Logo Kanał Krakowski
  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale

Obserwuj nas na:

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Reklama - duża
  1. Strona główna

Głos z kanału

Miasto sprząta ulice, a referendalni bohaterowie... płaczą po nielegalnych słupach

Miasto sprząta ulice, a referendalni bohaterowie... płaczą po nielegalnych słupach

18 marca 2026 | 18:20

Gdy tylko z ulic Krakowa zaczęły znikać nielegalne słupy ogłoszeniowe, część opłacanych alko-złotówkami zwolenników referendum odkryła spisek stulecia: miasto rzekomo usuwa je nie dlatego, że są nielegalne, ale dlatego, żeby… nie było gdzie przyklejać plakatów o odwołaniu prezydenta. Trzeba przyznać, trudno o bardziej żałosną teorię niż taka, w której największą ofiarą demokracji okazuje się zardzewiały okrąglak z poprzyklejanymi kartkami. Magistrat podał ostatnio całkiem prozaiczną informację: z ulic znikają nielegalne reklamy. W ostatnich miesiącach usunięto prawie 200 słupów ogłoszeniowych i ok. 40 tablic reklamowych, bo stały w pasie drogowym niezgodnie z przepisami albo utrudniały ruch pieszym i widoczność. I tu na scenę wchodzą – cali na biało – opłacani przez opozycję zwolennicy referendum, którzy ogłaszają, że to oczywiście wielki spisek. Bo przecież jedynym powodem porządkowania przestrzeni miejskiej musi być to, żeby… nie było gdzie przykleić plakatów nawołujących do odwołania prezydenta. Trzeba przyznać: poziom intelektualnej desperacji osiągnął właśnie nowe wyżyny. Miasto sprząta nielegalne słupy? To nie jest sprzątanie. To cenzura betonowych walców. ZOBACZ TAKŻE: Gibała zapłakał, bo GDDKiA nie zaprosiła go na piwo do Warszawy. "Całe życie drugi" Przez lata krakowianie narzekali na reklamowy chaos, na oblepione słupy i tablice stojące byle gdzie. Teraz wreszcie ktoś bierze się za porządkowanie przestrzeni, a część działaczy referendum odkrywa, że w tej tragedii najbardziej ucierpi frekwencja podczas głosowania w sprawie odwołania Miszalskiego. Logika jest mniej więcej taka: jeśli miasto usuwa nielegalne słupy – to dlatego, żeby utrudnić referendum, jeśli zostawiłoby je na miejscu – to dlatego, żeby umożliwić reklamę władzy. Innymi słowy: cokolwiek się wydarzy, zawsze jest to spisek. Prawda jest znacznie mniej ekscytująca. Kraków po prostu usuwa konstrukcje, które stały nielegalnie w pasie drogowym i od miesięcy były przedmiotem kontroli Zarządu Dróg Miasta Krakowa. Ale w świecie referendum każda śruba w chodniku ma znaczenie polityczne.  Najbardziej żałosne w tym wszystkim jest jednak co innego: zamiast przekonywać mieszkańców argumentami, część zwolenników referendum prowadzi kampanię w stylu „zabrali nam słupy, więc demokracja upadła”. ZOBACZ TAKŻE: Liczby przerażają. Zobacz, co opozycja chce zrobić z kasą Krakowa Jeśli cała kampania referendalna rozpada się w momencie, gdy z ulic znika kilka nielegalnych słupów, to znaczy, że nie była oparta na argumentach, tylko na kleju do plakatów i alko-złotówkach głównego sponsora. ZOBACZ TAKŻE: Miał być pojedynek, wyszła terapia grupowa. Kulisy Ławeczki dialogu

Więcej…

Młodzież wybrała: albo "tęczowe lewactwo" albo "katoprawica". Innej opcji nie ma

Młodzież wybrała: albo "tęczowe lewactwo" albo "katoprawica". Innej opcji nie ma

18 marca 2026 | 10:22

Polska młodzież właśnie dokonała wyboru: albo komuna 2.0 z tęczową flagą, albo talibani z karabinami. Środek? Nie istnieje. Razem i Konfederacja zgarnęły prawie całą pulę głosów 18–24-latków. Reszta partii dla nich to truposze. Aleksandra Owca, krakowska radna i współprzewodnicząca Partii Razem, nie kryje satysfakcji. Wrzuciła do sieci radosny post: Razem to najchętniej wybierana partia w najmłodszej grupie wiekowej wyborców! I rzeczywiście. Z najnowszych badań CBOS z 12 marca br. (tych, które ona cytuje) wychodzi, że wśród ludzi 18–24 (a czasem nawet do 29) lewicowa formacja Zandberga i Owcy bije na głowę resztę oferty. Na drugim miejscu, bez większego zaskoczenia, ląduje Konfederacja. Niedawno przeprowadzano też badania wśród osób, które jeszcze nie są pełnoletnie, ale będą już mieć prawo głosu w najbliższych wyborach. Tam przewaga Razem i Konfederacji była jeszcze bardziej wyraźna. Czyli mamy obrazek jak z mema: polska młodzież politycznie to w praktyce dwie alejki w supermarkecie. Albo stoisko „geje, lesbijki, tęczowe flagi, aborcja na żądanie, dekarbonizacja i mieszkania na wynajem po 800 zł za kawalerkę 40 m² w centrum”, albo stoisko „katoprawica, zamordyzm, karabin na każdą rodzinę, gender to rak, Unia to szwabska okupacja, a kobiety mają wracać do kuchni, bo tak Bóg przykazał”. Środek? Jakiś umiarkowany liberalizm gospodarczy z lekkim konserwatyzmem obyczajowym albo socjaldemokracja bez tęczowego marketingu? Dziękuję, nie ma takiego produktu na półce. Przynajmniej nie w oczach osiemnastolatka, który dopiero co dostał dowód. Radykalizm smakuje najlepiej w wieku 20 lat I tu nie chodzi o to, że młodzi są głupi. Są po prostu młodzi. To znaczy: mają 18–24 lata, czyli biologicznie i społecznie znajdują się w szczytowym momencie „wszystko albo nic”. Świat jest czarno-biały, kompromis śmierdzi oportunizmem, a niuanse to wymysł starych cwaniaków, którzy już się sprzedali. Dlatego radykalizm jest wtedy tak pociągający. Daje wrażenie, że naprawdę coś zmieniasz, że walczysz o sens, że nie jesteś kolejnym trybikiem w znienawidzonym systemie. Adrian Zandberg (drugi z prawej w górnym rzędzie) z parlamentarzystami Razem wybranymi w wyborach w 2023 w Sejmie / fot. wikimedia Razem obiecuje, że zburzy kapitalizm i patriarchat jednym pakietem ustaw. Konfederacja obiecuje, że zburzy gender, eurokratów i „lewactwo” jednym pakietem memów i karabinów. Obie obietnice brzmią jak bajka dla sfrustrowanego nastolatka. I obie są w gruncie rzeczy dziecinne w swojej prostocie. Od memów do rachunków: rytuał dorastania Bo życie, niestety, nie jest bajką. Po kilku latach pracy na etacie za 4,5 tys. netto (jeśli masz szczęście), po pierwszej wpadce z ZUS-em, po tym jak się okaże, że „zniesienie kapitalizmu” nie oznacza magicznego przydziału mieszkań, a „wolny rynek broni” oznacza, że Twój sąsiad z dołu też może mieć kałasznikowa – nagle zaczynasz doceniać rzeczy, które kiedyś wydawały Ci się nudne i „ establishmentowe”: stabilne prawo, przewidywalne podatki, kompromis zamiast wojny plemiennej, instytucje, które działają, a nie tylko krzyczą hasła na wiecu. Konrad Berkowicz z posłami i politykami Konfederacji w Sejmie RP (2022) / fot. wikimedia Dlatego ta polaryzacja wśród najmłodszych nie jest wyrocznią na najbliższe dekady. To raczej klasyczny rytuał przejścia. Większość z tych, którzy dziś noszą tęczowe przypinki albo ustawiają memy z Braunem czy Mentzenem w tle, za 8–12 lat będzie głosować na kogoś w rodzaju… no właśnie – na kogoś, kogo dziś nawet nie ma na politycznej mapie. Może na odświeżoną wersję PSL-u? Może na nową partię centrową? Może na resztki rozczarowanej KO? Albo na pragmatyczną prawicę, która przestanie bredzić o gender i zacznie mówić o rachunkach? Najseksowniejszy elektorat nie trwa wiecznie A Razem i Konfederacja? One są jak ostre przyprawy – w dużych dawkach wywołują efekt wow, smakują świetnie w wieku 20 lat, ale w dorosłym życiu, szukamy bardziej złożonych smaków: stabilność, przewidywalność i kompromis. I bardzo dobrze. Bo polityka kraju nie może być zarządzana przez ludzi, którzy wciąż myślą, że świat da się naprawić jednym hasztagiem i jedną wielką czystką. ZOBACZ TAKŻE: PiS wybiera kandydata na prezydenta Krakowa. Trzy nazwiska, jedna BOMBA! Więc tak, gratulacje, Aleksandro. Macie teraz najseksowniejszy elektorat. Tylko pamiętajcie: najseksowniejszy nie znaczy najtrwalszy. Za kilka lat te same osoby będą szukać czegoś, co nie pali w przełyku. I wtedy zobaczymy, kto naprawdę potrafi dorosnąć razem z nimi. ZOBACZ TAKŻE: Miał być pojedynek, wyszła terapia grupowa. Kulisy Ławeczki dialogu

Więcej…

Miał być pojedynek, wyszła terapia grupowa. Kulisy Ławeczki dialogu

Miał być pojedynek, wyszła terapia grupowa. Kulisy Ławeczki dialogu

17 marca 2026 | 22:15

– I na ch*j się produkujesz, jak w maju już cię nie będzie? – zapytał z ojcowską troską pewien niemłody jegomość, gdy Aleksander Miszalski odpowiadał na jedno z pytań podczas Ławeczki dialogu. Wtorkowe spotkanie w dzielnicy I Stare Miasto miało być wielkim wydarzeniem. Wyszło jak zwykle: trochę kabaretu, trochę terapii grupowej i sporo rozczarowania dla wszystkich zainteresowanych. Dla widzów, bo nie doczekali się zapowiadanego starcia z Janem Hoffmanem. Dla mieszkańców, bo przyszli z problemami, których w wielu przypadkach rozwiązać się po prostu nie da. No i dla samego prezydenta, bo – jak zaraz wykażę – stracił pięć głosów. Ale po kolei. Zmarnowałem w życiu już mnóstwo czasu na rzeczy absolutnie absurdalne. Na przykład próbowałem kiedyś nauczyć gołębia reagować na słowo "Gibon". Albo kilka razy wpadłem na sesję rady miasta, by posłuchać mądrości naszych samorządowców. We wtorkowy wieczór postanowiłem podnieść poprzeczkę i zmarnować czas jeszcze bardziej. Wybrałem się na słynną Ławeczkę dialogu. Zapowiadało się bowiem wykwintne starcie prezydenta Miszalskiego z jednym z liderów akcji referendalnej, Janem Hoffmanem. Starcia nie było, więc ten punkt mamy już z głowy. Jan Hoffman / fot. KK Samo spotkanie rozpoczęło się od wymiany serdeczności i uprzejmości między prezydentem a człowiekiem, który – podobnie jak Hoffman – także robi wszystko, żeby go z tego urzędu wyrzucić. Później było jeszcze nudniej. W hali II LO było około 200 osób. „Zwykłych” mieszkańców – pięćdziesięciu, góra siedemdziesięciu. Reszta to urzędnicy, partyjni działacze wszelkiej maści oraz radni: miejscy i dzielnicowi. Czyli klasyczny krakowski miks: trochę realnych problemów i dużo ludzi, którzy zawodowo zajmują się ich omawianiem. I zaczęło się wylewanie żali. Mieszkaniec I: nie chcę jednokierunkowej Starowiślnej! Mieszkaniec II: ja chcę jednokierunkową Starowiślną! No i co? Da się? No właśnie. "Da się" to fajny, chwytliwy slogan, ale życie życiem. Aleksander Miszalski Takich sytuacji było więcej. Jakiś pan mówił, że nie może zaparkować pod własnym domem i potrzebna jest jakaś tam strefa. Inny, że on się na tę strefę absolutnie nie zgadza. Jakaś pani narzekała, że dziewczynki w jakiejś szkole mają brzydkie łazienki. Kolejny pan czuł się pominięty przez dzielnicę, cokolwiek to znaczy w praktyce. A jeszcze inna pani tęskniła za ciszą i spokojem w centrum miasta. Jakiś pan chciał, by uporządkować miejsca postojowe na Długiej. Inny pan, by absolutnie tego nie robić, bo przecież mieszkańcy potrafią parkować. Czyli klasyka gatunku: każdy ma rację, tylko że nawzajem się wykluczają. Tymczasem prezydent – a właściwie pięciu prezydentów, bo był cały zestaw (główny, trzech zastępców i jedna zastępczyni, co – jak się zaraz okaże – ma bardzo duże znaczenie) – wraz z urzędnikami dwoili się i troili, żeby przypadkiem nikogo nie zlekceważyć. Odpowiedzi były merytoryczne, wyważone, momentami wręcz podręcznikowe. Tak nudne i przewidywalne, że równie dobrze mógłby tam stać bot i wygłaszać sztampowe hasła. Bez polotu i fantazji, czyli takie, jakich oczekuje się od urzędników. No ale w końcu to nie stand-up, nie trzeba było kupować biletów, więc i trudno zgłaszać reklamacje. Efekt? Część ludzi wyszła niezadowolona. Szacuję, że co najmniej siedmiu problemów nie da się rozwiązać bez tego, żeby ktoś poczuł się poszkodowany, bo występuje klasyczny konflikt interesów. A skoro ktoś się poczuje poszkodowany, to ktoś nie zagłosuje. Prosta matematyka: siedem głosów mniej. Ale są też dobre wiadomości. Podsłuchałem rozmowę dwóch pań. Jedna mówiła do drugiej: „bardzo sympatyczny ten prezydent”. Koniec cytatu. Zakładam więc, że Miszalski kupił jej głos wdziękiem. Zostaje minus sześć. Ławeczka dialogu / fot. KK Z kolei z drugiej strony sali jeden z młodzieńców (tak na oko okolice czterdziestki) wyrażał się z dużym entuzjazmem na temat urody pani wiceprezydent. Nie przytoczę dosłownie, bo choć komplementy były szczere, to jednak niekoniecznie parlamentarne. W każdym razie dało się wyczuć, że ów jegomość zrobi wiele, by oglądać panią prezydent częściej. A to sugeruje, że jest zainteresowany utrzymaniem obecnego układu sił. Czyli dwa głosy na plus. Siedem minus dwa daje minus pięć. (Jakkolwiek to brzmi, ale wiecie o co chodzi) I tak oto wyszło, że wtorkowy wieczór można było spożytkować lepiej. Na przykład ucząc gołębia reagować na „Gibon”. Przynajmniej byłaby jakaś szansa na efekt. Może nie od razu spektakularny, może po kilku godzinach Gibon nadal patrzyłby na mnie jak na wariata, ale jednak istniałaby jakaś perspektywa postępu. Jakaś droga, choćby kręta, prowadząca do celu. A tutaj? Dwie godziny słuchania, mówienia, kiwania głową i rozchodzenia się do domów z dokładnie tym samym zestawem problemów. (OK, pewnie kilka zostało rozwiązanych, ale nie psuje do tezy i tempa tego tekstu). ZOBACZ TAKŻE: Gibała tupie nogą, ale przegrywa ze zdrowym rozsądkiem i ekonomią Gdybym został na rynku z garścią ziaren i odrobiną determinacji, to przynajmniej jeden gołąb miałby dziś szansę zrobić w życiu coś więcej niż tylko siedzieć i patrzeć. A tak – siedzieliśmy wszyscy. I efekt był dokładnie taki sam.

Więcej…

„Nie jestem ekspertem, ale mam pomysł”. Radny chce wysłać krakowskie lotnisko na Śląsk

„Nie jestem ekspertem, ale mam pomysł”. Radny chce wysłać krakowskie lotnisko na Śląsk

17 marca 2026 | 12:32

Algorytm bywa okrutny. Zwykle podrzuca kotki, przepisy na makaron albo kolejny wywiad z kimś, kto „od zawsze interesuje się psychologią”. Tym razem jednak postanowił zaszaleć i wrzucił mi wideo podcast portalu Głos24 z radnym gminy Zabierzów. I powiem szczerze – to była jedna z tych decyzji algorytmu, które sprawiają, że zaczynasz wierzyć, że jednak sztuczna inteligencja ma poczucie humoru. Bo oto pojawia się Piotr Bistroń – „przedstawiciel społeczeństwa” – i z powagą człowieka, który właśnie odkrył Amerykę, oznajmia, że najlepszym rozwiązaniem dla Krakowa jest… przeniesienie lotniska do Katowic. A dokładniej do Pyrzowic. Tak po prostu. Spakować Balice w karton i wysłać kurierem na Śląsk. Zacznijmy od fundamentu tej wizji. Pan radny „broni się przed rozwojem lotniska”. To brzmi jak deklaracja ideowa. Nie rozwój, nie przyszłość, nie inwestycje – tylko obrona. Najlepiej przed wszystkim. Przed hałasem, przed samolotami, przed rzeczywistością. Na uwagę dziennikarza, że lotnisko jednak powinno się rozwijać, słyszymy złotą myśl: Uważamy, że Małopolsce należy się duże lotnisko, ale zlokalizowane w miejscu, które będzie do niego adekwatne. Czyli – tłumacząc z języka dyplomacji na język polski – duże lotnisko tak, ale nie u mnie. Klasyka gatunku. A jako „miejsce adekwatne” pojawiają się… Pyrzowice. Bo przecież nic tak nie służy rozwojowi Małopolski jak oddanie ruchu lotniczego województwu śląskiemu. Logiczne. Spójne. Wizjonerskie. Kraków Airport / fot. wikimedia Co więcej, oba lotniska rzekomo się „kanibalizują”. To ciekawe, bo miliony pasażerów jakoś nie zauważyły tej krwawej walki. Raczej wygląda to tak, że oba porty rosną, bo – uwaga, szok – ludzie latają coraz więcej. Ale może radny wie lepiej. W końcu zaraz potem sam przyznaje: Nie mam wszystkich danych, nie jestem ekspertem. No i w tym jednym zdaniu zawiera się cała esencja tej rozmowy. Nie mam danych. Nie jestem ekspertem. Ale mam pomysł, żeby przenieść lotnisko do innego województwa. To trochę jakby ktoś bez prawa jazdy projektował autostrady. Z zapałem, ale bez zbędnych kompetencji. Idąc tym tropem, można by pójść dalej. Może faktycznie przenieśmy ruch lotniczy do Radomia? Lotnisko stoi, świeci pustkami, aż się prosi o drugie życie. Po co budować, rozbudowywać, planować – skoro można zrobić wielką przeprowadzkę narodową. A przy okazji osiągnąć cel pana radnego, który sam definiuje jako „utrzymanie statusu quo”. Nic nie robić, nic nie zmieniać, tylko przesunąć problem gdzie indziej. Strategia godna mistrzów. fot. Pixabay Potem robi się jeszcze ciekawiej, bo wjeżdża porównanie: Nikt nie buduje oczyszczalni ścieków w środku miasta. Tu naprawdę trudno nie docenić rozmachu. Lotnisko jako oczyszczalnia ścieków – metafora odważna, świeża i, powiedzmy delikatnie, niezbyt trafiona. Bo o ile oczyszczalnia faktycznie nie jest atrakcją turystyczną, o tyle lotnisko jest jednym z głównych motorów rozwoju nie tylko miasta, ale i regionu. Chyba że ktoś uważa, że Kraków powinien żyć wyłącznie z gołębi i wspomnień. A kiedy argumenty infrastrukturalne nie wystarczają, pojawia się klasyk: Całkiem niedawno mieliśmy taki wypadek, w grudniu 2024 roku, na lotnisku w Wilnie. Daleko stąd? Przypadek? Ale jednak się zdarzył. I kto mi zagwarantuje, że nad moim domem nie będzie jakiegoś podobnego przypadku? No tak. Skoro gdzieś na świecie zdarzają się wypadki, to najlepiej zlikwidować wszystko. Samochody też, bo wypadki drogowe są jednak częstsze. Pociągi? Bywają wykolejenia. Rower? Można spaść. Logika strachu zawsze działa, szczególnie gdy brakuje innych argumentów. A teraz perełka: dane o ruchu lotniczym, który przedstawił pan radny, powołując się na dane Kraków Airport: 2019 rok – 120 operacji lotniczych w dzień i 5 w nocy. 2026 roku – 300 operacji lotniczych w dzień i 57 w nocy. Lotnisko zakłada, że w 2045 roku będzie – 400 operacji lotniczych w dzień i 70 w nocy. I to ma być argument przeciwko rozwojowi? Przecież to jest najlepsza reklama tego, że lotnisko działa świetnie, rośnie i odpowiada na realne potrzeby. To dowód na sukces, a nie problem. To pokazuje, że kolejne władze – niezależnie od szyldu politycznego – robią coś dobrze. fot. Kraków Airport I nie, nie chodzi tu tylko o pijanych Angoli, bo to nie oni zajmują miejsca w każdym samolocie. Chodzi o przedsiębiorców, którzy przylatują tu na spotkania i zostawiają pieniądze w lokalnej gospodarce. O inwestorów, dla których dostępność komunikacyjna jest jednym z kluczowych kryteriów wyboru miejsca. O pracowników korporacji, którzy kursują między oddziałami w różnych krajach. O studentów i naukowców, dla których szybkie połączenia lotnicze to codzienność, a nie luksus. O turystów z wyższej półki, którzy nie przylatują na weekendowy melanż, tylko na konferencje, wydarzenia kulturalne czy kilkudniowe pobyty w hotelach, restauracjach i instytucjach kultury. To także cały łańcuch powiązań: hotele, gastronomia, transport, usługi, eventy, targi, kongresy. To miejsca pracy – tysiące miejsc pracy – bezpośrednio i pośrednio związanych z funkcjonowaniem portu lotniczego. To wreszcie wizerunek miasta, które nie jest skansenem, tylko żywym, rozwijającym się organizmem, podłączonym do świata. Na koniec wjeżdża „koronny argument”: Ktoś, kto wypowiada się, że przecież lotnisko tu było zawsze i wiemy, gdzie mieszkamy, nie zauważa takiego aspektu, że nie mówimy o lotnisku lokalnym, regionalnym, ale lotnisku, gdzie jest 20 milionów pasażerów, czyli na poziomie największego lotniska w Warszawie. No właśnie. I w tym cały problem. Świat nie stoi w miejscu. Lotniska rosną, miasta się rozwijają, ludzie podróżują. A kto tego nie rozumie, ten próbuje zatrzymać rzeczywistość na poziomie „kiedyś było ciszej, inaczej, lepiej”. Tyle że jest jedna brutalna prawda: kto się nie rozwija, ten się cofa. I żadne przenoszenie lotniska do Pyrzowic, Radomia czy na Księżyc tego nie zmieni. A gdybyście i Wy chcieli posłuchać tego kabaretowego wystąpienia, przerywanego - i słusznie - uwagami i pytaniami dziennikarza, znajdziecie go tutaj:

Więcej…

Gibała tupie nogą, ale przegrywa ze zdrowym rozsądkiem i ekonomią

Gibała tupie nogą, ale przegrywa ze zdrowym rozsądkiem i ekonomią

17 marca 2026 | 08:35

Gibała i jego ekipa znowu robią cyrk z rowerami na minuty. Analizy ekspertów, raporty, ekonomia, finanse – wszystko krzyczy: to cholernie drogie, nieopłacalne, trzeba do tego sporo dopłacać. Ale co tam liczby, zdrowy rozsądek, logika czy jakiekolwiek doświadczenie. Gibałowcy krzyczą tylko jedno: „Chcemy lizaka! Chcemy lizaka! TERAZ!”, tupią nogami, machają rączkami i patrzą na świat jak dziecko w cukierni, które myśli, że cały sklep należy tylko do niego. Kiedyś Kraków miał system miejskich rowerów na minuty. Jakoś działał. Do czasu. Potem padł. I oto wraca – ta sama bajka o rowerowym eldorado, ale tym razem za sprawą Gibały i spółki. Sprawa będzie omawiana na środowej sesji rady miasta, a emocje w politycznych kuluarach już gotują się jak woda na herbatę. Taniej dopłacać do... Ubera Gibałowcy oczywiście przypomnieli, że Aleksander Miszalski jeszcze w kampanii wyborczej obiecywał powrót do miejskiej wypożyczalni rowerów na minuty. Tak, to fakt. Nie można z tym dyskutować. Tylko że rzeczywistość, jak zwykle, jest bardziej brutalna niż polityczne slogany. Bo rzeczywistość nie krzyczy, nie tupie, nie macha rączkami. Ona po prostu pokazuje liczby i fakty. Stacja rowerów miejskich „Wavelo” w 2016 roku / fot. UMK Miszalski powołał zespół ekspertów – ludzi z różnych miejskich jednostek oraz organizacji społecznych i środowisk rowerowych. Zespół ten zgodnie orzekł, że pomysł wypożyczalni na minuty jest kompletnie bez sensu. Powodów jest kilka. A główny daje się streścić tak, że koszty wdrożenia takiego systemu są nieadekwatne do zysków, podczas gdy te same środki można wykorzystać znacznie bardziej efektywnie – czytamy w portalu LoveKrakow.pl. Cytuje on także Jarosława Tarańskiego, eksperta rowerowego zajmującego się projektem VeloMałopolska: W Polsce nie ma żadnego systemu roweru na minuty, który by sam na siebie zarabiał. Najlepszy dowód jest taki, że wszystkie komercyjne firmy, które próbowały z rowerami na minuty, ostatecznie się z tego wycofywały. Samorządowcy lubią się chwalić rowerem publicznym, ale mamy przykłady z Polski, gdzie pojedyncze wypożyczenie przekładało się na koszt kilkudziesięciu złotych. Taniej byłoby dopłacić komuś do Ubera. Jak Kraków stanie się kiedyś na tyle bogatym miastem, że nie będzie wiadomo już na jakie kolejne inwestycje rowerowe przeznaczać dużą część budżetu, to wtedy możemy do tego wrócić, ale teraz to dla mnie przepalanie publicznych pieniędzy Nie można powiedzieć tego bardziej wprost. Po prostu nie można. A tu jeszcze szczegółowe wyliczenia z portalu KR24.pl: Miasto przeanalizowało wariant powrotu do klasycznego systemu stacyjnego. Wyliczenia wykazały, że cztery lata funkcjonowania roweru na minuty kosztowałyby od 100 do 190 milionów złotych. Tymczasem model długoterminowy generuje znacznie mniejsze straty – różnica między kosztami a przychodami wynosi 51,5 miliona złotych. Władze Krakowa zdecydowały, że zaoszczędzone środki przeznaczą na budowę nowej infrastruktury rowerowej. Łączna wartość planowanych inwestycji przekracza 100 milionów złotych. Polityczna zabawka A teraz wyobraźcie sobie te całe analizy, raporty, scenariusze, liczby, rekomendacje ekspertów i… gibałowców, którzy i tak to mają w głębokim poważaniu. Bo dla nich liczy się jedno: kaprys, iluzja władzy i poczucie, że mogą „coś zrobić dla miasta”. Typowa mieszanka infantylizmu i politycznej arogancji – jeśli ja chcę, to inni mają dać. Nie ma znaczenia, że miasto nie jest prywatną firmą, a publiczną instytucją finansowaną z naszych podatków. Nie liczą się koszty, efektywność ani zdrowy rozsądek. Liczy się polityczny pokaz siły i autoprezentacja. Domniemam, że mieszkańcy Krakowa chcieliby, żeby ich pieniądze były wydawane sensownie, a nie na kolejną polityczną zabawkę, która kosztuje dziesiątki złotych za każde pojedyncze wypożyczenie. Udaje głupiego? Nie oszukujmy się. Biorąc pod uwagę te wszystkie argumenty, Gibała nie walczy o rowery dla ludzi. Walczy o symboliczną wygraną w politycznej grze. O to, żeby móc powiedzieć: „Patrzcie, ja zrobiłem coś dla mieszkańców”, nawet jeśli oznacza to, że miasto dopłaci dziesiątki złotych za każdy rower, który ktoś wypożyczy. Gibałowcy / fot. Łukasz Michalik A gdzieś w tle pozostaje gorzka ironia: w Polsce nie ma żadnego systemu roweru na minuty, który by się sam utrzymał. Każdy, kto myśli inaczej, albo nie rozumie ekonomii, albo po prostu udaje. Dziecko w sklepie z lizakami Kraków potrzebuje przemyślanej infrastruktury, a nie politycznej histerii. Potrzebuje rowerów, które faktycznie będą służyły mieszkańcom, a nie tylko sprawiały, że jeden polityk może poczuć się bohaterem. Potrzebuje rozsądku, planowania i odpowiedzialności – nie cyrku, lizaków i dziecinnych zachowań. ZOBACZ TAKŻE: Gibała zapłakał, bo GDDKiA nie zaprosiła go na piwo do Warszawy. "Całe życie drugi" I dopóki ktoś będzie decydował na zasadzie: „bo ja chcę” zamiast: „bo tak jest rozsądnie”, nasze miasto będzie tonęło w wydumanych pomysłach, marnowaniu publicznych pieniędzy i politycznych przedstawieniach. Łukaszu Gibało, miasto nie jest prywatną firmą, a Ty nie jesteś dzieckiem w sklepie z lizakami. Czas dorosnąć. I zostawić krakowian w spokoju, zanim rozkręcisz kolejny cyrk.

Więcej…

Narodowcy już nie ukrywają. Chcą zrobić "skok na Kraków"

Narodowcy już nie ukrywają. Chcą zrobić "skok na Kraków"

16 marca 2026 | 20:26

Kraków pada ofiarą cichego zamachu stanu. I to nie przez Rosjan, nie przez Brukselę, tylko przez własnych „patriotów” w czarnych kurtkach. Ruch Narodowy zebrał tysiące (dziesiątki tysięcy?) podpisów pod referendum, ale nie po to, by „ratować miasto” – tylko by je sobie wziąć. Całe. Bez reszty. Skrajna prawica, pod szyldem Ruchu Narodowego, ogłasza, że jest gotowa na „skok”, a właściwie na zawłaszczenie Krakowa dla własnych interesów. Piotr Bartosz, lokalny wódz RN (a przy okazji Konfederacji, bo granice się zacierają), wypowiada właśnie słowa, które brzmią jak zapowiedź inwazji: Zawsze krytykowaliśmy obecny magistrat za niegospodarność, za patronat nad paradami równości. Miszalski wywieszał tęczowe flagi z magistratu w Krakowie. Wywieszanie ukraińskich flag – nie było na to naszej zgody. Referendum się rozpoczęło. (…) Jako środowisko narodowe zrobiliśmy tutaj ogromną robotę. Jako Ruch Narodowy zebraliśmy najwięcej podpisów ze wszystkich partii politycznych i stowarzyszeń (…). Oprócz odwołania prezydenta [liczymy] na odwołanie rady miasta i kolejny skok, który jesteśmy w stanie zrobić w Krakowie, czyli wprowadzenie radnych do rady miasta, co będzie dla nas olbrzymim sukcesem, bo nie mieliśmy tego nigdy. Nie ma tu ani krzty przypadku, ani oddolnego buntu zwykłych krakowian. To klasyczna, cyniczna operacja polityczna – dobrze naoliwiona maszynka do przejmowania władzy. Referendum? To tylko wygodny pretekst. Podpisy zbierane były masowo, ale nie po to, by „dać głos mieszkańcom”, tylko po to, by zrobić miejsce pod własne kadry. Najpierw prezydent, potem cała rada miasta, na deser radni dzielnicowi – krok po kroku, metodycznie, jak w podręczniku „jak zawłaszczyć samorząd”. A te flagi? Tęczowa – zło wcielone, ukraińska – niedopuszczalna herezja. Dla narodowców każdy taki symboliczny gest obecnych władz to dowód na „zdradę tradycji” i idealny haczyk, by wmówić, że Kraków pilnie wymaga „ratunku” przez nich samych. Ratunku, który w ich wykonaniu oznacza jedno: narodową kontrolę nad wszystkim: od budżetu, przez nazwy ulic, po to, co wolno wywiesić na balkonie. Kiedy Piotr Bartosz mówi o „kolejnym skoku”, który zrobią w Krakowie, nie mówi o demokracji. Mówi o podboju. Referendum to tylko katapulta, podpisy to amunicja, a radni Ruchu Narodowego to już garnizon okupacyjny. ZOBACZ TAKŻE: Liczby przerażają. Zobacz, co opozycja chce zrobić z kasą Krakowa Jeśli ten plan wypali, Kraków nie będzie już miastem krakowian. Będzie miastem narodowców, dla narodowców i przez narodowców. Reszta? Albo się dostosuje, albo zniknie z krajobrazu. Historia zna takie „skoki”. Zawsze kończyły się tak samo: ciszą obywateli i pokazem flag, które zdaniem narodowców są właściwe.

Więcej…

Gibała zapłakał, bo GDDKiA nie zaprosiła go na piwo do Warszawy. "Całe życie drugi"

Gibała zapłakał, bo GDDKiA nie zaprosiła go na piwo do Warszawy. "Całe życie drugi"

13 marca 2026 | 14:40

Łukasz Gibała znów odkrył, że demokracja bywa brutalna dla „prawie zwycięzców”. Tym razem dramat polega na tym, że państwowa instytucja nie zaprosiła go do stołu. I tak oto przegrany kandydat na prezydenta Krakowa urządził publiczny spektakl oburzenia, bo ktoś ośmielił się podejmować decyzje bez pytania go o zdanie. Są w polityce ludzie, którzy potrafią przegrywać z klasą. I są tacy, którzy przegraną traktują jak osobistą krzywdę wyrządzoną przez cały świat. Gibała od lat udowadnia, że należy do tej drugiej kategorii. Ostatnia „drama” rozegrała się wokół powołania zespołu do spraw przebiegu drogi ekspresowej S7 na odcinku Kraków–Myślenice. Zespół powstał, eksperci zaczęli pracę… i okazało się, że nikt nie zaprosił do stołu Łukasza Gibały. I wtedy zaczęło się przedstawienie. Zamiast przyjąć sprawę jak dorosły polityk, Gibała wysłał swojego wiernego giermka – radnego Michała Starobrata – żeby na X ogłosił niemal narodową katastrofę. Według tego dramatycznego wpisu decyzja GDDKiA to „ustawka polityczna”, „kpina” i „farsa z mieszkańców”. Nowo powołany zespół przez centralę w Warszawie @GDDKiA to ustawka polityczna, kpina i farsa z mieszkańców.GDDKiA odmówiła @LukaszGibala kandydatowi, który uzyskał 49% głosów (128 269 głosów) w II turze wyborów na Prezydenta Miasta Krakowa, udziału przedstawiciela w pracach… — Michał Starobrat (@MStarobrat80) March 12, 2026 Dlaczego? Bo – jak czytamy – Gibała zdobył w wyborach 49 procent głosów. No właśnie. Czterdzieści dziewięć. Problem polega na tym, że demokracja działa w sposób dość brutalny dla wszystkich „prawie zwycięzców”. Liczy się 51 procent. A reszta przechodzi do historii jako przegrani. I nie moja w tym zasługa, że Gibała przeszedł do historii jako przegrany już TRZY razy. Michał Starobrat i Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik „Prawie wygrać” w polityce, w sporcie i w życiu znaczy dokładnie tyle samo co przegrać. Gibała przegrał. Kraków wybrał kogoś innego. Ale najwyraźniej w świecie Gibały obowiązują inne zasady. Tam 49 procent to nie porażka, tylko moralne zwycięstwo, które powinno gwarantować miejsce przy każdym stole decyzyjnym. Tyle że państwo nie działa jak szkolna rada samorządu, w której każdy obrażony uczeń musi dostać krzesło, żeby się nie rozpłakał. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad buduje drogi dla milionów ludzi. Nie jest zobowiązana zapraszać każdego przegranego kandydata na konsultacje tylko dlatego, że ten uważa się za „prawie prezydenta”. Gdyby przyjąć taką logikę, przegrany w finale Ligi Mistrzów też powinien dostać puchar, bo przecież „był blisko”. A wicemiss Polski mogłaby domagać się reprezentowania kraju na konkursie Miss World, bo „prawie wygrałam”. Prezydent Karol Nawrocki też nie konsultuje każdego weta z Rafałem Trzaskowskim, bo ten drugi, był… drugi. W polityce obowiązuje prosta zasada: Wygrywasz – rządzisz. Przegrywasz – gratulujesz zwycięzcy i robisz swoje w opozycji. Gibała najwyraźniej tej lekcji wciąż nie odrobił. A prawda jest brutalnie prosta. Nie jest żadnym „drugim prezydentem Krakowa”. Nie jest też trybunem ludu, którego trzeba pytać o zdanie przy każdej inwestycji. Jest jednym z czterdziestu trzech radnych miasta. Jednym. Ot, trybikiem samorządu. Pionkiem w grze, kółkiem w maszynie. To już nie wygląda jak zwykła polityczna frustracja. To zaczyna przypominać coś znacznie mniej zdrowego: megalomanię w stadium rozwiniętym. Bo naprawdę trzeba mieć sporo politycznej pychy, żeby uznać, że państwowa instytucja powinna dopraszać się o obecność przegranego kandydata tylko dlatego, że ten uważa się za szczególnie ważnego. Ciągle we wszystkim byłem drugi. Na 1500 drugi, z polskiego drugi, w nogę drugi, z zielnika drugi… Panie radny Gibała, Kraków powiedział „NIE”. 128 tysięcy głosów to dużo. Ale to wciąż za mało, żeby zostać prezydentem miasta. I zdecydowanie za mało, żeby domagać się specjalnego traktowania od instytucji państwowych. To mandat do pracy w radzie miasta. Nie do rządzenia krajem z tylnego siedzenia. Jeśli jednak tak bardzo brakuje panu władzy, zawsze można spróbować czegoś innego. Otworzyć food trucka z zapiekankami, założyć stowarzyszenie „Prawie Prezydent” albo fundację „Kupmy sobie Kraków”. Tylko może warto przestać publicznie płakać. Bo to nie jest żadna „farsa z mieszkańców”. To jest po prostu farsa z Łukasza Gibały. I z jego politycznej megalomanii.

Więcej…

PiS wybiera kandydata na prezydenta Krakowa. Trzy nazwiska, jedna BOMBA!

PiS wybiera kandydata na prezydenta Krakowa. Trzy nazwiska, jedna BOMBA!

13 marca 2026 | 08:47

Kraków wrze. 130 tysięcy podpisów pod referendum w sprawie odwołania prezydenta Miszalskiego zebrano w tempie błyskawicy, a PiS już teraz – nie czekając na majowy werdykt – szykuje swojego kandydata w przyspieszonych wyborach. Trzy nazwiska krążą w kuluarach, ale tylko jedno brzmi jak prawdziwy strzał w dziesiątkę! Człowiek, który zbierał podpisy, zna każdą ulicę Nowej Huty i potrafi porwać tłum. Z naszych informacji wynika, że PiS rozważa kilku kandydatów, ale portal KR24.pl poinformował, że partia zawęziła listę nazwisk do trzech. źródło: KR24.pl Pierwszy w zestawieniu: Mateusz Małodziński. Kto? KTO?! No właśnie. Przepraszamy za brutalną szczerość, ale poziom rozpoznawalności Małodzińskiego wśród przeciętnego krakowianina jest zbliżony do rozpoznawalności nowego kierownika zmiany na stacji benzynowej przy Mogilskiej. Zero emocji, zero charyzmy, zero „to musi być on”. Faworyt na poziomie struktur, a nie na poziomie Rynku Głównego. Za jego kandydaturą przemawia fakt, że jest jednym z ulubieńców Łukasza Kmity. Drugi w grze: Bogusław Sonik. 73 lata, weteran krakowskiej polityki, dwie dekady w Platformie Obywatelskiej, potem rozstanie w 2023 i niespodziewane wsparcie dla Karola Nawrockiego. Człowiek z ogromnym bagażem doświadczenia. Ale… 73 lata w 2026 roku na kampanię prezydencką w Krakowie? To nie jest wiek na maratony uliczne, debaty do północy i setki spotkań od Ruczaju po Nową Hutę. PiS nie postawi na kandydata, który statystycznie ma większe szanse odejść na emeryturę w trakcie kadencji niż ją dokończyć. Szacunek za życiorys, ale realna szansa na kandydowanie bliska zeru. I wreszcie trzeci, a według nas jedyny sensowny: Michał Drewnicki! Michał Drewnicki to doświadczony samorządowiec / fot. Łukasz Michalik Młody, energiczny, charyzmatyczny. Były szef krakowskich struktur PiS, wieloletni radny miejski, wiceprzewodniczący rady miasta. Człowiek, który potrafi wyjść na ulicę, zebrać kilkadziesiąt tysięcy podpisów pod referendum w sprawie odwołania obecnego prezydenta, przetrwać ataki na siebie podczas tej akcji i... nadal się uśmiechać. To jest właśnie ta mieszanka, której Kraków potrzebuje: ktoś, kto zna miasto od podszewki, ma rozpoznawalność w każdej dzielnicy, nie boi się ciężkiej roboty i ma w sobie ten ogień, który potrafi porwać ludzi. A, no i ma dość inteligentne poczucie humoru, co widać między innymi w tym wywiadzie: Polityk PiS kpi z Miszalskiego: "Może wreszcie zrozumiał jedno..." [WYWIAD] Tak, był konflikt z Kmitą w 2024 i odwołanie ze stanowiska szefa struktur. Ale polityka to nie jest bajka o Kopciuszku. Konflikty w PiS-ie zdarzały się większe i jakoś partia dalej funkcjonuje. Drewnicki wrócił silniejszy, jest teraz jednym z najbardziej widocznych twarzy opozycji wobec Miszalskiego. Ludzie go znają, ludzie go kojarzą, ludzie mu ufają. A to w Krakowie jest bezcenne. Michał Drewnicki, jako jeden z niewielu polityków PiS-u, chętnie angażował się w akcję referendalną. Tutaj podczas składania podpisów przez komitet organizacyjny Minusy? Jeden jest ogromny, a nawet lekko przerażający – jego przyjaźń z Łukaszem Gibałą. Dla części wyborców to może być trudne do przełknięcia, a dla niektórych jest wręcz to objaw pewnej politycznej dysfunkcji. Ale... każdy ma jakieś słabości. Nikt nie jest bez wad. Podsumowując więc krótko i dosadnie: Małodziński? Kto? Sonik? Nierealny. Drewnicki? Tak! Kraków zasługuje na kandydata, który nie będzie musiał się przedstawiać na każdym osiedlu. Zasługuje na kogoś, kto już teraz jest „swój”. I wygląda na to, że Prawo i Sprawiedliwość w końcu to zrozumie.

Więcej…

Po nas choćby potop! Polityczny cynizm, skrajny egoizm i brak odpowiedzialności

Po nas choćby potop! Polityczny cynizm, skrajny egoizm i brak odpowiedzialności

11 marca 2026 | 19:37

Organizatorzy krakowskiego referendum najwyraźniej uznali, że demokracja jest ważna, ale tylko do momentu, w którym zaczyna przeszkadzać w szybkim odwołaniu prezydenta. Trudno o lepszą definicję politycznego hasła: po nas choćby potop. Organizatorzy referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa i rady miasta ogłosili swój sukces: ponad 130 tysięcy podpisów złożonych szybciej, niż wymaga tego prawo. Można? Można. Nikt im tego nie zabraniał. Ich wola, ich decyzja. Tyle że wraz z tą decyzją ogłosili coś jeszcze, choć może nie wszyscy to od razu zauważyli. Ogłosili zasadę: po nas choćby potop. Organizatorzy referendum składają podpisy / fot. Kanał Krakowski Referendum jest świętem demokracji. Tu nie ma sporu. Tak samo jak świętem demokracji są wybory. Jedno i drugie opiera się na tym samym fundamencie: jak największej liczbie obywateli, którzy mogą wziąć udział w decydowaniu o przyszłości swojej wspólnoty. Tymczasem organizatorzy referendum z pełną świadomością wybrali taki moment złożenia podpisów, który w razie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego sprawi, że pierwsza tura wyborów prezydenckich w Krakowie na pewno wypadnie… w wakacje. Torby z podpisami / fot. Kanał Krakowski A wakacje, jak wiadomo każdemu nawet średnio ogarniętemu obywatelowi, to najgorszy możliwy termin na wybory. Ludzie wyjeżdżają na urlopy, są poza miastem, poza krajem. Widać to wyraźnie choćby po braku korków na ulicach i mniejszym tłoku w tramwajach i autobusach. Zresztą chyba nie muszę przytaczać argumentów na potwierdzenie tej oczywistej tezy.  Dlatego wyborów w środku lata się po prostu nie robi. Chyba że naprawdę nie ma wyjścia. W tym przypadku wyjście było. Ale organizatorzy referendum postanowili je zamknąć. Posłuchajmy zresztą samych autorów tego pomysłu. Piotr Kubiczek z komitetu referendalnego tłumaczy: Nam chodziło o termin referendum. Gdybyśmy czekali do końca, to referendum mogłoby wypaść być może w weekend przed Bożym Ciałem. Nie byłoby to dobre, ponieważ krakowianie mogliby wziąć urlop, wyjechać na przedłużony weekend. Mając tego świadomość składamy dokumenty 16 dni wcześniej.  Nawet, jeśli wybory będą na przełomie sierpnia i września, to najważniejsze jest odwołać prezydenta i radę miasta. Pamiętajmy, że prezydent ma większość w radzie miasta, więc samo odwołanie prezydenta niewiele pomoże. Czyli w wolnym tłumaczeniu: najpierw odwołajmy Miszalskiego. A potem niech się pali i wali. Konferencja prasowa przed złożeniem podpisów / fot. Kanał Krakowski To nie jest już polityczna kalkulacja. To jest polityczny cynizm w czystej postaci. Bo jeśli ktoś naprawdę wierzy w demokrację, to nie manipuluje kalendarzem w taki sposób, by zmniejszyć frekwencję w kolejnych wyborach. Nie tworzy sytuacji, w której tysiące mieszkańców miasta mogą zostać de facto pozbawione realnej możliwości udziału w wyborze nowego prezydenta. Można być przeciwnikiem prezydenta. Można chcieć jego odwołania. W demokracji to rzecz absolutnie normalna. Ale demokracja nie polega na tym, by cel uświęcał środki. Kartony z podpisami / fot. Kanał Krakowski Powiedzenie „po nas choćby potop”, według słownikowej definicji, oznacza skrajny egoizm i całkowity brak odpowiedzialności za to, co będzie dalej. I trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie taką logiką kierują się dziś organizatorzy referendum. Najważniejsze, żeby wygrać swoją bitwę. A to, czy przy okazji osłabi się demokratyczny mandat przyszłych władz miasta, czy tysiące krakowian nie będzie mogło zagłosować, czy całe miasto zostanie wciągnięte w chaos wyborczy w środku wakacji – to już najwyraźniej sprawa drugorzędna. Najpierw rewolucja. A potem? Potem, jak wiadomo. Po nas choćby potop. ZOBACZ TAKŻE: Gibała pobił kolejny rekord! Czy ktoś jeszcze sprawdza efekty?

Więcej…

Gibała pobił kolejny rekord! Czy ktoś jeszcze sprawdza efekty?

Gibała pobił kolejny rekord! Czy ktoś jeszcze sprawdza efekty?

11 marca 2026 | 10:41

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda imponująco. Portal LoveKraków opublikował zestawienie najbardziej aktywnych radnych tej kadencji. Są więc i mistrzowie interpelacji i mistrzowie nieobecności. W pierwszej kategorii zwycięzca jest bezdyskusyjny. Fanfary, werble i konfetti: Łukasz Gibała. Licznik zatrzymał się na 145 interpelacjach. Do tego jedno zapytanie. W sumie 146 dokumentów skierowanych do magistratu. źródło: Lovekraków Cały tekst Lovekraków znajdziecie po tym linkiem: Mistrzowie interpelacji, mistrzowie nieobecności. Sprawdzamy aktywność krakowskich radnych Trzeba przyznać, że liczba robi wrażenie. Pytanie tylko, czy równie imponujące są efekty. Bo z interpelacjami w krakowskiej polityce bywa trochę jak z fajerwerkami w sylwestra. Najpierw jest huk, błysk i dużo dymu, a potem wszyscy wracają do domu i niewiele z tego zostaje. Interpelacja jest idealnym narzędziem do pokazania wyborcom: „zająłem się sprawą”. Napisać pismo, wysłać do urzędu, wrzucić na Facebooka i gotowe. Czy sprawa została doprowadzona do końca? Czy coś realnie się zmieniło? To już często znacznie mniej spektakularna część historii. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Przy tej imponującej liczbie przypomniała mi się jednak pewna informacja sprzed kilku lat. We wrześniu 2020 roku zarówno Gazeta Wyborcza, jak i portal KRKnews pisały o nieoficjalnym cenniku związanym z przygotowywaniem interpelacji. Według tych doniesień jedna miała kosztować równe 200 złotych. Źródło: GW źródło: KRKnews Jeśli ktoś lubi matematykę, może wykonać proste działanie: 145 interpelacji razy 200 złotych daje 29 tysięcy złotych. Całkiem pokaźna inwestycja w lokalną demokrację. O ile – rzecz jasna – cennik przez te lata nie wzrósł, bo inflacja dotknęła przecież także branżę… interpelacyjną. Choć dziś pojawia się jeszcze jedna możliwość, której w 2020 roku nikt na poważnie nie brał pod uwagę. Sztuczna inteligencja. Bo jeśli ktoś chce produkować interpelacje w tempie niemal taśmowym, to trudno nie zadać pytania: czy naprawdę potrzebny jest do tego człowiek za 200 złotych od sztuki? Wystarczy kilka zdań polecenia, a algorytm w kilka sekund wygeneruje uprzejme pismo zaczynające się od „Szanowny Panie Prezydencie, zwracam się z uprzejmą prośbą o informację…”. Koszt? Bliski zeru. Wydajność? Nieograniczona. Kto wie, być może w kolejnych rankingach zobaczymy już nie tylko mistrza interpelacji, ale wręcz radnego, który osiągnie poziom produkcji hurtowej. Setki pism rocznie, każde poprawne, każde elegancko sformatowane i każde kończące się tradycyjnym „z poważaniem”. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Jeśli jednak trzymać się starego cennika 200 zł za interpelację, to rachunek robi się całkiem konkretny. Około 30 tysięcy złotych za niewiele ponad rok pisania pism, które – w zdecydowanej większości – do niczego nie prowadzą.  I tu pojawia się pytanie: czy mieszkańcy Krakowa wolą radnego, który pisze 145 interpelacji, czy takiego, który doprowadza choć kilka spraw do końca? Bo różnica między tymi dwiema aktywnościami jest mniej więcej taka, jak między wysłaniem maila a rozwiązaniem problemu. ZOBACZ TAKŻE: Gibała finansuje akcję przeciwko Miszalskiemu, czyli jak radny kupuje sobie Kraków

Więcej…

Kto naprawdę rządzi Krakowem? Bezczelność i bezkarność na ulicach miasta

Kto naprawdę rządzi Krakowem? Bezczelność i bezkarność na ulicach miasta

09 marca 2026 | 12:27

Czołem, krakowianie! Macie ochotę napluć policjantom i strażnikom miejskim w twarz? Nie zachęcam do tego, ale raczej nic wam za to nie grozi. Więc śmiało. Bo od tygodni robią to osoby prowadzące profil Blade Runners SCT Kraków i… nic. Zero. Służby porządkowe udają, że pada deszcz. Podobnie zresztą jak ci z Blade Runners SCT Kraków. Oni też naigrywają się z Policji i Straży Miejskiej, grając głupa, że to warunki atmosferyczne niszczą znaki Strefy Czystego Transportu. Więc śmiało: możecie je sobie wyciąć piłą motorową i zabrać do domu na pamiątkę. I tak nic wam nie zrobią. Nie wierzycie? To spójrzcie raz jeszcze na profil Blade Runners SCT Kraków. Od wielu tygodni regularnie wrzucają zdjęcia: połamane słupki, pocięte tablice, znaki leżące na ziemi jak puszki po piwie po sylwestrze. Jedna noc – ponad 30 znaków poszło w piach (dosłownie, bo ktoś je chyba wyrwał z korzeniami). Inna noc – kolejne kilkanaście. Koszt? Dziesiątki tysięcy złotych z kieszeni krakowian na wymiany i naprawy. Ale kogo to obchodzi, skoro płaci podatnik? źródło: Blade Runners SCT Kraków A co robią służby? Straż Miejska? Policja? Nie chcę brzmieć tu populistycznie i pisać, że ścigają panie handlujące marchewką na chodniku czy czepiają się źle zaparkowanego auta. Ale – i to już nie jest ani populizm, ani opinia, a fakt – zwyczajnie nie radzą sobie z falą zniszczeń znaków drogowych. Profil Blade Runners na FB i jawne nabijanie się z państwa. Prezydent Aleksander Miszalski apelował o większą sprawność służb w tym zakresie. Apelował. Jakby to był list miłosny wysłany do służb, a nie dramatyczny krzyk o egzekwowanie prawa. Bo przecież jak ktoś wytnie 30 znaków w jedną noc piłą elektryczną, to musi być wyjątkowo złośliwy wiatr. Albo globalne ocieplenie. Albo Władimir Putin osobiście. Więc podsumujmy: Mandat za nieprawidłowe parkowanie – 500 zł i holowanie. Mandat za przekroczenie prędkości o 30 km/h – 800 zł i punkty. Mandat za wyrzucenie peta na Rynek – 500 zł i moralne oburzenie połowy internetu. Wycięcie kilkudziesięciu znaków drogowych, sfotografowanie się z nimi i publiczne chwalenie się tym w sieci? – darmowy content i poklepanie po plecach od tysięcy obserwujących. To już nie jest nawet anarchia. To jest oficjalnie zatwierdzony przez miasto sport ekstremalny: usuwanie znaków SCT na czas. Nagroda: bezkarność i lajki. Więc jak następnym razem strażnik miejski czy policjant podejdzie do was z mandatem za złe parkowanie, możecie mu grzecznie powiedzieć:"Przepraszam, ale ja akurat czekam na halny, żeby wytłumaczyć, dlaczego mi się tabliczka z napisem »zakaz postoju« sama złamała. Do widzenia." A potem możecie mu napluć w twarz. I tak nic się nie stanie. ZOBACZ TAKŻE: Skazany bandyta "ratuje" Kraków. Nie ma pomysłu, ale ma wyrok i kamerę Oburzacie się teraz, że za mocno, prawda? Że to niby nawoływanie do chamskiego zachowania? Że nie przystoi? Że powinny obowiązywać jakieś standardy? Że chamstwa nie można zwalczać chamstem? Ale prawdziwy problem nie polega na tym, że ktoś napluje funkcjonariuszowi w twarz. Polega na tym, że dziś w Krakowie można bezkarnie napluć w twarz państwu i ono nawet nie próbuje się obronić.

Więcej…

Krakowski duchowny: "Cała ta sprawa to ogromna kompromitacja Donalda Tuska i jego rządu"

Krakowski duchowny: "Cała ta sprawa to ogromna kompromitacja Donalda Tuska i jego rządu"

07 marca 2026 | 18:43

– Jeżeli chodzi o Śląsk Wrocław, to mam wrażenie, że przekroczyli oni już pewien poziom idiotyzmu – stwierdził znany krakowski duchowny, ks. Jacek WIOSNA Stryczek. Jego wpis na temat niedoszłego meczu Śląsk - Wisła jest naprawdę ostry.  – Do tej pory trudno było mi czuć dumę z osób zarządzających klubem takim jak Wisła Kraków, ale teraz tak właśnie jest – napisał ks. Stryczek. Ja bym prawnie nie walczył z kimś takim jak Jarosław Królewski. Czytałem jego oświadczenie – widać tam „pierwsze koty za płoty” w uzasadnieniu decyzji i ogromne emocje. Wiadomo jednak, że to Królewski miał rację prawną i powinien ją wyegzekwować. Nie chciałbym być jego przeciwnikiem. Jest bystry, potrafi wykorzystywać pracę zespołu oraz sztuczną inteligencję i radził sobie na wielu różnych polach. W przeciwieństwie do wielu działaczy w polskiej piłce – czego się nie dotknie, to wygrywa. Nie walczyłbym z nim. – Uważam, że cała ta sprawa to również ogromna kompromitacja Donalda Tuska, jego rządu oraz ministra sportu. W takich sytuacjach powinno interweniować państwo – uważa duchowny. Cały wpis poniżej:

Więcej…

Tak ostro jeszcze nie było. "Utopił Majchrowskiego, utopi i Miszalskiego"

Tak ostro jeszcze nie było. "Utopił Majchrowskiego, utopi i Miszalskiego"

03 marca 2026 | 11:49

– Nie wierzę, że "John Rambo" jest tak bardzo aktywny na Facebooku, że atakuje wszystkich radnych. To są po prostu boty, które są głównie zaadresowane w Indiach i w Pakistanie – mówi radny Grzegorz Stawowy. W wywiadzie udzielonym portalowi Głos24, polityk Koalicji Obywatelskiej wskazuje też osobę, która pogrążyła aż dwóch prezydentów: Jacka Majchrowskiego i Aleksandra Miszalskiego. Stawowy udzielił bardzo mocnego wywiadu, w którym nie gryzł się w język. Wybraliśmy dla Was niektóre cytaty. O referendum: Spodziewam się, że referendum będzie. Ale czy chodzi o dobro Krakowa? Jak widać, o dobro Krakowa bardzo dba Ruch Narodowy, który włączył się w tę akcję. Bardzo dba część Konfederacji, łącznie z tym panem, który przypadkowo zabrał patelnię z IKEA i jest jednym z głównym promujących referendum. Są tak zwani Bracia Kamraci, którzy mają problemy prawne za jawne wspieranie Rosji. Jest Konfederacja Grzegorz Brauna, a sam Grzegorz Braun jest osobą, której dobro Krakowa leży mocno na sercu, dlatego zaangażował się w kampanię referendalną. Jest cała masa organizacji, która krytykuje jakiekolwiek ograniczenia jazdy samochodem. No i jest Łukasz Gibała, który bierze udział część kampanii referendalnej. Naturalnie włączyło się Prawo i Sprawiedliwość, bo skoro w Krakowie rządzi Koalicja Obywatelska, więc musi być przeciwko.  To wygląda trochę tak, że zebrała się skrajna prawica, skrzyknęli się może przy piwie na zasadzie: „zróbmy coś w Krakowie” i próbują to przeprowadzić. Grzegorz Stawowy / fot. Łukasz Michalik O Łukaszu Franku: Mam osobisty żal do prezydenta Miszalskiego, że Łukasza Franka trzymał tak długo. To gigantyczny błąd prezydenta. Myśmy, jako radni, w zdecydowanie większości byli za tym, by go odwołać pierwszego dnia prezydentury. Powtarzałem prezydentowi konsekwentnie: to jest człowiek, który utopił Jacka Majchrowskiego, utopi też Aleksandra Miszalskiego. O ile jest fachowcem w swojej dziedzinie, o tyle jest osobą o bardzo dużym zabarwieniu dogmatycznym. On ma wiarę w to, co sam wierzy, a jego zakres negocjacyjny wynosi mniej więcej od 0 do 0,1%. Jest gigantycznym zwolennikiem komunikacji rowerowej. Proszę zwrócić uwagę, że w Krakowie komunikacja rowerowa jest ważniejsza niż transport zbiorowy. U nas stało się tak, że samochody wpuszczono na tory, a rowerzyści mają osobne, wydzielone pasy drogowe. Zaczęły się dziać takie rzeczy, jak na ulicy Grzegórzeckiej, że samochody i tramwaje stają w korkach, a obok ulicą jedzie jeden rowerzysta. Cały wywiad tutaj:  

Więcej…

Brunatna odwilż. Sezon na wstyd właśnie się zaczął

Brunatna odwilż. Sezon na wstyd właśnie się zaczął

03 marca 2026 | 09:24

Najpierw jest słońce. Potem kilka cieplejszych dni. Śnieg znika, trawniki zaczynają oddychać. Człowiek myśli: „No, wreszcie”. I wtedy patrzy pod nogi. I widzi. Nie przebiśniegi. Nie krokusy. Tylko całe, potężne, brunatne archiwum zimowych spacerów. Kupy. I tu też kupy. I tam kupy. I kawałek dalej też kupy... Spacer po osiedlu w Krakowie wczesną wiosną to nie jest przechadzka. To survival. Slalom gigant między tym, co przez trzy miesiące było elegancko zakonserwowane pod śniegiem. Teraz wyszło na światło dzienne i patrzy nam prosto w oczy. Chodniki? Pole minowe. Trawniki? Biologiczna mapa wstydu. Skwer pod blokiem? Tor przeszkód dla zaawansowanych. I nie, to nie są „incydenty”. To są hurtowe ilości. Jakby przez zimę obowiązywało jakieś niepisane prawo: śnieg przykryje, problem zniknie. Otóż nie zniknął. On tylko czekał na odwilż. fot. Pixabay Najlepsze są tłumaczenia. – „Zapomniałem woreczka.” – „Nie zauważyłam.” – „To nie mój pies.” A czyj? Duch osiedla? Pies widmo? Tajemnicza rasa „niewidzialny kundel”? Pies to nie tylko zdjęcia na Instagramie i spacery o zachodzie słońca. To także ten moment, kiedy trzeba się schylić. Tak, nawet gdy jest zimno. Tak, nawet gdy nikt nie patrzy. Tak, nawet gdy „zaraz wracam do domu”. Bo problemem nie są psy. Problemem są właściciele, którzy traktują przestrzeń wspólną jak czyjąś, nie swoją. A przecież to nasze miasto. Wspólne. Codzienne. fot. MPO W tym tygodniu do sprzątania po ziemie ruszyło MPO. Pracownicy twierdzą, że wiosenne porządki potrwają nawet do 12 tygodni. Najpierw w ruch idą główne arterie i śródmieście, potem kolejne rejony miasta. Zamiatarki, polewaczki, ekipy ręczne. Piach, sól, zimowy pył mają zniknąć z ulic, placów i chodników. I bardzo dobrze. Tylko że żadna zamiatarka nie załatwi problemu, jeśli ktoś wcześniej nie wykaże się elementarną przyzwoitością. MPO może sprzątnąć piach po zimie. Ale nie powinno sprzątać po czyjejś bezmyślności. Wiosna to czas porządków. Może oprócz trzepania dywanów i mycia okien warto zrobić też porządek z własnymi nawykami. Bo jeśli co roku, wraz z pierwszym słońcem, odkrywamy to samo, to może problemem nie jest topniejący śnieg. Może problemem jest to, że niektórzy wciąż nie dorośli do posiadania psa.

Więcej…

 "Referendum to próba dogrywki po przegranych wyborach"

"Referendum to próba dogrywki po przegranych wyborach"

02 marca 2026 | 21:53

- Prezydent Aleksander Miszalski umówił się z mieszkańcami Krakowa na pełną kadencję i powinien mieć czas, by dowieźć swoje obietnice wyborcze - stwierdziła senator Monika Piątkowska w rozmowie z Radiem Kraków. Jej zdaniem, referendum to próba dogrywki po przegranych wyborach. Referendum jest narzędziem demokratycznym, do którego obywatele mają prawo, ale mam głębokie podejrzenia, że to próba dogrywki po przegranych wyborach. Prezydent Aleksander Miszalski ma moje pełne wsparcie i wsparcie KO. On się umówił na kadencję. Po całej kadencji będzie czas na rozliczenie prezydenta z jego zobowiązań. Dzisiaj jest przedwcześnie. - powiedziała senator Monika Piątkowska. Jej wypowiedzi możecie posłuchać tutaj: "Dziś jest przedwcześnie na rozliczanie prezydenta". źródło: Radio Kraków

Więcej…

Skazany bandyta "ratuje" Kraków. Nie ma pomysłu, ale ma wyrok i kamerę

Skazany bandyta "ratuje" Kraków. Nie ma pomysłu, ale ma wyrok i kamerę

02 marca 2026 | 10:10

Kojarzycie Mateusza Jaśkę? Tego samego, który w sądzie dostał wyrok za groźby karalne wobec dziennikarza TVN-u, za próbę wręczenia mu miliona złotych łapówki, żeby ten odstąpił od tematu kryptowalutowej afery i zaginięcia (a według rodziny – morderstwa) Sylwestra Suszka? Tego samego, który kiedyś przywalił kobiecie pięścią w twarz i w ogóle ma kartotekę dłuższą niż korki na Wielickiej w godzinach szczytu? No właśnie, ten sam. Otóż Jaśko stał się jedną z głównych twarzy krakowskiego referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Montuje filmy, zbiera podpisy, wrzuca content na YouTube i media społecznościowe z hasztagami w stylu #referendum #miszalski #kraków. A wszysko to w imponującym tempie, trzeba przyznać. Ale jak popatrzeć głębiej, to nie tempo idei, tylko tempo wykonywania zadań. Bo Jaśko nie jest tu od pomysłów. On jest od wykonywania. Kiedyś dostał zlecenie: załatwić dziennikarza, żeby nie grzebał w brudach BitBay/Zonda i zniknięciu Suszka. Zadanie wykonał. Tyle że dziennikarz okazał się nieprzekupny, więc Jaśko dostał wyrok w zawieszeniu. Więcej o sprawie piszemy tutaj: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] Teraz dostał nowe zadanie: odwołać Miszalskiego. Za wszelką cenę. Choćby się waliło i paliło, choćby Kraków wyglądał jak pobojowisko po festiwalu banerów i hejtu. I wiecie co? Wykonuje je wzorowo. Lawina materiałów, dramatyczne tytuły w stylu „Miszalski w PANICE”, „Wielka Czystka”, „Kraków przemówił”. Klasyka gatunku. Tylko że gdy ktoś pyta o konkrety – to nagle robi się cisza. Sam Jaśko, zapytany ostatnio na fejsie o jakieś rozwiązanie miejskiego problemu, odpisał wprost: Teraz ciężko powiedzieć, co trzeba by zrobić. No proszę. Krytykować i napierzać – spoko, w tym jest mistrzem. Ale jak przychodzi co do czego, jak trzeba samemu coś zaproponować, to głowa w piasek. Albo raczej w szufladę z kolejnym zleceniem. źródło: FB To nie jest polityk. To nie jest nawet aktywista z wizją. To najzwyklejszy cyngiel do wynajęcia – tylko zamiast spluwy ma kamerę i telefon z nielimitowanym internetem. Dostaje robotę, robi robotę. Tyle. Koniec. A Kraków? Kraków zostaje z referendum, które pewnie dojdzie do skutku. Z prezydentem, który nagle zaczął słuchać mieszkańców (cud?), z opozycją, która widzi w tym szansę na ogólnopolską awanturę, i z ludźmi, którzy muszą żyć w tym wszystkim dalej. ZOBACZ TAKŻE: Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie Ale referendum minie. Wyrok Jaśki nadal będzie w papierach, choć po pewnym czasie się zatrze (tak jak i pozostałe). A miasto zostanie. I będzie musiało sobie radzić: czy z Miszalskim, czy bez. Tylko oby nie z takimi „liderami”, którzy nie mają nic poza wyrokami i wykonanym zadaniem na koncie. Pozdrawiam z Krakowa, gdzie nawet bandyci mają teraz kanał na YouTube. ZOBACZ TAKŻE: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj

Więcej…

Gibała milczy jak grób. Tak chce rządzić Krakowem?

Gibała milczy jak grób. Tak chce rządzić Krakowem?

25 lutego 2026 | 14:00

Łukasz Gibała marzy o prezydenturze Krakowa od 17 lat. I przez 17 lat nie nauczył się jednego: rozmawiać. Siedemnaście lat! To niemal dwie dekady, w czasie których mógłby nauczyć się, czym naprawdę jest polityka miasta, czym jest dialog, czym jest odpowiedzialność. Tymczasem okazuje się, że Gibała doskonale radzi sobie… bez gadania. Z dziennikarzami – nie gada, bo nie lubi niewygodnych pytań. Zresztą na „wygodne” też ma problemy z odpowiedzią, jeśli akurat nie nauczył się jej na pamięć. Wypowiada się głównie w "swoich" mediach albo przez niego opłacanych. Z obecnym prezydentem Krakowa – nie gada, mimo że miał już co najmniej dwukrotne, publiczne zaproszenie do rozmowy. O liczbie tych „niepublicznych” nie wiemy, ale wiemy, że żadnego nie przyjął. Z byłym prezydentem Krakowa – nie gada, bo dwa razy przegrał z nim wybory i strzelił focha. Z oponentami politycznymi – nie gada, bo… nie ma argumentów. A jednak czasem rozmawia! Tym razem przez telefon / fot. Łukasz Michalik Nie wypowiada się w trudnych tematach, nie zabiera głosu w kluczowych sprawach, a gdy coś wymaga działania, deleguje innych: wcześniej radną Aleksandrę Owcę (była idealna, gdy trzeba było pokrzyczeć z mównicy lub przemówić emocjonalnym tonem), teraz radnego Michała Starobrata (wypowiada się lepiej, wygląda lepiej, jest lepszy) lub radnego Łukasza Maślonę (jak już nikt nie chce, to posyła właśnie jego na pierwszą linię frontu). Każdy ruch, każda decyzja – przez pośredników. Na pytania dziennikarzy – te wysłane mailem – odpisuje jakaś pani z biura lub ewentualnie odpowiedź przygotowuje pani od lat zajmująca się marketingiem politycznym. Skądinąd sympatyczna. I ona – w przeciwieństwie do Gibały – odpowiada na „dzień dobry”, a czasami nawet i odbiera telefon. Głównie po to, by przekazać, że zapyta szefa, czy się zgodzi na wywiad. Na tym komunikacja zazwyczaj się kończy. I tu pojawia się pytanie: jak ktoś, kto marzy o prezydenturze przez 17 lat, może sądzić, że jest gotowy na to stanowisko, skoro wciąż nie nauczył się jednej podstawowej umiejętności: rozmawiać z ludźmi? Prezydent miasta musi umieć dialogować z wieloma środowiskami. Z tymi, które lubi, i tymi, które budzą jego niechęć. A może nawet i obrzydzenie. To nie kwestia sympatii, to obowiązek. To nie jest miejsce dla osób, które chowają się za asystentami i delegują odpowiedzialność. Fajnie się opowiada o kotkach i pieskach czy tam pierogach jedzonych w barze mlecznym. Ale nie na tym polega prezydentura. Grzegorz Stawowy mówi coś Łukaszowi Gibale. Mina tego drugiego wskazuje, że raczej nie odpowiedział / fot. Łukasz Michalik ZOBACZ TAKŻE: Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną? Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że ktoś pięć lat temu powiedział ówczesnemu prezydentowi Krakowa (którego Gibała nie trawi) „dzień dobry”, a dziś Gibała (gdyby był prezydentem) prawdopodobnie nie podniósłby nawet ręki na powitanie. To nie jest człowiek dialogu. To ktoś, kto ucieka przed rozmową, przed konfrontacją i przed odpowiedzialnością. Przez siedemnaście lat aspiracji bez działania. Marzenia o prezydenturze bez gotowości do rozmowy są jak zamek z piasku – imponująco wygląda z daleka, ale w chwili próby rozsypuje się w proch. A Kraków potrzebuje prezydenta, który mówi, dyskutuje, konfrontuje się, a nie kogoś, kto siedemnaście lat marzy i… milczy. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Dno dna. Totalny upadek złodzieja patelni z IKEA

Dno dna. Totalny upadek złodzieja patelni z IKEA

24 lutego 2026 | 16:20

Gdy patrzę na to, co dzieje się w Krakowie w ostatnich dniach, trudno nie zadać jednego, podstawowego pytania: czy w naszym mieście obowiązuje jeszcze prawo, czy tylko hasła i memy w social mediach? Bo jeżeli polityk, poseł i kandydat na prezydenta Krakowa, zamiast stawać po stronie prawa i porządku zaczyna … pochwalać akty wandalizmu, to coś tu nie gra. A odpowiedzialność spada nie tylko na niego, ale na nas wszystkich, którzy obserwujemy kampanię samorządową z rosnącym niepokojem. Konrad Berkowicz – poseł, który w ostatnich latach regularnie budził kontrowersje, zarówno w Sejmie, jak i w mediach – znów znalazł się w centrum uwagi. I nie, nie z powodu pomysłu na poprawę życia krakowian, lecz dlatego, że cieszy się z usunięcia i zniszczenia miejskich znaków informujących o Strefie Czystego Transportu. źródło: X SCT to decyzja, którą miasto wprowadziło w trosce o zdrowie mieszkańców, o jakość powietrza, o przyszłość naszych dzieci. Oczywiście każdy ma prawo do krytyki takiej polityki – to jest element demokratycznej debaty. Ale jest też granica, której nie przekracza się, chwaląc niszczenie mienia publicznego. To łamanie prawa. I tu dochodzimy do sedna: co to mówi o tym, jak dana osoba postrzega reguły państwa i reguły współżycia społecznego? Czy ktoś, kto publicznie aprobuje wandalizm wobec infrastruktury miejskiej, naprawdę nadaje się na gospodarza Krakowa? Czy to ma być nowy standard prowadzenia kampanii? Nie argumenty, lecz okrzyki, prowokacje i gloryfikowanie działań niezgodnych z prawem? Przy tym wszystkim nie sposób zapomnieć innych incydentów, które zamiast podnosić rangę debaty publicznej, raczej ją kompromitowały. O kontrowersjach, które towarzyszyły temu posłowi już wcześniej (od incydentu z mandatem za zakupy w sklepie po ostre spięcia z dziennikarzami) było już głośno w mediach ogólnopolskich i lokalnych. Takie zachowania i takie komunikaty nie tylko dzielą Kraków. One podważają zaufanie do instytucji i do ludzi, którzy mają je reprezentować. Nie chodzi tu o to, że polityka ma być nudna. Ba, ma być ostra, konkurencyjna, pełna idei. Ale nie może być kosztem zasad, które stoją u podstaw państwa prawa.

Więcej…

Zdradził Majchrowskiego. Zdradził Hołownię. Zdradzi Koalicję.

Zdradził Majchrowskiego. Zdradził Hołownię. Zdradzi Koalicję.

20 lutego 2026 | 09:49

W polityce można się różnić. Można odchodzić. Można zmieniać szyldy i szukać nowej drogi. Ale jeśli ktoś regularnie wspina się po cudzych plecach, a potem z tych samych pleców strzela, to przestaje być „polityczna ewolucja”. To zaczyna być wzór zachowania. A ten wzór w wykonaniu Rafała Komarewicza jest aż nadto czytelny. Najpierw był Jacek Majchrowski. To na jego plecach Komarewicz wszedł do Rady Miasta Krakowa. I niedługo po tym zdradził po raz pierwszy. Potem przyszedł czas na projekt Polska 2050 i polityczny parasol Szymona Hołowni. Komarewicz, znowu na jego plecach, wszedł do Sejmu oraz startował na prezydenta Krakowa. Billboardy z tej kampanii prezydenckiej mówiły same za siebie: Hołownia większy, wyraźniejszy, symbol politycznej trampoliny. Komarewicz ustawiony bokiem, a nawet lekko tyłem. Ot, zwykły pionek obok króla na politycznej szachownicy. Dziś tamta trampolina już nie jest potrzebna. Dziś są publiczne ataki, ostre słowa i demonstracyjne odcinanie się od byłego lidera. Odejść wolno każdemu. Krytykować też. Ale jest różnica między sporem a publicznym pluciem w twarz człowiekowi, z którym jeszcze wczoraj budowało się wspólny projekt. źródło: www.sejm.gov.pl I tu wracamy do sedna. To nie pierwszy raz. Raz można się pomylić. Raz można zareagować zbyt ostro. Raz można źle ocenić ludzi i sytuację. Raz można wytłumaczyć wyborcom swój polityczny fikołek. Raz można popełnić błąd, bo któż ich nie popełnia? Ale jeśli ten sam błąd powtarza się drugi raz, w niemal identycznym schemacie, to nie jest już wpadka. To metoda. A skoro nie wyciąga się wniosków z własnych doświadczeń, to trudno mówić o rozsądku. Tylko głupcy powtarzają te same błędy, oczekując innego rezultatu. Są ludzie, którzy po zakończeniu związku potrafią zachować klasę. Mówią: „nie wyszło” i idą dalej. Ale są też tacy, którzy po rozstaniu zaczynają opowiadać wszystkim, jak fatalny był były partner, wyciągają rzekome winy, piorą brudy publicznie, byle tylko przykryć własne decyzje. Problem w tym, że im częściej ktoś powtarza ten schemat, tym mniej wiarygodnie brzmi jego opowieść. To naplucie byłemu szefowi w twarz nie przypadło do gusty nawet wyborcom Komarewicza. Komentarze pod jego ostatnimi wpisami są w ogromnej większości krytyczne. Nie dlatego, że zmienił polityczny adres. Wyborcy rozumieją, że polityka to gra interesów i ambicji. Krytykują styl. Ton. Brak elementarnej, zwykłej ludzkiej przyzwoitości. źródło: X Komarewicza Dziś mówi się, że były kandydat na prezydenta Krakowa rozgląda się za miejscem na listach Koalicji Obywatelskiej. Oczywiście, polityka to gra otwartych drzwi. Każdy może zapukać. Nawet zdrajca. Ale warto pamiętać jedno: zdradził Majchrowskiego, zdradził Hołownię, zdradzi i Koalicję Obywatelską. Cały Rafał. Zresztą nie on pierwszy. Zdrada Bo to już nie kwestia barw partyjnych. To kwestia charakteru. A charakteru nie zmienia się wraz z logo na plakacie. ZOBACZ TAKŻE: Najpierw patelnia z IKEA, teraz meczet w Krakowie. Szukamy logiki u konfederatów

Więcej…

Najpierw patelnia z IKEA, teraz meczet w Krakowie. Szukamy logiki u konfederatów

Najpierw patelnia z IKEA, teraz meczet w Krakowie. Szukamy logiki u konfederatów

19 lutego 2026 | 20:17

Konfederacja to fajna partia. Taka nie za mądra. A jej członkowie zapewne zatrzaskiwali się w toalecie podczas zajęć z logiki. Najpierw lider ukradł patelnię z IKEA, dobrowolnie zapłacił mandat za kradzież, przyznając się jednocześnie do tej kradzieży, a wyznawcy pieją: „oj, oj, on wcale nie ukradł, tylko zapomniał zapłacić”. Logika godna kogoś, kto zjadł cały obiad w restauracji, poprosił o dokładkę i nie chce zapłacić mówiąc, że mu nie smakowało. Teraz jest podobnie. W Krakowie ma powstać meczet. Nie rozstrzygamy tu, czy to dobrze, czy źle. Ponoć ma powstać. Na scenę wkracza jednak Konfederacja, cała na biało (choć najczęściej w ciemnych barwach katastrofy cywilizacyjnej), i ogłasza stanowczo: Domagamy się konsultacji społecznych! I zaraz potem: Domagamy się zablokowania tej inwestycji. Wpis Piotra Bartosza na FB No to jak to właściwie działa? Domagamy się konsultacji społecznych, ale niezależnie od ich wyniku żądamy zablokowania inwestycji? To trochę jak zapytać dzieci, gdzie chcą pojechać na wycieczkę, a potem i tak zawieźć je do teściowej. Wyobraźmy sobie taką scenę: mieszkańcy okolicy mówią w konsultacjach „nie mamy nic przeciwko”. A Konfederacja odpowiada: „Dziękujemy za głos. Mamy go w dupie. Zrobimy po swojemu”. Hasło „konsultacje” brzmi dumnie i demokratycznie. Ale w zestawie z „zablokować bez względu na wszystko” przypomina sytuację, w której ktoś krzyczy: „Posłuchajmy wszystkich!”, po czym zatyka sobie uszy i włącza syrenę alarmową. I nikt nie broni konfederatom mieć własnego zdania. Naprawdę. Można powiedzieć: „Nie zgadzamy się i koniec”. I spoko. Tylko po co te bajeczki o konsultacjach społecznych? Po co udawać, że chcecie czegokolwiek słuchać? Wasz lider też przecież nie konsultował z nikim kradzieży patelni. Nie zrobił ankiety wśród sympatyków, nie ogłosił referendum w sprawie zakupu. Po prostu wziął i wyszedł. Bez pytania o zdanie. I szacun. Przez chwilę pokazał wielkie cohones. Trochę zmalały po przyjeździe policji, ale przynajmniej przez moment był to pokaz konsekwencji: decyzja, działanie, mandat. ZOBACZ TAKŻE: Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną? Więc może w tym przypadku też tak po prostu powiedzcie: „Nie chcemy i już”. Bez dekoracji, bez konsultacyjnych konfetti, bez udawania, że interesuje was opinia kogokolwiek poza własnym elektoratem. Bądźcie równie bezpośredni jak przy wyjściu ze sklepu z patelnią pod pachą. Nie udawajcie, że obchodzi was zdanie mieszkańców, skoro z góry wiecie, że jeśli powiedzą coś innego niż wy, to i tak uznacie je za nieważne. Wtedy przynajmniej wszystko będzie uczciwe: bez logiki, ale konsekwentnie.

Więcej…

Strona 1 z 5

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Social Media

Reklama - sidebar

Na fali

  • Gibała finansuje akcję przeciwko Miszalskiemu, czyli jak radny kupuje sobie Kraków

    Fala faktów

    Gibała finansuje akcję przeciwko...

    Informacja
    06 marca 2026 | 15:40
  • PiS wybiera kandydata na prezydenta Krakowa. Trzy nazwiska, jedna BOMBA!

    Głos z kanału

    PiS wybiera kandydata na prezydenta...

    Informacja
    13 marca 2026 | 08:47
  • Tak ostro jeszcze nie było.

    Głos z kanału

    Tak ostro jeszcze nie było. "Utopił...

    Informacja
    03 marca 2026 | 11:49

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.