Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Opinie

Gibała obiecuje nieśmiertelność i truskawkowe cukierki na raka. Wystarczy Karta Krakowska!

Gibała obiecuje nieśmiertelność i truskawkowe cukierki na raka. Wystarczy Karta Krakowska!

16 sierpnia 2026 | 22:04

Zapomnij o chemioterapii, skreśl kolejki do onkologa i szykuj Kartę Krakowską: Łukasz Gibała ma już dla nas bezpłatną szczepionkę na raka o 100-procentowej skuteczności. Zero zgonów, pełna nieśmiertelność i brak działań niepożądanych, a dla wrażliwych – lek podawany w postaci truskawkowego cukierka. Brzmi jak cud w Łagiewnikach? Dajcie Łukaszowi Gibale jeszcze ze dwa tygodnie kampanii, a pojawi się u Was z obietnicą darmowego eliksiru młodości i likwidacji opadów deszczu w weekendy. Gibała i medyczny farmazon Kandydat na prezydenta Krakowa rozpoczął kampanię z grubej rury i z miejsca złożył obietnicę, po której szefowie NFZ-u, pracownicy Ministerstwa Zdrowia i wszyscy myślący mieszkańcy Krakowa tarzali się ze śmiechu. Gibała ogłosił bowiem, że natychmiast skróci Krakowianom kolejki do lekarzy specjalistów. O ile je skróci? Nie wiadomo! Kto by się przejmował takimi drobnymi, nudnymi szczegółami jak liczby, brak kadry medycznej, ustawy czy budżet. Grunt, że na grafice wygląda potężnie. Farmazon Gibały Sęk w tym, że pomysł skracania kolejek do lekarzy na NFZ przez prezydenta miasta to farmazon tak czystej próby, że aż wypala siatkówkę. Superbohater w fotelu prezydenta Słyszeliście kiedykolwiek o gminie w Polsce, w której kolejki do kardiologa czy ortopedy zniknęły, bo na fotelu burmistrza usiadł lokalny superbohater? Że na przykład w całej Polsce do dermatologa czeka się średnio dwa lata, ale w takim Szczecinie mają tak genialnego prezydenta, że doktor przyjmuje pacjentów już po dwóch dniach, a w poczekalni częstuje kawą z pianką? Nie słyszeliście. I nie usłyszycie, bo samorządowiec ma na system ochrony zdrowia i kontrakty NFZ mniej więcej taki sam wpływ, jak sołtys Koziej Wólki na kurs bitcoina. Farmazon Gibały Syropek na nieśmiertelność z MPK Ale po co psuć dobrą zabawę twardą rzeczywistością i całym systemem ochrony zdrowia? Skoro z poziomu prezydenta miasta można cudownie uzdrawiać NFZ, to proponujemy Gibale, by poszedł na całość: Endokrynolog w każdym paczkomacie – wystarczy wpisać kod z SMS-a i odebrać receptę wraz z poradą lekarską w 30 sekund. Zniesienie kolejek na Szpitalnych Oddziałach Ratunkowych uchwałą Rady Miasta – pacjenci będą uzdrawiani przy samym wejściu do placówki. Darmowy syropek na nieśmiertelność dla posiadaczy biletów okresowych – do odbioru w punktach MPK. Zastąpienie rezonansu magnetycznego wizytą u miejskiego wróżbity – taniej, szybciej i bez stresu w ciasnej tubie. Krakowianie widzieli w polityce niemal wszystko, ale obietnica uzdrawiania polskiej medycyny z poziomu gabinetu przy placu Wszystkich Świętych to absolutny majstersztyk politycznej fantastyki. Przełykanie wyborczej ściemy bez popity Gibała udowadnia, że w walce o fotel prezydenta limit żenady i absurdu po prostu nie istnieje. Robienie sobie bezczelnych kpin z ludzkiego zdrowia i bezradności w starciu z NFZ-em to absolutne przekroczenie granicy. Gibała Obiecać można dosłownie wszystko, bo papier i wyborcza grafika zniosą każdą bzdurę, jednak w rzeczywistości od samego "obietnicowania" zdrowia nikomu nie przybędzie. Kandydatowi wypada życzyć tylko jednego: aby w razie potrzeby trafił do lekarza tak szybko, jak szybko udaje mu się pisać swoje kosmiczne bajeczki na potrzeby kampanii. ZOBACZ TAKŻE: Owca i stado baranów pchają się do magistratu. Nie ma już żadnych hamulców!

Więcej…

Owca i stado baranów pchają się do magistratu. Nie ma już żadnych hamulców!

Owca i stado baranów pchają się do magistratu. Nie ma już żadnych hamulców!

13 sierpnia 2026 | 09:31

Zniesiono już wszystkie limity: na bezczelność, na ignorancję i na kłamstwo. Dzisiejszy kandydat nie boi się palnąć głupoty roku, bo doskonale wie, że jutro zastąpi ją głupotą stulecia. I jedyne, co w tym festiwalu bez wstydu przeraża bardziej niż samo stado baranów przy mikrofonach, to nasza własna, cicha zgoda na to, by robiono z nas kompletnych idiotów. Żyjemy w cyrku, w którym dyrektorzy zapomnieli, że publiczność potrafi dodawać do dziesięciu. Krakowska kampania prezydencka zmieniła się w absolutną wolnoamerykankę, gdzie kandydaci opowiadają takie dyrdymały, że głowa mała. Nikt tego nie weryfikuje, nikt nie pyta o koszty, a każdy, kto wyciąga kalkulator, natychmiast zostaje wrogiem publicznym numer jeden. Bezwstyd na pełnej petardzie Dożyliśmy czasów, w których można powiedzieć już absolutnie wszystko. WSZYSTKO. Złudzenie, że polityka miejska podlega jakimkolwiek zasadom przyzwoitości czy chociażby elementarnej logice, pękło z hukiem. Nie ma już żadnych hamulców, żadnego bezwładu moralnego, żadnej granicy żenady, której ktoś nie zdecydowałby się przekroczyć w pogoni za głosami. Kandydaci bez mrugnięcia okiem przepuszczają przez swoje struny głosowe najobrzydliwsze treści, najbardziej bezczelne kłamstwa i bajki wyciągnięte z najciemniejszych zakamarków populizmu, byle tylko zaistnieć na pięć sekund w serwisach informacyjnych lub w sieci. Stoją przed mikrofonami z maślanymi oczami i recytują kosmiczne bzdury bez cienia zażenowania, doskonale wiedząc, że jutro i tak nikt z tego bełkotu ich nie rozliczy, a im większa głupota zostanie wykrzyczana na głos, tym głośniejsze brawo dostaną od własnego wyznawczego klakieratu. Prawniczka na wojnie z logiką Podręcznikowym wręcz przykładem tej powszechnej amnezji ustrojowej jest szanowna Aleksandra Owca. Pani Owca raczyła niedawno określić nasz portal mianem „szczujni” tylko dlatego, że od miesięcy punktujemy jej idiotyczne pomysły, które nie mają żadnych szans na realizację przez prezydenta Krakowa (ktokolwiek by nim nie był), wszak nie ma takich uprawnień. Aleksandra Owca i Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że pani Owca z wykształcenia jest prawniczką. Powinna o tym wiedzieć lepiej niż jakikolwiek przeciętny zjadacz chleba! Ale po co konfrontować się z twardą literą prawa, skoro można po prostu strzelić klasycznego foszka, niczym infantylna, niedojrzała dziewczynka. Metro? We wtorek Sęk w tym, że pani Owca to tylko wdzięczny lider w tym całym, przepraszam za wyrażenie, stadzie baranów. Inni kandydaci wcale nie zostają w tyle. Obserwowanie ich występów wywołuje równolegle pusty śmiech i głęboki ból zębów. Słuchamy o niemalże darmowej komunikacji dla każdego, o budowie pięciu linii metra do przyszłego wtorku, o likwidacji korków za pomocą czarodziejskiej różdżki oraz o inwestycjach opiewających na miliardy złotych w mieście, które ma ograniczenia budżetowe jasne dla każdego, kto potrafi dodać dwa do dwóch. Kandydaci pier*olą – bo inaczej tego bełkotu nazwać nie sposób – takie głupoty, że człowiek łapie się za głowę i zastanawia, czy do wody w kranach ktoś nie dodał substancji halucynogennych. Kłamstwo to norma A co jest w tym wszystkim najgorsze i najbardziej gorzkie? Nikt tego nie weryfikuje. Żaden sztab nie czuje na plecach oddechu odpowiedzialności za słowo. Opowiadają dyrdymały na pęczki, sprzedają bajki o szklanych domach, a tłum bije brawo, bo przecież brzmi ładnie. Żyjemy w rzeczywistości, w której merytoryczna analiza programu wyborczego traktowana jest jak atak personalny, a wykazanie ignorancji prawniczej – jak „szczucie”. Krakowska batalia prezydencka ostatecznie udowodniła jedno: poziom politycznego cynizmu jest dziś proporcjonalny do naiwności odbiorców. Dopóki na bezczelny bełkot będziemy reagować brawami zamiast wyciągania kalkulatora, dopóty stado baranów przy mikrofonach będzie urządzać nam przyszłość według swoich groteskowych urojeń. ZOBACZ TAKŻE: Mieszkańcy Krakowa będą zachwyceni! Do Sejmu trafi kolejny poseł z naszego miasta

Więcej…

Kandydatka Lewicy znów chciała błysnąć, ale... zaatakowała samą siebie

Kandydatka Lewicy znów chciała błysnąć, ale... zaatakowała samą siebie

12 sierpnia 2026 | 13:31

Jeśli parlamentarzystka nie pamięta ze szkoły, ilu w ogóle jest posłów w Sejmie, trudno wymagać, by ogarniała, z kim jej własne środowisko polityczne podpisywało umowy koalicyjne przez ostatnie ćwierć wieku. Daria Gosek-Popiołek znów nagrała „bardzo mądrą” rolkę, w której odkrywa, że w Krakowie żyje się źle przez Majchrowskiego i Miszalskiego. Szkoda tylko, że „zapomniała” dodać, iż to właśnie Lewica trzymała ich za rękę przy podejmowaniu każdej kluczowej decyzji. Czy to polityczna amnezja, czy po prostu uznanie krakowskich wyborców za idiotów? Gosek-Popiołek, kandydatka Lewicy na prezydenta Krakowa, zamieściła w sieci kolejną niezwykle głęboką, błyskotliwą i pełną eksperckiej troski rolkę. Przesłanie nagrania? W Krakowie dzieje się źle, a winni tego stanu rzeczy są dwaj panowie: Jacek Majchrowski oraz Aleksander Miszalski.  Jest jednak w tym politycznym stand-upie mały, wręcz maluteńki zgrzyt. Taka drobna, niezauważalna ryska na krysztale. Przypomniał o niej m.in. Patryk Salamon z LoveKraków, niszcząc tę piękną baśń brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Otóż – uwaga, serwujemy drastyczne fakty – Krakowem przez 22 lata rządził Jacek Majchrowski, wywodzący się z… tak jest, z SLD! Przez ostatnie lata lewica szła z nim ramię w ramię, a od ponad dwóch lat współrządzi Krakowem (u boku Aleksandra Miszalskiego). Żeby było jeszcze zabawniej, w radzie miasta Lewica i Koalicja Obywatelska żyją w cudownej, miłosnej koalicji.  Innymi słowy: Daria Gosek-Popiołek, niosąc na swoich barkach ćwierćwiecze politycznego dziedzictwa własnego środowiska w Krakowie, nagrywa wideo, w którym z przejętą miną odkrywa, że... jej własna koalicja narobiła bałaganu.  źródło: X To jest wyższy poziom politycznej amnezji. Choć znając dotychczasowe dokonania posłanki, wcale nas to nie dziwi. Mówimy przecież o parlamentarzystce, która w jednym z wywiadów potrafiła „zapomnieć”, ilu w ogóle jest posłów w Sejmie. Skoro więc z pamięci wylatują tak absolutne podstawy z lekcji WOS-u w szkole podstawowej – i to dotyczące izby, w której sama pobiera uposażenie – to jak, na Boga, ma pamiętać, z kim jej własna partia ma umowy koalicyjne? To po prostu przerasta jej możliwości systemowe.  Wygląda to tak, że mamy do prostą alternatywą: Czysta hipokryzja i bezczelność – w wersji tak skrajnej, że nawet najstarsi górale z Tatr przecierają oczy ze zdumienia. Kliniczny przypadek politycznej sklerozy. Pani Daria naprawdę nie pamięta ani WOS-u, ani tego, z kim głosuje za uchwałami w Krakowie. Robienie z wyborcy kompletnego idioty – czyli głębokie, wręcz metafizyczne przekonanie sztabu Lewicy, że krakowski wyborca ma intelektualną sprawność ameby, pamięć złotej rybki i po obejrzeniu 15-sekundowej rolki z ładnym filtrem zapomni, kto od 25 lat trzyma stery w tym mieście. Posłanka stoi więc na tle krakowskich ulic i z zatroskanym spojrzeniem walczy z „systemem”. Tylko że tym systemem – niespodzianka! – są jej koledzy z biurka obok, z którymi jeszcze wczoraj dzieliła urzędnicze stołki. Droga Lewico, droga Pani Dario, traktowanie Krakowian jak ludzi, którzy nie potrafią połączyć dwóch prostych faktów, to wybitnie odważna strategia. Trzeba mieć gigantyczną wiarę w amnezję wyborców, żeby po latach dzielenia stołków i wspólnego klepania uchwał nagle stanąć na krakowskiej ulicy i z robić minę zatroskanej bohaterki ogłosić: „Patrzcie, ktoś nam popsuł miasto!”. ZOBACZ TAKŻE: Wantuch: „Za te dwie rzeczy oddałbym duszę i cały majątek nawet diabłu” [WYWIAD]

Więcej…

Wyciekły piosenki wyborcze kandydatów! „Chciałabym być tą sexy, tylko jak?”

Wyciekły piosenki wyborcze kandydatów! „Chciałabym być tą sexy, tylko jak?”

11 sierpnia 2026 | 13:32

Ta kampania to jakiś absolutny marazm i nuda, od której można po prostu zasnąć na stojąco. Zero ognia, tylko szare ulotki i te same drętwe obietnice. Wjeżdżamy więc na pełnej... i prezentujemy Wam piosenki, które w tej kampanii powinny stać się oficjalnymi utworami poszczególnych kandydatów! No to zaczynamy: Aleksandra Owca Marie – Zero Calorie Cookie  Dla Ciebie mogłabym jeść cukierki bez cukruI pokazywać twarz, tą okrągłą, bez pudruBajeczki sobie pleść, no i gadać głupotyI strzelać w lustrze fajowe, półnagie foty Daria Gosek-Popiołek Sokół feat. Fasolki – Jak urosnę Jak urosnę to tu wejdę na stółStanę na palcach i sięgnę po kluczWięcej już nikt nie powie miŻe nie mogę wyjść i otworzę drzwi Jan Hoffman Republika – Biała Flaga Gdzie są moi przyjacieleBojownicy z tamtych latZawsze było ich niewieluTeraz jestem sam Łukasz Wantuch Budka Suflera – Przegrywać czasem to normalna rzecz Czasem myślę, że mi szczęścia brakWszystko jakoś się układa wspakŻycie obok ciągle mija mnieJakby dziwną prowadziło grę Łukasz Gibała Zespół Reprezentacyjny – Król Jego dynastia mocno tkwiW siodle które dźwigamy myJa ty ona my wy oni onWszyscy liżemy mu dupę wciąż Monika Piątkowska Kalina Jędrusik - Z kim tak Ci będzie źle jak ze mną Z kim tak Ci będzie źle, jak ze mnąPrzez kogo stracisz tyle szans każdego dniaKto blady świt, noce bezsenneTak Ci zatruje, jak ja? Michał Drewnicki Marcin Kłosowski - Milion złotych róż Obiecam Tobie milion złotych różObiecuje że spełnię Twoje trzy życzeniaBędę kochał Cię, będę tulił co dzieńTobie serce oddam swe Bartosz Bocheńczak Lady Pank – Strach się bać A wolność słowa też piękna rzeczI możesz krzyczeć, co zechcesz leczLecz jest poza tym dobro i złoProkurator wytłumaczy ci to Rafał Komarewicz Maanam – Zdrada Wpisano zdradę w pocałunekW czułe spojrzenia, w szlachetny trunekPrzypływa w nocy, jak zimna wodaDla zdrady żadnej chwili nie szkoda Marian Banaś Mikromusic - Takiego Chlopaka Gdzie znajdę takiegoPięknie dobrego? Daj chłopakaNie wariataDaj nie palaczaNie biedaka Sławomir Pietrzyk Andrzej Grabowski & Cedury - Młodości wróć Młodości wróć, cierpienie skróćNie musisz być chmurna, durnaMożesz już nie być taka jurnaMłodości wróć, cierpienie skróć Michał Klimek Hymn Państwowy Federacji Rosyjskiej – Гимн России Россия - священная наша держава,Россия - любимая наша страна.Могучая воля, великая слава -Твое достоянье на все времена!

Więcej…

Puk, puk. – Kto tam? – Kandydatka. – Nie, dziękuję. Nie zamawiałem.

Puk, puk. – Kto tam? – Kandydatka. – Nie, dziękuję. Nie zamawiałem.

06 sierpnia 2026 | 18:05

Drodzy Kandydaci, Drogie Kandydatki, z panią Aleksandrą Owcą na czele: uściślijmy coś sobie raz a dobrze na samym wstępie. Jedyną kobietę, którą mam ochotę zobaczyć w progu mojego domu, to ta, po którą sam zadzwoniłem i z własnej woli ustaliłem warunki. Jeśli więc w środku 35-stopniowego sierpniowego skwaru będziecie pukać do mych drzwi w ramach rozpaczliwego poszukiwania podpisów, to nie liczcie na gorące powitanie. Krakowska polityka osiągnęła właśnie stan skrajnego odwodnienia. Żeby w ogóle dostąpić zaszczytu zamontowania swojej gęby na płocie i wystartować w wyścigu o prezydencki fotel przy placu Wszystkich Świętych, trzeba zebrać niebagatelne 3000 ważnych podpisów. Miasto wymarło, termin goni Sęk w tym, że w Krakowie zbiórka idzie ślamazarnie, a powód jest banalnie prosty: w mieście nie ma dziś mieszkańców. Są wakacje. Jest gorąco. Gołębie na Rynku mdleją w locie, asfalt topi się pod stopami, a każdy, kto ma choć odrobinę rozumu i sprawną klimatyzację lub wiatrak siedzi po prostu w domu. Na ulicach zostali tylko przerażająco głośni Brytyjczycy i oszołomieni wycieczkarze z Hiszpanii. Co więc robi przytomny sztab wyborczy w obliczu zbliżającego się terminu i całkowitej pustki na Plantach? Wpada na genialny, głęboko przemyślany i wybitnie bezczelny pomysł: chodzenie po domach. Radna Owca zapowiada, że zapuka do 40 tysięcy drzwi! / źródło: FB Chciałbym w tym miejscu wystosować krótki, ale niezmiernie serdeczny komunikat do wszystkich partyjnych sekcji agitacji: czyście wy do reszty rozum postradali? Polityczny żebrak na wycieraczce Dom to w naszej szerokości geograficznej oaza spokoju. Miejsce wolne od politycznego ujadania. Miejsce, gdzie po 10 godzinach udawania w pracy, że świat ma sens, człowiek zrzuca gacie, odkręca zimne piwo i próbuje nie spłonąć w 30-stopniowym duchocie mieszkania z wielkiej płyty. Ostatnią rzeczą, jakiej Krakowianin potrzebuje do szczęścia, jest dźwięk dzwonka i widok politycznego żebraka na wycieraczce. Otwierasz drzwi w samych bokserkach, spocony jak mysz, spodziewasz się kuriera z jedzeniem, a tam jakiś żałosny polityczny żebrak. Nie chcę w moich drzwiach widzieć żadnych partyjnych żebraków! Nie ma dla mnie żadnego znaczenia, czy przychodzicie z lewa, z prawa, czy z kosmosu. Uśmiechnięte gęby z partii Razem Nie mam najmniejszej ochoty oglądać w progu uśmiechniętych gęb z Partii Razem. A już absolutnym szczytem koszmaru byłoby zobaczyć na własnej wycieraczce Aleksandrę Owcę, która ubzdurała sobie, że zakłócanie mojego miru domowego to genialny element kampanii. Co wy sobie myślicie? Że po zobaczeniu was w progu mojego mieszkania w środku upalnego popołudnia wpadnę w zachwyt i podpiszę wam cokolwiek, łącznie ze zgodą na wywłaszczenie? Łażenie po klatkach schodowych na Ruczaju czy w kamienicach na Podgórzu to nie jest żaden "bliski kontakt z wyborcą". To jest najzwyklejsza w świecie polityczna akwizycja. Stawiam ją dokładnie na równi z wciskaniem garnków emerytom i telefonami od botów w sprawie paneli fotowoltaicznych o 21. Polityczni wykolejeńcy Jeśli nie potraficie zebrać mizernych trzech tysięcy podpisów na ulicy, to znaczy, że albo nikt was w tym mieście nie chce, albo Krakowianie słusznie uznali, że w ten skwar lepiej olać wasze obietnice. Nazywajmy rzeczy po imieniu: jesteście jak natrętne muchy, które wlatują przez uchylone okno w najgorszym możliwym momencie. Dom to oaza spokoju, a nie agencja towarzyska dla politycznych wykolejeńców. ZOBACZ TAKŻE: Kracik: „Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin…” [WYWIAD]

Więcej…

Kupczy zaufaniem wyborców, byle tylko utrzymać się przy korycie

Kupczy zaufaniem wyborców, byle tylko utrzymać się przy korycie

05 sierpnia 2026 | 09:40

Jak nazwiecie mężczyznę, który ma żonę, ale zaleca się do innej? Jak nazwiecie mężczyznę, który ma żonę, ale przegląda sobie profile innych lasek na Tinderze i próbuje się im wpakować do łóżka? A w końcu, jak nazwiecie mężczyznę, który ma żonę, ale regularnie i intensywnie przegląda ogłoszenia pań lekkich obyczajów i spędza z nimi upojne noce? No właśnie. Zdrajcą. Facetem, któremu nie można ufać nawet na odległość wyciągniętej ręki. A teraz przenieśmy to na politykę. Rafał Komarewicz właśnie przygotowuje kolejną zdradę. Tym razem przymila się do Mateusza Morawieckiego i jego klubu Rozwój Plus - donosi TVP Info. Bo nigdzie indziej go już nie chcą, a poseł walczy o życie. Polityczne życie, rzecz jasna. źródło: TVP info Do Sejmu startował z list Szymona Hołowni. Sprzedawał ludziom bajki o „nowej jakości”, uśmiechał się z billboardów i przysięgał wierność ideom Polski 2050. Ale gdy tylko pojawiła się pierwsza okazja, szybko Hołownię zdradził i przeskoczył do klubu Centrum. Teraz Komarewicz szuka nowego pana. Morawiecki? Czemu nie. Byle tylko uratować mandat. Trzy lata w Sejmie i już trzecia formacja. To nie kariera. To list żałobny lojalności. Strategia braku poglądów A wcześniej? Lokalna polityka. Lista zdrad Komarewicza jest dłuższa niż lista panienek do towarzystwa na portalach z ogłoszeniami w dużych miastach. Zanim wypłynął na szerokie wody „wiejskiej” polityki, do perfekcji opanował sztukę meandrowania w krakowskim mikrokosmosie. Układy, chwilowe pakiety korzyści, uściski dłoni przed kamerami i natychmiastowe wbijanie noża w plecy dawnych współtowarzyszy były jego znakiem rozpoznawczym. Panie lekkich obyczajów przynajmniej biorą pieniądze z góry. Komarewicz bierze mandat, kupczy zaufaniem wyborców i udaje, że to idea. Rafał Komarewicz w Sejmie W polityce można się mylić. Można nawet zmieniać zdanie. Ale Komarewicz zdania nie zmienia, bo on zdania zazwyczaj nie ma. Do dziś popularna w radzie miasta Krakowa jest humoreska, gdy podczas ważnych głosowań pan radny lubił się "zatrzaskiwać w toalecie". On więc nie zmienia zdania, tylko właściciela. I za każdym razem z tą samą miną zdrajcy, który właśnie znalazł nowego klienta i bez mrugnięcia oka wciska mu te same wyświechtane frazesy. Spalona ziemia Dziś, zdesperowany i przyciśnięty do ściany, gotów jest ustawić się w pokornej kolejce do Morawieckiego, zapominając o wszystkim, co jeszcze wczoraj opowiadał w mediach. Ale krakowski rewir nie wybacza takiej bezczelności. Na szczęście, nawet jeśli przejdzie do ugrupowania byłego premiera, na mandat poselski nie ma żadnych szans. Jedynką Morawieckiego w okręgu krakowskim będzie Łukasz Kmita, dwójką Agnieszka Ścigaj. A na trzeci mandat nowa partia i tak nie ma co liczyć. To będzie więc koniec kariery tego zdradzieckiego polityka. Kolejna zdrada, po której zostanie mu tylko polityczna spalona ziemia, a paniczna próba ratowania własnej skóry zakończy się bezpowrotnym wylotem z politycznej ekstraklasy. Na pohybel. ZOBACZ TAKŻE: Przeczytałem raport Gibały, żebyście Wy nie musieli. Porażająca prawda!

Więcej…

Przedsiębiorcy z Rybitw ostro o wiceprezydencie! „Gdyby nie jego arogancja...”

Przedsiębiorcy z Rybitw ostro o wiceprezydencie! „Gdyby nie jego arogancja...”

04 sierpnia 2026 | 09:27

– Na czyje zlecenie w ciemno drukowano ulotki na targi w Cannes reklamujące międzynarodowym handlarzom i różnej maści deweloperom 700 h gruntów pod inwestycje na Rybitwach? Kto w końcu z publicznego niebytu jest przyzywany, by powiedzieć tylko jedno, jedyne zaklęcie? – pyta retorycznie Remigiusz Tytuła, prezes Klastra Rybitwy. W bardzo mocnym stanowisku przesyłanym do naszej redakcji, prezes odnosi się do ostatnich wywiadów byłego zastępcy Jacka Majchrowskiego, Jerzego Muzyka. Jedno Panu prezydentowi musimy oddać, gdyby nie jego arogancja i dezawuowanie nas przedsiębiorców, pomijanie w całym procesie planistycznym, podburzanie przeciw nam mieszkańców, to… Klaster nigdy by nie powstał. Jest Pan naszym ojcem chrzestnym i być może kiedyś doczeka się pomnika ufundowanego przez Klaster. Poniżej przeczytacie cały tekst Remigiusza Tytuły.  *** Liga Mistrzów Chaosu W ostatnich dniach pojawiły się dwie prasowe rozmowy z długo uśpionym publicznie byłym zastępcą prezydenta Krakowa, panem Jerzym Muzykiem. Tylko niektórych mógł zaskoczyć ten powrót z zaświatów. Dla bacznych i wytrawnych obserwatorów sprawa jest oczywista – wszak teraz decydują się sprawy przyszłego gospodarza miasta i zapisów planu ogólnego. Wobec tego nieubłaganego kalendarza właśnie teraz musiało paść hasło: wszystkie ręce na pokład. Remigiusz Tytuła podczas protestu przed magistratem Jerzy Muzyk w swych medialnych wypowiedziach wraca do tego, jak komunikował się w sprawie Rybitw w trakcie sprawowania funkcji zastępcy prezydenta ds. zrównoważonego rozwoju, operując dwoma wizjami: planistycznego chaosu i Krakowa stojącego u progu „Ligi Mistrzów”.  Z oboma tymi wizjami wypada się rozprawić. Kreowanie chaosu pod hasłem zmian  Czym jest urbanistyczny chaos na krakowskim Płaszowie i Rybitwach? To z jednej strony dopuszczenie bliskiego sąsiedztwa strefy gospodarczej i zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej, a z drugiej wstrzymanie lub znaczące spowolnienie zarówno inwestycji miejskich, jak i przemysłowych. Planistyczny chaos rozpoczął się ponad dekadę temu, kiedy ten sam prezydent miasta, ten sam wydział planowania i ta sama rada przyjęły rok po roku dwa całkowicie sprzeczne ze sobą dokumenty: MPZP Płaszów-Rybitwy (2013), mówiący o kontynuacji realizowanej na tym obszarze konsekwentnie od II wojny światowej funkcji przemysłowo-usługowej oraz Studium Zagospodarowania (2014), które całość tego obszaru przeznaczało pod zabudowę mieszkaniową. I pewnie nic takiego by się nie stało, gdybyśmy mówili o pustej, niezagospodarowanej przestrzeni. Mamy jednak na miejscu działający i wciąż przekształcający się organizm gospodarczy, który daje zatrudnienie 20 tysiącom osób generującym zarówno solidne przychody dla właścicieli, jak i wpływy do budżetu miasta – organizm, którego nie da się przemilczeć czy wygumkować. Zbliżające się dzięki chaosowi planistycznemu od strony Złocienia i Małego Płaszowa bloki mieszkalne były przepisem na gotowy konflikt na linii mieszkańcy-przedsiębiorcy. I dziś kreatorzy tego chaosu wystawiają diagnozę, chcą wypisać receptę, ale już o decyzjach, przyczynach i ludziach, którzy do tego doprowadzili, mówić za bardzo nie chcą.    Co więcej, ówczesne władze miasta, których twarzami w kontekście planistycznym byli Elżbieta Koterba i następnie Jerzy Muzyk, dość konsekwentnie prowadziły politykę pogłębiania klinczu na terenie Płaszowa i Rybitw. Jak inaczej nazwać wycofanie się z gotowego projektu na budowę wiaduktu nad torami w ciągu ul. Półłanki, na które można było uzyskać środki z PKP PLK (rok 2018)? Jak postrzegać unieważnienie rozstrzygniętego przetargu na przebudowę kluczowej dla dzielnicy ulicy Półłanki (kanalizacja, chodniki, przejścia!) w 2021 r.? No i co oznaczało dla tego obszaru podpisanie umowy na dokończenie ul. Domagały, z inwestorem zastępczym, w której nie zawarto terminu realizacji tego kluczowego dla Złocienia ciągu komunikacyjnego (2022)? Jerzy Muzyk został zastępcą Jacka Majchrowskiego w sierpniu 2018 roku / fot. UMK Nałóżmy na to jeszcze poczucie niepewności wśród przedsiębiorców, którzy od kilku lat nie wiedzą, czy mogą bezpiecznie inwestować w swoje grunty, czy jednak za chwilę ktoś nie zmieni ich przeznaczenia lub pozwoli na budowę osiedla mieszkaniowego n a sąsiedniej działce. Do tego dochodzą inwestorzy przemysłowi, którzy zmagają się z urzędniczą obstrukcją i przewlekłością postępowań dotyczących pozwoleń na budowę, gdzie jako bezpieczniki używane są hasła „procedowanie mpzp Nowe Miasto”, „prace nad masterplanem”, czy „nowy plan ogólny”. To wszystko znacząco spowalnia lub na stałe powstrzymuje proces realizacji inwestycji przemysłowych na tym obszarze. W tym czasie znacząca część nieruchomości mogła być zainwestowana od zera lub gruntowanie zmodernizowana, co ograniczałoby chaos przestrzenny i – co dla zadłużonego miasta niebagatelne – zwiększyłoby wpływy budżetowe z podatków. Europejska liga kompleksów Były zastępca prezydenta uporczywie wraca do porównań Krakowa jako miasta stojącego u wrót jakiejś „Ligi Mistrzów”, „Ligi Europejskiej Miast”. Wystarczy jeden mały kroczek tu na Rybitwach, wystarczy poświęcić kilku przedsiębiorców i już awansujemy, już posypią się profity, już będziemy mogli jeszcze wyżej zadrzeć głowę, już nikt nas nie zatrzyma. Ale czym właściwie jest ta „Liga Mistrzów” w zarządzaniu miastem? Czy miasto jest lepiej zarządzane dlatego, że ma więcej mieszkańców? Czy dlatego, że na hektarze można upchnąć więcej bloków? Czy może dlatego, że ma więcej samochodów stojących w korkach, więcej mieszkańców domagających się szkół, tramwajów, dróg i przychodni, których wcześniej nie zapewniono? Ta Liga to nie jest żadna kategoria urbanistyczna ani ekonomiczna, to tylko efektowny slogan. A zarządzanie miastem nie polega na tym, żeby sypać bon mottami albo leczyć swoje metropolitalne kompleksy, tylko na tym, żeby mieszkańcom żyło się dobrze. A o tym, że wywrócić się można już na progu europejskich salonów, przekonał nas ostatnio Lech Poznań. Wcześniej, przed trzema laty, pokazał to również Jerzy Muzyk. Dziś opowiada, że tylko odziedziczył koncepcję mieszkaniówki na Rybitwach, że tylko realizował zapisane przez kogoś innego plany, że to nie jego projekt i nie jego obsesja.  Ale zastanówmy się, kto wyprodukował makietę tzw. Nowego Miasta, w której blasku ogrzewał się codziennie przyjmując gości w swym gabinecie? Na czyje zlecenie w ciemno drukowano ulotki na targi w Cannes reklamujące międzynarodowym handlarzom i różnej maści deweloperom 700 h gruntów pod inwestycje na Rybitwach (nieważne jakim i czyim kosztem zdobywane)? Kto w końcu z publicznego niebytu jest przyzywany, by powiedzieć tylko jedno, jedyne zaklęcie? Tak, to Jerzy Muzyk, postać znana, znana z bajki o Nowym Mieście. Wizualizacja Nowego Miasta Pan Muzyk mówi dziś, że nie wymyślił Nowego Miasta, bo jego zdaniem wynikało ono z wcześniejszych dokumentów. Jednocześnie w tym samym wywiadzie mówi, że był do tego projektu przekonany i że jako wiceprezydent próbował go urzeczywistnić. To jak właściwie było? Jeżeli był to tylko odziedziczony dokument, który urzędnicy musieli po prostu procedować, to dlaczego dziś broni go Pan z takim przekonaniem? A jeżeli był to rzeczywiście słuszny kierunek rozwoju miasta, który Pan jako wiceprezydent świadomie realizował, to trudno jednocześnie przedstawiać się jako osobę, która jedynie „wykonywała rozkazy” zapisane w urzędowych drukach. Dokumenty nie zarządzają miastem. Zarządzają nim konkretni ludzie. I właśnie dlatego osoby odpowiedzialne za politykę miasta muszą brać odpowiedzialność za jej skutki, a nie chować się za tym, że „taki dokument zastali w urzędzie”. Bo przecież każdy dokument planistyczny można zmienić, jeżeli okazuje się, że jego założenia są błędne albo nie odpowiadają aktualnej sytuacji. Tak było z Nowym Miastem, którego pomysł był kulminacją wizji Krakowa żyjącego wyłącznie z turystyki i centrów usług dla biznesu. To koncepcja, która zaczęła się rozsypywać już w drugiej dekadzie XXI wieku, kiedy państwa Zachodu zdały sobie sprawę, że gospodarka oparta na usługach to droga donikąd, której skutkiem jest m.in. spadek znaczenia gospodarki Unii Europejskiej w globalnej ekonomii.     Czas pogrzebać Nowe Miasto  Ale czy Kraków w ogóle potrzebuje tego projektu? Chyba nie! Pokazał to jasno obdarzając Pana prezydenta Muzyka śladowym zainteresowaniem wyborców w trakcie kampanii samorządowej w 2024 r., kiedy naszemu bohaterowi wydawało się, że mocno już przeterminowana europejska wizja pociągnie go aż do gabinetu prezydenta, a skończyło się na pośpiesznej ucieczce z placu boju i przekazaniu promilowego poparcia Andrzejowi Kuligowi. Kraków nie potrzebuje wygrania wyścigu na liczbę mieszkańców. Krakowianie nie potrzebują pucharu za wysoką zabudowę, nie łakną orderu za budowę swojskiego Manhattanu czy La Défense. Potrzebują miasta, w którym dobrze się żyje. Takiego, które potrafi utrzymać równowagę między rozwojem mieszkalnictwa i tworzeniem warunków przyjaznych dla biznesu oraz między wydatkami i przychodami budżetowymi. Krakowa mogącego finansować transport publiczny i infrastrukturę, zapewnić mieszkańcom odpowiednią jakość życia i tworzyć klimat sprzyjający wzrostowi wpływów podatkowych poprzez rozwój przedsiębiorczość i nowe miejsca pracy. Miasta, które dotrzymuje umów i szanuje wszystkich interesariuszy danego procesu. Krakowa, który w imię partykularnych interesów nie doprowadza do konfliktu funkcji poprzez budowę mieszkań na aktywnych terenach gospodarczych, by potem udawać zdziwienie, że powstał jakiś konflikt i presja. Taką próbę podjął w 2023 r. Jerzy Muzyk, a dwa lata później jego następca Stanisław Mazur. Oboje ponieśli porażkę, bo w swoim myśleniu o zmianach nie uwzględnili tych 20 tysięcy ludzi, którzy codziennie pracują dla naszego miasta. Protest przedsiębiorców z Rybitw W sytuacji, gdy Kraków mierzy się z bardzo trudną sytuacją finansową, naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego strategiczną wizją rozwoju miasta ma być przede wszystkim dalsze zwiększanie liczby mieszkańców i zabudowywanie blokami terenów, które już dziś pełnią ważne funkcje gospodarcze. Tym bardziej że zabudowa mieszkaniowa nie rozwiązuje problemu niskiej dostępności mieszkań bo w Krakowie w znacznej części kupowane są one pod lokatę kapitału lub najem krótkoterminowy. Wiecej! Każdy nowy blok to dla miasta długofalowy koszt: dróg, transportu publicznego, szkół, żłobków, przedszkoli, usług komunalnych i całej miejskiej infrastruktury. Firma produkcyjna i usługowa tworzy miejsca pracy, generuje podatki i buduje gospodarczy potencjał miasta. To wiedza podstawowa, z bazowej rozgrywki w Sim City. To jest właśnie moment, w którym trzeba przestać myśleć kategoriami „Ligi Mistrzów”, a zacząć kategoriami interesu mieszkańców.  Mieszkańcy nie potrzebują kolejnych wielkich wizji i efektownych nazw. Potrzebują normalnych dróg, sprawnego transportu, szkół, żłobków, zieleni, miejsc pracy i miasta, które jest w stanie finansować swoje podstawowe zadania. Nie potrzebujemy snucia wizji, że sfinansuje to czarodziejskie ZPI – co akurat próbował zaprezentować następca Jerzego Muzyka, Stanisław Mazur i ugrzązł w swoich wizjach jak poprzednik.  I warto wreszcie przypomnieć, że krakowianie już bardzo wyraźnie powiedzieli, czego oczekują od władz miasta. W referendum 24 maja 2026 roku za odwołaniem prezydenta Krakowa zagłosowało 171 581 osób, przy zaledwie 3 631 głosach przeciwnych. Referendum było ważne i zakończyło się odwołaniem prezydenta. To jest bardzo mocny sygnał. Kolejny kandydat na prezydenta Krakowa, który chciałby wrócić do wizji miasta opartej na masowym dogęszczaniu i przekształcaniu terenów gospodarczych w kolejne osiedla, musiałby być politycznym samobójcą. Bo Kraków nie potrzebuje leczenia czyichś kompleksów,  by raz zagrać w Lidze Mistrzów a potem upaść. Potrzebuje dobrego zarządzania, którego nie mierzy się liczbą mieszkańców przypadających na kilometr kwadratowy ani liczbą wybudowanych bloków, ani wysokością tychże. Mierzy się tym, czy mieszkańcy mogą normalnie żyć, pracować, poruszać się po mieście i korzystać z infrastruktury, którą miasto jest w stanie utrzymać, nie przerzucając nań nadmiernych kosztów utrzymania. I właśnie o tym powinna być dziś rozmowa o gospodarce Krakowa a zwłaszcza o Płaszowie i Rybitwach. Remigiusz Tytuła, Prezes Zarządu Klaster Rybitwy PS. Niezmiernie miło jest usłyszeć dobre słowo od swojego przeciwnika. W ostatnich wypowiedziach Jerzego Muzyka czytamy, że my przedsiębiorcy, jego oponenci, byliśmy dobrze zorganizowani. Tylko że tu także Pan Jerzy Muzyk się myli. Działaliśmy z marszu, często po omacku i reaktywnie. Próbowaliśmy budować sojusze, ucząc się osób i spraw publicznych poprzez rozpoznanie bojem. Zdradzę Panu Prezydentowi i tym z „nowomiejskiego kościółka” tajemnicę. Przewaga nie tkwi w organizacji i zasobach, tkwi w głębokim przekonaniu, że walczy się o słuszną sprawę, że broni się interesu wielu ludzi przedsiębiorców, pracowników i ich rodzin. Wtedy nawet potknięcia i lapsusy nie są straszne, po każdym ciosie wstajemy mocniejsi, bo jest zapał i wola mocy. A najemnicy, walczący za żołd, w nie swojej wojnie, nawet gdy wykupią walec lokalnych mediów i zaplecze organizacyjne w urzędzie miasta, muszą przegrać. Jedno Panu prezydentowi musimy oddać, gdyby nie jego arogancja i dezawuowanie nas przedsiębiorców, pomijanie w całym procesie planistycznym, podburzanie przeciw nam mieszkańców, to… Klaster nigdy by nie powstał. Jest Pan naszym ojcem chrzestnym i być może kiedyś doczeka się pomnika ufundowanego przez Klaster, ale póki ta organizacja istnieje nie doczeka się Nowego Miasta.

Więcej…

Czy to KONIEC PiS w Małopolsce?! Wyciekły kulisy planu KO!

Czy to KONIEC PiS w Małopolsce?! Wyciekły kulisy planu KO!

29 lipca 2026 | 13:00

Widowiskowy rozłam w Prawie i Sprawiedliwości sprawił, że znów odżyło pytanie: czy Koalicja Obywatelska jest w stanie odzyskać Małopolskę? Krótka odpowiedź brzmi: nie. Dłuższa odpowiedź brzmi: absolutnie, kategorycznie nie, bo lokalne struktury KO nie są w stanie sprawnie zrealizować nawet zamówienia na matcha latte, a co dopiero przejąć województwo. Po widowiskowym rozłamie w PiS-ie w powietrzu zawisło jedno, „poważne” pytanie. Czy Koalicja Obywatelska jest w stanie odzyskać sejmik województwa małopolskiego, skoro władza PiS wisi na włosku? Oto moja dogłębna, wnikliwa i wyczerpująca analiza polityczno-strategiczna: NIE. Dziękuję za uwagę, można się rozejść. Naprawdę, nie ma się co rozwodzić ani pisać trzytomowych prac z politologii. Zastanawianie się, czy małopolskie KO wykorzysta kryzys u rywali i przejmie sejmik, to jak zastanawianie się, czy stado gołębi z Rynku Głównego jest w stanie sprawnie poprowadzić krakowskie autobusy i tramwaje. Koalicja Obywatelska w Małopolsce to przecież nie jest machina polityczna. To raczej kółko dyskusyjne miłośników kawy alternatywnej, które nie potrafiłoby przejąć kontroli nad osiedlowym warzywniakiem, a co dopiero nad strategicznym województwem. Lokalny PiS może się żreć, łamać na frakcje, obrzucać błotem i potykać o własne nogi na każdym kroku. Mogą mieć w sejmiku większość chwiejącą się jak imprezowicz wracający z Szewskiej o 4 rano. A KO? KO stoi obok, patrzy na ten absolutny chaos i w odpowiedzi… A nie, nie ma żadnej odpowiedzi. Odzyskanie sejmiku wymagałoby od nich czegokolwiek. Pomysłu, odwagi, a – nie daj Boże – wykonania paru telefonów i konkretnej rozmowy. Tymczasem lokalni "liderzy" KO sprawiają wrażenie, jakby po prostu bali się, że jak przypadkowo wygrają, to ktoś w końcu poprosi ich o podjęcie jakiejś decyzji. A przecież decyzje wymagają odpowiedzialności, a odpowiedzialność psuje ładne zdjęcia na Instagramie z zagranicznych wyjazdów na koszt podatników. Więc oszczędźmy sobie tych bezsensownych debat. PiS w Małopolsce może się rozpaść na trzy osobne partie, dwa stowarzyszenia i koło gospodyń wiejskich, a KO i tak nie odzyska władzy w regionie. Zamykam dyskusję. Można wracać do picia matcha latte i udawania, że wszystko jest pod kontrolą. ZOBACZ TAKŻE: Gibała odkręca kranik z kasą?! Trwa bezlitosny WYŚCIG DO MISKI

Więcej…

Dlaczego przyszły prezydent Krakowa zatrudni swoich „kolesi”? Ten tekst wywoła furię u populistów

Dlaczego przyszły prezydent Krakowa zatrudni swoich „kolesi”? Ten tekst wywoła furię u populistów

21 lipca 2026 | 08:53

Złapmy na chwilę oddech i odrzućmy na bok teatr politycznych oburzeń. Od lat zewsząd słyszymy ten sam chór: „Kolesiostwo!”, „Swojacy na stołkach!”, „Kolejna partia pcha swoich!”. Słowo „koleś” stało się w polskim języku politycznym największą obelgą, a oskarżenie o zatrudnienie kogoś znajomego działa jak automatyczny wyrok skazujący w mediach. Tylko zaraz... zastanówmy się chwilę, o czym my w ogóle mówimy? Zróbmy szybki test z logiki. Kto to jest ten demoniczny „koleś”? Często to po prostu członek partii politycznej. A partia polityczna – wbrew temu, co próbują wmówić nam antypolityczni populiści – to zupełnie legalna, konstytucyjna organizacja. Ludzie łączą się w nich, żeby realizować określony program. Czy samo przynależenie do partii oznacza automatyczny zakaz pracy w administracji? Czy wejście do polityki powinno skutkować wilczym biletem na rynku pracy? To czysty populizm. Wielki festiwal ściemy I powiem Wam szczerze: niesamowicie bawi mnie, gdy patrzę, jak dzisiejsi kandydaci na prezydenta Krakowa prześcigają się w tej taniej demagogii. Każdy z nich staje przed kamerami, pręży pierś i zarzeka się, że on – absolutnie i pod żadnym pozorem! – żadnych kolesi zatrudniać nie będzie. Gówno prawda. Gwarantuję Wam, że w minucie po ogłoszeniu wyników ta bajeczka pryska. Każdy z nich – czy wygra kandydat partyjny i weźmie ludzi z legitymacją, czy bezpartyjny, który wprowadzi swoich znajomych – otoczy się najbardziej zaufanymi ludźmi. I bardzo dobrze! Trzeba być wyjątkowym głupcem, żeby po przejęciu władzy odrzucić wiedzę, doświadczenie i wsparcie współpracownika, na którym można polegać jak na Zawiszy, tylko dlatego, że jakiś krzykacz nazwie go „kolesiem”. Zrobił ci kampanię? Zrobi ci urząd! Weźmy na warsztat sztandarowy przykład kampanijny. Wyobraźmy sobie hypothetical – albo i nie do końca hypothetical – sytuację z Łukaszem Gibałą. Pan X robi dla Gibały tytaniczną robotę w kampanii. Wkłada w to serce, wiedzę, zarządza ludźmi i ostatecznie doprowadza swojego kandydata do zwycięstwa. W świetle potocznej definicji Pan X staje się „kolesiem” prezydenta. I teraz Gibała, obejmując urząd, postanawia zatrudnić Pana X w urzędzie lub miejskiej spółce. I co w tym, u licha, złego? Prezydent zatrudnia człowieka, do którego ma pełne zaufanie, z którym świetnie mu się współpracuje i – co najważniejsze – który właśnie udowodnił swoją skuteczność. Jeśli ktoś doprowadził Cię do władzy, przeprowadził skomplikowany projekt polityczny czy wizerunkowy, to znaczy, że po prostu zna się na robocie. Władza ma być przede wszystkim skuteczna. Jak ma dowozić obietnice wyborcze, jeśli wokół siebie posadzi obcych ludzi z przypadku, do których nie ma grosza zaufania? Merytoryka kontra przypadek... Ćwika I tu dochodzimy do hipokryzji. Dzisiejszy język debaty publicznej – tak chętnie podchwytywany przez populistów – każe potępiać każdego „kolesia”. Tyle że nie każdy „koleś” jest taki sam i czas najwyższy zacząć to odróżniać. Oczywiście, czym innym jest sytuacja, w której katecheta – z całym szacunkiem do katechetów – trafia z klucza partyjnego do Małopolskiej Organizacji Turystycznej (pozdrawiamy katechetę Piotra Ćwika), nie mając o branży zielonego pojęcia. To nie jest kwestia „kolesiostwa”, to jest po prostu niekompetencja i bezczelność. To przegięcie, które należy piętnować. ZOBACZ TAKŻE: Tajemnicze zatrudnienie, czyli „koleś na swoim”. Kto kryje byłego katechetę?! Ale jeśli „koleś” jest merytoryczny? Jeśli ma kompetencje, doświadczenie, a do tego unikalną zaletę w postaci zaufania szefa? Taki koleś jest po prostu dobrym pracownikiem. Skończmy z tą tanią hipokryzją! Czas skończyć z tym tanim, świętoszkowatym gadaniem o „całkowicie apolitycznych fachowcach z kosmosu”. W zarządzaniu – czy to w korporacji, czy w Urzędzie Miasta Krakowa – kluczowe są dwa czynniki: kompetencje i zaufanie. Cała ta nagonka na „zatrudnianie swoich” to zwykła pałka do bicia politycznych konkurentów. Merytoryczny koleś, któremu ufasz i który dowozi wyniki, to nie problem. To fundament skutecznego rządzenia. ZOBACZ TAKŻE: To zapowiedź potężnej awantury! Te słowa przejdą do historii kampanii [WYWIAD]

Więcej…

Myśleli, że to naciągacze na garnki. Prawda okazała się o wiele gorsza

Myśleli, że to naciągacze na garnki. Prawda okazała się o wiele gorsza

15 lipca 2026 | 07:39

Halo, pan Gibała? Tak, słucham. Nie, nie śpię, jest dopiero wpół do trzeciej rano, a poza tym i tak nie miałem nic lepszego do roboty, niż zastanawiać się nad przyszłością krakowskiego samorządu. Wyobraźcie sobie tę scenę. Siedzicie w tramwaju linii numer 52 i nagle dzwoni telefon. Nieznany numer. Odbieracie, spodziewając się natrętnego bota od fotowoltaiki albo zaproszenia na pokaz garnków medycznych, a tu niespodzianka. W słuchawce aksamitny, zatroskany głos pyta: Dzień dobry, tu Łukasz Gibała. Chciałem tylko zapytać, czy Państwa zdaniem... powinienem wystartować w nadchodzących wyborach na prezydenta Krakowa? No i w tym momencie człowiekowi aż serce mięknie. Oczami wyobraźni widzę Łukasza, który w swoim sztabie, otoczony stertami segregatorów z planami zagospodarowania przestrzennego i mapami ścieżek rowerowych, obgryza nerwowo paznokcie. Siedzi przy telefonie niczym nastolatka czekająca na znak od szkolnej miłości. „Wystartować? Nie wystartować? Kocha? Nie kocha? Policzę głosy na Facebooku... o nie, algorytm uciął zasięgi, muszę dzwonić osobiście!” Łukaszu, drogi nasz wieczny kandydacie, zbawco niespełniony, krakowski Don Kichocie walczący z wiatrakami deweloperki! Przestań dzwonić. Ty nie musisz pytać. Ty MUSISZ startować. Portal kr24.pl donosi, że ludzi Gibały dzwonią do Krakowian i pytają, czy ich szef powinien wystartować w wyborach Zobacz: Gibała szykuje się do startu w wyborach. Dzwoni po krakowianach Dlaczego Kraków potrzebuje Łukasza na liście? Spójrzmy prawdzie w oczy. Wybory prezydenckie w Krakowie bez Łukasza Gibały byłyby jak wyjście na Rynek bez spotkania gołębia próbującego ukraść Ci obwarzanka. Byłoby po prostu... nudno. Pusto. Nienaturalnie. Kto inny z taką pasją opowie nam o tym, że każde drzewo w tym mieście ma swój unikalny numer PESEL, a każda nowa betonowa plomba to osobisty spisek Jacka Majchrowskiego (który, choć już nie rządzi, to przecież duchem wciąż unosi się nad magistratem)? Kto z taką gracją połączy wizerunek „człowieka z ludu” z zapleczem finansowym, którego pozazdrościłby niejeden mały kraj bałtycki? Jeśli Łukasz nie wystartuje, to o czym my będziemy pisać? O nudnych debatach o budżecie? O nudnych remontach torowisk? Przecież to Gibała jest gwarantem politycznego rock'and'rolla pod Wawelem! Łukaszu, odłóż telefon! Wyobraźcie sobie te miliony złotych wydane na kampanię, które nagle nie trafiłyby na rynek reklamowy. Co z lokalnymi drukarniami banerów? Co z grafikami, którzy muszą co wybory profesjonalnie wygładzać zmarszczki troski na gibałowej twarzy? Co z fryzjerami czekającymi w progu z farbą do włosów? Co z krawcami szyjącymi bardzo drogie garnitury na miarę? Przecież rezygnacja z tego startu to potężny cios w lokalne PKB! Farbowany lis Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Dlatego apeluję z tego miejsca, jako skromny głos krakowskiego ludu: Łukaszu, odłóż ten telefon. Szkoda impulsów. Nie marnuj baterii w smartfonie. My już znamy odpowiedź. Nawet jeśli 99% mieszkańców powie Ci w tych ankietach: „Panie Łukaszu, może czas na nowe hobby? Może wędkarstwo? Albo uprawa storczyków?” – Ty i tak musisz to zrobić. To Twoje przeznaczenie. Twój syzyfowy kamień, który z takim wdziękiem toczysz pod górę na krakowski magistrat od tylu lat. ZOBACZ TAKŻE: Odlot kandydatki Lewicy! Ujawniamy anatomię gigantycznej ściemy tej kampanii

Więcej…

Zadaj im TO JEDNO pytanie na spotkaniu. Zobaczysz, jak panicznie zaczną się miotać

Zadaj im TO JEDNO pytanie na spotkaniu. Zobaczysz, jak panicznie zaczną się miotać

14 lipca 2026 | 17:03

Gdyby losowy gość na Floriańskiej obiecał Wam, że od jutra będziecie młodzi, piękni i bogaci, odruchowo złapalibyście się za portfel i przyspieszyli kroku. Dlaczego więc, gdy dokładnie tę samą ściemę wciskają Wam kandydaci na prezydenta Krakowa, potulnie kiwacie głowami i idziecie głosować? Kandydaci na prezydenta Krakowa dwoją się i troją, żeby pokazać Wam, jak bardzo Was kochają i jak wspaniały potrafią stworzyć Wam raj. I trzeba przyznać – rozmach mają ułański. Wielki koncert życzeń Przysłuchując się obietnicom wyborczym, można odnieść wrażenie, że czyta się list do Świętego Mikołaja napisany przez wyjątkowo rozpieszczone dziecko. Co tam mamy na stole? No, klasykę gatunku: Więcej basenów (najlepiej w każdej dzielnicy, a co!). Wprowadzenie opłaty turystycznej (bo przecież skoro od lat się na dało, to teraz nagle się da!). Obniżka cen biletów na komunikację miejską (albo i darmowe, a co się będziemy ograniczać!). Likwidacja Strefy Czystego Transportu (albo jej drastyczne rozszerzenie – zależy, przed jakim elektoratem akurat stoją). Więcej mieszkań na wynajem i uregulowanie rynku nieruchomości (ceny spadną, deweloperzy zapłaczą). … I wiecie co? Wszystko spoko. Te pomysły brzmią pięknie. Sami przecież wiecie, czego w tym mieście brakuje. Wiecie, że chcecie sprawnych tramwajów, tańszych mieszkań i czystego powietrza. Problem leży zupełnie gdzie indziej. Będziecie piękni, młodzi i bogaci! Wyobraźcie sobie taką sytuację. Staję przed Wami i mówię z pełną powagą w głosie: Drodzy Krakusi, obiecuję Wam, że od jutra będziecie piękni, młodzi i bogaci! I co? Kupujecie to? Lecicie do bankomatów sprawdzać stan konta, a w lustrze szukacie ubywających zmarszczek? No raczej nie. Śmiejecie mi się w twarz. Ale dobra, idźmy w to dalej. Idę w zaparte i powtarzam: No mówię przecież – będziecie bogaci! Ktoś z Was w końcu nie wytrzymuje i pyta: „No dobra, stary, ale jak chcesz to zrobić?”. A ja na to, z rozbrajającym uśmiechem: „A, to już nie wiem... To nie moje kompetencje. Ja jestem od obiecywania, od robienia będą inni”. Brzmi jak absurd? No jasne. Ale dokładnie to serwują nam kandydaci na prezydenta. Daria Gosek-Popiołek Nie „CO?”, ale „JAK?” Większość debat i haseł na plakatach kręci się wokół słowa „CO?”. Co zrobimy? Wybudujemy metro! Co zrobimy? Zazielenimy Aleje! A kluczowe pytanie, które my – jako wyborcy – musimy zacząć zadawać, brzmi zupełnie inaczej. To pytanie: JAK? Skąd weźmiecie na to pieniądze w budżecie, który i tak trzeszczy w szwach? Które wydatki obetniecie, żeby sfinansować tańszą komunikację? Jakimi narzędziami prawnymi chcecie zmusić prywatnych właścicieli do obniżenia cen najmu? Jaki jest realny harmonogram budowy tego basenu, skoro procedury przetargowe w tym kraju trwają latami? Wszyscy wiemy, co trzeba w Krakowie zrobić. Diabeł jednak tkwi w szczegółach, w procedurach, w finansach i w czystej, urzędniczej logistyce. Jeśli kandydat potrafi kwieciście opowiadać o zielonym Krakowie, ale pytany o budżet zaczyna rzucać ogólnikami o „pozyskiwaniu środków zewnętrznych” i „optymalizacji”, to zapala się czerwona lampka. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Nie dajcie się robić w balona Nie bądźcie wieć naiwni i nie kupujcie tanich obietnic o wiecznej młodości i bogactwie. Kiedy następnym razem zobaczycie kandydata uśmiechającego się z billboardu albo spotkacie go na przedwyborczym spacerze na Plantach lub między blokami na Waszym osiedlu, nie pytajcie go, co dla Was zrobi. On ma to już rozpisane w punktach przez agencję marketingową. Przyciśnijcie go pytaniem: „JAK to pan/pani zrobi?”. I słuchajcie uważnie. Bo tam, gdzie kończą się ogólniki, a zaczynają konkrety, tam dopiero zaczyna się prawdziwa polityka i dbałość o nasze miasto. ZOBACZ TAKŻE: Odlot kandydatki Lewicy! Ujawniamy anatomię gigantycznej ściemy tej kampanii

Więcej…

Odlot kandydatki Lewicy! Ujawniamy anatomię gigantycznej ściemy tej kampanii

Odlot kandydatki Lewicy! Ujawniamy anatomię gigantycznej ściemy tej kampanii

14 lipca 2026 | 10:50

Wyobraźcie sobie taką sytuację: boli was ząb. Idziecie do dentysty, który trzyma w ręku wszystkie potrzebne narzędzia, ale zamiast borować, patrzy wam głęboko w oczy i mówi: „Wie pan co? Jako lekarz w gabinecie niewiele mogę. Ale jak mnie pan wybierze na prezesa spółdzielni mieszkaniowej, to ja ten problem rozwiążę!”. Absurd? Witamy w krakowskiej kampanii wyborczej, gdzie Daria Gosek-Popiołek, kandydatka Nowej Lewicy na prezydenta Krakowa, postanowiła właśnie przeskoczyć samą siebie w dyscyplinie olimpijskiej zwanej „robieniem z wyborcy idioty”. Posłanka wrzuciła do sieci rolkę, w której z zatroskaną miną pochyla się nad dramatem krakowskiego rynku mieszkaniowego. Rolka DGP Gaśnica, bimber i damy Czy najem krótkoterminowy to problem? No jasne, że tak. Ktokolwiek próbował zasnąć w kamienicy na Kazimierzu, podczas gdy za ścianą grupa brytyjskich dżentelmenów urządzała wieczór kawalerski z użyciem gaśnicy, dam do towarzystwa i lokalnego bimbru, ten wie, o czym mowa. Centrum Krakowa zamienia się w bezduszną sypialnię dla turystów, a lokatorzy są stąd po prostu wypychani. Pełna zgoda. Diagnoza postawiona prawidłowo. I wtedy wchodzi ona, cała na lewicowo, i rzuca obietnicę: Mój magistrat ureguluje chaotyczną sytuację lokali na najem krótkoterminowy. Kurtyna. brawa. Łzy wzruszenia płyną po policzkach udręczonych lokatorów Jest tylko jeden, malutki, mikroskopijny problem natury prawno-ustrojowej. Prezydent Krakowa może w tej sprawie zrobić dokładnie tyle samo, co portier w magazynie na Rybitwach. Czyli nic. Krakowski fikołek stulecia Prezydent miasta nie ma w Polsce uprawnień, by z poziomu urzędu zakazać komuś wynajmowania mieszkania na doby, wprowadzić limity nocy w roku czy nakładać licencje, jak robi to Barcelona czy Paryż. Dlaczego? Bo w Polsce nie ma do tego bazy ustawowej. Aby samorząd mógł cokolwiek „uregulować” w tej materii, najpierw Sejm musi uchwalić odpowiednią ustawę dającą miastom takie narzędzia. I tutaj dochodzimy do najpiękniejszego fikołka logicznego tej prekampanii. Gosek-Popiołek w tej samej – podkreślam, TEJ SAMEJ – rolce, z rozbrajającą szczerością opowiada, że nad taką ustawą pracuje właśnie... Sejm. Posłanka marzy o roli bezradnego urzędnika No i teraz spójrzmy na fakty. Kim "z zawodu" jest obecnie Daria Gosek-Popiołek? Posłanką na Sejm RP. Członkiem tego legendarnego ciała ustawodawczego, które jako jedyne w tym kraju ma realną moc, by ten problem rozwiązać. To tam, na Wiejskiej, ważą się losy przepisów, które mogłyby dać krakowskiemu magistratowi jakiekolwiek ramy prawne do walki z pato-wynajmem. Daria Gosek-Popiołek Jako posłanka (i to obozu rządzącego!) DGP ma inicjatywę ustawodawczą, ma wpływ na komisje, ma sejmową mównicę i narzędzia, o jakich prezydent Krakowa może tylko pomarzyć w sferze snów o potędze. Może tam zdziałać sto razy więcej niż z poziomu gabinetu przy placu Wszystkich Świętych. Dlaczego więc mami Krakowian wizją, że to „jej magistrat” dokona tego cudu? Anatomia ściemy: Brak wiedzy czy zwykły cynizm? To pytanie, które po prostu trzeba zadać. Mamy tu do wyboru tylko dwa scenariusze i żaden nie stawia kandydatki w dobrym świetle: Wariant A: „Z choinki się urwała”. Posłanka RP, zasiadająca w ławach na Wiejskiej, naprawdę nie wie, jak działa polskie prawo i jakie kompetencje ma prezydent miasta, a jakie Sejm. Myśli, że gabinet na placu Wszystkich Świętych to magiczne miejsce, gdzie podpisuje się dekrety omijające Konstytucję. Przerażające. Wariant B: „Kłamie na bezczela”. Doskonale wie, że jako prezydent Krakowa praktycznie nic nie będzie mogła w tej sprawie zrobić, ale wie też, że hasło „ureguluję Airbnb” brzmi świetnie w nagłówkach i dobrze klika się na TikToku. Liczy na to, że krakowski wyborca to idiota, który nie odróżnia ustawy od uchwały rady miasta. Cyniczne. Pani Poseł, krótka piłka: jeśli naprawdę chce Pani pomóc Krakowianom udręczonym przez Airbnb, to proszę wracać do Warszawy, wziąć się do roboty w Sejmie i przepchnąć tę ustawę. A krakowski magistrat zostawić komuś, kto zamiast składać nierealne obietnice, skupi się na tym, co prezydent miasta faktycznie może i powinien robić. Bo na tanie bajki i obietnice bez pokrycia Kraków po prostu nie ma już wolnych pokoi. ZOBACZ TAKŻE: „Nie będę robił z siebie idioty”. Kandydat Konfederacji idzie na noże z krakowskim układem [WYWIAD]

Więcej…

UWAGA! W Krakowie pojawił się fałszywy uzdrowiciel. Po tym go poznacie

UWAGA! W Krakowie pojawił się fałszywy uzdrowiciel. Po tym go poznacie

08 lipca 2026 | 20:13

Przychodzisz do lekarza z gorączką, bólem gardła i kaszlem, a on patrzy ci głęboko w oczy, wzdycha z zatroskaniem i mówi: „Panie, niedobrze to wygląda, trzeba to zmienić”. I wychodzi. Dokładnie tak wygląda strategia Łukasza Gibały, który z ekranów smartfonów wylicza krakowskie bolączki z precyzją chirurga, ale gdy przychodzi do wypisania recepty, chowa ręce do kieszeni i znika, zostawiając wyborców z diagnozą, której nie da się wyleczyć miejskim budżetem. Jak wiecie, zbliżają się wybory na prezydenta Krakowa. Wiemy to my, wiedzą to gołębie na Rynku, wie to chyba nawet ten nieszczęsny pomnik na placu Marii Magdaleny. Ale czy wie o tym nasz naczelny kandydat? Mam wątpliwości. Czy ktoś wyjaśni Gibale, jak działa państwo? W swojej ostatniej, „bardzo ważnej” rolce, Gibała z zapałem godnym rewolucjonisty ogłasza światu, że Kraków traci miliony przez brak opłaty turystycznej. Grzmi, punktuje, buduje napięcie. Wygląda na to, że jeśli jutro nie wprowadzimy tej opłaty, nasze miasto zostanie sprzedane na części, a Wawel przerobiony na parking dla hulajnóg. Jest tylko jeden drobny szczegół, o którym nasz były i przyszły niedoszły prezydent zdaje się zapominać: by wprowadzić opłatę turystyczną w Krakowie potrzebna jest zmiana prawa na szczeblu CENTRALNYM! A takie ustawy uchwala Sejm w Warszawie, a nie prezydent Krakowa przy kawie w swoim gabinecie. Polityczny influencer próbuje leczyć Kraków Ta rolka to jest w ogóle poezja. Stand-up dla frustratów.  Taniec na dachu to przy tym teatrzyk dla niewymagających amatorów. Bo gdyby tę rolkę Gibały przełożyć na życie, to wyglądałoby to mniej więcej tak: Przychodzicie z gorączką, katarem i przerażającym kaszlem do przychodni. Lekarz, w tej roli Łukasz Gibała, zagląda wam do gardła, robi groźną minę i mówi: „No, słabo. Macie infekcję, to jest złe, tak być nie może, trzeba to wyleczyć!”. Po czym wyprasza was z gabinetu, mówiąc: „Dziękuję, następny proszę”. Żadnej recepty, żadnego zalecenia, żadnego „weźcie paracetamol”. Ważne, że diagnoza została postawiona, a pacjent poczuł, jak bardzo jest źle. Kandydat od absurdów Ta strategia to istny majstersztyk ignorancji, w której kampania wyborcza zamienia się w recital narzekań. Gibała mistrzowsko opanował sztukę wskazywania problemów, które leżą poza jego przyszłymi kompetencjami. Skoro już jesteśmy w świecie absurdów, oto dwa kolejne „projekty” w tym samym stylu. Panie Łukaszu, weźże se pan za darmo, zamiast płacić tym nieudolnym specom (w końcu przegrali już panu trzy razy wybory, prawda?) od politycznego marketingu. Projekt „Księżycowy Podatek”: Łukasz nagrywa rolkę pod gołym niebem, wskazując palcem na księżyc. „Widzicie? Jest za mało oświetlony w nocy, tracimy przez to miliony na energii, a ludzie potykają się na chodnikach! Trzeba to zmienić!”. Fakt, że regulacja rotacji Księżyca wymagałaby międzygalaktycznej dyplomacji, a nie kompetencji prezydenta Krakowa, to już tylko drobny szczegół, którym nie warto zaprzątać głowy wyborcy. Projekt „Szybszy czas”: Kandydat stoi z zegarkiem w ręku i krzyczy: „Doba w Krakowie trwa tylko 24 godziny! To za mało na wszystko, co chcemy zrobić! Kraków traci przez to na efektywności, musimy wydłużyć dobę do 30 godzin!”. Oczywiście nie podaje, czy ma zamiar wynegocjować to z obrotem Ziemi wokół własnej osi, czy po prostu przegłosuje to w Radzie Miasta – w końcu dla Gibały rzeczywistość to tylko kwestia odpowiedniej retoryki w mediach społecznościowych. Drabina, której nie ma Łukaszu, drogi kandydacie, jeśli naprawdę chcesz pomóc Krakowowi i jego mieszkańcom, może warto sprawdzić, w jakich wyborach startujesz, zanim zaczniesz obiecywać gruszki na wierzbie, do których nie masz nawet drabiny. *** Coooo? Że niby jeszcze nie ogłosiłeś, że startujesz w wyborach? Kogo ty chcesz oszukać? Co prawda wyglądasz jak facet, który przyszedł robić operację serca ze smarfonem i hasłem „trzeba to zmienić”, ale nie przejmuj się - tym razem ciemny lud to kupi. Bo kupi, prawda? PRAWDA?! ZOBACZ TAKŻE: „Komuno, wróć”, czyli posłanka zeznaje na policji. Czy Gosek-Popiołek nadużywa władzy?  

Więcej…

Denis z Gdańska i Dżesika z Suwałk zdecydują, jak masz stać w korku w Krakowie!

Denis z Gdańska i Dżesika z Suwałk zdecydują, jak masz stać w korku w Krakowie!

08 lipca 2026 | 13:39

Patrzę na to, co się dzieje wokół Starowiślnej i ręce opadają. Człowiek by pomyślał, że w mieście, które ma tyle problemów, priorytetem jest, żeby po prostu dało się przejechać z punktu A do punktu B bez stania w korku przez pół dnia. Ale nie, w Krakowie mamy inną dyscyplinę sportową: „Jak najbardziej utrudnić życie mieszkańcom, używając przy tym jak największej liczby mądrych słów”. Ostatnio Stanisław Kracik, człowiek, który najwyraźniej posiada rzadką w naszych stronach cechę – zdrowy rozsądek – podjął decyzję: Starowiślna zostaje dwukierunkowa. I co się stało? W krakowskim światku „postępowym” wybuchła afera na miarę zamachu stanu. Aktywiści z partii Razem, dla których każda ulica powinna być placem zabaw dla rowerów, a samochód to co najmniej narzędzie szatana, wpadli w histerię. Podpisują petycję. Oczywiście! Bo petycja to dzisiaj najpotężniejsza broń w świecie wirtualnym. Czytasz te ich argumenty o „betonowej pustyni” i „wizytówkach” i masz wrażenie, że pisali to ludzie, którzy Starowiślną widzieli co najwyżej w Google Street View, gdy szukali miejsca na modną kawiarnię. Na stronie partii Razem możecie i podpisać petycje i wpłacić datek na partię Najlepsze jest to, że oni się powołują na jakieś konsultacje społeczne z 2020 roku. To te słynne konsultacje, gdzie garstka ludzi, którzy mają czas na siedzenie w internecie, wyklikała sobie wizję świata, w którym wszyscy jeździmy hulajnogami w stronę zachodzącego słońca. I teraz żądają od Kracika, żeby porzucił realne rozwiązania na rzecz ich utopii. Pytam się: kto podpisał tę petycję? Bo podejrzewam, że pan Denis z Gdańska, pani Dżesika z Suwałk i jeszcze parę innych ludzi, którzy w Krakowie byli ostatnio na wycieczce szkolnej w podstawówce, albo po prostu lubią klikać, żeby poczuć, że mają wpływ na świat. Czy pan Denis z Gdańska przejmuje się tym, jak krakus ma dojechać do pracy? Czy rzeczony Denis będzie stał w korku, bo komuś się zamarzyła „jednokierunkowa dla idei”? No nie. Pan Denis kliknie „wyślij”, poczuje się jak wielki reformator i pójdzie pić kawę, a my zostaniemy z bajzlem, który nam zafundowali. Oni chcą „Starowiślnej dla ludzi”. Brzmi pięknie, co? Szkoda tylko, że „ludzie” to dla nich chyba tylko ci, co chodzą pieszo w designerskich butach i nie posiadają prawa jazdy. A reszta? A niech stoi w korkach, niech kombinuje, niech „redukuje hałas”. Stanisław Kracik / fot. UMK Panie Kracik, trzymaj pan kurs. Niech pan nie patrzy na te petycje, pod którymi podpisują się ludzie z całej Polski, bo akurat był ładny przycisk w internecie. Kraków to nie jest laboratorium dla partyjnych eksperymentów, tylko miasto, w którym ludzie chcą po prostu normalnie funkcjonować. A jeśli komuś bardzo zależy na zieleni i ciszy, zawsze może się przeprowadzić do lasu – tam jest dużo zieleni, a tramwaje w ogóle nie hałasują. Tylko błagam, nie róbmy z miasta skansenu dla ideologii, bo niedługo do pracy będziemy musieli jeździć na osiołkach, żeby tylko nie urazić poczucia estetyki kogoś, kto w tym mieście nawet nie mieszka. ZOBACZ TAKŻE: Brutalna prawda o kulisach kampanii. Na Rybitwach odbywa się „konkurs piękności” [WYWIAD]

Więcej…

Gibała oskarża Tuska, ale to jego pajacowanie zablokowało Kraków

Gibała oskarża Tuska, ale to jego pajacowanie zablokowało Kraków

03 lipca 2026 | 15:03

Łukasz Gibała znów cierpi. Tym razem publicznie. W internecie. Z powodu „blokady” wyborów w Krakowie. Jego lamenty pod adresem premiera Donalda Tuska to jednak czysta polityczna manipulacja dla naiwnych. Gibała doskonale wie, że zegar wyborczy zatrzymał się nie w gabinecie premiera, a na sali sądowej, gdzie rozpatrywany jest protest dotyczący jego własnych „dokonań” w czasie ciszy referendalnej. Jeśli ktoś tu blokuje miasto, to nie „zła Warszawa”, lecz własna pycha polityka, który myślał, że zasady go nie dotyczą. Panie Łukaszu, czas przestać pajacować. Nasz lokalny lider, mistrz internetowych dram i orędownik „odpartyjnienia” wszystkiego, co się rusza, postanowił ostatnio zapłakać w mediach społecznościowych. Powód? Premier Tusk wciąż nie ogłosił terminu wyborów w Krakowie. Kadr z filmu Gibały Gibała grzmi, oskarża, sugeruje ręczne sterowanie lokalną polityką z Warszawy i buduje narrację, w której on jest samotnym sprawiedliwym, a Tusk – złym demiurgiem blokującym demokratyczny proces. Wszystko brzmiałoby nawet przekonująco, gdyby nie jeden drobny szczegół, o którym pan Łukasz – z sobie tylko znanych powodów – „zapomniał” wspomnieć swoim wiernym fanom. Rzeczywistość kontra narracja Tusk nie ogłasza wyborów nie dlatego, że tak mu się podoba, i nie dlatego, że boi się konkurencji ze strony krakowskich stowarzyszeń. Premier nie może tego zrobić, bo zablokował go... wymiar sprawiedliwości. W sądzie toczy się sprawa protestu referendalnego. O co poszło? Między innymi o to, czy pan Łukasz – w przypływie swojej niespożytej energii – nie „pajacował” odrobinę za mocno w czasie ciszy referendalnej, wpływając tym samym na wynik głosowania. Ktoś uznał, że granice zostały przekroczone, skorzystał z przysługującego mu demokratycznego prawa i złożył protest. Sąd rozpatruje sprawę, a zgodnie z procedurami, dopóki ta jest w toku, ręce premiera są związane. Koniec kropka. Żadnego spisku, żadnego sterowania, zwykła procedura prawna. Demokracja wybiórcza I tu dochodzimy do najciekawszego punktu. Czy demokracja jest fajna tylko wtedy, gdy służy celom Gibały? Gdy trzeba było zmobilizować ludzi do referendum, hasła o „głosie mieszkańców” i „demokracji bezpośredniej” odmieniano przez wszystkie przypadki. Ale gdy jeden z tych mieszkańców – korzystając z tego samego demokratycznego narzędzia – podważa uczciwość procesu referendalnego, nagle demokracja staje się dla pana Łukasza niewygodna. To dość komiczny obraz: polityk, który chce rządzić milionowym miastem, zdaje się nie rozumieć (lub udawać, że nie rozumie), jak działają mechanizmy państwa prawa. Albo szanujemy prawo do składania protestów i czekamy na wyrok sądu, albo bawimy się w populizm, w którym „moje chce” jest ważniejsze niż „litera prawa”. Krakowianie już wybrali W swoim filmiku Gibała bredzi też, że obecny komisarz miasta nie ma mandatu wyborczego, bo został nominowany, a nie wybrany przez mieszkańców. To urocze, gdyby nie fakt, że to szczyt hipokryzji.  Przypomnijmy: poprzedni prezydent został wybrany przez Krakowian, a Gibała – swoimi pieniędzmi i działaniami, które teraz bada sąd – doprowadził do jego odwołania. Jeszcze poprzedni włodarz też miał silny mandat społeczny, wygrał wybory, a Gibała – swoimi pieniędzmi i działaniami, którymi musiała się zająć prokuratura – za wszelką cenę chciał doprowadzić do jego odwołania. Rodzi się więc proste pytanie: po co mieszkańcom prezydent z mandatem społecznym, skoro Gibała i tak zrobi wszystko, by go obalić, jeśli tylko sam nie siedzi w tym fotelu? ZOBACZ TAKŻE: Zapadliska, pęknięte domy i... głucha cisza. Sprawy mieszkańców lądują w niszczarce

Więcej…

„Mistrzyni durnych wpadek” w wyścigu o fotel prezydenta!

„Mistrzyni durnych wpadek” w wyścigu o fotel prezydenta!

02 lipca 2026 | 11:46

Kandydatka na prezydenta Krakowa Daria Gosek-Popiołek oburzyła się w sieci, że świat nie uznaje jej poselskiego autorytetu. Sześć lat na Wiejskiej, a jedyne, co po sobie zostawiła, to kolekcja zdjęć z miejsc, w których właśnie działy się ludzkie tragedie. Dziś ta „aktywistka od fotek” chce rządzić Krakowem, choć w jej własnym obozie mówi się wprost: ona nie dowozi, ona tylko krzyczy pod zasięgi. Oto polityczny portret osoby, która w polityce jest równie przypadkowa, co skuteczna. Gosek-Popiołek nagrała kolejny już filmik w tej kampanii wyborczej (która jeszcze nawet nie wystartowała), że pewien podmiot, zabiegający o zmiany w prawie, pominął ją rozmowach. – Halo, jestem posłanką od sześciu lat, a oni się do mnie nie zwrócili! – krzyczała w próżnię, jakby staż pracy na Wiejskiej był równoznaczny z kompetencjami. Odpowiedź na pytanie, dlaczego ją pominięto, jest brutalnie prosta: w polityce nikogo nie obchodzi randomowa posłanka, która jedynie zajmuje miejsce w ławie i jest maszynką do głosowania. Liczy się skuteczność, a Gosek-Popiołek od sześciu lat skutecznie zajmuje się głównie udawaniem, że jej praca przynosi efekty. Tekst na zlecenie?! – To polityczna celebrytka od krzyczenia, a nie od załatwiania spraw. Jej kariera to festiwal głośnych haseł, które wyparowują w sekundę po tym, jak zgaśnie flesz aparatu. Gdy przychodzi czas na mozolną, legislacyjną robotę, Gosek-Popiołek po prostu nie dowozi – uważa jeden z krakowskich polityków. I zanim w komentarzach pod tym tekstem wyleje się potok „oburzonych”, że to artykuł na zlecenie, że atakujemy „biedną panią poseł” – zadajcie sobie proste pytanie: jaki temat dowiozła ostatnio? Nie pytamy o posty na Facebooku, pod którymi robiła sobie fotki w cieniu cudzych tragedii. Pytamy o konkret, o prawo, o realny skutek. Cisza? No właśnie. Sondażowa bajka dla naiwnych Ostatnio krakowską opinię publiczną zelektryzował sondaż, w którym Gosek-Popiołek wchodzi do drugiej tury wyborów prezydenckich. Jeśli ktoś w to wierzy, to wierzy też w świętego Mikołaja. – To nie jest badanie opinii, to drogo opłacony PR-owy happening – komentują w kuluarach działacze partii Razem, którzy mają swoją kandydatkę na prezydenta: Aleksandrę Owcę. Tymczasem Nowa Lewica desperacko próbuje wykreować liderkę tam, gdzie od lat mamy polityczną pustynię. Ten „sondaż” ma jedną wadę: nie zestarzeje się dobrze. Dzień wyborów brutalnie zweryfikuje te marzenia, a Gosek-Popiołek wyląduje tam, gdzie jej miejsce – w okolicach jednocyfrowego poparcia. Więcej o tym, jak naprawdę będzie wyglądać walka o prezydenturę, piszemy tutaj: Ekspert: Walka o prezydenturę rozegra się między trojgiem kandydatów [WYWIAD] Babska „walka w kisielu” Dlaczego więc pani poseł w ogóle startuje? Odpowiedź jest banalna. Krakowska lewica to teatr dwóch aktorek, które utknęły w klinczu osobistych urazów. Gosek-Popiołek wystartować MUSIAŁA, bo wcześniej swoją kandydaturę ogłosiła wspomniana wcześniej Owca. Daria Gosek-Popiołek i Aleksandra Owca / fot. wikimedia Panie, które kiedyś jadły z jednego talerza – Owca prowadziła kampanię Gosek-Popiołek, a ta z kolei pomogła jej wejść do Rady Miasta Krakowa – dziś toczą żałosną walkę w kisielu o to, która jest bardziej „lewicowa”. – Start Darii to nie misja dla miasta, to akt desperacji w prywatnej wojence o rząd dusz – komentuje jeden z krakowskich polityków. "Dziewczynka z sąsiedztwa" Gosek-Popiołek startuje jako kandydatka Nowej Lewicy, ale nawet w swojej partii nie ma całkowitego poparcia. Ona nie jest nawet naszą członkinią. Jej polityczny taniec godowy dwa lata temu obnaża brak kręgosłupa. Jej nie można ufać. Sprzeda każdą lojalność, jeśli wyczuje koniunkturę. Pamiętamy jej flirt z Gibałą, a gdy Miszalski wygrał, próbowała wejść mu w łaski z gracją słonia w składzie porcelany. To komiczne – ucina jeden z polityków Nowej Lewicy. Jego słowa odnoszą się do postawy Gosek-Popiołek, która tuż przed poprzednimi wyborami zaskoczyła wszystkich popierając Łukasza Gibałę. Gdy ten nie został prezydentem, posłanka ponownie próbowała przymilać się do Aleksandra Miszalskiego. To nie ona powinna być nasza kandydatką. Jest wielu znacznie poważniejszych i kompetentniejszych ludzi. Choćby obecny wicewojewoda Ryszard Śmiałek. On ma prezencję, doświadczenie w administracji i skuteczność. Daria? Daria to wieczna „dziewczynka z sąsiedztwa”, która nie dorosła do powagi funkcji, którą sprawuje  – mówi otwarcie działacz Nowej Lewicy. Poza skalą śmieszności – Jeśli mieszkańcy Krakowa narzekali, że Miszalski niegodnie pełni funkcję prezydenta, bo brak mu dostojeństwa, to dla Darii mogłoby zabraknąć skali śmieszności. Ona jest mistrzynią durnych wpadek, które często uchodziły jej na sucho, jako szeregowej posłance. Ale urząd prezydenta to zupełnie inna liga – ocenia jeden z działaczy. Przypomina, jak pani poseł nie wiedziała choćby… ilu posłów jest w Sejmie. Później zaczęła swoją kampanię wyborczą na prezydenta Krakowa od krytyki podwyżek wprowadzonej przez odwołane władze miasta, Problem w tym, że za wszystkimi tymi podwyżkami głosowali… radni Nowej Lewicy. Z kolei ostatnio na jej profilu w mediach społecznościowych pojawił się film, w którym tak bardzo popisuje się swoją znajomością Krakowa, że z utęsknieniem wspomina kino…. WARS! Aktywizm jako szopka Działaczom Nowej Lewicy nie podoba się także strategia pani poseł. – Ona jest wszędzie tam, gdzie wieje wiatr, ale niewiele z tego wynika – mówią. Najbardziej bolesna diagnoza płynie jednak od jej dawnych współpracowników: Niegdyś była kierowniczką domu kultury w Nowej Hucie i powinna była nadal tam zostać. W polityce jest kompletnie pogubiona. Nie wie, czy być aktywistką w trampkach, czy polityczką w garsonce. Efekt? Nie jest ani jednym, ani drugim. – Jej metoda działania jest czytelna jak przepis na tanią zupę. Najpierw znajduje jakiś nośny temat, typu wycinka drzew, blokada jakiejś inwestycji czy eksmisja „biednego” lokatora. Później przybywa na miejsce, robi zdjęcia, wrzuca na socjale, krzyczy w eter, może nawet i napisze pismo do jakiegoś urzędu i… to by było na tyle. Daria znika, drzewa jak nie było, tak nie ma. To nie jest polityka, tylko tania szopka dla zasięgów. Kraków potrzebuje prezydenta, a nie influencerki, która myśli, że życie miasta to relacja na Instagramie – podsumowuje jeden z działaczy Nowej Lewicy. Daria Gosek-Popiołek w TVN24 ZOBACZ TAKŻE: Czyje interesy tak naprawdę reprezentuje posłanka Gosek-Popiołek? Kim jest kandydatka Nowej Lewicy? Gosek-Popiołek ma 41 lat. Pochodzi z Sosnowca, gdzie ukończyła Liceum Ogólnokształcące. Do Krakowa przyjechała na studia – ukończyła teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Później była kierowniczką „Klubu Jędruś” w Ośrodku Kultury w Nowej Hucie.   W 2016 została członkinią Partii Razem. W 2018 roku startowała w wyborach na prezydenta Krakowa i zdobyła… 1,38% głosów! Była też kandydatką do Rady Miasta Krakowa – zagłosowały na nią 1303 osoby. W 2019 roku uzyskała mandat posłanki na Sejm. Cztery lata później z powodzeniem ubiegała się o reelekcję. W październiku 2024 roku wystąpiła z Lewicy Razem i została prezeską stowarzyszenia „Ruch Wspólne Jutro”. ZOBACZ TAKŻE: „Doktor” Drewnicki postawi diagnozę i uleczy Kraków. „Jest najlepszy” [WYWIAD]

Więcej…

Prawda o „walce” o baseny w Krakowie. Wszystko, co musisz wiedzieć

Prawda o „walce” o baseny w Krakowie. Wszystko, co musisz wiedzieć

29 czerwca 2026 | 03:49

Kraków topi się w 37 stopniach, więc radna Agnieszka Łętocha (wiem, że nie znacie, ale istnieje naprawdę!) doznała politycznego olśnienia. Nie, nie przyjechała z projektem. Nie znalazła pieniędzy. Nie pokazała harmonogramu. Wpadła na coś znacznie prostszego. Napisała interpelację. Bo przecież nic tak nie chłodzi rozgrzanego miasta jak urzędowe pytanie. "Zapytam o baseny na Wiśle. Zapytam o nowe kąpieliska. Zapytam o całoroczne kompleksy." No genialne. Jeszcze można zapytać o metro do Tyńca, lotnisko na Bagrach i gondole nad Alejami. Pytanie kosztuje tyle co nic, a na Facebooku wygląda jak wielka walka o mieszkańców. Źródło: FB To jest właśnie najwyższa szkoła politycznej iluzji. Nic nie zbudować, niczego nie załatwić, ale stworzyć wrażenie, że właśnie ruszyła największa inwestycja od czasów Kopca Kościuszki. Berlin. Kopenhaga. Paryż. Oczywiście. Tam są baseny. Tylko jest jeden drobny szczegół – tam ktoś je po prostu wybudował. Nie ograniczył się do napisania posta z serii: "zapytam, czy może kiedyś ktoś coś." Interpelacja nie wbija pierwszej łopaty. Nie podpisuje umowy. Nie daje ani złotówki do budżetu. Jest za to świetnym materiałem na Facebooka, bo można sprawić wrażenie, że oto właśnie walczy się o przyszłość Krakowa. Najlepsze jest jednak to, że każdy, kto choć trochę zna realia miasta, wie, iż od facebookowego wpisu do pierwszej koparki jest mniej więcej taka odległość, jak od Zakrzówka do Malediwów. Ale nieważne. Liczy się zdjęcie. Liczy się wpis. Liczy się komentarz: "Brawo pani radna!" Bo może ktoś uwierzy, że skoro pyta o baseny, to już prawie je buduje. A za kilka miesięcy nikt nie będzie pamiętał, że jedyną rzeczą, która naprawdę powstała, był kolejny post na Facebooku. Dowód, że w Krakowie serio jest radna Łętocha / źródło BIP I teraz zupełnie serio. Potraficie wymienić choć jedną konkretną rzecz, która powstała dzięki działalności Łętochy? Jedną inwestycję? Jedno rozwiązanie, które realnie poprawiło życie krakowian? Jedno miejsce, które można pokazać i powiedzieć: "to jest jej robota"? Cisza? Za to facebookowych wpisów i interpelacji radnych nie brakuje. Co kilka dni kolejna lista życzeń, kolejne "pytam", kolejne "apeluję", kolejne "należy". Problem w tym, że od zadawania pytań nie przybywa ani jednego basenu, ani jednego kąpieliska, ani jednego metra ścieżki rowerowej. W polityce można być mistrzem pisania postów albo mistrzem dowożenia efektów. Na razie wygląda na to, że Facebook wygrywa z rzeczywistością. W Krakowie chyba powstała nowa dyscyplina polityczna: budowanie inwestycji z postów na Facebooku. Szkoda tylko, że mieszkańcy nie mogą się wykąpać w interpelacji, schłodzić komentarzami ani popływać w lajkach. Bo z tego wszystkiego właśnie tyle wynika.

Więcej…

„Grube misie” z Rybitw mogą zdecydować o wyniku wyborów. Kilku polityków już pogrążyli

„Grube misie” z Rybitw mogą zdecydować o wyniku wyborów. Kilku polityków już pogrążyli

26 czerwca 2026 | 07:54

Gdyby ściany krakowskich hal na Rybitwach potrafiły mówić, opowiedziałyby historię o politykach, którzy wchodzą tu jak do własnego ogrodu, a wychodzą z podkulonymi ogonami. Od nieudanej wizji „Nowego Miasta” Jerzego Muzyka po referendalną wpadkę Stanisława Mazura – Rybitwy stały się cmentarzyskiem wielkich ambicji. Teraz trwa trzecie podejście: kandydaci znów obiecują złote góry, desperacko szukając wsparcia u tych, których jeszcze przed chwilą próbowali spychać na margines miasta. W krakowskiej polityce istnieją miejsca, w których ważą się losy wyborów, choć próżno szukać ich na turystycznych mapach miasta. Jednym z takich punktów zapalnych są Rybitwy z całym przemysłowym zagłębiem. To tu, między halami przemysłowymi a ciężarówkami wjeżdżającymi w głąb miasta i kraju, bije serce krakowskiego biznesu. I to serce, które obecnie bije w rytmie wyborczego niepokoju. "Grube misie" i 30 tysięcy głosów Mówimy o miejscu, gdzie w pocie czoła pracuje około 30 tysięcy ludzi. To potężna armia. Nie tylko pracowników, ale i przedsiębiorców, wśród których nie brakuje „grubych misiów” lokalnego biznesu. To ludzie, którzy budują realną wartość, płacą podatki i – co najważniejsze dla kandydatów na prezydenta – posiadają głos, który potrafi zarówno wynieść polityka na szczyty, jak i pogrzebać go w czeluściach politycznego niebytu. Od kilku lat Rybitwy przypominają pole bitwy. Zaczęło się od wizjonerskich, lecz całkowicie oderwanych od realiów planów zastępców prezydenta Jacka Majchrowskiego: Elżbiety Koterby, a później Jerzego Muzyka. Ich wizja „Nowego Miasta” – szklanych wieżowców w miejscu, gdzie dziś tętni logistyka i produkcja – była w oczach przedsiębiorców wypowiedzeniem wojny. Polegli, bo zderzyli się z murem pragmatyzmu. Jedna z wizji "Nowego Miasta" Jerzemu Muzyka / wiz. UMK Lekcja, której nie wyciągnęli Wydawałoby się, że lekcja jest jasna: nie wchodzi się z butami w miejsce, które żywi miasto, nie mając dla niego propozycji wartości. A jednak, historia lubi się powtarzać. Niedawno podobny scenariusz spróbował przeforsować wiceprezydent Aleksandra Miszalskiego – Stanisław Mazur. I postanowił to zrobić tuż przed referendum. Jego manewr był podręcznikowym przykładem politycznego samobójstwa. Wzbudzenie irytacji w 30-tysięcznej grupie ludzi w tak newralgicznym momencie to wyczyn, który wymagałby nie lada „talentu” w dziedzinie tracenia sympatii wyborców. Protest przed magistratem Koterby, Muzyka, Majchrowskiego, Mazura i Miszalskiego już nie ma. Ale są inni, którzy chcą zająć ich miejsca. Czas obietnic i szukania pieniędzy Teraz jesteśmy w fazie, którą można nazwać „obchodami”. Kandydaci na prezydenta Krakowa pielgrzymują na Rybitwy jak do świątyni. Obiecują, zapewniają, słuchają. Albo przynajmniej udają, że słuchają. Cel tych wizyt jest podwójny i brutalnie szczery. Z jednej strony mamy walkę o głosy, które w skali Krakowa mogą przeważyć szalę zwycięstwa. Z drugiej strony, Rybitwy to także potężne zaplecze finansowe. Kampanie wyborcze są kosztowne, a w halach na Rybitwach kasa na plakaty, spoty i eventy jest czymś, co każdy kandydat chciałby mieć zabezpieczone. Do tego wystarczy wpłata na komitet danego "pielgrzyma". Potencjał, którego nie da się ignorować To, co dzieje się na Rybitwach, to doskonałe zwierciadło krakowskiej polityki: zderzenie marzeń urzędników o „wielkomiejskości” z twardą potrzebą stabilizacji tych, którzy na tę wielkomiejskość zarabiają. Potencjał terenu jest ogromny. To miejsce, które może być silnikiem napędowym miasta albo jego najcięższą kulą u nogi, jeśli politycy nie nauczą się z tamtejszym biznesem rozmawiać jak z partnerem, a nie jak z przeszkodą. Kandydaci, którzy dziś obiecują złote góry, powinni pamiętać o jednym: na Rybitwach ludzie znają wartość ciężko zarobionego pieniądza. I bardzo szybko wyczują, kto przyszedł tam z realną wizją, a kto tylko po to, by podpompować swój budżet wyborczy. ZOBACZ TAKŻE: „Doktor” Drewnicki postawi diagnozę i uleczy Kraków. „Jest najlepszy” [WYWIAD]

Więcej…

Czy musimy czekać na ofiarę śmiertelną, żeby ktoś w końcu się obudził?

Czy musimy czekać na ofiarę śmiertelną, żeby ktoś w końcu się obudził?

18 czerwca 2026 | 21:03

Dziś Kraków znów obiegła wstrząsająca wiadomość. Nie mówimy o statystykach, nie mówimy o „incydencie”. Mówimy o 12-miesięcznym dziecku, które zamiast bezpiecznie poznawać świat, trafiło do szpitala po ataku dzika. W miejscu, gdzie powinno być bezpiecznie. To nie jest nieszczęśliwy wypadek. To jest efekt wieloletniego, systemowego zaniedbania, które przykryto płaszczykiem pozornych działań i urzędniczego bełkotu. Krew na rękach urzędników Przez lata mieszkańcy alarmowali, błagali i siali popłoch, widząc lochy z warchlakami spacerujące między blokami czy żerujące na placach zabaw. A co dostaliśmy w odpowiedzi? Tabliczki z napisem „nie dokarmiać” i bezradne wzruszanie ramionami. Strategia miasta opiera się na nadziei, że dziki same wyjdą z betonowej dżungli, bo tak podpowiada im natura. To nie jest polityka miejska – to kapitulacja. Dzik / fot. Pixabay Władze Krakowa od lat bawią się w kotka i myszkę, stosując metody, które w starciu z inteligentnym i zdesperowanym zwierzęciem są po prostu śmieszne. To pudrowanie trupa, podczas gdy problem narastał wykładniczo. Mieszkańcy czują się zakładnikami we własnych osiedlach, bojąc się wyjść z psem czy wynieść śmieci po zmroku. Ekoterroryści w akcji Najbardziej irytująca w tym wszystkim jest narracja, którą forsują pseudoekolodzy i wszelkiej maści „obrońcy zwierząt” żyjący w bezpiecznych bańkach, z dala od realnego zagrożenia. Dla nich każdy sprzeciw wobec dzikich zwierząt w mieście to „atak na naturę”. Dla nich krzywda człowieka jest mniej istotna niż „dobrostan” zwierzęcia, które straciło instynkt lęku przed człowiekiem i stało się agresywnym szkodnikiem. To skrajna nieodpowiedzialność, którą nazywam wprost: ekoterroryzmem. Terroryzmem, który wymusza na władzach bierność z obawy przed gniewem internetowych aktywistów, mających więcej empatii dla dzika niż dla dziecka, które dziś leży w szpitalu. Czy musi dojść do tragedii? Ile jeszcze „incydentów” potrzebują urzędnicy, żeby zrozumieć, że miasto nie jest lasem? Czy naprawdę musimy czekać, aż w wiadomościach usłyszymy o tragedii, której nie da się już odwrócić? Kraków potrzebuje radykalnych działań, a nie kolejnych komisji i debat o „koegzystencji”. Potrzebujemy bezpiecznych przestrzeni, w których dzikie zwierzęta nie stanowią zagrożenia dla zdrowia i życia mieszkańców. Jeśli władze miasta nie potrafią zapewnić podstawowego bezpieczeństwa swoim obywatelom, to znaczy, że nie pełnią swojej funkcji. Bo kiedy na szali kładziemy życie 12-miesięcznego dziecka, wszelkie debaty o „naturze w mieście” powinny zostać natychmiast ucięte. ZOBACZ TAKŻE: Ujawnił prawdę o imigrantach w Krakowie. Teraz drży o własne życie [WYWIAD]

Więcej…

Wielka ściema Gibały? Ujawniamy, dlaczego wciąż udaje, że nie wie, czy wystartuje

Wielka ściema Gibały? Ujawniamy, dlaczego wciąż udaje, że nie wie, czy wystartuje

17 czerwca 2026 | 08:00

Cyrk, jaki Łukasz Gibała urządza wokół swojego startu w wyborach, to szczyt bezczelności albo marketingowy majstersztyk. Lider Krakowa dla Mieszkańców bawi się z mediami w kotka i myszkę, zachowując się jak księżniczka, która czeka na specjalne zaproszenie. Ale pod tą warstwą darmowego PR-u kryje się regularna wojna domowa. Wokół Gibały kręci się bowiem stado politycznych gołodupców, którzy błagają go o start, bo wiedzą, że jeśli Łukasz odpuści, oni zostaną natychmiast odcięci od finansowej kroplówki. Podczas gdy całe miasto z zapartym tchem śledzi ten polityczny melodramat, mało kto zauważa, jak bezwzględnie i cynicznie jesteśmy wszyscy rozgrywani. Zanim jednak prześwietlimy portfele jego doradców, warto zobaczyć, jak radny bezczelnie kosi konkurencję, nie robiąc kompletnie nic. Geniusz darmowej reklamy W polityce najgorsza jest cisza, a Gibała idealnie rozgrywa tę partię, oszczędzając przy tym mnóstwo sił i środków. Łukasz Gibała podczas konferencji prasowej / fot. Kanał Krakowski Gdyby dzisiaj oficjalnie ogłosił, że nie wystartuje, po dwóch dniach pies z kulawą nogą by o nim nie pamiętał, a uwaga mediów i wyborców natychmiast przeniosłaby się na innych kandydatów.  Gdyby z kolei ogłosił, że startuje, musiałby od razu wskoczyć w tryb morderczego, codziennego maratonu. Oznaczałoby to konieczność nieustannego produkowania nowych obietnic, organizowania konferencji prasowych i walki o zasięgi w social mediach, żeby tylko nie dać się przykryć konkurencji. A tak? Nie ogłosił niczego, więc wszyscy rozmawiają o tym, czy w ogóle wystartuje. Promocja kręci się sama, nazwisko nie schodzi z nagłówków, a kampania robi się za darmo. Wojna domowa na dworze lidera Za tą fasadą genialnej strategii medialnej kryje się jednak brutalna walka i potężne tarcie wewnątrz samego otoczenia Gibały. Na jego politycznym dworze zderzyły się ze sobą dwa obozy, które toczą bezwzględną wojnę o ucho i portfel szefa. Obóz Sceptyków: To ludzie, którzy uważają, że kolejny start nie ma głębszego sensu. Analizują wszysko na chłodno, widzą potężne koszty polityczne, o których zresztą szerzej pisaliśmy już na naszych łamach. Ich motywacją jest polityczny pragmatyzm. ZOBACZ TAKŻE: Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY] Obóz „Łukasz, musisz!”: To grupa, która naciska na start bez względu na koszty i logiczne argumenty. Przekonują Gibałę, że jest jedyną nadzieją miasta i bez niego całe miasto zginie. Kto naprawdę żyje z tej kampanii? Nazwijmy rzeczy po imieniu i bez owijania w bawełnę: w tym drugim, głośniejszym obozie rej wodzą zwykli polityczni gołodupcy, spece od wizerunku i brudnej roboty. To ludzie, których całe zawodowe i finansowe życie kręci się wyłącznie wokół robienia Gibale kampanii. Strona Gibały Dla nich jego start to nie kwestia idei, programu czy jakiejś wyższej wizji rozwoju Krakowa – to po prostu okres żniw i jedyna szansa na zarobek. Obsługa social mediów, PR, doradztwo polityczne i organizacja eventów kosztują, a Gibała ma z czego płacić. Jeśli szef powie „pas” i zostanie w domu, cały ten ród politycznych akolitów, byłych aktywistów i patodziennikarzy zostanie z dnia na dzień brutalnie odcięty od finansowej kroplówki. Dla nich brak startu Gibały oznacza natychmiastowe bezrobocie i finansowe bankructwo. Jaki będzie finał? Znamy ten scenariusz I tak to się właśnie kręci. Gibała waży swoje szanse, media karmią się niepewnością, a za kulisami trwa brutalne przeciąganie liny między rozsądkiem a interesem finansowym doradców. Nasz scenariusz zakłada jednak, że Gibała ostatecznie wystartuje! Dlaczego? Bo gdyby odpuścił, oznaczałoby to, że nagle zmądrzał i potrafi myśleć logicznie, a o to go przecież nie podejrzewamy. Jak to rozegra? Swój wielki start ogłosi dokładnie w tym samym momencie, w którym premier Donald Tusk oficjalnie poda datę wyborów. Wtedy Gibała wyjdzie do kamer i ze śmiertelną powagą ogłosi światu, że żaden z obecnych kandydatów nie spełnia jego wysokich oczekiwań, dlatego z bólem serca nie może poprzeć nikogo i musi wystartować sam. Dorzuci do tego łzawą opowieść o tym, jak to setki (a może i tysiące) krakowian błagały go na ulicach o ratunek. Gdyby wierzyć sondażom, Gibała właśnie jest w trakcie drugiej kadencji na stanowisku prezydenta Krakowa Na koniec ogłosi, że zebrał już potężny sztab ekspertów, który zaangażuje się w bezkompromisową naprawę Krakowa. A on, rzecz jasna, osobiście stanie na jego czele jako jedyny, sprawiedliwy zbawca. Kurtyna w górę, czekamy na premierę. ZOBACZ TAKŻE: Proszą, błagają, zagadują: „Łukasz, musisz!”. A on milczy

Więcej…

Strona 1 z 8

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8

Na fali

  • Łukasz Gibała zdecydował w sprawie startu w wyborach!

    Wydarzenia

    Łukasz Gibała zdecydował w sprawie...

    Informacja
    28 lipca 2026
  • Kracik: „Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin…” [WYWIAD]

    Rozmowy

    Kracik: „Wspierał mnie Łukasz Gibała,...

    Informacja
    06 sierpnia 2026
  • Czy to KONIEC PiS w Małopolsce?! Wyciekły kulisy planu KO!

    Opinie

    Czy to KONIEC PiS w Małopolsce?!...

    Informacja
    29 lipca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.