Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Opinie

UWAGA! W Krakowie pojawił się fałszywy uzdrowiciel. Po tym go poznacie

UWAGA! W Krakowie pojawił się fałszywy uzdrowiciel. Po tym go poznacie

08 lipca 2026 | 20:13

Przychodzisz do lekarza z gorączką, bólem gardła i kaszlem, a on patrzy ci głęboko w oczy, wzdycha z zatroskaniem i mówi: „Panie, niedobrze to wygląda, trzeba to zmienić”. I wychodzi. Dokładnie tak wygląda strategia Łukasza Gibały, który z ekranów smartfonów wylicza krakowskie bolączki z precyzją chirurga, ale gdy przychodzi do wypisania recepty, chowa ręce do kieszeni i znika, zostawiając wyborców z diagnozą, której nie da się wyleczyć miejskim budżetem. Jak wiecie, zbliżają się wybory na prezydenta Krakowa. Wiemy to my, wiedzą to gołębie na Rynku, wie to chyba nawet ten nieszczęsny pomnik na placu Marii Magdaleny. Ale czy wie o tym nasz naczelny kandydat? Mam wątpliwości. Czy ktoś wyjaśni Gibale, jak działa państwo? W swojej ostatniej, „bardzo ważnej” rolce, Gibała z zapałem godnym rewolucjonisty ogłasza światu, że Kraków traci miliony przez brak opłaty turystycznej. Grzmi, punktuje, buduje napięcie. Wygląda na to, że jeśli jutro nie wprowadzimy tej opłaty, nasze miasto zostanie sprzedane na części, a Wawel przerobiony na parking dla hulajnóg. Jest tylko jeden drobny szczegół, o którym nasz były i przyszły niedoszły prezydent zdaje się zapominać: by wprowadzić opłatę turystyczną w Krakowie potrzebna jest zmiana prawa na szczeblu CENTRALNYM! A takie ustawy uchwala Sejm w Warszawie, a nie prezydent Krakowa przy kawie w swoim gabinecie. Polityczny influencer próbuje leczyć Kraków Ta rolka to jest w ogóle poezja. Stand-up dla frustratów.  Taniec na dachu to przy tym teatrzyk dla niewymagających amatorów. Bo gdyby tę rolkę Gibały przełożyć na życie, to wyglądałoby to mniej więcej tak: Przychodzicie z gorączką, katarem i przerażającym kaszlem do przychodni. Lekarz, w tej roli Łukasz Gibała, zagląda wam do gardła, robi groźną minę i mówi: „No, słabo. Macie infekcję, to jest złe, tak być nie może, trzeba to wyleczyć!”. Po czym wyprasza was z gabinetu, mówiąc: „Dziękuję, następny proszę”. Żadnej recepty, żadnego zalecenia, żadnego „weźcie paracetamol”. Ważne, że diagnoza została postawiona, a pacjent poczuł, jak bardzo jest źle. Kandydat od absurdów Ta strategia to istny majstersztyk ignorancji, w której kampania wyborcza zamienia się w recital narzekań. Gibała mistrzowsko opanował sztukę wskazywania problemów, które leżą poza jego przyszłymi kompetencjami. Skoro już jesteśmy w świecie absurdów, oto dwa kolejne „projekty” w tym samym stylu. Panie Łukaszu, weźże se pan za darmo, zamiast płacić tym nieudolnym specom (w końcu przegrali już panu trzy razy wybory, prawda?) od politycznego marketingu. Projekt „Księżycowy Podatek”: Łukasz nagrywa rolkę pod gołym niebem, wskazując palcem na księżyc. „Widzicie? Jest za mało oświetlony w nocy, tracimy przez to miliony na energii, a ludzie potykają się na chodnikach! Trzeba to zmienić!”. Fakt, że regulacja rotacji Księżyca wymagałaby międzygalaktycznej dyplomacji, a nie kompetencji prezydenta Krakowa, to już tylko drobny szczegół, którym nie warto zaprzątać głowy wyborcy. Projekt „Szybszy czas”: Kandydat stoi z zegarkiem w ręku i krzyczy: „Doba w Krakowie trwa tylko 24 godziny! To za mało na wszystko, co chcemy zrobić! Kraków traci przez to na efektywności, musimy wydłużyć dobę do 30 godzin!”. Oczywiście nie podaje, czy ma zamiar wynegocjować to z obrotem Ziemi wokół własnej osi, czy po prostu przegłosuje to w Radzie Miasta – w końcu dla Gibały rzeczywistość to tylko kwestia odpowiedniej retoryki w mediach społecznościowych. Drabina, której nie ma Łukaszu, drogi kandydacie, jeśli naprawdę chcesz pomóc Krakowowi i jego mieszkańcom, może warto sprawdzić, w jakich wyborach startujesz, zanim zaczniesz obiecywać gruszki na wierzbie, do których nie masz nawet drabiny. *** Coooo? Że niby jeszcze nie ogłosiłeś, że startujesz w wyborach? Kogo ty chcesz oszukać? Co prawda wyglądasz jak facet, który przyszedł robić operację serca ze smarfonem i hasłem „trzeba to zmienić”, ale nie przejmuj się - tym razem ciemny lud to kupi. Bo kupi, prawda? PRAWDA?! ZOBACZ TAKŻE: „Komuno, wróć”, czyli posłanka zeznaje na policji. Czy Gosek-Popiołek nadużywa władzy?  

Więcej…

Denis z Gdańska i Dżesika z Suwałk zdecydują, jak masz stać w korku w Krakowie!

Denis z Gdańska i Dżesika z Suwałk zdecydują, jak masz stać w korku w Krakowie!

08 lipca 2026 | 13:39

Patrzę na to, co się dzieje wokół Starowiślnej i ręce opadają. Człowiek by pomyślał, że w mieście, które ma tyle problemów, priorytetem jest, żeby po prostu dało się przejechać z punktu A do punktu B bez stania w korku przez pół dnia. Ale nie, w Krakowie mamy inną dyscyplinę sportową: „Jak najbardziej utrudnić życie mieszkańcom, używając przy tym jak największej liczby mądrych słów”. Ostatnio Stanisław Kracik, człowiek, który najwyraźniej posiada rzadką w naszych stronach cechę – zdrowy rozsądek – podjął decyzję: Starowiślna zostaje dwukierunkowa. I co się stało? W krakowskim światku „postępowym” wybuchła afera na miarę zamachu stanu. Aktywiści z partii Razem, dla których każda ulica powinna być placem zabaw dla rowerów, a samochód to co najmniej narzędzie szatana, wpadli w histerię. Podpisują petycję. Oczywiście! Bo petycja to dzisiaj najpotężniejsza broń w świecie wirtualnym. Czytasz te ich argumenty o „betonowej pustyni” i „wizytówkach” i masz wrażenie, że pisali to ludzie, którzy Starowiślną widzieli co najwyżej w Google Street View, gdy szukali miejsca na modną kawiarnię. Na stronie partii Razem możecie i podpisać petycje i wpłacić datek na partię Najlepsze jest to, że oni się powołują na jakieś konsultacje społeczne z 2020 roku. To te słynne konsultacje, gdzie garstka ludzi, którzy mają czas na siedzenie w internecie, wyklikała sobie wizję świata, w którym wszyscy jeździmy hulajnogami w stronę zachodzącego słońca. I teraz żądają od Kracika, żeby porzucił realne rozwiązania na rzecz ich utopii. Pytam się: kto podpisał tę petycję? Bo podejrzewam, że pan Denis z Gdańska, pani Dżesika z Suwałk i jeszcze parę innych ludzi, którzy w Krakowie byli ostatnio na wycieczce szkolnej w podstawówce, albo po prostu lubią klikać, żeby poczuć, że mają wpływ na świat. Czy pan Denis z Gdańska przejmuje się tym, jak krakus ma dojechać do pracy? Czy rzeczony Denis będzie stał w korku, bo komuś się zamarzyła „jednokierunkowa dla idei”? No nie. Pan Denis kliknie „wyślij”, poczuje się jak wielki reformator i pójdzie pić kawę, a my zostaniemy z bajzlem, który nam zafundowali. Oni chcą „Starowiślnej dla ludzi”. Brzmi pięknie, co? Szkoda tylko, że „ludzie” to dla nich chyba tylko ci, co chodzą pieszo w designerskich butach i nie posiadają prawa jazdy. A reszta? A niech stoi w korkach, niech kombinuje, niech „redukuje hałas”. Stanisław Kracik / fot. UMK Panie Kracik, trzymaj pan kurs. Niech pan nie patrzy na te petycje, pod którymi podpisują się ludzie z całej Polski, bo akurat był ładny przycisk w internecie. Kraków to nie jest laboratorium dla partyjnych eksperymentów, tylko miasto, w którym ludzie chcą po prostu normalnie funkcjonować. A jeśli komuś bardzo zależy na zieleni i ciszy, zawsze może się przeprowadzić do lasu – tam jest dużo zieleni, a tramwaje w ogóle nie hałasują. Tylko błagam, nie róbmy z miasta skansenu dla ideologii, bo niedługo do pracy będziemy musieli jeździć na osiołkach, żeby tylko nie urazić poczucia estetyki kogoś, kto w tym mieście nawet nie mieszka. ZOBACZ TAKŻE: Brutalna prawda o kulisach kampanii. Na Rybitwach odbywa się „konkurs piękności” [WYWIAD]

Więcej…

Gibała oskarża Tuska, ale to jego pajacowanie zablokowało Kraków

Gibała oskarża Tuska, ale to jego pajacowanie zablokowało Kraków

03 lipca 2026 | 15:03

Łukasz Gibała znów cierpi. Tym razem publicznie. W internecie. Z powodu „blokady” wyborów w Krakowie. Jego lamenty pod adresem premiera Donalda Tuska to jednak czysta polityczna manipulacja dla naiwnych. Gibała doskonale wie, że zegar wyborczy zatrzymał się nie w gabinecie premiera, a na sali sądowej, gdzie rozpatrywany jest protest dotyczący jego własnych „dokonań” w czasie ciszy referendalnej. Jeśli ktoś tu blokuje miasto, to nie „zła Warszawa”, lecz własna pycha polityka, który myślał, że zasady go nie dotyczą. Panie Łukaszu, czas przestać pajacować. Nasz lokalny lider, mistrz internetowych dram i orędownik „odpartyjnienia” wszystkiego, co się rusza, postanowił ostatnio zapłakać w mediach społecznościowych. Powód? Premier Tusk wciąż nie ogłosił terminu wyborów w Krakowie. Kadr z filmu Gibały Gibała grzmi, oskarża, sugeruje ręczne sterowanie lokalną polityką z Warszawy i buduje narrację, w której on jest samotnym sprawiedliwym, a Tusk – złym demiurgiem blokującym demokratyczny proces. Wszystko brzmiałoby nawet przekonująco, gdyby nie jeden drobny szczegół, o którym pan Łukasz – z sobie tylko znanych powodów – „zapomniał” wspomnieć swoim wiernym fanom. Rzeczywistość kontra narracja Tusk nie ogłasza wyborów nie dlatego, że tak mu się podoba, i nie dlatego, że boi się konkurencji ze strony krakowskich stowarzyszeń. Premier nie może tego zrobić, bo zablokował go... wymiar sprawiedliwości. W sądzie toczy się sprawa protestu referendalnego. O co poszło? Między innymi o to, czy pan Łukasz – w przypływie swojej niespożytej energii – nie „pajacował” odrobinę za mocno w czasie ciszy referendalnej, wpływając tym samym na wynik głosowania. Ktoś uznał, że granice zostały przekroczone, skorzystał z przysługującego mu demokratycznego prawa i złożył protest. Sąd rozpatruje sprawę, a zgodnie z procedurami, dopóki ta jest w toku, ręce premiera są związane. Koniec kropka. Żadnego spisku, żadnego sterowania, zwykła procedura prawna. Demokracja wybiórcza I tu dochodzimy do najciekawszego punktu. Czy demokracja jest fajna tylko wtedy, gdy służy celom Gibały? Gdy trzeba było zmobilizować ludzi do referendum, hasła o „głosie mieszkańców” i „demokracji bezpośredniej” odmieniano przez wszystkie przypadki. Ale gdy jeden z tych mieszkańców – korzystając z tego samego demokratycznego narzędzia – podważa uczciwość procesu referendalnego, nagle demokracja staje się dla pana Łukasza niewygodna. To dość komiczny obraz: polityk, który chce rządzić milionowym miastem, zdaje się nie rozumieć (lub udawać, że nie rozumie), jak działają mechanizmy państwa prawa. Albo szanujemy prawo do składania protestów i czekamy na wyrok sądu, albo bawimy się w populizm, w którym „moje chce” jest ważniejsze niż „litera prawa”. Krakowianie już wybrali W swoim filmiku Gibała bredzi też, że obecny komisarz miasta nie ma mandatu wyborczego, bo został nominowany, a nie wybrany przez mieszkańców. To urocze, gdyby nie fakt, że to szczyt hipokryzji.  Przypomnijmy: poprzedni prezydent został wybrany przez Krakowian, a Gibała – swoimi pieniędzmi i działaniami, które teraz bada sąd – doprowadził do jego odwołania. Jeszcze poprzedni włodarz też miał silny mandat społeczny, wygrał wybory, a Gibała – swoimi pieniędzmi i działaniami, którymi musiała się zająć prokuratura – za wszelką cenę chciał doprowadzić do jego odwołania. Rodzi się więc proste pytanie: po co mieszkańcom prezydent z mandatem społecznym, skoro Gibała i tak zrobi wszystko, by go obalić, jeśli tylko sam nie siedzi w tym fotelu? ZOBACZ TAKŻE: Zapadliska, pęknięte domy i... głucha cisza. Sprawy mieszkańców lądują w niszczarce

Więcej…

„Mistrzyni durnych wpadek” w wyścigu o fotel prezydenta!

„Mistrzyni durnych wpadek” w wyścigu o fotel prezydenta!

02 lipca 2026 | 11:46

Kandydatka na prezydenta Krakowa Daria Gosek-Popiołek oburzyła się w sieci, że świat nie uznaje jej poselskiego autorytetu. Sześć lat na Wiejskiej, a jedyne, co po sobie zostawiła, to kolekcja zdjęć z miejsc, w których właśnie działy się ludzkie tragedie. Dziś ta „aktywistka od fotek” chce rządzić Krakowem, choć w jej własnym obozie mówi się wprost: ona nie dowozi, ona tylko krzyczy pod zasięgi. Oto polityczny portret osoby, która w polityce jest równie przypadkowa, co skuteczna. Gosek-Popiołek nagrała kolejny już filmik w tej kampanii wyborczej (która jeszcze nawet nie wystartowała), że pewien podmiot, zabiegający o zmiany w prawie, pominął ją rozmowach. – Halo, jestem posłanką od sześciu lat, a oni się do mnie nie zwrócili! – krzyczała w próżnię, jakby staż pracy na Wiejskiej był równoznaczny z kompetencjami. Odpowiedź na pytanie, dlaczego ją pominięto, jest brutalnie prosta: w polityce nikogo nie obchodzi randomowa posłanka, która jedynie zajmuje miejsce w ławie i jest maszynką do głosowania. Liczy się skuteczność, a Gosek-Popiołek od sześciu lat skutecznie zajmuje się głównie udawaniem, że jej praca przynosi efekty. Tekst na zlecenie?! – To polityczna celebrytka od krzyczenia, a nie od załatwiania spraw. Jej kariera to festiwal głośnych haseł, które wyparowują w sekundę po tym, jak zgaśnie flesz aparatu. Gdy przychodzi czas na mozolną, legislacyjną robotę, Gosek-Popiołek po prostu nie dowozi – uważa jeden z krakowskich polityków. I zanim w komentarzach pod tym tekstem wyleje się potok „oburzonych”, że to artykuł na zlecenie, że atakujemy „biedną panią poseł” – zadajcie sobie proste pytanie: jaki temat dowiozła ostatnio? Nie pytamy o posty na Facebooku, pod którymi robiła sobie fotki w cieniu cudzych tragedii. Pytamy o konkret, o prawo, o realny skutek. Cisza? No właśnie. Sondażowa bajka dla naiwnych Ostatnio krakowską opinię publiczną zelektryzował sondaż, w którym Gosek-Popiołek wchodzi do drugiej tury wyborów prezydenckich. Jeśli ktoś w to wierzy, to wierzy też w świętego Mikołaja. – To nie jest badanie opinii, to drogo opłacony PR-owy happening – komentują w kuluarach działacze partii Razem, którzy mają swoją kandydatkę na prezydenta: Aleksandrę Owcę. Tymczasem Nowa Lewica desperacko próbuje wykreować liderkę tam, gdzie od lat mamy polityczną pustynię. Ten „sondaż” ma jedną wadę: nie zestarzeje się dobrze. Dzień wyborów brutalnie zweryfikuje te marzenia, a Gosek-Popiołek wyląduje tam, gdzie jej miejsce – w okolicach jednocyfrowego poparcia. Więcej o tym, jak naprawdę będzie wyglądać walka o prezydenturę, piszemy tutaj: Ekspert: Walka o prezydenturę rozegra się między trojgiem kandydatów [WYWIAD] Babska „walka w kisielu” Dlaczego więc pani poseł w ogóle startuje? Odpowiedź jest banalna. Krakowska lewica to teatr dwóch aktorek, które utknęły w klinczu osobistych urazów. Gosek-Popiołek wystartować MUSIAŁA, bo wcześniej swoją kandydaturę ogłosiła wspomniana wcześniej Owca. Daria Gosek-Popiołek i Aleksandra Owca / fot. wikimedia Panie, które kiedyś jadły z jednego talerza – Owca prowadziła kampanię Gosek-Popiołek, a ta z kolei pomogła jej wejść do Rady Miasta Krakowa – dziś toczą żałosną walkę w kisielu o to, która jest bardziej „lewicowa”. – Start Darii to nie misja dla miasta, to akt desperacji w prywatnej wojence o rząd dusz – komentuje jeden z krakowskich polityków. "Dziewczynka z sąsiedztwa" Gosek-Popiołek startuje jako kandydatka Nowej Lewicy, ale nawet w swojej partii nie ma całkowitego poparcia. Ona nie jest nawet naszą członkinią. Jej polityczny taniec godowy dwa lata temu obnaża brak kręgosłupa. Jej nie można ufać. Sprzeda każdą lojalność, jeśli wyczuje koniunkturę. Pamiętamy jej flirt z Gibałą, a gdy Miszalski wygrał, próbowała wejść mu w łaski z gracją słonia w składzie porcelany. To komiczne – ucina jeden z polityków Nowej Lewicy. Jego słowa odnoszą się do postawy Gosek-Popiołek, która tuż przed poprzednimi wyborami zaskoczyła wszystkich popierając Łukasza Gibałę. Gdy ten nie został prezydentem, posłanka ponownie próbowała przymilać się do Aleksandra Miszalskiego. To nie ona powinna być nasza kandydatką. Jest wielu znacznie poważniejszych i kompetentniejszych ludzi. Choćby obecny wicewojewoda Ryszard Śmiałek. On ma prezencję, doświadczenie w administracji i skuteczność. Daria? Daria to wieczna „dziewczynka z sąsiedztwa”, która nie dorosła do powagi funkcji, którą sprawuje  – mówi otwarcie działacz Nowej Lewicy. Poza skalą śmieszności – Jeśli mieszkańcy Krakowa narzekali, że Miszalski niegodnie pełni funkcję prezydenta, bo brak mu dostojeństwa, to dla Darii mogłoby zabraknąć skali śmieszności. Ona jest mistrzynią durnych wpadek, które często uchodziły jej na sucho, jako szeregowej posłance. Ale urząd prezydenta to zupełnie inna liga – ocenia jeden z działaczy. Przypomina, jak pani poseł nie wiedziała choćby… ilu posłów jest w Sejmie. Później zaczęła swoją kampanię wyborczą na prezydenta Krakowa od krytyki podwyżek wprowadzonej przez odwołane władze miasta, Problem w tym, że za wszystkimi tymi podwyżkami głosowali… radni Nowej Lewicy. Z kolei ostatnio na jej profilu w mediach społecznościowych pojawił się film, w którym tak bardzo popisuje się swoją znajomością Krakowa, że z utęsknieniem wspomina kino…. WARS! Aktywizm jako szopka Działaczom Nowej Lewicy nie podoba się także strategia pani poseł. – Ona jest wszędzie tam, gdzie wieje wiatr, ale niewiele z tego wynika – mówią. Najbardziej bolesna diagnoza płynie jednak od jej dawnych współpracowników: Niegdyś była kierowniczką domu kultury w Nowej Hucie i powinna była nadal tam zostać. W polityce jest kompletnie pogubiona. Nie wie, czy być aktywistką w trampkach, czy polityczką w garsonce. Efekt? Nie jest ani jednym, ani drugim. – Jej metoda działania jest czytelna jak przepis na tanią zupę. Najpierw znajduje jakiś nośny temat, typu wycinka drzew, blokada jakiejś inwestycji czy eksmisja „biednego” lokatora. Później przybywa na miejsce, robi zdjęcia, wrzuca na socjale, krzyczy w eter, może nawet i napisze pismo do jakiegoś urzędu i… to by było na tyle. Daria znika, drzewa jak nie było, tak nie ma. To nie jest polityka, tylko tania szopka dla zasięgów. Kraków potrzebuje prezydenta, a nie influencerki, która myśli, że życie miasta to relacja na Instagramie – podsumowuje jeden z działaczy Nowej Lewicy. Daria Gosek-Popiołek w TVN24 ZOBACZ TAKŻE: Czyje interesy tak naprawdę reprezentuje posłanka Gosek-Popiołek? Kim jest kandydatka Nowej Lewicy? Gosek-Popiołek ma 41 lat. Pochodzi z Sosnowca, gdzie ukończyła Liceum Ogólnokształcące. Do Krakowa przyjechała na studia – ukończyła teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Później była kierowniczką „Klubu Jędruś” w Ośrodku Kultury w Nowej Hucie.   W 2016 została członkinią Partii Razem. W 2018 roku startowała w wyborach na prezydenta Krakowa i zdobyła… 1,38% głosów! Była też kandydatką do Rady Miasta Krakowa – zagłosowały na nią 1303 osoby. W 2019 roku uzyskała mandat posłanki na Sejm. Cztery lata później z powodzeniem ubiegała się o reelekcję. W październiku 2024 roku wystąpiła z Lewicy Razem i została prezeską stowarzyszenia „Ruch Wspólne Jutro”. ZOBACZ TAKŻE: „Doktor” Drewnicki postawi diagnozę i uleczy Kraków. „Jest najlepszy” [WYWIAD]

Więcej…

Prawda o „walce” o baseny w Krakowie. Wszystko, co musisz wiedzieć

Prawda o „walce” o baseny w Krakowie. Wszystko, co musisz wiedzieć

29 czerwca 2026 | 03:49

Kraków topi się w 37 stopniach, więc radna Agnieszka Łętocha (wiem, że nie znacie, ale istnieje naprawdę!) doznała politycznego olśnienia. Nie, nie przyjechała z projektem. Nie znalazła pieniędzy. Nie pokazała harmonogramu. Wpadła na coś znacznie prostszego. Napisała interpelację. Bo przecież nic tak nie chłodzi rozgrzanego miasta jak urzędowe pytanie. "Zapytam o baseny na Wiśle. Zapytam o nowe kąpieliska. Zapytam o całoroczne kompleksy." No genialne. Jeszcze można zapytać o metro do Tyńca, lotnisko na Bagrach i gondole nad Alejami. Pytanie kosztuje tyle co nic, a na Facebooku wygląda jak wielka walka o mieszkańców. Źródło: FB To jest właśnie najwyższa szkoła politycznej iluzji. Nic nie zbudować, niczego nie załatwić, ale stworzyć wrażenie, że właśnie ruszyła największa inwestycja od czasów Kopca Kościuszki. Berlin. Kopenhaga. Paryż. Oczywiście. Tam są baseny. Tylko jest jeden drobny szczegół – tam ktoś je po prostu wybudował. Nie ograniczył się do napisania posta z serii: "zapytam, czy może kiedyś ktoś coś." Interpelacja nie wbija pierwszej łopaty. Nie podpisuje umowy. Nie daje ani złotówki do budżetu. Jest za to świetnym materiałem na Facebooka, bo można sprawić wrażenie, że oto właśnie walczy się o przyszłość Krakowa. Najlepsze jest jednak to, że każdy, kto choć trochę zna realia miasta, wie, iż od facebookowego wpisu do pierwszej koparki jest mniej więcej taka odległość, jak od Zakrzówka do Malediwów. Ale nieważne. Liczy się zdjęcie. Liczy się wpis. Liczy się komentarz: "Brawo pani radna!" Bo może ktoś uwierzy, że skoro pyta o baseny, to już prawie je buduje. A za kilka miesięcy nikt nie będzie pamiętał, że jedyną rzeczą, która naprawdę powstała, był kolejny post na Facebooku. Dowód, że w Krakowie serio jest radna Łętocha / źródło BIP I teraz zupełnie serio. Potraficie wymienić choć jedną konkretną rzecz, która powstała dzięki działalności Łętochy? Jedną inwestycję? Jedno rozwiązanie, które realnie poprawiło życie krakowian? Jedno miejsce, które można pokazać i powiedzieć: "to jest jej robota"? Cisza? Za to facebookowych wpisów i interpelacji radnych nie brakuje. Co kilka dni kolejna lista życzeń, kolejne "pytam", kolejne "apeluję", kolejne "należy". Problem w tym, że od zadawania pytań nie przybywa ani jednego basenu, ani jednego kąpieliska, ani jednego metra ścieżki rowerowej. W polityce można być mistrzem pisania postów albo mistrzem dowożenia efektów. Na razie wygląda na to, że Facebook wygrywa z rzeczywistością. W Krakowie chyba powstała nowa dyscyplina polityczna: budowanie inwestycji z postów na Facebooku. Szkoda tylko, że mieszkańcy nie mogą się wykąpać w interpelacji, schłodzić komentarzami ani popływać w lajkach. Bo z tego wszystkiego właśnie tyle wynika.

Więcej…

„Grube misie” z Rybitw mogą zdecydować o wyniku wyborów. Kilku polityków już pogrążyli

„Grube misie” z Rybitw mogą zdecydować o wyniku wyborów. Kilku polityków już pogrążyli

26 czerwca 2026 | 07:54

Gdyby ściany krakowskich hal na Rybitwach potrafiły mówić, opowiedziałyby historię o politykach, którzy wchodzą tu jak do własnego ogrodu, a wychodzą z podkulonymi ogonami. Od nieudanej wizji „Nowego Miasta” Jerzego Muzyka po referendalną wpadkę Stanisława Mazura – Rybitwy stały się cmentarzyskiem wielkich ambicji. Teraz trwa trzecie podejście: kandydaci znów obiecują złote góry, desperacko szukając wsparcia u tych, których jeszcze przed chwilą próbowali spychać na margines miasta. W krakowskiej polityce istnieją miejsca, w których ważą się losy wyborów, choć próżno szukać ich na turystycznych mapach miasta. Jednym z takich punktów zapalnych są Rybitwy z całym przemysłowym zagłębiem. To tu, między halami przemysłowymi a ciężarówkami wjeżdżającymi w głąb miasta i kraju, bije serce krakowskiego biznesu. I to serce, które obecnie bije w rytmie wyborczego niepokoju. "Grube misie" i 30 tysięcy głosów Mówimy o miejscu, gdzie w pocie czoła pracuje około 30 tysięcy ludzi. To potężna armia. Nie tylko pracowników, ale i przedsiębiorców, wśród których nie brakuje „grubych misiów” lokalnego biznesu. To ludzie, którzy budują realną wartość, płacą podatki i – co najważniejsze dla kandydatów na prezydenta – posiadają głos, który potrafi zarówno wynieść polityka na szczyty, jak i pogrzebać go w czeluściach politycznego niebytu. Od kilku lat Rybitwy przypominają pole bitwy. Zaczęło się od wizjonerskich, lecz całkowicie oderwanych od realiów planów zastępców prezydenta Jacka Majchrowskiego: Elżbiety Koterby, a później Jerzego Muzyka. Ich wizja „Nowego Miasta” – szklanych wieżowców w miejscu, gdzie dziś tętni logistyka i produkcja – była w oczach przedsiębiorców wypowiedzeniem wojny. Polegli, bo zderzyli się z murem pragmatyzmu. Jedna z wizji "Nowego Miasta" Jerzemu Muzyka / wiz. UMK Lekcja, której nie wyciągnęli Wydawałoby się, że lekcja jest jasna: nie wchodzi się z butami w miejsce, które żywi miasto, nie mając dla niego propozycji wartości. A jednak, historia lubi się powtarzać. Niedawno podobny scenariusz spróbował przeforsować wiceprezydent Aleksandra Miszalskiego – Stanisław Mazur. I postanowił to zrobić tuż przed referendum. Jego manewr był podręcznikowym przykładem politycznego samobójstwa. Wzbudzenie irytacji w 30-tysięcznej grupie ludzi w tak newralgicznym momencie to wyczyn, który wymagałby nie lada „talentu” w dziedzinie tracenia sympatii wyborców. Protest przed magistratem Koterby, Muzyka, Majchrowskiego, Mazura i Miszalskiego już nie ma. Ale są inni, którzy chcą zająć ich miejsca. Czas obietnic i szukania pieniędzy Teraz jesteśmy w fazie, którą można nazwać „obchodami”. Kandydaci na prezydenta Krakowa pielgrzymują na Rybitwy jak do świątyni. Obiecują, zapewniają, słuchają. Albo przynajmniej udają, że słuchają. Cel tych wizyt jest podwójny i brutalnie szczery. Z jednej strony mamy walkę o głosy, które w skali Krakowa mogą przeważyć szalę zwycięstwa. Z drugiej strony, Rybitwy to także potężne zaplecze finansowe. Kampanie wyborcze są kosztowne, a w halach na Rybitwach kasa na plakaty, spoty i eventy jest czymś, co każdy kandydat chciałby mieć zabezpieczone. Do tego wystarczy wpłata na komitet danego "pielgrzyma". Potencjał, którego nie da się ignorować To, co dzieje się na Rybitwach, to doskonałe zwierciadło krakowskiej polityki: zderzenie marzeń urzędników o „wielkomiejskości” z twardą potrzebą stabilizacji tych, którzy na tę wielkomiejskość zarabiają. Potencjał terenu jest ogromny. To miejsce, które może być silnikiem napędowym miasta albo jego najcięższą kulą u nogi, jeśli politycy nie nauczą się z tamtejszym biznesem rozmawiać jak z partnerem, a nie jak z przeszkodą. Kandydaci, którzy dziś obiecują złote góry, powinni pamiętać o jednym: na Rybitwach ludzie znają wartość ciężko zarobionego pieniądza. I bardzo szybko wyczują, kto przyszedł tam z realną wizją, a kto tylko po to, by podpompować swój budżet wyborczy. ZOBACZ TAKŻE: „Doktor” Drewnicki postawi diagnozę i uleczy Kraków. „Jest najlepszy” [WYWIAD]

Więcej…

Czy musimy czekać na ofiarę śmiertelną, żeby ktoś w końcu się obudził?

Czy musimy czekać na ofiarę śmiertelną, żeby ktoś w końcu się obudził?

18 czerwca 2026 | 21:03

Dziś Kraków znów obiegła wstrząsająca wiadomość. Nie mówimy o statystykach, nie mówimy o „incydencie”. Mówimy o 12-miesięcznym dziecku, które zamiast bezpiecznie poznawać świat, trafiło do szpitala po ataku dzika. W miejscu, gdzie powinno być bezpiecznie. To nie jest nieszczęśliwy wypadek. To jest efekt wieloletniego, systemowego zaniedbania, które przykryto płaszczykiem pozornych działań i urzędniczego bełkotu. Krew na rękach urzędników Przez lata mieszkańcy alarmowali, błagali i siali popłoch, widząc lochy z warchlakami spacerujące między blokami czy żerujące na placach zabaw. A co dostaliśmy w odpowiedzi? Tabliczki z napisem „nie dokarmiać” i bezradne wzruszanie ramionami. Strategia miasta opiera się na nadziei, że dziki same wyjdą z betonowej dżungli, bo tak podpowiada im natura. To nie jest polityka miejska – to kapitulacja. Dzik / fot. Pixabay Władze Krakowa od lat bawią się w kotka i myszkę, stosując metody, które w starciu z inteligentnym i zdesperowanym zwierzęciem są po prostu śmieszne. To pudrowanie trupa, podczas gdy problem narastał wykładniczo. Mieszkańcy czują się zakładnikami we własnych osiedlach, bojąc się wyjść z psem czy wynieść śmieci po zmroku. Ekoterroryści w akcji Najbardziej irytująca w tym wszystkim jest narracja, którą forsują pseudoekolodzy i wszelkiej maści „obrońcy zwierząt” żyjący w bezpiecznych bańkach, z dala od realnego zagrożenia. Dla nich każdy sprzeciw wobec dzikich zwierząt w mieście to „atak na naturę”. Dla nich krzywda człowieka jest mniej istotna niż „dobrostan” zwierzęcia, które straciło instynkt lęku przed człowiekiem i stało się agresywnym szkodnikiem. To skrajna nieodpowiedzialność, którą nazywam wprost: ekoterroryzmem. Terroryzmem, który wymusza na władzach bierność z obawy przed gniewem internetowych aktywistów, mających więcej empatii dla dzika niż dla dziecka, które dziś leży w szpitalu. Czy musi dojść do tragedii? Ile jeszcze „incydentów” potrzebują urzędnicy, żeby zrozumieć, że miasto nie jest lasem? Czy naprawdę musimy czekać, aż w wiadomościach usłyszymy o tragedii, której nie da się już odwrócić? Kraków potrzebuje radykalnych działań, a nie kolejnych komisji i debat o „koegzystencji”. Potrzebujemy bezpiecznych przestrzeni, w których dzikie zwierzęta nie stanowią zagrożenia dla zdrowia i życia mieszkańców. Jeśli władze miasta nie potrafią zapewnić podstawowego bezpieczeństwa swoim obywatelom, to znaczy, że nie pełnią swojej funkcji. Bo kiedy na szali kładziemy życie 12-miesięcznego dziecka, wszelkie debaty o „naturze w mieście” powinny zostać natychmiast ucięte. ZOBACZ TAKŻE: Ujawnił prawdę o imigrantach w Krakowie. Teraz drży o własne życie [WYWIAD]

Więcej…

Wielka ściema Gibały? Ujawniamy, dlaczego wciąż udaje, że nie wie, czy wystartuje

Wielka ściema Gibały? Ujawniamy, dlaczego wciąż udaje, że nie wie, czy wystartuje

17 czerwca 2026 | 08:00

Cyrk, jaki Łukasz Gibała urządza wokół swojego startu w wyborach, to szczyt bezczelności albo marketingowy majstersztyk. Lider Krakowa dla Mieszkańców bawi się z mediami w kotka i myszkę, zachowując się jak księżniczka, która czeka na specjalne zaproszenie. Ale pod tą warstwą darmowego PR-u kryje się regularna wojna domowa. Wokół Gibały kręci się bowiem stado politycznych gołodupców, którzy błagają go o start, bo wiedzą, że jeśli Łukasz odpuści, oni zostaną natychmiast odcięci od finansowej kroplówki. Podczas gdy całe miasto z zapartym tchem śledzi ten polityczny melodramat, mało kto zauważa, jak bezwzględnie i cynicznie jesteśmy wszyscy rozgrywani. Zanim jednak prześwietlimy portfele jego doradców, warto zobaczyć, jak radny bezczelnie kosi konkurencję, nie robiąc kompletnie nic. Geniusz darmowej reklamy W polityce najgorsza jest cisza, a Gibała idealnie rozgrywa tę partię, oszczędzając przy tym mnóstwo sił i środków. Łukasz Gibała podczas konferencji prasowej / fot. Kanał Krakowski Gdyby dzisiaj oficjalnie ogłosił, że nie wystartuje, po dwóch dniach pies z kulawą nogą by o nim nie pamiętał, a uwaga mediów i wyborców natychmiast przeniosłaby się na innych kandydatów.  Gdyby z kolei ogłosił, że startuje, musiałby od razu wskoczyć w tryb morderczego, codziennego maratonu. Oznaczałoby to konieczność nieustannego produkowania nowych obietnic, organizowania konferencji prasowych i walki o zasięgi w social mediach, żeby tylko nie dać się przykryć konkurencji. A tak? Nie ogłosił niczego, więc wszyscy rozmawiają o tym, czy w ogóle wystartuje. Promocja kręci się sama, nazwisko nie schodzi z nagłówków, a kampania robi się za darmo. Wojna domowa na dworze lidera Za tą fasadą genialnej strategii medialnej kryje się jednak brutalna walka i potężne tarcie wewnątrz samego otoczenia Gibały. Na jego politycznym dworze zderzyły się ze sobą dwa obozy, które toczą bezwzględną wojnę o ucho i portfel szefa. Obóz Sceptyków: To ludzie, którzy uważają, że kolejny start nie ma głębszego sensu. Analizują wszysko na chłodno, widzą potężne koszty polityczne, o których zresztą szerzej pisaliśmy już na naszych łamach. Ich motywacją jest polityczny pragmatyzm. ZOBACZ TAKŻE: Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY] Obóz „Łukasz, musisz!”: To grupa, która naciska na start bez względu na koszty i logiczne argumenty. Przekonują Gibałę, że jest jedyną nadzieją miasta i bez niego całe miasto zginie. Kto naprawdę żyje z tej kampanii? Nazwijmy rzeczy po imieniu i bez owijania w bawełnę: w tym drugim, głośniejszym obozie rej wodzą zwykli polityczni gołodupcy, spece od wizerunku i brudnej roboty. To ludzie, których całe zawodowe i finansowe życie kręci się wyłącznie wokół robienia Gibale kampanii. Strona Gibały Dla nich jego start to nie kwestia idei, programu czy jakiejś wyższej wizji rozwoju Krakowa – to po prostu okres żniw i jedyna szansa na zarobek. Obsługa social mediów, PR, doradztwo polityczne i organizacja eventów kosztują, a Gibała ma z czego płacić. Jeśli szef powie „pas” i zostanie w domu, cały ten ród politycznych akolitów, byłych aktywistów i patodziennikarzy zostanie z dnia na dzień brutalnie odcięty od finansowej kroplówki. Dla nich brak startu Gibały oznacza natychmiastowe bezrobocie i finansowe bankructwo. Jaki będzie finał? Znamy ten scenariusz I tak to się właśnie kręci. Gibała waży swoje szanse, media karmią się niepewnością, a za kulisami trwa brutalne przeciąganie liny między rozsądkiem a interesem finansowym doradców. Nasz scenariusz zakłada jednak, że Gibała ostatecznie wystartuje! Dlaczego? Bo gdyby odpuścił, oznaczałoby to, że nagle zmądrzał i potrafi myśleć logicznie, a o to go przecież nie podejrzewamy. Jak to rozegra? Swój wielki start ogłosi dokładnie w tym samym momencie, w którym premier Donald Tusk oficjalnie poda datę wyborów. Wtedy Gibała wyjdzie do kamer i ze śmiertelną powagą ogłosi światu, że żaden z obecnych kandydatów nie spełnia jego wysokich oczekiwań, dlatego z bólem serca nie może poprzeć nikogo i musi wystartować sam. Dorzuci do tego łzawą opowieść o tym, jak to setki (a może i tysiące) krakowian błagały go na ulicach o ratunek. Gdyby wierzyć sondażom, Gibała właśnie jest w trakcie drugiej kadencji na stanowisku prezydenta Krakowa Na koniec ogłosi, że zebrał już potężny sztab ekspertów, który zaangażuje się w bezkompromisową naprawę Krakowa. A on, rzecz jasna, osobiście stanie na jego czele jako jedyny, sprawiedliwy zbawca. Kurtyna w górę, czekamy na premierę. ZOBACZ TAKŻE: Proszą, błagają, zagadują: „Łukasz, musisz!”. A on milczy

Więcej…

Politycy poszli po rozum do głowy! Wprowadzą Strefę Brudnego Transportu (SBT)

Politycy poszli po rozum do głowy! Wprowadzą Strefę Brudnego Transportu (SBT)

16 czerwca 2026 | 16:30

Kraków oszalał na punkcie spalin. W trwającej kampanii prezydenckiej kandydaci znaleźli genialny sposób na kupienie głosów: zamiast walczyć o czyste powietrze, prześcigają się w tym, kto skuteczniej zdemontuje Strefę Czystego Transportu. Doszło do takiego absurdu, że lada chwila głównym postulatem stanie się powołanie Strefy Brudnego Transportu. Im bardziej twój diesel kopci, tym głębiej wjedziesz w Rynek. Oto jak w imię słupków poparcia krakowscy politycy postanowili oficjalnie zalegalizować duszenie własnych mieszkańców. Nie odkryję Ameryki pisząc, że to Łukasz Franek wprowadzenie SCT wykopało Aleksandra Miszalskiego z urzędu. Bo choć powodów było kilka, to właśnie SCT stała się punktem zapalnym. Z najnowszych badań opinii publicznej nadal czarno na białym wychodzi, że SCT trzeba natychmiast wyrzucić do kosza, bo wyborcy nie chcą tego wynalazku. Mimo że – z tych samym badań wynika – zdecydowana większość ankietowanych nawet NIE ZNA założeń i zasad Strefy. Protest przeciwko SCT w Krakowie Ale skoro suweren woli kaszleć, niż wymieniać auto, to idący po władzę politycy błyskawicznie zwęszyli krew. W obliczu widma utraty poparcia lokalni liderzy doznali zbiorowej amnezji. Nowoczesny, europejski Kraków nagle postanowił ogłosić niepodległość od praw fizyki i biologii, a licytacja wsteczna osiągnęła poziom czystego absurdu. Festiwal populizmu, czyli powtórka z metra Sytuacja jest o tyle komiczna, że krakowska polityka od lat kręci się wokół jednej zasady: „obiecaj im dokładnie to, co akurat wyszło w sondażach”. Doskonale pamiętamy kampanię sprzed dwóch lat. Wtedy tematem przewodnim było metro. Z badań opinii wyszło wówczas, że krakowianie marzą o podziemnej kolejce. Efekt? W programie wyborczym każdego, absolutnie każdego poważnego kandydata pojawiła się obietnica natychmiastowego wbicia pierwszej łopaty pod stacje metra. Nieważne, że dany polityk prywatnie uważał ten projekt za ekonomiczne samobójstwo dla budżetu miasta – badanie pokazało, że lud chce metra, więc kandydat metro budował (w teorii). [O to, jak budować, by nie wybudować zapytajcie byłego wiceprezydenta Stanisława Mazura] Strefa Brudnego Transportu (SBT) Dziś mechanizm jest ten sam, tylko wektor się odwrócił. Wtedy obiecywano nam technologiczny skok w przyszłość, dziś obiecuje się nam powrót do głębokiego PRL-u. Skoro krakowianie SCT nie chcą, to trzeba dać im coś, co pokochają. Prawdziwym hitem nadchodzącej, przedterminowej kadencji ma być projekt autorski: Strefa Brudnego Transportu (SBT), która obejmie całe Stare Miasto. fot. Pixabay Zasady mają być proste, przejrzyste i radykalnie antyekologiczne: Bilet wstępu? Minimum 25 lat i brak katalizatora. Wjazd do centrum będzie dozwolony wyłącznie dla pojazdów, które przy odpalaniu generują chmurę czarnego dymu o objętości małego cumulonimbusa. Masz nowoczesną hybrydę? Płacisz frycowe albo zostawiasz auto pod Wieliczką. Punkty Premium za brak DPF. Właściciele Passatów z legendarnym silnikiem 1.9 TDI i uroczyście wyciętym filtrem cząstek stałych otrzymają darmowy abonament parkingowy pod samymi Sukiennicami oraz tytuł „Zasłużonego dla Tradycji Krakowa”. Aparaty tlenowe jako opcja. Dla zagranicznych turystów, którzy nie są przyzwyczajeni do powietrza o gęstości rzadkiego budyniu, miasto postawi specjalne budki. Za drobną opłatą będzie można w nich powąchać czysty tlen – choć kandydaci już teraz ostrzegają, że to burżuazyjny wymysł, który psuje lokalny mikroklimat. Świeże powietrze? A komu to potrzebne? Przepis na sukces wyborczy w Krakowie? Udawać, że płuca mieszkańców są zrobione z azbestu. Skoro badania pokazały, że nikomu ten ekologiczny luksus nie jest do szczęścia potrzebny, to po co przepłacać? Kandydaci niemal rzewnymi łzami płaczą w wywiadach nad losem „biednego studenta”, który nie dojedzie na uczelnię swoim pełnoletnim dieslem. To, że ten sam student po trzech latach oddychania tym koktajlem będzie potrzebował nowej transplantacji płuc, jakoś dziwnie umyka uwadze sztabów. Tlen / fot. Pixabay W ramach nowej polityki historyczno-smogowej planuje się również całkowitą likwidację rowerów w Krakowie. W końcu bezczelnie nie emitują spalin, poruszają się cicho i psują statystyki pyłów zawieszonych PM10, z których Kraków od lat słynie na całym świecie. Rowerzyści będą mogli legalnie poruszać się po mieście tylko pod warunkiem, że zamontują do ramy mały, spalinowy agregat prądotwórczy zasilany mazutem. Witamy w nowej rzeczywistości Pozostaje nam tylko z zapartym tchem (dosłownie i w przenośni) czekać na finał tego festiwalu. Niezależnie od tego, który z kandydatów wygra ten wyścig na dno, jedno jest pewne: krakowskie powietrze znowu odzyska swój dawny, przedziwny autorytet. Będzie miało swój niepowtarzalny smak, zapach i strukturę, którą zimą da się kroić nożem. A zwycięzca, tuż po zaprzysiężeniu, zdumiony sukcesem pojedzie do pracy klimatyzowaną, luksusową limuzyną, spełniającą najnowsze normy Euro 7. Na koszt podatnika, rzecz jasna, bo przecież ktoś musi wdychać to, co nowa władza nam ugotuje na wyraźne życzenie „suwerena”. ZOBACZ TAKŻE: Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

Więcej…

Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

15 czerwca 2026 | 18:02

Stanisław Mazur nie mógł tego wygrać, mógł tylko wybrać styl, w jakim spektakularnie wyleci z magistratu. Jako główny hamulcowy Krakowa i prowodyr paraliżu w kluczowych aspektach funkcjonowania miasta, był politycznym trupem, o czym doskonale wiedzieli i prezydent, i radni, i on sam. Zamiast jednak pakować kartony w ciszy, były wiceprezydent postanowił odpalić bombę atomową: przed samym referendum koncertowo zawalił metro, uziemił plan ogólny i rozwścieczył 20 tysięcy pracowników Klastra Rybitwy. To nie było samobójstwo, to był brutalny sabotaż na żywym organizmie miasta. Gdy krakowianie szykowali się do referendum w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego, Stanisław Mazur miał już pełną świadomość, że jego dni przy Placu Wszystkich Świętych są policzone. Scenariusz pisał się sam: gdyby mieszkańcy pogonili prezydenta, Mazur wyleciałby z automatu razem z całym gabinetem. Gdyby jednak referendum okazało się klapą i Miszalski utrzymał stołek, los jego zastępcy wcale nie byłby lepszy. Stanisław Mazur / fot. wikimedia Mazur nie był ofiarą pecha ani politycznych układów. Stał się głównym hamulcowym i prowodyrem gigantycznego zamieszania w strategicznych obszarach Krakowa. Prezydent doskonale o tym wiedział, a radni miejscy mówili o tym głośno od miesięcy. Z takim obciążeniem u boku Miszalski nie miał szans na nowy początek, dlatego dymisja Mazura tuż po głosowaniu była rzeczą oczywistą. W najlepszym wypadku pozwolono by mu „odejść na własnych warunkach”, żeby medialny komunikat wyglądał ładnie. Finał był jeden: Mazura i tak by nie było. Protokół „Maksymalne Wkurzenie” Skoro wyrok i tak zapadł, były wiceprezydent uznał najwyraźniej, że nie ma już nic do stracenia. Zamiast jednak gasić pożary i ratować resztki wizerunku szefa przed referendum, Mazur zachowywał się tak, jakby celowo odpalił protokół totalnej destrukcji. Na pierwszy ogień poszły legendarne już opóźnienia przy budowie metra. Projekt, który osobiście nadzorował, zamiast być flagowym sukcesem ekipy, stał się symbolem urzędniczej nieudolności i koncertowo kładzionych terminów. Jakby tego było mało, oliwy do ognia dolał całkowity paraliż związany z brakiem planu ogólnego oraz strategii rozwoju miasta. Kolejne kluczowe tematy, które leżały bezpośrednio na biurku wiceprezydenta, utknęły w martwym punkcie. Kraków stanął w rozkroku, a wściekli mieszkańcy i inwestorzy bezradnie patrzyli na urzędniczą niemoc człowieka, który miał pchać to miasto do przodu. Zamach na Rybitwy Gdy wydawało się, że bardziej krakowian przed samym referendum wkurzyć się już nie da, profesor Mazur postanowił postawić kropkę nad „i”. Na kilka dni przed kluczowym głosowaniem przeprowadził ostateczną, bolesną ofensywę, uderzając w żywy organizm gospodarczy miasta. Chodzi o Klaster Rybitwy. Działania wiceprezydenta doprowadziły do furii i postawiły na równe nogi bagatela – dwadzieścia tysięcy ludzi! Efekt? W dniach poprzedzających referendum, zamiast spokojnej kampanii, przed krakowskim magistratem rozegrały się dantejskie sceny. Oglądaliśmy wielkie, głośne i zdeterminowane protesty pracowników klastra, którzy z transparentami w rękach drżeli o swoje miejsca pracy i przyszłość firm. Mazur własnoręcznie wyprowadził na ulice zorganizowaną armię wściekłych obywateli, dając im jasny sygnał, jak głęboki i niebezpieczny jest paraliż decyzyjny w mieście. Jeśli to nie był świadomy, brutalny sabotaż własnego szefa, to był to najdziwniejszy i najbardziej destrukcyjny taniec wojenny w historii krakowskiego samorządu. Protest przed magistratem / fot. Klaster Rybitwy Mazur jako główny architekt tego bałaganu nie mógł wygrać. Odszedł jednak na własnych warunkach: z hukiem petard, dymem flar i okrzykami rozgoryczonych krakowian pod oknami gabinetu. Polityczny powrót żywego trupa? Najbardziej groteskowy w tym wszystkim jest fakt, że dziś – po tym całym festiwalu destrukcji – Mazur na poważnie zastanawia się nad… startem w wyborach na prezydenta Krakowa. Szanse? Okrągłe zero. Z jego dawnego, sondażowego poparcia sprzed dwóch lat nie zostało dziś absolutnie nic poza gigantycznym rozczarowaniem i długą listą zawiedzionych nadziei. Dlaczego więc w ogóle o tym myśli? Odpowiedź jest prozaiczna: były wiceprezydent po prostu nie ma dokąd wracać. Na Uniwersytecie Ekonomicznym, którego był rektorem, chyba nikt za nim nie płacze i nikt za bardzo nie tęskni. Odchodząc do polityki, spalił za sobą mosty, a krakowski magistrat bezlitośnie zweryfikował jego menedżerskie legendy. Mazur został z niczym. Bez realnego poparcia, bez powrotu na uczelnię i z łatką człowieka, który potrafi zamienić w kryzys nawet najprostszą urzędniczą procedurę. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY. Ten tajny dokument podpisano dwa dni przed referendum!

Więcej…

Otworzyła usta i zaliczyła brutalną wpadkę! Została bezlitośnie wypunktowana

Otworzyła usta i zaliczyła brutalną wpadkę! Została bezlitośnie wypunktowana

12 czerwca 2026 | 15:49

Rano głosują za podwyżkami, po południu płaczą w telewizji, że w mieście jest za drogo. Start kampanii prezydenckiej Darii Gosek-Popiołek w Krakowie to podręcznikowy pokaz bezczelności i robienia z ludzi idiotów. Kandydatka Lewicy z zatroskaną miną ogłasza walkę o tańsze życie pod Wawelem, udając, że jej partia nie siedzi przy krakowskim stole władzy i nie przyklepuje każdej podwyżki. Start kampanii prezydenckiej Darii Gosek-Popiołek to zupełnie nowy poziom bezczelności. To moment, w którym cynizm polityczny przestaje nawet udawać, że ma jakikolwiek szacunek do inteligencji wyborców. Kandydatka Nowej Lewicy otworzyła usta i z miejsca odpaliła protokół samozniszczenia, udowadniając, że w polityce pamięć złotej rybki to nie wada – to wymóg formalny. Cudowne objawienie w telewizyjnym studiu Oto w TVN24 objawia nam się nowa, sprawiedliwa obrończyni uciśnionych. Gosek-Popiołek z zatroskaną miną peroruje o koszmarnych kosztach życia pod Wawelem. Chce walczyć o tańsze bilety na tramwaje i autobusy, o tanie mieszkania na wynajem, o przestrzeń wolną od dyktatu deweloperów. Daria Gosek-Popiołek / fot. wikimedia No i wisienka na torcie: dramatyczny apel na platformie X o katastrofalnym stanie budżetu miasta. Kandydatka z furią uderza w Jacka Majchrowskiego (bo długi) i w Aleksandra Miszalskiego (bo zamiast ratować kasę, marzył o budowie toru wyścigowego). Problem w tym, że ta cała rewolucyjna narracja jest uszyta z tak grubych nici, że pękła przy pierwszym silniejszym podmuchu faktów. Krótka pamięć i długa lista grzechów Hipokryzja tej narracji jest tak gęsta, że można by ją kroić maczetą. Pani poseł zachowuje się tak, jakby jej formacja – Nowa Lewica – właśnie spadła z księżyca i nie miała nic wspólnego z tym, jak Kraków dziś wygląda. Niestety dla pani kandydatki, internet nie zapomina, a rzeczywistość brutalnie skrzeczy. Na ziemię sprowadzili ją komentatorzy z zupełnie różnych biegunów, co tylko dowodzi, jak jaskrawy jest to absurd. Piotr Bartosz (Ruch Narodowy) bezbłędnie punktuje: Kuriozalna sytuacja. Daria Gosek-Popiołek będzie walczyć o lepszy Kraków i tańsze bilety. Tylko jest problem: radni Nowej Lewicy w Krakowie głosowali za podwyżką cen biletów. źródło: X Patryk Salamon z LoveKraków.pl stawia kropkę nad i: Przecież to Lewica przez lata wspierała prezydenta Jacka Majchrowskiego, a później weszła w koalicję z prezydentem Aleksandrem Miszalskim. źródło: X Czujecie ten absurd? Bo to smród czystej, politycznej kpiny. Czy lewica rządzi, czy tylko podnosi rączki? Przypomnijmy, bo pani Gosek-Popiołek najwyraźniej cierpi na pomroczność jasną: Nowa Lewica ma w Radzie Miasta Krakowa czterech radnych. W obecnym układzie sił to nie jest margines – to języczek u wagi. Bez ich posłusznych głosów, bez ich podniesionych rączek, żadne podwyżki cen biletów ani inne finansowe baty na mieszkańców, na które tak narzekała parlamentarzystka w rozmowie w TVN24, by nie przeszły. Lewica w Krakowie nie jest w opozycji. Lewica w Krakowie współrządzi. Siedzi przy stoliku, bierze odpowiedzialność za decyzje. A potem wychodzi ich kandydatka i ze łzami w oczach mówi, że bilety są za drogie, a budżet pęka w szwach. Droga Pani Dario, te drogie bilety, na które Pani tak bardzo narzeka, to bezpośredni efekt polityki ludzi z Pani własnego podwórka. Mieszkańcy to nie kretyni Strategia na ten moment wygląda następująco: rano radni Lewicy głosują za drenażem kieszeni Krakusów, a po południu Gosek-Popiołek pisze tweeta, że w mieście żyje się za drogo. Czy ona naprawdę ma mieszkańców Krakowa za kompletnych idiotów? Za bezmózgie istoty, które nie potrafią połączyć kropek i sprawdzić wyników głosowań w BIP-ie? Używanie haseł o „mieście dla mieszkańców, nie dla deweloperów” w ustach przedstawicielki partii, która od lat współrządzi Krakowem, to szczyt bezczelności, festiwal pogrążania się i obnażanie własnej niewiarygodności. Mieszkańcy Krakowa mogą być zmęczeni, mogą być wściekli na władzę, ale na pewno nie są głupi. I przy urnach wyborczych mogą pani kandydatce bardzo szybko przypomnieć, jak kończy się robienie z ludzi kretynów. ZOBACZ TAKŻE: Kłopoty kandydatki na prezydenta Krakowa. Sprawa trafiła do prokuratury

Więcej…

Zwrot akcji w Krakowie! Gibała NIE WYSTARTUJE w wyborach? Znamy powód!

Zwrot akcji w Krakowie! Gibała NIE WYSTARTUJE w wyborach? Znamy powód!

11 czerwca 2026 | 12:01

Referendalne trzęsienie ziemi w Krakowie miało jednego reżysera, ale finał okazał się dla niego politycznym dramatem. Choć Aleksander Miszalski stracił fotel, to Łukasz Gibała utopił miliony w biznesplanie, który właśnie spalił na panewce. Czy krakowski milioner zwinie żagle, schowa się za plecami politycznych figurantów i przeczeka dwa lata, byle tylko nie firnować twarzą nadchodzącego chaosu? Gra o Kraków wchodzi w fazę bezwzględnych kalkulacji i kuluarowych „zakupów”. Nie Aleksander Miszalski jest największym przegranym referendum. Najgorzej na tym interesie wypadł bowiem na razie Łukasz Gibała, który znów zainwestował pieniądze w niepewny wynik, i znów nie udało mu się zrealizować założonego biznesplanu. Stawiam więc tezę, że nie wystartuje on w tych wyborach. Ale kasa znów popłynie szerokim strumieniem, przemysł pogardy będzie działał dalej, a Gibała powróci w następnych wyborach. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Nie bez przyczyny w ostatnim wywiadzie Łukasz Gibała zapowiedział, że uważnie przygląda się kandydatom na urząd prezydenta miasta Krakowa, i że rozważy poparcie któregoś kandydata obywatelskiego zamiast własnego startu w wyborach. Nie bez przyczyny również zgłosił chęć kandydowania Jan Hoffman, inicjator akcji referendalnej. To wszystko z powodu przegranej Gibały w referendum. Misterny plan, który spalił na panewce Plan był prosty – odwołać prezydenta Miszalskiego, ale i – uwaga! – Radę Miasta Krakowa. Rękami „obywatelskiego” i „oddolnego” ruchu społecznego doprowadzamy do referendum i odwołujemy obydwa organy. Czemu? Bo wtedy w przyspieszonych wyborach prezydenckich startuje (i wygrywa) Gibała, zaś w wyborach do rady miasta z ław znika większość radnych rządzącej w tej chwili koalicji KO-Lewica, zaś w ich miejsce zasiada więcej radnych od Gibały i… reprezentacja Konfederacji (na co wskazywały sondaże). Wtedy układ sił zmienia się diametralnie, Gibała jako prezydent ma szansę rozgrywać swoje interesy w radzie – czy to w formalnej koalicji (swoich radnych z PiS-em i Konfederacją), czy to w doraźnych sojuszach. To nie jest tak nierealne, jakby mogło wydawać się na pierwszy rzut oka… Klęska propagandy Tymczasem plan nie wypalił. O ile udało się zohydzić ludziom Miszalskiego, i gnani głównie emocjami zagłosowali oni przeciw niemu, o tyle do odwołania Rady Miasta Krakowa zabrakło głosów. Nacisk propaganda Gibały kładła głównie na Miszalskiego, licząc, że to niejako oczywiste, że odium zawiedzionych nadziei spadnie też na radnych. No i zdarzył się klops. Rada Miasta Krakowa / fot. Łukasz Michalik Rządzenie z taką radą, w tym kształcie, tak naprawdę będzie możliwe tylko dla prezydenta z KO lub Lewicy, albo prezydenta prawie całkowicie bezwolnego wobec radnych mających większość. W żadnym z tych układów, ze względów oczywistych, nie ma Gibały. Po prostu łatwo byłoby mu powiedzieć na koniec tej skróconej kadencji: "Jesteś nieudacznikiem, nic nie zrealizowałeś, po co mamy cię wybierać dalej?" Przeczekać kryzys Jaką zatem korzyść będzie miał Gibała nie startując? Albo wygra ktoś, kto będzie rządził z opozycyjną radą miasta – czyli de facto będą to pozorne rządy, bo rada będzie stawać okoniem, i nie pozwoli na realizację programu wyborczego takiego prezydenta. Wtedy propaganda opłacana z milionów Gibały spowoduje, że mieszkańcy znów będą przekonani, że nie warto stawiać na takiego konia. I w następnych wyborach już na pewno zagłosują na Gibałę. Jeśli we wrześniu wygra Monika Piątkowska (lub – w co nie wierzę – Daria Gosek-Popiołek), a więc prezydentem zostanie kandydatka z poparciem KO – narracja tub propagandowych Gibały niewiele się zmieni: nic nie zrobiła przez dwa lata, nie zdążyła zrealizować swojego programu, jest nieudolna, a na dodatek jest koleżanką, tfu!, Miszalskiego, i spadkiem po Majchrowskim. Wtedy czas głosować na Gibałę. Monika Piątkowska Czy wygra popierany przez Gibałę Jan Hoffman? Nie, choć według niego będzie najlepszym kandydatem, ale złowrogie siły nie pozwolą na to zwycięstwo. I w ten sposób, spektakl Gibały potrwa jeszcze dwa lata. Jeszcze dwa lata z Krowoderską, Jaśką i pomniejszymi akolitami krakowskiego milionera z długami. Wreszcie do zwycięstwa. Ryzykowna gra o zaufanie mieszkańców W całym tym moim pomyśle jest tylko jeden słaby punkt, który musi Gibała rozważyć. Jest ryzyko, że jednak przez dwa lata mieszkańcy docenią pomysły, energię i podejście do spraw miasta nowego włodarza i będą chcieli na nią lub na niego, zagłosować ponownie.  Ale, z drugiej strony… kto się spodziewał, że mając duże pieniądze można doprowadzić do odwołania urzędującego prezydenta Krakowa? Jak do tej pory tylko na Jacku Majchrowskim Łukasz Gibała łamał po wielokroć zęby. Jacek Majchowski i Aleksander Miszalski . fot UMK Czas wielkich zakupów? A może całkowicie się mylę i Gibała już buduje koalicję? Może właśnie to krygowanie się: „nie wiem czy wystartuję, dajcie mi kilka tygodni na podjęcie decyzji”, to tak naprawdę czas „zakupów” Łukasza Gibały? Może właśnie toczy rozmowy z radnymi i sprawdza, kto opuści swój klub i w zamian za obiecane profity pozwoli Gibale rządzić niepodzielnie przez najbliższe lata. Wtedy zrozumiałe byłoby zwlekanie z ogłaszaniem decyzji. I cała nadzieja w tym, że radni Krakowa mają mocne kręgosłupy, niezbyt głębokie kieszenie i lustra w łazienkach. Wtedy będą to pierwsze wybory bez Gibały od lat. ZOBACZ TAKŻE: Schudł ponad 20 kg, ale żona i tak nie ma z nim lekko. Kandydat PiS zdradza swoje sekrety [WYWIAD]

Więcej…

Rycerz na białym koniu czy żaba na talerzu? Wielka fuzja krakowskich szpitali

Rycerz na białym koniu czy żaba na talerzu? Wielka fuzja krakowskich szpitali

09 czerwca 2026 | 22:35

W krakowskiej służbie zdrowia ma dojść do ślubu stulecia: zadłużony po uszy Szpital Narutowicza ma zostać uratowany przez Szpital Wojskowy, który wjeżdża do gry na białym koniu z logo MON. Dyrekcja tej placówki właśnie pokazała krakowskim radnym slajdy bezlitośnie punktujące nędzę miejskiej placówki. Problem w tym, że w tym całym pokazie zabrakło jednego kluczowego wykresu: stanu konta samego „wybawcy”. Czy krakowianie naprawdę witają rycerza w lśniącej zbroi, czy raczej szykują się do przełknięcia gigantycznej, kosztownej żaby? Kiedy nad Szpitalem Miejskim im. Gabriela Narutowicza zaczęły gęstnieć czarne chmury, a widmo milionowego długu zaczęło zaglądać w oczy pacjentom i personelowi, z odsieczą ruszyło Ministerstwo Obrony Narodowej. Scenariusz niemal filmowy: oto na horyzoncie pojawia się Wojskowy Szpital Kliniczny. Przyjeżdża na białym koniu, w lśniącej zbroi, i rzuca hasło: „Ratujemy miejską placówkę!”. Publiczność bije brawo, urzędnicy oddychają z ulgą. Rzeź na slajdach, czyli jak umiera „Narutowicz” We wtorek podczas posiedzenia komisji zdrowia dyrektor przedstawił prezentację, która miała ostatecznie zamknąć dyskusję i przygotować nas na ten medyczny mariaż. Trzeba przyznać, że slajdy były bezlitosne. Słabości Szpitala Narutowicza zostały wypunktowane z chirurgiczną precyzją: finansowa zapaść i brak perspektyw na samodzielne wygrzebanie się z gigantycznego dołka. "Narutowicz" Liczby krzyczały z ekranu, pokazując stan pacjenta (czyt. szpitala miejskiego) jako skrajnie krytyczny. Prezentacja była tak przekonująca, że chyba każdy na sali poczuł głęboką wdzięczność do wojskowego wybawcy. Tajemnica wojskowa: Co ukrywa wielki wybawca? Ale w tym całym fuzyjnym entuzjazmie, gdzieś pomiędzy jednym a drugim efektownym wykresem, umknął nam jeden mały, wręcz mikroskopijny szczegół. Mianowicie: ile długu ma sam Szpital Wojskowy? To doprawdy fascynujące. O słabościach „Narutowicza” wiemy już wszystko – znamy każdą przeterminowaną fakturę i wiemy, ile kosztuje praczka. Tymczasem stan finansów wojskowego „wybawcy” pozostaje owiany nimbem tajemnicy państwowej. Wojskowy Szpital Kliniczny / fot. wikimedia Czy to nie urocze? Zamiast transparentnego bilansu zysków i strat dwóch podmiotów, otrzymujemy narrację o potężnym MON-ie, który sypnie groszem, bo przecież wojsko zawsze ma pieniądze. Matematyczny cud: Dwa minusy mają dać plus? A co, jeśli rzeczywistość jest znacznie bardziej prozaiczna? Co, jeśli zamiast brawurowej akcji ratunkowej mamy do czynienia z klasycznym scenariuszem, w którym jeden zadłużony szpital próbuje połknąć drugi zadłużony szpital, licząc na to, że dwa minusy w jakiś magiczny sposób dadzą plus? W polskim systemie ochrony zdrowia, gdzie pod kreską jest niemal każdy, takie „cuda nad księgami” nie byłyby przecież nowością. "Narutowicz" Wszyscy chcemy wierzyć w bajki. Chcemy wierzyć, że Szpital Wojskowy to bezinteresowny rycerz, który weźmie na swoje barki miejską biedę, zmodernizuje oddziały i zapewni krakowianom opiekę na najwyższym poziomie. Jednak dopóki dyrekcja nie pokaże pełnych danych finansowych obu stron, mamy pełne prawo zachować zdroworozsądkowy sceptycyzm. Menu na koszt pacjenta. Czas przełknąć tę żabę Bo na razie, patrząc na tę całą fuzję, trudno oprzeć się wrażeniu, że zamiast pięknego księcia z bajki, na stole ląduje potrawa zgoła odmienna. I zamiast podziwiać rycerza na białym koniu, mieszkańcy Krakowa mogą wkrótce stanąć przed koniecznością przełknięcia bardzo dużej, wyjątkowo gorzkiej i – co gorsza – niezwykle kosztownej żaby. Slajdy o Narutowiczu były świetne. A teraz poprosimy o drugą część prezentacji. Czas pokazać „kieszenie” Szpitala Wojskowego. ZOBACZ TAKŻE: Czy wojsko przejmie miejski szpital i cenne nieruchomości w centrum Krakowa?!

Więcej…

Czyje interesy tak naprawdę reprezentuje posłanka Gosek-Popiołek?

Czyje interesy tak naprawdę reprezentuje posłanka Gosek-Popiołek?

09 czerwca 2026 | 08:26

Czy posłanka Daria Gosek-Popiołek bierze łapówki?! Tak, zadajemy to pytanie publicznie. I od razu odpowiadamy: to prokuratura powinna wyjaśnić tę sprawę! I nie, nie mamy absolutnie żadnych dowodów na to, że ktokolwiek wręczał pani poseł koperty pod stołem. Posługujemy się tą bezczelną figurą retoryczną tylko dlatego, że sama pani poseł uprawia na co dzień dokładnie takie samo sku*wysyństwo. Bo czym to, co przed chwilą napisaliśmy, różni się od „metod śledczych” pani parlamentarzystki? Gosek-Popiołek w swoich dramatycznych wypowiedziach medialnych i wpisach na Facebooku sugeruje, że m.in. były prezydent Jacek Majchrowski oraz aktor Marek Kondrat „mają DOSTAĆ” lokale w inwestycji Miastoprojektu. źródło: FB Dopytywana przytomnie przez internautkę, czy „dostaną je za darmo, czy po prostu legalnie kupili”, pani poseł odpisała rozbrajająco: Tego nie wiemy. Liczę, że ta sprawa zostanie wyjaśniona przez prokuraturę. źródło: FB No więc pytamy w tym samym tonie: czy Gosek-Popiołek brała w łapę od przedsiębiorców? Tego nie wiemy. Ale głęboko liczymy, że tę sprawę również wyjaśni prokuratura! Brzmi czysto i uczciwie? No nie, to jest po prostu czyste sku*wysyństwo. Osiedlowy populizm Gosek-Popiołek nie jest przecież anonimową, osiedlową patoaktywistką, która próbuje wybić się na wielkich nazwiskach, żeby dorwać się do rady miasta dla 3000 złotych diety. To poseł na Sejm RP. Reprezentuje mieszkańców, ma określone przywileje, ale i obowiązki, chroni ją immunitet. Od kogoś takiego wymaga się powagi, a nie rzucania błotem w mediach czy internecie na zasadzie „coś tam chlapnę, a wy się tłumaczcie”. Wizytówka Gosek-Popiołek na stronie Sejmu RP Zresztą, pani poseł od miesięcy kręci swoją polityczną kampanię na Miastoprojekcie, brylując w świetle reflektorów w towarzystwie kilku nikomu nieznanych, skrajnie lewicujących patoaktywistów. Tylko że w tych jej rozpaczliwych akcjach zupełnie nie chodzi o dobro miasta, o merytoryczne załatwienie sprawy czy pomoc komukolwiek. Jej chodzi wyłącznie o to, żeby robić dym. O to, żeby było głośno. Wyczuła w tym czysty polityczny interes. I tego akurat prokuratura wyjaśniać nie musi. To wiemy sami. Krakowska szkoła robienia zadymy Skąd ta pewność? Ano stąd, że – jak ustaliliśmy – Gosek-Popiołek dostała oficjalne zaproszenie od Miastoprojektu. Prezesi spółki chcieli usiąść do stołu, porozmawiać, odpowiedzieć na nurtujące panią poseł pytania. Czy udałoby się im wyjaśnić wszelkie sporne i kontrowersyjne kwestie? Tego nie wiemy. Ale nie wie tego również sama pani poseł. Bo jak Gosek-Popiołek zareagowała na zaproszenie do rozmowy? Otóż… całkowicie je zignorowała. Lewicująca parlamentarzystka ma głęboko gdzieś, co druga strona ma do powiedzenia. Fakty i argumenty mogłyby przecież zepsuć całą narrację o „złym deweloperze”. Budynek Miastoprojektu | Widok od ul. Kraszewskiego / Zdjęcie archiwalne Ona nie jest zainteresowana dialogiem, ona jest zainteresowana wyłącznie zadymą. Najlepszym dowodem jest to, że na zaproszenie na spotkanie miała odpowiedzieć, że na żadne rozmowy nie przyjdzie, ale za to chętnie wpadnie przed siedzibę spółki – oczywiście z grupą swoich patoaktywistów – żeby zrobić kolejny głośny protest pod publiczkę. Bo po co rozmawiać i rozwiązywać problemy, skoro można rzucać oskarżeniami, robić zasięgi na Facebooku i udawać obrońcę uciśnionych? Paranoja. Zresztą, po co szukać daleko – sami próbowaliśmy porozmawiać z panią poseł. Chcieliśmy, żeby po prostu wyjaśniła nam, o co dokładnie chodzi w tej całej awanturze i jakie ma dowody na swoje rewelacje. Efekt? Podobny, jak w przypadku innych: brak odpowiedzi. Jeśli więc pani poseł naprawdę zamierza iść w zaparte i zamiast merytorycznej rozmowy z przedsiębiorcami woli urządzić uliczny cyrk, to kolejny raz się potwierdza, że nie reprezentuje mieszkańców, ale szkołę krakowskiego patoaktywizmu: zero faktów, zero chęci dialogu, za to maksimum krzyku, manipulacji i ordynarnego dymu. Czekamy więc na protest. Randkowy komunizm na Kazimierzu Zamiłowanie pani poseł do ulicznych inscenizacji doskonale widać przy okazji awantury wokół Erszewerii na Kazimierzu. To kolejny punkt na mapie Krakowa, gdzie Gosek-Popiołek zwęszyła szansę na parę punktów w sondażach, stając na czele komitetu obrony gastronomii. Narracja jest prosta: wielki dramat, eksmisja, niszczenie tradycji! Głównym „merytorycznym” argumentem obrońców lokalu stał się fakt, że obecni właściciele prowadzą knajpę od 18 lat, ta zdążyła się już wpisać w klimat Krakowa, a zakochani krakowianie chodzą tam na randki. Szkoda tylko, że w tym całym rewolucyjnym i romantycznym zgiełku pani parlamentarzystka zapomniała wspomnieć o jednym drobnym szczególe – realiach finansowych. Jak donoszą media, knajpa przez lata funkcjonowała w realiach, o których zwykły śmiertelnik może tylko pomarzyć, płacąc za najem kwoty absolutnie śmieszne. Argument o randkach i osiemnastu latach tradycji jest doprawdy rozczulający, ale w brutalnym świecie ekonomii ma wagę zeszłorocznego śniegu. Kiedyś ludzkość pisała na papirusie, turyści spali w hotelu Cracovia, a pod Wawelem ryczał smok. Czasy się jednak zmieniają, a  sentymentami nie opłaci się rachunków za prąd. Eszeweria na Kazimierzu To fascynujący fikołek logiczny w wykonaniu parlamentarzystki, która na sztandarach niesie walkę z wyzyskiem i wielkim kapitałem. Okazuje się, że wolny rynek i uczciwe zasady są dobre tylko wtedy, gdy można nimi okładać politycznych przeciwników. Kiedy jednak trzeba bronić biznesu (czyt. "popularnej knajpy", na której można zbić polityczny kapitał), socjalistyczne ideały natychmiast ustępują miejsca obronie prawa do żerowania na cudzej własności. No ale skąd pani poseł ma wiedzieć, jak działają realia rynkowe i koszty prowadzenia działalności? Jej własna, polityczna kariera jest od lat dotowana ze środków wypracowanych przez prawdziwych przedsiębiorców i ciężko pracujących ludzi. Sama Gosek-Popiołek wielkiego biznesu nigdy w życiu nie zrobiła i – jak widać po jej „gospodarczych” postulatach – do zarabiania pieniędzy i rozumienia praw rynku po prostu nie ma daru. Oszczędności Gosek-Popiołek w 2020 roku, zanim została posłem Czas na wyciągi z kont posłanki A na koniec kilka pytań w stylu "metod śledczych" krakowskiej parlamentarzystki. Od kogo Gosek-Popiołek kupiła mieszkanie? A może je dostała?  Kto wspierał jej kampanię wyborczą do Sejmu?  Ile wpłacili na nią deweloperzy, a ile przedstawiciele branży alkoholowej? Skoro pani poseł uważa, że rzucanie niepodpartych dowodami podejrzeń i zasłanianie się formułką „liczę na wyjaśnienie sprawy” to standard godny parlamentarzysty, pójdźmy tą drogą do końca. Czas rzucić snop światła na finansowanie kampanii (tej do Sejmu i tej teraz, na prezydenta Krakowa) pani poseł. Kto tak naprawdę stoi za plecami pani poseł, gdy ta krzyczy przez megafon na ulicznych protestach?  Czyje interesy są zabezpieczane, gdy uwaga opinii publicznej zostaje celowo odwrócona od innych, kluczowych dla Krakowa inwestycji? Warto głośno zapytać o powiązania towarzysko-biznesowe, które rodzą się na styku skrajnie lewicowej posłanki, miejskich aktywistów i niektócyh przedsiębiorców. Skąd pochodzą fundacje i granty finansujące organizacje, z którymi Gosek-Popiołek ramię w ramię blokuje rozwój krakowskiej przedsiębiorczości? Tego przecież też „nie wiemy”. Ale skoro brak wiedzy jest dla pani poseł wystarczającym powodem do medialnego linczu, to opinia publiczna ma pełne prawo domagać się prześwietlenia każdego zakamarka jej działalności politycznej. Czekamy na pełną jawność, faktury, wyciągi z kont, wyłożenia na stół reklamówek z pieniędzmi i rejestry wpłat. Skoro prokuratura ma badać legalne transakcje zakupu lokali przez znane postacie, to niech przy okazji sprawdzi, czy bezkompromisowość pani poseł nie jest jedynie opłaconym, politycznym teatrem na zamówienie. ZOBACZ TAKŻE: Kłopoty kandydatki na prezydenta Krakowa. Sprawa trafiła do prokuratury

Więcej…

Głupi jak profesor. Dlaczego Kraków musi wreszcie dorosnąć

Głupi jak profesor. Dlaczego Kraków musi wreszcie dorosnąć

07 czerwca 2026 | 16:51

Karty zostały wyłożone na stół. Znamy już większość kandydatów, którzy chcą zasiąść w fotelu prezydenta Krakowa. W poniedziałek poznamy jeszcze kandydata Koalicji Obywatelskiej i to by było na tyle. Można odetchnąć. Można poczuć ulgę. Ulgę, bo wreszcie kończy się ten nudny jak flaki z olejem spektakl pod tytułem: „Szukamy profesora”, który serwowały nam obie największe partie: i PiS, i KO. Tak zwana krakowska inteligencja, samozwańcze elity i cały ten lokalny, napuszony „Krakówek” miały jeden punkt honoru. Wystawiać w boju o prezydenturę PROFESORA. Jakby zarządzanie milionowym miastem wymagało znajomości fizyki kwantowej albo łaciny klasycznej. Czas powiedzieć to głośno, bez dyplomatycznego owijania w bawełnę: dziś ten cały profesorski tytuł jest g*wno wart. Głupi jak profesor Czy papier z uczelni naprawdę świadczy o życiowej mądrości? Błagam. Zapytajcie w samym środowisku akademickim – oczywiście na boku, przy kawie, kiedy nikt nie słucha. Liczba profesorów, którzy potrafią się zgubić we własnym instytucie albo wykazują się totalnym brakiem życiowego "ogaru", jest porażająca. Tytuły naukowe w XXI wieku kompletnie straciły swoją dawną magię. Stały się elementem korporacyjnej drabinki na uczelniach, a nie dowodem na to, że ktoś rozumie świat i ludzi. Zresztą, spójrzmy na polskie podwórko profesorskie. Czy sam tytuł automatycznie oznacza autorytet dla każdego z nas? Weźmy dwa zupełnie skrajne, a jakże kontrowersyjne przykłady. Prof. Jan Hartman to filozof i były wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, człowiek z profesorskim tytułem, znany głównie z łamania akademickich tabu i prowokacyjnych wpisów publicystycznych, choćby tych dotyczących etyki relacji rodzinnych, które regularnie wywołują powszechne oburzenie. Jan Hartman podczas Marszu Ateistów / dot. wikimedia Z kolei prof. Bogdan Chazan to znany ginekolog i położnik, kolejny profesor, którego działalność i decyzje związane z powoływaniem się na klauzulę sumienia wielokrotnie wywoływały potężną burzę w debacie publicznej i głęboko dzieliły Polaków. Obaj mają przed nazwiskiem to magiczne „prof.”, a dla połowy kraju ich wypowiedzi czy decyzje są zaprzeczeniem jakiejkolwiek mądrości. Profesorem jest też były wiceprezydent Krakowa Stanisław Mazur, były rektor Uniwersytetu Ekonomicznego. I jak go dzisiaj oceniacie? No właśnie. Spuśćmy zasłonę milczenia. Filozof po podstawówce? Zejdźmy szczebel niżej, czyli do doktorów. Pamiętacie jeszcze Aleksandra Miszalskiego? Ten były już prezydent ma przed nazwiskiem tytuł doktora. I co z tego? Krakowanie szybko podziękowali mu za współpracę i go odwołali twierdząc, że jego doktorat nie przełożył się na genialne zarządzanie miastem. A Łukasz Gibała? Kolejny doktor, tym razem nauk humanistycznych w zakresie filozofii. Człowiek z tytułem, który – jak powszechnie wiadomo – potrafił zadłużyć swoją firmę na ponad 230 milionów złotych! Doktor Łukasz Gibała, filozof / fot. Łukasz Michalik Z Gibałą mam zresztą osobiste wspomnienie z czasów, kiedy jeszcze ze sobą rozmawialiśmy, a on potrafił odpowiedzieć na zwykłe „dzień dobry”. Przysięgam Wam, że po żadnej z tych rozmów w życiu bym nie zgadł, że ten człowiek skończył coś więcej niż podstawówkę. Zresztą, oglądając jego medialne występy czy popisy na sesjach Rady Miasta, ten wielki doktorat też jakoś dziwnie znika w mrokach dziejów. Zamiast głębi dostajemy tanie, populistyczne hasełka. Rzucili studia, rządzą światem Skąd w nas to naiwne przekonanie, że stopień naukowy automatycznie oznacza talent do rządzenia? Zróbmy szybki test rzeczywistości i spójrzmy na listę stu najbogatszych Polaków albo na listę najbogatszych ludzi na świecie. Czy królują tam profesorowie uniwersyteccy? Nie. Co rusz spotykamy tam ludzi bez żadnych tytułów, a często nawet takich, którzy rzucili studia w cholerę, jak choćby Bill Gates czy Mark Zuckerberg. Bill Gates / fot. wikimedia Bo do zarządzania wielomiliardowym budżetem, negocjacji z deweloperami i walki o fundusze unijne potrzebna jest inteligencja praktyczna, charyzma i twardy tyłek. Potrzebny jest instynkt sprawnego menedżera, a nie umiejętność pisania przypisów dolnych w pięciusetstronicowej monografii, której i tak nikt nigdy nie przeczyta. Tytuł naukowy to jedynie fajny dodatek na wizytówce, który ładnie wygląda na zaproszeniach na rauty, ale jego wpływ na rzeczywiste umiejętności przywódcze jest po prostu żaden. Profesor, brunet czy łysy? Żebyśmy się dobrze zrozumieli: w tym moim pisaniu wcale nie chodzi o to, że każdy profesor to zło wcielone, a brak dyplomu automatycznie czyni z kogoś geniusza. Profesor może być wybitnym specjalistą w swojej wąskiej dziedzinie, może być też człowiekiem prawym albo kompletnym bucem – dokładnie tak samo, jak każdy z nas. Chodzi o coś zupełnie innego. Tytuł naukowy w walce o fotel prezydenta Krakowa nie ma dziś absolutnie żadnego znaczenia. Ma dokładnie taką samą wartość i wagę przy zarządzaniu miastem jak to, czy przyszły prezydent będzie blondynem, brunetem, facetem całkowicie łysym czy siwym. To jest cecha czysto estetyczna, fasadowa, która w żaden sposób nie wpływa na to, jak sprawnie będą czyszczone krakowskie ulice i czy miasto udźwignie ciężar kolejnych inwestycji. Kraków musi wreszcie przestać ekscytować się uniwersyteckimi piórkami. Czas zacząć oceniać ludzi za to, co potrafią zrobić, a nie za to, co mają wpisane przed nazwiskiem. ZOBACZ TAKŻE: „To obrzydliwe”. Kulisy politycznego piekła w Krakowie wyszły na jaw! [WYWIAD]

Więcej…

Wysyp kandydatów po „promil poparcia”. Po co właściwie startują? [7 POWODÓW]

Wysyp kandydatów po „promil poparcia”. Po co właściwie startują? [7 POWODÓW]

02 czerwca 2026 | 12:23

W Krakowie ruszyła giełda nazwisk. Oficjalne i nieoficjalne zgłoszenia kandydatów na prezydenta miasta sypią się jak z rękawa. Obok poważnych graczy z poparciem wielkich partii czy znanych lokalnych komitetów, na liście tradycyjnie pojawia się cała plejada postaci, o których większość krakowian nigdy nie słyszała. W kuluarach nikt nie ma złudzeń – wielu z nich walczy o wynik w granicach błędu statystycznego, a zebranie wymaganych podpisów będzie dla nich sufitem, a nie podłogą. Po co więc wkładać tyle wysiłku w kampanię, która z góry skazana jest na wyborczą porażkę? Oto 7 najczęstszych powodów, dla których „egzotyczni” kandydaci decydują się na start. 1. Budowanie nazwiska na przyszłość Dla wielu młodych lub mniej znanych lokalnych działaczy start w wyborach prezydenckich to najszybszy kurs rozpoznawalności. Nawet jeśli zdobędą 0,5% głosów, ich twarz pojawi się na plakatach, a nazwisko w lokalnych mediach. To idealny kapitał początkowy pod jesienne wybory parlamentarne albo kolejną kampanię do Rady Miasta. 2. Narcyzm i polityczne ego Polityka przyciąga ludzi o specyficznej konstrukcji psychicznej. Dla niektórych sama świadomość, że ich nazwisko znajdzie się na oficjalnej karcie do głosowania obok najważniejszych osób w mieście, to gigantyczny zastrzyk dopaminy i realizacja życiowego kaprysu. 3. Presja i interesy niszowych partii Małe, marginalne ugrupowania (od skrajnej lewicy po skrajną prawicę) muszą pokazywać, że żyją. Jeśli partia nie wystawi kandydata w tak prestiżowym mieście jak Kraków, wysyła sygnał, że nie istnieje. Kandydat startuje więc „z partyjnego obowiązku”, by zaznaczyć obecność flagi na mapie. Dla ludzi z marginesu poparcia to jedyny moment, kiedy mogą stanąć przy jednym stole z liderami sondaży na przykład podczas debat. 4. Podbicie stawki i handel poparciem przed II turą Zajęcie przedostatniego miejsca z wynikiem 1,5% wbrew pozorom może mieć znaczenie. W twardej walce w drugiej turze, gdzie liczyć się będzie każdy głos, główni kandydaci mogą zacząć pukać do drzwi tych mniejszych z propozycją: „oddajcie nam swoje głosy, a w zamian zrealizujemy jeden punkt waszego programu lub damy wam stanowisko wiceprezydenta/spółce miejskiej”. 5. Darmowa reklama własnego biznesu lub fundacji Prawo wyborcze rygorystycznie podchodzi do finansowania kampanii, ale w praktyce kandydat-przedsiębiorca, pisarz czy prezes fundacji zyskuje darmowy czas antenowy. Przedstawiając się w mediach, mimochodem promuje swoją książkę, kancelarię adwokacką czy stowarzyszenie. 6. Przetarcie szlaków technicznych Dla sztabów wyborczych mniejszych komitetów taki start to poligon doświadczalny. Uczą się, jak zbierać podpisy, jak rozliczać fundusze wyborcze i jak współpracować z PKW. To bezcenna lekcja logistyki przed kolejnymi, ważniejszymi dla nich rozdaniami politycznymi. 7. Protest i political fiction Na koniec grupa „kandydatów-kabareciarzy” lub performerów. Ich start ma być czystą prowokacją, happeningiem mającym obnażyć absurdalność obietnic wyborczych kontrkandydatów. Startują, żeby pokazać systemowi środkowy palec i rozbawić (lub zirytować) wyborców. ZOBACZ TAKŻE: Proszą, błagają, zagadują: „Łukasz, musisz!”. A on milczy

Więcej…

Każde miasto ma swojego Gibałę! Polityczny archetyp, który nigdy nie schodzi ze sceny

Każde miasto ma swojego Gibałę! Polityczny archetyp, który nigdy nie schodzi ze sceny

02 czerwca 2026 | 07:32

Gibałowanie – szczególny styl uprawiania polityki lokalnej: wieloletnie, konsekwentne używanie wszelkich możliwych narzędzi – kampanii, protestów, petycji, konferencji i referendów – w celu zdobycia władzy. Nawet wtedy, gdy wyborcy już kilka razy powiedzieli „nie”. W gibałowaniu „nie” nie kończy dyskusji. „Nie” jest tylko przerwą techniczną. Gibałowanie narodziło się w Krakowie za sprawą Łukasza Gibały. Patopolityka, który od lat funkcjonuje w stałym trybie kampanii, niezależnie od kalendarza wyborczego. Człowieka, którego nazwisko regularnie wraca przy każdej możliwej okazji politycznej, jakby było domyślnym ustawieniem krakowskiej sceny samorządowej. I choć można różnie oceniać jego działalność, jedno jest pewne: gibałowanie w wersji krakowskiej to proces długodystansowy, konsekwentny i – co kluczowe – zaplecze ma tu znaczenie większe niż emocje. Tarnów odnajduje swoją wersję Okazuje się jednak, że inne miasta także mają swojego Gibałę. Wiecznego przegrywa, który za wszelką cenę chce zdobyć władzę. Nieopodal stolicy Małopolski, w Tarnowie, od lat gibałuje wieloletni uczestnik życia politycznego miasta, próbujący odgrywać w nim pierwszoplanową rolę – Marek Ciesielczyk. Niezależnie od tego, kto akurat sprawuje władzę, jego nazwisko regularnie wraca w kontekście kolejnych inicjatyw, protestów i politycznych sporów. Ciesielczyk od lat krytykuje każdego prezydenta, który nie nazywa się... Ciesielczyk / źródło: strona internetowa Ciesielczyka - marekciesielczyk.com Dziś ta aktywność skupia się wokół próby odwołania prezydenta Jakuba Kwaśnego. I gdy czytacie o kolejnym planowanym referendum, to pewnie wzruszacie ramionami i skrolujecie dalej. Ale ale… to nie jest jakiś tam lokalny konflikcik. W rzeczywistości to kolejny rozdział tej samej, wieloletniej historii politycznego uporczywego „wracania do gry”. Tarnowski Gibała szuka ludzi, którzy pomogą mu odwołać prezydenta / źródło: FB Antypartia, czyli polityka przeciw polityce Ciesielczyk stoi na czele ugrupowania o nazwie Antypartia – projektu, który już samą nazwą sygnalizuje sprzeciw wobec tradycyjnej polityki partyjnej. W jego otoczeniu pojawiali się byli działacze Kukiz’15, osoby związane z Bezpartyjnymi Samorządowcami, Kongresem Nowej Prawicy, Demokracją Bezpośrednią czy Wolnymi i Solidarnymi. Czyli cała grupa politycznych odklejeńców. To polityczna mozaika środowisk, które przez lata łączyło jedno przekonanie: że to one są jedyną realną alternatywą dla całej reszty. Efekt? Ruch, który przypomina raczej archipelag politycznych doświadczeń niż stabilną strukturę zdolną do długofalowego działania. Marek Ciesielczyk, lider Antypartii / fot. wikimedia Poza Antypartią, Ciesielczyk jest też liderem buntu przeciwko wszystkiemu. I, jak Gibała, niepoprawnym marzycielem o fotelu prezydenta miasta. Referendum, które ma być przełomem W teorii plan jest prosty: powtórzyć scenariusz, który gdzie indziej mógł przynieść efekt polityczny. W praktyce referendum to jedna z najtrudniejszych operacji w polityce lokalnej – wymaga organizacji, ludzi, pieniędzy i zdolności mobilizacji tysięcy mieszkańców. I właśnie tu zaczyna się problem. Bo sama narracja, nawet najbardziej emocjonalna, nie zastąpi infrastruktury. W Krakowie widać to było wyjątkowo wyraźnie. Tu też nie wszystko zadziało się od razu i nie wszystko było efektem samej politycznej determinacji. Pierwsze podejście do zmiany układu sił (czyli odwołania ówczesnego prezydenta Jacka Majchrowskiego) nie przyniosło rezultatu. Zabrakło tego, co w takich operacjach jest kluczowe: sprawnego zaplecza i ludzi, którzy potrafią przekuć polityczną emocję w realną operację organizacyjną. Dopiero za drugim razem projekt został domknięty, kiedy do gry wszedł dobrze przygotowany, doświadczony organizator – w praktyce ktoś, kto nie tylko rozumiał politykę, ale też potrafił ją „dowozić”. Bo referendum nie wygrywa się hasłem ani nazwiskiem. Wygrywa się je logistyką, dyscypliną,  zdolnością do pracy w skali całego miasta i GIGANTYCZNYMI pieniędzmi. Łukasz Gibała stworzył polityczną maszynkę do mielenia gigantycznych pieniędzy Gibała ma kasę. A Ciesielczyk? Różnica między krakowskim a tarnowskim „gibałowaniem” nie sprowadza się do ambicji. Sprowadza się do zaplecza. Gibała przez lata zbudował polityczną maszynę – z ludźmi, strukturami, finansowaniem i zdolnością prowadzenia dużych kampanii. W przypadku Ciesielczyka tej skali po prostu nie ma. To taki lokalny gracz, który od lat niby chce coś zbudować, ale nawet rozwalanie idzie mu kiepsko. To człowiek, który potrafi głośno krzyczeć, pisać kontrowersyjne treści w internecie, obrażać i donosić do służ, ale nie ma żadnej zdolności zjednywania sobie ludzi. Gibała też jej nie ma, ale... ma pieniądze. A nic tak nie jednoczy, jak na czas wypłacane wynagrodzenie. Jakub Kwaśny i Aleksander Miszalski / źródło: FB Jakuba Kwaśnego Wszystko więc wskazuje na to, że w Tarnowie próba odwołania prezydenta skończy się na... próbie, bo brakuje zaplecza produkcyjnego i finansowego. I właśnie dlatego „gibałowanie” ma swoją hierarchię. W wersji krakowskiej to długofalowy projekt polityczny. W wersji tarnowskiej? Kolejny lokalny zryw politycznego „bohatera”, który czytając te słowa zapewne uśmiecha się do ekranu, bo jego nazwisko znów krąży w obiegu. ZOBACZ TAKŻE: Proszą, błagają, zagadują: „Łukasz, musisz!”. A on milczy

Więcej…

Proszą, błagają, zagadują: „Łukasz, musisz!”. A on milczy

Proszą, błagają, zagadują: „Łukasz, musisz!”. A on milczy

01 czerwca 2026 | 11:24

Kraków wstrzymał oddech. Gołębie na Rynku przestały gruchać. Dorożkarskie konie odmówiły pracy. Nawet smok wawelski spojrzał w dal z niepokojem. Bo oto mija kolejny dzień, a Łukasz Gibała nadal nie ogłosił startu w wyborach prezydenckich. Choć przecież ogłosi. Ogłosi tak samo nieuchronnie, jak po weekendzie wraca poniedziałek, jak wracają korki na Alejach i jak wracają kolejne konferencje prasowe pod hasłem „Kraków zasługuje na więcej”. Pytanie brzmi tylko: dlaczego jeszcze nie? Otóż odpowiedź jest prosta. To nie jest zwykłe zwlekanie. To jest polityczna sztuka wysoka. To jest szachowa partia rozgrywana na poziomie, którego zwykli śmiertelnicy nie są w stanie pojąć. Najpierw trzeba sprawdzić, kto jeszcze wystartuje. Kto się zgłosi. Kto się wycofa. Kto się potknie. Kto zapomni programu. Kto powie coś głupiego. A dopiero wtedy można majestatycznie wkroczyć na scenę. Najlepiej zaraz po długim weekendzie. Wtedy odbędzie się konferencja prasowa. Wyobraźmy ją sobie" Drodzy krakowianie. Długo się wahałem. Tu pauza. Bardzo długo. Kolejna pauza. Ale im dłużej się wahałem, tym więcej ludzi mówiło mi: Łukasz, musisz. I wtedy zacznie się festiwal historii, których nie powstydziłby się nawet Paulo Coelho po trzech energetykach. Kiedy ładowałem swoją śnieżnobiałą Teslę, podszedł do mnie przypadkowy człowiek. Spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział: „Łukaszu, jeśli nie ty, to kto uratuje Kraków?”. Gdy kupowałem awokado w delikatesach, kasjerka odłożyła skaner i wyszeptała: „Panie Łukaszu, miasto potrzebuje pana bardziej niż ludzie tej promocji na ziemniaki”. Kiedy odbierałem paczkę z paczkomatu, otworzyła się nie ta skrytka co trzeba. W środku leżała kartka. Tylko dwa słowa: „Łukasz. Musisz.” Gdy spacerowałem po Błoniach, zatrzymał mnie pies. Nie właściciel. Pies. Spojrzał wymownie i zaszczekał trzy razy. W tłumaczeniu z psiego oznaczało to: „Startuj”. Nawet automat biletowy w tramwaju odmówił wydania reszty, dopóki nie zadeklarowałem gotowości do ratowania Krakowa. Pewnego wieczoru zapytałem sztuczną inteligencję, czy powinienem kandydować. Odpowiedziała: „Nie mogę angażować się politycznie”. Po czym mrugnęła i wyświetliła napis: „Ale wiesz, co powinieneś zrobić”. Takich znaków było więcej. Podobno pewnego ranka wzór na szybie samochodu ułożył się w napis „Gibała 2026”. Podobno mewy nad Zakrzówkiem latały w formacji przypominającej jego inicjały. Podobno nawet hejnał mariacki któregoś dnia urwał się po frazie: „Łukasz musi...”. I dlatego właśnie kandydat długo milczy. Nie dlatego, że prowadzi kalkulacje. Nie dlatego, że bada sondaże. Nie dlatego, że chce zobaczyć pełną listę konkurentów. Skądże. To po prostu odpowiedzialność. Ogromna odpowiedzialność. Taka odpowiedzialność, która wymaga obserwowania, kto jeszcze zamierza wystartować. A potem nastąpi wielkie wejście. Muzyka. Światła. Baner. I słowa: Nie planowałem kandydować. W tym momencie połowa sali wybuchnie śmiechem. Ale mieszkańcy mnie przekonali. Druga połowa też. Nie mogłem pozostać obojętny. Tu pojawi się slajd z dramatycznym zdjęciem Krakowa. Przybywam ratować miasto. A wtedy wszyscy przypomną sobie, że dokładnie ten sam człowiek jeszcze chwilę wcześniej finansował referendum odwoławcze, prowadził polityczną kampanię przeciw urzędującemu prezydentowi i od miesięcy zachowuje się jak kandydat, który tylko czeka na odpowiedni moment, by oficjalnie zostać kandydatem. Ale nie. To nie była kampania. To były znaki. Znaki od mieszkańców. Od kasjerek. Od psów. Od paczkomatów. I od ładowarek do Tesli. Bo gdy historia wzywa, nie można odmówić. I wtedy zrozumiałem, że to nie ja rozważam start. To start rozważa mnie. ZOBACZ TAKŻE: Kraków szuka prezydenta. Poważni ludzie nie chcą się babrać w tym bagnie

Więcej…

Kraków szuka prezydenta. Poważni ludzie nie chcą się babrać w tym bagnie

Kraków szuka prezydenta. Poważni ludzie nie chcą się babrać w tym bagnie

29 maja 2026 | 12:04

Im dłużej trwa poszukiwanie kandydatów na prezydenta Krakowa, tym wyraźniej widać jedną rzecz: normalni, kompetentni ludzie nie chcą już wchodzić do tego bagna. Wiedzą, że zamiast rozmowy o mieście dostaną festiwal pomówień, internetowego ścieku i politycznej patologii. Koalicja Obywatelska szuka kandydata na prezydenta Krakowa. Prawo i Sprawiedliwość również. Listy nazwisk są długie, przecieki regularne, giełda ambicji pracuje pełną parą. Raz słyszymy o „cenionym profesorze”, innym razem o „szanowanym przedsiębiorcy”. Problem polega jednak na tym, że ci wszyscy „cenieni” i „szanowani” wcale nie rwą się do startu. I trudno się dziwić. Machina pogardy gotowa do ataku Najlepiej oddają to prywatne rozmowy polityków. Małgorzata Wassermann mówi wprost: po co jej ten cały hejt, jałowe dyskusje, nieustanna nagonka? Po co człowiek, który ma nazwisko, pozycję zawodową i spokojne życie, miałby dobrowolnie wejść do politycznego szamba? Bo dziś kandydowanie na prezydenta Krakowa nie oznacza już wyłącznie debaty o transporcie, mieszkaniach czy zieleni. Oznacza wejście pod ostrzał zorganizowanej machiny pogardy. I nie chodzi wyłącznie o oficjalne sztaby. Nawet jeśli sam Łukasz Gibała nikogo osobiście atakować nie będzie, to wokół niego funkcjonuje dziś cały przemysł hejtu. Jego przybudówki, anonimowe profile, medialne ramię zbrojne, lokalni harcownicy od brudnej roboty. Ludzie, którzy żyją z sączenia jadu. Każdy poważny kandydat musi się liczyć z tym, że jego życie prywatne zostanie rozebrane na części. Że będą insynuacje, manipulacje, wyciąganie dawnych zdjęć, znajomości, wypowiedzi sprzed dekady. Że pojawią się internetowi bandyci od „haków”, lokalni zadymiarze i polityczne kundelki szczekające na zawołanie. Reality show zamiast debaty A potem wszyscy będą udawać zdziwionych, że „autorytety nie chcą iść do polityki”. No nie chcą. Bo normalny człowiek patrzy na to i widzi cyrk. I ten cyrk już się zaczyna. W przestrzeni medialnej pojawiają się kolejne kandydatury celebrycko-polityczne, których jedynym paliwem jest skandal, konflikt i generowanie zasięgów. Debata publiczna zamienia się w reality show. Liczy się nie program, kompetencje czy doświadczenie, ale to, kto kogo mocniej obrazi, kto wrzuci bardziej absurdalny filmik i kto zrobi większą awanturę w internecie. Jak w takich warunkach ma wyglądać poważna debata o Krakowie? O komunikacji? O mieszkaniach? O smogu? O chaosie urbanistycznym? Gdzie powiększyć biust? Z tego, co widać, z taką Marianną Schreiber można co najwyżej rozmawiać o celebryckich skandalach, liczbie partnerów seksualnych, medialnych prowokacjach czy polecanych miejscach na operację powiększenia biustu, a nie o poważnym rozwiązywaniu problemów Krakowa Przecież dziś bardziej prawdopodobne jest, że dyskusję o budżecie miasta przykryje kolejna internetowa pyskówka albo polityczny freak fight. I właśnie dlatego Kraków ma problem. Bo poważni ludzie coraz częściej dochodzą do wniosku, że nie warto. Że nie ma sensu wystawiać siebie, rodziny i dorobku życia na codzienne taplanie się w politycznym błocie. ZOBACZ TAKŻE: Po dwóch kadencjach w Pałacu Prezydenckim miałby walczyć z Gibałą. Co za upadek A potem zostają już tylko zawodowi awanturnicy, medialni prowokatorzy i ludzie, którzy w polityce szukają wyłącznie atencji. Dlaczego Odpowiedź jest prosta: bo normalni ludzie patrzą na to wszystko i wolą zachować godność.

Więcej…

Po dwóch kadencjach w Pałacu Prezydenckim miałby walczyć z Gibałą. Co za upadek

Po dwóch kadencjach w Pałacu Prezydenckim miałby walczyć z Gibałą. Co za upadek

29 maja 2026 | 08:12

Krakowski PiS jest dziś w takim kryzysie, że jako kandydata na prezydenta miasta zaczyna wymieniać… byłego prezydenta Polski. Człowieka, który siedział przy jednym stole z najważniejszymi przywódcami świata, własna partia chce dziś wysłać do wojny o śmietniki, parkingi i połajanki z lokalnymi celebrytami polityki. Trudno o bardziej uwłaczający obraz politycznego upadku. Już samo to, że w PiS-ie pojawia się dziś pomysł wystawienia Andrzeja Dudy na prezydenta Krakowa, jest dla byłego prezydenta Polski zwyczajnie hańbiące. Mówimy przecież o człowieku, który przez dziesięć lat sprawował najwyższy urząd w państwie. O polityku, który reprezentował Polskę na całym świecie, uczestniczył w szczytach NATO, spotykał się z prezydentami USA, monarchami, premierami największych państw i funkcjonował na absolutnym szczycie politycznej hierarchii. Niezależnie od ocen jego prezydentury – był głową państwa. Dwukrotnie wybraną przez miliony Polaków. I teraz ci sami ludzie, którzy jeszcze chwilę temu budowali wokół niego niemal pomnikową narrację, chcą go wysłać do walki o Kraków. To brzmi jak polityczna degradacja. Andrzej Duda podczas kampanii prezydenckiej / fot. wikimedia Zwłaszcza, że sam Andrzej Duda kiedyś powiedział Jackowi Majchrowskiemu – gdy z nim przegrał wybory o fotel prezydenta – że "łatwiej jest zostać prezydentem Polski niż prezydentem Krakowa". Osiągnął wszystko, co w polskiej polityce osiągnąć można. Wyżej już się nie da. Dlatego pomysł, by po dwóch kadencjach w Pałacu Prezydenckim wracał do lokalnej wojny o miasto, wygląda po prostu źle. I to nie dla Krakowa, tylko właśnie dla niego. Bo co miałby dziś robić były prezydent Polski? Stać na konferencjach prasowych i przekrzykiwać się z miejskimi aktywistami? Toczyć codzienne połajanki o parkingi, ścieżki rowerowe i strefę płatnego parkowania? Obijać się politycznie z Gibałą, Owcą, Bocheńczakiem czy inną Gosek-Popiołek? To byłby obraz człowieka, którego własne środowisko polityczne nie potrafi wypuścić z godnością. Andrzej Duda podczas zaprzysiężenia na prezydenta RP / fot. wikimedia W historii III RP nie było sytuacji, by były prezydent Polski schodził z najwyższego urzędu w państwie do samorządowej bijatyki. I trudno się dziwić. Prezydentura to zwieńczenie kariery politycznej, a nie przystanek przed kampanią o miejskie latarnie i korki na Alejach. Najbardziej brutalne jest jednak to, co ten pomysł mówi o samym PiS-ie. Bo jeśli partia po latach rządzenia państwem nie ma w Krakowie nikogo poza byłym prezydentem RP, to znaczy, że jest w politycznej desperacji. Że nie wychowała nowych liderów. Że nie ma świeżych nazwisk. Że jedyne, co potrafi zrobić, to sięgnąć po człowieka, który już wszystko w polityce przeżył. ZOBACZ TAKŻE: Kraków właśnie dostał NAJGŁUPSZY start kampanii wyborczej. „Wychodzę na pole” I może właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej brutalne: Andrzej Duda przez lata był dla PiS symbolem sukcesu, dumą obozu, „prezydentem wszystkich patriotów”. A dziś ci sami ludzie próbują zrobić z byłego prezydenta Polski politycznego desperata od gaszenia partyjnych pożarów w Krakowie. Człowieka po dwóch kadencjach w Pałacu Prezydenckim chce się wrzucić do lokalnego błota i kazać mu walczyć o każdy słupek poparcia z ludźmi, którzy nigdy nawet nie zbliżyli się do jego politycznej ligi. Tak nie traktuje się męża stanu. Tak traktuje się politycznego emeryta, którego partia nie potrafi już uszanować.

Więcej…

Strona 1 z 7

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Na fali

  • Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!

    Wydarzenia

    Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do...

    Informacja
    18 czerwca 2026
  • Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

    Opinie

    Polityczne samobójstwo czy brutalny...

    Informacja
    15 czerwca 2026
  • Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY]

    Wydarzenia

    Znamy plan Gibały: nie wystartuje,...

    Informacja
    15 czerwca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.