Logo Kanał Krakowski
  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale

Obserwuj nas na:

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Reklama - duża
  1. Strona główna

W nurcie rozmowy

24 maja polecą wszyscy? Radny PiS chce odwołania także... samego siebie [WYWIAD]

24 maja polecą wszyscy? Radny PiS chce odwołania także... samego siebie [WYWIAD]

13 maja 2026 | 07:30

– Jestem zdolny do krytyki i nie mam problemu z wykazaniem błędu szefowej – tak o kłamstwach powielanych przez Barbarę Nowak mówi radny Maciej Michałowski. Na pytanie, czy udział szefowej PiS w kampanii referendalnej nie ośmiesza całej tej akcji, odpowiada: "pani Barbara Nowak ma swój szeroki elektorat, który liczy się z jej zdaniem". Dziś odbywa się ostatnia zwyczajna sesja Rady Miasta Krakowa przed referendum. Czy ostatnia sesja tej rady w ogóle? W rozmowie z Kanałem Krakowskim radny Michałowski przyznaje, że jest gotowy poświęcić mandat, byle tylko zmieniły się władze miasta. A co zmieni się w Krakowie, jeśli prezydentem zostanie kandydat partii Jarosława Kaczyńskiego? *** Kanał Krakowski: Czy to ostatnia sesja tej rady miasta w tej kadencji? Maciej Michałowski: Biorąc pod uwagę nastroje mieszkańców Krakowa, myślę, że jest to bardzo prawdopodobne. Czyli 24 maja Krakowianie odwołają i prezydenta, i radę? Uważam, że tak. Pożegnał się już Pan mentalnie z funkcją radnego? Zawsze chciałem być radnym, przynajmniej przez jedną kadencję. Nie spodziewałem się jednak, że ta kadencja będzie tak krótka. Natomiast nie mam potrzeby jakiegoś specjalnego żegnania się z tą funkcją. Jeśli trzeba będzie odejść z rady, zrobię to z godnością. Wystartuje Pan w ewentualnych przyspieszonych wyborach? Czas pokaże. Sesja Rady Miasta Krakowa / fot. Łukasz Michalik Tak po ludzku – nie rozjeżdża się to Panu, że namawia Pan do wzięcia udziału w referendum, które jest przeciwko Panu? Jest to pewien absurd, ale tutaj nie chodzi o mnie. Chodzi o radnych, którzy tworzą większość i współrządzą Krakowem razem z prezydentem Miszalskim. To dzięki nim mamy sytuację, jaką mamy – choćby podniesione ceny komunikacji miejskiej czy parkowania oraz fatalnie wprowadzoną Strefę Czystego Transportu. Patrząc na te wszystkie decyzje oraz na sposób zarządzania Krakowem, uważam, że należy odwołać zarówno prezydenta, jak i radę miasta. Czyli jest Pan w stanie poświęcić dietę radnego dla – nazwijmy to górnolotnie – dobra miasta? Dieta radnego to nie jest jakaś dodatkowa pensja. Jak policzyłem, ile dni nie ma mnie w pracy, jakie mam koszty dojazdu czy parkowania przy pełnieniu obowiązków radnego, to dieta tak naprawdę jest zwrotem tych kosztów. Proszę mi wierzyć, że dla mnie dieta nie ma znaczenia – równie dobrze mógłbym być radnym za darmo. Jeżeli PiS będzie rządzić w Krakowie, to strefa płatnego parkowania będzie tańsza? Trzeba spojrzeć na to szerzej i w pierwszej kolejności wybudować sieć parkingów lokalnych. Do tej pory nikt nie miał na to pomysłu i nikt tego nie zrobił. Słyszę o tym od 20 lat. Zgadza się. Wszyscy mówią, a trzeba po prostu działać. I dlaczego PiS miałby to zrobić? Kiedy pracowałem w Ministerstwie Infrastruktury, rząd Prawa i Sprawiedliwości obiecał wielkie inwestycje dla Małopolski i Krakowa – i te obietnice zostały zrealizowane. Obiecaliśmy coś, czego rzekomo nie dało się zrobić: wybudowaliśmy północną obwodnicę Krakowa, zamknęliśmy ring poprzez budowę krakowskiego odcinka S7 czy w dużej mierze wybudowaliśmy drogę do Zakopanego. My obiecujemy i my realizujemy. Maciej Michałowski To może Andrzej Adamczyk, były Pański szef i minister infrastruktury w rządzie PiS, będzie najlepszym kandydatem partii na prezydenta Krakowa? Myślę, że nie ma takich aspiracji. A kto ma? Decyzje jeszcze nie zapadły. Na pewno kandydat musi być merytoryczny, który będzie wiedział jak zarządzać tak pięknym miastem jakim jest Kraków. Jakieś nazwisko? Nie ma jeszcze decyzji partii. Czyli działacie na zasadzie: najpierw rozburzmy, a później zastanowimy się, jak to odbudować? Nie zgadzam się z tym, bo na pewno przedstawimy merytorycznego kandydata. Nie chcemy jednak robić kampanii prezydenckiej na tle kampanii referendalnej. Wróćmy do problemów miasta, które Pan wskazał. Jeśli rządził będzie PiS, bilety na autobusy i tramwaje będą tańsze? Na pewno nie mogą być tak drogie jak dziś, bo trzeba zachęcać mieszkańców do korzystania z komunikacji miejskiej. Czy klub radnych PiS ma jakieś wyliczenia, ile powinny kosztować bilety? Czy na razie mówicie tylko, że nie mogą kosztować tyle, ile kosztują? Na dziś na pewno wiemy, że 15-minutowy bilet nie może kosztować 4 zł, bo w kwadrans trudno gdziekolwiek dojechać. Ale wie Pan, że krakowianie korzystają głównie z biletów okresowych? Tak, ale nie tylko. Sam korzystam z biletów jednorazowych i znam wiele osób, które też to robią. No i bilety miesięczne także przecież podrożały. Ale rozumiem, że wyliczeń na razie brak. A zlikwidujecie SCT? Strefa Czystego Transportu nie może zostać zlikwidowana wobec obecnej ustawy. Jako Prawo i Sprawiedliwość byliśmy przeciwni SCT zaproponowanej przez prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Co nie oznacza, że byliśmy przeciwko całej strefie, bo nie jesteśmy populistami i wiemy, że SCT trzeba wprowadzić, ale na pewno nie w całym Krakowie. Według nas powinno się to robić etapami – zacząć od zdecydowanie mniejszego obszaru miasta, np. wokół Plant, i potraktować to jako projekt pilotażowy. Barbara Nowak / fot. wikimedia Czy tacy ludzie jak szefowa krakowskich struktur PiS Barbara Nowak nie narażają na śmieszność idei referendalnej? Trzeba wziąć pod uwagę specyfikę polityki i to, że pani Barbara Nowak ma swój szeroki elektorat, który liczy się z jej zdaniem i który także chce odwołania prezydenta i rady miasta. Czyli nie ma Pan problemu z tym, że regularnie wrzuca do sieci kłamliwe wpisy, sączy jad, manipuluje i żywi się fake newsami? W pytaniu znajduje się teza, z która się nie zgadzam. Pani Barbara Nowak bazowała na informacjach z sieci. Każdy, kto rozsiewa fake newsy i nieprawdziwe informacje, powinien je wyprostować i nie będę z tym polemizował. W pierwszej kolejności powinni to zrobić ci, którzy rozpoczęli rozsiewanie tych fake newsów. Mnie osobiście zdarzało się czasem – nawet na sesji czy komisji – powiedzieć coś, co nie do końca było zgodne z prawdą. Wtedy oficjalnie to prostowałem i przepraszałem. Zawsze staram się mówić prawdę, a jeśli powiem coś niezgodnego z prawdą lub krzywdzącego dla kogoś, to przepraszam i prostuję swoje słowa. Mamy też radną Agnieszkę Paderewską, która wrzuciła tego same fake newsa co Barbara Nowak (o rzekomym kongresie satanistycznym w Krakowie) i od razu za niego przeprosiła. A Wasza szefowa idzie w zaparte i podaje kłamliwe informacje, bo pasują jej do narracji. Ja zawsze sprawdzam źródło informacji i uważam, że każdy powinien to robić. ZOBACZ TAKŻE: Paderewska przerywa milczenie: nocne spotkanie, ostre słowa i plan na odwołanie prezydenta [WYWIAD] Czyli Barbara Nowak nie zachowała się tak, jak powinna? Jeżeli napisała nieprawdę, powinna to sprostować. Tylko że te informacje, które podała były dostępne w sieci i komentowane przez dziennikarzy kilku portali. Czy w PiS jest aż taki zamordyzm, że ma Pan problem z tym, żeby skrytykować szefową za ewidentny błąd? Nie mam problemu z wykazaniem błędu szefowej, ale ja najpierw wysłuchuję argumentów, a nie krytykuję a priori. Jeżeli popełniła taki błąd, to powinno się go wyprostować. Jak widać, jestem zdolny do krytyki. Rozumiem, że 24 maja zagłosuje Pan za odwołaniem prezydenta Krakowa? Tak. A za odwołaniem rady miasta? Też. A gdyby była możliwość, że głosujemy nie za odwołaniem całej rady, ale na przykład za odwołaniem trzech radnych, to którzy by to byli? (śmiech) Powiedziałbym inaczej: jestem za tym, by odwołać cały klub Koalicji Obywatelskiej i Nowej Lewicy, bo to oni są odpowiedzialni za wszystkie podwyżki, a ich udział w sesjach jest marny i marginalny. Nie angażują się w swoją pracę. No, może z jednym wyjątkiem – Grzegorzem Stawowym. To jeden z najbardziej merytorycznych radnych w całej radzie miasta. ZOBACZ TAKŻE: Prof. Danel: "Przy referendum pojawiło się kilka tajemniczych postaci" [WYWIAD]

Więcej…

Prof. Danel: "Przy referendum pojawiło się kilka tajemniczych postaci" [WYWIAD]

Prof. Danel: "Przy referendum pojawiło się kilka tajemniczych postaci" [WYWIAD]

11 maja 2026 | 09:06

– Nieuczestniczenie w referendum odwoławczym jest dziś de facto formą poparcia dla Aleksandra Miszalskiego. To również demokratyczny wybór. Świadoma decyzja, by nie legitymizować próby odwołania władz miasta – uważa prof. Łukasz Danel, politolog z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.  Podkreśla, że w Krakowie mamy do czynienia z referendum politycznym, a jego największym beneficjentem jest Łukasz Gibała. – Wydawało się przez moment, że odpuści, ale ewidentnie tego nie zrobił i wyraźnie widać, że wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, by realizować swój polityczny cel – mówi prof. Łukasz Danel w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. *** Kanał Krakowski: Używając terminologii bokserskiej: czy Aleksander Miszalski ustoi to referendum? Łukasz Danel: Wiele wskazuje na to, że tak. Oczywiście w sensie zachowania stanowiska prezydenta. Aczkolwiek muszę zaznaczyć, że próby przewidzenia wyniku referendum są trochę wróżeniem z fusów. W dużej mierze bazujemy na doświadczeniach innych, zwłaszcza dużych miast, w których takie referenda się odbywały, i tam – poza nielicznymi wyjątkami – nie udało się przekroczyć wymaganego progu frekwencji. W Krakowie nie mieliśmy do tej pory do czynienia z takim referendum. Kilkukrotnie próbowano zorganizować takie głosowanie, gdy prezydentem był Jacek Majchrowski, ale zawsze kończyło się to porażką już na etapie zbierania podpisów. Trudno więc o prognozy na bazie historyczno-statystycznej. Natomiast mnie się wydaje, że frekwencja nie przekroczy wymaganego progu, chociaż niewiele do tego braknie   Prof. Łukasz Danel Aby referendum było ważne, frekwencja musi wynieść około 28%. I wydaje się, że tylko brak tej frekwencji jest w stanie uratować prezydenta. Referenda odwoławcze rządzą się swoimi prawami. I rzeczywiście, w takim przypadku ratunkiem dla broniącego się wójta, burmistrza czy prezydenta jest nieprzekroczenie progu frekwencji. Oczywiście, jest od tego jeden spektakularny wyjątek, a mianowicie Jacek Karnowski, który – gdy był prezydentem Sopotu – poszedł na zwarcie i wręcz zachęcał swoich zwolenników do uczestnictwa w referendum i to referendum wygrał. Ale jest to wyjątek potwierdzający regułę. W każdym innym przypadku o pozostaniu włodarza na stanowisku decydowało nieprzekroczenie wymaganego progu frekwencji. Patrząc na Kraków, jeśli do głosowania pójdzie odpowiednia liczba osób, to prezydent zostanie odwołany. Czyli rozumie Pan strategię Aleksandra Miszalskiego, który mówi: „jeśli ktoś chce, bym dokończył kadencję, niech w dniu referendum zostanie w domu”? Rozumiem, bo to jest bardzo specyficzny typ referendum. Oczywiście tego rodzaju strategia na pierwszy rzut oka może się wydawać antyobywatelska. Bo jeśli rozmawiamy o demokracji bezpośredniej, o partycypacji obywatelskiej, to każdy powie, że powinno się zachęcać ludzi do tego, żeby się wypowiedzieli, jeśli mają ku temu okazję. Natomiast to konkretne referendum jest z definicji referendum o charakterze politycznym. A skoro tak, to obowiązują tutaj zupełnie inne zasady gry i trudno się dziwić prezydentowi Miszalskiemu i jego zwolennikom, że nie grają na mobilizację, tylko wręcz przeciwnie – na demobilizację Krakowian. ZOBACZ TAKŻE: Mateusz? Jaki Mateusz? Wszyscy go porzucili. Został mu tylko Borejza i dres Przecież to niedemokratyczne – mówią zwolennicy referendum. Nieuczestniczenie w referendum odwoławczym jest dziś de facto formą poparcia dla Aleksandra Miszalskiego. To również demokratyczny wybór. Świadoma decyzja, by nie legitymizować próby odwołania władz miasta. Raz jeszcze podkreślę, że to jest referendum polityczne, a najskuteczniejszą obroną prezydenta jest granie na zbyt niską frekwencję. I robi to niemal każdy włodarz.  Przypomnę choćby najbardziej spektakularne referendum lokalne, czyli to, które miało miejsce w Warszawie w 2013 roku i dotyczyło odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz. Tam też była potrzebna frekwencja na podobnym poziomie, jak teraz w Krakowie, czyli około 29%. Zwolennicy ówczesnej prezydent namawiali, by zostać w domach. Ostatecznie 95% wszystkich oddanych głosów było za odwołaniem Gronkiewicz-Waltz, ale frekwencja wyniosła zaledwie 25%, więc wynik referendum nie był wiążący. Już dwa razy podkreślał Pan, że to referendum ma wyraźnie polityczny charakter. Z reguły referenda odwoławcze są upolitycznione. Ja, jako politolog, jestem przeciwko takiemu wykorzystywaniu referendum do rozgrywania sporów politycznych i uważam, że ustawa o referendum lokalnym powinna zostać doprecyzowana i zmieniona. Tymczasem organizatorzy krakowskiego referendum twierdzą, że to oddolna inicjatywa mieszkańców. Oczywiście, że tak mówią, bo to dobrze brzmi i ładnie wygląda. Jeżeli jednak nieco bliżej się temu przyjrzymy, to już na etapie zbierania podpisów pojawili się różnego rodzaju aktywiści miejscy i politycy. Pierwotnie twarzą tej inicjatywy był lokalny działacz Jan Hoffman, ale z czasem to partie polityczne zaczęły wykorzystywać całą tę akcję do swoich celów. Kto według Pana jest największym beneficjentem tego referendum? Wypada zacząć od Łukasza Gibały. Jak słusznie zauważył Jacek Majchrowski, Gibała to polityk, który od 17 lat próbuje zostać prezydentem Krakowa. Do tej pory mu się to nie udało, choć dwa lata temu był naprawdę blisko. Po minimalnej przegranej w drugiej turze wydawało się przez moment, że odpuści, ale ewidentnie tego nie zrobił i wyraźnie widać, że wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję, by realizować swój polityczny cel. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: „Gibała chce wejść do gabinetu prezydenta tylnymi drzwiami” [WYWIAD] Kolejnymi beneficjentami są partie polityczne, bo trudno nie patrzeć na referendum w Krakowie przez pryzmat polityki krajowej. W przyszłym roku mamy wybory parlamentarne i obecne partie opozycyjne na pewno będą wykorzystywać zamieszanie w dużym mieście do zbicia kapitału. Już teraz pojawiają się głosy, że najpierw Kraków, później Gdańsk czy Poznań, a na końcu cała Polska. Dziś wiemy na pewno, że kampanię w Krakowie finansuje Łukasz Gibała. Sam przyznał, że jego stowarzyszenie płaciło za zbieranie podpisów, a w piątek Hoffman potwierdził, że Gibała zaproponował wsparcie finansowe organizatorom referendum, a oni to wsparcie przyjęli. Kampania referendalna w Polsce jest dość szczegółowo uregulowana, choć mniej restrykcyjnie niż kampania wyborcza, także pod kątem reżimu finansowania. Komitet referendalny ma co prawda narzucony limit wydatków (który zależy od liczby mieszkańców uprawnionych do głosowania), ale limit ten nie dotyczy całego politycznego zaplecza referendum. To kolejna kwestia natury prawnej, która powinna zostać doprecyzowana tak, jak ma to miejsce podczas kampanii wyborczej. Jeśli na dziś nie ma takich pełnych regulacji prawnych, to rodzi to różnego rodzaju spekulacje: kto za tym stoi i ile to wszystko kosztuje. A jak Pan ocenia dotychczasową kampanię? Przyglądam się tej kampanii z uwagą, nie tylko z racji wykonywanego zawodu, ale także dlatego, że jestem mieszkańcem Krakowa. Mam wrażenie, że po takim bardzo dynamicznym okresie, w którym bardzo szybko zebrano ponad 130 tysięcy podpisów, co było ogromnym sukcesem organizatorów, teraz skończyło się im nieco paliwo. Nie można jednak wykluczyć, że w tych dwóch ostatnich tygodniach pojawi się jeszcze coś, co będzie game changerem. Na dziś sądzę jednak, że te emocje trochę opadły. Słupy na ulicach Krakowa A jednocześnie pojawiło się sporo typów spod ciemnej gwiazdy, którzy wspierają referendum: skazany przez sądy za pobicia, próbę wręczenia łapówki i zamieszany w aferę Zondakrypto Mateusz Jaśko czy kontrowersyjny Ryszard Majdzik. Rzeczywiście od pewnego czasu referendum nie ma już tylko twarzy Jana Hoffmana, ale też twarz Konrada Berkowicza, Grzegorza Brauna czy nawet Barbary Nowak. Co więcej, pojawiło się kilka tajemnicznych postaci, za którymi ciągną się nie do końca wyjaśnione sprawy i które budzą negatywne emocje w przestrzeni publicznej. To wszystko powoduje, że nawet sceptycznie nastawione wobec Miszalskiego osoby coraz bardziej dochodzą do przekonania, że może nie warto brać udziału w referendum, bo… co dalej? Na razie tak naprawdę nie wiemy, jaki pomysł mają organizatorzy referendum po ewentualnym odwołaniu prezydenta. ZOBACZ TAKŻE: Wiec przeciwko Miszalskiemu. Na czele działacz, który terroryzował kobietę, miał nielegalną broń i obrażał sędziów Mówią, że najpierw trzeba go odwołać. Takie mówienie jest bardzo wygodne. Natomiast spora część mieszkańców, w tym ja, chciałaby wiedzieć, co dalej. Na razie mamy szeroką koalicję negatywną, która zaraz po referendum się rozpadnie. I nikt z tego obozu nie daje nam odpowiedzi, co oferuje w zamian. Zresztą korzysta na tym przede wszystkim Miszalski, pokazując siebie jako gwaranta stabilności, a swych przeciwników jako tych, którzy doprowadzą do chaosu i destabilizacji. Potrafił też zrobić krok wstecz – przyznał się do popełnionych błędów, zapewnił, że wyciągnął z nich wnioski, wycofał się z niektórych swoich decyzji, a inne z nich skorygował. Wykazał się w ten sposób pokorą, a to dziś rzadkie wśród polityków. Naprawdę konieczne jest, byśmy wiedzieli, co dalej? Ludzie lubią igrzyska, więc mają igrzyska. Trochę mi się to kojarzy z referendum w sprawie Brexitu. Zwolennicy opuszczenia Unii Europejskiej mówili, że trzeba to zrobić, bo Unia jest złem wcielonym.  Jednocześnie nie wskazywali alternatywy, nie mówili, co dalej. I dziś, z perspektywy kilku lat od Brexitu, widać, że wielu wyborców żałuje swej decyzji i czuje się oszukanych. . Być może analogia ta jest trochę przesadzona, ale odpowiada na argument, że nie jest istotne to, co się stanie po ewentualnym odwołaniu Miszalskiego. *** * Dr hab. Łukasz Danel, prof. UEK – doktor habilitowany nauk społecznych w dyscyplinie nauki o polityce i administracji, Dyrektor Instytutu Politologii, Socjologii i Filozofii Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.  ZOBACZ TAKŻE: Dwie twarze referendalnej propagandy. Uliczny bandyta i pseudo-erudyta

Więcej…

Majchrowski: „Gibała chce wejść do gabinetu prezydenta tylnymi drzwiami” [WYWIAD]

Majchrowski: „Gibała chce wejść do gabinetu prezydenta tylnymi drzwiami” [WYWIAD]

30 kwietnia 2026 | 08:09

– To próba wejścia do gabinetu tylnymi drzwiami – tak ostro były prezydent Krakowa opisuje działania Łukasza Gibały. – Od lat chce obrzydzić krakowianom miasto. I robi to tylko dlatego, że nim nie rządzi – twierdzi Jacek Majchrowski. W wywiadzie dla Kanału Krakowskiego padają ciężkie oskarżenia o polityczne rozgrywki, manipulacje i walkę o władzę ponad głowami mieszkańców. – Nie pójdę na referendum. Uważam, że należy respektować wynik wyborów i dać czas na realizację programu, który planuje się na całą kadencję, a nie na jej pierwszą część. I nie jest to kwestia sympatii czy antypatii, tylko kwestia zasad – uważa były prezydent. Odnosi się także do zarzutów, jakie padają w jego kierunku ze strony obecnych włodarzy miasta. – Wkurza mnie, gdy ktoś zrzuca winę na poprzednika. Od razu przypomina mi się stary dowcip o trzech kopertach – mówi Majchrowski. *** Kanał Krakowski: Pójdzie Pan na referendum 24 maja? Jacek Majchrowski: Nie. Dlaczego? Bo wybory są pewnego rodzaju umową między mieszkańcami a osobą wybraną na urząd. Ta umowa obowiązuje przez określony czas, w tym przypadku przez pięć lat. I dopiero po tym okresie powinno nastąpić rozliczenie. Program wyborczy, który przedstawia się w kampanii, pisze się na całą kadencję. Trzeba więc dać możliwość realizacji tego programu. Tylko że zwolennicy referendum mówią: jeśli ktoś się nie sprawdza, to nie ma sensu czekać pięciu lat. W prywatnej firmie słabego pracownika też się zwalnia wcześniej. W biznesie można zatrudnić kogoś na umowę próbną, ale tu nie ma czegoś takiego. Nie można tego porównywać do zwykłego zatrudnienia. Wybory to jest akt demokracji, a nie relacja pracodawca–pracownik. Jacek Majchrowski / fot. archiwum prywatne Referendum też jest aktem demokracji. Bywa, że instytucje demokratyczne są wykorzystywane do działań, które z demokracją mają niewiele wspólnego. I tu mamy właśnie taką sytuację. To znaczy? To nie jest spontaniczny bunt mieszkańców. To jest działanie polityczne, z bardzo konkretnym celem. Ktoś od dawna przygotowuje się do przejęcia władzy. Mam wrażenie, że cała akcja referendalna rozpoczęła się już dzień po zaprzysiężeniu Aleksandra Miszalskiego, więc jej formalne uruchomienie było tylko kwestią czasu. Uważam, że niezależnie od tego, kto byłby prezydentem i co by w tym czasie zrobił, jakie decyzje by podejmował, i tak byłby krytykowany przez Łukasza Gibałę i jego otoczenie. Gibała od lat chce obrzydzić krakowianom miasto. I robi to tylko dlatego, że nim nie rządzi. Proszę spojrzeć nawet na kalendarz działań przy okazji tego referendum. Złożenie podpisów akurat w tym konkretnym terminie spowoduje, że ewentualne przyspieszone wybory będą musiały odbyć się jeszcze w wakacje. To fatalny termin, także dla demokracji, na którą powołują się organizatorzy referendum. Wybory w wakacje nie pozwolą wziąć w nich udziału wszystkim, którzy by tego chcieli. Uważam, że Gibała od początku ma to dobrze policzone. Chce, by ewentualne wybory wypadły w wakacje, bo wtedy bardzo trudno jest przeprowadzić kampanię i przedstawić swojego kandydata. To daje przewagę osobie, która od dawna przygotowuje się do przejęcia władzy. Mnie to wygląda na próbę wejścia do gabinetu prezydenta tylnymi drzwiami. Trzykrotnie nie udało się w wyborach, to Gibała znów próbuje innymi metodami. Tym razem, finansując tę akcję referendalną, próbuje kupić sobie Kraków. On sam twierdzi, że jeszcze nie podjął decyzji, czy wystartuje. (uśmiech) Jeżeli ktoś twierdzi, że jeszcze nie podjął decyzji o starcie, a jednocześnie finansuje zbieranie podpisów i materiały referendalne – gazetki czy słupy reklamowe – to trudno traktować takie krygowanie się poważnie.  Wystartuje po raz czwarty? Jeżeli ktoś trzykrotnie przegrał wybory, to może warto wyciągnąć z tego wnioski. Ale nie sądzę, by on to zrobił. Myślę, że wystartuje. A spełni wreszcie marzenie o zwycięstwie? Krakowianie trzy razy powiedzieli przy urnach, że go nie chcą. Myślę, że nigdy nie zostanie prezydentem Krakowa. Może byłby lepszym prezydentem niż Miszalski. Nie sądzę. Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK Ostro skrytykował Pan w Radiu Kraków obecnego włodarza za jego słynny już taniec na dachu. Nie podobał się Panu ten występ? Nie jestem specjalistą od tańca, ale uważam, że urząd prezydenta miasta zobowiązuje do pewnej powagi. Może brakuje Panu luzu? To nie kwestia braku luzu, ale elementarnego poczucia stosowności. Prezydent powinien mieć taką cechę jak dostojeństwo. Tymczasem Miszalskiemu tego brakuje. To, że ma inny styl urzędowania niż Pan, wcale nie musi oznaczać, że jest on gorszy. Nie kupuję tego stylu, bo dla mnie to nie jest godne urzędu prezydenta. Ludzie oczekują od władzy, że będzie się zachowywać jak władza. Czyli siedzieć w gabinecie i palić cygara? Słyszałem ten zarzut, że ja siedziałem zamknięty w gabinecie, a prezydent Miszalski spotyka się z mieszkańcami. Tylko niech mi pan powie, co konkretnego z tych spotkań wynika? Czy te „Ławeczki Dialogu” rozwiązują jakieś realne problemy? Ja też się spotykałem z mieszkańcami – zarówno w swoim gabinecie, jak i poza nim. Chodziłem na spotkania, ale zawsze były to spotkania tematyczne, związane z konkretną sprawą. Czyli gdy był jakiś problem do rozwiązania, organizowaliśmy spotkanie ze wszystkimi stronami, słuchaliśmy argumentów i proponowaliśmy konkretne rozwiązania. A ile problemów z „Ławeczek Dialogu” rozwiązał mój następca? Bo na razie słyszę, że rozwiązuje problemy, których nie ma, czyli zazielenia plac przed magistratem. Jacek Majchrowski / fot. UMK Bo udowadnia, że się da w ramach programu „Da się”. Nigdy nie twierdziłem, że tego akurat się nie dało. Natomiast uważałem to za nieuzasadnione. Nie widziałem sensu, by robić zieleniec przed urzędem, bo ten plac od zawsze pełnił rolę parkingu. Nawet na XIX-wiecznych rycinach widać, że zawracały tam dorożki. Ten plac od zawsze pełnił funkcję praktyczną i było tam kilkanaście miejsc dla samochodów. Gdzie teraz będą podjeżdżać samochody z delegacjami? Nie rozumiem, po co zmienia się funkcję tego placu, skoro akurat w tym miejscu nie ma zbyt wielu mieszkańców. Przechodzą tamtędy głównie turyści. Podobnie zresztą jak na placu Marii Magdaleny, który pełni rolę łącznika między ulicami Grodzką i Kanoniczą. To tamtędy przechodzą wycieczki. Teraz czytam, że ma być tam zieleń. A – jak pan wie – na zieleńcach były zazwyczaj tabliczki „nie deptać trawy”. Więc którędy te wycieczki mają chodzić?  Plac Wielkiej Armii Napoleona u stóp Wawelu też pełnił zupełnie inną funkcję. Było tam choćby kino letnie. Teraz on także ma być zazieleniony, czego nie rozumiem o tyle, że w tamtym miejscu nie brakuje zieleni. Z jednej strony placu jest wejście na Planty Krakowskie, z drugiej skwer przy ulicy Retoryka, a z trzeciej Bulwary Wiślane. Podoba mi się natomiast propozycja stworzenia Muzeum rzeki Wisły w pawilonie po dawnym Centrum Obsługi Ruchu Turystycznego pod Wawelem. To bardzo dobra inicjatywa. Niestety, gdy powstawał ten pawilon, złą koncepcją okazało się zrobienie przejścia górą, co spowodowało, że cały ruch odbywał się właśnie nad pawilonem, a praktycznie nikt nie przechodził obok niego. Traktuje Pan program „Da się” jako przytyk w Pana kierunku? A jak mam traktować, skoro to jest ewidentne. Zresztą słyszałem nawet wypowiedzi prezydenta, w których twierdził, że teraz zrobi rzeczy, których od lat się nie dało. A podkreślam jeszcze raz – to nie była kwestia tego, że się nie dało, ale kwestia tego, że uważałem, iż to nie ma sensu. Nie każde miejsce musi być trawnikiem. Są przestrzenie o określonej funkcji – komunikacyjnej, historycznej. Próba ich zazielenienia jest sztuczna i niepraktyczna. To może podoba się Panu inny sztandarowy program nowej władzy – „Pakt dla krakowskich osiedli”? Z tego, co wiem, polega on na remontach dróg, chodników, wymiany oświetlenia, stawianiu ławek czy wiat przystankowych. Czyli robi się dokładnie to, co my robiliśmy w ramach na przykład bieżącego utrzymania. Tutaj jest to ładnie opakowane i sprzedawane jako „Pakt”. Jacek Majchrowski / fot. UMK Ma Pan za złe prezydentowi, że zadłuża miasto? Mam mu za złe, że zrzuca winę na mnie, mówiąc, że zostawiłem miasto w złym stanie finansowym. I muszę się do tego odnieść, bo nie podoba mi się cała ta narracja. Ja nigdy nie oceniałem moich poprzedników, bo uważałem, że każdy działa w określonej sytuacji i podejmuje decyzje najlepsze w danym momencie. Ja też obejmowałem miasto w niełatwej sytuacji i nie opowiadałem ciągle o poprzednikach. Robiłem swoje. I także Pan zadłużał. Oczywiście, że zadłużałem, bo branie kredytów samo w sobie nie jest niczym złym, jeśli służy inwestycjom. Tak bowiem rozwijają się miasta. Bez tego nie byłoby dróg, szkół, szpitali i wielu innych inwestycji. Przypomnę, że pierwszym prezydentem, który brał pożyczki, był Józef Dietl. I teraz nikt już nie pamięta, że zadłużał Kraków, ale każdy pamięta, co zrobił dla naszego miasta. Bez kredytów miasta nie mogą się rozwijać.  Bardzo populistyczne jest mówienie, że ktoś zadłuża miasto lub – jeszcze bardziej chwytliwie – że miasto jest na skraju bankructwa. Ale nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością, bo o tym, czy można zaciągnąć kolejny kredyt, decydują obiektywne wskaźniki finansowe. I jeżeli obecny prezydent także bierze pożyczki, ale robi to zgodnie z przepisami, to nie ma w tym nic złego. Tylko niech nie mówi, że objął stanowisko, gdy Kraków był w dramatycznej sytuacji, bo to nieprawda. Zirytował się Pan. Wkurza mnie, gdy ktoś zrzuca winę na poprzednika. Od razu przypomina mi się stary dowcip o trzech kopertach. Przypomnijmy. Nowy szef obejmujący urząd otrzymuje od poprzednika trzy koperty z pouczeniem: „Gdy przyjdzie kryzys, otwórz pierwszą kopertę”. Nowy podjął pracę, jednak mimo energicznych starań nadszedł moment kryzysu. Pomny pouczenia otworzył kopertę numer 1. Znalazł tam instrukcję: „Zwalaj wszystko na poprzednika – to pomoże”. Zrobił tak i przez jakiś czas było spokojnie. Po pewnym czasie pojawił się jednak kolejny kryzys, a wtedy zalecano: „Otwórz kopertę numer 2”. Otworzył i znalazł tam kolejną instrukcję: „Opracuj program reorganizacji lub reform”. Zrobił tak, jak radził poprzednik, i uzyskał potrzebny oddech. Do czasu. Gdy kolejny kryzys stał się nie do wytrzymania, zgodnie z radą otworzył kopertę numer 3. Była tam instrukcja: „Przygotuj trzy koperty dla następcy…” Nie jestem pewien, czy to tylko dowcip, czy prawdziwe życie. Sądząc po ostatnich ruchach prezydenta, chyba jest już po otwarciu drugiej koperty, bo wprowadza „Wielką Korektę”. Jeśli ktoś podejmuje decyzję, a po tygodniu czy dwóch się z niej wycofuje, to uważam, że ta pierwotna decyzja nie była do końca przemyślana.  Sporo tej krytyki pod adresem Pańskiego następcy. Ja go nie krytykuję! Ja tylko odpowiadam na zarzuty, które są kierowane pod moim adresem. I chciałbym, aby to wybrzmiało. O, usłyszałem ostatnio, że niby to ja przyznałem wysokie pensje członkom zarządów spółek miejskich. To bzdura. Ich wynagrodzenie jest regulowane ustawowo, a ustawa ta przewiduje widełki płacowe. Ja zawsze dawałem najniższe albo tylko minimalnie wyższe od najniższego wynagrodzenie. Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK Ma Pan poczucie, że dziś więcej krytyki spada na Pana ze strony obecnej władzy niż byłej opozycji? To nie jest poczucie, tylko fakt. Uważam, że prezydent Miszalski ma przed sobą jeszcze trzy lata i nie może przez cały czas tłumaczyć się poprzednikiem. W pewnym momencie trzeba wreszcie zacząć brać odpowiedzialność za swoje decyzje i realizować własną wizję zarządzania miastem. Te trzy lata do końca kadencji to dość optymistyczne założenie. Uważam, że powinien dokończyć kadencję. Mam wrażenie, że prezydent Miszalski się uczy, bo widzę pewną różnicę między tym, jak zaczynał, a tym, jak jego prezydentura wygląda teraz. Natomiast koniecznie powinien poprawić jeszcze sposób doboru współpracowników. Kluczem musi być dobór merytoryczny, a nie partyjny. I nie chodzi mi tutaj o zatrudnianie ludzi w urzędzie, ale głównie o to, że zamiast specjalistów słucha politycznych doradców, którzy niekoniecznie znają się na tym, o czym mówią. Ja zawsze dobierałem współpracowników tak, by byli ode mnie mądrzejsi w danej dziedzinie. Jeśli i on skorzysta z tego klucza, jestem optymistą co do dalszej części jego kadencji. Będzie Pan aktywnie zniechęcał mieszkańców do udziału w referendum? Nie wyjdę na Rynek i nie będę krzyczał do megafonu. (śmiech) Każdy sam podejmuje decyzje. Ja już podjąłem i na pewno nie wezmę udziału w referendum, co też jest aktem demokracji. Uważam, że należy respektować wynik wyborów i dać czas na realizację programu, który planuje się na całą kadencję, a nie na jej pierwszą część. I nie jest to kwestia sympatii czy antypatii, tylko kwestia zasad. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Kraków zaleje fala referendalnych śmieci. Wiemy kiedy i kto za to płaci!

Więcej…

 Paderewska przerywa milczenie: nocne spotkanie, ostre słowa i plan na odwołanie prezydenta [WYWIAD]

Paderewska przerywa milczenie: nocne spotkanie, ostre słowa i plan na odwołanie prezydenta [WYWIAD]

29 kwietnia 2026 | 08:54

– Aleksander Miszalski nie wykazał się umiejętnością rządzenia. Nie udźwignął ciężaru prezydentury. Najbliżsi współpracownicy prezydenta to ludzie młodzi, bez doświadczenia i pewnej ogłady. Ich głównym atutem jest legitymacja partyjna i zdolność obsługi TikToka, a to zdecydowanie za mało – twierdzi Agnieszka Paderewska. W szczerej rozmowie z Kanałem Krakowskim radna Prawa i Sprawiedliwości mówi o kulisach nocnego spotkania z Łukaszem Gibałą, ostrych podziałach w radzie miasta i możliwym przewrocie w krakowskiej polityce.  – Jestem pewna, że każdy nasz kandydat będzie lepszym prezydentem i będzie lepiej sprawował swoją funkcję niż obecnie urzędujący prezydent, który zmarnował swoją szansę – twierdzi Paderewska. *** Kanał Krakowski: Jak smakuje obiad z Łukaszem Gibałą? Agnieszka Paderewska: Odnosiłam się już do tego zdjęcia, które zostało zrobione przez paparazzi. Było to w trakcie sesji trwającej do 2:30 w nocy. W pewnym momencie musiałam wyjść coś zjeść do pobliskiej restauracji. Spotkałam innych radnych: Rafała Nowaka i Łukasza Gibałę. Byliśmy tam bardzo krótko, ale podczas posiłku zrobiono nam zdjęcie i wrzucono do Internetu. Zachęcam do przeczytania mojego oświadczenia w tej sprawie. Nie miała Pani zgagi po tym obiedzie? Nie, nie (uśmiech). Nie miałam żadnej zgagi. Myślę, że to nic nadzwyczajnego, że radni, zwłaszcza z klubów opozycyjnych, zamieniają ze sobą kilka zdań.  Jarosław Kaczyński i Agnieszka Paderewska / fot. FB Ale sam Gibała chciał otoczyć PiS, czyli także Panią, kordonem sanitarnym. Nawiązuje pan do sytuacji z 2018 roku, gdy pan Gibała wypowiedział te słowa w czasie kampanii wyborczej. Wówczas jego kontrkandydatką była pani poseł Małgorzata Wassermann. Uważam, że tamte słowa były krzywdzące i niestosowne. Powiedziałam o tym radnemu Gibale. Myślę, że dziś by tego nie powtórzył. Tym bardziej że odbiły się one rykoszetem i wróciły do niego w 2024 roku, gdy – między innymi dlatego – nie wygrał wyborów na prezydenta miasta Krakowa.  Jesteście z Gibałą na „ty” czy na „pan”, „pani”? Gdy weszłam do rady miasta, zaskoczyło mnie, że radni tak szybko skracają dystans i przechodzą na „ty”. Ja jestem zdecydowanie bardziej zachowawcza. Wymagało to czasu, żebym przełamała lody, ale w toku prac z niektórymi radnymi przeszłam na „ty”. Akurat z radnym Gibałą od jakiegoś czasu także jesteśmy na „ty”, ponieważ wszyscy koledzy z mojego klubu także są z nim po imieniu. Ale to nie zmienia sytuacji, że nie łączą nas jakieś prywatne relacje. Czyli tylko nieformalny sojusz PiS-u i Gibały w radzie? Nic nie wiem o takim sojuszu. Jest wiele spraw ważnych dla mieszkańców, o które walczymy, ale dotyczą one przede wszystkim codziennych rozwiązań w mieście czy kwestii budżetowych. W niektórych głosowaniach nasze decyzje są zbieżne, ale w żaden sposób nie są uzgodnione. Agnieszka Paderewska / fot. FB Wspólnym celem na pewno jest odwołanie Aleksandra Miszalskiego. Prezydent rzeczywiście posiada niesamowitą zdolność jednoczenia przeciwko sobie wielu środowisk, nie tylko politycznych. Tutaj przede wszystkim myślę o mobilizacji mieszkańców bez barw politycznych, ponieważ szereg decyzji podjętych przez niego w okresie dwóch lat prezydentury: duże podwyżki, właściwie w każdej dziedzinie, zadłużanie miasta, brak rzetelnych konsultacji, dyskryminowanie kierowców, wypychanie przedsiębiorców z miasta czy ośmieszanie urzędu, spowodowały, że mieszkańcy Krakowa postanowili pokazać prezydentowi żółtą kartkę i zorganizować referendum. Trudno mówić, że to oddolna inicjatywa, skoro produkowane są gadżety, wydawane są gazetki, kupowane billboardy… Raczej przeciętny mieszkaniec, pan Józek z Bieżanowa, nie wydaje na to pieniędzy. Jaka więc w tym jest „oddolność”? Nie znam procesu finansowania referendum. Wiem, że zawiązał się komitet referendalny, który jest bezpartyjny. Prawo i Sprawiedliwość na pewno nie finansuje gazetek, które nawołują do odwołania prezydenta. Działamy przede wszystkim za pomocą merytorycznych argumentów. Zresztą, Prawo i Sprawiedliwość zostało pozbawione przez Koalicję Obywatelską subwencji w kwocie 46 milionów złotych, więc nie mamy zasobów finansowych, żeby współuczestniczyć w jakimkolwiek procesie produkowania tych gazetek czy gadżetów. Jeżeli będą ulotki profrekwencyjne z naszej strony, bo być może taka decyzja zapadnie, to będą finansowane tylko i wyłącznie z naszych środków. Na pewno nie kooperujemy w finansowaniu bieżącej kampanii, która toczy się na ulicach Krakowa. Czyli wszystko zostawiliście na głowie Gibały? Nie jesteśmy z panem radnym Gibałą w takich relacjach, żebym pytała go o takie sprawy. Zresztą wydaje mi się, że wypowiadał się w tej kwestii kilkukrotnie. I przyznał, że płacił m.in. za zbieranie podpisów pod referendum. Rozumiem, że się Pani podpisała? Tak. Prawo i Sprawiedliwość nikomu nie płaciło za zbieranie podpisów, a mieszkańcy chętnie się podpisywali.  Agnieszka Paderewska / fot. UMK I pójdzie Pani głosować? Tak, pójdę na referendum i zachęcam do tego mieszkańców Krakowa. Polityka i samorząd to według mnie roztropna troska o dobro wspólne. Prezydent Miszalski, mimo wielu ostrzeżeń i krytyki ze strony między innymi Prawa i Sprawiedliwości, ale także innych środowisk i mieszkańców, szedł w zaparte w swoich decyzjach. Był głuchy na argumenty, stracił słuch społeczny - jeżeli kiedykolwiek go posiadał. Dopiero żółta kartka spowodowała, że zaczyna zmieniać pewne decyzje. Ale jest to spowodowane presją związaną z referendum.  Czyli wyciąga wnioski? Wyciąga wnioski, ale nie wiem, na ile one wynikają z poczucia odpowiedzialności. Prezydent powinien traktować swoją funkcję jako służbę mieszkańcom, która wymaga odpowiedniej wiedzy, wizji i umiejętności. Świetnie byłoby gdyby łączył to z charyzmą i erudycją, ale takich polityków można policzyć na palcach jednej ręki. Powinien zbudować kompetentny zespół ludzi wokół siebie. Natomiast prezydent Miszalski dokonał bardzo złych wyborów personalnych, jeżeli chodzi o krąg najbardziej zaufanych ludzi.  Rozumiem, że zagłosuje Pani za jego odwołaniem. Ale czy zagłosuje Pani także za odwołaniem rady miasta, czyli – de facto – przeciwko sobie? Myślę, że tak, ponieważ w Radzie Miasta Krakowa mamy większość Koalicji Obywatelskiej i Nowej Lewicy. Ci radni nie sprzeciwiali się złym pomysłom prezydenta i głosowali bezrefleksyjnie, zgodnie z linią partii, mimo poprawek zgłaszanych przez opozycję. W obecnej radzie miasta opozycja jest zmarginalizowana, trudno korygować decyzje prezydenta. Liczę się z tym, że mogę zostać odwołana w referendum, ale interes partykularny nie jest dla mnie celem samym w sobie. Liczy się dobro mieszkańców.  Agnieszka Paderewska w otoczeniu radnych PiS: Michała Drewnickiego i Włodzimierza Pietrusa / fot. FB Jeśli jednak rada zostanie odwołana, to wystartuje Pani w ponownych wyborach? To są decyzje władz Prawa i Sprawiedliwości i ja się im podporządkuję. Przecież ma Pani bardzo duży wpływ na decyzje kierownictwa partii. To nieprawda. Jestem szeregowym i bardzo zdyscyplinowanym członkiem Prawa i Sprawiedliwości. Jak wiemy, na czele stoi pan prezes Jarosław Kaczyński… Którego prawą ręką jest Ryszard Terlecki, a Pani jest jego bliską współpracowniczką. To prawda. No właśnie. Każdy poseł Prawa i Sprawiedliwości ma wpływ na to, jak będą wyglądały listy. Natomiast ja podporządkowuję się decyzjom, które zapadną. Jeżeli marszałek będzie chciał mnie wesprzeć, jeżeli parlamentarzyści z naszego okręgu będą uważać, że sprawdzam się w radzie miasta i listy zostaną  skonstruowane tak, że na nich będę, to oczywiście chce reprezentować mieszkańców i Prawo i Sprawiedliwość w samorządzie.  A kogo popiera, na razie nieformalnie, Ryszard Terlecki, jeśli chodzi o kandydata na prezydenta Krakowa? Nie rozmawiamy w tej chwili o kandydacie. Na razie należy skupić się na tym, aby referendum było skuteczne. W tym roku mamy setną rocznicę przewrotu majowego i być może taki mały przewrót w Krakowie również nastąpi. Agnieszka Paderewska / fot. FB Kogo Pani widziałaby w fotelu prezydenta zamiast Miszalskiego? Dla mnie najlepszym rozwiązaniem byłoby zwycięstwo kandydata popieranego przez Prawo i Sprawiedliwość.  No tak, tylko jest różnica, jaki to będzie kandydat. Ławka polityków i samorządowców, którzy mogą reprezentować PiS i ubiegać się o fotel prezydenta, jest długa. Mamy wielu kompetentnych członków i osób związanych z naszym środowiskiem. A wskaże Pani jakieś nazwisko? Jest ich wiele.  Dopytuję, bo załóżmy, że zagłosuję za odwołaniem prezydenta Miszalskiego, tylko później jest dla mnie różnica, czy będę miał do wyboru Małgorzatę Wassermann, Michała Drewnickiego, Łukasza Kmitę czy jeszcze kogoś innego. Chciałbym znać te opcje. Odwrócę pytanie. A czy wie Pan, kto będzie kandydatem Koalicji Obywatelskiej, gdyby referendum było skuteczne? Nie mam zielonego pojęcia, ale to nie KO chce referendum i odwołania swojego prezydenta. Po referendum, jeżeli będzie ono skuteczne, komitety będą zgłaszać swoich kandydatów i przedstawiać programy wyborcze. Będzie możliwość zaprezentowania się mieszkańcom Krakowa. Ale mój głos w referendum może zależeć od tego, co potem, czyli na kogo mógłbym hipotetycznie głosować w przyspieszonych wyborach. Gdybym oceniał Miszalskiego np. jako fatalnego prezydenta, nie chcę mieć później do wyboru jeszcze słabszego Gibały i… kilku nołnejmów. Co innego, gdybym mógł zagłosować na Panią. Nie wiem, czy to nie jest pocałunek śmierci (śmiech). Rozumiem pański tok myślenia, ale to są decyzje władz Prawa i Sprawiedliwości i nie jestem upoważniona, by wyprzedzać je na forum medialnym.  Czyli rozumiem, że bez względu na to, kogo poprze Prawo i Sprawiedliwość, nawet jeśli na przykład personalnie nie lubi Pani tej osoby, to i tak będzie ją wspierać w wyborach na prezydenta? Tak, będę wspierać kandydata Prawa i Sprawiedliwości. Jestem pewna, że każdy nasz kandydat będzie lepszym prezydentem i będzie lepiej sprawował swoją funkcję niż obecnie urzędujący prezydent, który zmarnował swoją szansę. Prezydentem Krakowa powinna być osoba posiadająca odpowiedni dorobek i kwalifikacje, by sprostać tej ważnej funkcji i wyprowadzić miasto z kryzysu. Osoba kierująca się chrześcijańskimi wartościami i szacunkiem do tradycji. I nie chodzi mi stricte o religię, bo nie każdy jest wierzący, ale o zbiór uniwersalnych zasad, które są fundamentem naszej cywilizacji. Ta cywilizacja najbardziej sprzyja człowiekowi i chroni jego godność.  Miszalski nie ma żadnych z tych cech? Prezydent Aleksander Miszalski nie wykazał się umiejętnością rządzenia. Nie udźwignął ciężaru prezydentury. Było tak także wtedy, kiedy był posłem na Sejm RP, o czym świadczy 8 gwiazdek na czole. Mam wrażenie, że najbliżsi współpracownicy prezydenta to ludzie młodzi, bez doświadczenia i pewnej ogłady. Ich głównym atutem jest legitymacja partyjna, zdolność obsługi TikToka, a to zdecydowanie za mało. Ewentualnie są to ludzie przynależący do konkretnego środowiska (powiązanego z KO), np. KOD-u, którego delikatnie mówiąc, kultura polityczna pozostawia wiele do życzenia.  ZOBACZ TAKŻE: Maślona: "Gibała jest lepiej przygotowany do bycia prezydentem niż Miszalski" [WYWIAD]

Więcej…

„Wylali na mnie szambo”. Radna nie wytrzymała i zawiadomiła organy ścigania [WYWIAD]

„Wylali na mnie szambo”. Radna nie wytrzymała i zawiadomiła organy ścigania [WYWIAD]

27 kwietnia 2026 | 18:52

– Musiałabym być psychopatką, by przejść obojętnie obok tak chamskiego paszkwila. Wylali na mnie szambo – mówi nam Alicja Szczepańska. Krakowska radna została zaatakowana przez twórców agresywnego, hejterskiego filmiku. Zdecydowała się zawiadomić organy ścigania. –  Nie odpuszczę, bo chcę być przykładem dla innych i pokazać im, by oni także nie odpuszczali. Będę walczyć, bo jestem naprawdę zdeterminowana – zapowiada. *** Kanał Krakowski: Czy czuje Pani, że zrobili z Pani kur*ę? Alicja Szczepańska: Wolałabym nie używać takich słów, ale… Padły z Pani ust z mównicy podczas sesji rady miasta. Działałam w afekcie. Abstrahując od tego, filmik, który o mnie stworzono, jest dość wymowny, prostacki i jednoznaczny. Jest zrobiony pod wpływem wielkich emocji. Wyraźnie widać, że jego twórca żywi do mnie nienawiść. Może to odrzucona miłość? Nie mam złudzeń, że ten film powstał zaraz po tym, jak na sesji skrytykowałam dwie osoby. Kogo? Nie będę wskazywać palcem, można to sobie odsłuchać w Internecie. I zaraz po tym pojawił się ten na szybko zmontowany za pomocą sztucznej inteligencji film, na którym pojawiły się też przerobione zdjęcia. Nie chcę też za wiele o tym opowiadać, bo trwa postępowanie. Alicja Szczepańska / fot. archiwum prywatne Zawiadomiła Pani organy ścigania? Oczywiście! Złożyłam zawiadomienie w związku z artykułem 226 kodeksu karnego, czyli znieważenia funkcjonariusza publicznego. Film ten został opublikowany w czasie, gdy pełnię funkcję publiczną. Zresztą użyto tam dwóch zdjęć: jednego, gdy jestem na korytarzu w magistracie, drugiego ze środowej sesji. Czyli można łatwo dojść do tego, kto to drugie zdjęcie robił. Tak, bo zostało zrobione, gdy chciałam pomóc opanować sytuację na mównicy, gdy doszło do konfliktu wiceprezydenta Łukasza Sęka z Łukaszem Gibałą. I to zdjęcie też zostało zrobione pod takim kątem, jakby było wykonywane z miejsca, w którym podczas sesji siedzą radni opozycyjni. A skąd pomysł, by złożyć zawiadomienie? Złożyłam je świadomie, bo radną się bywa, a człowiekiem się jest. Dla mnie od zawsze najważniejsza jest rodzina: moje córki, mąż, teraz także wnuk, a także projekty społeczne, które tworzę od kilkudziesięciu lat na rzecz potrzebujących w kraju i za granicą… Ktoś powie, że jako radna powinnam być odporna na krytykę. I jestem odporna, jeśli jest to krytyka. Film to niemerytoryczny, kłamliwy, chamski paszkwil. Musiałabym być psychopatką, by przejść obok niego obojętnie. Każdy ma jakieś uczucia, nawet jeśli ich nie pokazuje. Na mnie wylało się szambo. Domyśla się Pani, kto je wylał? Hipotetycznie można zakładać, że moi „krytycy”. Czyli? Nie chcę wnikać w szczegóły, gdy toczy się postępowanie, ale oczywiste jest, że z największym chamstwem spotykam się ze strony środowiska Gibały, które opuściłam po tym, jak uznałam, że nie reprezentuje żadnych wartości moralnych, a jedynie skupia się na hejtowaniu ówczesnego prezydenta Jacka Majchrowskiego. Dostaje mi się też od ultraprawicy oraz od kryminalisty pełniącego obowiązki w radzie dzielnicy. Wielokrotnie skazanego przez sąd Mateusza Jaśki. No tak. I nie wiem, jak daleko ci ludzie są w stanie się posunąć, biorąc pod uwagę ich silne wzburzenie i wielkie emocje. Jestem przekonana, że przed referendum będzie się to nasilać, bo jak się nie ma argumentów, to próbuje się zastraszać i oczerniać ludzi takimi nikczemnymi, agresywnymi filmikami. Ja jestem matką i babcią. Na szczęście moje córki są już dorosłe, ale jestem w stanie sobie wyobrazić, jak coś takiego dotyka kobietę, której dzieci chodzą na przykład do szkoły. Gdyby one zobaczyły taki film o swojej matce… Proszę sobie wyobrazić, co te dzieci przeżywałyby w szkole, co słyszałyby z ust rówieśników. Nikt z nas nie żyje przecież w próżni. Dochodziło już przecież do różnych tragedii, nawet samobójstw, spowodowanych takim chamstwem i nienawiścią, do jakich posuwają się osoby stojące za produkcją filmiku m.in. o mnie. Mnie już kiedyś dotknęła podobna fala hejtu i wtedy nie prosiłam nikogo o pomoc. I to był mój błąd. Przeszłam załamanie, miałam depresję, sporo czasu musiało minąć, bym poukładała sobie pewne rzeczy. Teraz już się nauczyłam, że trzeba prosić o pomoc, mówić o swoich emocjach. Działanie musi być konsekwentne i zakończone przed organami procesowymi. Trzeba reagować i jasno stawiać granice. ZOBACZ TAKŻE: Jaśko, gdzie są pieniądze Polaków? Krakowski radny nabrał wody w usta Wierzy Pani w skuteczność organów ścigania? Jako była policjantka staram się wierzyć. A jeśli nie uda się namierzyć sprawcy? Nie odpuszczę. Są inne sposoby namierzenia osoby, która zmontowała i wrzuciła ten film. Nie odpuszczę, bo chcę być przykładem dla innych i pokazać im, by oni także nie odpuszczali. Pozwę także osoby, które udostępniły ten film publicznie. Będę walczyć, bo jestem naprawdę zdeterminowana. Najpierw czekam jednak na decyzje śledczych, a dopiero później podejmę kolejne kroki.

Więcej…

Maślona: "Gibała jest lepiej przygotowany do bycia prezydentem niż Miszalski" [WYWIAD]

Maślona: "Gibała jest lepiej przygotowany do bycia prezydentem niż Miszalski" [WYWIAD]

27 kwietnia 2026 | 09:19

– Czuję się jak ryba bez wody – tak swoją sytuację w radzie miasta opisuje opozycyjny radny Łukasz Maślona z klubu Łukasza Gibały. W wywiadzie udzielonym Kanałowi Krakowskiemu padają zarzuty o partyjniactwo, marginalizowanie opozycji i brak wizji dla Krakowa. Maślona twierdzi także, że Aleksander Miszalski raz po raz traci swoje szanse na przekonanie mieszkańców, by ci pozwolili dokończyć mu kadencję.  – Partia i działacze partyjni są największym balastem prezydenta. Choć są też tacy spośród nich, którzy twierdzą coraz głośniej, że to właśnie Aleksander Miszalski ciągnie ich notowania w dół. Teraz te głosy są odosobnione, ale jak prezydent przegra referendum, to chór obecnych klakierów szybko się rozpierzchnie – uważa radny Maślona.  *** Kanał Krakowski: Czy czuje się Pan jak karp przed Wigilią? 24 maja odbędzie się referendum, w którym Krakowianie zdecydują, czy odwołać Radę Miasta, w której Pan zasiada. Łukasz Maślona: Raczej jak ryba bez wody. I to w tej kadencji Rady Miasta nawet bardziej niż za czasów prezydenta Jacka Majchrowskiego. Jesteśmy, jako radni opozycyjni, maksymalnie marginalizowani, wręcz rugowani przez większość rządzących z Koalicji Obywatelskiej i Nowej Lewicy. Nasze pomysły, pochodzące przecież od mieszkańców Krakowa, są odrzucane bez merytorycznej dyskusji. Tylko dlatego, że pochodzą z innego obozu. Ta plemienność i partyjniactwo zabijają samorząd. Łukasz Maślona i Łukasz Gibała / fot. archiwum prywatne Uważa Pan, że frekwencja w referendum będzie na tyle wysoka, by głosowanie było ważne? Krakowianie pójdą do referendum, bo mają dość kolesiostwa i władzy skupionej w rękach jednej opcji politycznej. Pytanie, czy tak licznie jak wymagają tego przepisy. Przypomnę, że gdy startowała zbiórka, mało kto dawał szansę na zebranie wymaganej liczby podpisów. Okazało się, że fala niezadowolenia była tak duża, że przerosła oczekiwania organizatorów referendum. Z samym głosowaniem może być podobnie, choć zapewne pojawi się fala dezinformacji i ataków ze strony tych, którzy chcą bronić obecnej władzy. Zatem podchodzę z duża pokorą do sondaży, które są publikowane. Szanse na to, że w ciepłą majową niedzielę do urn pójdzie prawie 160 000 mieszkańców oceniam 50 na 50. Tyle potrzeba, by odwołać prezydenta, Aby odwołać rade, potrzebne jest około 40 tysięcy głosów więcej. I tu szanse oceniam na 25 proc., bo przypomnę, że w drugiej turze wyborów prezydenckich zagłosowało 260 tys. Krakowian. A jak Pan ocenia działania Aleksandra Miszalskiego w ostatnich tygodniach? Prezydent wszedł w tryb kampanii wyborczej, a liczba spotkań, aktywność w social mediach są tego potwierdzeniem. Powstaje jednak wątpliwość, czy krakowianie nie odbiorą tych wszystkich działań jako próby obrony stołka. Widzimy bowiem wiele zapowiedzi, powstają nowe wizualizacje, jednak to może być niewystarczające. Od polityka, który wygrywa wybory wymaga się bowiem skuteczności, a nie ciągłych obietnic. Nie wizualizacji, a realizacji. Tymczasem nawet w sprawie, która rozpaliła Kraków, czyli Strefy Czystego Transportu, nie przedstawiono czarno na białym zmian, które chce wprowadzić prezydent. Są tylko słowa. Z pewnością jednak prezydent odrobił zadanie i przestał już mówić o referendum nienawiści. Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK Czyli wyciągnął wnioski i "nauczył się być prezydentem", jak twierdzą niektórzy jego partyjni koledzy? Partia i działacze partyjni są największym balastem prezydenta Miszalskiego. Choć są też tacy spośród nich, którzy twierdzą coraz głośniej, że to właśnie Aleksander Miszalski ciągnie ich notowania w dół. Teraz te głosy są odosobnione, ale jak prezydent przegra referendum, to chór obecnych klakierów szybko się rozpierzchnie. Zatem polecam jednak dużą ostrożność w słuchaniu tego, co mówią działacze KO. Co musiałby jeszcze zrobić prezydent, by nie chciał Pan jego odwołania? Rozumiem, że to taki wybieg, bym pomógł prezydentowi ocalić jego stanowisko (śmiech). Bardziej chodzi mi o to, czy jest coś, czym Miszalski może Pana przekonać, by jednak pozwolił mu Pan dokończyć kadencję. Problem polega na tym, że prezydent w jednym z wywiadów odniósł się już do pomysłu rzucenia legitymacją partyjną i rezygnacji z bycia szefem Koalicji. Stwierdził kategorycznie, że tego nie zrobi. Ponadto nadmierny PR płynący z miejskich i lokalnych mediów powinien być adekwatny do rangi podejmowanych działań. Oczywiście, newsem może być wymalowanie przejścia dla pieszych, załatanie każdej dziury w drodze czy ustawienie ławki w parku, jednak na dłuższą metę to będzie mało poważne. Bije też po oczach brak wizji rozwoju Krakowa. Znikają tysiące miejsc pracy w branży outsourcingu i usług wspólnych, turystyka też ma swoje granice. A magistrat schował do szuflady Strategię Miasta i Plan Ogólny, czyli najważniejsze miejskie dokumenty, w których ta wizja Krakowa do roku 2050 miała być zapisana. Może dlatego, że nie ma tam nic nadzwyczajnego, a może właśnie są tam propozycje, które nie spodobają się mieszkańcom. Tego się nie dowiemy. Łukasz Maślona / fot. Łukasz Michalik Czy Łukasz Gibała jest już gotowy, by przejąć władze w mieście, czy nadal udaje, że mu na tym nie zależy? Łukasz Gibała z pewnością wyciąga wnioski z tego, co się dzieje. Widzi, że zapowiedzi audytu miasta sprowadzone zostały do poziomu wymiany kadr i wprowadzenia działaczy partyjnych, często bez kompetencji. Zamiast docenić tych, którzy sumiennie pracują, organizuje się nabory i konkursy, w których kartą przetargową jest zdjęcie z politykiem. I, na ile znam mojego klubowego kolegę, to wiem, że jest tym zdegustowany. Ponadto dostrzega brak spójnej wizji i częste zmiany zdania urzędującego jeszcze prezydenta. Zatem można powiedzieć, że dzięki Aleksandrowi Miszalskiemu Łukasz Gibała jest lepiej przygotowany do bycia prezydentem Krakowa. Jaki jest plan Gibały i jego środowiska na to, co po ewentualnym odwołaniu Miszalskiego? Widzimy po tych dwóch latach rządów Koalicji Obywatelskiej w Krakowie, że zamykanie się tylko na swoich kolegów partyjnych nie prowadzi do niczego dobrego. Musi być pewnego rodzaju otwartość na różne spojrzenia i poglądy. ZOBACZ TAKŻE: Krakowianie nie chcą w tym uczestniczyć. Tym razem nie chodzi o referendum W mieście o takich tradycjach jak Kraków jest potrzeba dialogu i mądrego zarządzania bez patrzenia tylko i wyłącznie na partykularny interes własnego środowiska. Przecież pomysły z którymi przychodzą radni PiS czy radni klubu KdM nie są jakimś naszym wymysłem, tylko realnymi potrzebami mieszkańców Krakowa. Barwy partyjne nie powinny w mieście mieć tak dużego znaczenia, jak mają obecnie, bo mamy rozwiązywać problemy wszystkich krakowian. W tym akurat aspekcie bardziej roztropny był poprzedni prezydent Jacek Majchrowski niż obecny włodarz miasta.

Więcej…

Kocurek uderza w Gibałę! "Śledzili mnie, obrażali,  teraz chcą ciągać po sądach [WYWIAD]

Kocurek uderza w Gibałę! "Śledzili mnie, obrażali, teraz chcą ciągać po sądach [WYWIAD]

16 kwietnia 2026 | 09:02

– Gibała już przesądził o mojej winie, a od tego jest sąd, a nie radny. Nawet jeśli wydaje mu się, że jest najpotężniejszy i wszechmogący – mówi nam Bartłomiej Kocurek i zapowiada kontratak. – Rozważam własny pozew – przyznaje radny w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. – Najpierw mnie śledzili, potem opluwali w sieci, teraz chcą mnie ciągać po sądach – uważa polityk Koalicji Obywatelskiej. I uderza w Łukasza Gibałę bez żadnych hamulców. Twierdzi, że wokół referendum w Krakowie zaczyna się robić naprawdę brudno. *** Kanał Krakowski: Doigrał się Pan wreszcie. Bartłomiej Kocurek: No tak. W końcu będę pozwany przez najpotężniejszego krakowskiego radnego. Pan sobie robi heheszki, a sąd to poważna sprawa. Nie boi się Pan? Cały czas się boję, ale głównie dlatego, że najpierw ktoś opłacił osoby, by mnie śledziły. Później ktoś opłacił osoby, które notorycznie obrażają mnie w internecie. A teraz, cóż… w sumie można się było spodziewać, że pan Gibała będzie chciał mnie pozwać, bo do tej pory szukał na mnie haków i nic nie znalazł. Może nie może zdzierżyć, że jest Pan jednostką wybitną, czy – jak określił to Gibała – „zdolnym gościem, który ma dużo fuch w instytucjach publicznych”. No cóż, na pewno nie mam takich źródeł dochodów jak pan Gibała i pewnie w życiu mu w tym nie dorównam. Niemniej, bez względu na to, czy mi uwierzy, czy nie, staram się wykonywać swoje obowiązki tam, gdzie pracuję, w sposób rzetelny i nie biorę pieniędzy za darmo. Gibała pozwał Pana, bo – jak twierdzi – skłamał Pan w sprawie podpisów pod listą referendalną. Napisał Pan, że co czwarty jest sfałszowany. Musiałem to sobie „odświeżyć”, bo pan Gibała ma trochę spóźniony refleks, gdyż ja ten post wrzuciłem ze dwa tygodnie temu. Mam wrażenie, że wszyscy już o tym zapomnieli. Nie wiem, co Gibała robił w tym czasie… …pracował ku chwale Krakowa i jego mieszkańców. Chociaż cofam to zdanie, bo jeszcze mnie pozwie, że kłamię, a nie będę mógł udowodnić w sądzie, że Gibała pracuje dla dobra Krakowa. No, no panie redaktorze, bo pomyślę, że uprawia pan fantastykę. (uśmiech) A tak serio, to okazało się, że około 27 czy 28 procent podpisów jest nieprawidłowych. Czyli nie minąłem się z prawdą, pisząc, że co czwarty. Co więcej, pan Jan Hoffman z komitetu organizacyjnego sam złożył zawiadomienie do prokuratury, że coś jest nie tak w podpisach, które… sam zbierał. Z kolei komisarz wyborczy podał do wiadomości publicznej, że część podpisów ma nieprawidłowy PESEL, są nieczytelne, czy nawet na listach są podpisy osób zmarłych. Trudno więc, by podpisy zmarłych pojawiły się na listach przez przypadek. Bartłomiej Kocurek / fot. archiwum prywatne Trzeba wziąć też pod uwagę, że komisarz wyborczy weryfikował tylko niespełna 90 tysięcy podpisów, bo tyle wystarczyło. Pozostałe około 50 tysięcy nie było weryfikowanych, a więc tych sfałszowanych mogło być znacznie więcej niż te, które zostały ujawnione. No więc nie wiem, gdzie Gibała dopatrzył się kłamstwa. Skądinąd wreszcie oficjalnie przyznał, że jest twarzą referendum. Do tej pory opłacał ludzi zbierających podpisy, finansował słupy reklamowe, a teraz wreszcie powiedział, że tak naprawdę to on stoi za tym całym przedsięwzięciem. Dostał Pan już pozew? Nie i jestem ciekaw, czy w ogóle go dostanę. Tak naprawdę to dopiero z niego będzie wynikać, o co dokładnie mnie pozywa, bo teraz nie sposób tego określić. Nie jestem jednak przekonany, czy ten pozew kiedykolwiek do mnie dotrze, czy skończy się wyłącznie na medialnych zapowiedziach. Widać bowiem, że zwolennikom referendum skończyło się paliwo i nie za bardzo mają pomysł na to, jak dalej podgrzewać emocje mieszkańców. No więc odgrzewają stare, lekko zapleśniałe już kotlety. Nie wiem też, czy będzie mnie pozywał w szybkim trybie referendalnym, czy zwykłym, bo czasem nie zawsze chodzi przecież o to, by mieć wyrok, ale by pozwać. A propos wyroku – nie zdziwiło Pana, że Gibała w swojej krótkiej rolce już ten wyrok wydał? Powiedział, że będzie Pan musiał przepraszać. Czyli de facto przesądził o mojej winie, a od tego jest sąd, a nie Gibała. Nawet jeśli wydaje mu się, że jest wszechmogący. Proszę też zwrócić uwagę, że pan radny – w tej samej rolce – wydał też drugi wyrok. Powiedział, że nie mieszkam w Krakowie. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik A mieszka Pan? Gdybym nie mieszkał, nie mógłbym być radnym. Mieszkam w Krakowie, jestem zameldowany w Krakowie, głosuję w Krakowie, płacę podatki w Krakowie. Ale posiadam też nieruchomości poza Krakowem. Złoży Pan pozew przeciwko Gibale? Rozważam to. Rozmawiam na ten temat z mecenasem. ZOBACZ TAKŻE: Jaśkowiec: "To Gibała napędza krakowski hejt. Jaśko jest tylko wykonawcą jego frustracji" [WYWIAD] Bez względu na to, gdzie Pan przykłada głowę do poduszki, śpi Pan spokojnie przed 24 maja? Względnie spokojnie. Jedyne, co lekko spędza mi sen z powiek, to to, że pozakładałem się honorowo z kilkoma znajomymi o to, że do referendum pójdzie mniej niż 100 tysięcy ludzi. Optymistycznie, skoro do odwołania prezydenta potrzeba prawie 160 tysięcy, a rady miasta około 190. Uważam, że głosować pójdzie około 100 tysięcy osób i nawet jeśli będzie to niewiele ponad tę liczbę, to na pewno będzie to kolejna ogromna klęska Gibały. Do tej pory miał Pan szczęście w tego typu zakładach? Z reguły tak. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zalewają referendalne śmieci! Gibała szuka frajerów do jeszcze większego zaśmiecania

Więcej…

Jaśkowiec: "To Gibała napędza krakowski hejt. Jaśko jest tylko wykonawcą jego frustracji" [WYWIAD]

Jaśkowiec: "To Gibała napędza krakowski hejt. Jaśko jest tylko wykonawcą jego frustracji" [WYWIAD]

15 kwietnia 2026 | 10:05

Szokująca prawda o Jaśce! Poseł Dominik Jaśkowiec wyznaje: „Nie mamy z nim biologicznego pokrewieństwa, ale poznałem jego dziadka – oficera politycznego PZPR”. Polityk uważa, że skazany za pobicia, próbę wręczenia milionowej łapówki i groźby wobec dziennikarza radny jest tylko marionetką w rękach niespełnionego milionera, który za wszelką cenę chce kupić Kraków. W rozmowie z Łukaszem Mordarskim nie zabrakło trudnych pytań, m.in. o żonę posła, która jest wicedyrektorem miejskiej jednostki. – Twierdzenie, że swoje stanowisko zawdzięcza mnie czy prezydentowi, pokazuje, że w mniemaniu Gibały i jego środowiska kobieta jest jedynie podnóżkiem mężczyzny i sama nie potrafi nic w życiu osiągnąć – uważa poseł Jaśkowiec. *** Kanał Krakowski: Czy Mateusz Jaśko to Pański kuzyn? Dominik Jaśkowiec: Kuzyn mojego kuzyna. Czyli rodzina czy nie? Nie mamy biologicznego pokrewieństwa, tylko wspólnego wujka. Może kilka razy, przy okazji uroczystości rodzinnych się widzieliśmy, gdy był jeszcze w wózku. Lepiej znam jego starszych braci, bardzo porządni ludzie. Poznałem też, będąc jeszcze dzieckiem, jego już nieżyjącego dziadka, byłego oficera politycznego i sekretarza partyjnego w Ludowym Wojsku Polskim. Pamiętam, że był kiedyś duży zgrzyt: koniec lat 80., chyba rok 89, moja rodzina popierała Solidarność, a jego PZPR. Dominik Jaśkowiec w Sejmie RP / fot. achwium prywatane Jaśko był wielokrotnie prawomocnie skazywany przez sądy. Najpierw za pobicia, a ostatnio za próbę wręczenia milionowej łapówki oraz groźby wobec dziennikarza TVN-u. Mimo to nadal zasiada w radzie dzielnicy. Nie przeszkadza to Panu? To powinno przeszkadzać każdemu. I co w związku z tym? Obecnie prawo pozwala na to, aby taka osoba jak Jaśko zasiadała w radzie dzielnicy. Zresztą to nie pierwszy taki przypadek, bo podobny mieliśmy już kiedyś w Nowej Hucie. ZOBACZ TAKŻE: Po spotkaniach z Jaśką musiał mieć ochronę! "Ukrywałem się razem z rodziną" [WYWIAD] Właśnie minęła szósta rocznica od tamtego momentu. W styczniu 2020 roku 30-letni wówczas radny ze Wzgórz Krzesławickich Sebastian A., został aresztowany w związku z podejrzeniem przestępstwa kradzieży rozbójniczej. Czy nie można było zareagować już wtedy? Reakcja była, ale okazało się, że wprowadzenie takiego zakazu przez radę miasta Krakowa byłoby niezgodne z prawem. Rada miasta nie ma kompetencji do usuwania z rad dzielnic osób z wyrokami w sprawach karnych, które nie utraciły praw publicznych. By tak się stało, należałoby przyjąć takie przepisy w całej Polsce na poziomie ustawowym. Rzecz jasna taka zmiana dotyczyłaby nie tylko krakowskich rad dzielnic, ale na przykład sołtysów i rad sołeckich, a więc dziesiątek tysięcy osób. Według mnie należy to zrobić i podejmuję takie działania w Sejmie. Niemniej, szczególnie na terenach pozamiejskich, jest duże niezrozumienie dla tego problemu. Chodzi o to, by sołtys, który po pijaku przejechał sąsiadowi kurę i został za to skazany, nadal mógł pełnić swoją funkcję? W tym przypadku to jest ten sam „worek prawny”. Będzie to dotyczyło kogoś, kto faktycznie został skazany za pobicia, wymuszenia czy rozboje, jak i tego, kto kierując pojazdem pod wpływem alkoholu (powyżej 0,5 promila) spowodował nawet tak kuriozalny wypadek. Dominik Jaśkowiec (przy mikrofonie) / fot. archiwum prywatane Łukasz Wantuch zapowiedział złożenie obywatelskiego projektu uchwały do rady miasta, by jednak wykluczyć bandytów z krakowskich rad dzielnic. Czy według Pana, osoby z doktoratem o krakowskich dzielnicach, takie działanie jest z góry skazane na porażkę? Nawet gdyby rada miasta Krakowa przyjęła taką uchwałę, to w trybie nadzoru prawnego zostanie ona uchylona przez wojewodę. Akty prawa miejscowego nie mogą ograniczać praw wyborczych, może o tym zadecydować jedynie sąd, pozbawiając skazanego praw publicznych, tak się jednak w przypadku Matusza Jaśki nie stało. ZOBACZ TAKŻE: Skazany bandyta sparaliżował krakowskich radnych. "Czas na zmianę prawa" [WYWIAD] Od dwóch lat jest Pan posłem. Dlaczego dopiero teraz zainteresował się Pan tym tematem? Nieprawda, że dopiero teraz. Sprawa była przeze mnie podnoszona i jest procedowana. Natomiast, jak mówiłem, ta zmiana prawna wywoła skutki w całej Polsce, więc czy nam się to podoba, czy też nie musi to trochę potrwać. Z jednej strony mamy kruczki prawne, przez które bandyta może zasiadać w radzie dzielnicy, a z drugiej lokalni politycy robią sobie z nim zdjęcia i wrzucają do internetu. Pan także to zrobił. Kiedy została zrobiona ta fotografia, Mateusz Jaśko był powszechnie postrzegany jako ktoś, kto z poczuciem humoru piętnuje nieprawidłowości w mieście. Na spotkania zapraszali go chyba wszyscy miejscy politycy, na pewno poseł Rafał Komarewicz, radny Łukasz Gibała oraz wiceprzewodniczący rady miasta Krakowa Michał Drewnicki. Choć wtedy, gdy ja robiłem sobie z nim zdjęcie, nie miał prawomocnego wyroku związanego z tematem kryptowalut. Ale miał już zatarte wyroki między innymi za pobicia. No właśnie były one zatarte, więc nie było o nich powszechnej wiedzy. Ja sam o tym fakcie dowiedziałem się dopiero później, przy okazji jego ostatniego procesu. W 2021 roku miałem wrażenie, że być może jest on człowiekiem trochę oderwanym od rzeczywistości, ale jednak chce zrobić coś dobrego, może nie zawsze wiedząc jak. Oczywiście dziś wiemy, że nie była to prawda i że jest on prawomocnie skazanym przez sąd przestępcą. Taka osoba powinna być jak najdalej od polityki i samorządu. ZOBACZ TAKŻE: Kiedyś chodził po ulicach Krakowa i bił ludzi. Dziś pajacuje w służbie referendum Tymczasem jest jedną z twarzy krakowskiego referendum. O to, dlaczego tak jest, warto by zapytać tych polityków, którzy nadal z nim współpracują pomimo ciążącego na nim wyroku skazującego. Warto to pytanie zadać Łukaszowi Gibale, Janowi Hoffmanowi czy Michałowi Drewnickiemu. Dlaczego panowie, pomimo powszechnej wiedzy o przestępstwach Jaśki, nadal z nim współdziałacie? Dominik Jaśkowiec i Aleksander Miszalski / fot. archiwum prywtane Gdybyśmy mieli zrobić ranking krakowskich szkodników, a do finału doszliby Jaśko i Gibała, to kto by wygrał? Jest głowa i jest ręka. Jaśko jest tylko wykonawcą. Oczywiste jest więc, że najistotniejsza jest osoba, która to wszystko kreuje. Zresztą już nawet Jacek Majchrowski podkreślał, że tak naprawdę cały krakowski hejt napędzany jest niespełnioną ambicją Łukasza Gibały o byciu prezydentem. On nie jest w stanie wygrać wyborów, spełnić swoich marzeń. Czy też może raczej marzeń swojej rodziny? Czyżby bronił Pan prezydenta Miszalskiego dlatego, że zarówno Pan, jak i Pańska żona jesteście beneficjentami jego rządów? Przypomnę, że Pan zajął miejsce w Sejmie po tym, jak poseł Miszalski został prezydentem, a Pańska żona jest zastępcą dyrektora miejskiej jednostki. Jeżeli chodzi o mnie, uzyskałem z dziewiątego miejsca na liście wyborczej, szósty wynik, a więc byłem pierwszy „pod kreską”, bo Koalicja Obywatelska uzyskała w okręgu pięć mandatów. Bez względu więc na to, czy Aleksander Miszalski zostałby prezydentem, czy też nie, i tak zostałbym posłem, bo dwa miejsca w Sejmie zwolniły się po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie zostałem więc posłem dzięki prezydentowi Miszalskiemu, ale dzięki wyborcom, którzy na mnie głosowali, odszukali moje nazwisko na dziewiątym miejscu listy i postawili przy nim znak „X”. Dominik Jaśkowiec (wówczas przewodniczący rady miasta Krakowa), Olga Tokarczuk Jacek Majchrowski / fot. UMK Jeśli chodzi o moją żonę, znów muszę się odnieść do Gibały i jego otoczenia, które uważa się za bardzo otwarte, nowoczesne i postępowe. Wspólnie ze swoją partnerką Łukasz Gibała zarządza de facto krakowskim ugrupowaniem politycznym, jakim jest stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców. Proszę to sprawdzić w KRS. Nie jest to nepotyzm? Moja żona pracuje w urzędzie od ponad 20 lat, a od sześciu lat pełni funkcje kierownicze. Twierdzenie, że swoje stanowisko zawdzięcza mnie czy prezydentowi, pokazuje, że w ich mniemaniu kobieta jest jedynie podnóżkiem mężczyzny i sama nie potrafi nic w życiu osiągnąć. Moja żona sama kreuje swoją karierę zawodową. Co więcej, na stanowisko wicedyrektora powołał ją nie prezydent, a poprzedni dyrektor jednostki, doceniając jej kompetencje zarządcze Autorzy paszkwili manipulują również wykształceniem mojej żony. Owszem podjęła pracę w szkole w wieku 21 lat, będąc studentką, tylko co jest złego w pracy na studiach? Co złego jest w pracy nauczyciela? Czy ktoś, kto za młodu pracował np. w restauracji, nie może potem zostać dyrektorem lub managerem?  ZOBACZ TAKŻE: Kraków zalewają referendalne śmieci! Gibała szuka frajerów do jeszcze większego zaśmiecania Czy Łukasz Gibała, jako dziecko milionera, nie zdaje sobie sprawy, że aby zdobyć wykształcenie, zbudować pozycję zawodową „zwykli śmiertelnicy” muszą się wspinać po drabinie kariery, dążyć do samorozwoju, inwestować w siebie? Znamienny jest również fakt, że moja żona pełni funkcję wicedyrektora od ponad roku, a temat „wypłynął” i był szeroko komentowany dopiero po tym, jak zapytałem ministra sprawiedliwości o postępowania prokuratorskie dotyczące referendum organizowanego przez Gibałę w 2016 roku. Dopiero wtedy, po wielu miesiącach,  Łukasz Gibała zaczął publicznie się tym faktem oburzać, wcześniej milczał. Naprawdę trudno jest to interpretować inaczej niż jako formę odwetu i zemsty za zadawanie niewygodnych pytań. Dominik Jaśkowiec i Sławomir Peszko / fot. archiwum prywatne Pójdzie Pan na referendum 24 maja, by bronić Miszalskiego? Nie, nie pójdę. To niedemokratyczne. Każdy mieszkaniec ma prawo dokonać własnego wyboru. Niepójście na referendum też jest formą decyzji i formą wyrażenia swojego stanowiska. To głos oddany „nogami”. Dlaczego Pan nie pójdzie? Nie chcę, by naszym miastem zarządzały osoby, co do których mam pewność, że będą robić to źle. Cała ta koncepcja referendalna jest ukierunkowana na negatywny przekaz. Oni krzyczą, by odwołać prezydenta, ale nie proponują niczego w zamian. Nie kolportują żadnych pozytywnych treści, nie rozmawiają o rozwiązaniu faktycznych problemów krakowian, nie przedstawiają żadnych realnych pomysłów i postulatów. Nie chcą rozmowy o zarządzaniu miastem, nie mają wizji rozwoju Krakowa. Chcą tylko odwołać Aleksandra Miszalskiego, bo liczą na to, że dojdzie do zmian personalnych, o nic więcej im nie chodzi tylko o stołki. ZOBACZ TAKŻE: Referendum w Krakowie: kiedy się odbędzie, dlaczego, warunki, procedura, kontrowersje, koszty Dlatego ktokolwiek dobrze życzy Krakowowi, powinien zostać w dniu referendum w domu, bo wzmacnianie frekwencji to głos za sfrustrowanym Gibałą i jego ekipą, która chce kupić sobie Kraków, oraz głos za skrajną prawicą odklejoną od rzeczywistego świata i rzeczywistych problemów mieszkańców naszego miasta.

Więcej…

Skazany bandyta sparaliżował krakowskich radnych. "Czas na zmianę prawa" [WYWIAD]

Skazany bandyta sparaliżował krakowskich radnych. "Czas na zmianę prawa" [WYWIAD]

11 kwietnia 2026 | 08:57

Skazany za groźby i próbę łapówki, a mimo to wciąż zasiada w radzie dzielnicy. W Krakowie politycy boją się ruszyć bandytę, który ma swoich wyznawców i realny wpływ na debatę publiczną. Setki komentarzy, presja w sieci i strach lokalnych polityków. Według byłego radnego Łukasza Wantucha układ wokół skazanego radnego paraliżuje działania miasta. A jeśli władze nie zareagują, mieszkańcy sami wymuszą zmiany. *** Kanał Krakowski: Zapowiedział Pan projekt uchwały, który ma doprowadzić do tego, by bandyci nie mogli zasiadać w radach dzielnic. Dlaczego dopiero teraz się Pan z tym obudził? Łukasz Wantuch: To nie jest pierwsze podejście. Próbowałem już jakiś rok temu, po tym, jak Jaśko został skazany. Wtedy jednak nie było odzewu od naszych władz. Teraz jednak sytuacja jest jeszcze poważniejsza. Piszą o tym ogólnopolskie media, za parę dni zbankrutuje giełda kryptowalut, setki ludzi stracą miliony złotych. A przypomnę, że osobą, która założyła tę giełdę, był pan Sylwester Suszek [obecnie zaginiony, a rodzina twierdzi, że zamordowany – dop. autor]. Gdy sprawą giełdy zajęły się media, pojawił się Mateusz Jaśko, który – działając na zlecenie kryminalistów – później został skazany przez sąd na karę pozbawienia wolności za próbę wręczenia łapówki i grożenie dziennikarzowi. ZOBACZ TAKŻE: Po spotkaniach z Jaśką musiał mieć ochronę! "Ukrywałem się razem z rodziną" [WYWIAD] Nie mierzi Pana to, że ten kryminalista nadal zasiada w radzie dzielnicy? Nie ukrywam, że jestem bardzo rozczarowany postawą prezydenta Krakowa i rady miasta, bo to te organy odpowiadają za nadzór nad radami dzielnic. Nie rozumiem, dlaczego przez ostatni rok nic z tym nie zostało zrobione. W sytuacji, gdy mamy skazanego bandytę w radzie dzielnicy, to nie jest to problem tylko Dzielnicy V Krowodrza, ale całego miasta. Przecież o tym piszą i mówią nawet ogólnopolskie media! Mandat Jaśki powinien być wygaszony i podałem nawet podstawę prawną. Nie chodzi o to, że popełnił przestępstwo, bo prawo nie działa wstecz, ale o to, że jest wpisany w Krajowym Rejestrze Karnym. Lokalni politycy się za to nie wzięli, bo są zbyt bojaźliwi. To zwykli tchórze. Od wielu z nich słyszałem, że boją się Jaśki i jego wyznawców. On ma swój kościół, a członkowie tego kościoła urządzają prawdziwe „jazdy” choćby w mediach społecznościowych. Zresztą wyraźnie widać to na przykład pod postami na Kanale Krakowskim. To prawda, bo sam kilka razy padłem ofiarą takich akcji, że nagle pojawia się 200–300 negatywnych komentarzy pod moim postem na Facebooku, więc na pewno jest to element tej brudnej gry. Ale miasto nie może kapitulować przed bandytą i jego zwolennikami. Prezydent i rada miasta nie mogą kapitulować przed jedną osobą, nawet jeśli jest ona wpływowa i ma swoich „fanów”. Jak więc technicznie będzie teraz wyglądać próba zmiany prawa? Uważam, że inicjatywa powinna wyjść ze strony rady miasta. Jeżeli ona tego nie zrobi, to inicjatywę powinna przejąć rada dzielnicy Krowodrza, gdzie Jaśko jest członkiem zarządu. Mają przecież uprawnienia, by składać projekty uchwał. A jeśli i oni tego nie zrobią, to pozostanie złożenie projektu obywatelskiego, podpisanego przez 50 mieszkańców. Jeśli trzeba będzie, to ja taki projekt przygotuję. Aczkolwiek uważam, że wszystko powinna załatwić rada miasta. Łukasz Wantuch Ani rada miasta, ani rada dzielnicy na razie nic z tym nie zrobiła. Nieoficjalnie radni przyznają, że nie mają problemu z tym, że spotykają się z bandytą podczas sesji, bo ten bywa uległy i spolegliwy. Ponoć nie robi im problemów, więc nie chcą tego ruszać. Bardzo nie chciałbym tego komentować. Nalegam. To nie jest normalne. Bo przecież cały problem nie dotyczy tylko pana Jaśki, czy rady dzielnicy, czy nawet rady miasta. Ponieważ informacja o bandycie w radzie pojawiła się już wielokrotnie, nawet w mediach ogólnopolskich. Uderza to w Kraków. ZOBACZ TAKŻE: Ten skazany bandyta jest twarzą krakowskiego referendum! Jego historia szokuje Wszyscy wiedzą, że w radzie dzielnicy zasiada osoba, która groziła dziennikarzowi, a ten musiał się ukrywać. Tymczasem my tę osobę tolerujemy i uważamy, że to normalne. Jeśli więc rada miasta lub rada dzielnicy się tym nie zajmie, to złożę obywatelski projekt uchwały. Ale uważam, że to ostateczność, by mieszkańcy musieli naprawiać błędy, które zostały popełnione dwa szczeble wyżej

Więcej…

Po spotkaniach z Jaśką musiał mieć ochronę! "Ukrywałem się razem z rodziną" [WYWIAD]

Po spotkaniach z Jaśką musiał mieć ochronę! "Ukrywałem się razem z rodziną" [WYWIAD]

10 kwietnia 2026 | 08:11

– Nakłoniłem Jaśkę do wysłania zdjęcia oferowanego miliona. Na zdjęciu były pliki banknotów po 500 euro na gazecie z bieżącą datą – opowiada nam dziennikarz TVN-u, Michał Fuja. To jego krakowski patoaktywista i radny dzielnicowy Mateusz Jaśko próbował przekupić MILIONEM złotych w zamian, by ten nie zajmował się tematem giełdy kryptowalut. Jak przyznał sam Jaśko, działał na zlecenie ludzi z krakowskiego półświatka. Gdy dziennikarz odmówił przyjęcia łapówki, Jaśko zaczął mu grozić. – Ukrywałem się razem z rodziną. Wcześniej miałem też wynajętą ochronę, która na przykład jeździła za mną czy za moją żoną do pracy. Gdy odwoziłem dzieci do przedszkola, to za moim samochodem także jechała ochrona – wspomina red. Michał Fuja. *** Kanał Krakowski: Jak wyglądało Pana pierwsze spotkanie z Mateuszem Jaśką? Michał Fuja: Poznaliśmy się już dawno, bo jeszcze na studiach w Katowicach na Wydziale Organizacji Produkcji Telewizyjnej. Natomiast w pewnym momencie on po prostu zniknął. Wtedy nie wiedzieliśmy dlaczego. Dopiero niespełna dwa lata temu, po artykułach w Wirtualnej Polsce, dowiedziałam się, że zniknął, bo był zatrzymywany za pobicia przypadkowych osób na krakowskich ulicach. źródło: WP Artykuł z WP: Kryptowaluty, groźby wobec dziennikarza i próba korupcji. Niedoszły prezydent Krakowa skazany Zakładam jednak, że na uczelni nie zachowywał się tak agresywnie jak na ulicy? On ma vibe takiego cwaniaczka, co zresztą przejawia się nawet na tych jego filmikach, ale to oczywiście nie jest nic strasznego. Znacznie poważniej zrobiło się, gdy pewnego dnia zgłosił się do mnie z informacjami, które sugerowały, że doskonale wie, nad jakim materiałem pracuję. Wiedział, że przygotowuję reportaż do Superwizjera o giełdzie kryptowalut. Pokazywał mi nawet na swoim telefonie zdjęcia, które ktoś robił mi z ukrycia. Zasugerował wprost, że osoby, które stoją za giełdą, są zainteresowane, żeby mój materiał nie powstał. Oferował coś w zamian? Na początku była to kwota kilkudziesięciu tysięcy złotych, potem wzrosła do 100 tysięcy, a ostatnia oferta to był już milion złotych. Oczywiście wzięcie tych pieniędzy nigdy nie wchodziło w grę, ale postanowiliśmy w redakcji zebrać dowody na to, co się działo i wykorzystać je w materiale. Tak naprawdę moim zadaniem było namówienie na wywiad zleceniodawców tej oferty. Natomiast Jaśko przychodził na kolejne spotkania sam i oferował coraz wyższe kwoty. Wszystko to odbywało się w takiej aurze tajemniczości. źródło: Rzeczpospolita To znaczy? Na przykład pokazywał mi wiadomości, które chciał przekazać, w formie notatek na swoim telefonie. Nie odczytywał ich, bo chyba podejrzewał, że mogę go nagrywać. Mimo wszystko okazał się strasznie naiwny, bo już po chwili mówił, że działa na zlecenie ludzi stojących za giełdą kryptowalut i że zależy im na ciszy. Albo usilnie nie podawał kwoty zapisanej w notatce a jednocześnie mówił, że za te pieniądze mógłbym kupić mieszkania w bloku, przed którym staliśmy. Twierdził też, że taniej jest kogoś „połamać” niż go przekupić, więc lepiej, żebym wziął te pieniądze.  Czyli używał gróźb? A jak to inaczej odbierać? Mówił: „weź te pieniądze, bo za tyle to sam Osama bin Laden może przyjechać do Polski”. Sąd nie miał wątpliwości, że są to groźby. Uznał Pan, że mogą się zmaterializować i od słów ktoś przejdzie do czynów? Jak najbardziej to były realne groźby. Zresztą wtedy miałem na głowie nie tylko samego Jaśkę, ale też ludzi z krakowskiego półświatka, z którymi współpracował. To oni byli pośrednikami między giełdą kryptowalut a Jaśką. Równolegle działały też agencje PR-owe, między innymi ta Adama Hofmana. Działo się wokół mnie bardzo dużo rzeczy. I musiał się Pan ukrywać. Ukrywałem się razem z rodziną, ale to też nie jest tak, że sam podjąłem taką decyzję. Miałem wziąć udział w akcji CBŚP związanej z kontrolowanym przyjęciem łapówki od Jaśki, ale finalnie do tego nie doszło. Politycznie to były inne czasy i zostałem w ostatnim momencie wystawiony. Zostałem z tym sam. Sam przeciwko Jaśce i jego kolegom. Ze względów bezpieczeństwa zrezygnowaliśmy z kontrolowanego przejęcia tych pieniędzy, ale nakłoniłem Jaśkę do wysłania zdjęcia oferowanego miliona. Na zdjęciu były pliki banknotów po 500 euro na gazecie z bieżącą datą. Takie zdjęcie pieniędzy na tle gazety i rachunku z danego dnia wysłał Jaśko do dziennikarza TVN Ja wtedy nie tylko ukrywałem się z całą rodziną. Wcześniej miałem też wynajętą ochronę, która na przykład jeździła za mną czy za moją żoną do pracy. Gdy odwoziłem dzieci do przedszkola, to za moim samochodem także jechała ochrona. Nigdy wcześniej, ani później, przy okazji żadnego reportażu, nie przeżyłem. Uważa Pan, że Jaśko rzeczywiście jest bandytą czy tylko pożytecznym idiotą? Jedno nie wyklucza drugiego. Oglądając jego filmiki, nie widać w nich za dużo błyskotliwości, ale na pewno jest skuteczny. Pytanie, czy robi to jako aktywista, czy działa na czyjeś zlecenie. Według mnie jest przez kogoś inspirowany. Tak samo, jak był inspirowany w mojej sprawie, bo przecież on sam nie mógł nagle wyciągnąć z kapelusza miliona złotych. Miał zleceniodawców. Wskazywał nawet te osoby, stąd wiem, że były związane z krakowskim światkiem przestępczym. Zresztą dziś wiemy już dużo więcej niż kiedyś. Namierzyliśmy na przykład przelewy kryptowalut, które były transferowane między Sylwestrem Suszkiem [twórca i prezes największej polskiej giełdy kryptowalut – dop. autor], a krakowskim półświatkiem. To było minimum 2 miliony złotych. Milion miał być dla mnie, a kolejny – jak się domyślam – dla Mateusza i jego zwierzchników a później zapewne na jego obsługę prawną. Myśli Pan, że Sylwester Suszek żyje? Według mojej najlepszej wiedzy raczej nie. Oczywiście nie mam na to żadnych dowodów, ale on też nie miałby żadnych powodów, by tak długo się ukrywać. Miał małe dzieci, partnerkę, rodzinę, biznesy, luksusowe apartamenty, sportowe samochody… Nie widzę powodów, dla których miałby rezygnować z tego wszystkiego i ukrywać się przez ponad cztery lata. Tym bardziej, że nie miał żadnych problemów prawnych. Nie miał też na tyle problemów z grupami przestępczymi, żeby w ten sposób zniknąć. Gdy podnoszony jest temat współpracy Jaśki z kryminalistami, jego kumple twierdzą, że teraz naprawia te błędy, odpokutował je i stał się już innym człowiekiem. Wierzy Pan w taką przemianę? Zdecydowanie nie i mam powody, by w nią nie wierzyć. On do końca w procesie nie chciał przyznać, na czyje zlecenie działa i kto mu dał pieniądze. Mówił, że to środki pożyczone z jego kręgów polityczno-biznesowych. Cały czas był w porozumieniu z tamtymi ludźmi, krył ich. Trudno więc mówić o jakiejś przemianie, skoro do końca twierdził, że jest niewinny, choć dowody wyraźnie wskazywały jego winę, a sąd potwierdził to wyrokiem. Można więc powiedzieć, że jest przynajmniej lojalny wobec swoich zleceniodawców. Pytanie, czy to była lojalność, czy strach przed nimi. Z moich rozmów z nim wynikało, że to są bliskie relacje. O jednej z tych osób mówił, że jest dla niego jak ojciec. Opowiadał, że do przekazania pieniędzy ma dojść w jakimś zaufanym hotelu należącym do jednego z tych ludzi, gdzieś na Kazimierzu. Zakładam, że to są jego znajomości, jeszcze z czasów tej bujnej młodości bokserskiej. Więc trudno mi uwierzyć, żeby się z tych znajomości wykaraskał i je przekreślił. Na pewno tak nie jest. Tymi pieniędzmi Jaśko chciał przekupić dziennikarza TVN-u Nadal jest człowiekiem niebezpiecznym czy już trochę spokorniał, biorąc pod uwagę, że ma wyrok w zawieszeniu? On jest bardzo niebezpieczny, ale teraz głównie przez to, że stworzył sobie grupę docelową ludzi, którzy mu bezgranicznie ufają, którym może przekazywać swoje przemyślenia, swoje idee i nikt nie weryfikuje tego, czy to, co mówi, jest prawdą czy nie. Po prostu mu wierzą, jako rzutkiemu aktywiście.  Pamiętam wyrok sądu pierwszej instancji, który uznał jego działalność aktywistyczną jako okoliczność łagodzącą. Według mnie to było skandalem, bo właśnie osobom na pewnych stanowiskach czy prowadzącym działalność publiczną, tym bardziej nie wypada robić pewnych rzeczy. Przecież nie robi tego zwykły szaraczek, ale aktywista, do tego lokalny parapolityk i radny, który może wykorzystać swoją pozycję. ZOBACZ TAKŻE: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] W mojej opinii jest to jeszcze bardziej niebezpieczne przez to, że Jaśko ma dużą grupę wiernych fanów, którzy czekają tylko na każde jego wygłupy, ataki, jakieś dziwne akcje, bo one są nośne i fajnie się je ogląda. Warto się jednak zastanowić, czy on to robi z pobudek aktywistycznych, czy działa na zlecenie politycznych przeciwników obecnej władzy. A czy nie świadczy to trochę o słabości polskiego państwa, że taki człowiek zasiada choćby w radzie dzielnicy? Na pewno jest to wadliwe, bo wybierany jest człowiek, który po prostu głośno krzyczy. Do większej liczby ludzi dotrze jego krzyk niż informacja o jego wyrokach. A taki wyrok powinien go całkowicie wyeliminować z aktywności politycznej. Tymczasem on nawet próbował kandydować na prezydenta Krakowa! Prawomocnego wyroku co prawda wtedy jeszcze nie było, ale ciążyły już na nim poważne zarzuty, więc stopień bezczelności Jaśki jest niesamowity. Jaśko jest jednym z twórców Rynku Krowoderskiego, gdzie chętnie krytykuje i poucza odbiorców / źródło: Rynek Krowoderski Czuje się bezkarny? Tego nie wiem, ale prawomocny wyrok jednoznacznie wskazuje jego winę. Nie miałem oczekiwań, by poszedł siedzieć, jednak wydawało mi się, że z tym wyrokiem ludzie będą jakoś inaczej na niego spoglądać. A tutaj, jak się okazuje, został wybrany do rady dzielnicy. Rozumiem, że można mówić o błędach młodości i o jakiejś przemianie, bo to dobry pijarowy zabieg. Pewnie każdy na jego miejscu mówiłby to samo. W mojej opinii jest to człowiek zdegenerowany i, w pewnym sensie, niebezpieczny. A jednak został jedną z twarzy krakowskiego referendum. Ja mam problem z tym referendum. Kiedyś, idąc na mecz z córką, zaczepiła mnie grupa osób zbierających podpisy pod tym referendum i miałem wrażenie, że oni nie do końca wiedzieli, po co tam byli. Jeden z tych ludzi podszedł do mnie z kartką i mówi, że zbiera podpisy pod odwołaniem prezydenta Majchrowskiego. Odpowiedziałem, że Majchrowski już dawno nie rządzi. Facetowi naprawdę długo zajęło, zanim się zorientował, że on nawet nie wie, kogo chce odwołać. Trudno mi więc uwierzyć, że nie działał na zlecenie kogoś, kto poluje na fotel prezydenta. Uważam, że Jaśko także może działać w czyimś interesie. ZOBACZ TAKŻE: Ten skazany bandyta jest twarzą krakowskiego referendum! Jego historia szokuje Referendum będzie ważne i dojdzie do odwołania prezydenta? Myślę, że nie będzie wiążące, bo czym innym jest przekrzykiwanie się na grupach facebookowych, a czym innym jest podjęcie świadomej decyzji, pójście do lokalu wyborczego i wzięcie udziału w głosowaniu.

Więcej…

Marczułajtis-Walczak: "Gibała chce po prostu kupić sobie Kraków" [WYWIAD]

Marczułajtis-Walczak: "Gibała chce po prostu kupić sobie Kraków" [WYWIAD]

09 kwietnia 2026 | 15:13

– Gibale nic w życiu nie wyszło. Był beznadziejnym posłem. Trzy razy już startował na prezydenta i trzy razy przegrał. Chciał odwołać Majchrowskiego, ale nawet nie zebrał podpisów. Wydał gigantyczne pieniądze, żeby zostać prezydentem i wszystko na nic. Wie pan, dlaczego jest popularny? Bo żywi się hejtem i nienawiścią, negatywnymi komunikatami. Krytykuje, poniża, dezawuuje. Chce po prostu kupić sobie Kraków podobno za pieniądze tatusia – mówi nam Jagna Marczułajtis-Walczak.  Z posłanką do Parlamentu Europejskiego rozmawiamy o krakowskim referendum, jego inicjatorze i prezydenturze Aleksandra Miszalskiego. – Widzę ogromne podobieństwo między referendum w sprawie odwołania Miszalskiego, a tym z 2014 roku, w sprawie zimowych igrzysk olimpijskich. Obydwa były zbudowane na fejk newsach – uważa polityczka KO. *** Kanał Krakowski: Czy jest Pani za odwołaniem prezydenta Krakowa? Jagna Marczułajtis-Walczyk: Absolutnie nie. Prezydent Aleksander Miszalski został wybrany przez mieszkanki i mieszkańców Krakowa na pełną, pięcioletnią kadencję, czyli do 2029 roku. To właśnie w tym czasie powinien realizować swój program i wizję rozwoju miasta. Jestem przeciwna organizowaniu referendum w tej chwili. Skracanie komuś kadencji pod wpływem emocji czy chwilowej niechęci podważa sens całego demokratycznego wyboru i wprowadza niepotrzebną destabilizację. Miasto potrzebuje dziś spokoju, ciągłości i czasu na realizację podjętych zobowiązań. Uczciwiej jest rozliczać prezydenta z efektów po zakończeniu kadencji. Dajmy mu czas na pracę i realną ocenę rezultatów. Jagna Marczułajtis-Walczak z Donaldem Tuskiem / fot. archiwum prywatne Zwolennicy referendum twierdzą jednak, że skoro prezydent się nie sprawdza, to należy go pozbawić stanowiska znacznie szybciej. Jako była sportsmenka doskonale wiem, że nie powinno się zmieniać zasad w trakcie gry. Ludzie umawiali się na pięć lat – szanujmy to. Miszalski jest młodym człowiekiem, dajmy mu szansę. Inaczej patrzy się na kogoś, kto rządzi pięć kadencji, jak Jacek Majchrowski, a inaczej na kogoś, kto dopiero zaczyna. On dopiero poznaje miasto z perspektywy fotelu prezydenta, uczy się prezydentury. Widać, że naprawdę mu zależy na wsłuchiwaniu się w głos mieszkańców. Weźmy choćby „Ławki Dialogu” – nie robi ich tylko w kampanii czy zaraz po wyborach, ale cały czas. Czasem nawet kilka tygodniowo. Idzie, siada na ławce i naprawdę rozmawia z ludźmi. To nie jest prezydent, który siedzi zamknięty w gabinecie i tylko rozdaje zadania. A jak ocenia Pani Kraków pod jego rządami? W Krakowie żyje się naprawdę bardzo dobrze. To miasto bezpieczne, czyste, spokojne, z dobrą komunikacją, działające sprawnie nawet w sytuacjach kryzysowych. By to docenić wystarczy wyjechać do innych europejskich miast. Wtedy ma się porównanie i odpowiednią perspektywę. My często nie doceniamy tego, co mamy w Krakowie. Czyli nie wydarzyło się nic, co mogłoby uzasadniać referendum? Dwa lata to zdecydowanie za mało, by już używać takiego narzędzia, jakim jest referendum. Nie może być tak, że referendum staje się narzędziem ohydnej walki politycznej prowadzonej przez człowieka, który żywi się wyłącznie klęskami innych. Jagna Marczułajtis-Walczak / fot. archiwum prywatne Mówi Pani o Łukaszu Gibale? Tak, dokładnie o nim, bo to przecież on stoi za tym referendum i nie udawajmy, że jest inaczej. Wygląda to jakby się mścił za przegrane wybory. Proszę zobaczyć, jemu niewiele w życiu wyszło. Był słabym posłem. Trzy razy już startował na prezydenta i trzy razy przegrał. Chciał odwołać Majchrowskiego, ale nawet nie zebrał podpisów. Wydał gigantyczne pieniądze, żeby zostać prezydentem i wszystko na nic. Wie pan, dlaczego jest popularny? Bo żywi się hejtem i nienawiścią, negatywnymi komunikatami. Krytykuje, poniża, dezawuuje. Nie znam żadnego osiągnięcia Gibały, którym mógłby się poszczycić i powiedzieć: „zrobiłem to dla ludzi”. Chce po prostu kupić sobie Kraków podobno za pieniądze tatusia. I jeśli tego dokona, jeśli zostanie prezydentem, to będzie dramat dla miasta. Dla niego będzie to pierwszy sukces w życiu – zbudowany na hejcie i nienawiści, a dla Krakowa będzie to prawdziwy dramat. Będzie działał dla dobra swojego i swoich kolesi, a nie mieszkańców. Oddanie władzy ludziom, którzy żyją z hejtu, to równia pochyła i droga donikąd. Żeby być prezydentem, trzeba być co najmniej człowiekiem przyzwoitym. Gibała takim nie jest, co wielokrotnie pokazywał. Dług Gibały Widzi Pani podobieństwa między referendum w sprawie odwołania Miszalskiego, a tym z 2014 roku, w sprawie zimowych igrzysk olimpijskich? Widzę ogromne podobieństwo. Obydwa były zbudowane na fejk newsach. Igrzyska to nie był wyłącznie projekt Krakowa, ale projekt polsko-słowacki. Inne miasta chciały tych igrzysk. Przeciwnicy igrzysk jednak nie chcieli niczego budować, ale za wszelką tylko burzyć.  A potem Kraków organizował chociażby Igrzyska Europejskie w Krakowie. I co? To była super impreza i Kraków na niej skorzystał! Choćby szybkie remonty. Pamięta pan remont ulicy Królowej Jadwigi? Gdyby nie tamte Igrzyska Europejskie, pewnie do tej pory nie udałoby się wyremontować tej głównej arterii z lotniska do centrum. A przypomnę, że dzięki samym staraniom o igrzyska zimowe mamy dziś wyremontowaną zakopiankę. Gdybyśmy je zorganizowali, Kraków i cała Małopolska zyskałyby jeszcze więcej. Zdecydowano inaczej, bo ludzie nabrali się na kampanię hejtu i fejk newsów. Co do zasady nie jest Pani zwolenniczką referendum? Referendum to narzędzie demokratyczne i należy z niego korzystać. Ale w rękach szaleńców i podsycane nienawiścią powoduje fatalne skutki. ZOBACZ TAKŻE: Ten skazany bandyta jest twarzą krakowskiego referendum! Jego historia szokuje

Więcej…

"Nie idźcie na referendum". Mocne słowa o Miszalskim i kulisach walki o Kraków [WYWIAD]

"Nie idźcie na referendum". Mocne słowa o Miszalskim i kulisach walki o Kraków [WYWIAD]

03 kwietnia 2026 | 09:13

– Nie idźcie do referendum – apeluje Ryszard Śmiałek, wicewojewoda małopolski. – Trudno prosić naszych członków czy sympatyków, by zachowywali się jak karpie cieszące się na wieść o Wigilii – dodaje. Szef struktur Nowej Lewicy w naszym województwie krytykuje brak konkretnej wizji ze strony przeciwników Aleksandra Miszalskiego i uważa, że cała akcja ma na celu "burzyć, a nie budować". Wytyka także błędy samemu prezydentowi. Szczególnie te, dotyczące polityki kadrowej. W tle pozostaje oczywiście największa zadra, czyli obsadzenie stanowiska jednego z zastępców Aleksandra Miszalskiego. – Ani nasi wyborcy, ani nasi członkowie, ani nasi radni nie utożsamiają się z polityką, którą prowadzi Maria Klaman. Mówiąc językiem Włodzimierza Czarzastego: „nie robi dobrej roboty dla Lewicy – twierdzi Śmiałek. Dodaje, że w jej miejsce ma cztery inne kandydatki i czeka, by móc je przedstawić prezydentowi. *** Kanał Krakowski: Czuje Pan złość, że stanął murem za Aleksandrem Miszalskim i udzielił mu poparcia, gdy tylko zaczęła się akcja referendalna? Ryszard Śmiałek: Nie stanąłem murem za Aleksandrem Miszalskim. Po prostu zorganizowaliśmy konferencję prasową… …podczas której – jako Nowa Lewica – udzieliliście prezydentowi warunkowego [w zamian za zmiany personalne w urzędzie] poparcia. Nie. Powiedzieliśmy i zawsze będziemy to podkreślać, że cenimy i szanujemy ideę referendum, natomiast popieramy referenda za czymś, a nie przeciwko czemuś. Takim wspaniałym referendum było choćby to w sprawie akcesji Polski do Unii Europejskiej. Wtedy głosowaliśmy za konkretnym rozwiązaniem. Akcja referendalna, która ma miejsce w Krakowie, jest tylko i wyłącznie po to, by kogoś odwołać. A ja bym chciał wiedzieć, co dostaniemy w zamian. Jaka jest propozycja organizatorów referendum? Kto ma być kandydatem na prezydenta? Jak ma wyglądać rada miasta? Tak naprawdę organizatorom chodzi wyłącznie o odwołanie prezydenta i ewentualnie rady. Ryszard Śmiałek / fot. UMK A prezydent nie powinien zostać odwołany? Popełnił kilka błędów. Pierwszy z nich miał miejsce już na początku prezydentury, bo nie zrobił bilansu otwarcia. Byliśmy wówczas po 22 latach rządów Jacka Majchrowskiego i – bez względu na to, jak oceniamy jego urzędowanie – Kraków bardzo się zmienił. Ale też do tej pory pozostało sporo rzeczy, które obciążają prezydenta Miszalskiego.  Na przykład? Choćby budowa tramwaju na północy Krakowa. To była decyzja prezydenta Majchrowskiego, a obecne władze miasta nie miały wpływu na opóźnienia, bo – przypomnę – już sam początek inwestycji był komiczny. Rozpoczęło się bowiem od zamknięcia terenu 1 listopada, a później przez pół roku nic się nie działo. Tajemnicą Poliszynela jest, że firma Gülermak – za zgodą ówczesnych włodarzy miasta – przeniosła swoich pracowników na budowę obwodnicy Krakowa, bo miała tam poważne problemy. Dziś te kwestie wychodzą. I to jest tylko jeden przykład. Konieczne więc było zrobienie bilansu otwarcia, by zobaczyć, jaką mamy realną sytuację w mieście i jakie są największe bolączki mieszkańców. O, weźmy jeszcze taką ulicę Starowiślną i próbę zrobienia z niej ulicy jednokierunkowej. Decyzje w tej sprawie także zapadały za poprzednich władz, a teraz prezydent Miszalski idzie w zaparte, choć są silne protesty. Ja się solidaryzuję z tymi ludźmi i uważam, że sama idea jednokierunkowej Starowiślnej jest dużym błędem. Może jeszcze prezydent zmieni decyzję, bo do referendum jest trochę czasu, a – jak wiemy – od kilku tygodni mamy akcję „wielka korekta” w wykonaniu Miszalskiego. Jak Pan ocenia te decyzje? Chyba pierwszą deklaracją w ramach „wielkiej korekty” była ta związana z wprowadzeniem zmian w funkcjonowaniu Strefy Czystego Transportu. Dzisiaj już wiemy, że po decyzji wojewody zmianie będzie musiała ulec cała uchwała rady miasta, więc to już nie będzie tylko korekta. Wojewoda dobrze zrobił, że złożył skargę kasacyjną? Dużo w tej sprawie rozmawialiśmy, zarówno z wojewodą, jak i prawnikami. I chcę podkreślić, że wojewoda nie jest jakimś „nadprezydentem”, ale człowiekiem, który reprezentuje rząd i administrację w całym województwie. Jeżeli bym panu pokazał, ile do nas wpłynęło różnych petycji, protestów i pism od wójtów, burmistrzów i starostów spoza terenu Krakowa, to nie miałby pan wątpliwości, że wojewoda nie mógł być głuchy na te apele. Wojewoda Krzysztof Jan Klęczar, prezydent Aleksander Miszalski i wicewojewoda Ryszard Śmiałek / fot. archiwum prywatne Ryszarda Śmiałka Osobiście podpisałby się Pan pod tą skargą kasacyjną? Tak, bo tu nie chodzi o uprawianie polityki. Uważam, że w przypadku SCT została zachwiana konstytucyjna zasada równości. Odsyłam wszystkich do fantastycznego wystąpienia na przewodzie sądowym naszego dyrektora Mirosława Chrapusty, który praktycznie nie zostawił suchej nitki na tej uchwale krakowskich radnych. Sąd jednak bardzo umiarkowanie wczytał się w ten głos i to był argument, by podjąć decyzję o złożeniu skargi kasacyjnej. Ocenia to Pan z perspektywy Małopolski. A gdyby miał Pan na to spojrzeć oczami prezydenta Krakowa i samych mieszkańców miasta? Na pewno jestem za czystym powietrzem i to nie ulega wątpliwości. Natomiast, gdyby to ode mnie zależało, robiłbym SCT na wzór warszawski. Najpierw objąłbym strefą niewielki fragment miasta, a później bym go rozszerzał i być może za parę lat doszedłbym kształtem strefy do granic Krakowa. Tymczasem nietrudno nie zauważyć, że obecna uchwała jest uchwałą stricte finansową. To znaczy, że jeżeli masz auto, które smrodzi, ale zapłacisz, to i tak wjedziesz do SCT. To rozwiązanie czasowe. Ale jednak. Jeżeli chcemy coś robić, to nie powinniśmy się zgadzać na tego typu rozwiązania. Czyli byłby Pan bardziej radykalny w sprawie SCT, ale na mniejszym obszarze miasta? Od tego bym zaczął. Ryszard Śmiałek / fot. archiwum prywatne Ryszarda Śmiałka Jest Pan rozczarowany prezydenturą Miszalskiego? Nie ma na to prostej odpowiedzi. Jest. Tak lub nie. Prezydent Miszalski musi się mierzyć z 22-letnią prezydenturą Majchrowskiego. I takie otwarcie na mieszkańców, taka aktywistyczna wręcz prezydentura, jaką proponuje Miszalski, chyba nie wszystkim się podoba. Są miasta na świecie, w których to aktywiści są merami, burmistrzami czy prezydentami, ale Kraków chyba jeszcze nie jest na to gotowy. Uważam, że nasze miasto oczekuje prezydenta bardziej stanowczego, a może nawet bardziej zamkniętego, niepojawiającego się wszędzie wśród tłumów, tylko załatwiającego sprawy i zarządzającego miastem z pozycji gabinetu. Może łatwiej będzie Panu odpowiedzieć na pytanie, czy jest Pan za czy przeciw odwołaniu Miszalskiego?  Stanowczo nie jestem za jego odwołaniem. Jak wspomniałem, popieram ideę referendum, jeśli to jest za czymś, a nie przeciwko czemuś lub komuś. Nasz kodeks wyborczy jest tak skonstruowany, że obywatele wybierają prezydenta i umawiają się z nim na pięć lat. Trudno więc odwoływać włodarza po zaledwie półtora roku. Dajmy mu szansę, by pełnił swoją funkcję przez całą kadencję, a weryfikacja niech nastąpi przy wyborach. Podpisuje Pan umowę o pracę z pracownikiem na pięć lat, ale już po półtora roku Pan wie, że ta osoba się nie sprawdza. Nie zwalnia go Pan tylko czeka do końca tej umowy? Zwolnienie też musi być zgodne z kodeksem pracy, a ja muszę się liczyć z różnymi konsekwencjami. Nie zawsze zwolnienie pracownika, nawet jeśli ten nie pracuje tak, jakbym tego chciał, jest najlepszym rozwiązaniem. Trzeba skalkulować wiele rzeczy i czasem można zastosować inne mechanizmy. Jakie? Zacząłbym od rozmowy. Od powiedzenia: weź się do roboty, bo twoje efekty pracy mnie nie zadowalają. Proszę zauważyć, że w przypadku prezydenta Miszalskiego taka „rozmowa” się nie odbyła, tylko od razu przeszliśmy do etapu referendum. Ryszard Śmiałek i Aleksander Miszalski / fot. archiwum prywatne Ryszarda Śmiałka Uznajmy, że symboliczną „rozmową” jest 130 tysięcy zebranych podpisów pod listą referendalną. Czy według Pana prezydent wziął się do roboty? Coś tam próbuje zmienić w obliczu tej swojej prezydentury. Odwołał choćby dyrektora Łukasza Franka, którego nigdy nie byłem fanem. Uważam jednak, że te zmiany kadrowe są zbyt wolne. Rozumiem, że gdyby wyrzucił swoją zastępczynię Marię Klaman, to miałby Pan lepsze zdanie o jego prezydenturze? Nie będę ukrywał, że – jako Nowa Lewica – od początku nie byliśmy zadowoleni, że ona została zastępczynią prezydenta. Ale teraz nie chodzi nawet o żaden polityczny konflikt. Spotykam się z dyrektorami czy nauczycielami licznych krakowskich jednostek oświaty, jestem w stałym kontakcie z przedstawicielami organizacji emerytów, rozmawiam z osobami, którym bliska jest polityka społeczna… I niestety, te osoby jasno deklarują, że pani Klaman się do tego nie nadaje.  Nie da się ukryć, że jej wybór to efekt koalicyjnej umowy politycznej, którą zrealizowano trochę poza Pańskimi plecami. Wyobraźmy sobie, że spotyka się Pan dziś z prezydentem Miszalskim, a on mówi: „OK, wyrzucę Marię, ale wskaż mi kogoś innego w jej miejsce”. Co by Pan powiedział? Oczywiście jednym z warunków jest to, że ta osoba musi być kobietą. Powiedziałbym, że mam cztery kandydatki, same kobiety. Ja stanowczo nie jestem zainteresowany tą funkcją. Ale te kobiety są naprawdę merytoryczne, niektóre z nich są nawet wewnątrz magistratu. Także naprawdę jest w kim wybierać. Nazwiska? Nie podam żadnych nazwisk. Mogę zdradzić, że dwie pracują w urzędzie, a dwie są spoza magistratu, ale pełnią funkcje kierownicze. Wspomniał Pan o nich prezydentowi? Nie rozmawialiśmy z panem prezydentem na temat zmian na stanowisku jego zastępcy. Natomiast jeżeli taka rozmowa będzie miała miejsce, oczywiście w tej samej chwili przedstawię te cztery propozycje. Poza tym prezydent Miszalski zna doskonale moje zdanie i zdanie władz krakowskiej Lewicy na temat Marii Klaman. Rozumiem, że czeka Pan na zaproszenie od prezydenta w tej sprawie? Pan prezydent też ma świadomość potrzeby dokonania potencjalnych zmian. Rozumiem, że jest w tej chwili zaangażowany w sprawę referendum i to jest to, co mu dzisiaj spędza sen z powiek. Natomiast oczywiście, jeżeli wynik referendum będzie dla niego korzystny, to mamy usiąść do rozmów w sprawie, o którą pan pyta. I tym samym pozbawić Marię Klaman stanowiska? Ale nikt jej nie chce niczego pozbawiać. Nie jest osobą ze środowiska Nowej Lewicy i nigdy nią nie była.  Tylko wymienić? Nowa Lewica od paru lat ma w Krakowie mniejsze czy większe sukcesy. Wprowadzamy regularnie od 2019 roku parlamentarzystów, mamy swoje poparcie, swój elektorat, mamy czterech przedstawicieli w radzie miasta i Klub Radnych Nowej Lewicy, po raz pierwszy od wielu lat. I ani nasi wyborcy, ani nasi członkowie, ani nasi radni nie utożsamiają się z polityką, którą prowadzi Maria Klaman. Mówiąc językiem Włodzimierza Czarzastego: „nie robi dobrej roboty dla Lewicy”. Ryszard Śmiałek / fot. archiwum prywatne Ryszarda Śmiałka A propos radnych: zdaje Pan sobie sprawę, że odwołanie w referendum rady miasta spowoduje, że Lewicy trudno będzie zdobyć cztery mandaty? W poprzednich wyborach weszliście z list KO, a – w razie przyspieszonych wyborów – trudno będzie o kolejną taką wspólną listę. Zakładam, że rada miasta zachowa swój kształt. A nawet jeśli nie, to progi wyborcze oceniam na około 12 - 13 procent, a nasz komitet mniej więcej takie poparcie zdobywa i jest liczony przy podziale mandatów. Oczywiście, przed nami sporo pracy, ale nie chcę dywagować dziś na ten temat. Dajmy losowi szansę i sprawdźmy, czy w rzeczywistości to referendum okaże się skuteczne. Jakie zachowanie radziłby Pan wyborcom Lewicy w kontekście referendum? Radziłbym, żeby nie poszli do referendum, bo – podkreślę jeszcze raz – to nie jest referendum za czymś, ale przeciwko czemuś. Poza tym mamy czterech radnych i trudno prosić naszych członków czy sympatyków, by zachowywali się jak karpie cieszące się na wieść o Wigilii. Czyli tak, jak niektórzy radni PiS-u. Ze znanych mi sondaży wiem, że gdyby referendum okazało się skuteczne, to właśnie PiS traci najwięcej mandatów w radzie miasta. Czyli są politycznymi głupkami? Mają jakieś określone interesy. Aczkolwiek, gdyby ich pan zapytał nieoficjalnie, czy popierają referendum, to zapewniam, że wielu z nich nie jest zadowolonych na myśl o tym, że mogą stracić mandat. Senator Monika Piątkowska, wicewojewoda Ryszard Śmiałek i poseł Rafał Komarewicz / fot. archiwum prywatne Ryszarda Śmiałka A może to referendum nie jest przeciwko Miszalskiemu, tylko jest za odwołaniem Miszalskiego i za Łukaszem Gibałą? No ale to warto byłoby o tym powiedzieć wprost, prawda? Bo nikt z organizatorów referendum do tej pory nie powiedział, jakiego mają kandydata w przyspieszonych wyborach. Padają różne nazwiska, pojawiają się różne koncepcje, a pewnie zaraz po referendum i tak się pokłócą… …nawet już się pokłócili. No właśnie. To jest taka grupa zwołana na zasadzie: odwołajmy prezydenta za wszelką cenę, a potem się zobaczy. Czyli zburzmy, zamiast zbudować. Niech pan zobaczy na to, jakie środowiska stoją za tym referendum: Konfederacja, PiS, Gibała, Hoffman, Owca… Tylko na bazie tych środowisk można wystawić pięciu kandydatów w potencjalnych wyborach na prezydenta Krakowa. ZOBACZ TAKŻE: TYLKO U NAS. Hareńczyk odpala bombę i zdradza kulisy walki o Kraków [WYWIAD] Akurat Aleksandra Owca z Razem bardzo nie lubi być wymieniana w jednym rzędzie z Konradem Berkowiczem z Konfederacji. Uczestnicząc w popieraniu jakiejś idei, trzeba się liczyć z tym, że popiera się ją wraz z innymi środowiskami. Nie można się więc obrażać o to, że ktoś mówi prawdę. A jaką prawdę Pan głosi w kontekście tego referendum? Ja mówię wprost: nie idźcie do referendum. Prezydent Miszalski dostał żółtą kartkę. Musi trochę popracować, zmienić swoje otoczenie, zmienić model prezydentury, ale nie jest to jeszcze moment na to, żeby odwoływać czy to prezydenta, czy radę miasta.

Więcej…

Najpierw jedność, potem wojna! Co się stanie, gdy padnie Miszalski? [WYWIAD]

Najpierw jedność, potem wojna! Co się stanie, gdy padnie Miszalski? [WYWIAD]

25 marca 2026 | 08:09

– Koalicja Obywatelska będzie bronić prezydenta, natomiast po drugiej stronie zobaczymy „egzotyczny sojusz” PiS-u, Konfederacji i stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców Łukasza Gibały pod hasłem: „byle nie Miszalski”  –  mówi w rozmowie z Kanałem Krakowskim politolog dr Łukasz Stach. – Jeżeli Miszalski zostanie odwołany, wspólny front opozycyjny natychmiast się rozpadnie, bo każda partia będzie chciała wystawić swojego kandydata – dodaje w rozmowie z Justyną Słowikowską. *** Kanał Krakowski: Dlaczego tak wielu krakowian zdecydowało się podpisać pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydenta? dr Łukasz Stach: Nastąpiła kumulacja kilku czynników. Choć w mediach dominuje temat Strefy Czystego Transportu (SCT), to była ona jedynie katalizatorem głębszego niezadowolenia społecznego. Już wyniki wyborów prezydenckich, w których Aleksander Miszalski wygrał z Łukaszem Gibałą niewielką przewagą (około 5 tys. głosów), pokazały silną chęć zmiany i postawienia na nowe twarze spoza dotychczasowego układu.   Do głosu doszły też problemy z narastającym zadłużeniem miasta, pogarszająca się koniunktura na rynku pracy oraz sprzeciw wobec patodeweloperki. To wszystko, w połączeniu z faktem, że otoczenie prezydenta początkowo lekceważyło sygnały ostrzegawcze, pozwoliło organizatorom zebrać pokaźną liczbę podpisów w krótkim czasie.   dr Łukasz Stach Co dokładnie, oprócz SCT, pogrążyło prezydenta Miszalskiego? Kraków faktycznie jest w czołówce pod względem płac, ale mieszkańcy zderzają się z astronomicznie wysokimi cenami mieszkań. Kluczowym problemem jest jednak brak wyraźnej zmiany w polityce miasta. Prezydentura Miszalskiego jest postrzegana raczej jako kontynuacja kursu prof. Majchrowskiego, co dla wielu wyborców jest niewystarczające.   Dodatkowo pojawiły się rażące błędy w komunikacji. Początkowe bagatelizowanie inicjatywy referendalnej nie przekonało mieszkańców. Do tego doszła niespójna polityka: z jednej strony wprowadza się szeroką strefę SCT, a z drugiej ogranicza kursy komunikacji miejskiej i podnosi ceny biletów. Swoje niezadowolenie wyrażają też przedsiębiorcy, a argumenty Łukasza Gibały o kolesiostwie i władzy niesłuchającej obywateli trafiły na podatny grunt.   Jakie są szanse na to, że referendum faktycznie się odbędzie? Zebrano mnóstwo podpisów, ale czy będą one ważne? Organizatorzy dmuchali na zimne. Do rozpisania referendum potrzeba nieco ponad 58 tysięcy ważnych podpisów osób uprawnionych do głosowania w Krakowie. Zebrano ich ponad 134 tysiące. Nawet jeśli założymy, że spora część podpisów pochodzi od osób pracujących w Krakowie, ale tu niezameldowanych, trudno sobie wyobrazić, by ponad połowa była nieważna. Szansa na referendum jest więc bardzo wysoka. Krajowe Biuro Wyborcze ma 30 dni na weryfikację od momentu złożenia głosów.   Jeśli dojdzie do głosowania, jaki scenariusz Pan przewiduje? To będzie starcie dwóch bloków. Koalicja Obywatelska będzie bronić prezydenta, natomiast po drugiej stronie zobaczymy „egzotyczny sojusz” PiS-u, Konfederacji i stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców Łukasza Gibały pod hasłem: „byle nie Miszalski”.   Kluczowa będzie frekwencja. Aby referendum było ważne, do urn musi pójść ponad 150 tys. wyborców. Sztab prezydenta stanie przed dylematem: wzywać do bojkotu licząc na niską frekwencję, czy mobilizować swoich zwolenników do głosowania „przeciw” odwołaniu, co niesie ryzyko porażki przy dużej mobilizacji przeciwników.   Kto będzie „czarnym koniem” w ewentualnych nowych wyborach po odwołaniu prezydenta? Jeżeli Miszalski zostanie odwołany, wspólny front opozycyjny natychmiast się rozpadnie, bo każda partia będzie chciała wystawić swojego kandydata. Jedynym pewniakiem jest Łukasz Gibała, który ma największe doświadczenie, rozpoznawalność i zaplecze finansowe.   PiS i Konfederacja prawdopodobnie wystawią własnych kandydatów w pierwszej turze, by zaznaczyć swoją obecność, ale w drugiej turze mogą poprzeć Gibałę. Koalicja Obywatelska musiałaby wtedy szukać kandydata rezerwowego, być może kogoś o wizerunku niezależnego eksperta.   Czy mieszkańcy raz jeszcze zaufają kandydatowi Koalicji Obywatelskiej czy postawią na Gibałę? To pytanie otwarte. Gibała budzi kontrowersje, ale imponuje determinacją, z jaką od lat walczy o prezydenturę. Wiele będzie zależało od elektoratu negatywnego KO i mobilizacji „żelaznych elektoratów”. Jeśli wybory przypadną na okres wakacyjny, osoby niezdecydowane mogą wybrać wypoczynek zamiast głosowania. Jedno jest pewne: utrata Krakowa przez Platformę byłaby potężnym ciosem wizerunkowym przed nadchodzącą kampanią parlamentarną.   ZOBACZ TAKŻE: Kłamstwa i manipulacje Berkowicza i Gibały. Najpierw sensacja, potem kompromitacja

Więcej…

TYLKO U NAS. Hareńczyk odpala bombę i zdradza kulisy walki o Kraków [WYWIAD]

TYLKO U NAS. Hareńczyk odpala bombę i zdradza kulisy walki o Kraków [WYWIAD]

24 marca 2026 | 09:01

– Referendum to oddolna inicjatywa mieszkańców, która została przejęta przez polityków i ustawiana przez Łukasza Gibałę, który przygotowywał się do tego przez wiele miesięcy – mówi nam Adam Hareńczyk*, jeden z liderów akcji referendalnej. Twierdzi, że to on, jako pierwszy, stanął na czele protestów przeciwko Strefie Czystego Transportu, która "była gwoździem do trumny Aleksandra Miszalskiego". Adam Hareńczyk zdradza, że  – w razie odwołania Miszalskiego – może być obywatelskim kandydatem na prezydenta Krakowa, popieranym przez Prawo i Sprawiedliwość oraz Konfederację Korony Polskiej. Gdyby wygrał, jednym z jego zastępców mógłby być... Łukasz Gibała! – W moich rozmowach z panem Gibałą, face to face, on nie wykluczył takiego rozwiązania – przyznaje Hareńczyk. *** Kanał Krakowski: O co pokłócił się Pan z Janem Hoffmanem? Adam Hareńczyk: Ja się z nikim nie pokłóciłem. Ale ma Pan do niego żal. Mam. Jan Hoffman jest przewodniczącym komitetu referendalnego, który uznajemy za samozwańczy. Komitetu, który powstał za naszymi plecami. Komitetu, który z nami nie konsultował żadnych rzeczy. Co więcej, wykorzystał niezadowolenie ludzi z wprowadzenia Strefy Czystego Transportu, która była gwoździem do trumny prezydenta Miszalskiego. Chcę przypomnieć, że byłem pierwszą osobą, która się zaangażowała w walkę z SCT. Nasze stowarzyszenie Małopolski Bunt było pierwsze i nie wyobrażaliśmy sobie, byśmy nie uczestniczyli w komitecie referendalnym. Tymczasem zostaliśmy pominięci. Dlaczego? Od września osobiście prowadziłem konsultacje w sprawie stworzenia koalicji odwoławczej prezydenta miasta. Rozmawialiśmy ze wszystkimi: z PiS-em, Konfederacją, Łukaszem Gibałą…  Uważałem i nadal uważam, że tylko społeczny, obywatelski ruch oraz całkowite odpartyjnienie samorządu może przynieść rozwiązanie problemów, które toczą Kraków. Adam Hareńczyk / fot. archiwum prywatne Przecież komitet organizacyjny, przynajmniej w teorii, partyjny nie jest. Nie jest, ponieważ to spaliłoby całą inicjatywę referendalną. Natomiast komitet tworzą ludzie, którzy kiedyś byli w partiach politycznych lub są z nimi związani. W pewnym momencie weszła w to po prostu polityka. Nie jest tajemnicą, że cały ten komitet zorganizował pan Gibała i było to wbrew naszym wcześniejszym ustaleniom. A jakie one były? Początek całej akcji zaplanowaliśmy na 1 marca. Później miało być szybkie zbieranie podpisów, z pełną koordynacją. Chcieliśmy rozpocząć właśnie w tym terminie po to, by – po odwołaniu prezydenta i rady miasta – pierwsza tura wyborów wypadła we wrześniu, a nie – jak teraz – jeszcze w wakacje. Dlaczego tak się nie stało? Odpowiedź jest bardzo prosta. Jedyną osobą, która jest przygotowana do tak szybkich wyborów, i to w wakacje, jest Łukasz Gibała. Wieczny kandydat. Ale jeżeli ktoś jest wiecznym kandydatem, to znaczy, że nigdy nie zostanie wybrany. ZOBACZ TAKŻE: Kto stoi za akcją referendalną i ile naprawdę kosztuje? [WYWIAD] Czuje się Pan wykorzystany przez Gibałę? Nie czuję się ani wykorzystany, ani obrażony. Natomiast uważam, że trzeba mieć jaja, zdolność honorową. Jeżeli ktoś z nami rozmawia, a jednocześnie w tajemnicy konstruuje komitet, to nie jest to zagranie fair. Inną sprawą jest to, że osobą koordynującą całą akcję referendalną nie może być ktoś, kto nie był przeciwko SCT. Bo, przypominam, Gibała się wstrzymał podczas głosowania, czyli de facto zagłosował „ZA”. Taka osoba nie powinna mieć nic wspólnego z komitetem. Pan Gibała mówi: „Niech mieszkańcy się określą, czy chcą mieć SCT, czy nie”. No przepraszam bardzo, ale czy osoba, która nie ma zdania, ma reprezentować mieszkańców? Przecież prezydent musi mieć poglądy, powinien forsować swoje rozwiązania… Formalnie jednak Gibały w komitecie nie ma. Ależ oczywiście, bo wszystko zostało ułożone tak, by był to komitet obywatelski. Chcę przypomnieć jeszcze jedną rzecz. Pan Hoffman startował w ostatnich wyborach do rady miasta z komitetu pana Kuliga [byłego wiceprezydenta Krakowa – dop. autor]. Nawiasem mówiąc, mojego kolegi z roku ze studiów, bo – nie wiem, czy pan wie – doszło do sytuacji, że mieliśmy trzech kandydatów na prezydenta Krakowa z jednego roku: mnie, Andrzeja Kuliga i Jerzego Muzyka. Stąd znam to środowisko od podszewki. Więc jeśli ktoś startował z list Kuliga, czyli z komitetu „postmajchrowskiego”, a później został przewodniczącym komitetu referendalnego, to gdzie jest ta obywatelskość Hoffman jest narzędziem w rękach Gibały? Za dużo by pan chciał wiedzieć. Pytam o Pana opinię. Oczywiście, że jest. Tu się kreuje nowy układ, nowe rozdanie. I my jesteśmy przeciwko temu, ponieważ uważamy, że Gibała nie nadaje się na fotel prezydenta. Byłby gorszym prezydentem niż Miszalski? Na pewno nie byłby lepszym. Myśmy się przyzwyczaili, że wybieramy mniejsze zło, a tak naprawdę nie tak powinno to wyglądać. Jak pan wie, zdobyłem w wyborach na prezydenta Krakowa 1 procent głosów. I pierwsze pytanie, które usłyszałem przed drugą turą, brzmiało, na kogo chcę oddać moje głosy. Tymczasem z czystym sumieniem nie mogłem przekazać głosów komukolwiek, ponieważ ani Miszalski, ani Gibała nie nadają się na prezydenta. Jestem przedsiębiorcą. Jeżeli inny przedsiębiorca kładzie firmę, zadłużając ją na 250 milionów [Gibała – dop. autor], to o czym my rozmawiamy? Przecież Kraków to jedno wielkie przedsiębiorstwo. Firma, która ma 10 miliardów złotych budżetu. Tu potrzeba menedżera, nie polityka. A jakiego menedżera ma Miszalski w swojej ekipie? Przypadkowego doktora Mazura? Przypadkowego postemerytowanego burmistrza Niepołomic Kracika? Przypadkowego Sęka? Czy może importowaną z Sopotu panią Klaman? Jeśli to jest zestaw „menedżerów”, to nie dziwmy się, że tak wygląda zarządzanie miastem. Kraków powinien być najbogatszym miastem w Polsce, a jest najbardziej zadłużonym. Oczywiście, spora w tym „zasługa” prezydenta Majchrowskiego, u którego – 42 lata temu – zdawałem egzamin na prawie. Zawsze krytykowałem jego podejście do zarządzania miastem, ale nie mogę odmówić mu jednego: był wybitnym dyplomatą. Jednemu panu potrafił dać marchewkę, drugiemu pietruszkę, a trzeciemu czekoladę. To jest wielka umiejętność. Ale przez to dziś mamy to, co mamy. Referendum to oddolna inicjatywa mieszkańców czy polityczna hucpa? Oddolna inicjatywa mieszkańców, która została przejęta przez polityków i ustawiana przez Łukasza Gibałę, który przygotowywał się do tego przez wiele miesięcy. Zresztą nie tylko ja zostałem pominięty przez komitet organizacyjny. Podobnie postąpiono choćby z Piotrem Bartoszem z Ruchu Narodowego. Przypomnę słynną już manifestację przeciwko SCT z 10 stycznia, która się odbyła przy ul. Centralnej i której byłem spoiwem. Osobiście ją prowadziłem i zaprosiłem do wzięcia udziału wiele środowisk, także politycznych. Nie było tam ani Łukasza Gibały, ani przedstawicieli komitetu referendalnego. Do dziś nie ma ich jasnej deklaracji w sprawie SCT. No ale wszyscy ludzie związani z Gibałą stoją w rozkroku, a dołem płynie rzeka. Oni robią wszystko, by przypadkiem nikogo nie urazić, a nie na tym to polega. Oczywiście trzeba rozmawiać ze wszystkimi, ale należy też podejmować decyzje. Pan rozmawia ze wszystkimi? Oczywiście. W listopadzie byłem u pana prezydenta Miszalskiego i zacząłem od przeprosin za to, że używałem zbyt mocnych słów na wiecach. Ale wiece wiecami, a później była już merytoryczna rozmowa, z której… prezydent nie wyciągnął żadnych wniosków. A jakie powinien? Choćby na temat polityki Łukasza Franka. Tymczasem on stwierdził, że to najlepszy dyrektor. Więc jeśli ktoś zaczyna z takiego pułapu, to trudno dojść do porozumienia. Nie mówiąc już o tych wszystkich kolesiach, którym dał pracę, bo mieli z nim zdjęcie. Prezydent sam się ustawił w pozycji rozdającego karty, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu. Majchrowski rozdawał karty wszystkim, a Miszalski wyłącznie ludziom z jego obozu politycznego. Adam Hareńczyk i Mateusz Jaśko podczas styczniowego [protestu przeciwko SCT / fot. archiwum prywatne Wróćmy jeszcze do styczniowego wiecu. Nie miał Pan problemu z tym, by stanąć obok kryminalisty i oddać mu mikrofon? Mówi pan o Jaśce? Tak. Nie podoba mi się pana podejście i nazywanie go kryminalistą. Po pierwsze, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto jest bez grzechu. Po drugie, ja bym go nie nazwał kryminalistą, bo dla mnie – jako prawnika z wykształcenia – jest to osoba skazana. I jeżeli nie traci praw publicznych, to wyrok nie dyskwalifikuje, jeśli chodzi o działalność społeczną.  ZOBACZ TAKŻE: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj Wie pan, nie każdy jest Jabłonowskim, nie każdy jest Braunem i nie każdy jest Jaśką. Broń Boże ich nie porównuję, a chodzi mi wyłącznie o to, by pokazać, jak odbieram współpracę z panem Jaśko. Myśmy współpracowali już dużo wcześniej, choćby przy projektach związanych z ulicami: Krupniczą, Rajską, Starowiślną… I bez względu na barwy polityczne dążymy do jednego: chcemy odwołać najgorszego prezydenta i najgorszą radę miasta, jaką Kraków pamięta. I co dalej? To oczywiście pierwszy etap. Drugi także już mamy przygotowany. Na czym on polega? Na przygotowaniu ludzi, którzy zastąpią obecną, niekompetentną ekipę. Już tydzień temu nagrałem swoje stanowisko w tej sprawie. Uważam, że powinniśmy mieć apolitycznego prezydenta, który nigdy nie był w żadnej partii politycznej, oraz kompetentnych wiceprezydentów. Czyli Pana jako prezydenta? Ostatnio startowałem za namową środowisk wolnościowych, a nasz komitet zebrał 20 tysięcy złotych na kampanię. Pan Komarewicz wydał 400 tysięcy złotych i dostał 3 procent głosów. O innych nie wspomnę. Ja już więcej na takich „wariackich papierach” startował nie będę. Nie ukrywam natomiast, że padła propozycja, żebym startował…. Może inaczej. Kluczowe jest stanowisko PiS-u. Ta partia ma do wyboru dwa warianty: polityczny, w którym taki kandydat nie ma szans, oraz obywatelski, jak było to z Karolem Nawrockim. I tu – cały na biało – wchodzi Pan? Dostałem pytanie, czy gdyby mnie poparli, to wystartowałbym. Powiedziałem, że jeśli mnie poprą oba środowiska – czyli PiS i Korona – to mogę być kandydatem obywatelskim, niezwiązanym z żadną partią , przy czym chcę nadmienić ze ja nic nie muszę ja tylko mogę . Uważam, że wtedy jest szansa, by przejść do drugiej tury, a wtedy wszystko się może zdarzyć. Wówczas pan Gibała dostałby propozycję bycia wiceprezydentem. W czym jest Pan lepszy od Gibały, który – przypomnę – obecnie jest bezpartyjny. Chodzi o historię. Pan Gibała był posłem, należał do jednej partii, potem do drugiej, przesiąknął tym środowiskiem, z którego już nigdy się nie wychodzi. Zobaczył jak to jest w partiach, nie spodobało mu się, więc został bezpartyjny. I został wiecznym kandydatem. Trzykrotnie przegrał wybory i spalił referendum w sprawie odwołania Majchrowskiego. Spalił, bo nie zebrał wymaganej liczby ważnych podpisów? Ja wielokrotnie zbierałem podpisy i wiem, że jeśli ktoś jest rzetelny, to tego nie pali. Gibała nie jest rzetelny? Proszę pana, ja nie będę palił żadnych mostów. Jeżeli trzeba będzie zawrzeć taktyczny sojusz, by w wyborach wygrał kandydat obywatelski, to nie będę dziś negował pana Gibały. Jest wpis na Facebooku, w którym Gibała osobiście zarzeka się, że nie zależy mu na byciu wiceprezydentem. Ponoć dostał nawet taką propozycję od Majchrowskiego i jej nie przyjął. źródło: FB No to pana tutaj zaskoczę, bo w moich rozmowach z panem Gibałą, face to face, on nie wykluczył takiego rozwiązania . Myśli Pan, że to realny scenariusz? W ogóle jeśli chodzi o samo referendum, to tych scenariuszy jest kilka. Jest wiele niewiadomych. Może być choćby tak, że uda się odwołać prezydenta, ale nie uda się odwołać rady miasta. O, i wtedy życzyłbym pan Gibałe, by został prezydentem (uśmiech). Choć oczywiście chciałbym, by udało się odwołać i prezydenta, i radę. Wtedy liczę na to, że zdobędziemy mandaty w nowej radzie miasta. Podobnie zresztą jak i Konfederacja. Wówczas – czy to razem, czy osobno – będziemy mogli blokować niekorzystne decyzje rady. Natomiast, jeśli chodzi o kwestię prezydencką, tutaj forsujemy obywatelskiego kandydata z szerokim poparciem kilku środowisk. Bo tylko w przypadku niepartyjnego prezydenta będzie można ruszyć tę całą mafię, czy – mówiąc delikatniej – pajęczynę układów i powiązań. *** * Adam Hareńczyk – jeden z liderów akcji referendalnej w sprawie odwołania prezydenta Krakowa i rady miasta. Były kandydat na prezydenta Krakowa. Szef stowarzyszenia Małopolski Bunt – droga do Wolności. ZOBACZ TAKŻE: Kłamstwa i manipulacje Berkowicza i Gibały. Najpierw sensacja, potem kompromitacja

Więcej…

Kto stoi za akcją referendalną i ile naprawdę kosztuje? [WYWIAD]

Kto stoi za akcją referendalną i ile naprawdę kosztuje? [WYWIAD]

12 marca 2026 | 10:04

Skąd biorą się pieniądze na akcję referendalną? Kto i za co płaci? Dlaczego niektórzy zbieracze podpisów dostawali wynagrodzenie, a inni nie? I czy referendum to cyniczna, egoistyczna gra, zgodnie z zasadą: po nas choćby potop? Pytamy o to Jana Hoffmana, lidera komitetu organizacyjnego. – Nie dostaliśmy pieniędzy od Łukasza Gibały ani od żadnego znanego mi członka jego stowarzyszenia – zapewnia Jan Hoffman w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. Na Zachodzie działa to tak, że to obywatele pytają władzę o wydatki. Na Wschodzie to władza pyta obywateli. Ja preferuję system zachodni *** Kanał Krakowski: Zgadza się Pan, że zarówno referendum, jak wybory to święto demokracji? Jan Hoffman: Tak. Podpisy pod listą referendalną złożyliście 16 dni przed ustawowym terminem. A to oznacza, że w razie odwołania prezydenta pierwsza tura wyborów odbędzie się w wakacje. Czy to nie jest cynizm, by pozbawić części krakowian, którzy będą na urlopach, możliwości wzięcia udziału w wyborach? Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że wybory nie rozstrzygną się w pierwszej turze. A druga powinna odbyć się już we wrześniu. Co nie zmienia faktu, że swoją decyzją pozbawiacie wielu krakowian możliwości głosowania na swoich kandydatów w pierwszej turze. Przyjęliśmy założenie, że jeśli referendum odbędzie się w czerwcu, to tego święta demokracji, jakim są wybory, może po prostu nie być, bo zabraknie frekwencji, by referendum było ważne. Chcielibyśmy, żeby dwie tury były we wrześniu, ale tak zrobić się nie da. Czyli jest to cyniczna gra nastawiona wyłącznie na to, by odwołać Aleksandra Miszalskiego, a „po nas choćby potop”. Nie. Jest to gra, żeby uratować Kraków. ZOBACZ TAKŻE: Po nas choćby potop! Polityczny cynizm, skrajny egoizm i brak odpowiedzialności Jednocześnie pozbawiając tysięcy krakowian możliwości głosowania. Jeżeli pan uważa, że należy zmienić ustawę o referendum lokalnym w ten sposób, żeby w takich przypadkach wybory nie odbywały się w wakacje, jestem za. Na dziś sądzę jednak, że nie ma idealnych terminów. W obecnym stanie prawnym od formalnego rozpoczęcia akcji referendalnej do wyborów upływa około ośmiu miesięcy. Gdybyście jednak złożyli podpisy później, komisarz wyborczy miałby wybór: mógłby ogłosić referendum tuż przed wakacjami, a wtedy ewentualne wybory byłyby już po wakacjach. Wasza decyzja nie daje pola manewru. Gdybyśmy zwlekali, wówczas referendum mogłoby się odbyć 14 czerwca, a według nas to już termin niemal wakacyjny. Będę się więc upierał, że nie byłoby święta demokracji w postaci przyspieszonych wyborów, gdyby nie referendum jeszcze w maju. Jan Hoffman podczas składania podpisów / fot. Kanał Krakowski Skąd macie pieniądze na akcję referendalną? W tym zakresie wydaje mi się, że jesteśmy do bólu transparentni. Niczego nie ukrywamy. Akcje komitetu referendalnego nie generują wielkich kosztów. Jeżeli zaś chodzi o nakłady, które poniosły partie polityczne, to nie mam pojęcia, jak to wygląda. Do publicznej wiadomości na pewno była podana informacja, że akcję referendalną wsparło stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców, które partią polityczną nie jest. Łukasz Gibała mówił publicznie, że płacił swoim wolontariuszom za zbieranie podpisów. Natomiast nasi wolontariusze nie otrzymywali wynagrodzenia. Kto w takim razie płacił za reklamy: ulotki, słupy, billboardy, gazetki… Myśmy nie robili kampanii na słupach. To była inicjatywa Krakowa dla Mieszkańców i oni to finansowali. Myśmy, czyli ja i Piotr Kubiczek, wyrazili tylko zgodę na użyczenie twarzy na plakaty. Swoją drogą uważam, że z punktu widzenia skuteczności i estetyki można było te plakaty opatrzyć ładniejszą twarzą niż moja. Pozostali krakowianie na tym plakacie są wygenerowani przez sztuczną inteligencję? Nic na ten temat nie wiem. Zapewniam natomiast, że ja nie jestem wygenerowany przez AI. Ile pieniędzy dostaliście od Łukasza Gibały? Ani złotówki. Stowarzyszenie zaoferowało nam pomoc, to oni przeprowadzili kampanię na słupach, ale ja faktur nie widziałem. Nie wiem, kto płacił, czy płacił, ile płacił i jakie mieli umowy. Myślę, że mam na ten temat taką samą wiedzę jak pan. To stowarzyszenie powinno ewentualnie wskazać, jakie koszty poniosło z tytułu akcji referendalnej. A jakim budżetem do tej pory posługiwał się komitet organizacyjny? W sumie mieliśmy kilkanaście tysięcy złotych wpłat na nasze konto, z czego zdecydowana większość to wpłaty od naszych członków. Kilkanaście to znaczy jedenaście czy dziewiętnaście? Ja wiem o kilkunastu tysiącach, a przynajmniej taką kwotę ostatnio mi pokazywano. Natomiast ta kwota też się zmienia, bo ludzie wpłacają po 100, 200 złotych… Jacy ludzie? Mieszkańcy. Listy z podpisami pod listą referendalną / fot. Kanał Krakowski Na pierwszej konferencji prasowej mówił Pan, że na pierwsze działania zrzucali się członkowie komitetu. Wtedy jeszcze komitet formalnie nie istniał, więc to była de facto taka wewnętrzna zbiórka. Natomiast po zarejestrowaniu komitetu założyliśmy rachunek bankowy i tam robiliśmy wpłaty. Ktoś wpłacił kilkaset złotych, ktoś 2 tysiące. To były tego typu kwoty. Czy w imię transparentności, o której tak chętnie i często mówicie, podacie do wiadomości publicznej kto i ile z członków komitetu wpłacił? Myślę, że nie będzie z tym problemu. Tym bardziej że te kwoty nie są duże. To znaczy prezydent Miszalski mówił, że 6 tysięcy to niedużo w skali roku. A ja zapewniam, że to były mniejsze wpłaty. Nie mam wiedzy o żadnej wpłacie, która przekraczałaby 4 tysiące złotych. Spośród członków komitetu jedna osoba wpłaciła najwięcej 2 lub 3 tysiące złotych. Czyli nie dostaliście pieniędzy od Łukasza Gibały? Nie. Ani od niego, ani od żadnego znanego mi członka jego stowarzyszenia. A jak Pan skomentuje fakt, że Gibała – oczywiście tylko szacunkowo, bo tych danych nigdzie nie opublikował – mógł wydać na tę akcję miliony złotych? Mówię o opłacanych zbieraczach podpisów, plakatach, słupach, gazetach… Myślę, że kwoty, o których mówi – nazwijmy to – druga strona, są bardzo mocno zawyżone. Ale oczywiście mogę się mylić. ZOBACZ TAKŻE: Gibała finansuje akcję przeciwko Miszalskiemu, czyli jak radny kupuje sobie Kraków Trudno uwierzyć, że cała ta akcja kosztowała zaledwie kilka tysięcy. Przeciętny mieszkaniec Krakowa idzie ulicą i widzi słupy oklejone plakatami z referendum, wchodzi do fryzjera, a tam leży gazetka Gibały, wchodzi do piekarni, a tam leży komiks Gibały, otwiera internet, a tam kolejna rolka Gibały… … a potem wraca do domu, otwiera skrzynkę i widzi gazetkę Miszalskiego, na którą ten wydał 2,4 miliona złotych z budżetu miasta.  Słup / fot. Kanał Krakowski Różnica jest taka, że ten przeciętny mieszkaniec wie, ile i kto wydał na gazetkę urzędu miasta, bo zawsze może zobaczyć publicznie dostępne dokumenty. Natomiast takiej transparentności nie ma w przypadku akcji referendalnej. Uważam, że większym problemem jest wydawanie pieniędzy publicznych niż prywatnych. Prezydent dysponuje dziewięciomiliardowym budżetem, więc to praktycznie nieograniczone środki. Wydał 100 tysięcy na stronę Kraków w dobrym kierunku, a mój informatyk mówi, że zrobiłby taką stronę za 5 tysięcy. Jak więc możemy mówić o racjonalnym wydawaniu środków? Ale nie rozmawiamy o racjonalności tylko o transparentności. W przypadku pieniędzy wydawanych z budżetu miasta każda złotówka jest udokumentowana, bez względu na to, czy jest wydawana racjonalnie, czy nie. Natomiast w przypadku akcji referendalnej wydatki nie zostały podane do wiadomości publicznej. Różnica polega na tym, że jeśli Kowalski kupuje sobie samochód, to nie ma obowiązku podawania jego ceny. Natomiast jeśli prezydent kupuje sobie auto służbowe, to już musi podać, ile ono kosztowało. Na Zachodzie działa to tak, że to obywatele pytają władzę o wydatki. Na Wschodzie to władza pyta obywateli. Ja preferuję system zachodni. Nadal ucieka Pan od sedna pytania. Jako mieszkaniec Krakowa chciałbym wiedzieć, kto i ile płaci za całą tę akcję referendalną. Skoro komitet organizacyjny wydał kilkanaście tysięcy złotych, a w przestrzeni miejskiej widzę, że kampania mogła kosztować grubo ponad milion, to chyba mogę się zastanawiać, skąd są te pieniądze. My za nasze akcje płaciliśmy samodzielnie. Natomiast to nie my robiliśmy kampanię na słupach, dlatego o wydatki na nią trzeba pytać Kraków dla Mieszkańców. Podobnie ze zbieraniem podpisów. Stowarzyszenie płaciło swoim wolontariuszom, myśmy nie płacili. I nikt nas dziś nie pyta, dlaczego nie płaciliśmy, a przecież za każdą pracę powinno się należeć wynagrodzenie. To ja sam siebie zapytam i sam sobie odpowiem: nie płaciliśmy, bo – jako komitet organizacyjny – nie mieliśmy takich środków. Konkretne pytanie: kto stoi za referendum? 130 tysięcy mieszkańców. I mam na to dowód na piśmie, bo wszyscy oni złożyli swoje podpisy. ZOBACZ TAKŻE: Skazany bandyta "ratuje" Kraków. Nie ma pomysłu, ale ma wyrok i kamerę

Więcej…

Polityk PiS kpi z Miszalskiego: "Może wreszcie zrozumiał jedno..." [WYWIAD]

Polityk PiS kpi z Miszalskiego: "Może wreszcie zrozumiał jedno..." [WYWIAD]

26 lutego 2026 | 09:16

– Patrząc na to, jak Miszalski wycofuje się rakiem ze swoich postulatów i jak zmienia zdanie z tygodnia na tydzień, jestem skłonny uwierzyć, że jeśli uzbieramy 100 tysięcy podpisów, to rzeczywiście poda się do dymisji – śmieje się Michał Drewnicki, krakowski radny PiS. – Prezydent nie zrozumiał przyczyn swojej porażki. No, może zrozumiał jedno i za to chcę go pochwalić: od pewnego czasu nie pojawił się już żaden głupi filmik z jego udziałem, które do tej pory tak chętnie kręcił – mówi polityk w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. Drewnicki jest wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów PiS na prezydenta Krakowa. – Najpierw musiałbym się skonsultować z żoną. Miszalski najprawdopodobniej z nikim się nie konsultował i po dwóch latach mieszkańcy chcą go odwołać – twierdzi wiceprzewodniczący rady miasta. *** Kanał Krakowski: Ile podpisów zebrał Pan do tej pory pod listą referendalną? Michał Drewnicki: W tych akcjach, w których brałem udział, było to około 400. Wkrótce dostarczę do biura kolejne 100, które na razie mam jeszcze w domu. Część z nich należy do mojej rodziny i znajomych. Zaskoczyła Pana skala tego przedsięwzięcia? Byłem bardzo zaskoczony, bo myślałem, że poparcie referendum będzie mniejsze. Tymczasem wystarczyło stanąć na chodniku pośrodku skrzyżowania lub na placu targowym i ludzie sami podchodzili i się podpisywali. Nie trzeba było ich do tego namawiać, przekonywać ani tłumaczyć, o co chodzi. Zaskakiwały mnie też sytuacje, gdy ktoś zatrzymywał samochód tylko po to, by się podpisać. Michał Drewnicki (po prawej) podczas zbierania podpisów / fot. archiwum prywatne Co jeszcze Pana zaskoczyło? To, że nie było żadnych bluzgów w naszą stronę. Jak się zbiera podpisy na listach partyjnych przed wyborami, to często słyszymy obelgi i wyzwiska. Na porządku dziennym są teksty w stylu: „ty złodzieju” albo „ty oszuście”. Tutaj – poza jednym incydentem, gdy zostałem zaatakowany przez pewnego mężczyznę – właściwie tego nie było. Z czego prezydent Miszalski musiałby się jeszcze wycofać, żeby nie poparł Pan organizacji referendum? Musiałby zrezygnować z mandatu prezydenta. I, patrząc po tym, jak wycofuje się rakiem ze swoich postulatów, jak zmienia zdanie z tygodnia na tydzień, jestem skłonny uwierzyć, że jak uzbieramy 100 tysięcy podpisów, to – w duchu wielkiej korekty, którą sam zapoczątkował – rzeczywiście poda się do dymisji. (śmiech) Jak pierwszy raz zobaczyłem, że prezydent dokonuje wielkiej korekty, to nie uwierzyłem, że to jest na serio. Rozumiem, że można się wycofać z pewnych rzeczy, ale trzeba to robić w jakiś wiarygodny sposób. Natomiast tutaj Miszalski dał jasny, czytelny sygnał, że zrobi wszystko, żeby utrzymać władzę. Czyli nie chodzi o żaden program, o idee, przemyślenia, badania czy racjonalne argumenty, tylko chodzi wyłącznie o dalsze rządzenie. Jego wiarygodność jest zerowa. Trochę to przypomina działania Komorowskiego z tym referendum po przegranej pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2015 roku. Albo, by nie szukać tak daleko, działania Trzaskowskiego w ostatniej kampanii wyborczej, gdy co chwilę zmieniał zdanie. W jednym tygodniu mówił, że trzeba zdelegalizować Konfederację i Marsz Niepodległości, a – gdy sondaże leciały w dół – to w kolejnym tygodniu deklarował, że sam weźmie udział w tym marszu, a Konfederacja to jest w sumie fajna i można z nimi rozmawiać. No to, jeżeli na potrzeby tej rozmowy nazwiemy prezydenta Miszalskiego diabłem, to wcielę się teraz w rolę adwokata tegoż diabła i rzucę taką tezę, że wycofuje się on z pewnych decyzji, bo słucha głosu mieszkańców. W czasie, gdy nie było referendum, prezydent w ogóle nie brał tego głosu pod uwagę. I nagle, gdy sparaliżował go strach, że rzeczywiście może zostać odwołany, zaczął się wycofywać ze swoich decyzji. To tylko pokazuje, że naprawdę boi się o stołek. Chyba nikt normalny nie uwierzy, że nagle prezydent przemyślał temat, zaufał innym głosom. To ma ewidentny związek z referendum! I ja się obawiam, że – jakby się to referendum nie udało – znowu wróci do tej starej polityki niesłuchania nikogo. Dzisiaj sprawy zaszły tak daleko, że jedyną opcją jest odwołanie Miszalskiego. Przecież nawet jego oponenci przyznają, że jest prezydentem dialogu. Że wyszedł z gabinetu, otworzył się na mieszkańców. Z jednej strony rzeczywiście tak jest, bo konfrontuje się z mieszkańcami choćby na Ławkach Dialogu. Za to należy mu się szacunek. Z drugiej zaś strony zamknął się kompletnie na innych radnych, czyli przedstawicieli mieszkańców z innych klubów niż Koalicja i Lewica. Majchrowski był, jaki był, ale takiego lekceważenia głosu radnych opozycyjnych w Krakowie nigdy nie było! Przez to, że Miszalski tak bardzo się zradykalizował, pozbawił wpływu na miasto pewną grupę mieszkańców, którzy nie głosują na Koalicję czy Lewicę. Po co miałby słuchać radnych opozycyjnych, skoro – zamiast konstruktywnej krytyki – najczęściej słyszy od nich hejt, chamstwo i pogardę? Kompletnie się z tym nie zgodzę. My, jako opozycja, naprawdę daliśmy Miszalskiemu spory kredyt zaufania i dość długo go nie atakowaliśmy. W wakacje zeszłego roku, niedługo po zaprzysiężeniu, było spotkanie prezydenta z naszym klubem radnych i wtedy obiecał nam współpracę. Mówił, że chce rozmawiać, a partyjniactwo go nie interesuje. Wzięliśmy to za dobrą monetę. Natomiast później, gdy zaczęliśmy zgłaszać swoje pomysły, projekty i zadania, nagle wszystkie były odrzucane, atakowane, a nawet wyśmiewane. Dziś Miszalski robi wszystko, by utrzymać władzę, stąd podejmuje różne działania według tego, co mu się bardziej opłaca. Wycofywanie się okrakiem z kolejnych rzeczy nie jest efektem przemyśleń czy wyciągania wniosków, ale cyniczną próbą utrzymania się na stanowisku. Prezydent nie zrozumiał więc przyczyn swojej porażki. No, może zrozumiał jedno i za to chcę go pochwalić: od pewnego czasu nie pojawił się już żaden głupi filmik z jego udziałem, które do tej pory tak chętnie kręcił. Michał Drewnicki (na pierwszym planie) podczas konferencji prasowej / fot. archiwum prywatne Wierzy Pan, że w referendum weźmie udział 160 tysięcy krakowian i będzie ono ważne? Wierzę, ale przed nami bardzo dużo pracy. Gdyby to było takie łatwe, to w Polsce wszystkie referenda by się udawały. Tymczasem historia pokazuje, że nie udało się odwołać choćby Gronkiewicz-Waltz w Warszawie w 2013 roku… …nie udało się też odwołać Karnowskiego w Sopocie. Z naszego podwórka i to z ostatnich dni, nie udało się zebrać wymaganej liczby podpisów pod referendum za odwołaniem burmistrza Bochni czy rady miasta w Andrychowie. Dlaczego w Krakowie miałoby się udać? Bo Kraków, a właściwie Miszalski jest wyjątkowy! Nie spodziewałem się, że swoją postawą zmobilizuje tyle ludzi. De facto już dziś, a mija dopiero trzeci tydzień zbiórki, mamy wymaganą liczbę podpisów. W miastach, które pan wymienił, nie zebrano podpisów przez ustawowe dwa miesiące. Natomiast, by odwołać Miszalskiego, potrzeba jeszcze sporej frekwencji podczas głosowania. W zeszłym roku było referendum w Zabrzu, po którym odwołano panią prezydent związaną z Platformą. Udało się to jednak „na styk”. Finalnie do głosowania poszło zaledwie 41,5% osób, które deklarowały w sondażach, że wezmą udział w referendum. Dwa miesiące temu w Krakowie także przeprowadzono sondaż, z którego wynikało, że do referendum pójdzie ponad 60% mieszkańców. Zachowując więc proporcje z Zabrza, można przypuszczać, że realnie frekwencja wyniesie około 27%. Czyli będzie na granicy tego, by referendum było ważne. Dlatego nie można zasypiać gruszek w popiele i trzeba aktywnie działać przez następne tygodnie. Czyli, jako radny, może Pan spać spokojnie, bo aby odwołać radę miasta frekwencja musi być jeszcze wyższa. Uczciwie mówiąc, nie podejrzewam, by się udało odwołać radę miasta. Czyli cel jest jeden: odwołać prezydenta. Największym wyzwaniem będzie frekwencja, bo zakładam, że wymagana liczba podpisów zostanie złożona ze sporym zapasem i referendum się odbędzie. Nastąpi to na przełomie maja i czerwca, a więc mamy jeszcze trochę czasu. W polityce lokalnej wszystko może się zdarzyć. Czasem czyjeś poparcie może przechylić szalę na jedną lub drugą stronę. Czasem jedno zdanie lub słowo może odwrócić sytuację. Michał Drewnicki podczas sesji rady miasta. W tle: Aleksander Miszalski, Maria Klaman i Stanisław Mazur / fot. archiwum prywatne Jeśli Miszalski zostanie odwołany, zostanie Pan kandydatem PiS na prezydenta? Nie mam na ten temat żadnych informacji ani decyzji. A chciałby Pan? Nie wiem. Gdyby Pan dostał taką propozycję? Musiałbym się skonsultować z żoną. (długi śmiech) Mówi Pan jak Jacek Majchrowski. On także przed każdymi wyborami twierdził, że najpierw musi porozmawiać z żoną. I widzi pan, on był prezydentem Krakowa blisko 22 lata. A Miszalski najprawdopodobniej z nikim się nie konsultował i po dwóch latach mieszkańcy chcą go odwołać. (śmiech) ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Lider krakowskiego PSL-u: "Miszalski sam dolewa oliwy do ognia" [WYWIAD]

Lider krakowskiego PSL-u: "Miszalski sam dolewa oliwy do ognia" [WYWIAD]

16 lutego 2026 | 08:51

– Czy postawiłbym roczną pensję na to, że prezydent Miszalski dotrwa do końca kadencji? Tydzień temu tak. Dziś? Niewielu by się odważyło – nie owija w bawełnę Piotr Kempf i mówi wprost o kryzysie w krakowskim magistracie. W rozmowie z Łukaszem Mordarskim, lider krakowskiego PSL-u mówi o nerwowych ruchach w urzędzie miasta oraz wskazuje, która decyzja może kosztować Aleksandra Miszalskiego utratę miejsca w fotelu prezydenta. Mam nadzieję, że prezydent zacznie samodzielnie podejmować decyzje, bez wsparcia tych spin-doctorów, którzy są wokół niego. Życie toczy się zupełnie gdzie indziej niż Facebook czy TikTok *** Kanał Krakowski: Podpisał się już Pan pod listą referendalną? Piotr Kempf: Nie, nie podpisałem się, ale znam wiele osób, które to zrobiły, mimo że w wyborach prezydenckich głosowały na Aleksandra Miszalskiego. Te osoby to aktywni działacze PSL-u? Nie tyle działacze PSL-u, co po prostu mieszkańcy Krakowa, którzy nie są zadowoleni z tego jak mijają ostatnie tygodnie w Krakowie. Piotr Kempf / fot. archiwum prywatne Czym byli zdziwieni najbardziej? Z jednej strony takim bardzo twardym graniem Strefą Czystego Transportu, z drugiej zaś – odwołaniem dyrektora Łukasza Franka. Zasłanianie się tym, że SCT jest dobre dla krakowian, bo nie płacą, więc powinni być za, nie jest do końca prawdą. Krakowianie też źle się czują z tym, że dyskryminujemy naszych sąsiadów z gmin ościennych. Ten sam samochód może być dobry, albo zły – zależnie od tego gdzie zameldowany jest właściciel. To hipokryzja i dlatego opłaty od samego początku nie były dobrym pomysłem. Powtarzaliśmy to jako PSL. I to jest jedna grupa zawiedzionych. Druga grupa to ci, którzy są mocno zdziwieni zwolnieniem dyrektora Franka. Tym ruchem prezydent postawił się w kontrze do swojego własnego urzędu, co jest bardzo niezrozumiałe. Myślę, że tego ruchu nie spodziewał się nikt, w szczególności urzędnicy. To spowoduje efekt mrożący dla całego magistratu. ZOBACZ TAKŻE: Wiemy, ile miasto zapłaci za organizację referendum Ale dyrektor Franek od lata budził wiele kontrowersji. To jest osoba, którą można lubić, można nie lubić, ale na pewno była symbolem urzędników, a nie polityków, którzy są w magistracie. On był bardzo daleki od polityki i starał się robić wszystko najlepiej, jak potrafił – bardzo konsekwentnie. Jego zwolnienie to typowe zasłanianie się urzędnikami i zrzucanie na nich błędów za swoje decyzje. Trzeba pamiętać, że prezydent – oprócz tego, że wyznacza kierunki i kreuje politykę miasta – jest też pracodawcą. Trudno, by pozostali pracownicy zrozumieli decyzję o zwolnieniu jednego z nich tylko dlatego, że spadają słupki poparcia. Na samym końcu to jednak prezydent i wiceprezydenci, a nie urzędnicy, podejmują decyzje. Piotr Kempf odbiera od Aleksandra Miszalskiego odznakę Honoris Gratia za zasługi dla Krakowa / fot. archiwum prywatne Nie podpisał się Pan pod listą referendalną dlatego, że ta lista do Pana nie dotarła czy omija Pan „ankieterów” szerokim łukiem? To referendum dzieje się bardzo wcześnie i w mojej ocenie, nie jest to czas, by odwoływać prezydenta Miszalskiego. W naszym mieście nie wydarzyło się nic na tyle groźnego, by odwoływać jego włodarza. Ale oczywiście mieszkańcy sami mają prawo, aby to ocenić i zdecydować, czy podpisać się pod listą referendalną. Mówi to Pan jako obywatel czy lider krakowskiego PSL-u? Mówię to i jako obywatel, i jako lider PSL-u. Zresztą od samego początku mówiliśmy, że ta decyzja jest indywidualną decyzją każdego mieszkańca. Jeżeli ktoś twierdzi, że półtorej roku rządów było tak złe, że teraz jest moment, by powiedzieć STOP, to niech się podpisze. A jak Pan ocenia prezydenturę Miszalskiego? Jeszcze do niedawna ta prezydentura mogła wydawać się w założeniach progresywną, prozieloną, prorowerową. Natomiast po ostatnim ruchu związanym z dyrektorem Frankiem, który był emanacją tego ruchu antysamochodowego, myślę, że wszyscy są pogubieni. I właśnie to może przesądzić o tym, że referendum będzie na niekorzyść prezydenta. Czy PSL, jako koalicjant KO, zorganizuje konferencję prasową i udzieli jednoznacznego poparcia Miszalskiemu? Jesteśmy znani z tego, że podejmujemy przemyślane decyzje. Myślę, że jak wielu mieszkańców, także i my przyglądamy się temu, jak rozwija się sytuacja. Przypomnę, że w pierwszej turze wyborów prezydenckich do końca wspieraliśmy prezydenta Andrzeja Kuliga, dopiero w drugiej turze wsparliśmy Aleksandra Miszalskiego  ZOBACZ TAKŻE: Urynowicz: "Referendum to potyczka Miszalskiego i Gibały" [WYWIAD] Teraz bardzo dużo zależy od samego prezydenta, jego otoczenia oraz tego, jak widzą swoją przyszłość w mieście. Od tego, jak władze Krakowa chcą się przygotować do referendum. Myślę, że liczba zebranych już teraz podpisów pokazuje, że sporo osób jest niezadowolonych z tego, co się dzieje. Prezydentowi Jackowi Majchrowskiemu przez blisko 22 lata nie udało się tak mocno skonsolidować przeciwko sobie wszystkich środowisk: od lewej do prawej strony sceny politycznej. A odpowiadając na zadane pytanie…? PSL powinno myśleć przede wszystkim o spokoju w mieście, a więc zastanowić się nad tym, co musiałaby zmienić obecna ekipa rządząca, żeby odzyskać zaufanie mieszkańców, oraz czy prezydent Miszalski jest w stanie odwrócić to, co dzieje się wokół niego. Dziś ma przeciwko sobie chyba wszystkie grupy społeczne, poza bardzo wąską grupką współpracowników związanych z Koalicją Obywatelską. Zresztą widać, jak otrzymują przekaz dnia i pompują go dalej w mediach społecznościowych. Myślę, że wielu z nich bardziej mu szkodzi niż pomaga. Niestety, na ostatniej konferencji prasowej prezydenta brakło konkretów i jasnego, spójnego przekazu. Aleksander Miszalski stanął przed dziennikarzami i mówił, że z jednej strony bierze odpowiedzialność za błędy, a z drugiej – głowę na pieniek musiał położyć dyrektor Franek. Zapowiada też zmiany w SCT, ale nie mówi, czego te zmiany będą dotyczyć, a to przecież ma ogromne znaczenie. Wojewoda Krzysztof Jan Klęczar i Piotr Kempf / fot. archiwum prywatne Czyli liderzy PSL-u, w przeciwieństwie do Lewicy, nie staną przed magistratem i nie zadeklarują: murem za Miszalskim? Nie. W mojej opinii nic by to nie wniosło. Będziemy czekać i obserwować reakcje oraz ruchy prezydenta Miszalskiego. Jeśli będzie taka potrzeba, że będzie chciał naszego większego wsparcia, to jesteśmy gotowi się z nim spotkać i rozmawiać. Zawsze jesteśmy na to otwarci. Zaskoczyła Pana tak duża liczba podpisów zebranych w ciągu pierwszych dni? Nie zaskoczyła, bo było widać, że styl prowadzenia polityki, a raczej komunikowania tej polityki – bo tu jest chyba największy problem – nie podoba się krakowianom. Prezydent Majchrowski zawsze starał się wyważać decyzje, względem oczekiwań mieszkańców. I tego brakuje prezydentowi Miszalskiemu. Jest Pan rozczarowany rządami Miszalskiego? Oczywiście nie wszystkie decyzje mi się podobają, ale bardziej jestem rozczarowany sposobem komunikacji i brakiem spójności przekazu. Podejmowane są ruchy kompletnie niezrozumiałe z punktu widzenia mieszkańca Krakowa. Na pewno nie jest jednak za późno, by naprawić błędy i zmienić styl rządzenia. Mam nadzieję, że prezydent zacznie samodzielnie podejmować decyzje, bez wsparcia tych spin-doctorów, którzy są wokół niego. Życie toczy się zupełnie gdzie indziej niż Facebook czy TikTok.  ZOBACZ TAKŻE: Franek wylatuje z ZTP! Za późno, panie prezydencie Cała ta akcja referendalna to żółta karta dla prezydenta, ale zostały jeszcze trzy lata do końca kadencji i jest to czas, w którym może pokazać, że ma swoją wizję i twardy charakter. Myślę też, że sama krakowska Platforma również powinna się cofnąć dwa kroki i w inny sposób kreować swoją politykę. Jest Pan przekonany, że Miszalskiemu zostały trzy lata? Od początku zakładaliśmy, że organizatorom uda się zebrać podpisy. Nie przewidzieliśmy jednak, że sam prezydent Miszalski pomoże wolontariuszom, podejmując takie decyzje, jak ta o odwołaniu dyrektora Franka. Przez wielu zostało to odebrane jak wsparcie inicjatywy referendalnej, bo brak zaufania pracownika do pracodawcy – a o tym już teraz musimy mówić – jest czymś, co nie powinno się nigdy zdarzyć prezydentowi. Myślę, że prezydent powinien przede wszystkim wyjaśnić to swoim pracownikom, urzędnikom. Powinien powiedzieć, o co chodziło i dlaczego akurat dyrektor Franek musiał zostać odwołany w tym momencie, skoro o błędach w SCT mówiło się od dawna. Może to wywołać efekt mrożący dla wszystkich urzędników, którzy teraz będą bali się podejmować jakiekolwiek decyzje. Współczuję im. Współczuję dyrektorom czy kierownikom, którzy teraz będą musieli się zastanawiać, czy jak podejmą decyzję, która zostanie skrytykowana w mediach społecznościowych, to prezydent zaraz ogłosi, że ich odwołuje ze stanowiska. Przyzna pan, że taka sytuacja nie pomaga w pracy. To też pokazuje, jak daleką drogę przeszliśmy od prezydentury Jacka Majchrowskiego i urzędników, którzy głęboko wierzyli w swojego szefa i czuli jego wsparcie, aż do teraz, czyli momentu, gdy urzędnicy boją się o stanowisko z powodu krytyki w mediach społecznościowych. Piotr Kempf / fot. archiwum prywatne No to konkretnie: referendum będzie wiążące? Na pewno się odbędzie. Ale nie jestem pewien, że będzie wystarczająca frekwencja, bo blisko 160 tysięcy głosów to bardzo duża liczba. To, czy uda się zmobilizować tyle ludzi, w znacznej mierze zależeć będzie od samego prezydenta: czy nadal będzie podejmował tak nerwowe decyzje, którymi zirytuje kolejnych krakowian. Mam takie wrażenie, że to prezydent Miszalski sam najwięcej dokłada do tego kotła i sprawia, że tak gorąco jeszcze w Krakowie nie było. Gdyby miał Pan postawić swoją roczną pensję, czy Miszalski dotrwa do końca kadencji, to…? (bardzo długa cisza) Ta cisza też jest wymowna. Pokazuje, w jakim momencie jesteśmy. Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć. Gdybyśmy rozmawiali tydzień temu, powiedziałbym, że na pewno dotrwa. A dziś… myślę, że niewielu postawi swoją roczną pensję, bo prezydent robi niezrozumiałe ruchy. A gdybyśmy mieli obniżyć stawkę i postawić tylko miesięczną pensję? Myślę, że przetrwa to referendum. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Urynowicz: "Referendum to potyczka Miszalskiego i Gibały" [WYWIAD]

Urynowicz: "Referendum to potyczka Miszalskiego i Gibały" [WYWIAD]

11 lutego 2026 | 07:50

Nie mieszka w Krakowie, nie chce wybierać krakowianom prezydenta, ale mówi o mieście więcej niż niejeden lokalny polityk. Były krakowski radny i były wicemarszałek Tomasz Urynowicz* bez ogródek opowiada o referendum, algorytmach, skostniałym samorządzie i o tym, dlaczego przyszłość Krakowa leży także poza jego granicami. – Dziś ten referendalny bój to potyczka dwóch stron: Aleksandra Miszalskiego i Łukasza Gibały. Ale pewnie w najbliższych wyborach pojawi się więcej niż tych dwóch kandydatów – mówi Tomasz Urynowicz w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. Jako wymarzonych kandydatów wskazuje Piotra Ćwika lub... Andrzeja Dudę. – Politykę robią dziś nie najmądrzejsi, tylko najsprawniejsi w sztuce internetowej kreacji. Rację ma nie ten, kto stoi w prawdzie, tylko ten kto ma lajki i zasięgi – uważa nasz rozmówca. *** Kanał Krakowski: W jakim mieście ma Pan prawa wyborcze? Tomasz Urynowicz: (śmiech) Mieszkam w Łuczycach, to następna miejscowość za Baranówką i nie zamierzam udawać, że mieszkam w Krakowie. Kraków to moje miasto, tutaj się urodziłem, wychowałem, ale kilka lat temu zamieszkałem w gminie Kocmyrzów Luborzyca, zapuściłem tam korzenie i uznałem, że uczciwość wymaga zakończenia przygody z byciem radnym w Krakowie. A byłem nim łącznie pięć kadencji: w radzie miasta i w radzie dzielnicy. Później wybrałem politykę regionalną, a Kraków reprezentowałem w sejmiku.  Gdyby nadal mieszkał Pan w Krakowie, podpisałby się Pan pod listą referendalną? To referendum krakowskie, a mieszkam po sąsiedzku i nie będę wybierał Wam prezydenta (śmiech). Za to uważnie przyglądam się dyskusji, bo to dla obu stron okazja, by podjąć się poważnej rozmowie o stanie miasta.   Krakowska polityka samorządowa mnie interesuje właśnie z pozycji regionalnej, działań metropolitarnych, dużych inwestycji, rozwoju nowych technologii miejskich, ochrony środowiska czy rynku pracy. Tomasz Urynowicz / fot. archiwum prywatne Metropolitalność Krakowa musi bowiem iść w parze z tym, co się dzieje w gminach ościennych, kierunki rozwoju muszą być spójne, a może nawet wspólne. Do tej pory obie strony stały do siebie plecami. Kraków żył swoimi problemami i w szybkim tempie się rozwijał. Podkrakowskie gminy myślały w zupełnie inny sposób, inaczej definiowały swoje priorytety, miały inne zasoby i możliwości. Dziś jest potrzeba wspólnych działań, dlatego trzeba upomnieć się o politykę metropolitarną Krakowa, o ustawę metropolitarną, o wiele inwestycji, które mogłyby być prowadzone wspólnie, jak choćby parkingi Park&Ride czy transport aglomeracyjny. Po prostu w interesie Krakowa jest rozwój otaczających go gmin – co bardzo wybrzmiało choćby przy okazji dyskusji o Strefie Czystego Transportu.  Za to oratorskich popisów krakowskich polityków zupełnie nie śledzę. Prowadzę zajęcia ze studentami między innymi na temat Smart City i samorządu, więc generalnie przyglądam się uważnie wszystkiemu, co dzieje się w samorządach No to choćby w tym kontekście: czy jest Pan za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego? Nie mieszkam w Krakowie. Na karcie referendalnej nie będzie można zaznaczyć takiej opcji: "nie wiem". I dlatego głosować będą mieszkańcy Krakowa. Nie dam się panu naciągnąć na gdybanie. Wiele problemów Krakowa miasto odziedziczyło i wobec niektórych może do tej pory zabrakło odpowiedzi. Chciałbym, by debata towarzysząca referendum była lustrem krakowskiego samorządu. Jestem bardzo ciekawy tej dyskusji o mieście, o tym, co można poprawić w jego funkcjonowaniu. Czy ta poprawa jest możliwa z obecnym prezydentem? To, co obserwujemy dzisiaj w Krakowie, to problem, który mają samorządy w wielu miejscach w Polsce. W związku z tym nie będzie jednej łatwej odpowiedzi na pytanie, jakie są przyczyny problemów prezydenta Miszalskiego, ani tym bardziej, kto byłby lepszym prezydentem. Z pewnością chodzi o to, żeby – jeśli już ma się coś zmienić – nie była to zmiana na gorsze. Więc debata, która się odbywa w Krakowie, musi być także debatą o tym. Jakby mnie pan zapytał, co napędza referendum poza argumentami inicjatorów, to odpowiem: siła internetu i algorytmy social mediów. Skostniały Kraków, zorientowany na jedynie słuszny przekaz z tradycyjnych mediów i z placu Wszystkich Świętych, legł w gruzach po pojawieniu się nowych, dynamicznych mediów internetowych. I nie ma co się na to obrażać. Bo to jest esencja demokracji i to jest właśnie pluralizm. A na koniec dnia to media i mieszkańcy rozliczają polityków, a nie na odwrót. Tomasz Urynowicz / fot. archiwum prywatne Może świetnym prezydentem byłby Piotr Ćwik? Piotr Ćwik, podobnie jak ja, wybrał politykę regionalną. Jest dzisiaj radnym wojewódzkim, doświadczonym samorządowcem. Jego doświadczenie jest nie do przecenienia. Czyli byłby dobrym prezydentem Krakowa? Gdyby chciał kandydować, byłby dobrym prezydentem. Ale z tego co wiem, nie chce kandydować, więc znów próbuje mnie pan zmusić, abym gdybał. Równie dobrze mogę powiedzieć, że dobrym prezydentem Krakowa byłby Andrzej Duda czy wiele innych osób tutaj mieszkających, a niebiorących udziału w bieżących krakowskich wydarzeniach politycznych. Dziś ten referendalny bój to potyczka dwóch stron: Aleksandra Miszalskiego i Łukasza Gibały. Ale pewnie w najbliższych wyborach pojawi się więcej niż tych dwóch kandydatów. Polityka jest dziś zupełnie inna. Politykę robią dziś nie najmądrzejsi, tylko najsprawniejsi w sztuce internetowej kreacji. Rację ma nie ten, kto stoi w prawdzie, tylko ten kto ma lajki i zasięgi. Pytam o Ćwika, bo jest Pan członkiem założonego przez niego stowarzyszenia Wspólnota Wartości. Jakimi wartościami były wojewoda przekonał Pana do siebie? W dzisiejszej polityce bardzo łatwo znaleźć to, co nas dzieli, bo cała polityka i w ogóle świat wokół niej, oparty jest na konflikcie i polaryzacji. Więc to, że potrafimy znaleźć wspólną płaszczyznę do działania i oprzeć ją o wspólne wartości, wspólne cele, wspólne doświadczenia, jest czymś bardzo pozytywnym. Budujemy stowarzyszenie, które ma się odróżnić od tego, co dzieje się dziś na scenie politycznej, także tej samorządowej. Chcemy budować przestrzeń dla tych, którzy chcą stanąć z boku tej bieżącej wewnętrznej wojny i skupić się na wspólnych działaniach, by robić więcej i lepiej. Od lewej: Edward Czesak, Tomasz Urynowicz, Jan Duda,  Józef Gawron i Piotr Ćwik / fot. archiwum prywatne Na teraz stowarzyszenie skupia między innymi ludzi wyrzuconych z PiS-u lub tych, którzy z tego PiS-u wystąpili, więc szukają swojego nowego miejsca na politycznej mapie Małopolski. W Polsce zmieniają się partie, zmienia się polityka, ale zaangażowane osoby pozostają, chcąc aktywnie działać, zmieniać rzeczywistość. W polityce trzeba ciągle budować mosty.  Polityczna chorągiewka, karierowicz, konformista, zdrajca barw – które określenie najlepiej do Pana pasuje? Żadne z nich. Moja droga jest mniej więcej taka, jak polska polityka od lat dziewięćdziesiątych. Wiele się zmieniało, ale ludzie pozostawali ci sami. To nie tyle moja samotna wyprawa, co całego środowiska które współtworzyłem. Wychodziłem z PO ze świadomością, że to nie jest już centrowa, chadecka partia, jeżdżąca na rekolekcje. Do takiej wstępowałem. Był tam Gowin, był Rokita, byli inni. A później, dopóki trwała koalicja Zjednoczonej Prawicy, to tam byliśmy jako Porozumienie. Kolejne zawirowanie, w jakiej pchnęła tę partie poseł Sroka (dziś polityczka PSL-u) to już był dla mnie o jeden most za daleko i opuściłem to środowisko. Muszę powiedzieć, że bez żalu. Dziś nie chcę, a nawet nie mogę należeć do partii politycznej. Partie polityczne nie są celem, są drogą. Myślenie o sobie w kategoriach polityka i działacza politycznego to nie jest obszar, w którym czuję się najlepiej. Jestem łobuzem z Nowej Huty (śmiech). Nie mam łatwego charakteru. Nie jest łatwo narzucić mi swoją wolę wbrew temu, co myślę i czuję. Ja jestem stały – to partie się zmieniają. Ma Pan kontakt z Jarosławem Gowinem? Nie mam. Czy funkcja wicemarszałka województwa małopolskiego to Pański polityczny szczyt? W jakimś sensie tak. Mam niemałą satysfakcję, wspominając tamte czasy. Czasem nawet jestem pytany, by porównać tamtą kadencję do tej obecnej. Myślę jednak, że nie da się tego porównać nie tylko ze względu na upływ czasu, ale przede wszystkim dlatego, że żyjemy w dwóch różnych rzeczywistościach. Przyszło mi być wicemarszałkiem w czasach COVID-u i rozpoczęcia wojny w Ukrainie. Samorząd musiał na te wyzwania odpowiedzieć, zwłaszcza kiedy zatrzymała się gospodarka, kiedy stanął kraj. To był naprawdę trudny okres. Nikt przecież nie doświadczał takich problemów przed nami. A kto jest lepszym marszałkiem: Witold Kozłowski czy Łukasz Smółka? Marszałek Smółka był wicemarszałkiem u Witolda Kozłowskiego, współpracowali przez wiele lat. Odwołanie do tych dynamicznych i dramatycznych czasów poprzedniego zarządu jest tu istotne, bo teraz są zupełnie inne wyzwania. Koncyliacyjność i otwartość marszałka Smółki na pewno dziś procentują i jest on ceniony przez samorządowców. Pracuje jednak w dużo spokojniejszych czasach. Marszałek Kozłowski, za poprowadzenie zarządu i spraw województwa w czasie tych nadzwyczajnych wydarzeń, w czasie COVID-u, zapracował na szacunek  i należy to bardzo wysoko ocenić. Inne obszary zawsze można nazwać dyskusyjnymi. Nie chcę więc oceniać ani porównywać, który z nich jest lepszym bądź gorszym marszałkiem. Co obecnie robi Tomasz Urynowicz? Pracuję jako sekretarz miasta Bochnia i jestem także wykładowcą na Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej, gdzie również zajmuję się między innymi samorządem. W Bochni praktycznie, na uczelni teoretycznie. I do tego prowadzę spokojne, normalne życie. Poza pracą niezmiennie pasjonuje mnie Bruce Springsteen i nadal jestem wiernym kibicem Hutnika.  Tomasz Urynowicz / fot. archiwum prywatne Tak na marginesie dyskusji o miejskiej polityce uważam, że czas na nowy stadion dla Hutnika. Czekam aż ten temat zostanie podjęty. Gdzie jest lepsza stawka godzinowa: w samorządzie czy na uczelni? Trudno to porównywać, bo na przykład gdy pan redaktor sobie smacznie śpi, to ja przygotowuję się do wykładów. ZOBACZ TAKŻE: Szokująca deklaracja. "Zagłosuję za odwołaniem Miszalskiego, ale tylko wtedy..." [WYWIAD] * Tomasz Urynowicz – przeszedł wszystkie szczeble kariery samorządowej: od rady dzielnicy, przez radę miasta, sejmik województwa małopolskiego aż do wicemarszałka województwa małopolskiego. Obecnie jest sekretarzem miasta w Bochni. Był związany z Platformą Obywatelską, Porozumieniem Jarosława Gowina oraz Prawem i Sprawiedliwością (choć nigdy nie był członkiem tej partii). Jest członkiem stowarzyszenia Wspólnota Wartości.

Więcej…

Z czego żyje radny Maślona? "Mam na koncie mniej niż tysiąc złotych" [WYWIAD]

Z czego żyje radny Maślona? "Mam na koncie mniej niż tysiąc złotych" [WYWIAD]

02 lutego 2026 | 07:24

Nie ma mieszkania, nie ma oszczędności, ma długi. A mimo to jest jednym z najbardziej niewygodnych, ale i najlepiej ubranych krakowskich radnych. Z czego żyje? Czy bierze pieniądze od Łukasza Gibały? Jak się zaczęły jego kłopoty finansowe? Dlaczego Aleksander Miszalski ma problem? W tej rozmowie padają nazwiska, kwoty i oskarżenia. Łukasz Maślona, radny z klubu Kraków dla Mieszkańców, odpowiada na pytania Łukasza Mordarskiego. I zdradza, czy w referendum zagłosuje za odwołaniem prezydenta i rady miasta. Robienie z siebie ofiary przez Koalicję Obywatelską trochę mi przypomina sytuację takiego szkolnego rzezimieszka, który biegał na przerwach i wszystkich zaczepiał. A jak w końcu ktoś się postawił i mu oddał, to pobiegł do wychowawczyni się poskarżyć, że został uderzony. *** Kanał Krakowski: Z czego Pan żyje? Łukasz Maślona: Rozumiem, że to pytanie jest pokłosiem tego, co od lat sufluje dziennikarzom na mój temat jeden z radnych Koalicji Obywatelskiej, który do tej pory nie może znieść faktu pozbawienia go przewodnictwa w jednej z ważnych komisji. Kogo konkretnie ma Pan na myśli? Myślę, że nawet bez podawania nazwiska każdy, kto się orientuje w lokalnej polityce, wie o kogo chodzi. Zauważam też dziwną koincydencję zdarzeń, że ten wątek wraca zawsze wtedy, gdy zajmuję się terenami na Klinach. W poprzedniej kadencji, właśnie w okresie walki o ochronę tamtejszych cennych przyrodniczo łąk przed zabudową, pojawiły się doniesienia do prokuratury składane przez deweloperów. Były także anonimy wysyłane do rady miasta, by przyjrzeć się mojej aktywności związanej z życiem codziennym i działalnością zarobkową. Nie dziwi mnie więc pańskie pytanie. A ja nie mam nic do ukrycia. Łukasz Maślona / fot. Łukasz Michalik Dlaczego przypuszcza Pan, że chodzi o Kliny? Bo sprawa dotyczy terenów o wartości ponad miliarda złotych. Ktoś je nabył w niejasnych okolicznościach za bezcen – w tym część wraz z wydanymi pozwoleniami na budowę – od syndyka masy upadłościowej spółki Leopard. Mieszkańcy i lokalne organizacje dążyły do unieważnienia tych pozwoleń, jednak jakimś dziwnym trafem wszystkie dokumenty spłonęły wraz z archiwum miejskim. Jak pan wie, działka z pozwoleniem na budowę kilku tysięcy mieszkań jest nieporównywalnie więcej warta, niż działka, na której stwierdza się cenne przyrodniczo siedliska i kwalifikuje się jako użytek ekologiczny. Osobiście opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem, na co nie wszyscy radni chcą się zgodzić, a już z pewnością nie godził się na to prezydent Majchrowski. Teraz ten temat wraca na agendę i pojawiają się tematy zastępcze, czyli kwestia moich zarobków czy sugestie o „lewych” dochodach. No to z czego Pan żyje? W zeszłej kadencji, gdy zostałem radnym, zawiesiłem działalność gospodarczą. Już wtedy budziło to pytania, natomiast ja chciałem być radnym na sto procent. Żyłem więc z oszczędności oraz korzystałem z wyrozumiałości żony, która wspierała nasze gospodarstwo domowe. Do tego dochodziła jeszcze dieta radnego. Teraz powoli wracam do aktywności zawodowej. Dlaczego akurat teraz? Zakładałem, że inaczej potoczą się ostatnie wybory samorządowe i będziemy mieć zupełnie inne zdania oraz inny wpływ na to, co dzieje się w naszym mieście. Wygrał jednak ktoś inny, opozycja jest całkowicie marginalizowana, przez co moje starania nie przynoszą takich efektów, jak w poprzedniej kadencji. Doszedłem do wniosku, że trzeba odbudować sferę zawodową. Ma Pan 44 lata, jest Pan specjalistą do spraw marketingu. Z Pańskich oświadczeń majątkowych wynika, że nie ma Pan domu, mieszkania, żadnych nieruchomości ani oszczędności w gotówce. Przez wiele lat pracowałem w finansach. Prowadziłem też działalność gospodarczą, jednak – nie chcąc narażać rodziny na ryzyko z tym związane – zrobiliśmy z żoną rozdzielność majątkową. Konsekwencją tego jest choćby to, że nie mam na siebie żadnych nieruchomości. Gdzie Pan mieszka? Szczęśliwie, zanim zostałem radnym, spłaciliśmy z żoną cały kredyt hipoteczny zaciągnięty jeszcze w czasie studiów. W związku z tym nie mieszkam pod mostem, jak niektórzy sugerują. Mam dach nad głową. Czyli mieszka Pan w mieszkaniu żony? W mieszkaniu, które należy do mojej rodziny. Ile pieniędzy ma Pan w tym momencie na koncie? Nie więcej niż tysiąc złotych w środkach bieżących. Łukasz Maślona / fot. archiwum prywatne Dieta radnego to niewiele ponad 4 tysiące złotych miesięcznie. Da się za to wyżyć w Krakowie? Oczywiście, że nie. Dlatego jestem wdzięczny mojej rodzinie, że mnie wspiera. A żona dobrze zarabia? Żona nie jest osobą publiczną, więc proszę zwolnić mnie z odpowiedzi na to pytanie. Myślę, że nasza rodzina żyje na normalnym poziomie. Ile dzieci macie na utrzymaniu? Jedno. W kuluarach mówi się o Pańskich problemach finansowych. Skąd one się wzięły? Z prowadzenia działalności gospodarczej. Było to jeszcze w 2017 roku, zanim zostałem radnym. W sposób niewłaściwy zawiesiłem moją działalność i z tego tytułu pojawiły się zobowiązania, na przykład względem ZUS. Spłacam je i mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wyprostować tę sytuację. To ile ma Pan długów na dzisiaj? Mam zobowiązania z tytułu działalności gospodarczej i jest to około 20 tysięcy złotych. Ponoć miał Pan też problem ze spłatą jakiegoś kredytu. Miałem problem, gdyż nieroztropnie i w dobrej wierze poręczyłem komuś kredyt. Dopiero po fakcie dowiedziałem się, że ten kredyt przeszedł na mnie i musiałem spłacać cudzy dług. A że doszły do tego jeszcze kłopoty zdrowotne to wszystko spowodowało, że straciłem płynność finansową Spłacił Pan już ten kredyt? Praktycznie tak. Zostało mi już niewiele zobowiązań z tego tytułu. A ile prawdy jest w plotce, że bierze Pan pieniądze „do ręki”? Brakuje w tym pytaniu drugiej części tej plotki, czyli że biorę pieniądze do ręki od Łukasza Gibały. Bo tak też próbuje się mnie dyskredytować. Nie chciałem tego mówić, bo to już chyba „procesowe”. Ale wspomniał pan o tym kiedyś w innej naszej rozmowie. W związku z tym mogę jasno i klarownie powiedzieć: nigdy w życiu nie wziąłem od Łukasza Gibały ani złotówki! Do ręki czy w ogóle? W ogóle. Łukasz Maślona / fot. Łukasz Michalik Pytam o to, bo z jednej strony ma Pan problemy finansowe i dość skromne oświadczenia majątkowe, z drugiej zaś – nie mieszka Pan pod mostem, nie przymiera głodem, nosi eleganckie garnitury, modne krawaty, dobre buty… Widzę, że jestem obiektem czyjegoś dużego zainteresowania. Natomiast ja nikomu nie wypominam tego, jak i za ile się ubiera. Miałem wcześniej pracę, w której garnitur i dobra prezencja były jednymi z podstawowych warunków działania. Pracowałem w bankowości, w finansach, często w kontakcie z klientami. W związku z tym elegancki ubiór to była podstawa. Wtedy też rzeczywiście można było powiedzieć, że żyłem powyżej średniej. A jak zawiesiłem tę aktywność, to przecież nie wyrzuciłem ubrań, nie oddałem do Caritasu, tylko korzystam z nich do tej pory. Z jednej strony powinno mnie cieszyć, że jestem obiektem zainteresowań ze strony radnych. Z drugiej jednak wolałbym, by moi koledzy z rady wykazywali większe zainteresowanie sprawami miasta niż tym, w co się kto ubiera. To, żeby trochę rozluźnić atmosferę, kto – według Pana – jest najlepiej ubranym radnym? Michał Starobrat i Łukasz Gibała. A spoza Pańskiego klubu? W PiS dobrze ubiera się Michał Drewnicki. W KO – Grzegorz Stawowy. Nie można też zapominać, że w tej kadencji jest wiele kobiet w radzie, więc one na pewno bardziej zwracają uwagę na ten aspekt. Natomiast to chyba źle świadczy o radnych, że rozmawiamy o nich w kontekście ich ubioru. Wolałbym rozmawiać merytorycznie. Jak więc Pan ocenia poziom tej rady? Nie będę tak radykalny w osądzie, jak radna Szczepańska, która w rozmowie z panem stwierdziła, że jej obecni koledzy są dużo słabsi niż ci z poprzedniej kadencji. [Rozmowa z Alicją Szczepańską dostępna jest tutaj: Agresja, krzyk i brak szacunku. "Ludzie boją się zabierać głos’"] Faktem jest jednak, że obecnie w radzie jest wiele nowych i młodych osób, bez doświadczeń samorządowych, które wcześniej nie zasiadły nawet w radzie dzielnicy. Naturalną rzeczą jest więc, że przynajmniej rok czy dwa muszą się wdrożyć w skomplikowane procedury. Pewne zagadnienia wymagają niezbędnego doświadczenia i wiedzy merytorycznej. W kontekście tych słów, dlaczego nie chcecie – jako opozycja – dać tego czasu prezydentowi i już po półtora roku organizujecie referendum w sprawie jego odwołania? Jeśli dojdzie do referendum, to wypadnie ono w połowie kadencji. To jest trochę tożsame z tym, co mówiliśmy w kampanii. Wówczas kandydat na prezydenta Łukasz Gibała zapowiadał, że on jest za tym, żeby zorganizować przynajmniej jedno referendum w trakcie kadencji, by zadać mieszkańcom pytania o ważne kwestie i o to, jak oceniają władze Krakowa. Nie wierzę, że prezydent Gibała organizowałby referendum, by mieszkańcy wypowiedzieli się, czy chcą go odwołać. Przecież to absurd. Bardziej chodziło o to, by dowiedzieć się, jaka jest opinia mieszkańców na temat władz miasta i kierunków jego rozwoju. Łukasz Gibała byłby dziś najlepszym prezydentem Krakowa? Na pewno byłby lepszym prezydentem niż Aleksander Miszalski. A jest ktoś, kto byłby lepszy od Łukasza Gibały? W jakim sensie? Gdyby mógł Pan autorytarnie wskazać prezydenta Krakowa, to kto by nim był? Obecnie nie widzę takiej osoby, która poświęciła tyle uwagi i energii dla tego miasta i jego mieszkańców, co Łukasz Gibała. On daje gwarancje, że jak zostanie prezydentem, to rzeczywiście będzie realizował program, ale będzie też słuchał krakowian. Prezydent Miszalski składał bardzo wiele obietnic. Niektóre z nich były mi też bliskie. Ale teraz pozoruje jakieś działania i zasadniczo nie widzimy większej zmiany. Jego największą bolączką jest to, że stał się zakładnikiem swojej partii politycznej i całych szeregów działaczy. Rażący nepotyzm przy obsadzaniu stanowisk bije po oczach. Łukasz Gibała, gdyby został prezydentem, nie zatrudniałby ludzi, z którymi teraz współpracuje? To byłoby aż dziwne. Nie odbieram prezydentowi możliwości zatrudniania ludzi, których jest pewny. Natomiast mówimy tu o najbliższych współpracownikach i to powinna być grupa kilku, może kilkunastu osób. Tymczasem teraz epidemia kolesiostwa to już ponad 70 przypadków zatrudnienia po znajomości lub po linii partyjnej, nie tylko w urzędzie miasta, ale także w innych instytucjach. I gdyby te nominacje chociaż broniły się merytorycznie, to nie byłoby problemu. Zamiast awansować osoby, które sumiennie pracują w samorządzie, to niestety często widać brak kompetencji i to, że jedynym warunkiem zatrudnienia na dane stanowisko była znajomość z prezydentem. Łukasz Maślona i Łukasz Gibała / fot. archiwum prywatne Podpisał się już Pan pod listą referendalną? Jeszcze nikt do mnie z nią nie dotarł, ale na pewno się podpiszę. Uważam, że władza nie powinna się bać oceny ze strony mieszkańców. Jak ktoś jest aktywny, spotyka się z mieszkańcami, angażuje się w rozwiązywanie ich problemów i jest uczciwy to nie ma się czego obawiać. Jeśli dojdzie do referendum, to zagłosuje Pan za odwołaniem prezydenta i rady miasta? Jak dojdziemy do etapu, że podpisy zostaną zebrane, to wówczas podejmę decyzję. Dzisiaj jakby Pan zagłosował? Za odwołaniem prezydenta Miszalskiego. A co z radą miasta? Nie lubię być sędzią we własnej sprawie. Nie wziąłbym udziału w tym głosowaniu. Niech mieszkańcy sami ocenią tę radę. Jeżeli rada miasta zostanie odwołana, to straci Pan jedyne źródło dochodu. Nie przeraża to Pana? Nie. Po kilkunastu latach aktywności zawodowej podjąłem decyzję, że zostaję radnym i zrobiłem to na sto procent. Nigdy nie czułem się przyspawany do żadnego stołka ani do funkcji radnego. Jeśli więc mieszkańcy zdecydują, by odwołać radę, i w kolejnych wyborach na mnie nie zagłosują, to uszanuję ich decyzję. I z czego będzie Pan żył? Wrócę do swojej aktywności zawodowej. Czyli co Pan będzie konkretnie robił? Przez 12 lat pracowałem w finansach. Nawet kilka dni temu spotkałem mojego kolegę z byłej pracy i powiedział mi, że w miejscu, w którym pracowałem, biurko nadal na mnie czeka. Więc jeśli wrócę do działalności w finansach, to zapewne nie będzie problemu z tym, żeby znaleźć zatrudnienie w sektorze bankowym, doradztwie inwestycyjnym czy też marketingu, co robiłem wcześniej. Łukasz Maślona / fot. archiwum prywatne Czy Pańskim zdaniem uda się przeprowadzić referendum i spowodować, by jego wynik był wiążący? Plotki o tym, że ma być referendum, słyszałem już latem zeszłego roku. Wtedy byłem zdecydowanym zwolennikiem stwierdzenia, że nie ma szans zebrać takiej liczby podpisów. Te pół roku spowodowało jednak, że nagromadziła się tak duża liczba spraw, które mogą irytować krakowian, że teraz szansę na zebranie podpisów oceniam na pewno powyżej 50 procent.  Natomiast drugim wyzwaniem będzie frekwencja w samym głosowaniu. Najbliższe miesiące przesądzą, czy mieszkańcy wezmą w nim udział. Nie jestem pewien, czy narracja, w którą weszła teraz Platforma, bardziej im pomaga czy szkodzi. Robienie z siebie ofiary trochę mi przypomina sytuację takiego szkolnego rzezimieszka, który biegał na przerwach i wszystkich zaczepiał. A jak w końcu ktoś się postawił i mu oddał, to pobiegł do wychowawczyni się poskarżyć, że został uderzony. Mam wrażenie, że Koalicja straciła kontakt z rzeczywistością. A jeśli wyborcy uznają, że rządzący przekroczyli granicę śmieszności, odzyskanie ich zaufania i zmiana tego wizerunku będą niezwykle trudne. Paradoksalnie więc, to od samej Koalicji zależeć będzie, czy ludzie zostaną w domach czy pójdą głosować. Jeśli nadal władze Krakowa nie będą słuchać i patrzeć na nikogo innego, tylko na swoich partyjnych kolegów, to daleko na tym nie zajadą. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Szokująca deklaracja. "Zagłosuję za odwołaniem Miszalskiego, ale tylko wtedy..." [WYWIAD]

Szokująca deklaracja. "Zagłosuję za odwołaniem Miszalskiego, ale tylko wtedy..." [WYWIAD]

29 stycznia 2026 | 08:17

– Największym sukcesem Aleksandra Miszalskiego jest to, że zjednoczył przeciwko sobie... wszystkich – mówi nam Michał Ciechowski, krakowski radny PiS oraz dyrektor kancelarii sejmiku województwa małopolskiego. Dodaje, że dziś zagłosowałby za odwołaniem prezydenta Krakowa, ale pod jednym warunkiem.  W rozmowie z Łukaszem Mordarskim radny Ciechowski ujawnia kulisy chaosu w PiS, mówi o upolitycznieniu referendum i ostrzega: „najgorsze, co można zrobić, to odwołać prezydenta bez planu na to, co potem". Polityk ujawnia także, że Łukasz Kmita zgodził się na start w wyborach na prezydenta Krakowa, bo... obiecano mu stołek. *** Kanał Krakowski: Podpisze się Pan na liście za organizacją referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa? Michał Ciechowski: Tak. Decyzją władz centralnych Prawa i Sprawiedliwości partia wspiera ideę referendum, więc nie widzę powodów, by się nie podpisać pod wnioskiem o jego organizację. Ostatecznie jednak to mieszkańcy zdecydują, czy to referendum się odbędzie. Pan członkiem PiS już nie jest. Jestem zawieszony w PiS, natomiast jestem w klubie tej partii w radzie miasta. Skoro władze centralne poparły organizację referendum, to nie widzę powodów, by się nie podporządkować. Mam jednak wątpliwości, czy decyzja partii nie powinna zostać podjęta już po zebraniu podpisów. Michał Ciechowski / fot. Łukasz Michalik Nawet w samej partii nie ma zgodności co do słuszność organizacji referendum. Po której stronie Pan stoi? Też mam wątpliwości, czy partie polityczne już na tym etapie powinny się angażować w akcję referendalną. Nie chciałbym, by cała ta inicjatywa została mocno upolityczniona, bo to może wypaczyć samą ideę i spowodować, że nie uda się zebrać podpisów.  Przecież oczywiste jest, że to akcja polityczna. Na pewno są w to zaangażowane ruchy polityczne. I to nie tylko skrajna prawica, ale słyszałem nawet o niektórych działaczach Polskiego Stronnictwa Ludowego, a nawet Koalicji Obywatelskiej. Nazwiska? Nie podam nazwisk, ale jestem szczerze zaskoczony, że prezydent Miszalski spowodował, że inicjator referendum – były członek Unii Wolności – ma dziś taki sam cel, jak Konfederacja czy Ruch Narodowy. Jeśli dorzucimy do tego niektórych sympatyków PSL i KO, to można powiedzieć, że Miszalski osiągnął olbrzymi sukces w zjednywaniu ludzi przeciwko sobie.  Może po prostu jest fatalnym prezydentem? Nie podpisałbym się pod tym stwierdzeniem. Myślę, że negatywna opinia o nim wynika z fatalnej komunikacji z mieszkańcami czy radą miasta. Jest to widoczne na każdym kroku i powoduje, że prezydent nie potrafi wytłumaczyć trudnych decyzji, które przecież musi podejmować. To dość dziwny zarzut, biorąc pod uwagę fakt, że – w porównaniu do swojego poprzednika – Miszalski wyszedł z gabinetu, spotyka się z mieszkańcami, organizuje Ławki Dialogu, stawia na konsultacje… Oczywiście, że ta zmiana jest pozytywna i dostrzegalna. Mnie jednak chodzi o coś innego. Mianowicie o fatalną komunikację powodów swoich decyzji oraz ignorowanie głosów mieszkańców. Weźmy taką Strefę Czystego Transportu. Nie dość, że głosy przeciwników SCT nie zostały wzięte pod uwagę, to jeszcze zawiodła sama komunikacja związana z wprowadzanymi zmianami.  Bo samych krakowian SCT raczej nie dotyczy. I tak i nie. Przecież wielu mieszkańców Krakowa ma rodziny czy znajomych, którzy mieszkają w gminach ościennych, a ich już SCT dotyka bezpośrednio. Poza tym sama kampania informacyjna była prowadzona dopiero w grudniu, na kilkanaście dni przed wprowadzeniem nowych przepisów. To wszystko odbywało się bardzo późno i wprowadzało zamieszanie. Takich przykładów fatalnej komunikacji mógłbym podać więcej. Michał Ciechowski / fot. archiwum prywatne Jeżeli dojdzie do referendum, zagłosuje Pan za odwołaniem Miszalskiego? Najpierw muszą być zebrane podpisy. Wtedy zobaczymy, jaką decyzję podejmą władze partii. Pytam Pana. Trudno mówić, jak zagłosuję w momencie, gdy nie wiadomo, czy referendum w ogóle się odbędzie. A gdyby odbyło się dziś? Dziś zagłosowałbym za odwołaniem, ale tylko wtedy, gdybyśmy – jako PiS – przedstawili naszego kandydata w wyborach na prezydenta. Na razie takiego kandydata nie ma. A odwołanie prezydenta dla samego odwołania jest problemem. Skoro uważamy, że obecny prezydent jest zły, to powinniśmy przedstawić nasz pomysł na miasto. Jestem zdania, że skoro wczoraj PiS poparł akcję referendalną, to już dziś powinien ogłosić swojego kandydata na prezydenta i przedstawić swój program. A z tego, co wiem, to nie są nawet prowadzone rozmowy w tych sprawach. Moim zdaniem nie ma nic gorszego, niż szukanie kandydata na ostatnią chwilę. Tak się stało choćby w ostatnich wyborach. Łukasz Kmita zgodził się kandydować tylko dlatego, że w zamian obiecano mu stanowisko marszałka województwa.  Kto, według Pana, byłby najlepszym kandydatem PiS? Ktoś, kto mieszka w Krakowie, zna Kraków i jest z Krakowem związany. Poseł Kmita urodził się w Olkuszu, działa w okręgu olkuskim… A przecież mamy choćby radnych: Michała Drewnickiego czy Macieja Michałowskiego, którzy znają nasze miasto, interesują się jego sprawami. Drewnicki jest nawet pierwszym „fajterem” jeśli chodzi o odwołanie Miszalskiego. To prawda, ale jest też osobą, która mogłaby powalczyć o urząd prezydenta. Ma spore doświadczenie, jest wiceprzewodniczącym rady miasta już kolejną kadencję, uzyskał znakomity wynik w wyborach, jest rozpoznawalny… I to jest realny kandydat! A nie – jak w przypadku posła Kmity – którego wynik oscylował w okolicy wyniku partii, a momentami był nawet gorszy. Jeśli to Terlecki, Nowak i Kmita będą wybierać kandydata, to na pewno nie będzie nim Drewnicki. I wtedy być może znowu PiS wystawi kandydata, który i tak przegra, ale w zamian, że się zgodził, będzie miał obiecane jakieś inne stanowisko. Choć mam nadzieję, że partia tym razem nie popełni już tego błędu. ZOBACZ TAKŻE: Polityk skrajnej prawicy potwierdza, że przeciwnicy SCT są wykorzystywani politycznie Zdziwił się Pan, że organizatorzy referendum chcą odwoływać nie tylko prezydenta, ale i radę miasta? W ogóle nie byłem zdziwiony. Docierały do mnie takie informacje już wcześniej, że był to warunek Konfederacji i Ruchu Narodowego Z politycznego punktu widzenia, to właśnie Konfederacja i Ruch Narodowy najwięcej na tym zyskuje, bo dziś nie ma żadnych mandatów w radzie. Jaki jest Pański status w partii? W PiS-ie jestem od 2006 roku. Słyszałem, że został Pan wyrzucony. Pan twierdzi, że jest zawieszony. Zarząd okręgowy zdecydował o wykluczeniu mnie z PiS, ale formalnie do dziś nie dostałem tej decyzji: ani listownie, ani mailem, ani nawet przez SMS. To jest dziwna sytuacja. Mam jednak wielu przyjaciół w zarządzie i gdy poinformowali mnie o tej decyzji, to od razu się od niej odwołałem. I to odwołalnie jest rozpatrywane przy Nowogrodzkiej. Procedura więc trwa. Czyli formalnie jest Pan…? Zawieszony. Zanim zarząd okręgowy mnie wykluczył, to wcześniej zostałem zawieszony przez prezesa PiS w związku z wydarzeniami w sejmiku województwa małopolskiego. Z prawnego punktu widzenia ta decyzja jest ważniejsza niż decyzja zarządu okręgowego.  Niezły bałagan. Jak PiS chce zarządzać miastem, skoro nie potrafi ogarnąć nawet własnej partii? O kwestie zarządzania proszę pytać szefa zarządu okręgowego. Jeżeli od sierpnia nie potrafi skutecznie dostarczyć uchwały o wykluczeniu członka partii, a chciał być marszałkiem województwa, no to mamy pewien problem. Czuje Pan dziką satysfakcję, że Kmita nie został marszałkiem? Nie. Uważam tylko, że wybór na marszałka Łukasza Smółki był najlepszym, jaki mógł się trafić Małopolsce i Małopolanom.  Musi Pan tak mówić, skoro jest Pan dyrektorem jego kancelarii. Oczywiście, można podnieś taki zarzut, ale proszę zapytać nawet radnych opozycji, jak im się współpracuje z marszałkiem Smółką. Ci, z którymi rozmawiałem, bardzo go chwalą.  No właśnie. Pan marszałek jest osobą bardzo koncyliacyjną, potrafi rozmawiać, nie jątrzy, nie atakuje. Znakomicie sprawdza się w swojej roli. Ma bardzo dobre relacje z ludźmi, pokazuje, że potrafi współpracować z każdym: czy to z wojewodą czy z prezydentem Krakowa czy z opozycją, a to przynosi dobre rezultaty. Może lepszym marszałkiem byłby Piotr Ćwik? Piotr Ćwik, ale także i Józef Gawron oraz profesor Jan Tadeusz Duda, na pewno przyczynili się do tego, że sejmik jest w rękach Prawa i Sprawiedliwości. Gdyby nie przerwanie przez nich tej farsy w postaci pięciokrotnych wyborów Posła Kmity na marszałka, to mogłoby się to bardzo źle dla nas skończyć. Opozycja dwukrotnie była bliska przejęcia województwa i tylko wewnętrza kłótna w ich szeregach oraz postawa wspomnianych panów Ćwika, Gawrona i Dudy, spowodowały, że to PiS ma większość w sejmiku. Michał Ciechowski i Piotr Ćwik / fot. archiwum prywatne Ale teraz Ćwik nie jest już członkiem PiS, a stał się liderem stowarzyszenia Wspólnota Wartości. Także i Pan zapisał się do tego stowarzyszenia. Są w nim również pan Gawron, profesor Duda, marszałek Witold Kozłowski, trzech starostów z województwa małopolskiego i wielu radnych z różnych gmin… OK, ale chciałem zapytać, jaki wartościami przyciągnął Pana Ćwik? Dla niego priorytetem jest szukanie pozytywów, a nie negatywów. Nie szuka wrogów, ale spraw, które łączą zamiast dzielić. Nie wywołuje konfliktów. Poza tym jest bardzo doświadczonym samorządowcem. Był radnym w swojej gminie, był wojewodą, jest radnym wojewódzkim, pracował w kancelarii prezydenta RP… A wcześniej był katechetą. Czyli taki Nikodem Dyzma polskiej polityki. Takich polityków znajdziemy w każdej partii. On przynajmniej pracował jako nauczyciel, a są tacy, którzy nigdy nic nie robili, tylko od razu poszli do polityki. Gdyby Pan złowił złota rybkę, która spełni Pana jedno polityczne marzenie, to co by to było? Hmm… zawsze byłem związany z samorządem i nigdy nie uważałem się za lidera. Lepiej się czuję jako osoba, która wykonuje zadania, co wielokrotnie udowadniałem pracując w biurach poselskich, w ministerstwie czy teraz, w urzędzie marszałkowskim. Nigdy nie miałem predyspozycji przywódcy. Nie marzę więc o konkretnym stanowisku. W ogóle chyba nie mam marzeń związanych z polityką.  ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Strona 1 z 3

  • 1
  • 2
  • 3

Social Media

Reklama - sidebar

Na fali

  • Majchrowski: „Gibała chce wejść do gabinetu prezydenta tylnymi drzwiami” [WYWIAD]

    W nurcie rozmowy

    Majchrowski: „Gibała chce wejść do...

    Informacja
    30 kwietnia 2026 | 08:09
  • Znamy najnowsze badania. Gibała zastąpi Miszalskiego w fotelu prezydenta

    Fala faktów

    Znamy najnowsze badania. Gibała...

    Informacja
    21 kwietnia 2026 | 13:25
  • Miał rozliczać innych, sam usłyszał wyrok! Członek grupy referendalnej skazany

    Fala faktów

    Miał rozliczać innych, sam usłyszał...

    Informacja
    13 maja 2026 | 11:01

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.