Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Opinie

Brunatna odwilż. Sezon na wstyd właśnie się zaczął

Brunatna odwilż. Sezon na wstyd właśnie się zaczął

03 marca 2026 | 09:24

Najpierw jest słońce. Potem kilka cieplejszych dni. Śnieg znika, trawniki zaczynają oddychać. Człowiek myśli: „No, wreszcie”. I wtedy patrzy pod nogi. I widzi. Nie przebiśniegi. Nie krokusy. Tylko całe, potężne, brunatne archiwum zimowych spacerów. Kupy. I tu też kupy. I tam kupy. I kawałek dalej też kupy... Spacer po osiedlu w Krakowie wczesną wiosną to nie jest przechadzka. To survival. Slalom gigant między tym, co przez trzy miesiące było elegancko zakonserwowane pod śniegiem. Teraz wyszło na światło dzienne i patrzy nam prosto w oczy. Chodniki? Pole minowe. Trawniki? Biologiczna mapa wstydu. Skwer pod blokiem? Tor przeszkód dla zaawansowanych. I nie, to nie są „incydenty”. To są hurtowe ilości. Jakby przez zimę obowiązywało jakieś niepisane prawo: śnieg przykryje, problem zniknie. Otóż nie zniknął. On tylko czekał na odwilż. fot. Pixabay Najlepsze są tłumaczenia. – „Zapomniałem woreczka.” – „Nie zauważyłam.” – „To nie mój pies.” A czyj? Duch osiedla? Pies widmo? Tajemnicza rasa „niewidzialny kundel”? Pies to nie tylko zdjęcia na Instagramie i spacery o zachodzie słońca. To także ten moment, kiedy trzeba się schylić. Tak, nawet gdy jest zimno. Tak, nawet gdy nikt nie patrzy. Tak, nawet gdy „zaraz wracam do domu”. Bo problemem nie są psy. Problemem są właściciele, którzy traktują przestrzeń wspólną jak czyjąś, nie swoją. A przecież to nasze miasto. Wspólne. Codzienne. fot. MPO W tym tygodniu do sprzątania po ziemie ruszyło MPO. Pracownicy twierdzą, że wiosenne porządki potrwają nawet do 12 tygodni. Najpierw w ruch idą główne arterie i śródmieście, potem kolejne rejony miasta. Zamiatarki, polewaczki, ekipy ręczne. Piach, sól, zimowy pył mają zniknąć z ulic, placów i chodników. I bardzo dobrze. Tylko że żadna zamiatarka nie załatwi problemu, jeśli ktoś wcześniej nie wykaże się elementarną przyzwoitością. MPO może sprzątnąć piach po zimie. Ale nie powinno sprzątać po czyjejś bezmyślności. Wiosna to czas porządków. Może oprócz trzepania dywanów i mycia okien warto zrobić też porządek z własnymi nawykami. Bo jeśli co roku, wraz z pierwszym słońcem, odkrywamy to samo, to może problemem nie jest topniejący śnieg. Może problemem jest to, że niektórzy wciąż nie dorośli do posiadania psa.

Więcej…

 "Referendum to próba dogrywki po przegranych wyborach"

"Referendum to próba dogrywki po przegranych wyborach"

02 marca 2026 | 21:53

- Prezydent Aleksander Miszalski umówił się z mieszkańcami Krakowa na pełną kadencję i powinien mieć czas, by dowieźć swoje obietnice wyborcze - stwierdziła senator Monika Piątkowska w rozmowie z Radiem Kraków. Jej zdaniem, referendum to próba dogrywki po przegranych wyborach. Referendum jest narzędziem demokratycznym, do którego obywatele mają prawo, ale mam głębokie podejrzenia, że to próba dogrywki po przegranych wyborach. Prezydent Aleksander Miszalski ma moje pełne wsparcie i wsparcie KO. On się umówił na kadencję. Po całej kadencji będzie czas na rozliczenie prezydenta z jego zobowiązań. Dzisiaj jest przedwcześnie. - powiedziała senator Monika Piątkowska. Jej wypowiedzi możecie posłuchać tutaj: "Dziś jest przedwcześnie na rozliczanie prezydenta". źródło: Radio Kraków

Więcej…

Skazany bandyta "ratuje" Kraków. Nie ma pomysłu, ale ma wyrok i kamerę

Skazany bandyta "ratuje" Kraków. Nie ma pomysłu, ale ma wyrok i kamerę

02 marca 2026 | 10:10

Kojarzycie Mateusza Jaśkę? Tego samego, który w sądzie dostał wyrok za groźby karalne wobec dziennikarza TVN-u, za próbę wręczenia mu miliona złotych łapówki, żeby ten odstąpił od tematu kryptowalutowej afery i zaginięcia (a według rodziny – morderstwa) Sylwestra Suszka? Tego samego, który kiedyś przywalił kobiecie pięścią w twarz i w ogóle ma kartotekę dłuższą niż korki na Wielickiej w godzinach szczytu? No właśnie, ten sam. Otóż Jaśko stał się jedną z głównych twarzy krakowskiego referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Montuje filmy, zbiera podpisy, wrzuca content na YouTube i media społecznościowe z hasztagami w stylu #referendum #miszalski #kraków. A wszysko to w imponującym tempie, trzeba przyznać. Ale jak popatrzeć głębiej, to nie tempo idei, tylko tempo wykonywania zadań. Bo Jaśko nie jest tu od pomysłów. On jest od wykonywania. Kiedyś dostał zlecenie: załatwić dziennikarza, żeby nie grzebał w brudach BitBay/Zonda i zniknięciu Suszka. Zadanie wykonał. Tyle że dziennikarz okazał się nieprzekupny, więc Jaśko dostał wyrok w zawieszeniu. Więcej o sprawie piszemy tutaj: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] Teraz dostał nowe zadanie: odwołać Miszalskiego. Za wszelką cenę. Choćby się waliło i paliło, choćby Kraków wyglądał jak pobojowisko po festiwalu banerów i hejtu. I wiecie co? Wykonuje je wzorowo. Lawina materiałów, dramatyczne tytuły w stylu „Miszalski w PANICE”, „Wielka Czystka”, „Kraków przemówił”. Klasyka gatunku. Tylko że gdy ktoś pyta o konkrety – to nagle robi się cisza. Sam Jaśko, zapytany ostatnio na fejsie o jakieś rozwiązanie miejskiego problemu, odpisał wprost: Teraz ciężko powiedzieć, co trzeba by zrobić. No proszę. Krytykować i napierzać – spoko, w tym jest mistrzem. Ale jak przychodzi co do czego, jak trzeba samemu coś zaproponować, to głowa w piasek. Albo raczej w szufladę z kolejnym zleceniem. źródło: FB To nie jest polityk. To nie jest nawet aktywista z wizją. To najzwyklejszy cyngiel do wynajęcia – tylko zamiast spluwy ma kamerę i telefon z nielimitowanym internetem. Dostaje robotę, robi robotę. Tyle. Koniec. A Kraków? Kraków zostaje z referendum, które pewnie dojdzie do skutku. Z prezydentem, który nagle zaczął słuchać mieszkańców (cud?), z opozycją, która widzi w tym szansę na ogólnopolską awanturę, i z ludźmi, którzy muszą żyć w tym wszystkim dalej. ZOBACZ TAKŻE: Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie Ale referendum minie. Wyrok Jaśki nadal będzie w papierach, choć po pewnym czasie się zatrze (tak jak i pozostałe). A miasto zostanie. I będzie musiało sobie radzić: czy z Miszalskim, czy bez. Tylko oby nie z takimi „liderami”, którzy nie mają nic poza wyrokami i wykonanym zadaniem na koncie. Pozdrawiam z Krakowa, gdzie nawet bandyci mają teraz kanał na YouTube. ZOBACZ TAKŻE: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj

Więcej…

Gibała milczy jak grób. Tak chce rządzić Krakowem?

Gibała milczy jak grób. Tak chce rządzić Krakowem?

25 lutego 2026 | 14:00

Łukasz Gibała marzy o prezydenturze Krakowa od 17 lat. I przez 17 lat nie nauczył się jednego: rozmawiać. Siedemnaście lat! To niemal dwie dekady, w czasie których mógłby nauczyć się, czym naprawdę jest polityka miasta, czym jest dialog, czym jest odpowiedzialność. Tymczasem okazuje się, że Gibała doskonale radzi sobie… bez gadania. Z dziennikarzami – nie gada, bo nie lubi niewygodnych pytań. Zresztą na „wygodne” też ma problemy z odpowiedzią, jeśli akurat nie nauczył się jej na pamięć. Wypowiada się głównie w "swoich" mediach albo przez niego opłacanych. Z obecnym prezydentem Krakowa – nie gada, mimo że miał już co najmniej dwukrotne, publiczne zaproszenie do rozmowy. O liczbie tych „niepublicznych” nie wiemy, ale wiemy, że żadnego nie przyjął. Z byłym prezydentem Krakowa – nie gada, bo dwa razy przegrał z nim wybory i strzelił focha. Z oponentami politycznymi – nie gada, bo… nie ma argumentów. A jednak czasem rozmawia! Tym razem przez telefon / fot. Łukasz Michalik Nie wypowiada się w trudnych tematach, nie zabiera głosu w kluczowych sprawach, a gdy coś wymaga działania, deleguje innych: wcześniej radną Aleksandrę Owcę (była idealna, gdy trzeba było pokrzyczeć z mównicy lub przemówić emocjonalnym tonem), teraz radnego Michała Starobrata (wypowiada się lepiej, wygląda lepiej, jest lepszy) lub radnego Łukasza Maślonę (jak już nikt nie chce, to posyła właśnie jego na pierwszą linię frontu). Każdy ruch, każda decyzja – przez pośredników. Na pytania dziennikarzy – te wysłane mailem – odpisuje jakaś pani z biura lub ewentualnie odpowiedź przygotowuje pani od lat zajmująca się marketingiem politycznym. Skądinąd sympatyczna. I ona – w przeciwieństwie do Gibały – odpowiada na „dzień dobry”, a czasami nawet i odbiera telefon. Głównie po to, by przekazać, że zapyta szefa, czy się zgodzi na wywiad. Na tym komunikacja zazwyczaj się kończy. I tu pojawia się pytanie: jak ktoś, kto marzy o prezydenturze przez 17 lat, może sądzić, że jest gotowy na to stanowisko, skoro wciąż nie nauczył się jednej podstawowej umiejętności: rozmawiać z ludźmi? Prezydent miasta musi umieć dialogować z wieloma środowiskami. Z tymi, które lubi, i tymi, które budzą jego niechęć. A może nawet i obrzydzenie. To nie kwestia sympatii, to obowiązek. To nie jest miejsce dla osób, które chowają się za asystentami i delegują odpowiedzialność. Fajnie się opowiada o kotkach i pieskach czy tam pierogach jedzonych w barze mlecznym. Ale nie na tym polega prezydentura. Grzegorz Stawowy mówi coś Łukaszowi Gibale. Mina tego drugiego wskazuje, że raczej nie odpowiedział / fot. Łukasz Michalik ZOBACZ TAKŻE: Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną? Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że ktoś pięć lat temu powiedział ówczesnemu prezydentowi Krakowa (którego Gibała nie trawi) „dzień dobry”, a dziś Gibała (gdyby był prezydentem) prawdopodobnie nie podniósłby nawet ręki na powitanie. To nie jest człowiek dialogu. To ktoś, kto ucieka przed rozmową, przed konfrontacją i przed odpowiedzialnością. Przez siedemnaście lat aspiracji bez działania. Marzenia o prezydenturze bez gotowości do rozmowy są jak zamek z piasku – imponująco wygląda z daleka, ale w chwili próby rozsypuje się w proch. A Kraków potrzebuje prezydenta, który mówi, dyskutuje, konfrontuje się, a nie kogoś, kto siedemnaście lat marzy i… milczy. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Dno dna. Totalny upadek złodzieja patelni z IKEA

Dno dna. Totalny upadek złodzieja patelni z IKEA

24 lutego 2026 | 16:20

Gdy patrzę na to, co dzieje się w Krakowie w ostatnich dniach, trudno nie zadać jednego, podstawowego pytania: czy w naszym mieście obowiązuje jeszcze prawo, czy tylko hasła i memy w social mediach? Bo jeżeli polityk, poseł i kandydat na prezydenta Krakowa, zamiast stawać po stronie prawa i porządku zaczyna … pochwalać akty wandalizmu, to coś tu nie gra. A odpowiedzialność spada nie tylko na niego, ale na nas wszystkich, którzy obserwujemy kampanię samorządową z rosnącym niepokojem. Konrad Berkowicz – poseł, który w ostatnich latach regularnie budził kontrowersje, zarówno w Sejmie, jak i w mediach – znów znalazł się w centrum uwagi. I nie, nie z powodu pomysłu na poprawę życia krakowian, lecz dlatego, że cieszy się z usunięcia i zniszczenia miejskich znaków informujących o Strefie Czystego Transportu. źródło: X SCT to decyzja, którą miasto wprowadziło w trosce o zdrowie mieszkańców, o jakość powietrza, o przyszłość naszych dzieci. Oczywiście każdy ma prawo do krytyki takiej polityki – to jest element demokratycznej debaty. Ale jest też granica, której nie przekracza się, chwaląc niszczenie mienia publicznego. To łamanie prawa. I tu dochodzimy do sedna: co to mówi o tym, jak dana osoba postrzega reguły państwa i reguły współżycia społecznego? Czy ktoś, kto publicznie aprobuje wandalizm wobec infrastruktury miejskiej, naprawdę nadaje się na gospodarza Krakowa? Czy to ma być nowy standard prowadzenia kampanii? Nie argumenty, lecz okrzyki, prowokacje i gloryfikowanie działań niezgodnych z prawem? Przy tym wszystkim nie sposób zapomnieć innych incydentów, które zamiast podnosić rangę debaty publicznej, raczej ją kompromitowały. O kontrowersjach, które towarzyszyły temu posłowi już wcześniej (od incydentu z mandatem za zakupy w sklepie po ostre spięcia z dziennikarzami) było już głośno w mediach ogólnopolskich i lokalnych. Takie zachowania i takie komunikaty nie tylko dzielą Kraków. One podważają zaufanie do instytucji i do ludzi, którzy mają je reprezentować. Nie chodzi tu o to, że polityka ma być nudna. Ba, ma być ostra, konkurencyjna, pełna idei. Ale nie może być kosztem zasad, które stoją u podstaw państwa prawa.

Więcej…

Zdradził Majchrowskiego. Zdradził Hołownię. Zdradzi Koalicję.

Zdradził Majchrowskiego. Zdradził Hołownię. Zdradzi Koalicję.

20 lutego 2026 | 09:49

W polityce można się różnić. Można odchodzić. Można zmieniać szyldy i szukać nowej drogi. Ale jeśli ktoś regularnie wspina się po cudzych plecach, a potem z tych samych pleców strzela, to przestaje być „polityczna ewolucja”. To zaczyna być wzór zachowania. A ten wzór w wykonaniu Rafała Komarewicza jest aż nadto czytelny. Najpierw był Jacek Majchrowski. To na jego plecach Komarewicz wszedł do Rady Miasta Krakowa. I niedługo po tym zdradził po raz pierwszy. Potem przyszedł czas na projekt Polska 2050 i polityczny parasol Szymona Hołowni. Komarewicz, znowu na jego plecach, wszedł do Sejmu oraz startował na prezydenta Krakowa. Billboardy z tej kampanii prezydenckiej mówiły same za siebie: Hołownia większy, wyraźniejszy, symbol politycznej trampoliny. Komarewicz ustawiony bokiem, a nawet lekko tyłem. Ot, zwykły pionek obok króla na politycznej szachownicy. Dziś tamta trampolina już nie jest potrzebna. Dziś są publiczne ataki, ostre słowa i demonstracyjne odcinanie się od byłego lidera. Odejść wolno każdemu. Krytykować też. Ale jest różnica między sporem a publicznym pluciem w twarz człowiekowi, z którym jeszcze wczoraj budowało się wspólny projekt. źródło: www.sejm.gov.pl I tu wracamy do sedna. To nie pierwszy raz. Raz można się pomylić. Raz można zareagować zbyt ostro. Raz można źle ocenić ludzi i sytuację. Raz można wytłumaczyć wyborcom swój polityczny fikołek. Raz można popełnić błąd, bo któż ich nie popełnia? Ale jeśli ten sam błąd powtarza się drugi raz, w niemal identycznym schemacie, to nie jest już wpadka. To metoda. A skoro nie wyciąga się wniosków z własnych doświadczeń, to trudno mówić o rozsądku. Tylko głupcy powtarzają te same błędy, oczekując innego rezultatu. Są ludzie, którzy po zakończeniu związku potrafią zachować klasę. Mówią: „nie wyszło” i idą dalej. Ale są też tacy, którzy po rozstaniu zaczynają opowiadać wszystkim, jak fatalny był były partner, wyciągają rzekome winy, piorą brudy publicznie, byle tylko przykryć własne decyzje. Problem w tym, że im częściej ktoś powtarza ten schemat, tym mniej wiarygodnie brzmi jego opowieść. To naplucie byłemu szefowi w twarz nie przypadło do gusty nawet wyborcom Komarewicza. Komentarze pod jego ostatnimi wpisami są w ogromnej większości krytyczne. Nie dlatego, że zmienił polityczny adres. Wyborcy rozumieją, że polityka to gra interesów i ambicji. Krytykują styl. Ton. Brak elementarnej, zwykłej ludzkiej przyzwoitości. źródło: X Komarewicza Dziś mówi się, że były kandydat na prezydenta Krakowa rozgląda się za miejscem na listach Koalicji Obywatelskiej. Oczywiście, polityka to gra otwartych drzwi. Każdy może zapukać. Nawet zdrajca. Ale warto pamiętać jedno: zdradził Majchrowskiego, zdradził Hołownię, zdradzi i Koalicję Obywatelską. Cały Rafał. Zresztą nie on pierwszy. Zdrada Bo to już nie kwestia barw partyjnych. To kwestia charakteru. A charakteru nie zmienia się wraz z logo na plakacie. ZOBACZ TAKŻE: Najpierw patelnia z IKEA, teraz meczet w Krakowie. Szukamy logiki u konfederatów

Więcej…

Najpierw patelnia z IKEA, teraz meczet w Krakowie. Szukamy logiki u konfederatów

Najpierw patelnia z IKEA, teraz meczet w Krakowie. Szukamy logiki u konfederatów

19 lutego 2026 | 20:17

Konfederacja to fajna partia. Taka nie za mądra. A jej członkowie zapewne zatrzaskiwali się w toalecie podczas zajęć z logiki. Najpierw lider ukradł patelnię z IKEA, dobrowolnie zapłacił mandat za kradzież, przyznając się jednocześnie do tej kradzieży, a wyznawcy pieją: „oj, oj, on wcale nie ukradł, tylko zapomniał zapłacić”. Logika godna kogoś, kto zjadł cały obiad w restauracji, poprosił o dokładkę i nie chce zapłacić mówiąc, że mu nie smakowało. Teraz jest podobnie. W Krakowie ma powstać meczet. Nie rozstrzygamy tu, czy to dobrze, czy źle. Ponoć ma powstać. Na scenę wkracza jednak Konfederacja, cała na biało (choć najczęściej w ciemnych barwach katastrofy cywilizacyjnej), i ogłasza stanowczo: Domagamy się konsultacji społecznych! I zaraz potem: Domagamy się zablokowania tej inwestycji. Wpis Piotra Bartosza na FB No to jak to właściwie działa? Domagamy się konsultacji społecznych, ale niezależnie od ich wyniku żądamy zablokowania inwestycji? To trochę jak zapytać dzieci, gdzie chcą pojechać na wycieczkę, a potem i tak zawieźć je do teściowej. Wyobraźmy sobie taką scenę: mieszkańcy okolicy mówią w konsultacjach „nie mamy nic przeciwko”. A Konfederacja odpowiada: „Dziękujemy za głos. Mamy go w dupie. Zrobimy po swojemu”. Hasło „konsultacje” brzmi dumnie i demokratycznie. Ale w zestawie z „zablokować bez względu na wszystko” przypomina sytuację, w której ktoś krzyczy: „Posłuchajmy wszystkich!”, po czym zatyka sobie uszy i włącza syrenę alarmową. I nikt nie broni konfederatom mieć własnego zdania. Naprawdę. Można powiedzieć: „Nie zgadzamy się i koniec”. I spoko. Tylko po co te bajeczki o konsultacjach społecznych? Po co udawać, że chcecie czegokolwiek słuchać? Wasz lider też przecież nie konsultował z nikim kradzieży patelni. Nie zrobił ankiety wśród sympatyków, nie ogłosił referendum w sprawie zakupu. Po prostu wziął i wyszedł. Bez pytania o zdanie. I szacun. Przez chwilę pokazał wielkie cohones. Trochę zmalały po przyjeździe policji, ale przynajmniej przez moment był to pokaz konsekwencji: decyzja, działanie, mandat. ZOBACZ TAKŻE: Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną? Więc może w tym przypadku też tak po prostu powiedzcie: „Nie chcemy i już”. Bez dekoracji, bez konsultacyjnych konfetti, bez udawania, że interesuje was opinia kogokolwiek poza własnym elektoratem. Bądźcie równie bezpośredni jak przy wyjściu ze sklepu z patelnią pod pachą. Nie udawajcie, że obchodzi was zdanie mieszkańców, skoro z góry wiecie, że jeśli powiedzą coś innego niż wy, to i tak uznacie je za nieważne. Wtedy przynajmniej wszystko będzie uczciwe: bez logiki, ale konsekwentnie.

Więcej…

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

18 lutego 2026 | 18:41

W krakowskim tramwaju objawienie. Nie fatimskie, nie maryjne – budżetowe. A dokładniej: objawienie pod tytułem „czy opuścił was Bóg?”. Pytanie padło publicznie, dramatycznie i z właściwą sobie emfazą. Autorką była krakowska radna i przyszła posłanka, Aleksandra Owca. Adresatem – wiceprezydent Łukasz Sęk. Scena jak z apokryfu samorządowego. Owca wchodzi na ambonę serwisu społecznościowego X i pyta: Panie Prezydencie, czy Was Bóg opuścił? Powód? Dwanaście dni wcześniej magistrat ogłosił, że motorniczy i kierowcy mają obowiązek zgłaszać do dyspozytorni zbiórki podpisów pod referendum w tramwajach. Zakaz agitacji politycznej. Absolutny, bezwzględny, święty niczym dogmat. Panie Prezydencie @Sek_Lukasz czy Was Bóg opuścił? Dokładnie 12 dni temu w mediach pojawiła się informacja, że motorniczy i kierowcy mają obowiązek zgłaszć zbiórki podpisów pod referendum w tramwajach do dyspozytorni. MPK trąbiło, że jest całkowity zakaz "prowadzenia… pic.twitter.com/LVa9C96BNw — Aleksandra Owca (@owca_aleksandra) February 18, 2026 A tu nagle – o zgrozo! – do tramwaju wchodzi wiceprezydent. Nie z kadzidłem. Nie z tacą. Z budżetem obywatelskim. I zaczyna się lament. Pycha! Brak umiaru! Brak instynktu samozachowawczego! Brak myślenia! Problem w tym, że tego typu akcja to nie nowość i gdyby pani radna doczytała, to już w rok temu Sęk przebierał się za „kanara” czy tam motorniczego i reklamował BO. Chodzi więc nie o agitację polityczną, a akcję informacyjną nudnego, proceduralnego i mało sexy budżetu obywatelskiego, w którym mieszkańcy decydują, czy wolą ławkę, czy lampę, czy może trzecią fontannę w miejscu, gdzie nie ma wody. ZOBACZ TAKŻE: Hipokryzja Gibały. "Nie zależy mi na wygraniu wyborów" Czy to polityka? Oczywiście, że tak. Wszystko jest polityką. Ale czy to agitacja w rozumieniu „zbieramy podpisy, głosujcie na mnie, tu macie ulotkę czy tam kalendarz z moją twarzą” (tak, to aluzja do Gibały rozdającego kalendarze z własną podobizną)? No nie. Pytanie Owcy „czy opuścił was Bóg?” brzmi efektownie. Nadaje się na pasek w telewizji, na mema, na dramatyczny wpis. Tylko że w tej historii Bóg milczy, tramwaj jedzie dalej, a mieszkańcy Krakowa zastanawiają się raczej, czy zdążą do pracy, niż czy wiceprezydent właśnie popełnił herezję proceduralną.

Więcej…

Polityka Franka, czyli wieloletnie, etapowe i systemowe zniechęcanie kierowców

Polityka Franka, czyli wieloletnie, etapowe i systemowe zniechęcanie kierowców

18 lutego 2026 | 17:42

Odwołanie Łukasza Franka ze stanowiska dyrektora Zarząd Transportu Publicznego w Krakowie budzi skrajne emocje. Jedni płaczą, inni otwierają szampana, a jeszcze inni – jak ja – mają w sobie mieszankę sympatii, złości i zwyczajnego zmęczenia. Być może niewiele osób dziś pamięta, że Franek trafił do urzędu jako przedstawiciel tak zwanych aktywistów. W czasach, gdy aktywiści dawali ostro w kość ówczesnemu prezydentowi Jackowi Majchrowskimu, ten – w przypływie politycznej intuicji – postanowił wykonać ruch rodem ze wschodnich sztuk walki: wykorzystać impet przeciwnika. Wziął jednego z nich i powierzył mu kierowanie sprawami transportowymi miasta. Sprytne? Być może. Ryzykowne? Na pewno. Potem Franek przekonywał kolejnych przełożonych – Majchrowskiego, Andrzeja Kuliga, a na końcu Aleksandra Miszalskiego – że jest wybitnym fachowcem. Może jest. A może to tylko PR. Nie wiem. Nie znam się na transporcie. Ale nie muszę umieć robić pizzy, by ocenić, czy jest dobra. Nie muszę być fotografem, by stwierdzić, czy zdjęcie mi się podoba. ZOBACZ TAKŻE: Hipokryzja Gibały. "Nie zależy mi na wygraniu wyborów" Wracając do Franka, dla mnie pana dyrektora Franka, lubię go. To sympatyczny człowiek. Odpowiadał na „dzień dobry”, gdy się mijaliśmy na sesji rady miasta. Raczej nie zadzierał nosa. Nie był bufonem. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. No i, muszę to przyznać, był (i nadal jest) dość przystojnym facetem z niezłym gustem, jeśli chodzi o stylówkę. Jako urzędnik grał o pełną pulę. Nie stosował półśrodków. Zawsze chciał być pierwszy. W Polsce. W Europie. Na świecie. Nieprzypadkowo w swoim opisie na portalu Linkedin ma: the best or nothing. linkedin.com Ale jednocześnie – w sensie ideologicznym – był dla mnie kimś w rodzaju metodycznego, konsekwentnego, ideologicznego szkodnika.  I nie chodzi nawet o Strefę Czystego Transportu, którą co do zasady popieram, choć mierzi mnie sposób jej wprowadzenia. To tylko przelało czarę goryczy. Problemem było coś znacznie bardziej długofalowego: wieloletnie, etapowe i systemowe zniechęcanie kierowców. Nielogiczne zmiany w centrum. Zwężenia dróg przypominające eksperyment społeczny. Ulice zamieniane w jednokierunkowe labirynty. Ciągłe reorganizacje sprawiające wrażenie, jakby ich jedynym celem było utrudnić życie zmotoryzowanym: i w centrum, i poza nim. Chociaż... to nie było wrażenie. Bo właśnie o to chodziło: maksymalnie zniechęcić do wsiadania do samochodu. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem Oczywiście są tacy, którzy się z tą polityką zgadzają. Uważają, że kierowców trzeba „wychować”, że im trudniej, tym lepiej dla miasta. Ja do nich nie należę. Uważam, że miasto powinno być dla wszystkich. Także dla tych, którzy z różnych powodów wybierają samochód. Po odwołaniu Franka czytam, że w jego obronie stanęli aktywiści. AKTYWIŚCI. Środowisko, z którego się wywodzi. I dla mnie to najlepsze potwierdzenie, że decyzja o jego odwołaniu była słuszna (choć bardzo spóźniona). Bo jeśli najgłośniej protestuje ta sama grupa, która od lat forsuje jedną, jedynie słuszną wizję miasta, to znaczy, że ta wizja właśnie straciła swojego najważniejszego wykonawcę. Jeśli aktywiści mówią, że coś jest dobre, to – co do zasady – jest to złe. I odwrotnie.

Więcej…

Hipokryzja Gibały. "Nie zależy mi na wygraniu wyborów"

Hipokryzja Gibały. "Nie zależy mi na wygraniu wyborów"

18 lutego 2026 | 11:22

Siedemnaście lat. Trzy starty. Lata budowania zaplecza. Setki spotkań. Druga tura. Tysiące plakatów. A potem jedno zdanie na Facebooku: „Nie zależy mi na funkcjach i wygraniu wyborów”. Jeśli to prawda, to właśnie jesteśmy świadkami najbardziej kosztownego hobby w historii krakowskiej polityki. Bo wierzycie, że to prawda, prawda? Mnie nie zależy na funkcjach i wygraniu wyborów – ogłosił na Facebooku Łukasz Gibała. I nie, to nie jest fejk. On serio tak napisał. SERIO! źródło: FB Gibały Ach. Ulga. Wreszcie ktoś startuje w wyborach nie po to, żeby je wygrać. To musi być nowa filozofia polityki. Startować trzy razy na prezydenta Krakowa, prowadzić kampanie, budować zaplecze, tworzyć komitet, zbierać podpisy, inwestować czas, energię, pieniądze i… robić to wszystko „dla sportu”. Z czystej rekreacji. Może to odpowiednik maratonu? Jedni biegają w Cracovia Maraton, inni startują w wyborach samorządowych. Hobby jak każde inne. Gibała od 17 lat przebiera nogami, by zostać prezydentem  – to Jacek Majchrowski w tym wywiadzie. Fotel prezydenta Krakowa od zawsze był jego celem – to Anna Grodzka, była koleżanka partyjna Gibały w tej rozmowie. Kandydowanie to nie jest spontaniczny spacer po Plantach. To miesiące organizacji, strategii, spotkań, sztabów, billboardów, debat. To pierdyliady wydanych pieniędzy. To budowanie marki politycznej przez lata. To – akurat w przypadku Gibały – aktywność publiczna wykraczająca daleko poza ustawowy czas kampanii. Ale nie, to nie dlatego, że komuś zależy na funkcji. To zapewne projekt terapeutyczny. Może chodzi o rozwój osobisty? O hart ducha po przegranej w drugiej turze? O trening odporności na stres? Bo przecież nikt rozsądny nie startuje trzy razy (a z chwilę może i czwarty) w wyborach po to, żeby wygrać. Prawda? PRAWDA?! Możliwe, że mamy do czynienia z nową szkołą politycznej ascezy: kandydowanie bez pragnienia zwycięstwa. Wchodzenie do drugiej tury przez przypadek. Mobilizowanie dziesiątek tysięcy wyborców ot tak, for fun. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem A może to najwyższy poziom minimalizmu? "Funkcje są nieważne". W końcu prezydentura miasta to tylko detal. Taki drobiazg jak zarządzanie budżetem miliardów złotych i kierowanie jednym z największych miast w Polsce. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Być może powinniśmy docenić tę nową jakość. Polityk, który nie chce władzy, ale konsekwentnie o nią zabiega. Kandydat, który nie zabiega o wygraną, ale robi wszystko, by zdobyć jak najwięcej głosów. To już nie jest zwykła sprzeczność. To poziom mistrzowski. Hipokryzja level master? Nie. Powiedzmy elegancko: retoryczny freestyle. ZOBACZ TAKŻE: O jeden most za daleko. "Po trupach do prezydentury" Bo jeśli naprawdę nie chodzi o funkcję i wygraną, to pozostaje jedno pytanie: Po co w ogóle startować? Dla sportu? Dla adrenaliny? Dla piękna demokracji? A może po prostu brzmi to lepiej na Facebooku niż: "Zależy mi bardzo, ale tym razem się nie udało"? Tylko czy jest w Krakowie jeszcze ktoś, kto się na to nabierze?

Więcej…

O jeden most za daleko. "Po trupach do prezydentury"

O jeden most za daleko. "Po trupach do prezydentury"

17 lutego 2026 | 08:52

Są w polityce momenty, kiedy nawet najwierniejsi kibice zaczynają się wiercić niespokojnie. Nie dlatego, że zmienili poglądy. Nie dlatego, że nagle „przejrzeli na oczy”. Ale dlatego, że coś zwyczajnie przestaje im się podobać. Ostatnia akcja referendalna Łukasza Gibały wywołała właśnie taki moment. Po trupach do prezydentury - brzmi jeden z komentarzy pod postem, w którym Gibała namawia, by dopisywać się do listy wyborów w Krakowie. źródło: FB Gibały I pod tym postem nie widać wyłącznie głosów przeciwników. Wprost przeciwnie, gorzkie komentarze piszą ludzie, którzy jeszcze niedawno bronili go w każdej internetowej dyskusji. I nie chodzi już o sam pomysł referendum. Chodzi o sposób. A konkretniej chodzi o to, że Gibała namawia ludzi, by ci dopisywali się do spisu wyborców w Krakowie. Więcej pisaliśmy o tym tutaj: Referendalna desperacja. Gibała otwiera drzwi dla "nowych" wyborców. I zostało to bardzo źle przyjęte zarówno przez przeciwników, jak i zwolenników trzykrotnego przegrywa kandydata na prezydenta. źródło: FB Gibały Zarzut jest poważny: nieczysta gra. Zachęcanie ludzi do dopisywania się do spisu wyborców – formalnie zgodne z przepisami – dla wielu przekracza granicę przyzwoitości politycznej. Bo jedno to mobilizować własnych sympatyków, a drugie tworzyć wrażenie, że liczy się każdy trik, każda luka, każdy sposób na „dociągnięcie” wyniku. źródło: FB Gibały Polityka lokalna zawsze miała w sobie coś bardziej osobistego. Tu ludzie się znają, spotykają w tych samych miejscach, żyją obok siebie. Dlatego tak silnie działa poczucie, że gra powinna być czysta. Jeśli ktoś budował swoją markę na haśle przejrzystości i uczciwości, to każde odejście od tej narracji boli podwójnie. Bo rozczarowuje nie przeciwników – ich trudno zawieść – lecz własnych wyborców. źródło: FB Gibały I właśnie to jest dziś najbardziej wymowne. Krytyka nie płynie z „drugiej strony barykady”. Ona płynie z wnętrza obozu. Z miejsca, które dotąd było bezpieczne. źródło: FB Gibały Władza bywa kusząca. Walka o nią – brutalna. Ale moment, w którym sympatycy zaczynają pytać, czy cel uświęca środki, to sygnał alarmowy. Bo polityk może przegrać wybory i wrócić za kilka lat. Trudniej odzyskać wrażenie, że gra się fair. A gdy nawet własny elektorat mówi: „nie tak miało być” – to znaczy, że granica została przekroczona. I że cena tej taktyki może okazać się wyższa, niż ktokolwiek zakładał. ZOBACZ TAKŻE: Lider krakowskiego PSL-u: "Miszalski sam dolewa oliwy do ognia" [WYWIAD]

Więcej…

Gdzie jest Śpiewak?! Kraków czeka na instrukcje z Warszawy

Gdzie jest Śpiewak?! Kraków czeka na instrukcje z Warszawy

13 lutego 2026 | 10:53

W Krakowie trwa festiwal politycznej hipokryzji. Na pomoc gibałowej inicjatywie referendalnej ruszyli już wszyscy: od skrajnej lewaczki Aleksandry Owcy po skrajnego prawaka Konrada Berkowicza. I trzeba to uczciwie powiedzieć: to jest sukces. Sukces Aleksandra Miszalskiego polega na tym, że zjednoczył przeciwko sobie tak skrajne środowiska, że gdyby posadzić ich przy jednym stole, to sztućce służyłyby za broń białą. Z drugiej zaś strony – to równie piękny dowód na to, że referendum nie jest żadnym oddolnym zrywem ludu krakowskiego, tylko cyniczną, polityczną ustawką, której celem jest obalenie demokratycznie wybranego prezydenta. Tyle w temacie romantycznych bajek o „mieszkańcach”. Ale dziś nie o tym. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem Do tej układanki dołączają kolejni gracze. Jedni z przekonania, inni z wyrachowania, jeszcze inni z czystej potrzeby atencji. A my najbardziej tęsknimy za… Janem Śpiewakiem. Tak, tym samym, który latami bratał się ze środowiskiem Łukasza Gibały i z pasją godną rewolucjonisty krytykował Jacka Majchrowskiego. Naparzając się z nim po sądach, moralizując, pouczając, ustawiając Kraków do pionu z pozycji warszawskiego trybuna ludowego. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że bardziej ciągnie go pod Wawel niż nad Wisłę w stolicy. Gdyby Lenin żył, pewnie nazwałby go „pożytecznym idiotą”. Z czułością, rzecz jasna. źródło: Onet A teraz? Cisza. Janku, gdzie jesteś? Czyżbyś nie wiedział, kogo poprzeć? Czyżby krakowska układanka okazała się zbyt skomplikowana nawet dla specjalisty od wszystkiego? Bo sytuacja jest wyśmienita. Zwolennicy SCT kontra przeciwnicy z Krowoderskiej, którzy stanowią bezpośrednie zaplecze Gibały. Jeszcze wczoraj graliście w jednej, proekologicznej, antysmogowej drużynie. Artykuły, apele, oburzenie. Smog, trucizna, dramat miasta. Na portalu SmogLab można było regularnie czytać artykuły Tomasza Borejzy, że Kraków się dusi A dziś? Nagle ten sam Borezja odkrywa, że walka o czyste powietrze jest mniej ważna niż polityczna okazja do przywalenia Miszalskiemu. Borejza przestaje publikować o zanieczyszczeniach, za to zaczyna publikować polityczne filmiki. Smog już tak nie gryzie w gardło, gdy można komuś przyłożyć. I tu zaczyna się prawdziwy kabaret. Janku, nie wiesz już, kto jest twoim kolegą, a kto chwilowym sojusznikiem? Zauważyłeś te połamane koalicje specjalistów od wszystkiego, co w mieście się rusza lub stoi? Po latach monotonii pojawili się „aktywiści” i „aktywiszcza”. Jedni bardziej radykalni od drugich. Jedni krzyczą o demokracji, drudzy o zdradzie ideałów. Każdy z megafonem, nikt z odpowiedzialnością. ZOBACZ TAKŻE: Najdłuższa kampania wyborcza świata. Na pomoc Gibale przychodzi brat I bądź tu mądry. Jesteś aktywistą czy aktywiszczem? Reformatorem czy politycznym turystą? Bo dzisiaj w Krakowie nie wystarczy krzyczeć. Trzeba się określić. Czy jesteś z tymi, którzy chcą realnie zmieniać miasto – nawet jeśli to boli – czy z tymi, którzy każdą zmianę wykorzystają jako pretekst do politycznej rozróby? Janku, naprawdę brakuje twojego głosu w tej debacie. Daj znać, gdzie stoisz. Choćby po to, żebym wiedział, że trzeba zrobić dokładnie odwrotnie niż mówisz.

Więcej…

Franek wylatuje z ZTP! Za późno, panie prezydencie

Franek wylatuje z ZTP! Za późno, panie prezydencie

11 lutego 2026 | 11:57

Łukasz Fanek przestał być dyrektorem Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie. I dobrze. Tyle że ta decyzja pachnie bardziej spóźnioną refleksją niż odważnym przywództwem. Bo to nie jest ruch z kategorii „nowe otwarcie”. To raczej klasyczne „trzeba było tak od razu”. Półtora roku temu? Zdecydowanie. Pięć lat temu? Jeszcze lepiej. Krakowski transport (nie tylko ten publiczny) nie zaczął przecież skrzypieć wczoraj. Problemy narastały, napięcia rosły, decyzje budziły kontrowersje, a mieszkańcy coraz częściej zadawali pytanie: kto nad tym wszystkim panuje? Nowa administracja w magistracie miała komfort świeżego mandatu i politycznej energii. To był moment, by zrobić porządek, wyznaczyć nowe standardy, pokazać, że kończy się epoka dryfowania. Tymczasem w krakowskim urzędzie miasta decyzje personalne rozciągają się jak remonty – niby coś się dzieje, ale końca nie widać. Nie chodzi o personalne wycieczki. Chodzi o odpowiedzialność. Transport to krwioobieg miasta. Jeśli ten system kuleje, cierpią tysiące ludzi. Codziennie. Każde nietrafiona decyzja zostawia ślad. Owszem, można dziś powiedzieć: „lepiej późno niż wcale”. To prawda. Ale prawdą jest też to, że straconego czasu nikt Krakowowi nie odda. Zaufanie mieszkańców odbudowuje się latami, a traci w kilka miesięcy. Łukasz Fanek powinien być jak ten słynny Lexus Jacka Majchrowskiego. "Sprzedany" na początku kadencji, jako wyraźny sygnał zerwania z przeszłością. Ale stało się inaczej. Samochód-symbol zniknął szybko, bo łatwo było pokazać, że to znak poprzedniej epoki. Z ludźmi okazało się trudniej. A przecież dyrektor ZTP stał się symbolem znacznie poważniejszym niż służbowa limuzyna. Symbolem stylu zarządzania, który dla wielu mieszkańców oznaczał chaos, kontrowersyjne decyzje i poczucie, że nikt nie bierze realnej odpowiedzialności za skutki. Bo transport w Krakowie to nie akademicka dyskusja o modelach mobilności. To codzienność setek tysięcy ludzi. Jeśli coś przez lata budziło frustrację, to właśnie wrażenie, że eksperymentuje się na żywym organizmie miasta. Dlatego dzisiejsza decyzja jest dobra. Ale powinna była zapaść znacznie wcześniej. Na początku kadencji, kiedy nowa władza mogła jasno powiedzieć: zmieniamy kierunek, bierzemy odpowiedzialność, kończymy z tym, co budziło największe emocje. Dziś pozostaje pytanie, czy to początek realnych zmian, czy tylko korekta wizerunkowa. Bo jeśli symbol znika dopiero wtedy, gdy presja staje się zbyt duża, to trudno mówić o zdecydowanym przywództwie.

Więcej…

Opłacani "wolontariusze" chodzą po domach i proszą o PESEL

Opłacani "wolontariusze" chodzą po domach i proszą o PESEL

09 lutego 2026 | 07:47

Dziś zacznę niczym Karol Strasburger, choć nie mam oczywiście zamiaru porównywać się do mistrza sucharów. Puk. Puk.– Kto tam?– Sąsiadki.– Nie ma siatek. Ten dowcip przypomniał mi się, gdy do drzwi moich zapukali… płatni, hehe, wolontariusze. Swoją drogą „płatni wolontariusze” to takie samo logiczne cudo jak dietetyczny pączek z boczkiem albo cichy remont u sąsiada. Niby słowa znane, a razem tworzą byt metafizyczny. No ale ci wybrańcy Gibały oddolnego ruchu obywatelskiego zapukali. A żeby być całkiem precyzyjnym: zadzwonili domofonem. Nieopatrznie podniosłem słuchawkę i usłyszałem, że zbierają podpisy za odwołaniem prezydenta. Zdziwiłem się, bo organizatorzy co rusz donoszą o sukcesach z taką emfazą, że gdyby podpisy były walutą, moglibyśmy już spłacić dług publiczny Polski i dorzucić coś Grekom. ZOBACZ TAKŻE: Demolka miasta na zlecenie. Kto naprawdę stoi za niszczeniem Krakowa? Najpierw było dziesięć tysięcy. Potem dwadzieścia. Chwilę później – milion tysięcy. Licznik kręci się szybciej niż… no nie znajduję porównania. Kolejki – mówią – ustawiają się jak po lody w upale. Społeczne poruszenie, obywatelski zryw. Tylko że jest jeden drobiazg. Skoro idzie tak dobrze, to dlaczego akcja przypomina wizytę Świadków Jehowy w niedzielny poranek? Puk. Puk.– Dzień dobry, czy moglibyśmy prosić Pana PESEL? Najlepiej od razu. Chodzenie po mieszkaniach, klatkach schodowych i osiedlach ma w sobie coś ujmująco staroświeckiego. Ale… jeśli kolejki naprawdę się ustawiają, to po co pukać? Po co ten domofonowy small talk, to nerwowe „to tylko chwileczka”, to szybkie skanowanie korytarza, czy sąsiedzi patrzą? Masowy ruch społeczny raczej nie musi pytać, czy ktoś ma chwilę i dowód osobisty pod ręką. On po prostu jest. Widoczny. Głośny. Nie potrzebuje wizjera. Kraków zna takie sceny. Zna też wielkie słowa, które potem okazują się… roboczą hipotezą. Referendalną wersją „już prawie”, „na pewno” i „mamy więcej, niż trzeba, tylko jeszcze zbieramy”. I tak miasto żyje w dwóch rzeczywistościach jednocześnie. W pierwszej – historyczne kolejki, setki tysięcy podpisów i ludzkie tsunami. W drugiej – puk, puk, poproszę PESEL, najlepiej teraz, bo jutro idziemy na inne piętro. Swoją drogą. Do tej pory było mi sobie trudno wyobrazić – a wyobraźnię mam bujną – że ktoś zapuka do mych drzwi, wsadzi w nie głowę i poprosi o… PESEL. Czekam jeszcze tylko na: „a numer karty i kod z SMS-a też Pan poda, bo demokracja się spieszy”. Jeśli rewolucja musi chodzić po domach i dzwonić domofonem, to może problem nie leży w drzwiach, tylko w liczbach. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD] A propos drzwi: już raz w Krakowie facet, który chciał obalić prezydenta, odbił się od drzwi i zamiast prezydenta, mógł obalić sobie flaszkę. Z kolegami z Krowoderskiej.

Więcej…

Demolka miasta na zlecenie. Kto naprawdę stoi za niszczeniem Krakowa?

Demolka miasta na zlecenie. Kto naprawdę stoi za niszczeniem Krakowa?

08 lutego 2026 | 16:06

Próbują od lat przekonać do siebie krakowian. Próbują wmówić nam, że Jacek Majchrowski był zły. Że zły jest Aleksander Miszalski. Że złe jest jego otoczenie, złe są metody działania. Że sukcesy nie mają znaczenia. Od lat budują – wbrew faktom – wizję miasta toczonego jakimś nowotworem. Korzystają z ciągłego zasilania finansowego, bo nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że kilku facetów pracujących dzień w dzień w maszynie destrukcji, robi to za darmo.  Mają pewnie kredyty, które trzeba spłacać. Mają rodziny, które trzeba wyżywić. Wykorzystają każdą okazję, każdy "prezent", aby poniewierać, niszczyć, podważać zaufanie. Korzystają ze wsparcia i zaangażowania zwykłego bandyty-patoblogera, który stosując swoisty "social activist washing" próbuje z pełną bezwzględnością destabilizować krakowską rzeczywistość: medialną i publiczną. ZOBACZ TAKŻE: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj Demolowanie Majchrowskiego, jego dokonań dla miasta i jego otoczenia? Proszę bardzo. Gnojenie Miszalskiego (wybranego w demokratycznych wyborach prezydenta Krakowa)? Jestem na posterunku. Antagonizowanie mieszkańców miasta, podważanie zaufania do władzy i do miejskich projektów? Zawsze do usług. Mówimy tu o facecie, który ma wyroki za pobicia, próby korupcyjne, zaangażowanym gdzieś blisko bardzo, ale to bardzo “śmierdzących” spraw (zniknięcie "króla kryptowalut"). Więcej o tym piszemy tutaj: Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie Bezwzględny typ i manipulant, wyzuty z jakichkolwiek wartości, cyngiel do wynajęcia. Fragment tekstu "Kryptowaluty, groźby wobec dziennikarza i próba korupcji. Niedoszły prezydent Krakowa skazany" z portalu Wirtualna Polska / źródło: WP CAŁY TEKST SZYMONA JADCZAKA I PAWŁA FIGURSKIEGO PRZECZYTACIE TUTAJ: Kryptowaluty, groźby wobec dziennikarza i próba korupcji. Niedoszły prezydent Krakowa skazany Do tego kilku facetów – gołodupców prowadzących od lat dzieło destrukcji w postaci portaliszcza krowoderska i różnych jego odłamów. Na pełny etat, przy zaangażowaniu znacznych środków finansowych. Dziś dodatkowo dziesiątki ludzi opłaconych i wypuszczonych “w miasto”, gazetki, kampanie w mediach społecznościowych. Oszustwo na gigantyczną skalę. Oszustwo polegające na próbie wmówienia ludziom, że to "obywatelski zryw", "głos mieszkańców". ZOBACZ TAKŻE: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] Do tego koalicja faszystów i zwykłych frustratów, jak ten promowany, niczym Stachanow, nieszczęsny "Pan Piotr" – niczym osioł ze Shreka – próbujący wyskoczyć gdzieś ponad tłum, doklejając się do różnych partii i stowarzyszeń. ZOBACZ TAKŻE: Kamraci z mocnym wsparciem dla referendum. „Zaangażowane 3 grupy” To wszystko patologiczny, bezwzględny, paramafijny układ. Układ, który ma nam, mieszkańcom miasta, odebrać dumę z tego, gdzie mieszkamy. Sponiewierać, zniszczyć, zabronić komentowania, zastraszyć. Tak, zastraszyć. Zastraszenie i szantaż to normalne praktyki ludzkich trybików tej maszyny. Maszyny, za którą stoją olbrzymie pieniądze, idące w dziesiątki, a czasami i setki tysięcy miesięcznie, od wielu lat. Maszyny, za którą stoi jedna rodzina, która w tej mafijnej grze o Kraków "wtopiła" kilka dobrych majątków. Przejrzyjmy na oczy i nie dajmy się nabrać. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Kulisy referendum: 10 milionów podpisów, 5 tysięcy botów. Jak upada „powstanie krakowskie”

Kulisy referendum: 10 milionów podpisów, 5 tysięcy botów. Jak upada „powstanie krakowskie”

02 lutego 2026 | 21:00

Zaledwie 8 tysięcy podpisów mieli do tej pory zebrać inicjatorzy referendum – wynika z nieoficjalnych informacji do których dotarła redakcja Kanału Krakowskiego. Akcja wyraźnie zwolniła, a trwające mrozy i reakcje ludzi nie wróżą przełomu. „Mamy problem, ale nie składamy broni” – mówią nieoficjalnie osoby związane z inicjatorami akcji. Po początkowym impecie i entuzjazmie nie ma już śladu, a formalny lider komitetu referendalnego dążącego do odwołania prezydenta Miszalskiego i miejskich radnych od kilku dni studzi emocje. W piątek Jan Hoffman przekonywał, że zbiórka potrwa do ustawowego terminu, czyli 30 marca, zastrzegając, że w przypadku zebrania 100 lub 120 tysięcy podpisów złożenie ich do komisarza wyborczego nastąpi wcześniej. Podkreślał, że tempo zbiórki będzie spadać. - Janek, choć oficjalnie tryska entuzjazmem, to waży słowa, bo wie, że idzie średnio, a nie chce wyjść na tego, który przelicytowuje. To jednak mecenas, wiarygodność jest dla niego bardzo ważna. Informacje o 20 czy nawet 25 tysiącach zebranych podpisów wrzucają nieoficjalnie różne osoby na X, sprzedają to dziennikarzom. Przecież oni nie są w stanie tego zweryfikować - wyjaśnia jedna z osób blisko związana z akcją referendalną. I śmieje się, że gdy ktoś z Warszawy napisał na X (dawniej Twitter - dop red.), że pierwszego dnia zebrano 5 tysięcy podpisów, wszyscy potraktowali tę informację jako pewnik. - Śmialiśmy się nawet, że podejrzeń co do wiarygodności mogliby nabrać pewnie przy napisaniu, że podpisów jest już 10 milionów. Ale „podbijanie” stawki w przekazach od początku było naszą strategią - zdradza rozmówca, który od blisko pół roku brał udział w przygotowaniach do akcji referendalnej. Czuje się oszukany zaangażowaniem partii i rozgoryczony polityczną „ustawką” w jaką przerodziło się referendum. Przewiduje, że próba organizacji zakończy się po przeliczeniu podpisów w kwietniu. W internecie szał  Inicjatorzy referendum wyraźnie dominują w internecie. Według naszego rozmówcy, od kilku miesięcy blisko 5 tysięcy specjalnych kont na Facebooku i  X-ie tworzyło odpowiednią narrację, a dziś komentarzami i nieprzychylnymi reakcjami bombardują kilkadziesiąt kont osób związanych z krakowską i małopolską Koalicją Obywatelską, PSL-e oraz prezydentem Miszalskim. - W internet poszło mnóstwo pieniędzy, boty, grupy, kilka fanpage’y, Hoffman miał swój portal, ale główną robotę „kibolską” robią oczywiście „Krowoderscy”, którym wyobraźni i bezczelności nie brakuje. Nie mają nic do stracenia, wiedzą, że bez „nowego rozdania” na zawsze będą już uzależnieni od kaprysów rodziny alkoholowego oligarchy - tłumaczy nasz rozmówca, nie wymieniając jednak oficjalnie nazwiska nieformalnego sponsora działań referendalnych - Borejza  (Tomasz, jeden z współtwórców kontrowersyjnego i słynącego z hejterskich publikacji kanału Rynek Krowoderski – dop. red.) był dziennikarzem naukowym, stale pisał do takich portali jak SmogLab. Przecież po tych filmikach w których podważał sens istnienia SCT żaden poważny portal nie będzie chciał z nim już współpracować - zauważa nasze źródło, tłumacząc zaangażowanie i determinację niektórych paramedialnych tworów w referendum. Działania bez wątpienia przynoszą rezultat – to kanały komunikacyjne „referendarzy” nadają codziennie ton debacie w krakowskim internecie. Urząd Miasta i działacze Koalicji są w głębokiej defensywie. Ulica weryfikuje, ludzie boją się… ukraińskiego? Tym większe zdziwienie wywołuje mizerny efekt zbiórki na ulicach. Pomimo zaangażowania dziesiątek dobrze opłacanych wolontariuszy, podpisów zdobywanych na ulicach jest znacznie mniej niż zakładano. - Naprawdę spora część ludzi w ogóle nie wie o zbiórce i unikają podawania PESEL-ów, a z tych którzy wiedzą o zbiórce, jest część mocno „antypisowska”. Gdy zobaczyli Wasserman i Bochenka w telewizji, zdanie już sobie wyrobili. PiS przyniesie swoje 10-15 tysięcy zebranych w kościołach i po prawicowych klubach, ale na ulicy nam to nie pomogło - wyjaśnia nasz rozmówca podkreślając, że od początku przestrzegał przed zaangażowaniem znanych politycznych twarzy w działania referendalne. Jednak największym problemem dla opłacanych wolontariuszy ma być fakt, że mówią… z akcentem. - Tego nie przewidzieliśmy. Zgłosiło się mnóstwo fajnych, młodych i kontaktowych ludzi. Część z nich to Ukraińcy, dla których stawki wydają się naprawdę atrakcyjne. Nie przewidzieliśmy jednak co zostało „zasiane” w głowach ludzi, nawet w dużych miastach. Ludzie wprost mówią, że osobom ze wschodu swoich danych nie przekażą. Wyciągnąć od kogoś PESEL przy takim podejściu jest naprawdę ciężko - zdradza osoba związana ze zbiórką, dodając, że stąd szybka reakcja organizatorów i zdjęcia „z kolejkami do wolontariuszy” oraz pokazywanie, że podpisy zbierają członkowie komitetu referendalnego. Aby nieco przyspieszyć i „odczarować” wolontariuszy do zbierania podpisów zaangażowano nawet struktury Konfederacji z całej Małopolski i Śląska. - Niektórzy żartowali, że oni są bardziej strawni, bo co prawda myślą po rosyjsku, ale mówią bez akcentu. A do zdobycia PESEL-u to wystarczy - śmieje się nasz rozmówca. Powstanie krakowskie skończy się rabacją? - Na początku suflowaliśmy hasło, że to prawdziwe „powstanie krakowskie”, ale w końcu dotarło do nas, jak „powstanie krakowskie” się skończyło. Lud wzgardził powstańcami, a równocześnie wybuchła rabacja galicyjska, która obróciła się przeciwko inicjatorom zrywu. - przypomina nasz rozmówca, ujawniając że używanie tego hasła skończyło się sporą awanturą ze strony osób odpowiadających za PR przedsięwzięcia. - Znajomy podesłał mi nawet mema: Kocurek (Bartłomiej, radny KO, który stał się jednym z celów ataków środowisk związanych z referendum) w stroju Jakuba Szeli goni z pałką za „możnowładcami”, którym z worków wypadają złote monety, patelnia i gaśnica - z uśmiechem opowiada jeden z organizatorów. Wierzy jednak, że ten obrazek pozostanie tylko ironicznym komentarzem chwilowego zwątpienia w gronie „referendarzy”.

Więcej…

Serce bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to wiadomo – od Gibały

Serce bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to wiadomo – od Gibały

30 stycznia 2026 | 12:04

W Krakowie nawet demokracja przestała być darmowa. Podpis pod referendum, który miał być obywatelskim aktem sprzeciwu, zaczyna pachnieć umową-zleceniem. Oficjalnie – wszyscy działają z potrzeby serca. Nieoficjalnie – serce podobno bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to widomo – od Gibały. Referendum, z definicji, ma być szczytem demokracji bezpośredniej. Obywatel wychodzi na ulicę, składa podpis, bo chce zmiany, bo ma dość, bo „tak dalej być nie może”. Tymczasem krakowska rzeczywistość jak zwykle zadaje pytania niewygodne. Czy podpis zebrany za darmo waży więcej niż podpis zebrany za stawkę godzinową? I czy demokracja na minimalnej krajowej nadal jest demokracją, czy już tylko kolejnym zleceniem? Jedni mówią: „normalna sprawa, kampania jak kampania”. Inni oburzają się: „halo, to referendum, nie promocja karty lojalnościowej”. Jeszcze inni wzruszają ramionami i pytają najbardziej krakowsko-praktycznie: a ile za podpis? źródło: KR24.pl I tu dochodzimy do sedna lokalnego absurdu. Bo jeśli rzeczywiście ktoś płaci za zbieranie podpisów – podkreślmy: za zbieranie, nie za składanie – to formalnie wszystko się zgadza. Paragrafy milczą. Wolontariat to piękna idea, ale – jak dobrze wiedzą bywalcy Kazimierza – idea nie zapłaci ani za bilet MPK, ani za kawę, ani za czynsz. Gibała też to wie. ZOBACZ TAKŻE: News KR24.pl! Za zbieranie podpisów pod referendum można dobrze zarobić? Płaci… Gibała Problem zaczyna się w momencie, gdy obywatel przestaje być obywatelem, a staje się targetem. A podpis – walutą. Bo jeśli ktoś zbiera podpisy, bo ma normę do wyrobienia, to pytanie przestaje brzmieć „czy pan/pani popiera?”, a zaczyna: „czy ma pan/pani PESEL?”. I nagle demokracja bezpośrednia skręca w stronę demokracji hurtowej. źródło: Kurier Krakowski Kanał Krakowski zapytałby pewnie wprost: czy to jeszcze obywatelskie poruszenie, czy już outsourcing demokracji? A sam Gibała? Jak to w Krakowie bywa – jedni widzą w nim sprawnego organizatora, inni cynicznego gracza, jeszcze inni tylko wygodny symbol większego problemu. Bo prawda jest taka, że nawet jeśli dziś „płaci Gibała”, to jutro płacić będzie ktoś inny. Rynek jest chłonny, demokracja zaskakująco elastyczna, a Kraków wiecznie zdziwiony, choć nigdy naprawdę zaskoczony. źródło: Radio Kraków I może właśnie o to chodzi najbardziej. Że zamiast oburzać się na stawki za podpis, warto zapytać, dlaczego bez stawek prawie nikt tych podpisów zbierać nie chce. Bo odpowiedź na to pytanie mówi o stanie miasta więcej niż tysiąc referendów i milion haseł o obywatelskości.  ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Łom zamiast mózgu. Znak drogowy jako wróg publiczny numer jeden

Łom zamiast mózgu. Znak drogowy jako wróg publiczny numer jeden

23 stycznia 2026 | 13:39

To nie wojna z systemem. To publiczna prezentacja własnej intelektualnej bezradności. Kiedy myślenie boli, bierze się łom. Dlatego znaki Strefy Czystego Transportu przegrywają z ludźmi, którzy mylą wandalizm z odwagą. To jest krzyk ludzi, których myślenie boli bardziej niż hemoroidy, mandaty i świadomość własnej przeciętności razem wzięte. Co jakiś czas różne profile na Facebooku z dumą godną zwycięzców spod Grunwaldu informują: kolejny znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie zniszczony. I zawsze jest to samo: zdjęcie, komentarze, rechot w internecie. „Hehe, aleśmy pokazali urzędasom”. No, pokazaliście. Pokazaliście, że myślenie boli was bardziej niż życie, w którym nigdy niczego nie zrozumieliście, więc wszystko musicie rozwalić. Nazwijmy ich po imieniu – to są durnie. Oszołomy. Turbokretyni. Ludzie, którzy mylą wandalizm z buntem, a łom z argumentem. I co najlepsze: oni się tym chwalą. Jakby właśnie odkryli ogień, a nie odkręcili śrubę z rury. To trochę tak, jakby ktoś się publicznie chwalił, że: zdefekował do Paczkomatu, bo „InPost to korporacja” wybił szybę w tramwaju, bo „i tak jeżdżą za wolno” odłączył światła na skrzyżowaniu, bo „sam wie lepiej, kiedy jechać” Absurd? Dokładnie ten sam poziom logiki. Ale idźmy dalej tym tokiem „myślenia”. Nie podoba ci się ograniczenie prędkości do 50? Wyrwij znak i jedź 150, bo przecież fizyka to lewacki wymysł, a droga publiczna to twój prywatny tor testowy. Nie podoba ci się strefa zamieszkania? Wyrwij znak, i wjedź rozpędzony w grupkę bawiących się tam dzieci. Nie podoba ci się zakaz palenia w knajpie? Spal stolik. Nie podoba ci się podatek? Podpal urząd. Nie podoba ci się prawo? Zniszcz alfabet, bo litery są systemowe. To nie jest bunt. To dziecinada przebrana za odwagę. Najśmieszniejsze (czytaj: najsmutniejsze) jest to, że ci sami ludzie krzyczą potem o „wolności” i „zdrowym rozsądku”. Strefa Czystego Transportu może się komuś nie podobać. Można z nią dyskutować. Można ją krytykować. Można protestować. I w końcu można głosować. Ale niszczenie znaków to nie jest sprzeciw. To tylko publiczne ogłoszenie: „Nie ogarniam świata, więc go psuję”. I jeszcze jedno, na koniec, specjalnie dla bohaterów nożyc do blachy: znak wróci. Jedyny trwały ślad zostanie na was, czyli łatka gości, którzy myślą, że są antysystemowi, a zachowują się jak chamy z przystanku. I to jest właśnie najbardziej ironiczne.

Więcej…

Miszalski już spakowany! Taczki gotowe, a Gibała odzyskał sens życia

Miszalski już spakowany! Taczki gotowe, a Gibała odzyskał sens życia

22 stycznia 2026 | 09:04

To nie był sondaż. To było paliwo rakietowe. Lokalny portal dolał benzyny do ogniska, a banda chętnych do odwoływania Aleksandra Miszalskiego zaczęła się nakręcać jak nastolatkowie na dopalaczach, kręcąc się w kółko i krzycząc, że „JUŻ PO NIM”. W środę jeden z lokalnych portali „ujawnił” (hehe) sondaż, z którego wynika, że – tu cytat – referendum w Krakowie możliwe. 64 proc. Krakowian deklaruje udział, większość za odwołaniem prezydenta miasta. Koniec cytatu. Czytając to, można było odnieść wrażenie, że oto przemówiła historia, duch miasta i Wawel jednocześnie. Badanie zostało przeprowadzone na zlecenie – werble, fanfary, konfetti – Łukasza Gibały! Tego samego, który – wciąż nie możemy o tym zapomnieć – już TRZY razy przegrał wybory na prezydenta Krakowa, a raz tak bardzo chciał odwołać w referendum Jacka Majchrowskiego, że złożył w Państwowej Komisji Wyborczej podpisy, które okazały się sfałszowane, czym musiała się zająć prokuratura. Łukasz Gibała wpatrzony w ekran / fot. Łukasz Michalik Ale do sedna. Bo nie chodzi tu ani o metodologię, ani o prawdę, ani nawet o Kraków. Chodzi o emocjonalny fast food dla ludzi, którzy od dawna żyją w stanie permanentnego „zaraz go obalimy”, a każdy wykres traktują jak znak zesłany z nieba. To środowisko funkcjonuje dokładnie tak: wrzuć im wykres – dostaną orgazmu. Jeden słupek w górę i już widzą siebie w oknie magistratu, machających tłumom jak Jan Paweł II, tylko bez sutanny i z komentarzem na Facebooku. Ten sondaż to dla nich jak relikwia. Całują ekran, udostępniają z dopiskiem „NO I CO TERAZ KOLESIE??”, tłumaczą, że „LUD PRZEMÓWIŁ”, chociaż lud to głównie dwudziestu komentatorów z awatarami psów, orłów i krzyczących emotek. Nakręcają się nawzajem, pompują, podbijają, aż robi się z tego zbiorowa masturbacja polityczna. Internet zapłonął jak znicz pod Smoleńskiem, tylko szybciej i głupiej. Jeden z radnych PiS (ten, co to jedną nogą jest już chyba u Gibały) dostał takiego wylewu ze szczęścia, że literówki w komentarzach sugerują, iż faktycznie prawa ręka odmówiła współpracy. Człowiek jeszcze nie wie, czy to udar, czy po prostu klawiatura marki „Entuzjazm”. ZOBACZ TAKŻE: Duda: "Kraków wymaga jakiegoś poziomu intelektualnego od włodarza miasta" Psy szczekają. Dosłownie: PSY SZCZEKAJĄ W INTERNECIE. Każdy z nickiem typu „Krakus_Prawdziwy_1984” albo inny „BŁAZEN123” wyjaśnia, że „LUD SIE OBUDZIŁ”, „KONIEC UKŁADU” i „TERAZ TO JUŻ NA PEWNO”. Każdy z nich nagle jest ekspertem od demokracji bezpośredniej, referendum i konstytucji, chociaż jeszcze wczoraj mylił radę miasta z radą osiedla i pytał, czy prezydent Krakowa podlega papieżowi. Ale dziś wiedzą wszystko. Bo portal powiedział. I oczywiście pojawia się klasyczne: „TO JEST KONIEC” „MISZALSKI JUŻ SPAKOWANY” „WYWIEZIEMY GO NA TACZKACH” „KRAKOWIANIE GO ROZLICZĄ” „Krakowianie”, czyli grupa wzajemnej adoracji, która bez tego sondażu nie wiedziałaby, po co wstaje z łóżka. Teraz mają sens życia. Screenshot. Link. Caps lock. Pięć wykrzykników. To nie jest żadna analiza nastrojów społecznych. To jest emocjonalna paśnikownia dla ludzi, którzy odwołują Miszalskiego w internecie odkąd tylko został prezydentem. A wcześniej próbowali obalić poprzedniego. I za każdym razem są „o krok od zwycięstwa”. Jak hazardziści, co właśnie przegrali wszystko, ale jeszcze wierzą, że następny rzut kostką odmieni los. A portal? Portal się cieszy. Kliknięcia lecą, psy szczekają, internetowi fanatycy się nakręcają, radny PiS znów na granicy udaru ze szczęścia. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik I tak to się kręci: przegrane wybory, sondaż, euforia, komentarze, a potem cisza i kolejne „tym razem się uda”. Krakowska opozycja to nie ruch polityczny – to koło fortuny, w którym zawsze wypada „spróbuj jeszcze raz”. A rewolucja? Rewolucja w Krakowie już się odbyła. W komentarzach. Zwycięstwo było totalne, lud obudzony, władza obalona. Jedyny problem polega na tym, że po wylogowaniu nic się nie wydarzyło. Miszalski nadal siedzi w fotelu, Gibała nadal liczy wykresy, a portal nadal żyje z klików. Jedynym trwałym skutkiem tego sondażu jest to, że kilku ludzi uwierzyło, iż znowu są kimś. Choć jutro znów obudzą się dokładnie tam, gdzie byli wczoraj: w komentarzach, z klawiaturą jako jedynym narzędziem władzy. ZOBACZ TAKŻE: To ON stoi na czele protestów przeciwko SCT. W towarzystwie kryminalisty

Więcej…

Protesty przed domami polityków. Ekspert: „To przesada”

Protesty przed domami polityków. Ekspert: „To przesada”

16 stycznia 2026 | 18:16

– Decydent pracuje na co dzień w urzędzie i to tam jest miejsce do protestowania przeciwko jego decyzjom. Dom to przestrzeń prywatna. Miejsce, w którym chce się czuć bezpiecznie i spędzać czas z rodziną. Zaburzanie tego poczucia bezpieczeństwa jest problematyczne – tymi słowami Mateusz Wojcieszak, prezes Fundacji Pole Dialogu, komentuje zapowiadane protesty, które mają odbyć się przed domem prezydenta i krakowskich radnych. Protestować mają oczywiście przeciwnicy Strefy Czystego Transportu, którzy – już po raz kolejny – udowadniają, że normalna, cywilizowana i merytoryczna rozmowa jest z nimi niemożliwa. Po wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego przeciwnicy strefy czystego transportu zapowiadają protesty przed domami polityków, w tym prezydenta Krakowa. Pojawia się pytanie, czy taka forma sprzeciwu mieści się w granicach demokratycznego państwa prawa. Sprawę skomentował Mateusz Wojcieszak, prezes Fundacji Pole Dialogu, w rozmowie z Radio Kraków. Dla mnie wyznacznikiem prawa do protestu - podstawowego prawa każdej obywatelki i każdego obywatela, w tym przypadku mieszkańców Krakowa - jest zasada, że nasze prawa kończą się tam, gdzie zaczynają się prawa drugiej osoby.  W ocenie eksperta zapowiadane działania są nieadekwatne do charakteru sporu. Jest to przesada. Zwłaszcza w sprawie, która - w przeciwieństwie do protestów klimatycznych - nie dotyczy bezpośrednio prawa do życia czy przetrwania. Rozumiem, że protestujący nie zgadzają się z polityką publiczną, że obawiają się kosztów, konieczności dostosowania się do nowych przepisów albo kierują się motywacjami politycznymi. Natomiast sięganie po narzędzia protestu totalnego wydaje mi się w tym przypadku nieuzasadnione. Jak podkreśla, granica sprzeciwu przebiega tam, gdzie naruszane jest poczucie bezpieczeństwa w sferze prywatnej. Decydent pracuje na co dzień w urzędzie i to tam jest miejsce do protestowania przeciwko jego decyzjom. Dom to przestrzeń prywatna - miejsce, w którym chce się czuć bezpiecznie i spędzać czas z rodziną. Zaburzanie tego poczucia bezpieczeństwa jest problematyczne. Na stwierdzenie, że w internecie widać duże poparcie dla takich działań, odpowiada: To, co widzimy w internecie, nie jest rzeczywistością. Nie wiemy, ile komentarzy pochodzi od botów ani ile generują te same osoby. Dla mnie realnym wyznacznikiem siły i legitymizacji protestu jest liczba osób, które są gotowe poświęcić swój czas i fizycznie pojawić się na demonstracji. Całą rozmowę znajdziecie tutaj: Granice sprzeciwu. Czy wszystko wolno w proteście przeciwko SCT? To nie pierwszy raz, gdy przeciwnicy SCT posuwają się do kuriozalnych form sprzeciwu, Wcześniej pisaliśmy między innymi o tym, jak na profilu Zarządu Transportu Publicznego n Facebooku, grozili urzędnikom śmiercią, a zwolennikom SCT życzyli "złośliwego raka odbytu".  Żebyście skurwysyny zdechli na złośliwego raka odbytu, a wasze córki kurwiły się z czarnuchami – pisał jeden z nich. Cały tekst, groźby śmierci i  komentarze przeciwników SCT, przeczytacie tutaj: Przeciwnicy SCT grożą urzędnikom śmiercią, a zwolennikom życzą "złośliwego raka odbytu"  

Więcej…

Strona 4 z 7

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Na fali

  • Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!

    Wydarzenia

    Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do...

    Informacja
    18 czerwca 2026
  • Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

    Opinie

    Polityczne samobójstwo czy brutalny...

    Informacja
    15 czerwca 2026
  • Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY]

    Wydarzenia

    Znamy plan Gibały: nie wystartuje,...

    Informacja
    15 czerwca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.