Logo Kanał Krakowski
  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale

Obserwuj nas na:

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Reklama - duża
  1. Strona główna

Głos z kanału

Pusta urna – najgorszy koszmar Gibały, Berkowicza i Brauna

Pusta urna – najgorszy koszmar Gibały, Berkowicza i Brauna

14 maja 2026 | 20:19

Słyszycie to już wszędzie: „Idź do urny! Zagłosuj przeciwko! Nie bądź obojętny!” Brzmi szlachetnie, prawda? Jak apel do obywatelskiej odpowiedzialności. Tylko że to największe kłamstwo tej całej krakowskiej awantury i klasyczna pułapka zastawiona przez Gibałę, Berkowicza i Brauna. Oni nie potrzebują Twojego „tak” ani „nie”. Oni potrzebują Ciebie w lokalu wyborczym. Potrzebują frekwencji. Bo bez niej ich referendalna bomba nie wybuchnie – po prostu nie zostanie zdetonowana. Prawo jest w tym względzie bezlitosne: nie ma wymaganej frekwencji – nie ma odwołania. Koniec, kropka. Dlatego tak desperacko walą w bębny: idźcie, idźcie, idźcie. Nawet jeśli zagłosujesz przeciwko odwołaniu prezydenta – i tak ich ratujesz. Twój podpis w spisie, Twój dowód w komisji, Twój udział w tej szopce – to dla nich sukces. Każdy oddany głos, niezależnie od treści, to kropla, która może podnieść frekwencję na tyle, by cała ich akcja nabrała sensu. ZOBACZ TAKŻE: PiS robi z Krakowa poligon dla swoich kolesi i chce oddać miasto Gibale! To nie jest walka o dobro Krakowa. To jest walka o ich polityczny byt, o nagłówki, o pozycję i o pieniądze. Klasyczna polityczna piramida, w której Ty masz być cegiełką w fundamentach ich ambicji. Urna Nie dajmy się nabrać na ten cyniczny trik. Najskuteczniejszą odpowiedzią na tę awanturę nie jest wielki kontrmanifest, wielka kolejka do urn ani wielka awantura w mediach. Najskuteczniejszą odpowiedzią jest kanapa. Sofa. Dom. Grill. Cokolwiek, tylko nie lokal wyborczy w tę niedzielę. Pusta urna to dla nich najgorszy możliwy scenariusz. To nie przegrana – to brak meczu. To polityczna śmierć przez uduszenie ciszą i obojętnością. To komunikat: Kraków nie chce tej cyrkowej wersji demokracji, w której trzech panów w garniturach próbuje rozstrzygać o losie miasta w trybie awaryjnym, bo im się nie podoba wynik poprzednich wyborów. Zostajemy w domu. Nie z lenistwa. Nie z apatii. Z czystej politycznej kalkulacji i szacunku dla zdrowego rozsądku. Bo czasem najmocniejszym głosem obywatela jest ten, którego po prostu nie ma w spisie frekwencji. Bo czasem najmocniejszym głosem obywatela jest ten, którego po prostu nie ma w spisie frekwencji. To już 5 nieudane referendum w Małopolsce‼️W Lanckoronie poszła za mała liczba mieszkańców by odwołać włodarza.#referendum2026 #Małopolska Stan referendalny ⬇️ pic.twitter.com/PWgdjFWKFi — Michał Ciechowski (@M_Ciechowski) May 10, 2026 Warto pamiętać, że taki sygnał wyborcy już w tym roku wybrzmiał w kilku małopolskich gminach, gdzie referenda zakończyły się fiaskiem właśnie z powodu zbyt niskiej frekwencji. Mieszkańcy nie musieli organizować wielkich protestów ani toczyć medialnych wojen - wystarczyło, że nie dali się wciągnąć w polityczną mobilizację. Puste lokale wyborcze stały się wtedy czytelnym komunikatem: nie każda polityczna awantura zasługuje na mandat społecznego zainteresowania, a brak udziału również może być świadomą decyzją obywatelską. Do zobaczenia po drugiej stronie tej referenda ZOBACZ TAKŻE: Miał rozliczać innych, sam usłyszał wyrok! Członek grupy referendalnej skazany

Więcej…

Mateusz? Jaki Mateusz? Wszyscy go porzucili. Został mu tylko Borejza i dres

Mateusz? Jaki Mateusz? Wszyscy go porzucili. Został mu tylko Borejza i dres

09 maja 2026 | 10:20

Jeszcze chwilę temu temu był „naszym wojownikiem”, „tym co nie boi się brudnej roboty” i ozdobą referendalnych wystąpień. Dziś stał się persona non grata, od którego każdy „referendziarz” odcina się szybciej niż od zakażonego szczura. Klasyczna polska polityka: dopóki kopie za nas – bohater. Jak kopnie w gówno – nagle „nigdy go nie znaliśmy”. Gdy był użyteczny – wdeptujący w ziemię, nagrywający, hejtujący i robiący show – klaskano mu na stojąco. Gdy zrobiło się niewygodnie i wyszło, z kim naprawdę się zadawał – nagle wszyscy odkryli, że to „kryminalista”. Magia. Jeszcze wczoraj „nasz brutal”, dziś „nie mamy z nim nic wspólnego”. Biedny Mateusz Jaśko. Ach, jak szybko potrafi się zmienić świat. Jeszcze niedawno Mateusz Jaśko był gwiazdą referendum, ozdobą tej inicjatywy, ulubieńcem zwolenników odwołania prezydenta, bohaterem w dresie. Ten, który z wprawą wdeptuje ludzi w ziemię, rozdaje moralne ciosy i robi kontrowersję na zawołanie, był mile widziany. Bo był użyteczny. Bo ciągnął wózek, bo robił hałas, bo „nasza strona” potrzebowała kogoś, kto nie boi się brudnej roboty. ZOBACZ TAKŻE: Jaśkowiec: "To Gibała napędza krakowski hejt. Jaśko jest tylko wykonawcą jego frustracji" [WYWIAD] A teraz? Cisza. Grobowa cisza przerywana jedynie dźwiękiem nożyczek, którymi kolejni „referendziarze” odcinają się od niego jak od kawałka skażonego materiału. Biedny Mateusz Jaśko. Na posterunku został mu już tylko jeden wierny giermek – Tomasz Borejza. To ten były „aktywista”, który razem z Jaśko współtworzy Rynek Hejterski. Chodzi za nim jak cień, filmuje te same miejsca co kiedyś, zadaje te same pytania, kręci te same filmiki. Tyle że teraz już nie ma tłumu wokół, nie ma fleszy, nie ma oklasków. Jest tylko lojalny giermek, który mentalnie poklepuje po ramieniu i mówi: „Trzymaj się, ‘szefie’, my wiemy, że jesteś niewinny”. To wzruszające. Prawie jak scena z dramatu Szekspira, tylko zamiast dworu i szat – bluza z kapturem i telefon na selfie sticku. Jaśko i jego wierny giermek Borejza, czyli dwie twarze referendalnej propagandy. Uliczny bandyta i pseudo-erudyta Organizatorzy referendum, jego inicjatorzy i zwolennicy – nagle wszyscy odkryli, że Jaśko to jednak kryminalista. Jakież to dziwne. Kiedy wygodnie było mieć go pod ręką, gdy trzeba było kogoś posłać na pierwszą linię hejtu, nikt nie zadawał niewygodnych pytań. Nikt nie robił tak kategorycznych oświadczeń. Wręcz przeciwnie – zapraszano go na scenę, uśmiechano się do zdjęć, udostępniono jego twórczość z dumą. Bo wtedy był „naszym brutalem”. Teraz stał się „tym kryminalistą, z którym nie mamy nic wspólnego”. Klasyka gatunku. ZOBACZ TAKŻE: Dwie twarze referendalnej propagandy. Uliczny bandyta i pseudo-erudyta Biedny Mateusz Jaśko. Jaśko chętnie paradował po spotkaniach prasowych, konferencjach i eventach. Był widoczny, głośny, rozpoznawalny. A teraz? Trudno go spotkać w towarzystwie „referendziarzy”. Jakby nagle wyparował. Jakby ktoś wydał ciche polecenie: „Nie tagujcie go, nie oznaczajcie, nie róbcie z nim wspólnych zdjęć”. Magia polityki w najczystszej postaci. Dopóki jesteś użyteczny, jesteś „kontrowersyjnym działaczem”. Gdy stajesz się balastem – stajesz się tym, od którego trzeba się odciąć szerokim łukiem. Podczas piątkowej konferencji prasowej organizatorzy referendum publicznie i stanowczo odcięli się Jaśki Biedny Mateusz Jaśko. Najzabawniejsze jest to, że nikt nawet nie udaje zaskoczenia. Wszyscy grają w tę samą grę i udają, że reguły są oczywiste. Było wygodnie – „brawo, Mateusz, walcz dalej”. Zrobiło się niewygodnie – „Mateusz? Jaki Mateusz? Nie znamy takiego”. Biedny Mateusz Jaśko. Został mu tylko Borejza i garstka tych, którzy jeszcze nie zdążyli odciąć ostatniej nitki. Reszta już dawno wyprasowała sobie wizerunek i poszła dalej. Czysta, pachnąca, bez żadnych niewygodnych skojarzeń. Bo w polskiej polityce i aktywizmie lojalność jest jak bilet okresowy – ważna tylko do następnego przystanku. A potem… no cóż. Potem trzeba znaleźć nowego twardziela, który „będzie kopał za nas”. ZOBACZ TAKŻE: Jaśko, gdzie są pieniądze Polaków? Krakowski radny nabrał wody w usta Tylko tym razem lepiej postawić na kogoś, kto nie ma kryminalnej przeszłości, nie bił ludzi na ulicach Krakowa i nie zastraszał dziennikarza, oferując mu przy okazji milion złotych łapówki, i nie miał ścisłych powiązań z krakowskim światem przestępczym. Biedny Mateusz Jaśko.

Więcej…

Dwie twarze referendalnej propagandy. Uliczny bandyta i pseudo-erudyta

Dwie twarze referendalnej propagandy. Uliczny bandyta i pseudo-erudyta

07 maja 2026 | 14:50

Propaganda Gibały działa jak dwutorowy system dystrybucji znaczeń: z jednej strony krzyk i frustracja, z drugiej elegancka publicystyka. W obu przypadkach chodzi o to samo – tylko zmienia się sposób podania, żeby nikt nie poczuł, że właśnie dostał gotową narrację. Bo w dzisiejszych czasach nie trzeba już zakładać partii ani kupować gazet. Wystarczy mieć jednego sprytnego reżysera i kilku aktorów w różnych stylach. I voilà – masz gotowe „zbrojne ramię medialne”. Wyobraźcie sobie taki schemat. Najpierw na ekran wpada skazany prawomocnie bandyta Jaśko – lekko nadpobudliwy, mówi jak chłopak z osiedla, co właśnie „wjechał w temat”. Gestykuluje, przeklina pod nosem, używa prostych słów: „ludzie”, „elity”, „złodziejstwo”, „oni nas mają za frajerów”. Plebs chłonie. Bo to swój. Bo mówi tak, jak gada się przy piwie. Zero lania wody, same konkrety – oczywiście te konkrety, które akurat pasują do narracji. Tło to samo. Muzyka ta sama. Montaż ten sam. Tylko chwilę później pojawia się Borejza. Ten sam tekst, te same tezy, tylko opakowane w ładniejszy garnitur słowny. „W kontekście systemowej dekonstrukcji suwerenności narodowej przez globalne ośrodki wpływu…”, „mechanizmy oligarchizacji mediów mainstreamowych…”, „asymetria informacyjna”. Inteligentny widz kiwa głową z uznaniem: „no proszę, jaki mądry gość”. To samo tło, ten sam temat. I tu jest cała magia. Ten sam reżyser – Gibała – siedzi sobie z tyłu i się uśmiecha. Bo wie, że Polak jest podzielony nie tylko politycznie, ale też językowo i klasowo. Jednemu dasz „kur*a mać, złodzieje”, drugiemu „strukturalna patologia elit”. Oba przekazy wiozą dokładnie tę samą ciężarówkę z towarem. Tylko etykiety inne. To nie jest przypadek. To jest przemyślana strategia segmentacji rynku. Jaśko trafia w emocje tych, co czują się zostawieni w tyle. Borejza daje intelektualne alibi tym, co nie chcą uchodzić za „moherowych” czy „wulgarnych”, ale chętnie kupują tę samą teorię spiskową – tylko w wersji light premium. Razem tworzą idealny lejek: od mema na TikToku po „poważną” analizę na YouTube. I wiecie co jest najśmieszniejsze? Że obaj mogą sobie zaprzeczać w szczegółach, kłócić się o styl, a i tak grają do tej samej bramki. Bo scenariusz jest jeden. Reżyser jeden. Cel jeden. Bandyta Jaśko grożący prezydentowi Krakowa na jednej ze swoich rolek To nie jest dziennikarstwo. To nie jest nawet klasyczna propaganda. To jest nowoczesny marketing polityczny w czystej postaci – jak sprzedawanie tego samego proszku do prania w dwóch opakowaniach: jedno z napisem „dla zwykłych ludzi”, drugie „dla wymagających”. Kraków, jako miasto, które widziało już niejednego cwaniaka w pięknym płaszczu, powinien mieć na to szczególnie dobre oko. Bo tu zawsze ceniono inteligencję, ale nie znoszono fałszu. A tu mamy do czynienia z klasycznym fałszem – tylko w dwóch wersjach językowych. Plakat filmowy ZOBACZ TAKŻE: Gibała sam się zgruzował. Ile jeszcze można sprzedawać tę samą bajkę o „betonozie”? Następnym razem, jak zobaczycie Jaśkę wściekającego się na „system”, a chwilę później Borejzę spokojnie tłumaczącego „strukturalne mechanizmy”, pamiętajcie: to nie są dwie niezależne opinie. To jeden scenariusz. Dwa charaktery. Jeden producent. I ten producent dobrze wie, co robi. A więcej o ulicznym bandycie przeczytacie tutaj: Ten skazany bandyta jest twarzą krakowskiego referendum! Jego historia szokuje

Więcej…

Czy Zbigniew Ziobro chronił bandytę z Krakowa?! Afera zatacza coraz szersze kręgi

Czy Zbigniew Ziobro chronił bandytę z Krakowa?! Afera zatacza coraz szersze kręgi

07 maja 2026 | 07:56

Współpraca z gangsterami terroryzującymi Kraków, milionowa łapówka, groźby i... zablokowana nagle akcja służb. Mateusz Jaśko – człowiek, o którym sąd mówi wprost: "działał na zlecenie przestępców" – miał zostać złapany na gorącym uczynku. Nie został. Dlaczego w ostatniej chwili ktoś zatrzymał operację, która mogła ujawnić znacznie większy układ? Czy mamy do czynienia z jedną z najbardziej niepokojących historii ostatnich lat? Sprawa Mateusza Jaśki, krakowskiego patoaktywisty z kryminalną przeszłością, współtwórcą hejterskiego "Rynku Krowoderskiego" i – o zgrozo – wciąż jeszcze radnego dzielnicowego z Krowodrzy (!), zaczyna układać się w znacznie szerszy obraz, obejmujący służby, prokuraturę i wielkie pieniądze. Mateusz Jaśko to współtwórca hejterskiego kanału Rynek Krowoderski i założyciel profilu Co jest nie tak z Krakowem / źródło: YT Rynek Krowoderski Przypomnijmy: sąd potwierdził, że Jaśko działał na zlecenie środowisk kryminalnych. To nie są już podejrzenia czy medialne spekulacje – to ustalenia, które znalazły odzwierciedlenie w prawomocnym wyroku. Najpierw oferował gigantyczną, milionową łapówkę dziennikarzowi TVN, Michałowi Fuji, a później – gdy to nie przyniosło efektu – perfidnie go zastraszał. Co więcej, prób przekupstwa było kilka. W końcu zaplanowano przeprowadzenie kontrolowanego przekazania miliona złotych w gotówce. Jednak – jak ujawnił w wywiadzie dla Kanału Krakowskiego sam dziennikarz, Michał Fuja – operacja była przygotowana, ale w ostatniej chwili została zablokowana przez służby. Miałem wziąć udział w akcji CBŚP związanej z kontrolowanym przyjęciem łapówki od Jaśki, ale finalnie do tego nie doszło. Politycznie to były inne czasy i zostałem w ostatnim momencie wystawiony. Cały wywiad tutaj: Po spotkaniach z Jaśką musiał mieć ochronę! "Ukrywałem się razem z rodziną" [WYWIAD] To kluczowy moment tej historii. Dlaczego służby się wycofały? Kto podjął taką decyzję? I czy był to przypadek? Te pieniądze Mateusz Jaśko miał wręczyć Michałowi Fuji w ramach łapówki Dziś – po latach – pojawiają się nowe fakty, które każą spojrzeć na tę sprawę w zupełnie innym świetle. Media ujawniają, że prokuratorzy związani z ekipą Zbigniewa Ziobry przez lata umarzali postępowania dotyczące giełdy kryptowalut Zondacrypto (wcześniej BitBay), mimo sygnałów od Komisji Nadzoru Finansowego. Śledztwa były nie tylko umarzane raz, ale wielokrotnie, nawet po kolejnych zażaleniach. W praktyce oznaczało to, że sprawy, które mogły mieć poważne konsekwencje karne, były przez lata „wyciszane”. źródło: OKO.PRESS Cały tekst tutaj: Ujawniamy: zaufani prokuratorzy Ziobry przez 4 lata seryjnie ukręcali łeb śledztwu ws. Zondacrypto I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy ten sam mechanizm nie zadziałał wcześniej w sprawie Jaśki? Czy decyzja o rezygnacji z kontrolowanego przekazania łapówki była wyłącznie kwestią bezpieczeństwa, czy też elementem szerszego układu, w którym niewygodne sprawy po prostu nie miały ujrzeć światła dziennego? Zwłaszcza że – jak wynika z relacji – Fuja został pozostawiony sam sobie wobec realnych gróźb: Zostałem z tym sam. Sam przeciwko Jaśce i jego kolegom. Michał Fuja Dziś, gdy na jaw wychodzą kolejne informacje o działaniach prokuratury w sprawach powiązanych z wielkimi pieniędzmi i środowiskami kryminalnymi, historia współtwórcy "Rynku Krowoderskiego" przestaje wyglądać jak odosobniony incydent. Zaczyna przypominać fragment większej układanki. A pytanie, które jeszcze niedawno brzmiało jak teoria – dziś wraca z pełną mocą: kto i dlaczego zatrzymał działania służb wtedy, gdy mogły doprowadzić do przełomu? Bo jeśli Jaśko: działał na zlecenie przestępców (co potwierdził sąd), brał udział w operacji, która mogła ujawnić poważny mechanizm korupcyjny, a mimo to całość zakończyła się relatywnie niskim wyrokiem i niedomkniętymi wątkami, to trudno nie zapytać, czy ktoś nie zdecydował, że ta historia nie powinna zostać wyjaśniona do końca? Zwłaszcza że dziś widzimy, iż w sprawach powiązanych z dużymi pieniędzmi i wrażliwymi środowiskami prokuratura potrafiła latami „zamykać oczy”. Czy więc Jaśka był tylko wykonawcą, czy też elementem większego układu, którego nikt nie chciał ruszyć? Warto też przypomnieć, że Jaśko współpracował z krakowskimi kibolami w czasach, gdy bandyci Wisły Kraków terroryzowali miasto. Jaki to ma związek z giełdą kryptowalut? Michał Fuja wyjaśnia: Po analizie pewnych portfeli kryptowalutowych przelewał on [Sylwester Suszek] około 3 mln złotych krakowskim pseudokibicom i gangsterom, którzy mieli się tą sprawą zająć. To właśnie z tych pieniędzy łapówkę miał dostać redaktor TVN. A o współpracy Jaśki z kibolami w wywiadzie opowiadał także sędzia Tomasz Szymański, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Apelacyjnego w Krakowie: Sąd pierwszej instancji ustalił także, że J. w ramach swojej działalności współpracował także z pseudokibicami Wisły, a to się kojarzy jednoznacznie. Cała rozmowa tutaj: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] I wreszcie: czy fakt, że dziś występuje jako publiczna twarz lokalnej inicjatywy politycznej w Krakowie, czyli referendum odwoławczego prezydenta miasta i współtworzy hejterski "Rynek Krowoderski", nie powinien skłonić do ponownego zadania pytań o jego rolę w aferze Zondacrypto oraz o to, kto naprawdę zamknął tamtą sprawę? ZOBACZ TAKŻE: Jaśko, gdzie są pieniądze Polaków? Krakowski radny nabrał wody w usta

Więcej…

Gibała sam się zgruzował. Ile jeszcze można sprzedawać tę samą bajkę o „betonozie”?

Gibała sam się zgruzował. Ile jeszcze można sprzedawać tę samą bajkę o „betonozie”?

06 maja 2026 | 14:54

Łukasz Gibała od lat sprzedaje krakowianom prostą historię: źli deweloperzy, bezradne miasto i on – jedyny, który mówi prawdę. Szkoda tylko, że ta opowieść ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. To nie „betonoza” jest największym problemem Krakowa. Jest nim polityk, który od lat opowiada tę samą historię, ignorując fakty, które do niej nie pasują. W debacie o Krakowie Gibała od lat konsekwentnie gra jedną, dobrze znaną rolę: strażnika „moralnej czystości” miasta, który z równą łatwością wskazuje winnych, co pomija niewygodne fakty. I właśnie tu zaczyna się problem z jego przekazem. Bo im głośniej mówi o „betonozie” i „deweloperskim eldorado”, tym trudniej nie zauważyć sprzeczności w jego narracji. Kiedy prezydenturę sprawował Jacek Majchrowski, Gibała stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych krytyków polityki przestrzennej miasta. Wymyślone przez dobrze opłacanych pijarowców hasło „betonoza” weszło do obiegu publicznego i dobrze oddawało społeczne emocje wobec intensywnej zabudowy. Wtedy przekaz był prosty: deweloperzy mają w Krakowie zbyt łatwo, a miasto nie potrafi ich kontrolować. Z drugiej strony ówczesne władze – niezależnie od oceny ich decyzji – wskazywały na twarde ramy prawa: jeśli inwestycja spełnia warunki planistyczne i prawne, odmowa pozwolenia może skończyć się kosztownymi odszkodowaniami, które gmina musiałaby płacić inwestorom. Aleksander Miszalski i Jacek Majchrowski / fot. KPMK Piotr Wojnarowski Zmiana władzy i pojawienie się Aleksandra Miszalskiego nie przyniosły zmiany w retoryce Gibały. Przeciwnie – ton stał się jeszcze bardziej alarmistyczny. Znów słyszymy o „deweloperskim eldorado”, o rzekomej bezradności miasta i o systemie, który ma sprzyjać inwestorom kosztem mieszkańców. Problem w tym, że sedno mechanizmu decyzyjnego w urbanistyce nie zmieniło się wraz z personalną zmianą na stanowisku prezydenta. Prawo nadal działa tak samo: jeśli inwestor spełnia wymagania wynikające z przepisów, administracja nie ma swobody uznaniowej, by po prostu powiedzieć „nie, bo nie”. I tu właśnie pojawia się zarzut, który wobec Gibały powraca regularnie: że jego diagnozy są bardziej politycznym sloganem niż spójną analizą systemu. Bo jeśli problemem jest „eldorado deweloperów”, to nie da się go redukować wyłącznie do nazwisk prezydentów miasta. Jest to efekt konstrukcji prawa planistycznego w Polsce i ograniczonej swobody gmin w odmawianiu inwestycji spełniających warunki formalne. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Do tego dochodzi jeszcze jeden wątek: powiązania rodzinne Gibałów z branżą deweloperską. Z jednej strony Gibała krytykuje betonoze, z drugiej zaś jego rodzina sama te betonowe kloce stawia. I nie, nie sugerujemy tu, że deweloperzy to zło. Piszemy wprost, że ktoś mieszkania budować musi, a Gibała [Łukasz] to hipokryta. W efekcie mamy obraz polityka, który z jednej strony buduje swoją rozpoznawalność na ostrej krytyce rynku deweloperskiego, a z drugiej funkcjonuje w rzeczywistości prawno-gospodarczej, której podstawowe zasady pozostają niezmienne niezależnie od tego, kto rządzi miastem. I to napięcie między politycznym przekazem a systemową rzeczywistością jest w tej historii najważniejsze. Bo można oczywiście powtarzać, że Kraków jest „zalewany betonem”. Można też domagać się bardziej rygorystycznej polityki przestrzennej. Ale trudniej jest jednocześnie konsekwentnie pomijać fakt, że w ramach obowiązującego prawa administracja nie działa jak filtr ideologiczny, tylko jak organ stosujący przepisy. I właśnie na tym rozjeździe między politycznym przekazem a prawną rzeczywistością buduje się największa słabość tej narracji – niezależnie od tego, kto ją wygłasza i jak głośno. ZOBACZ TAKŻE: Zestawienie wyjazdów. Krakowianie bezwzględni dla manipulacji Gibały Gdyby to Gibała został prezydentem, pewne jest jedno: albo – jak jego poprzednicy – będzie wydawał pozwolenia na budowę zgodnie z obowiązującym prawem, albo narazi miasto na wielomilionowe odszkodowania. Trzeciej drogi po prostu nie ma. Jeśli twierdzi inaczej, to albo nie rozumie podstawowych mechanizmów, którymi rządzi się administracja, albo bezczelnie Was okłamuje, robiąc z Was cymbałów. Sami oceńcie co gorsze.

Więcej…

Ci ludzie nie mają litości! Sparaliżują wyjazd z Krakowa, bo nie chcą S7

Ci ludzie nie mają litości! Sparaliżują wyjazd z Krakowa, bo nie chcą S7

29 kwietnia 2026 | 12:52

Jest taka scena w filmie „Upadek”. Facet stoi w korku, upał, nic się nie rusza. W pewnym momencie po prostu wysiada z samochodu, zostawia wszystko i odchodzi. Bo coś w nim pęka. To oczywiście kino, przesada, metafora. Ale każdy, kto choć raz utknął w wielogodzinnym korku, wie, że ta granica frustracji naprawdę istnieje. I że w takich warunkach ludziom potrafią puścić nerwy szybciej, niż by chcieli przyznać. Będziecie stać w jeszcze większych korkach niż zwykle. Tak, to możliwe. Nawet w Krakowie podczas majówki. Czwartek, 30 kwietnia, godzina 15:00. Moment, w którym pół miasta rusza na wyjazd, bo piątek już wolny. I dokładnie wtedy ktoś postanawia dorzucić do tego jeszcze jedną warstwę chaosu. Protest hybrydowy – jednocześnie w dwóch miejscach: węzeł Opatkowice (okolice Mogilan i Myślenic), węzeł Łagiewniki (styk Krakowa, Świątnik Górnych, Wieliczki i Sieprawia). To nie są przypadkowe punkty. To kluczowe wyloty z miasta na południe – dokładnie tam, gdzie i tak wszystko się korkuje, gdy zaczyna się majówkowy exodus. Wystarczy spowolnienie ruchu, chwilowa blokada, kilkadziesiąt osób na jezdni i cały układ siada. Korek nie kończy się na węźle. Cofka idzie kilometrami w głąb miasta. Hasło protestu: NIE DLA S7. Mieszkańcy mówią o bezradności, o tym, że decyzje zapadają ponad ich głowami, że nikt ich nie słucha. I to jest realny problem, trudno go zbyć wzruszeniem ramion. Tylko że sposób, który wybrano, uderza dokładnie w tych, którzy z tą decyzją nie mają nic wspólnego. Kadr z filmu Upadek / fot. materiały prasowe Bo po drugiej stronie są ludzie. Tysiące ludzi. Zamkniętych w samochodach, próbujących wydostać się z miasta albo po prostu przez nie przejechać. Bez wpływu na przebieg S7. Bez wpływu na protest. Za to z bardzo realnym wpływem korka na ich życie tu i teraz. I wtedy zaczyna się coś, o czym nikt na transparentach nie pisze. Narastająca frustracja. Zmęczenie. Nerwy. Sytuacje, które robią się niebezpieczne, bo ktoś po dwóch godzinach stania przestaje myśleć racjonalnie. Uważajcie na siebie. Naprawdę. Bo w takich warunkach niewiele trzeba, żeby emocje wystrzeliły. Majówka w Krakowie od lat wygląda tak samo: wszyscy wyjeżdżają naraz i wszyscy stoją. W tym roku różnica jest taka, że ktoś świadomie dokłada do tego kolejną blokadę w najbardziej wrażliwych punktach. I znowu: jedni powiedzą, że nie mają innego wyjścia. Drudzy też go nie mają. Tyle że jedni stoją z wyboru, a drudzy, bo ktoś im właśnie zamknął drogę. Efekt? Miasto sparaliżowane, ludzie wściekli, problem nierozwiązany. Protest przeciwko S7 przed siedzibą GDDKiA w Krakowie Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Kraków sam sobie funduje ten spektakl absurdu, a potem jeszcze dorzuca do niego reżyserię konfliktu. Jedni blokują, drudzy trąbią, wszyscy stoją i nikt nie dojeżdża. Jeśli to ma być sposób na pokazanie bezradności, to działa perfekcyjnie: właśnie udowadniamy, że potrafimy sparaliżować wszystko, poza rozwiązaniem problemu. ZOBACZ TAKŻE: Dziura jak krater i cierpliwość na granicy! Mieszkańcy alarmują: ta droga to koszmar To już nie jest spór o drogę. To jest pokaz tego, jak łatwo w tym mieście zablokować wszystko i wszystkich. I jak szybko zwykli ludzie płacą za cudze decyzje i cudze protesty. Bo najkrótsza droga od „bezradności” do „wściekłości” prowadzi przez korek.

Więcej…

Krakowa nie stać już na to, by Gibała nie był prezydentem! Oto najlepszy kandydat

Krakowa nie stać już na to, by Gibała nie był prezydentem! Oto najlepszy kandydat

28 kwietnia 2026 | 10:19

Łukasz Gibała. Tak, to właśnie on jest najlepszym kandydatem na prezydenta Krakowa. Dlaczego? Bo tylko on jest w stanie załatwić to, czego to miasto naprawdę od lat najbardziej potrzebuje – całkowitego wyciszenia politycznego cyrku, który od dawna truje nam życie. Nie stać nas już na to, żeby Gibała dalej nie rządził. Wyobraźcie to sobie. Gibała wygrywa wybory, wchodzi do gabinetu na placu Wszystkich Świętych, siada za biurkiem, a największe źródło hałasu, awantur, hejtu, manipulacji, oskarżeń, fake newsów i permanentnego oburzenia w tym mieście nagle znajduje się… dokładnie po jego stronie biurka. Koniec przedstawienia. Kurtyna opada. Światła gasną. Na razie jest najpotężniejszym radnym. Oby wkrótce został prezydentem! / fot. Łukasz Michalik Nie będzie już codziennych medialnych wojen, bo najgłośniejsi krakowscy awanturnicy i ich oddane internetowe zaplecze hejterów i gołodupców marzących o alko-złotówkach w końcu znajdą się po stronie władzy. Po co dalej szczekać, skoro "swoi" są u steru? Po co wymyślać kolejne afery dnia, skoro można je teraz współtworzyć od środka? Po co organizować wściekłe wpisy, protesty i happeningi, skoro główny przywódca starej opozycji siedzi już przy korycie? Znacie drugiego tak zajadłego, mściwego, zdesperowanego i chorego na władzę człowieka? Ja nie znam. Właśnie dlatego paradoksalnie tylko on jest w stanie ten mechanizm zatrzymać. Bo gdy już dopnie swego i wreszcie usiądzie w fotelu prezydenta, nie będzie miał po co dalej napędzać tej maszyny nienawiści i ciągłego konfliktu. Cała jego energia, która przez lata szła w niszczenie innych, zostanie przekierowana na utrzymanie władzy. A to oznacza koniec wiecznego wojowania. Do tej pory wygrywał tylko w sondażach / fot. Łukasz Michalik Korków pewnie nie rozładuje. Smogu nie rozgoni. Deweloperów nie powstrzyma. Ale przynajmniej magistrat będzie mógł wreszcie pracować w spokoju. Bez codziennego teatru emocji, bez internetowych histerii, bez kolejnego „skandalu”, który żyje krócej niż kawa w urzędowej ekspresie. Bo Krakowem od wielu lat nie rządzi ani spokój, ani strategia, ani zdrowy rozsądek. Rządzi nim permanentna awantura. Napędzana politycznymi napięciami, medialnymi przepychankami i garstką bardzo głośnych krzykaczy, którzy zrobili sobie karierę na roli wiecznych oburzonych. I właśnie Gibała jest tym człowiekiem, który ten mechanizm potrafi wyłączyć. Nie dlatego, że nagle zamieni politykę miasta w złoto, ale dlatego, że sam ten układ włączył i napędza. Jest jego motorem. Oczywiście ktoś zaraz powie, że to cyniczne. Że władza potrzebuje silnej opozycji. Teoretycznie tak. Tyle że w krakowskiej praktyce „silna opozycja” zbyt często oznacza po prostu maszynkę do produkcji emocji, w której każda decyzja – dobra czy zła – jest jedynie pretekstem do kolejnej wojny. Co prawda miał 234 mln zł długu, ale Kraków ma potężny budżet Krakowa nie stać już na to, żeby dalej tkwić w nieustannym konflikcie. Nie stać go na politykę wiecznej wojny o narrację. Nie stać go na to, żeby miasto było ciągle przedstawiane jako serialowa katastrofa, grana głównie na Facebooku, Twitterze i w lokalnych, hejterskich portalikach. Krakowa nie stać na to, by Gibała nadal nie był prezydentem! Bo może się okazać, że największą i najbardziej rewolucyjną zmianą nie będzie żadna nowa inwestycja, żadna strategia ani obietnica. Największą zmianą będzie… zwykła cisza. Taka, która na początku może się wydać wręcz podejrzana. ZOBACZ TAKŻE: Maślona: "Gibała jest lepiej przygotowany do bycia prezydentem niż Miszalski" [WYWIAD] Krakowie, witaj w erze Gibały. A Wy, drodzy mieszkańcy, przygotujcie się na ciszę. Może być ogłuszająca.

Więcej…

Gibała przekroczył kolejną granicę! Dziwny "zbieg okoliczności" wokół referendum

Gibała przekroczył kolejną granicę! Dziwny "zbieg okoliczności" wokół referendum

24 kwietnia 2026 | 13:20

Są granice politycznej walki. I są też momenty, kiedy ktoś te granice przekracza z pełną świadomością, bo władza zaczyna smakować bardziej niż przyzwoitość. Na światło dzienne wychodzi sprawa, która powinna zapalić w Krakowie wszystkie czerwone lampki. Gazeta Wyborcza opisała historię mieszkańca, który kilka lat temu zwrócił się o pomoc w drobnej sprawie do Łukasza Gibały, a dziś - zupełnie niespodziewanie - odbiera telefon w sprawie politycznego referendum. Telefon od ludzi związanych z Gibałą. Przypadek? Trudno w to uwierzyć. Cały tekst jest tutaj: Pięć lat temu prosił o pomoc w sprawie krawężnika. Teraz zadzwonili do niego ws. referendum w Krakowie Tu nie chodzi tylko o jedną rozmowę. Chodzi o mechanizm. O sposób myślenia. O przekonanie, że skoro ktoś kiedyś zaufał, to jego dane można dziś wykorzystać w zupełnie innym celu: politycznym, wygodnym, aktualnym. To już nie jest aktywizm społeczny. To zaczyna przypominać polityczny recykling danych i zaufania. Gibała łapie się każdej metody, by zostać prezydentem Krakowa / fot. Łukasz Michalik A cel jest jasny: odwołać obecnego prezydenta miasta i zająć jego miejsce. W tej logice wszystko wydaje się dozwolone. Nawet metody, które jeszcze niedawno kojarzyły się wyłącznie z najgorszymi praktykami telemarketingu. Bo czym to się różni? Dzwoni telefon. Nieznany numer. Odbierasz. I wtedy słyszysz głos, którego nie chcesz słyszeć. Głos, który nie pojawia się przypadkiem. Głos, który nie pyta, czy chcesz rozmawiać. Głos, który ma jeden cel: wpłynąć na ciebie. To nie jest rozmowa. To jest nagabywanie. I właśnie w tym miejscu polityka przestaje być debatą, a zaczyna przypominać nachalną sprzedaż. Tyle że „produktem” jest decyzja wyborcza mieszkańców. Jeśli ktoś buduje swoją drogę do władzy na takich fundamentach, to warto zadać sobie pytanie: co będzie dalej? Bo jeśli dziś bez skrupułów sięga się po stare dane i nadużywa zaufania ludzi, to jutro granice mogą przesunąć się jeszcze dalej. ZOBACZ TAKŻE: Jaśko, gdzie są pieniądze Polaków? Krakowski radny nabrał wody w usta Kraków zasługuje na coś więcej niż politykę w stylu „call center”.

Więcej…

Gibała znów „wygrywa” wszystko. Problem w tym, że to tylko sondaż

Gibała znów „wygrywa” wszystko. Problem w tym, że to tylko sondaż

22 kwietnia 2026 | 07:23

Grupa badawcza OGB znów rozpala emocje. Tym razem robi badanie pod tytułem "Gibała kontra kandydat, który nie startuje". A media sprzedają to jako sensacyjny sondaż. Sugeruje on, że mieszkańcy „na pewno” odwołaliby Aleksandra Miszalskiego, a jego miejsce miałby zająć Łukasz Gibała. Czy jednak nie oglądamy tu równoległej, bardziej sondażowej niż realnej rzeczywistości? Bo o tym, że Gibała wygra w opublikowanym we wtorek (21 kwietnia) sondażu pisaliśmy już... 26 marca! Gdyby wierzyć kolejnym sondażom publikowanym w przestrzeni publicznej, Łukasz Gibała powinien już co najmniej trzykrotnie zasiadać w fotelu prezydenta Krakowa. Mało tego , wcześniej zdążyłby jeszcze doprowadzić do politycznego „przewrotu” i odwołania Jacka Majchrowskiego. A jednak rzeczywistość, ta uparcie mniej spektakularna niż wykresy, konsekwentnie pisze własny scenariusz. Król sondaży - Łukasz Gibała Najnowszy raport OGB ponownie stawia Gibałę na prowadzeniu, a w drugiej turze każe mu mierzyć się z Bogdanem Klichem. Problem w tym, że sam Klich wielokrotnie i jednoznacznie zaprzeczał, jakoby miał zamiar startować w wyborach na prezydenta Krakowa. Trudno więc udawać, że ta deklaracja nie istnieje. Zwłaszcza, gdy staje się fundamentem jednego z najbardziej medialnych wariantów wyborczych. W efekcie otrzymujemy obraz, w którym bardziej niż realną scenę polityczną oglądamy jej sondażową wersję „co by było, gdyby”. W tej wersji kandydaci pojawiają się i znikają nie według realnych decyzji politycznych, lecz według założeń modeli statystycznych. I tu pojawia się zasadniczy problem: w takich symulacjach brakuje tego, co kluczowe – realnych, potwierdzonych kandydatur. Zamiast tego dostajemy zestawienia, które budują emocje, ale niekoniecznie odzwierciedlają faktyczny układ sił. Sondaże to często "równoległa rzeczywistość" Można więc odnieść wrażenie, że mamy do czynienia nie tyle z badaniem preferencji wyborczych, ile z projekcją potencjalnych scenariuszy oderwanych od politycznych deklaracji i decyzji. A wtedy trudno oprzeć się wrażeniu, że całość traci swoją analityczną wartość i zaczyna przypominać bardziej publicystyczną fantazję niż narzędzie diagnozy. Bo jeśli w centrum analizy stawia się kandydatów, którzy nie deklarują startu (ba, jednoznacznie i publicznie zaprzeczają!), a pomija tych, którzy faktycznie będą na kartach wyborczych, to trudno traktować takie zestawienia jako rzetelny obraz sytuacji. ZOBACZ TAKŻE: Kiedyś chodził po ulicach Krakowa i bił ludzi. Dziś pajacuje w służbie referendum W takim ujęciu sondaż przestaje być mapą politycznego terenu, a staje się jedynie jego uproszczonym szkicem, który niewiele mówi o tym, jak naprawdę mogą wyglądać przyszłe wybory w Krakowie. *** I jeszcze jedno: o tym, że - według sondażu - Gibała zostanie prezydentem Krakowa, pisaliśmy już 26 marca. Nie dlatego, że mamy szklaną kulę albo potrafimy wróżyć z fusów, lecz dlatego, że dobrze znamy niektóre polityczne ustawki mechanizmy. źródło: Kanał Krakowski Tutaj przypominamy nasz tekst z końca marca: Znamy wyniki sondaży, zanim zostały opublikowane! To ON zostanie prezydentem

Więcej…

Katoprawica okłamuje Krakowian przed referendum! Absurd roku

Katoprawica okłamuje Krakowian przed referendum! Absurd roku

21 kwietnia 2026 | 09:40

Hej, nie masz nogi. Serio. Stoisz, chodzisz, kopiesz piłkę, a ja Ci mówię: nie masz nogi! Dokładnie tak wygląda narracja krakowskiej prawicy w sprawie „konwentu satanistów” w ICE Kraków. Zwolennicy referendum dwoją się i troją, żeby obrzydzić mieszkańcom Krakowa ich własne miasto. Podają ohydne kłamstwa, celowo rozprowadzają fake newsy i próbują zrobić z Krakowa satanistyczną stolicę Polski tylko po to, żeby kilka dni przed referendum wywołać tanią, obrzydliwą histerię. „Konwent satanistów w ICE Kraków!” – z pianą na ustach grzmi cała prawica. Od Republiki, przez wPolsce24, Do Rzeczy, TRWAM, po wszystkie mniejsze katoprawicowe portaliki – wszyscy ochoczo podchwycili ten smród i rozdmuchali go na całą Polskę. Fejk news Mimo wyraźnego dementi miasta, mimo że ICE nigdy nie podpisało żadnej umowy – fakty nie przeszkadzają im w narracji. To takie kłamstwo, jakby ktoś Wam powiedział, że nie macie jednej nogi. A Wy wiecie, że ją macie, stoicie na niej, chodzicie. A oni dalej upierają się, że jej nie macie. A na czele tego cyrku stoi Barbara Nowak, była kurator oświaty, która miała bezpośredni wpływ na nasze dzieci, nadal dumnie udostępnia i podtrzymuje tę kłamliwą narrację. Nie ściągnęła postów, nie przeprosiła, tylko dalej sieje panikę i obrzydzenie. Barbara Nowak / fot. wikimedia Jak nisko można upaść? Żeby tylko robić polityczną awanturę, gotowi są obrzucić Kraków gów*em, straszyć mieszkańców czarnymi mszami i robić z normalnego miasta scenę z horroru klasy B. ZOBACZ TAKŻE: Wymyślili satanistów, żeby straszyć ludzi. I poszło w eter To nie jest kampania. To jest zwykłe, plugawe obrzydlistwo. I krakowianie doskonale widzą, kto naprawdę brudzi ich miasto – nie sataniści, tylko ci, którzy tak ochoczo tym fejkiem karmią ludzi.

Więcej…

Wymyślili satanistów, żeby straszyć ludzi. I poszło w eter

Wymyślili satanistów, żeby straszyć ludzi. I poszło w eter

20 kwietnia 2026 | 13:00

Gdyby ktoś szukał podręcznikowego przykładu degrengolady debaty publicznej, historia o „konwencie satanistów” w ICE Kraków powinna trafić do pierwszego rozdziału. Nie jako ciekawostka. Jako ostrzeżenie. Bo to nie jest zwykła wpadka. To nie jest nawet klasyczny fake news, który ktoś niechcący podał dalej. To jest świadomie rozdmuchana bzdura, której jedynym paliwem jest polityczny interes i pogarda dla inteligencji odbiorcy. Znana dystrybutorka fejk newsów - Barbara Nowak / źródło: FB Barbary Nowak Mechanizm jest prosty jak konstrukcja cepa: ktoś wrzuca do sieci informację opartą na błędnym wpisie. Ktoś inny – zamiast sprawdzić – zaczyna krzyczeć. A potem wchodzą politycy i robią z tego „sprawę publiczną”. I nagle mamy „skandal”, „zagrożenie”, „atak na wartości”. Tyle że zbudowane na niczym. Bo fakty są kompromitująco banalne: ICE Kraków nie organizuje żadnego „zlotu satanistów”. Nie ma wydarzenia, nie ma umowy, nie ma tematu. Jest dementi. Twarde, jednoznaczne i kompletnie ignorowane przez tych, którzy już zdążyli odpalić emocjonalną machinę. I tu dochodzimy do sedna. To nie jest polityka oparta na błędzie. To jest polityka oparta na cynizmie. Bo nie chodzi o to, czy coś jest prawdą. Chodzi o to, czy się klika. Czy wywołuje strach. Czy pozwala znowu ustawić świat w wygodnym schemacie: „my – obrońcy” kontra „oni – zagrożenie”. Nawet jeśli to „zagrożenie” trzeba sobie najpierw wymyślić. Pismo Najbardziej żenujące w tej historii jest jednak tempo, w jakim część prawicy przechodzi od „informacji” do histerii. Bez weryfikacji. Bez refleksji. Bez cienia odpowiedzialności. Jakby standardy były luksusem, na który nie mogą sobie pozwolić. Nie, to nie jest brak kompetencji. To jest wybór. Wybór, żeby zamiast rzeczywistości sprzedawać emocjonalny teatr. Wybór, żeby zamiast faktów oferować insynuacje. Wybór, żeby zamiast uczciwej debaty uprawiać tanią, podszytą lękiem propagandę. I nazwijmy to wreszcie po imieniu: to nie jest „ostry język”, to nie jest „polityczna przesada”. To jest perfidne kłamstwo. Takie, które nie ma nawet ambicji udawać prawdy – wystarczy, że działa. A działa, bo ktoś wciąż uważa, że odbiorca nie zasługuje na rzetelność. Wystarczy mu strach. ZOBACZ TAKŻE: Kiedyś chodził po ulicach Krakowa i bił ludzi. Dziś pajacuje w służbie referendum Problem w tym, że każdy taki przypadek przesuwa granicę. Dziś „satanistyczny konwent”, jutro coś jeszcze bardziej absurdalnego. Aż w końcu przestaniemy odróżniać rzeczywistość od politycznej fantazji. I może właśnie o to chodzi.

Więcej…

O tym, jak chłopiec, który pokonał igrzyska odkrył, że referendum działa w dwie strony

O tym, jak chłopiec, który pokonał igrzyska odkrył, że referendum działa w dwie strony

19 kwietnia 2026 | 18:37

Kiedyś nauczył Krakowian, jak skutecznie wbić nóż w plecy wielkim projektom za pomocą referendum. Dziś ten sam nóż wraca i celuje prosto w jego własne krzesło w Radzie Miasta. Karma nie tylko istnieje – ona ma świetną pamięć i poczucie humoru. Pamiętacie te czasy, kiedy Kraków chciał organizować Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2022? Miasto szumiało od plakatów, haseł i obietnic wielkich inwestycji. Ale na czele krucjaty przeciwko imprezie stanął wtedy taki jeden młokos – energiczny, gniewny aktywista – Tomasz Leśniak. Wtedy jeszcze szczupły w argumentach i szeroki w ambicjach, grzmiał, że Kraków nie może dać się wciągnąć w olimpijską awanturę. Walczył, agitował, pokazywał koszty, ryzyko i rzekomo megalomańskie wizje. Metodami nie zawsze eleganckimi, acz skutecznymi. Protestował nie tylko przeciwko igrzyskom, ale także przeciwko gigantycznym pieniądzom, jakie miały spłynąć do Krakowa (a na które były już przeciez gwarancje rządowe!) i niezwykle potrzebnym inwestycjom (nie tylko tym sportowym, ale głównie transportowym), które na zawsze miały zostać w naszym regionie. 12 lat temu Leśniak niezbyt elegancko przekonywał, by dopisywać się do spisu wyborców. Dziś tego typu metody już mu się nie podobają Prezydent Jacek Majchrowski, widząc, co się święci, z miną męczennika ogłosił referendum. I co? Krakowianie poszli i powiedzieli gromkie NIE. Igrzyska spakowały manatki, a młody Leśniak spakował sukces i popłynął na polityczne salony. Dla Leśniaka był to bilet do polityki. Z aktywisty miejskiego zrobił się radny, działacz Lewicy, członek komisji, głos w radzie miasta. źródło: X Leśniaka Aż tu nagle – bum. Rok 2026. Kraków ma nowe referendum. Tym razem nie przeciwko igrzyskom, tylko przeciwko obecnemu prezydentowi i całej radzie miasta, w tym przeciwko Leśniakowi osobiście. Frekwencja musi być wysoka, żeby było ważne, ale samo to, że się odbędzie, już jest symbolem. Ten sam Leśniak, który kiedyś krzyczał „głos mieszkańców jest święty!”, dziś patrzy na inicjatywę referendalną z niechęcią. No proszę. Kiedyś niezbyt eleganckie metody były w porządku, bo służyły – w jego mniemaniu – słusznej sprawie. Dziś, gdy sprawa jest przeciwko niemu, już nie bardzo. Bo jeśli referendum się powiedzie i rada miasta poleci, to Leśniak poleci razem z nią. A dla przedstawiciela Lewicy miejsca na listach KO przed przyspieszonymi wyborami już nie będzie. Koniec mandatu, koniec komisji, koniec pozycji. Polityczny niebyt. Karma, drodzy państwo. Karma wraca. Tylko szkoda, że inni przy okazji dostają rykoszetem. Sesja RMK / fot. Łukasz Michalik Dwanaście lat temu Leśniak uczył Krakowian, że referendum to potężna broń w rękach mieszkańców. Uczył ich, że można powiedzieć „nie” wielkim projektom władzy. I to nawet nie tej samorządowej, ale centralnej. I to nawet nie tylko naszej, krajowej, ale wychodzącej poza granice Polski, wszak igrzyska miały być organizowane wspólne ze Słowacją. Uczył ich, że głos z ulicy ma znaczenie. I proszę, Krakowianie najwyraźniej zapamiętali lekcję. Tylko że tym razem cel jest inny. Młody Leśniak walczył o to, by mieszkańcy mieli głos. Dojrzały radny Leśniak odkrywa, że mieszkańcy nadal chcą mieć głos – tylko akurat przeciwko niemu. Jak to mówią: żyj tak, żeby twoje dawne zwycięstwa nie wróciły do ciebie jako referenda odwoławcze. Bo referendum, tak jak bumerang, ma to do siebie, że czasem wraca z większą siłą. I tym razem Leśniak stoi po drugiej stronie barykady. ZOBACZ TAKŻE: Handel miejscami na listach wyborczych. Radna kupiła jedynkę za cenę zdrady Smacznego, Tomku. Karma podana na zimno. Jak olimpijski śnieg, który do Krakowa – głównie przez Twoje niezbyt eleganckie "akcje" – nigdy nie dotarł.

Więcej…

Wygrywasz wybory? To dopiero początek problemów. Przegrani paraliżują miasto

Wygrywasz wybory? To dopiero początek problemów. Przegrani paraliżują miasto

16 kwietnia 2026 | 14:50

51 procent wystarczyło, żeby wygrać wybory. Ale, jak się okazuje, nie wystarczy, żeby rządzić w spokoju. W Polsce zaczyna się era demokracji bez końca. Z wyborami, które nigdy się nie kończą. Jeśli ten trend się utrzyma, przegrani już nigdy naprawdę nie przegrają. Kraków lubi myśleć o sobie jako o mieście rozsądku. Takim, które nie ulega gwałtownym nastrojom, tylko waży racje jak aptekarz proszki. A jednak ostatnie wybory i to, co się dzieje po nich, pokazały coś innego: emocje są tu żywsze niż gdziekolwiek indziej. Najpierw fakty. Miszalski wygrał. Skromnie, na granicy, coś około 51 procent. I dobrze, bo demokracja nie polega na wynikach rodem z Białorusi, gdzie 99,9 procent brzmi bardziej jak komunikat propagandowy niż werdykt obywateli. Ale prawdziwa historia zaczyna się po wyborach. Bo przegrani, a w Krakowie bywa, że jest ich naprawdę sporo, coraz częściej nie chcą czekać do następnego rozdania. Demokracja przedstawicielska wymaga cierpliwości, a cierpliwość nie jest dziś towarem pierwszej potrzeby. Zamiast niej mamy natychmiastowość: szybkie komentarze, szybkie sądy, szybką krytykę i, jak się okazuje, coraz chętniej – szybkie referenda. Referendum I nie jest to tylko krakowska specyfika. W całej Polsce referenda mnożą się dziś jak grzyby po deszczu. W samej Małopolsce, tylko w ostatnich miesiącach, próbowano zorganizować ich sześć czy siedem. Zdecydowana większość z nich kończy się fiaskiem. Albo nie udaje się nawet zebrać podpisów, albo frekwencja nie dopisuje, bo mieszkańcy nie widzą powodu, by iść do urn. To ważny sygnał, świadczący o tym, że trudno tu mówić o autentycznych, oddolnych zrywach obywatelskich. Częściej są to inicjatywy wąskich grup, lokalnych frustratów czy przegranych środowisk politycznych, które próbują jeszcze raz rozegrać tę samą partię, tylko innymi środkami. Referendum brzmi niewinnie. Nawet szlachetnie. Ot, głos ludu, korekta decyzji, wentyl bezpieczeństwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestaje być wyjątkiem, a staje się narzędziem politycznej codzienności. Gdy przegrana nie oznacza już końca kampanii, tylko jej drugą, a najczęściej nawet trzecią turę, prowadzoną innymi metodami. Referendum Bo przecież zawsze coś się znajdzie. Szczególnie w tych niespokojnych czasach. Wojna, wysokie ceny paliwa, kryzysy gospodarcze, a więc i podwyżki lokalnych podatków czy niepopularne decyzje, które trzeba podjąć, bez względu na to, kto jest akurat u władzy. I każdą z tych decyzji można przedstawić jako skandaliczną, choć realnie jest konieczna i oczywista. Nie trzeba jednak wiele, by zbudować narrację: „sprawdźmy ich jeszcze raz”, „oddajmy głos ludziom”, „nie bójmy się demokracji”. I tu zaczyna się pułapka. Bo jeśli każde rozstrzygnięcie wyborcze można natychmiast podważyć referendalną próbą sił, to władza przestaje być stabilna. A bez stabilności nie ma odpowiedzialności. Rządzenie zamienia się w nieustanne gaszenie pożarów i kampanię permanentną. W takich warunkach wygrywa nie ten, kto ma lepszy program, ale ten, kto ma więcej pieniędzy, lepsze zaplecze i większą zdolność mobilizacji emocji. Zbieranie podpisów pod referendum Najgroźniejsze jest jednak coś innego: odwrócenie pojęć. Bo za chwilę ktoś powie – a zresztą już mówi – że sprzeciw wobec referendum jest sprzeciwem wobec demokracji. Że namawianie do jego bojkotu to zamach na głos obywateli. Naprawdę?! Demokracja to nie tylko głosowanie. To także UZNANIE WYNIKU głosowania. To zgoda na to, że przez określony czas rządzą wybrani, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Referendum jako narzędzie wyjątkowe może tę demokrację wzmacniać. Ale referendum jako broń polityczna – używana zawsze wtedy, gdy wynik się nie podoba – zaczyna ją podkopywać. Może więc warto odwrócić argument. Referendum Nie każde referendum jest świętem demokracji. Czasem jest jej objawem zmęczenia. A czasem pierwszym sygnałem, że zamiast wspólnoty decyzji zaczynamy mieć wspólnotę permanentnego sporu. Kraków stoi dziś nie tylko przed wyborem prezydenta. Stoi przed wyborem stylu polityki. I dobrze by było, żebyśmy nie zamienili miasta debaty w miasto niekończących się plebiscytów. ZOBACZ TAKŻE: Referendum w Krakowie: kiedy się odbędzie, dlaczego, warunki, procedura, kontrowersje, koszty

Więcej…

Zagłosuję za odwołaniem Miszalskiego! Ale kto przejmie władzę w mieście?

Zagłosuję za odwołaniem Miszalskiego! Ale kto przejmie władzę w mieście?

09 kwietnia 2026 | 10:41

Najłatwiej jest kogoś odwołać. Znacznie trudniej powiedzieć, kto ma przyjść po nim. I w Krakowie właśnie wszyscy nagle milkną. Wywieźć prezydenta na taczkach? Brzmi dobrze, chwytliwie. Gorzej, gdy okazuje się, że poza tym hasłem nie ma absolutnie nic więcej. W tej historii największym problemem nie jest to, kto ma odejść – tylko to, że nikt nie potrafi powiedzieć, kto ma przyjść. To nie jest wybór między dobrym a złym prezydentem. To jest wybór między znanym i uczącym się (choć bardzo powoli) na błędach a kompletną niewiadomą. I właśnie dlatego to referendum może bardziej namieszać, niż naprawić. Tak, być może zagłosuję za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego. Ale… No właśnie. Pokażcie mi alternatywę. Bo na razie to wygląda jak klasyczny krakowski sabat: niby wszyscy wiedzą, czego nie chcą, ale gdy przychodzi do konkretów – zapada cisza. Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK Środowisko referendalne to barwna mozaika. Są anty-Miszalscy „aktywiści”, są ludzie jeszcze z czasów Jacka Majchrowskiego i uznający je za złoty okres Krakowa, są osoby z PiS, są chłopcy z Konfederacji, jest Łukasz Gibała i jego środowisko. Ba, w jednym szeregu z Konradem Berkowiczem potrafi stanąć nawet Aleksandra Owca z Razem. Trzeba przyznać: egzotyczna koalicja. 134 tysiące podpisów nie zebrało się samo. Mobilizacja była. Teraz trwa kolejna mobilizacja, by referendum było ważne i by Miszalski wyjechał z urzędu na taczkach. A przy okazji załadował na nie kilku swoich „kolesi”. Aleksandra Owca i Konrad Berkowicz / fot. wikimedia Tylko jest jeden problem: kto ma rządzić po wszystkim? Bo na razie nikt nie ma odwagi powiedzieć wprost: Odwołujemy Miszalskiego i w jego miejsce wchodzi konkretny człowiek – lepszy, sprawniejszy, z wizją i bez układów. Kogo wystawi PiS? To nie jest detal. Inaczej wygląda scenariusz z Łukaszem Kmitą, inaczej z Michałem Drewnickim, jeszcze inaczej z Małgorzatą Wassermann. A może ktoś z zaplecza Ryszarda Terleckiego / Barbary Nowak? Każda z tych opcji to zupełnie inna gra. Kogo wystawią Gibałowie (wszak to już prawie dynastia)? Naturalnym kandydatem jest sam Łukasz Gibała, ale coraz częściej pojawiają się plotki o drugim synu alkoholowego oligarchy – Bartoszu Gibale (to ten z fundacji Zróbmy sobie Kraków). I to robi gigantyczną różnicę. Jeden to polityczny przegryw, żądny zemsty, zużyty już wieczny kandydat, który od lat próbuje i nigdy nie dowozi. Jego brat to z kolei człowiek z doświadczeniem biznesowym, sukcesami w tymże biznesie, lepszą komunikacją, lepszym wyglądem, mniej zużyty politycznie. A jeśli mówimy o „alternatywie”, to takie niuanse mają ogromne znaczenie. Łukasz Gibała Konfederacja? No tu to już w ogóle cyrk. Albo jakiś lokalny radykał, albo złodziej patelni z Ikei, albo ruska onuca, albo wszysko w jednym – wybierzcie sobie. Różnicy i tak nie ma, bo i tak skończy się na memach i krzykach o zdradzie. A sam komitet referendalny? Czy ich kandydatem ma być Jan Hoffman? Czy to tylko rola techniczna, a w drugiej turze i tak będzie poparcie dla Gibały? Nikt nie mówi tego jasno. Hoffman jest widoczny, ale czy naprawdę aspiruje do prezydentury, czy tylko buduje pozycję negocjacyjną, by powtórzyć manewr Stanisława Mazura z poprzedniej kampanii i poprze Gibałę w zamian za stołek? Jan Hoffman (z prawej) / fot. Kanał Krakowski No i w końcu kto zastąp „kolesi”? Czy taki Gibała weźmie sobie na wiceprezydenta bandytę Mateusza Jaśkę? Czy może sięgnie po innych zasłużonych dla jego kampanii? Czy będzie spłacał dług stanowiskami czy tylko pieniędzmi? Czy jak prezydentem zostanie ktoś z PiS-u, to będziemy mieć zaciąg partyjnych działaczy czy jednak postawią na specjalistów? Bo Konfederacja to wiadomo, oni nie są w stanie odróżnić specjalistów od głąbów, a swoich działaczy aż tylu nie mają, więc tu może decydować przypadek. I tu jest sedno problemu. Cała ta akcja referendalna wygląda jak dogrywka po przegranych wyborach 2024. Próba wywrócenia stołu, bo wynik nie pasuje. Organizatorzy referendum / fot. Kanał Krakowski Tylko że Kraków to nie planszówka. To miasto z ogromnym budżetem, sporym zadłużeniem, gigantycznie rozwiniętą komunikacją, dynamicznie zmieniającymi się trendami na rynku pracy, zaczynającą się wymykać spod kontroli turystyką... Tu nie wystarczy kibolski okrzyk: "Byle nie Miszalski". Odwołać Miszalskiego? No spoko. Obudzony w środku nocy wymieniłbym kilka rzeczy, które mogą nakłonić mnie do pójścia do referendum: zbyt wolne zmiany (jestem fanem szybkiego działania), pytanie o wszystko mieszkańców (konsultacje społeczne to rak), trudności z podejmowaniem stanowczych decyzji (trzeba realizować założone cele, nawet jeśli nie wszystkim się one podobają), brak spektakularnych inwestycji (to „co za rogiem” to za mało), zatrudnienie niektórych współpracowników (wiem, że niektórzy dobrze udają, że są merytoryczni i coś potrafią, ale powinien nastąpić już czas weryfikacji). Czy to jakieś grzechy wielkiego kalibru? Pewnie nie, ale zawsze można lepiej. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik To trochę jak na Tinderze. Widzicie fajną laskę, dajecie w prawo, spotykacie się z nią na żywo, okazuje się nawet spoko, a później... znowu przesuwacie kolejne setki profili w poszukiwaniu tej "jeszcze lepszej". Najlepszej. I możecie tak robić w nieskończoność. Więc skoro całe życie można szukać ideału, to dlaczego nie dać szansy na rządzenie Krakowem komuś, kto zrobi to lepiej? Tylko… komu? No bo co dalej? Załóżmy, że przyłożę rękę do odwołania obecnego prezydenta. Że wezmę udział w referendum. I co? Kto weźmie odpowiedzialność za miasto? Kto pokaże plan na transport, mieszkania, turystykę, finanse? Kto nie tylko wygra wybory, ale potem udźwignie zarządzanie miastem? Na razie słyszę tylko: „byle nie Miszalski”. Dla mnie to za mało. Kraków nie potrzebuje kolejnej bezimiennej rewolucji. Potrzebuje konkretu. Twarzy. Decyzji. Bracia Kamraci Więc, drodzy inicjatorzy, mniej emocji, więcej odpowiedzi. Wskażcie kandydata. Nazwijcie go. Weźcie za niego odpowiedzialność. Bo jeśli nie, to skończy się jak zwykle: dużo hałasu, trochę hejtu i żadnej zmiany. A wtedy zostanie albo Aleksander Miszalski do końca kadencji… albo ktoś, kto wygra tylko dlatego, że „nie był Miszalskim”. I to dopiero może być problem.  ZOBACZ TAKŻE: Ten skazany bandyta jest twarzą krakowskiego referendum! Jego historia szokuje No to jak: macie kandydata, czy tylko slogan?

Więcej…

Prywatna zemsta Gibały. Wielki przegryw chce rewanżu i udaje "głos ludu"

Prywatna zemsta Gibały. Wielki przegryw chce rewanżu i udaje "głos ludu"

07 kwietnia 2026 | 19:41

Serio? Ten sam Łukasz Gibała, który przez lata zmieniał polityczne barwy jak rękawiczki, porusza się w świecie luksusu i żyje z milionowych „pożyczek” od ojca, dziś próbuje sprzedać się jako głos zwykłych ludzi walczących z „układem”. Trudno o bardziej jaskrawy przykład politycznej hipokryzji. I trudniej uwierzyć, że ktokolwiek jeszcze kupuje tę narrację. Referendum 24 maja to nie żadna „oddolna energia społeczna Krakowian”, jak próbuje nam wmówić Łukasz Gibała. To prywatna zemsta jednego wielkiego przegrywa, który dwa lata temu dostał po dupie w drugiej turze i do dziś nie potrafi tego przełknąć. Wcześniej dwukrotnie dostał baty od Jacka Majchrowskiego i też chciał go odwołać w referendum. Chciał tego tak bardzo, że… złożył sfałszowane podpisy i sprawa trafiła do prokuratury, a referendum się nie odbyło. źródło: Gazeta Wyborcza W 2024 roku Kraków jasno powiedział: Miszalski 51%, Gibała 49%. I były poseł Ruchu Palikota, a prywatnie siostrzeniec Jarosława Gowina, znowu przegrał. Zamiast pogratulować zwycięzcy, wziąć się do roboty w radzie miasta albo po prostu żyć dalej – Gibała zrobił to, co zawsze robi, gdy mu nie wychodzi: zaczął ryczeć i szukać sposobu na rewanż. I znalazł. To właśnie on stanął za całym tym cyrkiem z referendum. Oczywiście nieformalnie, bo drugie przegrane referendum z rzędu na zawsze wysadziłoby jego twarz i nazwisko z polityki. Ale to jego ludzie płacili ankieterom za zbieranie podpisów, to on finansował akcję, to on od pierwszego dnia podkręcał narrację „odzyskajmy Kraków”. Cała ta „obywatelska inicjatywa” śmierdzi polityczną zemstą na kilometr. A jak się broni? Klasycznie, po gibałowemu – tanim podziałem na „my kontra oni”: Z jednej strony sterowane z Warszawy partyjne struktury, a z drugiej zwykli mieszkańcy… Z jednej strony partyjni kolesie z 4–5 posadami, a z drugiej ludzie, którzy ciężko pracują. Z jednej strony hejt i nienawiść warszawskiego Soku z Buraka, a z drugiej prawdziwa oddolna pozytywna energia… źródło: FB Gibały Serio? Ten gość, który sam zmieniał partie jak rękawiczki, jeździ luksusowymi autami i żyje z milionowych „pożyczek” od tatusia, nagle udaje biednego robotnika walczącego z „partyjnymi kolesiami”? Dług Gibały To nie jest „pozytywna energia społeczna”. To jest gorzka frustracja wiecznego przegrywa. Człowiek, który nie umie przegrać jak mężczyzna, tylko przez dwa lata (a w sumie przez niemal 17 lat!) kopie, gryzie i próbuje obalić prezydenta, którego Kraków wybrał w demokratycznych wyborach. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD] Gibała to klasyczny przegryw-polityk: Przegrał wybory → referendum. Nie podoba mu się wynik → „układy, Warszawa, partyjne struktury”. Ludzie nie chcą go na prezydenta → „mieszkańcy muszą odzyskać miasto”. Co na to Aleksander Miszalski? No a czego się spodziewacie? – Zbojkotujcie ten referendalny cyrk lokalnego przegrywa i pozwólcie mu dalej płakać w kącie – zdaje się mówić prezydent. Choć oficjalnie brzmi to tak: Referendum w sprawie odwołania zawsze mobilizuje przeciwników. Tak działa ten system. Dlatego jeśli uważacie, że powinienem dokończyć kadencję, w dniu referendum zostańcie w domu. Naszym zwycięstwem będzie niska frekwencja w referendum i wysoka w dniu każdych wyborów źródło: FB Miszalskiego Niska frekwencja = Gibała znowu dostaje po twarzy. I tym razem nawet nie będzie mógł powiedzieć, że „system był przeciwko niemu” – bo system dał mu szansę w normalnych wyborach i Kraków powiedział „nie”. ZOBACZ TAKŻE: Patologia po krakowsku. Odsłaniamy kulisy referendum i "martwych dusz" Panie Łukaszu, szanuję ambicję, ale ogarnij się Pan wreszcie. Przegrałeś. Dwa lata temu. I zamiast budować, dalej tylko burzysz. To nie jest energia społeczna. To jest po prostu żal wielkiego przegrywa.

Więcej…

Patologia po krakowsku. Odsłaniamy kulisy referendum i "martwych dusz"

Patologia po krakowsku. Odsłaniamy kulisy referendum i "martwych dusz"

07 kwietnia 2026 | 15:59

Dziesiątki tysięcy trefnych podpisów, „martwe dusze” na listach i tysiące kart, których nikt nawet nie sprawdził. Tak wyglądają kulisy referendum w Kraków. To już nie są „błędy”. To jest systemowy problem, który kompromituje ideę referendum w Krakowie! Komisarz wyborczy policzył niespełna 85 tysięcy podpisów. I co zobaczył? Blisko 28 procent nieważnych. Dziesiątki tysięcy wadliwych wpisów. A przecież – przypomnijmy – organizatorzy chwalili się ponad 133 tysiącami podpisów. Około 50 tysięcy… nawet nie zostało sprawdzone. Nie wiemy więc, jakie „kwiatki” kryją się w tej reszcie. A już to, co wiemy, wystarczy, żeby zapalić wszystkie czerwone lampki. Fałszywe dane. Błędy. Duble. Braki. I wisienka na torcie – podpisy osób zmarłych. „Martwe dusze” na listach poparcia. To nie jest lapsus. To nie jest przypadek. To jest coś, co powinno uruchamiać natychmiastową i bezwzględną reakcję państwa. źródło: PKW ZOBACZ WIĘCEJ: Podpisy zmarłych i TYSIĄCE błędów! Mamy dokładne dane w sprawie referendum Dlatego sprawa trafia do Prokuratury Rejonowej w Krakowie. I dobrze. Pytanie tylko: co dalej? Bo jeśli ktoś ma wrażenie deja vu, to ma rację. To nie pierwszy raz, kiedy krakowskie referendum kończy się w cieniu podejrzeń o fałszowanie podpisów. W sprawie poprzedniego referendum organizowanego (wtedy jeszcze oficjalnie) przez Łukasza Gibałę również pojawiły się poważne wątpliwości – śledztwo ciągnęło się latami, zarzuty usłyszało kilka osób, a finał? Umorzenie z powodu „znikomej szkodliwości czynu”. Znikomej. Czy naprawdę ktoś chce dziś powtórzyć ten scenariusz? Bo jeśli dziesiątki tysięcy wadliwych podpisów, w tym dane osób nieżyjących, mają być traktowane jako „incydent”, to znaczy, że coś w tym mieście bardzo poważnie się rozjechało. Demokracja lokalna nie polega na hurtowym zbieraniu czegokolwiek, byle dobić do progu. Polega na zaufaniu. A to właśnie zostało tu brutalnie nadszarpnięte. Podpisy / fot. Kanał Krakowski Nie wiemy też, co znajduje się w tych nieprzeliczonych 50 tysiącach podpisów. A skoro w sprawdzonych materiałach znaleziono tyle nieprawidłowości, to trudno zakładać, że reszta to krystaliczna czystość obywatelskiego zrywu. Można oczywiście mówić o „sabotażu”, o „prowokacjach”, o „przeciwnikach referendum”. Takie narracje już się pojawiają. Ale fakty są brutalne: ktoś te podpisy zebrał, ktoś je złożył i ktoś odpowiada za ich jakość. I dopóki nikt za to realnie nie odpowie, dopóty będziemy kręcić się w tym samym, dobrze znanym krakowskim kole: wielkie hasła, jeszcze większe liczby, a potem… prokuratura i zdziwienie. Tyle że tym razem skala jest taka, że trudno będzie to zamieść pod dywan.

Więcej…

Komarewicz nie jest tchórzem! Jest po prostu cynicznym graczem, a to zupełnie inna liga

Komarewicz nie jest tchórzem! Jest po prostu cynicznym graczem, a to zupełnie inna liga

02 kwietnia 2026 | 19:20

Rafał Komarewicz nie ma dziś dobrego dnia. Niektórzy sobie urządzają podśmiechujki. Że „bez jaj”, że "bez kręgosłupa" że „zatrzasnął się w toalecie”. Że „chłoptaś w krótkich spodenkach”. Łatwo mu przywalić, bo rzeczywiście kluczy, bełkocze i nigdy nie mówi wprost, po której jest stronie. Tylko że to nie jest dowód na brak charakteru. To jest dowód na to, że facet wie dokładnie, co robi. Oburzył mnie tekst Łukasza Mordarskiego o tym, że Komarewicz nie ma odwagi mówić tego, co myśli, pod prowokującym tytułem: Zatrzasnął się w toalecie i nadal tam siedzi. Trudny przypadek posła z Krakowa. Tymczasem uważam, że Komarewicz nie jest tchórzem! On jest po prostu przebiegłym graczem. Dentysta z wykształcenia, który porzucił fachu, żeby wskoczyć w politykę i szybko zrozumiał jedną prostą zasadę: w dzisiejszej grze nie wygrywa ten, kto ma jaja i mówi prawdę. Wygrywa ten, kto potrafi się ustawić tak, żeby zawsze wyjść na swoje – bez względu na to, kto akurat rządzi, kto kogo zdradza i w którą stronę wieje wiatr. Dlatego kluczy. Dlatego nigdy nie powie wprost „chcę odwołać Miszalskiego”, choć pewnie bardzo by chciał sam usiąść w fotelu prezydenta albo przynajmniej pomóc w tym Gibale. Bo po co mu otwarta wojna? Po co mu wrogowie? Lepiej mówić „referendum to święto demokracji”, uśmiechać się do wszystkich i czekać, aż sytuacja się wyklaruje. Wtedy wskoczy na ten wóz, który będzie jechał najszybciej. To nie brak kręgosłupa. To cyniczna, wyrachowana strategia. ZOBACZ TAKŻE: Skandal z podpisami pod referendum. Kulisy zbiórki budzą poważne wątpliwości Zdradził Majchrowskiego? Zdradził Hołownię? No i co z tego? Dla niego to nie zdrada, tylko zwykły biznes. Partie i liderzy są dla niego tylko tymczasowymi platformami startowymi. Wsiada, jedzie kawałek, a jak czuje, że pojazd zaczyna się psuć – przesiada się na następny. I zawsze wychodzi na plus. Jego bełkot w Radiu Kraków nie był wyrazem słabości. To był klasyczny ruch człowieka, który nie chce stracić żadnej opcji. Nie chce spalić mostów ani z obozem Miszalskiego, ani z tymi, którzy chcą go obalić. Chce mieć otwartą furtkę do każdej możliwej koalicji, każdego układu i każdego budżetu, który będzie mu się „spinał”. Bo o to w tym wszystkim chodzi. O budżet. O mandat, o dietę, o przywileje, o emeryturę poselską i o to, żeby dalej dobrze żyć, nie wracając do borowania zębów. Komarewicz nie jest ofiarą własnego braku jaj. On jest po prostu wyjątkowo skutecznym cynikiem w czasach, kiedy szczerość polityczna jest karana, a nijakość nagradzana. Wielu go nienawidzi, ale mało kto potrafi tak długo utrzymywać się na powierzchni, nie mówiąc niczego konkretnego. Więc zamiast wyzywać go od tchórzy, warto nazwać rzeczy po imieniu: Rafał Komarewicz to nie jest polityk bez charakteru. To jest polityk bez zasad. I właśnie dzięki temu tak dobrze sobie radzi. W polityce nie zawsze wygrywa ten z największymi jajami. Coraz częściej wygrywa ten, który najsprytniej udaje, że ich nie ma. A Komarewicz udaje to już od wielu lat. I jakoś ciągle mu się to opłaca.

Więcej…

Zatrzasnął się w toalecie i nadal tam siedzi. Trudny przypadek posła z Krakowa

Zatrzasnął się w toalecie i nadal tam siedzi. Trudny przypadek posła z Krakowa

02 kwietnia 2026 | 12:15

Najbardziej bezjajeczny przedstawiciel krakowskiej polityki znów zabrał głos. I znów – jak zwykle – wyszło mu to tak, że aż żal słuchać. Rafał Komarewicz, poseł-widmo, były już kumpel Szymona Hołowni, a obecnie członek klubu Centrum, pojawił się w Radiu Kraków i został zapytany o referendum w sprawie odwołania prezydenta. Pytania były proste i sprowadzały się do tego: jesteś za czy przeciw odwołaniu Aleksandra Miszalskiego? No i co usłyszeliśmy? Coś w stylu: Wezmę udział, bo każde referendum to święto demokracji… oddam głos za lub przeciw… bla bla bla… Klasyczny bełkot człowieka, który za nic w świecie nie chce powiedzieć prawdy. A prawda jest banalna: Komarewicz najchętniej wywaliłby Miszalskiego z urzędu, bo sam chętnie by się tam wpakował lub pomógł w tym Łukaszowi Gibale. Tylko że powiedzieć to głośno? O nie. Za duże ryzyko. Lepiej kluczyć, gubić się w zeznaniach i udawać, że jest się ponad tym wszystkim. Rafał Komarewicz w czasach, gdy był krakowskim radnym / fot. UMK To nie pierwszy raz. Komarewicz ma już w tym mistrzostwo świata. Nawet jak na standardy polskiego polityka jego kręgosłup jest tak giętki, a jaja tak mikroskopijne, że wspomnianego Gibałę bije na głowę. Pan Łukasz lubi i wie, z kim się naparzać i nie zostawia złudzeń, kto – w jego mniemaniu – jest dobry, a kto zły. Komarewicz? Kluczy. Jest nieszczery. Taki pan Nikt bez zdania. Legenda o tym, jak podczas trudnego głosowania w Radzie Miasta Krakowa „zatrzasnął się w toalecie”, krąży po mieście do dziś. I wcale nie brzmi jak plotka – brzmi jak coś w jego stylu. Bo gdy przychodzi co do czego – gdy trzeba się opowiedzieć jasno „za” lub „przeciw” – pan polityk nagle znika. Albo zaczyna mówić językiem, przez który brzmi jak chłoptaś w krótkich spodenkach, który bardzo, bardzo nie chce, żeby mama się dowiedziała, co naprawdę myśli. Dzisiaj znów nie potrafił. Zamiast powiedzieć wprost: „Tak, chcę odwołania Miszalskiego, bo uważam, że Kraków zasługuje na zmianę” (lub odwrotnie – gdyby miał odwagę bronić prezydenta), dostaliśmy wodę z cukrem. „Wezmę udział. Demokracja. Święto.” Brawo, maestro! Rafał Komarewicz / fot. wikimedia A najśmieszniejsze (i jednocześnie najsmutniejsze) jest to, że brak jaj nie przeszkadza mu w medialnych występach. Komarewicz ciągle gada, ciągle udziela wywiadów, ciągle udaje ważnego gracza. Tylko że gdy słuchasz, masz wrażenie, że nie rozmawiasz z politykiem, a z kimś, kto boi się własnego cienia. Bo ten człowiek nie tylko nie ma jaj. On nie ma też kręgosłupa. Zdradził już Jacka Majchrowskiego – wszedł na jego plecach do rady, a potem odwrócił się jak najgorsza… (szukam słowa). Zdradził Szymona Hołownię i Polskę 2050 – partię, która dała mu poselski mandat. Teraz szuka kolejnego miejsca na politycznej mapie. Kolejnego „tatusia”, pod którego skrzydłami będzie mógł dalej dryfować, kluczyć i unikać trudnych odpowiedzi. ZOBACZ TAKŻE: Zdradził Majchrowskiego. Zdradził Hołownię. Zdradzi Koalicję. A, nie wiem, czy to wybrzmiało w tym tekście: Komarewicz jest posłem z Krakowa. Przypominam, bo zapewne mogło Wam to umknąć, biorąc pod uwagę jego „aktywność”. Gdybyście zapytali, co zrobił dla naszego miasta, odpowiedź znajdziecie tutaj: Poseł, którego prawie nikt nie zna. Oto, co zrobił dla Krakowa. Komarewicz to smutny symbol tego, co najgorsze w krakowskiej (i nie tylko) polityce: karierowiczostwa bez charakteru, ambicji bez jaj i obecności bez treści. Tchórz chowający się po toaletach, bełkoczący w radiu i zmieniający barwy jak kameleon w zależności od tego, gdzie zawieje wiatr. I dopóki tacy jak on będą dostawali głosy i mandaty, dopóty Kraków będzie dostawał dokładnie to, na co sobie zasłużył – politykę na poziomie „zatrzaśnij się w toalecie i poczekaj, aż burza minie”. ZOBACZ TAKŻE: Poseł Komarewicz szuka kolejnej drogi. Najbliżej mu do... Tylko że burza właśnie się zaczyna. Referendum nadchodzi. I tym razem nie wystarczy się schować. *** POLEMKA: Komarewicz nie jest tchórzem! Jest po prostu cynicznym graczem, a to zupełnie inna liga

Więcej…

Emocjonalny szantaż przed referendum. Oto, jak chcą Cię zagonić do urny

Emocjonalny szantaż przed referendum. Oto, jak chcą Cię zagonić do urny

30 marca 2026 | 08:35

Wiemy już, w jaki sposób organizatorzy referendum będą walczyć, byście i wy wzięli udział w tej politycznej hucpie! Użyją do tego starej jak świat techniki manipulacji: wywoływania poczucia winy i społecznego nacisku – czyli klasycznego chwytu „nie iść to brak szacunku dla demokracji”.  To metoda prosta, ale skuteczna: pokazuje, że jeśli nie wykonasz oczekiwanego kroku, zostaniesz oceniony jako ktoś nieodpowiedzialny, nieobywatelski, a nawet „wrogi” sprawie. W skrócie: wzbudzają strach przed byciem postrzeganym jako złodziej demokracji, by zmusić ludzi do frekwencji. Na profilu organizatorów krakowskiego referendum pojawił się wpis, który powinien trafić do muzeum politycznej hipokryzji pod szkłem z napisem „klasyka gatunku”. Jeden z użytkowników napisał wprost: Nie idę, bo nie chcę, żeby referendum było ważne. Logiczne? Jak najbardziej. Frekwencja to jedyny sędzia w tej grze: Przekroczy próg – odwołają prezydenta i radę. Nie przekroczy – wszystko zostaje po staremu. Proste jak konstrukcja cepa. źródło: FB I tu zaczyna się cyrk. Organizatorzy referendum nagle odkryli w sobie głęboką miłość do demokracji bezpośredniej. Nagle, bo wybory to istota tejże demokracji, ale jakoś wyników tychże chyba nikt na serio nie tratuje, skoro trwa właśnie próba organizacji "dogrywki". Czyli referendum właśnie. „Nie iść to brak szacunku! To chowanie głowy w piasek! To lekceważenie obywatelskiego obowiązku!” – grzmi oficjalny profil organizatorów. Tłumaczenie z krakowskiego na polski: „Błagamy was, przeciwnicy odwołania prezydenta i rady, przyjdźcie i zagłosujcie. Jakkolwiek. Bo jak nie przyjdziecie, to cała nasza akcja i wszystkie wydane pieniądze przez Gibałę szlag trafi”. Stara jak świat technika. Tak stara, że nawet jej autorzy już się nie wstydzą. Tymczasem reguła jest banalna: Jesteś za odwołaniem Miszalskiego? Idziesz i zaznaczasz „tak”. Jesteś przeciw? Zostajesz w domu, robisz sobie kawę i oglądasz, jak cała ta polityczna hucpa kończy się fiaskiem. Dobrze ujęła to radna Alicja Szczepańska:  Czasami działanie polega na zaniechaniu. Tak, zostanie w domu to też wzięcie udziału w demokracji! To nie jest żadna spiskowa teoria. To matematyka. Referendum jest ważne tylko wtedy, gdy wystarczająco dużo ludzi ruszy tyłek. A organizatorzy najbardziej boją się właśnie tych, którzy są przeciw temu cyrkowi. Bo oni najchętniej zostaliby w domu. Dlatego teraz lecą teksty o „szacunku dla demokracji”. Dlatego nagle przeciwnicy referendum stają się „wrogami ludu”, którzy „nie szanują swojej opinii”. Bo jak ich nie zawstydzimy, to mogą zostać w kapciach. A wtedy – dramat! – referendum będzie nieważne i cała piękna narracja o „czerwonej kartce” pójdzie w piach. ReferendumKrk / fot. Kanał Krakowski Panowie z ReferendumKrk, szanuję waszą kreatywność, naprawdę. Tylko następnym razem nie udawajcie, że walczycie o demokrację. Walczycie o frekwencję. A to nie to samo. I wiecie co jest najśmieszniejsze? Że ta manipulacja jest tak przezroczysta, że aż żenująca. Ludzie nie są głupi. Widzą, kiedy ktoś im wmawia, że „nie iść to brak szacunku”, a tak naprawdę liczy na to, że przeciwnik przyjdzie i pomoże im… przegrać. Tymczasem pozostanie w domu to – jak napisał jeden z użytkowników – „wyraz obywatelskiej postawy i szacunek dla wyniku wyborów”. ZOBACZ TAKŻE: Referendum to ściema?! Oto konkretne osoby, które stoją za całą akcją I na koniec mała refleksja: w polityce często bardziej liczy się teatr niż treść, a frekwencja – nie poglądy – staje się narzędziem w rękach tych, którzy najlepiej operują emocjami. Dlatego warto pamiętać, że świadomy obywatel nie ulega presji, tylko decyduje samodzielnie, gdzie i kiedy wykazać swoją postawę. Czasami właśnie milczenie jest najgłośniejszym głosem.

Więcej…

Znamy wyniki sondaży, zanim zostały opublikowane! To ON zostanie prezydentem

Znamy wyniki sondaży, zanim zostały opublikowane! To ON zostanie prezydentem

26 marca 2026 | 09:38

W Krakowie trwa wielka przygoda demokratyczna: badania opinii publicznej dotyczące odwołania prezydenta i ewentualnych przyspieszonych wyborów. I choć sondaże są dopiero w trakcie realizacji, to już wiem, jaki będzie wynik. Czy jestem jasnowidzem? Nie! To po prostu magia pytań, które – delikatnie mówiąc – mają wyznaczoną tezę. Już sama forma jest… inspirująca. Pytania jasno podkreślają nieudacznictwo prezydenta, wprost wskazują, że wszystko, co złe w mieście, to jego wina – nawet rzeczy, które leżą kompletnie poza jego kompetencją, a decyzję o ich wdrożeniu podejmował zupełnie ktoś inny. Słuchając ich, nietrudno poczuć przypływ obywatelskiej energii: „Odwołać, i to natychmiast, a wcześniej dać mu w twarz!”. Ale prawdziwa perła pojawia się przy pytaniach o przyspieszone wybory. Gdyby odpowiadać automatycznie, wychodziłoby: „Zagłosuję na Gibałę!”.  Bo czemu nie, skoro pytanie sugeruje wybór idealny? W dodatku zestawia go z kontrkandydatami, których start w wyborach nie tylko jest iluzoryczny, ale i został wykluczony. Łukasz Gibała od lat wygrywa sondaże To trochę tak, jakby zapytać: „Czy chcesz, żeby na Twoim koncie znalazł się dodatkowy milion złotych? Jeśli tak – daj lajka, jeśli nie – wyślij odręczny list z placówki pocztowej w Szczecinie.” Brzmi absurdalnie? No właśnie. Ale w tym właśnie tkwi cały urok sondażowego teatru – gra pozorów, gdzie obywatel ma poczuć, że sam podejmuje decyzję, podczas gdy pytania prowadzą go jak dziecięcy wózek po torze przeszkód. Sondażownie w Krakowie w ostatnich latach kompromitowały się regularnie. Gdyby im wierzyć, Gibała już dwukrotnie byłby prezydentem (nie został ani raz), Majchrowski zostałby odwołany w referendum (referendum się nie odbyło, bo zbierający podpisy Gibała wykazał się wyjątkową nieudolnością), a Miszalski nie wszedłby nawet do drugiej tury (a tymczasem wygrał pierwszą ze sporą przewagą). Więcej o historii miłości Gibały i sondaży piszemy tutaj: To już pewne! Łukasz Gibała prezydentem Krakowa! I wszystko to – jak przypuszczam – dzięki pytaniom, które same wskazują odpowiedź. Przypuszczam, bo do tej pory nie brałem udziału w tej farsie, gdyż akurat mój numer telefonu nie został „wylosowany”. Teraz jednak nie tylko osobiście odebrałem telefon i wziąłem udział w badaniu, ale dwóch moich znajomych także rozmawiało z tą samą sondażownią i odpowiadało dokładnie na te same pytania, sugerujące jedyną poprawną odpowiedź. Pytanie tylko: po co to wszystko? Po to, by jakiś polityk mógł się pochwalić w mediach społecznościowych, że „wygrywa”? Czy po to, by krakowianie, zamiast podejmować własne decyzje, wierzyli w cyfry z wyimaginowanych sondaży? Demokracja w akcji – jeśli akcja oznacza manipulację jeszcze zanim ktoś odda głos, a pytania są tak subtelne, jak młot pneumatyczny w salonie. Sondaż Bo tutaj wcale nie chodzi o opinię mieszkańców, tylko o to, żeby wynik mógł zostać wrzucony w social media i posłużył jako pretekst do politycznego triumfu. Sondaże stały się autostradą do propagandy: im bardziej zmanipulowane pytania, tym większy sukces polityka. A my, mieszkańcy, jesteśmy tylko pasażerami, którzy patrzą przez okno i udają, że decydują. Na szczęście, weryfikacja przychodzi przy urnach wyborczych i – jak pokazuje historia – sondaże, które w momencie ich publikacji chwilowo połechtały ego jakiegoś polityka, w realnym życiu można włożyć między bajki. Bo nic tak nie obnaża teatralności polityków i ich doradców, jak wynik wyborczy. ZOBACZ TAKŻE: Najpierw jedność, potem wojna! Co się stanie, gdy padnie Miszalski? [WYWIAD] Nagle okazuje się, że wszystkie dopasowane pytania, zmanipulowane wykresy i kupione lajki w mediach społecznościowych mają mniej znaczenia niż jeden głos obywatela w kabinie. Sondaże mogą budować narrację, tworzyć poczucie triumfu, rozdawać moralne oklaski, ale przy urnach – hej, nagle wszystko wraca do normalności. I wtedy, w tym krótkim momencie prawdziwej demokracji, człowiek uśmiecha się gorzko i myśli: „No proszę, ego polityka znów zostało ochłodzone przez realny świat”.

Więcej…

Strona 1 z 6

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6

Social Media

Reklama - sidebar

Na fali

  • Majchrowski: „Gibała chce wejść do gabinetu prezydenta tylnymi drzwiami” [WYWIAD]

    W nurcie rozmowy

    Majchrowski: „Gibała chce wejść do...

    Informacja
    30 kwietnia 2026 | 08:09
  • Znamy najnowsze badania. Gibała zastąpi Miszalskiego w fotelu prezydenta

    Fala faktów

    Znamy najnowsze badania. Gibała...

    Informacja
    21 kwietnia 2026 | 13:25
  • Miał rozliczać innych, sam usłyszał wyrok! Członek grupy referendalnej skazany

    Fala faktów

    Miał rozliczać innych, sam usłyszał...

    Informacja
    13 maja 2026 | 11:01

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.