzie mnie zagiąć. Dlatego tak bardzo liczę na debaty i rozmowy w kampanii. Ja na przykład wiem, ilu jest posłów w Sejmie i ilu jest radnych w Krakowie – w przeciwieństwie do niektórych kandydatów.
Jeżeli ktoś w trakcie kampanii będzie mówił o panu per „wariat”, to będzie go pan pozywał, czy nie?
Gdybym chciał być powszechnie lubiany i popularny, to założyłbym zespół rockowy. W polityce trzeba mieć grubą skórę. Ja koncentruję się na zadaniach. Mam cel do wykonania i go analizuję. To, co ktoś inny o mnie myśli, to nie jest mój problem. To jego prywatna sprawa.
Wiele osób radziło mi na przykład, żebym na czas kampanii przestał pomagać Ukrainie, bo to może być źle odebrane. Powiedziałem wyraźnie: nie. Wtedy czułbym, że zdradziłem samego siebie. Jeżdżę na Ukrainę od marca 2022 roku. Niedawno wróciłem z kolejnego wyjazdu. Byłem w miejscach oddalonych o parę kilometrów od linii frontu, gdzie nad naszymi głowami latały drony. I będę to robił nadal. To, czy komuś się to podoba, czy nie, nie ma wpływu na moje działania.
Mam też swoją konkretną wizję miasta. Jestem na przykład przeciwnikiem budowy metra. Uważam, że nie ma alternatywy dla kolei aglomeracyjnej przechodzącej przez Kraków. Myślę, że wielu ludzi w tym mieście doskonale wie, że nie mamy 20 miliardów złotych na budowę metra. Czytam teraz, że mamy wydać 188 milionów złotych z budżetu miasta na przygotowania do budowy. Przecież to będzie kolejny przekręt i marnowanie pieniędzy – kolejne „dwie wieże w Ostrołęce”. Marnujemy środki, bo politycy boją się mówić ludziom prawdę.
Uważam też, że obszar „Wesoła” trzeba sprzedać, a przeznaczone na to pieniądze przeznaczyć na uzbrojenie terenów i inne ważne cele.
Jest mnóstwo rzeczy, które dostrzegam jako mieszkaniec bloku. Na przykład przepełnione kosze na śmieci albo to, że już piąty rok wymieniamy oprawy sodowe na ledowe – co zresztą też było moją inicjatywą, bo składałem w tej sprawie projekty uchwał.
Udało mi się wiele rzeczy w tym mieście zmienić, a start na prezydenta to nie jest żaden performance. Mam jasną wizję Krakowa. To, że część osób odbiera mnie jako niekonwencjonalnego czy wręcz „wariata”, wynika tylko z tego, że ja po prostu mówię prawdę bez owijania w bawełnę.
Nie bawię się w dyplomację, w trzymanie za rączkę i mówienie słodkich słówek. Gdy patrzę na programy innych kandydatów, to wszyscy powtarzają: „ma być zielono, pięknie, bogato”. A jak przychodzi do konkretów, to wszystko leży.
Ja się nie boję powiedzieć ludziom wprost: Krakowa po prostu nie stać na metro. A nawet gdyby było nas stać, to lepszym i tańszym rozwiązaniem jest rozbudowa sieci tramwajowej. I ktoś wtedy powie: „wariat, bo nie chce metra”? Nie, to jest zdrowy rozsądek i liczę, że przekonam do tego większość mieszkańców.
Po co w ogóle pan startuje?
Jestem w polityce od ponad dekady. Startuję po to, żeby realnie zmienić nasze miasto. Część spraw to tematy strukturalne – jak metro, sprzedaż Wesołej czy rozwój kolei aglomeracyjnej. Ale jest też mnóstwo mniejszych, codziennych problemów.
Weźmy na przykład graffiti. Mam gotowy pomysł, jak skutecznie usuwać graffiti z budynków, które nie należą do miasta. Albo wraki samochodowe. Kiedy przyjeżdżam wieczorem na osiedle, krążę czasami przez 20 minut i mijam po drodze po 10–15 samochodów, które stoją tam tak długo, że zaraz zarosną mchem. Można je usunąć w bardzo prosty sposób, tylko potrzebna jest wola.
Będąc radnym przez ponad dziesięć lat, nauczyłem się jednej rzeczy: problemem w samorządzie zazwyczaj nie są pieniądze. Problemem są ludzie. W polityce panuje przekonanie, że jak już się okopiesz na stanowisku, to musisz być jak najmniej kontrowersyjny i unikać konkretów – bo jak jesteś konkretny, to zawsze kogoś urazisz i ktoś będzie niezadowolony. Ja przyjąłem zupełnie inną zasadę: być sobą, być autentycznym i mówić ludziom prawdę.
No to proszę powiedzieć, jak usuwać graffiti z budynków, które nie należą do miasta?
Na podstawie artykułu 18 ustęp 2 punkt 6 ustawy o samorządzie gminnym możemy tworzyć programy gospodarcze. Rada Miasta Krakowa przyjmuje odpowiednią uchwałę, a zadanie zleca się jednostkom takim jak MPO. Kluczem jest to, że nie traktujemy tego jako walki o estetykę, tylko jako kwestię bezpieczeństwa.
A bezpieczeństwo i porządek publiczny są wprost wymienione w ustawie o samorządzie gminnym jako zadania własne gminy. Jeśli potraktujemy usuwanie graffiti jako walkę o bezpieczeństwo – co możemy mocno podeprzeć naukową „teorią rozbitej szyby” – to możemy legalnie przeznaczyć na to pieniądze z budżetu gminy. To jest ta fundamentalna zmiana: nie możemy finansować estetyki na prywatnych budynkach, ale bezpieczeństwo już tak.
A jak usuwać wraki z terenów spółdzielczych czy dróg wewnętrznych?
Tutaj podstawowym problemem jest to, że możemy bez problemu usuwać wraki z dróg publicznych, ale z dróg niepublicznych już nie. Moim zdaniem należy stworzyć specjalny program miejski i zacząć traktować te auta jako mienie porzucone w rozumieniu Kodeksu cywilnego.
Oczywiście nie robimy tego tak, że od razu wjeżdżamy i zabieramy auto. Najpierw naklejamy na taki wrak wyraźne ostrzeżenie. Jeśli samochód stoi bez ruchu przez miesiąc czy dwa, nie ma ważnych badań technicznych ani ubezpieczenia OC, a właściciel nie reaguje na wezwania, to bierzemy taki wrak i przestawiamy go... na drogę publiczną. A tam już straż miejska może go odholować zgodnie ze standardową procedurą.
Ale to jest falandyzacja prawa!
Tak, to jest falandyzacja prawa. Ale ja jestem przeciwnikiem mówienia: „tego się nie da zrobić”. Miasto ma potężne narzędzia. Niektóre z tych działań będą na granicy prawa – mówię to zupełnie otwarcie.
Bardzo bym chciał, żeby powstała jasna ustawa, która mówi: „gmina może usuwać wraki i graffiti z każdego terenu”. Ale dopóki nie mamy takich narzędzi ustawowych na poziomie krajowym, musimy kombinować. Trzeba wziąć dobrych prawników i szukać rozwiązań, które być może naginają istniejące przepisy.
Mamy dwie opcje: albo nie robimy nic i akceptujemy to, że w Krakowie zalegają tysiące wraków, albo podejmujemy ryzyko, naciągamy prawo i korzystamy z kruczka pod tytułem „rzecz porzucona”. Oczywiście najpierw ostrzegamy właściciela. Jeśli przez 30 dni nikt auta nie przestawi, to my je przestawiamy na drogę publiczną i uruchamiamy procedurę.
Skoro to takie proste, to dlaczego nikt do tej pory tego nie zrobił? Może jednak się nie da, a nie dlatego, że nikt na to nie wpadł.
Dlatego, że urzędnicy boją się ryzyka. Większość wójtów czy prezydentów wychodzi z założenia: „po co mi ten problem, to nie moja sprawa”. A wszystko w życiu wiąże się z ryzykiem. Ta konstrukcja prawna z mieniem porzuconym jest dziurawa jak szwajcarski ser, zgadzam się. I właśnie dlatego potrzebny jest prezydent, który ma odwagę powiedzieć: „okej, bierzemy to na klatę, ryzykujemy dla dobra publicznego”.
Jeśli wprowadzimy takie odważne rozwiązanie, z ulic zniknie pięć, może nawet dziesięć tysięcy wraków. Brakuje po prostu odwagi.
Ale jeśli to rozwiązanie jest na granicy prawa, to właściciele zaczną pozywać miasto, miasto będzie przegrywać sprawy w sądach i wypłacać odszkodowania.
To jest ryzyko, oczywiście, i ja to mówię otwarcie. Ale miasto ma świetnych prawników i dobrego sekretarza. To jest konstrukcja prawna, która może nie jest w stu procentach „koszerna”, ale działa. Jakie mamy inne rozwiązanie? Czekać w nieskończoność, aż Sejm coś uchwali? To jest czekanie na Godota. Możemy nie robić nic albo zaryzykować.
Ja nie podejmuję decyzji bezmyślnie. Wszystko kalkuluję, zlecimy ekspertyzy prawne. Jeśli ktoś pójdzie z tym do sądu – w porządku, nie ma problemu. Tylko w sądzie padnie pierwsze i podstawowe pytanie: dlaczego ten samochód stał bezużytecznie przez 5 lat?
Mówię tutaj oczywiście o przypadkach ekstremalnych. Nie o sytuacji, gdy ktoś zostawi auto na tydzień czy dwa. Zresztą na to też mam rozwiązanie. Chciałbym stworzyć na obrzeżach Krakowa bezpłatne parkingi długoterminowe. Mam setki takich gotowych projektów.
Wyobraźmy sobie sytuację: ktoś ma samochód, z którego korzysta bardzo rzadko, na przykład raz w miesiącu, żeby pojechać na zakupy czy do rodziny. I takie auta blokują miejsca na osiedlach. Jeśli stworzymy bezpłatny, strzeżony parking na obrzeżach miasta, to każdy mieszkaniec, który płaci w Krakowie podatki i ma ważne OC, będzie mógł tam zostawić auto za darmo.
Zamiast blokować deficytowe miejsca pod blokiem w centrum, odwozisz auto na strzeżony parking. Nikt ci go nie porysuje, nikt nie ukradnie, może tam stać legalnie nawet trzy miesiące. Dojedziesz tam wygodnie komunikacją miejską. I w ten sposób uwalniamy kolejne tysiące miejsc parkingowych na osiedlach. Czy to jest kontrowersyjne? Czy to jest zły pomysł? To czysty pragmatyzm.
Skoro wspomina pan o ryzyku, jaka była najbardziej ryzykowna rzecz, którą zrobił pan w życiu?
Nie ma jednej takiej rzeczy. Kiedy podejmuję decyzje, które z boku mogą wydawać się irracjonalne, ja zawsze wcześniej przeprowadzam dokładną analizę SWOT. Analizuję mocne i słabe strony, szanse i zagrożenia. Zastanawiam się, jakie jest ryzyko, a jakie są korzyści. Moje myślenie zawsze działa według schematu: problem – analiza – rozwiązanie.
Jeśli zostanę prezydentem i przyjdzie do mnie urzędnik czy mieszkaniec ze słowami: „panie prezydencie, mamy problem”, to ja mu odpowiem: „nie przychodź do mnie tylko z problemem. Przyjdź z problemem i od razu z propozycją jego rozwiązania”. Tak powinien działać nowoczesny urząd.
Chętnie więc przyjdę z problemem oraz jego rozwiązaniem, tylko że dobre rozwiązanie dla mnie, może nie być dobre dla mojego sąsiada. Co wtedy, panie prezydencie?
Wszystko trzeba traktować indywidualnie. Jestem na przykład zwolennikiem tego, aby w końcu wprowadzić w naszym mieście prawdziwe konsultacje społeczne. Mieliśmy chociażby jaskrawy przykład Parku Bednarskiego, gdzie przychodziło tysiąc pism wypełnionych dokładnie tym samym charakterem pisma – czyli fikcja.
Powinniśmy stworzyć jedną, porządną aplikację miejską o nazwie mKraków – stabilne i nowoczesne narzędzie, a nie to, co mamy w telefonach teraz. Jeśli pojawia się kontrowersyjny temat, na przykład rozszerzenie Strefy Czystego Transportu, przeprowadzamy rzetelne konsultacje społeczne właśnie za pomocą tej aplikacji. Uważam, że każdy mieszkaniec Krakowa powinien ją mieć.
Świetnie, mamy SCT, mamy aplikację. W ankiecie 301 osób opowiada się za rozszerzeniem strefy, 298 przeciw, a reszta milczy. I co dalej?
Żeby te wyniki były w pełni wiarygodne, musimy wprowadzić odpowiednie mechanizmy zabezpieczające. Przede wszystkim, aby móc zagłosować w aplikacji, musisz być zweryfikowanym mieszkańcem Krakowa, który tu płaci podatki. Dążymy do tego, aby aplikacja miała setki tysięcy użytkowników. Możemy to łatwo osiągnąć, oferując przez nią załatwianie spraw urzędowych, systemy rabatowe, darmowe wejścia do miejskich muzeów czy inne benefity. Wtedy baza użytkowników staje się w pełni reprezentatywna i wiarygodna.
Dziś przy konsultacjach społecznych może głosować dosłownie każdy, nawet ludzie z drugiego końca Polski. Podobnie musimy zrobić porządek z Budżetem Obywatelskim. Obecnie w krakowskim Budżecie Obywatelskim może zagłosować nawet... trzyletni mieszkaniec Gdańska. Nie ma progu wiekowego, wystarczy mieć PESEL – a PESEL może mieć nawet niemowlę. I w ten sposób osoby spoza Krakowa decydują o podziale milionów złotych wypracowanych przez naszych podatników.
Ale wracając do mojego pytania: co jeśli w aplikacji zagłosuje tylko po 300 osób z każdej strony?
Wprowadzimy próg frekwencyjny, na wzór referendum lokalnego – na przykład na poziomie 30% uprawnionych mieszkańców danej dzielnicy czy obszaru. Jeśli ten próg zostanie przekroczony, to choćby decydował jeden jedyny głos przewagi – decyduje większość. Na tym polega demokracja. Jeśli frekwencja jest odpowiednia, wynik jest wiążący, bez względu na to, czy różnica wynosi jeden głos, czy pięć tysięcy.
Nie przeszkadza panu to, że niektórzy komentatorzy zaliczają pana do grupy tak zwanego „wyborczego folkloru”, a nawet „politycznego szrotu”?
Kiedy startowałem po raz pierwszy do Rady Miasta Krakowa, zdobyłem 700 głosów. W kolejnych wyborach miałem już cztery razy więcej. Finis coronat opus – koniec wieńczy dzieło.
A jaki wynik w tych wyborach prezydenckich będzie dla pana sukcesem?
Jeżeli podczas tej kampanii będę w stanie zainicjować ogólnomiejską, poważną dyskusję na temat kluczowych problemów Krakowa – na przykład o tym, że metro jest nam niepotrzebne i za drogie – i jeśli uda mi się przekonać do tych argumentów mieszkańców, to bez względu na to, czy zdobędę 1%, czy 99%, uznam to za swój sukces.
Natomiast startuję po to, żeby wygrać. Kandydatów jest wielu, a różnice poparcia między pierwszym a czwartym miejscem mogą zamknąć się w granicach 5%. Może się okazać, że mój merytoryczny program przekona krakowian, tak jak to miało miejsce w innych miastach na świecie – na przykład w przypadku Zohrana Mamdaniego w Nowym Jorku, który startował z zerowym poparciem, zrobił świetną kampanię i wygrał.
Chcę dokładnie tego samego: wejść do drugiej tury i w niej zwyciężyć, pokazując ludziom, że zmiana jest możliwa. Że mogą rządzić ludzie, którzy mówią prawdę o metrze czy o sprzedaży gruntów na Wesołej. Mieszkańcy są już śmiertelnie zmęczeni kandydatami, którzy obiecują gruszki na wierzbie – baseny w Parku Jordana, baseny nad Wisłą i tak dalej. A na koniec pojawia się proste pytanie: skąd wziąć na to wszystko pieniądze?
Czy jest jakiś kandydat z obecnie startujących, z którym na pewno się pan nie dogada?
Kandydat z Konfederacji Korony Polskiej. Dla mnie działalność tego ugrupowania to czysta agentura Moskwy.
Ale to legalnie działająca w Polsce organizacja.
Legalna, ale ich program wygląda tak, jakby pisał go sam Putin. Zapowiadam od razu: jeśli będzie organizowana debata prezydencka i weźmie w niej udział ich kandydat, pan Klimek, to ja w takiej debacie nie wezmę udziału.
Gdybym chciał porozmawiać z rosyjską prostytutką, to pojechałbym do domu publicznego w Moskwie!
Dla mnie Korona Polska to agenci wpływu Moskwy, którzy realizują w Polsce politykę Putina. Ktoś powie, że jestem kontrowersyjny, bo mówię to tak ostro. Mogą mnie podawać do sądu, mogą robić, co chcą. Dla mnie to jest współczesna Targowica. Kiedy patrzę na to, co ta partia robi – na przykład nawołuje do wyjścia z Unii Europejskiej – to uważam, że trzeba być niespełna rozumu albo półgłówkiem, żeby nie dostrzegać, jak gigantyczny sukces odniosła Polska dzięki obecności w Unii.
A który z pozostałych zgłoszonych kandydatów, według pana, prezentuje wysoki poziom merytoryczny?
Będę tu w pełni obiektywny i nie będę kierował się sympatiami politycznymi. Merytoryczni są wszyscy ci kandydaci, którzy mają realne doświadczenie samorządowe. To na przykład Michał Drewnicki czy Łukasz Gibała. Ja również mam za sobą ponad dekadę pracy w samorządzie. Duże doświadczenie jako urzędnik i dyrektor ma Monika Piątkowska, więc ona również wie, jak działa ten mechanizm. Pozostali kandydaci musieliby się dopiero uczyć, a to byłaby nauka na własnych błędach kosztem miasta przez pierwsze dwa lata prezydentury.
Przekleństwem współczesnej polityki jest to, że kupując pralkę czy lodówkę, dokonujemy głębszej analizy technicznej niż przy wyborze kandydata. Sprawdzamy klasę energetyczną, zużycie wody, czytamy opinie. A kiedy przychodzi do głosowania na radnego, posła czy prezydenta, to patrzymy tylko na to, czy ktoś ma ładny uśmiech na plakacie, czy powiesił ich więcej w okolicy albo czy wrzucił nam gadżet do skrzynki pocztowej.
A potem się dziwimy, że rządzący nami ludzie nie radzą sobie z rzeczywistością. Jeśli wybiera się kandydata na podstawie obietnic bez żadnych konkretów, to potem nie miejmy pretensji, że nic z tego nie zostało zrealizowane. Kto za to ponosi odpowiedzialność? My, wyborcy. Tych ludzi nie wybierają komputery ani ślepy los. To są nasze decyzje.
Dlatego moją jedyną szansą jest przekonanie ludzi, że pomimo moich wad, mam merytoryczny program, a wybory samorządowe to nie są wybory parlamentarne. Wybierzmy człowieka, który zna to miasto od podszewki, ma konkretną wizję i program składający się z precyzyjnych rozwiązań.
Jaka jest pana największa wada?
Specyficzne poczucie humoru.
To brzmi jak wymijająca odpowiedź na rozmowie kwalifikacyjnej.
Dokładnie o to chodzi.



![„Mogę współpracować nawet z Drewnickim lub z Gibałą” [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_488.jpg?60155c1bb366e4eab388fc57306c6cab)



![„Nie będę robił z siebie idioty”. Kandydat Konfederacji idzie na noże z krakowskim układem [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_485.jpg?60155c1bb366e4eab388fc57306c6cab)
![Wielkie oburzenie po TYM ruchu Gibały! „To jest jawne kłamstwo!” [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_484.jpg?60155c1bb366e4eab388fc57306c6cab)

![Wiceszef PSL ujawnia, jak będzie wyglądać kampania! „Ona jedyna może wygrać” [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_482.jpg?60155c1bb366e4eab388fc57306c6cab)




![Brutalna prawda o kulisach kampanii. Na Rybitwach odbywa się „konkurs piękności” [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_473.jpg?60155c1bb366e4eab388fc57306c6cab)







