Logo Kanał Krakowski
  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale

Obserwuj nas na:

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Reklama - duża
  1. Strona główna

W nurcie rozmowy

Z czego żyje radny Maślona? "Mam na koncie mniej niż tysiąc złotych" [WYWIAD]

Z czego żyje radny Maślona? "Mam na koncie mniej niż tysiąc złotych" [WYWIAD]

02 lutego 2026 | 07:24

Nie ma mieszkania, nie ma oszczędności, ma długi. A mimo to jest jednym z najbardziej niewygodnych, ale i najlepiej ubranych krakowskich radnych. Z czego żyje? Czy bierze pieniądze od Łukasza Gibały? Jak się zaczęły jego kłopoty finansowe? Dlaczego Aleksander Miszalski ma problem? W tej rozmowie padają nazwiska, kwoty i oskarżenia. Łukasz Maślona, radny z klubu Kraków dla Mieszkańców, odpowiada na pytania Łukasza Mordarskiego. I zdradza, czy w referendum zagłosuje za odwołaniem prezydenta i rady miasta. Robienie z siebie ofiary przez Koalicję Obywatelską trochę mi przypomina sytuację takiego szkolnego rzezimieszka, który biegał na przerwach i wszystkich zaczepiał. A jak w końcu ktoś się postawił i mu oddał, to pobiegł do wychowawczyni się poskarżyć, że został uderzony. *** Kanał Krakowski: Z czego Pan żyje? Łukasz Maślona: Rozumiem, że to pytanie jest pokłosiem tego, co od lat sufluje dziennikarzom na mój temat jeden z radnych Koalicji Obywatelskiej, który do tej pory nie może znieść faktu pozbawienia go przewodnictwa w jednej z ważnych komisji. Kogo konkretnie ma Pan na myśli? Myślę, że nawet bez podawania nazwiska każdy, kto się orientuje w lokalnej polityce, wie o kogo chodzi. Zauważam też dziwną koincydencję zdarzeń, że ten wątek wraca zawsze wtedy, gdy zajmuję się terenami na Klinach. W poprzedniej kadencji, właśnie w okresie walki o ochronę tamtejszych cennych przyrodniczo łąk przed zabudową, pojawiły się doniesienia do prokuratury składane przez deweloperów. Były także anonimy wysyłane do rady miasta, by przyjrzeć się mojej aktywności związanej z życiem codziennym i działalnością zarobkową. Nie dziwi mnie więc pańskie pytanie. A ja nie mam nic do ukrycia. Łukasz Maślona / fot. Łukasz Michalik Dlaczego przypuszcza Pan, że chodzi o Kliny? Bo sprawa dotyczy terenów o wartości ponad miliarda złotych. Ktoś je nabył w niejasnych okolicznościach za bezcen – w tym część wraz z wydanymi pozwoleniami na budowę – od syndyka masy upadłościowej spółki Leopard. Mieszkańcy i lokalne organizacje dążyły do unieważnienia tych pozwoleń, jednak jakimś dziwnym trafem wszystkie dokumenty spłonęły wraz z archiwum miejskim. Jak pan wie, działka z pozwoleniem na budowę kilku tysięcy mieszkań jest nieporównywalnie więcej warta, niż działka, na której stwierdza się cenne przyrodniczo siedliska i kwalifikuje się jako użytek ekologiczny. Osobiście opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem, na co nie wszyscy radni chcą się zgodzić, a już z pewnością nie godził się na to prezydent Majchrowski. Teraz ten temat wraca na agendę i pojawiają się tematy zastępcze, czyli kwestia moich zarobków czy sugestie o „lewych” dochodach. No to z czego Pan żyje? W zeszłej kadencji, gdy zostałem radnym, zawiesiłem działalność gospodarczą. Już wtedy budziło to pytania, natomiast ja chciałem być radnym na sto procent. Żyłem więc z oszczędności oraz korzystałem z wyrozumiałości żony, która wspierała nasze gospodarstwo domowe. Do tego dochodziła jeszcze dieta radnego. Teraz powoli wracam do aktywności zawodowej. Dlaczego akurat teraz? Zakładałem, że inaczej potoczą się ostatnie wybory samorządowe i będziemy mieć zupełnie inne zdania oraz inny wpływ na to, co dzieje się w naszym mieście. Wygrał jednak ktoś inny, opozycja jest całkowicie marginalizowana, przez co moje starania nie przynoszą takich efektów, jak w poprzedniej kadencji. Doszedłem do wniosku, że trzeba odbudować sferę zawodową. Ma Pan 44 lata, jest Pan specjalistą do spraw marketingu. Z Pańskich oświadczeń majątkowych wynika, że nie ma Pan domu, mieszkania, żadnych nieruchomości ani oszczędności w gotówce. Przez wiele lat pracowałem w finansach. Prowadziłem też działalność gospodarczą, jednak – nie chcąc narażać rodziny na ryzyko z tym związane – zrobiliśmy z żoną rozdzielność majątkową. Konsekwencją tego jest choćby to, że nie mam na siebie żadnych nieruchomości. Gdzie Pan mieszka? Szczęśliwie, zanim zostałem radnym, spłaciliśmy z żoną cały kredyt hipoteczny zaciągnięty jeszcze w czasie studiów. W związku z tym nie mieszkam pod mostem, jak niektórzy sugerują. Mam dach nad głową. Czyli mieszka Pan w mieszkaniu żony? W mieszkaniu, które należy do mojej rodziny. Ile pieniędzy ma Pan w tym momencie na koncie? Nie więcej niż tysiąc złotych w środkach bieżących. Łukasz Maślona / fot. archiwum prywatne Dieta radnego to niewiele ponad 4 tysiące złotych miesięcznie. Da się za to wyżyć w Krakowie? Oczywiście, że nie. Dlatego jestem wdzięczny mojej rodzinie, że mnie wspiera. A żona dobrze zarabia? Żona nie jest osobą publiczną, więc proszę zwolnić mnie z odpowiedzi na to pytanie. Myślę, że nasza rodzina żyje na normalnym poziomie. Ile dzieci macie na utrzymaniu? Jedno. W kuluarach mówi się o Pańskich problemach finansowych. Skąd one się wzięły? Z prowadzenia działalności gospodarczej. Było to jeszcze w 2017 roku, zanim zostałem radnym. W sposób niewłaściwy zawiesiłem moją działalność i z tego tytułu pojawiły się zobowiązania, na przykład względem ZUS. Spłacam je i mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wyprostować tę sytuację. To ile ma Pan długów na dzisiaj? Mam zobowiązania z tytułu działalności gospodarczej i jest to około 20 tysięcy złotych. Ponoć miał Pan też problem ze spłatą jakiegoś kredytu. Miałem problem, gdyż nieroztropnie i w dobrej wierze poręczyłem komuś kredyt. Dopiero po fakcie dowiedziałem się, że ten kredyt przeszedł na mnie i musiałem spłacać cudzy dług. A że doszły do tego jeszcze kłopoty zdrowotne to wszystko spowodowało, że straciłem płynność finansową Spłacił Pan już ten kredyt? Praktycznie tak. Zostało mi już niewiele zobowiązań z tego tytułu. A ile prawdy jest w plotce, że bierze Pan pieniądze „do ręki”? Brakuje w tym pytaniu drugiej części tej plotki, czyli że biorę pieniądze do ręki od Łukasza Gibały. Bo tak też próbuje się mnie dyskredytować. Nie chciałem tego mówić, bo to już chyba „procesowe”. Ale wspomniał pan o tym kiedyś w innej naszej rozmowie. W związku z tym mogę jasno i klarownie powiedzieć: nigdy w życiu nie wziąłem od Łukasza Gibały ani złotówki! Do ręki czy w ogóle? W ogóle. Łukasz Maślona / fot. Łukasz Michalik Pytam o to, bo z jednej strony ma Pan problemy finansowe i dość skromne oświadczenia majątkowe, z drugiej zaś – nie mieszka Pan pod mostem, nie przymiera głodem, nosi eleganckie garnitury, modne krawaty, dobre buty… Widzę, że jestem obiektem czyjegoś dużego zainteresowania. Natomiast ja nikomu nie wypominam tego, jak i za ile się ubiera. Miałem wcześniej pracę, w której garnitur i dobra prezencja były jednymi z podstawowych warunków działania. Pracowałem w bankowości, w finansach, często w kontakcie z klientami. W związku z tym elegancki ubiór to była podstawa. Wtedy też rzeczywiście można było powiedzieć, że żyłem powyżej średniej. A jak zawiesiłem tę aktywność, to przecież nie wyrzuciłem ubrań, nie oddałem do Caritasu, tylko korzystam z nich do tej pory. Z jednej strony powinno mnie cieszyć, że jestem obiektem zainteresowań ze strony radnych. Z drugiej jednak wolałbym, by moi koledzy z rady wykazywali większe zainteresowanie sprawami miasta niż tym, w co się kto ubiera. To, żeby trochę rozluźnić atmosferę, kto – według Pana – jest najlepiej ubranym radnym? Michał Starobrat i Łukasz Gibała. A spoza Pańskiego klubu? W PiS dobrze ubiera się Michał Drewnicki. W KO – Grzegorz Stawowy. Nie można też zapominać, że w tej kadencji jest wiele kobiet w radzie, więc one na pewno bardziej zwracają uwagę na ten aspekt. Natomiast to chyba źle świadczy o radnych, że rozmawiamy o nich w kontekście ich ubioru. Wolałbym rozmawiać merytorycznie. Jak więc Pan ocenia poziom tej rady? Nie będę tak radykalny w osądzie, jak radna Szczepańska, która w rozmowie z panem stwierdziła, że jej obecni koledzy są dużo słabsi niż ci z poprzedniej kadencji. [Rozmowa z Alicją Szczepańską dostępna jest tutaj: Agresja, krzyk i brak szacunku. "Ludzie boją się zabierać głos’"] Faktem jest jednak, że obecnie w radzie jest wiele nowych i młodych osób, bez doświadczeń samorządowych, które wcześniej nie zasiadły nawet w radzie dzielnicy. Naturalną rzeczą jest więc, że przynajmniej rok czy dwa muszą się wdrożyć w skomplikowane procedury. Pewne zagadnienia wymagają niezbędnego doświadczenia i wiedzy merytorycznej. W kontekście tych słów, dlaczego nie chcecie – jako opozycja – dać tego czasu prezydentowi i już po półtora roku organizujecie referendum w sprawie jego odwołania? Jeśli dojdzie do referendum, to wypadnie ono w połowie kadencji. To jest trochę tożsame z tym, co mówiliśmy w kampanii. Wówczas kandydat na prezydenta Łukasz Gibała zapowiadał, że on jest za tym, żeby zorganizować przynajmniej jedno referendum w trakcie kadencji, by zadać mieszkańcom pytania o ważne kwestie i o to, jak oceniają władze Krakowa. Nie wierzę, że prezydent Gibała organizowałby referendum, by mieszkańcy wypowiedzieli się, czy chcą go odwołać. Przecież to absurd. Bardziej chodziło o to, by dowiedzieć się, jaka jest opinia mieszkańców na temat władz miasta i kierunków jego rozwoju. Łukasz Gibała byłby dziś najlepszym prezydentem Krakowa? Na pewno byłby lepszym prezydentem niż Aleksander Miszalski. A jest ktoś, kto byłby lepszy od Łukasza Gibały? W jakim sensie? Gdyby mógł Pan autorytarnie wskazać prezydenta Krakowa, to kto by nim był? Obecnie nie widzę takiej osoby, która poświęciła tyle uwagi i energii dla tego miasta i jego mieszkańców, co Łukasz Gibała. On daje gwarancje, że jak zostanie prezydentem, to rzeczywiście będzie realizował program, ale będzie też słuchał krakowian. Prezydent Miszalski składał bardzo wiele obietnic. Niektóre z nich były mi też bliskie. Ale teraz pozoruje jakieś działania i zasadniczo nie widzimy większej zmiany. Jego największą bolączką jest to, że stał się zakładnikiem swojej partii politycznej i całych szeregów działaczy. Rażący nepotyzm przy obsadzaniu stanowisk bije po oczach. Łukasz Gibała, gdyby został prezydentem, nie zatrudniałby ludzi, z którymi teraz współpracuje? To byłoby aż dziwne. Nie odbieram prezydentowi możliwości zatrudniania ludzi, których jest pewny. Natomiast mówimy tu o najbliższych współpracownikach i to powinna być grupa kilku, może kilkunastu osób. Tymczasem teraz epidemia kolesiostwa to już ponad 70 przypadków zatrudnienia po znajomości lub po linii partyjnej, nie tylko w urzędzie miasta, ale także w innych instytucjach. I gdyby te nominacje chociaż broniły się merytorycznie, to nie byłoby problemu. Zamiast awansować osoby, które sumiennie pracują w samorządzie, to niestety często widać brak kompetencji i to, że jedynym warunkiem zatrudnienia na dane stanowisko była znajomość z prezydentem. Łukasz Maślona i Łukasz Gibała / fot. archiwum prywatne Podpisał się już Pan pod listą referendalną? Jeszcze nikt do mnie z nią nie dotarł, ale na pewno się podpiszę. Uważam, że władza nie powinna się bać oceny ze strony mieszkańców. Jak ktoś jest aktywny, spotyka się z mieszkańcami, angażuje się w rozwiązywanie ich problemów i jest uczciwy to nie ma się czego obawiać. Jeśli dojdzie do referendum, to zagłosuje Pan za odwołaniem prezydenta i rady miasta? Jak dojdziemy do etapu, że podpisy zostaną zebrane, to wówczas podejmę decyzję. Dzisiaj jakby Pan zagłosował? Za odwołaniem prezydenta Miszalskiego. A co z radą miasta? Nie lubię być sędzią we własnej sprawie. Nie wziąłbym udziału w tym głosowaniu. Niech mieszkańcy sami ocenią tę radę. Jeżeli rada miasta zostanie odwołana, to straci Pan jedyne źródło dochodu. Nie przeraża to Pana? Nie. Po kilkunastu latach aktywności zawodowej podjąłem decyzję, że zostaję radnym i zrobiłem to na sto procent. Nigdy nie czułem się przyspawany do żadnego stołka ani do funkcji radnego. Jeśli więc mieszkańcy zdecydują, by odwołać radę, i w kolejnych wyborach na mnie nie zagłosują, to uszanuję ich decyzję. I z czego będzie Pan żył? Wrócę do swojej aktywności zawodowej. Czyli co Pan będzie konkretnie robił? Przez 12 lat pracowałem w finansach. Nawet kilka dni temu spotkałem mojego kolegę z byłej pracy i powiedział mi, że w miejscu, w którym pracowałem, biurko nadal na mnie czeka. Więc jeśli wrócę do działalności w finansach, to zapewne nie będzie problemu z tym, żeby znaleźć zatrudnienie w sektorze bankowym, doradztwie inwestycyjnym czy też marketingu, co robiłem wcześniej. Łukasz Maślona / fot. archiwum prywatne Czy Pańskim zdaniem uda się przeprowadzić referendum i spowodować, by jego wynik był wiążący? Plotki o tym, że ma być referendum, słyszałem już latem zeszłego roku. Wtedy byłem zdecydowanym zwolennikiem stwierdzenia, że nie ma szans zebrać takiej liczby podpisów. Te pół roku spowodowało jednak, że nagromadziła się tak duża liczba spraw, które mogą irytować krakowian, że teraz szansę na zebranie podpisów oceniam na pewno powyżej 50 procent.  Natomiast drugim wyzwaniem będzie frekwencja w samym głosowaniu. Najbliższe miesiące przesądzą, czy mieszkańcy wezmą w nim udział. Nie jestem pewien, czy narracja, w którą weszła teraz Platforma, bardziej im pomaga czy szkodzi. Robienie z siebie ofiary trochę mi przypomina sytuację takiego szkolnego rzezimieszka, który biegał na przerwach i wszystkich zaczepiał. A jak w końcu ktoś się postawił i mu oddał, to pobiegł do wychowawczyni się poskarżyć, że został uderzony. Mam wrażenie, że Koalicja straciła kontakt z rzeczywistością. A jeśli wyborcy uznają, że rządzący przekroczyli granicę śmieszności, odzyskanie ich zaufania i zmiana tego wizerunku będą niezwykle trudne. Paradoksalnie więc, to od samej Koalicji zależeć będzie, czy ludzie zostaną w domach czy pójdą głosować. Jeśli nadal władze Krakowa nie będą słuchać i patrzeć na nikogo innego, tylko na swoich partyjnych kolegów, to daleko na tym nie zajadą. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Szokująca deklaracja. "Zagłosuję za odwołaniem Miszalskiego, ale tylko wtedy..." [WYWIAD]

Szokująca deklaracja. "Zagłosuję za odwołaniem Miszalskiego, ale tylko wtedy..." [WYWIAD]

29 stycznia 2026 | 08:17

– Największym sukcesem Aleksandra Miszalskiego jest to, że zjednoczył przeciwko sobie... wszystkich – mówi nam Michał Ciechowski, krakowski radny PiS oraz dyrektor kancelarii sejmiku województwa małopolskiego. Dodaje, że dziś zagłosowałby za odwołaniem prezydenta Krakowa, ale pod jednym warunkiem.  W rozmowie z Łukaszem Mordarskim radny Ciechowski ujawnia kulisy chaosu w PiS, mówi o upolitycznieniu referendum i ostrzega: „najgorsze, co można zrobić, to odwołać prezydenta bez planu na to, co potem". Polityk ujawnia także, że Łukasz Kmita zgodził się na start w wyborach na prezydenta Krakowa, bo... obiecano mu stołek. *** Kanał Krakowski: Podpisze się Pan na liście za organizacją referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa? Michał Ciechowski: Tak. Decyzją władz centralnych Prawa i Sprawiedliwości partia wspiera ideę referendum, więc nie widzę powodów, by się nie podpisać pod wnioskiem o jego organizację. Ostatecznie jednak to mieszkańcy zdecydują, czy to referendum się odbędzie. Pan członkiem PiS już nie jest. Jestem zawieszony w PiS, natomiast jestem w klubie tej partii w radzie miasta. Skoro władze centralne poparły organizację referendum, to nie widzę powodów, by się nie podporządkować. Mam jednak wątpliwości, czy decyzja partii nie powinna zostać podjęta już po zebraniu podpisów. Michał Ciechowski / fot. Łukasz Michalik Nawet w samej partii nie ma zgodności co do słuszność organizacji referendum. Po której stronie Pan stoi? Też mam wątpliwości, czy partie polityczne już na tym etapie powinny się angażować w akcję referendalną. Nie chciałbym, by cała ta inicjatywa została mocno upolityczniona, bo to może wypaczyć samą ideę i spowodować, że nie uda się zebrać podpisów.  Przecież oczywiste jest, że to akcja polityczna. Na pewno są w to zaangażowane ruchy polityczne. I to nie tylko skrajna prawica, ale słyszałem nawet o niektórych działaczach Polskiego Stronnictwa Ludowego, a nawet Koalicji Obywatelskiej. Nazwiska? Nie podam nazwisk, ale jestem szczerze zaskoczony, że prezydent Miszalski spowodował, że inicjator referendum – były członek Unii Wolności – ma dziś taki sam cel, jak Konfederacja czy Ruch Narodowy. Jeśli dorzucimy do tego niektórych sympatyków PSL i KO, to można powiedzieć, że Miszalski osiągnął olbrzymi sukces w zjednywaniu ludzi przeciwko sobie.  Może po prostu jest fatalnym prezydentem? Nie podpisałbym się pod tym stwierdzeniem. Myślę, że negatywna opinia o nim wynika z fatalnej komunikacji z mieszkańcami czy radą miasta. Jest to widoczne na każdym kroku i powoduje, że prezydent nie potrafi wytłumaczyć trudnych decyzji, które przecież musi podejmować. To dość dziwny zarzut, biorąc pod uwagę fakt, że – w porównaniu do swojego poprzednika – Miszalski wyszedł z gabinetu, spotyka się z mieszkańcami, organizuje Ławki Dialogu, stawia na konsultacje… Oczywiście, że ta zmiana jest pozytywna i dostrzegalna. Mnie jednak chodzi o coś innego. Mianowicie o fatalną komunikację powodów swoich decyzji oraz ignorowanie głosów mieszkańców. Weźmy taką Strefę Czystego Transportu. Nie dość, że głosy przeciwników SCT nie zostały wzięte pod uwagę, to jeszcze zawiodła sama komunikacja związana z wprowadzanymi zmianami.  Bo samych krakowian SCT raczej nie dotyczy. I tak i nie. Przecież wielu mieszkańców Krakowa ma rodziny czy znajomych, którzy mieszkają w gminach ościennych, a ich już SCT dotyka bezpośrednio. Poza tym sama kampania informacyjna była prowadzona dopiero w grudniu, na kilkanaście dni przed wprowadzeniem nowych przepisów. To wszystko odbywało się bardzo późno i wprowadzało zamieszanie. Takich przykładów fatalnej komunikacji mógłbym podać więcej. Michał Ciechowski / fot. archiwum prywatne Jeżeli dojdzie do referendum, zagłosuje Pan za odwołaniem Miszalskiego? Najpierw muszą być zebrane podpisy. Wtedy zobaczymy, jaką decyzję podejmą władze partii. Pytam Pana. Trudno mówić, jak zagłosuję w momencie, gdy nie wiadomo, czy referendum w ogóle się odbędzie. A gdyby odbyło się dziś? Dziś zagłosowałbym za odwołaniem, ale tylko wtedy, gdybyśmy – jako PiS – przedstawili naszego kandydata w wyborach na prezydenta. Na razie takiego kandydata nie ma. A odwołanie prezydenta dla samego odwołania jest problemem. Skoro uważamy, że obecny prezydent jest zły, to powinniśmy przedstawić nasz pomysł na miasto. Jestem zdania, że skoro wczoraj PiS poparł akcję referendalną, to już dziś powinien ogłosić swojego kandydata na prezydenta i przedstawić swój program. A z tego, co wiem, to nie są nawet prowadzone rozmowy w tych sprawach. Moim zdaniem nie ma nic gorszego, niż szukanie kandydata na ostatnią chwilę. Tak się stało choćby w ostatnich wyborach. Łukasz Kmita zgodził się kandydować tylko dlatego, że w zamian obiecano mu stanowisko marszałka województwa.  Kto, według Pana, byłby najlepszym kandydatem PiS? Ktoś, kto mieszka w Krakowie, zna Kraków i jest z Krakowem związany. Poseł Kmita urodził się w Olkuszu, działa w okręgu olkuskim… A przecież mamy choćby radnych: Michała Drewnickiego czy Macieja Michałowskiego, którzy znają nasze miasto, interesują się jego sprawami. Drewnicki jest nawet pierwszym „fajterem” jeśli chodzi o odwołanie Miszalskiego. To prawda, ale jest też osobą, która mogłaby powalczyć o urząd prezydenta. Ma spore doświadczenie, jest wiceprzewodniczącym rady miasta już kolejną kadencję, uzyskał znakomity wynik w wyborach, jest rozpoznawalny… I to jest realny kandydat! A nie – jak w przypadku posła Kmity – którego wynik oscylował w okolicy wyniku partii, a momentami był nawet gorszy. Jeśli to Terlecki, Nowak i Kmita będą wybierać kandydata, to na pewno nie będzie nim Drewnicki. I wtedy być może znowu PiS wystawi kandydata, który i tak przegra, ale w zamian, że się zgodził, będzie miał obiecane jakieś inne stanowisko. Choć mam nadzieję, że partia tym razem nie popełni już tego błędu. ZOBACZ TAKŻE: Polityk skrajnej prawicy potwierdza, że przeciwnicy SCT są wykorzystywani politycznie Zdziwił się Pan, że organizatorzy referendum chcą odwoływać nie tylko prezydenta, ale i radę miasta? W ogóle nie byłem zdziwiony. Docierały do mnie takie informacje już wcześniej, że był to warunek Konfederacji i Ruchu Narodowego Z politycznego punktu widzenia, to właśnie Konfederacja i Ruch Narodowy najwięcej na tym zyskuje, bo dziś nie ma żadnych mandatów w radzie. Jaki jest Pański status w partii? W PiS-ie jestem od 2006 roku. Słyszałem, że został Pan wyrzucony. Pan twierdzi, że jest zawieszony. Zarząd okręgowy zdecydował o wykluczeniu mnie z PiS, ale formalnie do dziś nie dostałem tej decyzji: ani listownie, ani mailem, ani nawet przez SMS. To jest dziwna sytuacja. Mam jednak wielu przyjaciół w zarządzie i gdy poinformowali mnie o tej decyzji, to od razu się od niej odwołałem. I to odwołalnie jest rozpatrywane przy Nowogrodzkiej. Procedura więc trwa. Czyli formalnie jest Pan…? Zawieszony. Zanim zarząd okręgowy mnie wykluczył, to wcześniej zostałem zawieszony przez prezesa PiS w związku z wydarzeniami w sejmiku województwa małopolskiego. Z prawnego punktu widzenia ta decyzja jest ważniejsza niż decyzja zarządu okręgowego.  Niezły bałagan. Jak PiS chce zarządzać miastem, skoro nie potrafi ogarnąć nawet własnej partii? O kwestie zarządzania proszę pytać szefa zarządu okręgowego. Jeżeli od sierpnia nie potrafi skutecznie dostarczyć uchwały o wykluczeniu członka partii, a chciał być marszałkiem województwa, no to mamy pewien problem. Czuje Pan dziką satysfakcję, że Kmita nie został marszałkiem? Nie. Uważam tylko, że wybór na marszałka Łukasza Smółki był najlepszym, jaki mógł się trafić Małopolsce i Małopolanom.  Musi Pan tak mówić, skoro jest Pan dyrektorem jego kancelarii. Oczywiście, można podnieś taki zarzut, ale proszę zapytać nawet radnych opozycji, jak im się współpracuje z marszałkiem Smółką. Ci, z którymi rozmawiałem, bardzo go chwalą.  No właśnie. Pan marszałek jest osobą bardzo koncyliacyjną, potrafi rozmawiać, nie jątrzy, nie atakuje. Znakomicie sprawdza się w swojej roli. Ma bardzo dobre relacje z ludźmi, pokazuje, że potrafi współpracować z każdym: czy to z wojewodą czy z prezydentem Krakowa czy z opozycją, a to przynosi dobre rezultaty. Może lepszym marszałkiem byłby Piotr Ćwik? Piotr Ćwik, ale także i Józef Gawron oraz profesor Jan Tadeusz Duda, na pewno przyczynili się do tego, że sejmik jest w rękach Prawa i Sprawiedliwości. Gdyby nie przerwanie przez nich tej farsy w postaci pięciokrotnych wyborów Posła Kmity na marszałka, to mogłoby się to bardzo źle dla nas skończyć. Opozycja dwukrotnie była bliska przejęcia województwa i tylko wewnętrza kłótna w ich szeregach oraz postawa wspomnianych panów Ćwika, Gawrona i Dudy, spowodowały, że to PiS ma większość w sejmiku. Michał Ciechowski i Piotr Ćwik / fot. archiwum prywatne Ale teraz Ćwik nie jest już członkiem PiS, a stał się liderem stowarzyszenia Wspólnota Wartości. Także i Pan zapisał się do tego stowarzyszenia. Są w nim również pan Gawron, profesor Duda, marszałek Witold Kozłowski, trzech starostów z województwa małopolskiego i wielu radnych z różnych gmin… OK, ale chciałem zapytać, jaki wartościami przyciągnął Pana Ćwik? Dla niego priorytetem jest szukanie pozytywów, a nie negatywów. Nie szuka wrogów, ale spraw, które łączą zamiast dzielić. Nie wywołuje konfliktów. Poza tym jest bardzo doświadczonym samorządowcem. Był radnym w swojej gminie, był wojewodą, jest radnym wojewódzkim, pracował w kancelarii prezydenta RP… A wcześniej był katechetą. Czyli taki Nikodem Dyzma polskiej polityki. Takich polityków znajdziemy w każdej partii. On przynajmniej pracował jako nauczyciel, a są tacy, którzy nigdy nic nie robili, tylko od razu poszli do polityki. Gdyby Pan złowił złota rybkę, która spełni Pana jedno polityczne marzenie, to co by to było? Hmm… zawsze byłem związany z samorządem i nigdy nie uważałem się za lidera. Lepiej się czuję jako osoba, która wykonuje zadania, co wielokrotnie udowadniałem pracując w biurach poselskich, w ministerstwie czy teraz, w urzędzie marszałkowskim. Nigdy nie miałem predyspozycji przywódcy. Nie marzę więc o konkretnym stanowisku. W ogóle chyba nie mam marzeń związanych z polityką.  ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

28 stycznia 2026 | 16:26

– Prezydent Miszalski może spać spokojnie, ale wcześniej niech weźmie środki nasenne – mówi nam Jacek Majchrowski. W rozmowie z Łukaszem Mordarski, były prezydent Krakowa twierdzi, że referendum to "polityczna ustawka". – To są ci sami ludzie, którzy od lat próbują przejąć władzę w mieście, a jak przegrywają, to nie akceptują wyników wyborów – dodaje były włodarz miasta. *** Kanał Krakowski: Czy podpisze się Pan na liście referendalnej w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego? Jacek Majchrowski: Nie. Dlaczego? Robienie referendum po półtora roku urzędowania jest bez sensu. Rozumiem, że pan Gibała od 17 lat przebiera nogami, by zostać prezydentem Krakowa. Natomiast wybory są pewnego rodzaju umową między społeczeństwem a tymi, którzy są wybierani. I ta umowa daje mandat do działania na całą kadencję. Po tym okresie można i należy rozliczać. Natomiast – biorąc pod uwagę fakt, że minęło dopiero półtora roku – tylko ci, którzy nigdy nic w życiu nie robili, mogą mówić, że to długo. Ale społeczeństwo, ustami członków komitetu referendalnego, mówi, że prezydent zrobił już tyle złego, że czas go odwołać. Wymieniają jakieś konkrety? Między innymi Strefę Czystego Transportu, kolesiostwo, zadłużanie miasta czy słabą komunikację z mieszkańcami. Wie pan, to jest takie gadanie… Jeżeli chodzi o zadłużenie, to ustawy są tak skonstruowane, że miasto nigdy nie będzie miało własnych dochodów na tyle, żeby zaspokoić wszystkie potrzeby, zwłaszcza inwestycyjne. Zawsze musi się więc kredytować i ja nie widzę w tym nic złego. Zresztą robili to wszyscy prezydenci, zaczynając od Dietla. Dziś pokazujemy, co ten Dietl zrobił dla Krakowa, a nie mówi się o tym, ile wziął kredytu. Strefa Czystego Transportu to wymóg Unii Europejskiej i ustawowy, więc musiała zostać wprowadzona. Jacek Majchrowski / fot. KPMK Piotr Wojnarowski Kolesiostwo? To bardziej kwestia zobowiązań partyjnych i to można oceniać różnie. Przyczepić można się natomiast do komunikacji, ale skoro nowy prezydent zwolnił wszystkich specjalistów i wstawił tam swoich ludzi, którzy o tej komunikacji nie mają pojęcia, to nie ma się co dziwić, że takie są efekty. Jak więc Pan ocenia obecny styl zarządzania miastem? Zawsze można znaleźć plusy i minusy, ale nie wydarzyło się nic takiego, co powinno uzasadniać referendum. Dla mnie to polityczna ustawka. Nie wierzy Pan, że to „oddolna inicjatywa”? Oddolna inicjatywa pana Gibały. Niby stoi trochę z boku i udaje, że się tylko temu przygląda, ale oczywiste jest, że przebiera nogami. Proszę też zwrócić uwagę, że za tym stoją – mniej lub bardziej wyeksponowani – zawsze ci sami ludzie. Ostatnio oglądałem taki film o prezydencie Miszalskim, nakręcony niby przez „niezależnego” reżysera. I wie pan, kto występuje w tym filmie? Gibała, Mucha, Krzywak, Borejza, Bogdanowska, Maślona, Drewnicki… To są ludzie z tego samego środowiska politycznego. To są ci sami ludzie, którzy od lat próbują przejąć władzę w mieście, a jak przegrywają, to nie akceptują wyników wyborów. Najpierw chcieli odwołać mnie, teraz to samo robią z Miszalskim. Wierzy Pan w powodzenie referendum? Nie. ZOBACZ TAKŻE: Polityk skrajnej prawicy potwierdza, że przeciwnicy SCT są wykorzystywani politycznie A uda się chociaż zebrać podpisy? Podpisy mogą zostać zebrane, szczególnie gdy włączyły się w to struktury partyjne. Poza tym Gibała ma już doświadczenie w zbieraniu podpisów, bo przecież próbował zorganizować referendum w sprawie mojego odwołania. I – jak pan pamięta – okazało się, że część tych podpisów była fałszywa. Mam nadzieję, że tym razem prokuratura nie będzie musiała wkraczać do akcji. Skoro uda się zebrać podpisy, to powodzenie referendum zależeć będzie już tylko od frekwencji. Trudno będzie przekonać 150 tysięcy ludzi, by wzięli udział w referendum w sytuacji, gdy – nie tylko moim zdaniem – nie ma uzasadnienia do jego organizacji. Aleksander Miszalski i Jacek Majchrowski / fot. KPMK Piotr Wojnarowski Jaka była Pańska reakcja, gdy Gibała chciał zorganizować referendum w sprawie Pańskiego odwołania? Pomyślałem: „szczęść Boże”. Byłem przekonany, że mu się to nie uda. A teraz powiedziałby Pan prezydentowi Miszalskiemu, by spał spokojnie? Tak, ale niech wcześniej weźmie sobie środki nasenne. ZOBACZ TAKŻE: Zbudował fundamenty nowoczesnego Krakowa. Teraz ostrzega przed przyszłością [WYWIAD]

Więcej…

Zbudował fundamenty nowoczesnego Krakowa. Teraz ostrzega przed przyszłością [WYWIAD]

Zbudował fundamenty nowoczesnego Krakowa. Teraz ostrzega przed przyszłością [WYWIAD]

27 stycznia 2026 | 06:54

– Pojawiająca się wizja referendum w sprawie odwołania prezydenta nie napawa optymizmem. Bez względu na wynik, takie polityczne zamieszanie zawsze negatywnie odbija się na funkcjonowaniu miasta. Inwestycje potrzebują stabilności – mówi nam Tadeusz Trzmiel, były wiceprezydent Krakowa i prezes Krakowskiego Holdingu Komunalnego. Człowiek, który przez lata współdecydował o tym, jak miasto jeździ, oddycha i się rozwija. W rozmowie z Kanałem Krakowskim, były zastępca Jacka Majchrowskiego mówi o przyszłości Krakowa, metrze i błędach, które miasto właśnie popełnia. *** Kanał Krakowski: Dyrektor naczelny MPK, twórca Specjalnej Strefy Ekonomiczniej w Krakowie, dyrektor w Urzędzie Wojewódzkim i Urzędzie Marszałkowskim, radny miasta. Od 2002 roku, przez 16 lat zastępca prezydenta Krakowa, prezes Zarządu KHK SA. Wiele tych stanowisk piastowanych przez lata, czym teraz zajmuje się Tadeusz Trzmiel?   Tadeusz Trzmiel: Dzisiaj jest na emeryturze. Byłem aktywny zawodowo przez sześćdziesiąt lat, głownie pełniąc służbę dla miasta. 1 maja 2024 roku, a więc w sześćdziesiątym roku, mojej działalności zawodowej przeszedłem na emeryturę. W tej chwili, oczywiście interesuję się tym co dzieje się w mieście, ale swoją aktywność skupiłem na terenie osiedla Na Kozłówce, gdzie mieszkam.  Swego czasu wraz z tamtejszą spółdzielnią mieszkaniową zrealizowałem basen przy ul. Facimiech 32, teraz wróciłem do tej współpracy. Przy partycypacji finansowej Spółdzielni Mieszkaniowej Na Kozłowce chcemy przy Publicznym Liceum Ogólnokształcącym im. św. Stanisława Kostki zrealizować budowę parkingu podziemnego na 200 miejsc wraz z halą sportową i lokalami lekcyjnymi. Udało nam się już pozyskać do tej inwestycji miasto i wprowadzić temat do budżetu. Co istotne, parking miałby być realizowany w parametrach miejsc schronienia, bo to nie jest schron, ale właśnie miejsce schronienia, to otwiera drogę do ubiegania się o finansowanie z rządowego Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej. W ramach tego programu (OLiOC) na lata 2025-2026 przewidziano blisko 5 mld złotych. Poza tym jestem zaangażowany w mniejsze inwestycje, park geograficzny i budowę miejsc parkingowych przy osiedlowej przychodni. Do tego dochodzi jeszcze aktywność będąca w pewnym sensie kontynuacją aktywności zawodowej. Kiedy byłem prezesem Krakowskiego Holdingu Komunalnego zawarliśmy umowę o współpracy z Akademią Górniczo – Hutniczą, z tamtejszym Wydziałem Zarządzania i z racji tej umowy jestem zaangażowany w różne przedsięwzięcia.  Rozmawiając z Panem, nie można nie zapytać o kwestie dotyczące transportu. Przez lata był Pan Dyrektorem Generalnym Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Krakowie, w ubiegłym roku spółka obchodziła jubileusz 150-lecia komunikacji miejskiej. Jednej z najstarszych firm komunalnych w mieście, z którą Pana rodzina jest związana od pokoleń. Jak Pan ocenia rozwój firmy w ostatnich latach, jak Pan przewiduje jaka przyszłość stoi przed MPK?  Moja rodzina przepracowała, bo podliczyłem przy okazji tego jubileuszu, w sumie 176 lat. Co ciekawe tak się złożyło, że mój ojciec rozpoczął pracę w MPK 3 sierpnia 1927 roku, a ja również 3 sierpnia tylko 1964 roku. Byłem po egzaminach wstępnych na AGH i w ostatnie wakacje przed rozpoczęciem studiów, postanowiłem sobie dorobić taką wakacyjną pracą, ale tak mi się spodobało, że już zostałem, a studia ukończyłem w trybie wieczorowym. W dzień pracowałem, a popołudniami się uczyłem. Trochę więc przez przypadek związałem się z MPK na kolejne 27 lat. Tadeusz Trzmiel / fot. UMK Po studiach na AGH kontynuowałem naukę na Politechnice Krakowskiej, zakończoną tytułem magistra – inżyniera w specjalności pojazdy szynowe. Później oczywiście pracowałem w różnych innych instytucjach, ale sentyment pozostał. MPK to jest, jak powszechnie się mówi, nerw funkcjonowania miasta. Niezwykle ważny element funkcjonowania nowoczesnego miasta. Osobiście się o tym przekonałem, kiedy w latach osiemdziesiątych byłem Dyrektorem Naczelnym MPK. Był to niezwykle burzliwy okres transformacji politycznej i gospodarczej poprzedzonej strajkami, przerwami w pracy. Zresztą załoga MPK w tym okresie była bardzo aktywna, a każdy przestój natychmiast przenosił się na funkcjonowanie miasta, zakładów pracy. Trzeba pamiętać, że wówczas była też inna struktura gospodarcza miasta, dominował przemysł ciężki, nie tak jak teraz usługi IT czy outsourcing. Do tego sama sytuacja MPK była całkowicie inna, mieliśmy przestarzały tabor, brakowało części zamiennych, doskwierały nam braki kadrowe, wtedy motorniczowie pracowali po 360 godzin nie jak dziś 180. Z drugiej strony ludzie chcieli pracować więcej, bo to też była możliwość lepszych zarobków, co w tym okresie było nie bez znaczenia. W każdym razie był to trudny czas, ale dzięki załodze MPK udało się nam przez niego przejść. Zresztą z tym okresem wiąże się taka moja, nie jedyna, ale dość ikoniczna i anegdotyczna historia. Kiedy z zajezdni w Nowej Hucie nie wyjechało 14 wagonów tramwajowych, co było bardzo widoczne i dokuczliwe, zwłaszcza dla utrzymania płynności dojazdów do ówczesnej Huty. Pamiętać trzeba, że wtedy potoki pasażerskie na tym kierunku wynosiły między 18 a 20 tysięcy ludzi. W takiej sytuacji brak tych 14 wagonów był natychmiast odczuwalny. Ja w tym okresie od czwartej, piątej rano objeżdżałem zajezdnie, linie i gdy dotarła do mnie ta informacja od razu udałem się do Huty, a ponieważ miałem ważne prawo jazdy na tramwaj, postanowiłem sam wykonać jeden kurs, żeby wspomóc załogę. Wsiadłem do tramwaju, słynnego 102N i wyjechałem na trasę czwórki. Gdy dojechałem do Ronda Czyżyńskiego, musiałem się zatrzymać, żeby ręcznie przestawić zwrotnicę, nie było wtedy automatycznych zwrotnic. Kiedy otworzyłem drzwi dobiegła kobieta, która czekała nieopodal i z zadowoleniem zwróciła się do mnie, że wreszcie nas (pracowników MPK) kultury nauczyli, pomyślała najwyraźniej, że zatrzymałem się specjalnie dla niej. W każdym razie na tym rondzie i tak mnie zawrócono, obawiając się żebym dalej prowadził skład pełen ludzi, przy jednak mniejszym doświadczeniu niż zawodowi motorniczy. ZOBACZ TAKŻE: To już pewne! Łukasz Gibała prezydentem Krakowa! Teraz to jest wręcz niewyobrażalne, MPK to duża spółka, zarządzana operacyjnie. Tak przepracowałem w MPK do 1991 roku, a w 2004 załoga zwróciła się do mnie z propozycją żebym wystartował do Rady Miasta z ich poparciem. Tak trafiłem do Rady, gdzie powierzono mi funkcję wiceprzewodniczącego Komisji Gospodarki Komunalnej. Później jeszcze sześciokrotnie wybierano mnie do Rady, ale kiedy w 2002 roku prezydent Majchrowski zaproponował mi funkcję pierwszego zastępcy, nie obejmowałem już mandatu i przez te wszystkie lata zajmowałem się komunikacją miejską i transportem. Zresztą podobnie, w okresie, kiedy byłem prezesem Krakowskiego Holdingu Komunalnego, którego MPK jest spółką zależną wspieraliśmy bardzo wymiernie MPK. Komunikacja miejska, jej eksploatacja i finansowanie, a przecież to okres dużych inwestycji w tabor i sieć, nie są zbilansowane. Natomiast dzięki temu, że MPK jest członkiem Holdingu i podatkowej grupy kapitałowej mogliśmy rokrocznie przekazywać MPK wypracowane zyski. To wraz ze wsparciem miasta pozwoliło przeprowadzić przez te ponad dwadzieścia lat ogromny proces modernizacyjny, w efekcie, którego Kraków dysponuje nowoczesnym systemem komunikacji, z w pełni nowoczesnym i ekologicznym taborem.  Kolejnym etapem rozwoju sytemu transportowego miasta będzie metro? Obecne władze Krakowa zaprezentowały nową koncepcję budowy odrzucając dotychczasowe założenia zarówno w zakresie przebiegu linii z rejonu kombinatu do Bronowic jak również w zakresie wielkości samego rozwiązania proponując dwie linie ze wschodu na południe o łącznej długości blisko 29 kilometrów. To spora zmiana i znaczne zwiększenie kosztu nie tylko budowy, ale również utrzymania. Jak Pan ocenia realność takich planów? Metro nie jest w Krakowie nową koncepcją, już w 1968 roku, kiedy prezydentem miasta był Tadeusz Salwa podjęto pierwsze prace koncepcyjne, które co prawda nie były kontynuowane, choć temat jeszcze wielokrotnie wracał bez większych efektów, co było spowodowane zarówno trudnościami związanymi ze skalą i problematycznością samej inwestycji jak również brakiem finansowania tego przedsięwzięcia. Temat na poważnie wrócił, kiedy w referendum ponad 50% mieszkańców opowiedziało się za budową metra, zaproponowałem wtedy prezydentowi Majchrowskiemu powołanie zespołu zadaniowego do spraw budowy metra, żebyśmy mogli zapoznać się z opiniami ekspertów i na ich podstawie opracować ścieżkę dojścia, masterplan dla tej inwestycji. W skald zespołu, któremu przewodniczyłem, weszli eksperci z AGH i Politechniki Krakowskiej, między innymi profesor Tajduś, profesor Cała, profesor Szarata obecny rektor Politechniki, doktor Bauer. Niestety nie było w tym zespole jednomyślności. O ile bowiem grupa z Politechniki Krakowskiej preferowała rozwiązanie w postaci premetra i przeprowadzenia tramwajów w tunelach podziemnych pod centrum miasta, od Ronda Mogilskiego w kierunku AGH. Natomiast zespół Akademii Górniczo-Hutniczej, który już przeprowadzał wcześniej badania geologiczne odnośnie struktury podziemnej w Krakowie, był zdecydowanym zwolennikiem metra na całym odcinku. Ta kolizja stanowisk spowodowała, że nie udało się doprowadzić do konsensusu, w związku z czym prezydent uznał, że jego dalsze prace nie mają sensu. Wtedy zacząłem poszukiwać jakiegoś optymalnego rozwiązania samodzielnie. Zgłosił się do mnie prezes polskiego oddziału Alstomu z propozycją budowy metra w ramach partnerstwa publiczno – prywatnego. Równolegle określiliśmy taki pierwszy roboczy odcinek do realizacji o długości 21 kilometrów, od terenów obecnej Nowej Huty Przyszłości, przez Mistrzejowice, centrum miasta aż do lotniska w Baliach. W ramach współpracy Alstom miał nie tylko wybudować linię, ale również nią zarządzać i dostarczyć do niej wagony. Koszt miał oscylować między 8 do 10 miliardów złotych. Problemem, który cały czas pojawiał się w trakcie różnych analiz, i tu były też wątpliwości po stronie prezydenta Majchrowskiego, była kwestia potoków pasażerskich. Wtedy te potoki nie gwarantowały wypełnienia tego systemu, pojawiał się problem ciągłego dofinasowania tego rozwiązania, choć komunikacja z zasady jest deficytowa, bo wpływy z biletów nie pokrywają kosztów. Na przełomie 2016/2017 roku stworzyła się możliwość kontynuacji tematu przy wsparciu projektu ze środków unijnego Instrumentu „Łącząc Europę”. W tę sprawę aktywnie włączyła się wówczas pani poseł Jadwiga Emilewicz. Pozyskane środki pozwoliły na opracowanie koncepcji i osiągnięcie pewnych decyzji administracyjnych w ramach „Studium wykonalności budowy systemu szybkiego bezkolizyjnego transportu szynowego w Krakowie”. Procedowana obecnie przez Prezydenta Oświęcimia decyzja środowiskowa jest wynikiem tych działań i w ramach tego studium realizowany jest obecnie projekt metra.  A co ze źródłem finansowania tak wielkiej inwestycji? Oczywiście nadal kwestią podstawową pozostaje finansowanie tej inwestycji. Warto podkreślić, że w tej chwili wraca się między innymi do pomysłu właśnie takiej hybrydy finansowej: budżet państwa, budżet miasta, środki prywatne. Wtedy szacowano, że koszt miasta wynikający z eksploatacji i zwrotu inwestycji przez czterdzieści lat wahałby się między 160 – 180 milionów rocznie. Biorąc pod uwagę, że co roku przeznaczaliśmy w budżecie miasta około 1,5 miliarda złotych na inwestycje, to ten koszt nie miałby większego znaczenia. Analogicznie zrealizowaliśmy przecież Trasę Łagiewnicką, gdzie koszt inwestycji 1,5 miliarda złotych jest spłacany roczną opłatą w wysokości 40 milionów przy budżecie inwestycyjnym blisko 2 miliardów złotych. Nawet biorąc pod uwagę trudną sytuację finansową miasta, niełatwą sytuację finansową państwa, tę inwestycję można by realizować właśnie w partnerstwie publiczno – prywatnym, przy jakimś symbolicznym udziale miasta, może przy wsparciu środków z UE, to według mnie byłoby realne i możliwe.  Tadeusz Trzmiel w 2018 roku / fot. UMK Nowe władze miasta zaproponowały całkowicie inną koncepcję rozmieszczenia linii metra w mieście. Ten układ linii, który został zaproponowany obecnie jest wynikiem badań aktualnych potoków pasażerskich, ale równocześnie prognozowanych w związku rozwojem miasta. Przebieg linii metra czy tych dwóch linii powinien zabezpieczać największe potoki pasażerskie, które obsługiwałby ten system. W tej chwili rzeczywiście może jest inny kierunek rozwoju niż ten, o którym myśmy mówili, czyli linia wschód - zachód, a właściwie to nie był nasz pomysł, bo to była wypadkowa obowiązujących dokumentów, zwłaszcza Planu Zintegrowanego Systemu Transportu Publicznego dla Krakowa. Natomiast, wydaje mi się, że są inne miejsca generujące ruch. Pierwszym założeniem linii wschód – zachód była rewitalizacja terenów pohutniczych, na których miała powstać przestrzeń dla firm wysokich technologii, ale również mieszkaniowa, Kraków Nowa Huta Przyszłości, gdzie miał być generowany ruch ilości czterdziestu tysięcy osób tam albo pracujących, albo mieszkających i to jest nadal aktualne. Z drugiej strony miało być to połączenie z lotniskiem, oczywiście w tej chwili nieco się to zmieniło po tym jak uruchomiliśmy kolej aglomeracyjną do lotniska. Rzeczywiście rozbudowuje się osiedle Kliny, które będzie generować potoki pasażerskie, ale w tej chwili podjęto decyzję o rezygnacji z budowy linii tramwajowej. Miał być tramwaj już bardzo zaawansowany i przygotowany, teraz powiedziano, że będzie metro. W związku z tym mieszkańcy nie mają nawet nadziei, że sytuacja ulegnie szybkiej poprawie. Tam trzeba będzie kanalizować ruch przez obsługę szybkiej kolei aglomeracyjnej na przykład za pośrednictwem przystanku SKA w Opatkowicach, zwłaszcza że komunikacja autobusowa ma określone możliwości i zdolności przewozowe, więc ilością autobusów się tego nie nadrobi. Tymczasem ten tramwaj powstałby za 3 lata. Jak Pan wspomniał miasto rezygnuje z budowy tramwaju na Kliny, krążą słuchy o rezygnacji z budowy przedłużenia linii z Czerwonych Maków w stronę Skotnik, powodem czego ma być właśnie budowa metra. Czy to słuszna koncepcja by w rezygnować z możliwych do realizacji inwestycji w związku z planami o dość jednak niejasnej przyszłości? Czy metro powinno wykluczać rozbudowę linii tramwajowych? Co do zasady system komunikacji metra powinien być systemem podstawowym, przewożącym największe potoki pasażerskie. Kiedy pełniłem funkcję zastępcy prezydenta Krakowa, ale i później jako prezes KHK zachęcałem do sięgania po doświadczenia wiedeńskie. Pamiętam, kiedy byłem dziesięć lat temu w Wiedniu i zaproszono mnie na przejazd nowo otwarta linią metra i okazało się, że to metro dochodzi do terenów, na których dopiero rozpoczynały się inwestycje mieszkaniowe, tym metrem jechały 2 czy 3 osoby, obecnie te tereny są praktycznie całkowicie zabudowane, a metro jest dla nich systemem podstawowym. Oczywiście nas na to nie stać, bo my bez przerwy nadrabiamy zaległości, w różnych dziedzinach nadrabialiśmy je przecież od 2002 roku. Jak przejmowaliśmy władzę to ja to określałem jako „konieczność realizacji zapóźnień cywilizacyjnych miasta” głownie w zakresie gospodarki komunalnej. Pamiętam jak jeden znanych polityków ogólnopolskich, ale pochodzący z Krakowa na jednym ze spotkań w 2002 roku naśmiewał się z tego: „ten zapyziały Kraków nic z nim nie zrobicie”. Czas pokazał, że jednak zrobiliśmy i dokonał się gigantyczny skok cywilizacyjny. Niemniej jednak nie można zapominać, że postępująca urbanizacja doprowadzi do zabudowania tych terenów. W efekcie później powstają sytuacje konfliktowe i podnoszą się znacząco koszty budowy, bo trzeba budować głębiej, bo trzeba wywłaszczać - to generuje konflikty. Przykładem jest budowa trasy S7. Przecież już w latach dziewięćdziesiątych, kiedy pracowałem z ówczesnym wicewojewodą Jerzym Millerem, wyprowadzano ruch z Krakowa S7 między innymi w tych miejscach, które są obecnie przedmiotem sporu. Od tego okresu te tereny zurbanizowano i teraz ludzie nie wyobrażają sobie, żeby ich stamtąd wysiedlać i burzyć ich dorobek życia.  Tadeusz Trzmiel / fot. archiwum prywatne Tymczasem jest zapowiedź bliżej nieokreślona czasowo powstania metra. Nie mówi się też o tym skąd pozyskane mają być środki finansowe.  Dotąd gdy pojawiała się kwestia środków zewnętrznych podstawowym czynnikiem rozważanym, czy to na poziomie środków europejskich, czy środków centralnych, to była kwestia potoków pasażerskich i zawsze pojawiała się informacja zwrotna od tych, którzy mieliby decydować o przyznaniu tego typu środków, że te potoki na chwilę obecną są niewystarczające. Teraz mówi się o tym, że to miałoby być 300 tys. osób dziennie. Czy Pan ocenia, że to jest realne? Cofnę się trochę do historii. Metro projektowane na trasie wschód – zachód wynikało w dużej mierze z obsługi kombinatu metalurgicznego, teoretycznie uzasadnionym jest metro, jeżeli potok pasażerski wynosi między 18 a 20 tys. pasażerów na godzinę. Wtedy, w hucie pracowało 42 tys. ludzi, bo był taki okres, i to było uzasadnione na tym ciągu wschód zachód. Poza tym nie było Szybkiej Kolei Aglomeracyjnej, która w tej chwili w dużym zakresie obsługuje miasto, a której udział w obsłudze komunikacyjnej będzie rósł. Jednocześnie obecnie liczba mieszkańców rośnie. W tej chwili według GUS jest to około 800 000, ale proszę zwrócić uwagę, że w mieście studiuje kilkaset tysięcy niezameldowanych studentów, do Krakowa przybywa około 15 milionów turystów rocznie. Z tego względu wprowadziłem pojęcie użytkowników systemu, zwłaszcza przy kreowaniu elementów rozwoju infrastruktury komunalnej. Tę ilość użytkowników systemu określaliśmy w oparciu o zużycie wody miesięcznie przez cały rok, na podstawie badań statystycznych. Według tych badań w Krakowie jest 1 200 000 użytkowników, którzy też korzystają z transportu publicznego i to są uwarunkowania bardziej uzasadniające budowę metra niż premetra. Wreszcie trzeba pamiętać, że mówimy o drugim co do wielkości mieście w Polsce, znaczącym również w obszarze europejskim, gdzie miasta takie jak 600-tysięczna Norymberga czy inne mniejsze ośrodki mają rozbudowane metro. Metro dla Krakowian jest ważne właśnie też ze względu na pewne aspiracje rozwojowe. Tego wyrazem było zarówno referendum i jego wynik jak również wybór nowego prezydenta, który wokół budowy metra zbudował swoją kampanię wyborczą. Biorąc to pod uwagę jak również właśnie ponad milion potencjalnych użytkowników to jest uzasadnienie dla takiej inwestycji. Natomiast to jest perspektywa długich lat i w związku z tym konieczność budowy nowych linii tramwajowych, na przykład na Kliny, wydaje mi się, że jest bezwzględnie potrzebna. ZOBACZ TAKŻE: Poseł Komarewicz szuka kolejnej drogi. Najbliżej mu do... Choć ja też miałem takie wątpliwości, kiedy budowano kilka linii tramwajowych i to odcinków uzupełniających istniejący system, które mogły być wtrasowane w przebiegu linii metra, że te pieniądze zamiast kumulować na metro przeznaczano na takie uzupełniające odcinki. Ale przykładem jest Górka Narodowa, przykładem są Czerwone Maki, gdzie, gdyby nie było tramwaju obecnie to przecież tam byłby dramat obsługi komunikacyjnej.  W 2024 roku zrezygnował Pan z kierowania Krakowskim Holdingiem Komunalnym… Po 60 latach aktywność zawodowej. Krakowski Holding Komunalny / fot. KHKK Jak Pan dzisiaj patrzy na Holding, jakie widzi Pan przed nim wyzwania? Myślę, że głównym wyzwaniem stojącym przed Holdingiem jest inicjowanie działań prorozwojowych zarówno w zakresie własnej działalności jak również działalności spółek. Kiedy odchodziłem mieliśmy przygotowany taki duży projekt, zaawansowany, z zabezpieczeniem środków w wysokości 270 milionów złotych, rozbudowy spalarni odpadów. Przygotowaliśmy ten projekt nie tylko ze względu na to, że rośnie ilość odpadów zarówno w mieście, ale także na obszarze Metropoli Krakowskiej, ale głównym powodem była produkcja energii elektrycznej. Naszym, moim celem była właśnie produkcja energii elektrycznej dla zasilania podstacji trakcyjnych. Jednocześnie mieliśmy w planie, w związku z tą rozbudową, budowy instalacji produkcji wodoru z lokalizacją na zajezdni w Bieńczycach. Teraz czytam, że MPK będzie kupował tramwaje o napędzie wodorowym. Ale skąd będzie miał wodór? Między innymi ta trzecia linia produkująca prąd byłaby również przeznaczona do tego, ażeby produkować wodór. Zabezpieczenie ciągłości produkcji wodoru pozwoliłoby na rozwój komunikacji w oparciu o pojazdy wodorowe. Ten projekt został teraz zarzucony, ale w takich właśnie projektach, łączących potencjał spółek, inspirujących do poszukiwania nowych rozwiązań upatruję przyszłość Holdingu. Wraz z nowym kierownictwem pojawiła się informacja, że jest przygotowywana decyzja prezydenta Miszalskiego o przejęciu przez Holding zarządzania wszystkimi spółkami komunalnymi. Nie znam szczegółów, natomiast formuła zarządzania operacyjnego przez Holding nie jest łatwa. Ja zarządzałem w zakresie systemu finansowego, czyli podatkowej grupy kapitałowej. Przy okazji, oczywiście ze względu na swój charakter wchodziłem w zarządzanie operacyjne. Ale podkreślam to nie jest łatwe.  Tadeusz Trzmiel Pytałem o Holding, pytałem też w kontekście tego, nad czym pan pracował w ostatnich swoich latach czy miesiącach kierowania Holdingiem, czyli nad tą koncepcją, że właśnie Holding jako dobrze skapitalizowana spółka mógłby w części przynajmniej udźwignąć budowę metra. Być realizatorem tego przedsięwzięcia ze względu na swoje zdolności finansowe. Sensownym jest powołanie spółki celowej do budowy metra przy takiej sytuacji finansowej miasta. Bo ta spółka celowa zaciąga kredyty i nie obciąża to budżetu miasta i wskaźnika zadłużenia miasta. Zresztą ja słyszałem o tym na początku tego roku, że Holding będzie budował metro, w związku z tym takie założenie prawdopodobnie funkcjonuje wśród zarządzających miastem. Ja oddawałem Holding 1 maja 2024 roku z gotówką na koncie wysokości 140 milionów złotych, ale to Holding sam jako spółka. Natomiast podatkowa grupa kapitałowa wtedy miała jakieś około 300 milionów złotych zysku w spółkach. To jest baza kapitałowa do budowy mechanizmu finansowania takiej inwestycji.  Weszliśmy w nowy rok. Czego Pan życzyłby swoim następcom i to bezpośrednio w Holdingu i tym, którzy teraz opowiadają za rozwój infrastrukturalny miasta?  Obawiam się, że to będzie trudny rok dla Krakowa. Pojawiająca się wizja referendum w sprawie odwołania prezydenta nie napawa optymizmem. Bez względu na wynik, takie polityczne zamieszanie zawsze negatywnie odbija się na funkcjonowaniu miasta. Inwestycje potrzebują stabilności i tego bym życzył przede wszystkim. Życzyłbym też zintensyfikowania niektórych działań czy obszarów. Warto ze względu na zmieniającą się sytuację przeanalizować inwestycje, które są niezbędne nie tylko w roku 2026, ale wyprzedzając z perspektywą do np. 2050. Taka perspektywa to jest na przykład metro, trzeba takie inwestycje podejmować. Potrzebne są działania spółek indywidualnych, ale skoordynowane w zakresie rozwoju infrastruktury komunalnej. To byłoby zdecydowane wsparcie w tej sytuacji finansowej, w której jest Kraków. Z tego też względu warto zintensyfikować pozyskiwanie środków zewnętrznych. ZOBACZ TAKŻE: To ON stoi na czele protestów przeciwko SCT. W towarzystwie kryminalisty Przecież myśmy pozyskali w latach 2004 - 2018 prawie 5 miliardów złotych środków bezzwrotnych. Za to stworzyliśmy cały system komunikacyjny, trzy duże linie tramwajowe, zmodernizowaliśmy system ciepłowniczy, wodociągi, kanalizację, stworzyliśmy kompletny system gospodarki odpadami. Te kierunki rozwoju w większości są nakreślone, oczywiście wymagają monitorowania, aktualizacji, sytuacja finansowa jest trudna, ale trzeba pamiętać, że zawsze była trudna, że zawsze ta kołdra była nieco za krótka.   

Więcej…

Agresja, krzyk i brak szacunku. "Ludzie boją się zabierać głos’" [WYWIAD]

Agresja, krzyk i brak szacunku. "Ludzie boją się zabierać głos’" [WYWIAD]

26 stycznia 2026 | 06:38

Krzyki, hejt, łzy i polityczna trampolina do Sejmu. Radna Krakowa mówi bez ogródek: ta rada jest gorsza niż poprzednia, a część jej członków zamieniła samorząd w medialne show. Padają nazwiska, oskarżenia o agresję, skrajną niemerytoryczność i robienie polityki "pod rolki". Tak ostrej rozmowy o krakowskiej radzie miasta dawno nie było. Łukasz Mordarski rozmawia z Alicją Szczepańską, która pierwszy raz do rady miasta – jeszcze w poprzedniej kadencji – weszła z list Łukasza Gibały, ale szybko opuściła jego klub. Obecnie jest w klubie Koalicji Obywatelskiej. *** Kanał Krakowski: Zgodzi się Pani z tezą, że to jest najgorsza rada miasta w XXI wieku? Alicja Szczepańska: Nie będę mówić o tak długiej perspektywie czasowej, bo jestem radną drugą kadencję, więc mogę porównać obecną radę z poprzednią. I tak, ta jest znacznie gorsza. Z czego to wynika? Jest wiele czynników: bardzo duża liczba młodych radnych, duża polaryzacja, a przede wszystkim ogromne parcie medialne niektórych osób. Dla nich ważniejsze są wystąpienia „pod publiczkę”, bon moty, cytowanie hasztagów z internetu i mówienie „pod rolki”, niż przygotowanie i merytoryczna dyskusja. Do tego dochodzi agresja werbalna. Niektórzy odnoszą się do innych z butą i nienawiścią. Nie mają szacunku do kolegów, którzy ciężko pracują. No i w końcu są też tacy, którzy traktują radę miasta jako trampolinę do dalszej kariery politycznej. Alicja Szczepańska / fot. archiwum prywatne Rzućmy jakieś nazwiska. Wie pan co… ja rozumiem, że każdy może czasem popełnić błąd. Mnie też się zdarza, że puszczą mi nerwy. Nie powiem też, że ogarniam każdy temat, ale skupiam się na tych, które są mi bliskie… Ucieka Pani od pytania o nazwiska agresywnych radnych, którzy traktują radę jako trampolinę. Ja mam w głowie co najmniej kilka… To proszę zacząć. Aleksandra Owca. Tu się zgadzamy. Jest mi przykro, że osoba młoda, inteligentna… to znaczy… wykształcona – może tak będzie precyzyjniej – zachowuje się w taki sposób. Nie panuje nad emocjami, krzyczy, jest agresywna, nie kontroluje swojego gniewu i jest skrajnie niemerytoryczna. Nie wiem, na której uczelni kończyła prawo, ale historia zna przypadek prawnika – nawet po UJ – który został prezydentem i łamał prawo. Niemniej Owcy brakuje podstawowej wiedzy z zakresu kierunku, który ukończyła. Co ma Pani na myśli? Podam przykład. Zwróciła się do mnie, jako przewodniczącej komisji zdrowia, żebym przedstawiła jej zasady opieki zastępczej w Polsce. Tymczasem wystarczy znać kodeks rodzinny i odpowiednią ustawę, by to wiedzieć. Takich sytuacji było znacznie więcej. Ona swoją niewiedzę próbuje przykryć agresją i pokrzykiwaniem. Przecież nasze głośne komisje przeszły już do historii tej kadencji. Chce zdominować zarówno komisje, jak i sesje, ale nie ma ku temu podstaw merytorycznych. Porusza za to tematy ogólnopolskie, jakby chciała wesprzeć nieudacznika Zandberga i zaistnieć w kolejnych wyborach do Sejmu. W końcu Owca jest współprzewodniczącą partii Razem, a Adrian Zandberg mówił o niej w jednym z programów per „przyszła pani poseł”. Owca jest współprzewodniczącą partii, a innym zarzuca, że… należą do partii. Czuje pan tę hipokryzję?! Aleksandra Owca nad Łukaszem Gibałą / fot. Łukasz Michalik Ale to chyba nic dziwnego, że rada jej nie wystarcza i walczy o miejsce w Sejmie. Teraz na topie są ugrupowania skrajne, które wszystko negują i wszystko krytykują. Takie są środowiska Konfederacji, Brauna czy Razem. I tak naprawdę granica między nimi jest bardzo cienka. To wszystko są skrajności. Zniekształca to obraz społeczeństwa i daje zły przykład osobom interesującym się polityką. Narracja tych liderów jest po prostu nieetyczna. Zarzuca Pani Owcy, że jest głośna, a sama do najspokojniejszych Pani nie należy. To fakt, potrafię się odgryźć, ale ja zawsze tylko reaguję na ataki, nigdy sama ich nie prowokuję. Po prostu nie nadstawiam drugiego policzka. A są w radzie miasta osoby, które boją się zabrać głos, bo zaraz zostaną zhejtowane. Osobiście widziałem dwie osoby, które popłakały się w czasie sesji. Trzecia osoba mówiła mi, że chce zrezygnować, bo nie daje już rady. Może pan wierzyć lub nie, ale my, radni, od pewnego czasu jesteśmy narażeni na niewiarygodną wręcz nienawiść. Działamy pod olbrzymią presją, a nasze wystąpienia okupione są ogromnym hejtem, czasem nawet groźbami. To wszystko działa bardzo destrukcyjnie na debatę polityczną. Wiele osób, dla świętego spokoju, nie chce się nawet odzywać. Ale ja nie mogę milczeć w obliczu tak haniebnych zachowań. Ktoś musi bronić naszego stanowiska i naszej godności. Ci hejterzy to opozycja? Jest różnica między klubem PiS a gibałowcami. Z tymi pierwszymi można normalnie porozmawiać. Czasem się poprztykamy w czasie sesji, ale później idziemy razem na obiad. Nawet Michał Drewnicki, który jest dość wyrywny, potrafi słuchać i rozmawiać na argumenty. Czasem się zgadzamy, czasem nie, ale rozmawiamy. Natomiast część osób z tego drugiego opozycyjnego klubu… …czyli mówimy o gibałowcach? Tak. Oni się do mnie w ogóle nie odzywają. Mam wrażenie, że dla nich każde wystąpienie nie służy temu, by pomagać ludziom, tylko jest traktowane jak walka o życie. Te krzyki, ta agresja, ten brak kultury – i to nie tylko politycznej… Umówmy się, że o Łukaszu Gibale porozmawiamy następnym razem, bo nikt nie przeczyta tak długiej rozmowy. A wiem, że ma Pani sporo do powiedzenia na jego temat. No, on akurat nie krzyczy, bo zazwyczaj w ogóle się nie wypowiada albo powtarza hasztagi z internetu. A gdy są ważne głosowania, to albo wychodzi do toalety, albo akurat ma przerwę. Proszę sprawdzić – on nigdy nie bierze udziału w głosowaniach, w których nie da się zadowolić wszystkich. Wróćmy do rozmowy o radzie jako całości. Ostatnio niektórzy oburzali się, że zaczęliście obradować raz w miesiącu. A i tak kończymy sesje o 18 albo 20 i wyczerpujemy wszystkie tematy. Żadne projekty nie są w zamrażarce, żadne inicjatywy nie muszą czekać – cały czas jesteśmy na bieżąco. Nikt nikomu nie zabrania składać więcej inicjatyw uchwałodawczych, zapytań czy interpelacji. Wtedy zawsze możemy zwołać sesję nadzwyczajną albo wrócić do obrad co trzy tygodnie. Drugim powodem tak szybkiego zakończenia sesji jest to, że w tej kadencji interpelacje są na końcu, a nie na początku, jak było wcześniej. To powoduje, że zazwyczaj nie ma już dziennikarzy, więc radni nie wychodzą na mównicę i nie „produkują się” w tematach, na które odpowiedzi mogą znaleźć w Google. To tylko pokazuje, że zdecydowana większość tych interpelacji była „pod publiczkę”, by zaistnieć i udawać aktywność. Ma to więc znaczenie wyłącznie pijarowe, a nie stanowi realnej pomocy dla mieszkańców. Przoduje w tym oczywiście opozycja. ZOBACZ TAKŻE: To już pewne! Łukasz Gibała prezydentem Krakowa! A propos opozycji, muszę dać kolejny kuriozalny przykład. Wie pan, że komisja skarg, wniosków i petycji nie miała przedstawiciela opozycji? Proszę mi powiedzieć, jak kluby opozycyjne mogą nie chcieć brać odpowiedzialności w jednej z najważniejszych komisji ustawowych? Ponoć byli obrażeni i strzelili focha. Ja tego nie rozumiem. Sesji rady miasta Krakowa / fot. Łukasz Michalik To może trzeba całą tę radę pogonić w referendum? I wie pan, co wtedy będzie? Poprzeczka jest zawieszona dość nisko. Ale na pewno nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej. A pytając o referendum, tworzy pan taką narrację, jak wieczny kandydat na prezydenta i Konfederacja, która medialnie rośnie w siłę. Wyobraża pan sobie takie skrajności w radzie? Przecież wtedy już w ogóle nie będzie żadnej współpracy. Dziś tej współpracy de facto nie ma tylko z jednym klubem opozycyjnym. Z PiS-em jesteśmy w stanie osiągnąć jakiś konsensus albo przynajmniej wysłuchać konstruktywnej krytyki, bo takie jest prawo opozycji. Ale jeśli do gibałowców dołączy Konfederacja, to będzie dramat, jeśli chodzi o zarządzanie miastem. Oni są tak nienawistni, tak głośno krzyczą i bronią tak skrajnego światopoglądu, że skupią się na robieniu show, a nie na pomocy mieszkańcom. Zresztą sam pan wie, że skandale lepiej się klikają. Dlatego też piszemy czasem o radnej Owcy, która generuje spore wyświetlenia. Być może spowodowane jest to jej aparycją, nie wiem. Szowinistyczny żart. Ale powiem panu, że między mną a Owcą na pewno jest jakaś chemia. O! Pani Owca jest – czym pochwaliła się publicznie – osobą biseksualną. (śmiech) Nie wnikam w te kwestie, nie jestem nią zainteresowana. ZOBACZ TAKŻE: Skrajna prawica łowi frajerów "na SCT". I zbiera Wasze dane

Więcej…

Wojewoda o SCT: "To oszołomstwo! Kretyńskie przepisy" [WYWIAD]

Wojewoda o SCT: "To oszołomstwo! Kretyńskie przepisy" [WYWIAD]

09 stycznia 2026 | 07:16

Tak mocnych słów z ust czołowego polityka już dawno nie słyszeliście! Wojewoda małopolski Krzysztof Jan Klęczar miesza z błotem Strefę Czystego Transportu w Krakowie i jej "architekta" Łukasza Franka. – Byłbym zadowolony, gdyby w ogóle nie uchwalano takich kretyńskich przepisów – mówi w rozmowie z Łukaszem Mordarskim.  – To demagogia, populizm i oszołomstwo – dodaje polityk Polskiego Stronnictwa Ludowego.  Krzysztof Jan Klęczar odnosi się także do potencjalnego referendum za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego. – Uważam, że ma wszystko, by być dobrym gospodarzem tego miasta, ale ja wiele rzeczy robiłbym inaczej – twierdzi. Zdradza także za kim tęskni w krakowskiej radzie miasta. *** Kanał Krakowski: W Krakowie trwa „inba” o obowiązującą od Nowego Roku Strefę Czystego Transportu. Pan skierował tę uchwałę do sądu, a rozstrzygnięcie ma nastąpić 14 stycznia. Krzysztof Jan Klęczar: Część osób ma do mnie pretensje o to, że w przypadku SCT nie postąpiłem bardziej radykalnie i od razu nie uchyliłem tej uchwały. Było jednak kilka przesłanek, by odesłać ją do sądu. Głównym powodem było to, że decyzja o SCT podejmowana była w momencie, w którym nie wiedzieliśmy jeszcze, jak potoczą się losy wcześniejszej uchwały, którą skarżył jeszcze mój poprzednik, Łukasz Kmita. Było więc ryzyko, że gdybym stwierdził nieważność nowej uchwały, wówczas zaczęłaby obowiązywać ta wcześniejsza, jeszcze bardziej restrykcyjna. Tego się obawiałem najbardziej. Pan nie jest fanem SCT? Nigdy tego nie ukrywałem. Zresztą moje środowisko polityczne – jeszcze na etapie tworzenia nowych przepisów – apelowało do rady miasta, do przewodniczącego Jakuba Koska, by nie przyjmować SCT w takim kształcie. Według mnie to jest uchwała, która dyskryminuje pewne grupy. Na przykład? Rolników, którzy dowożą produkty rolne na miejskie targowiska. Małych producentów z okolic Krakowa, z powiatów krakowskiego, miechowskiego, tarnowskiego, dąbrowskiego… Oni zwykle przyjeżdżają tu starymi samochodami i nie stać ich, by kupić nowe. Wyklucza też studentów – przecież dziś młodzież często jeździ autami, co widać po wzmożonym ruchu, gdy zaczyna się rok akademicki. Jest też wiele grup, które do Krakowa wjeżdżają nie dlatego, że chcą, ale dlatego, że muszą. Krzysztof Jan Klęczar podczas śniadania prasowego. Obok jego rzeczniczka, dr Joanna Paździo / fot. MUW Będzie Pan szczęśliwy, jak sąd unieważni uchwałę? Byłbym zadowolony, gdyby w ogóle nie uchwalano takich kretyńskich przepisów. Przecież Kraków musi wprowadzić SCT, choćby z powodu ustawy o elektromobilności czy programu ochrony powietrza. Owszem, musi stworzyć taką strefę. Ja natomiast nie lubię demagogii, populizmu i oszołomstwa, które zaistniało w tym przypadku. To władze miasta określają zakres i poziom emisyjności dopuszczalny do wjazdu. Ja uważam, że pierwsza uchwała była zbyt restrykcyjna, a druga – ta obowiązująca teraz – jest zbyt szeroka. To jak powinna wyglądać według Pana? Strefa powinna obowiązywać w centrum Krakowa, w granicach drugiej obwodnicy. Wtedy miałoby to ręce i nogi. Tymczasem jest nią objęte 60 procent miasta, a jeśli chodzi o tereny zurbanizowane, to ponad 90 procent. To jest zbyt duża powierzchnia. Zawsze byłem jednak człowiekiem wielkiej wiary i w tym przypadku także wierzyłem, że rada miasta przyjmie nasze argumenty i zrobi jakieś korekty, ograniczając powierzchnię obowiązywania SCT lub chociaż wydłużając czas wdrażania przepisów. ZOBACZ TAKŻE: Ostro o SCT: "Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać do Krakowa" Osobiście proponowałem też rozwiązanie – skoro jestem wojewodą małopolskim – by wszyscy obywatele Małopolski byli traktowani tak samo, czyli mogli wjeżdżać do SCT bez opłat (tak jak mieszkańcy Krakowa). Płaciliby tylko mieszkańcy innych województw. Żaden z tych pomysłów nie został jednak przyjęty. Nie ma Pan wrażenia, że ta uchwała wygląda, jakby była pisana albo „po złości”, albo na kolanie? Jej architekt, Łukasz Franek, który bardzo lubi dociskać do muru zwykłego obywatela jeżdżącego raz w tygodniu na działkę golfem trójką z półtoralitrowym dieslem, jednocześnie wpisał do uchwały wyjątki, choćby dla sprzętu budowlanego, który bez problemu i bez spełniania norm może sobie wjeżdżać do ścisłego centrum. Niestety, uważam, że ma pan rację. Że w tej uchwale jest sporo populizmu. I nie chodzi o to, że ja chcę się bawić w szeryfa. Pamiętam, jak sam byłem radnym, a później burmistrzem w średniej gminie, i też mnie drażniło takie „szeryfowanie” ze strony wojewody. Jeśli 90 procent mieszkańców tej gminy czegoś chciało i myśmy to uchwalali, to ktoś, patrząc na to z pozycji Krakowa, nie powinien szukać dziury w całym. Ja się bardzo tego wystrzegam i staram się nie wchodzić w czyjeś buty. Mam jednak jasno nakreślone to, jakie czynności kontrolne muszę wykonać. Ustawa daje mi prawo do tego, by ocenić merytorycznie decyzje rady miasta oraz to, czy uchwalane przez nią prawo nie dyskryminuje reszty Małopolan. Uważam, że w przypadku SCT w Krakowie tak się stało, dlatego zaskarżyłem uchwałę do sądu. Do końca miałem nadzieję, że tę skargę wycofam, bo radni dokonają jakiejś korekty. Rozmawiałem nawet o tym z przewodniczącym Koskiem, ale nie było żadnej reakcji. Szkoda, bo to jest trudny czas dla krakowskiego samorządu. Czyli Waszych koalicjantów. Od początku i nadal bardzo kibicuję Aleksandrowi Miszalskiemu. Uważam, że ma wszystko, by być dobrym gospodarzem tego miasta, ale ja wiele rzeczy robiłbym inaczej. Krzysztof Jan Klęczar / fot. MUW Popiera Pan pomysł organizacji referendum przeciwko odwołaniu prezydenta Krakowa? Nie. To jest zbyt krótki czas, by już teraz wyciągać racjonalne wnioski z polityki Aleksandra Miszalskiego. Poza tym trudno nie zauważyć, że od pewnego czasu trwa regularna nagonka medialna i polityczna na prezydenta. Niektóre środowiska traktują referendum jako „dodatkowe” wybory, a te odbywają się raz na cztery czy pięć lat. Referendum powinno być ostatecznością, a nie uważam, że obecnie w Krakowie dochodzi do łamania prawa lub całkowitej utraty zaufania społecznego. Doskonale wiemy, że jedna z partii politycznych dostała wręcz przykaz, by szukać haków na obecnie rządzących i promować się na akcjach referendalnych w całej Polsce. Traktują oni referendum jak kampanię wyborczą i temu się mocno sprzeciwiam. ZOBACZ TAKŻE: Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie Zapytam jeszcze w kontekście Pańskich słów o radzie miasta. Zgodzi się Pan z tezą, że jest to najgorsza rada w historii Krakowa? (uśmiech) Powiem tak: nie ma większej przyjemności i zabawy w polityce niż być radnym opozycyjnym, który może powiedzieć i krytykować wszystko, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. Sytuacja robi się nieco inna, jeśli zostaje się radnym, którego ugrupowanie rządzi i odpowiada za gminę. Uciekał Pan od mojego pytania. Nikt nie rodzi się alfą i omegą. Ta rada jest dość młoda, wiele osób dopiero rozpoczyna swoją przygodę z polityką. Widzę jednak, że te uchwały są coraz lepsze. Bardzo wysoko oceniam choćby przewodniczącego Koska. Uważam, że jest to wysokiej klasy samorządowiec i bardzo mądry człowiek. Jestem przekonany, że w tej radzie są także inne tak nietuzinkowe osoby jak on. Chociaż… czasem brakuje mi osób barwnych i wyrazistych, jak choćby Łukasza Wantucha (śmiech).

Więcej…

Kto kłamie w sprawie papieru toaletowego w krakowskich szkołach?! [WYWIAD]

Kto kłamie w sprawie papieru toaletowego w krakowskich szkołach?! [WYWIAD]

07 stycznia 2026 | 07:55

Papier toaletowy stał się symbolem krakowskiej edukacji. Uczniowie mówią: „musimy przynosić własny”. Dyrektorzy twierdzą: "nie stać nas nawet na mydło". Urzędnik odpowiada: „to nieprawda”. Kto więc manipuluje opinią publiczną: szkoły, rodzice czy media? Kraków wydaje 3,8 miliarda złotych na edukację, a cała Polska dyskutuje o braku pieniędzy na papier toaletowy. – Podczas analizy wydatków zauważyłem ogromne rozbieżności. Niektórzy dyrektorzy zgłaszali zapotrzebowanie na 30 tysięcy złotych, a inni na 300 tysięcy – mówi nam Jacek Drabik, dyrektor Departamentu Edukacji. Przekonuje jednak, że sytuacja finansowa krakowskich szkół jest "ewidentnie pozytywna", a "każda złotówka wydana na edukację zwraca się wielokrotnie". Dlaczego więc szkoły spanikowały? I skąd w ogóle wzięła się największa "imba” ostatnich tygodni? O sytuacji w krakowskiej edukacji z przedstawicielem urzędu miasta rozmawia Łukasz Mordarski. *** Kanał Krakowski: Dlaczego w krakowskich szkołach uczniowie muszą przynosić ze sobą własny papier toaletowy? Jacek Drabik:  Smutno się czyta takie informacje. To może być dobry nagłówek, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością w krakowskich szkołach. Już kilka razy to robiłem i ponownie oczywiście muszę zdementować tę informację. Wiem, że pojawiła się ona w mediach, ale to absolutna nieprawda. Taka sytuacja nigdy nie miała miejsca. źródło: Gazeta Wyborcza Czyli kto kłamie: uczniowie, rodzice, nauczyciele czy dziennikarze? Nie wiem, kto kłamie. Natomiast tłumaczyłem to już wielokrotnie i wytłumaczę raz jeszcze, skąd – moim zdaniem – mogą pojawiać się tego typu informacje w przestrzeni medialnej. W trakcie tworzenia budżetu dla edukacji na 2026 rok przeglądaliśmy wszystkie kategorie wydatków z lat poprzednich i planowaliśmy ich wysokość na kolejny rok. Jedną z niewielkich kategorią w tym budżecie, wynoszącym 3 miliardy 789 milionów, były dwa konkretne paragrafy. Pierwszy to tak zwane wydatki rzeczowe, które zawierają między innymi wspomniany papier toaletowy, środki czystości i inne rzeczy wymagane do normalnej, bieżącej działalności szkoły. Drugi paragraf to wydatki związane z zakupem podręczników czy pomocy naukowych. Obydwa te paragrafy stanowią około 1,2% całości budżetu. Nad każdym paragrafem nawet jeśli ma tak mały udział procentowy pochylamy się z uwagą bo to są środki publiczne. Podczas analizy tych wydatków zauważyłem ogromne rozbieżności, nawet w placówkach o podobnej liczbie uczniów, kadry nauczycielskiej, rozmiaru sekretariatów czy kubaturze budynków. Niektórzy dyrektorzy zgłaszali zapotrzebowanie na 30 tysięcy złotych, a inni na 300 tysięcy w szkołach podstawowych i nawet do pół miliona złotych w liceach. Skąd aż takie rozbieżności? I to jest bardzo dobre pytanie. A jak brzmi odpowiedź? Że być może niektórzy dyrektorzy wpadli w pułapkę. Jeśli od wielu lat mieli limit na jakimś poziomie, to doliczali do tego inflację oraz wzrost kosztów i powiększali ten limit na kolejny rok. Dlatego więc trzeba zoptymalizować te wydatki w trakcie 2026 roku, by środki były dzielone sprawiedliwie na wszystkie placówki. Sumarycznie bowiem w tym roku przeznaczamy na te wspomniane wcześniej paragrafy, a więc wydatki rzeczowe i pomoce naukowe, nawet większą kwotę niż w 2025 roku. Użył Pan słowa „optymalizacja”. Ale umówmy się, kojarzy się to raczej z obcinaniem pieniędzy dla poszczególnych szkół. Nie powinno więc chyba dziwić, że dyrektorzy wypłakują się w mediach. Raz jeszcze podkreślam – nie ma żadnego ścinania środków. źródło: Google To żeby zakończyć temat braku papieru toaletowego w szkołach – obydwaj czytaliśmy te same artykuły. Raz jeszcze więc zadam to pytanie: kto kłamie? Nie nazwałbym tego kłamstwem. Co więcej, zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dyrektora szkoły mógł on poczuć pewne zaniepokojenie tą optymalizacją i – jako szef lub szefowa placówki – ma prawo zadawać różnego typu pytania, a my mamy obowiązek mu odpowiadać. I tak właśnie zrobiliśmy. Jeśli chodzi o budżet na 2026 rok, najpierw poinformowaliśmy o nim zespoły doradcze, które pełnią rolę takiego łącznika, a później przekazaliśmy informację władzom wszystkich jednostek oświatowych. Rozumiem więc początkowe niepokoje dyrektorów, ale dziś na spokojnie wszystko wytłumaczyliśmy. Może więc zabrakło komunikacji? Zmieniamy sposób komunikacji z wszystkimi jednostkami. Chcemy, aby informacje były przekazywane w jasny i regularny sposób. Od tego roku co miesiąc będziemy odbywać spotkania z dyrektorami – zarówno online, jak i stacjonarnie. Zresztą pierwsze już się odbyły. Podczas tych spotkań odpowiadamy na wszelkie pytania i wątpliwości. Stawiamy na znacznie większą otwartość niż dotychczas. No właśnie, bo dyrektorzy skarżyli się w mediach, że o planowanych cięciach dowiedzieli się po fakcie, zostali postawieni przed faktem dokonanym. Istnieje pewien proces tworzenia budżetu. Pewne decyzje musiały najpierw zapaść w naszym gronie, w departamencie i wydziale edukacji. Później od razu komunikowaliśmy te decyzje zespołom doradczym i dyrektorom jednostek. Uważam, że to adekwatny do sytuacji sposób komunikacji. Jeśli jednak dyrektorzy uważają, że warto coś poprawić to na pewno weźmiemy ich sugestie pod uwagę. Skoro rozmawiamy o szkołach, to zapytam młodzieżowym językiem: czyli ta imba w krakowskiej edukacji była o nic? Z punktu widzenia merytoryki i rzeczywistych cyfr wydaje się, że chodziło tu bardziej o emocje niż o rzeczywistość. Rzeczywistość jest ewidentnie pozytywna. Jacek Drabik / fot. archiwum prywatne Wydatki na edukację stanowią 40 procent budżetu miasta. Na co idzie najwięcej tych pieniędzy? Około 60 procent całego budżetu na edukację stanowią wynagrodzenia nauczycieli, administracji i osób, które zapewniają działanie szkoły. 25% to dotacje na zadanie bieżące a około 15% to wydatki związane z realizacją zadań statutowych. A może zabraknąć pieniędzy na te wypłaty? Nie wiemy, co się wydarzy, jeśli chodzi o decyzje organów centralnych, bo mogą pojawić się na przykład podwyżki dla nauczycieli lub inne rzeczy, na które nie mamy wpływu. I co wtedy? Tak samo jak to bywało wcześniej – jeśli nie otrzymamy równolegle środków rządowych to będziemy musieli znaleźć te środki w budżecie miasta. Wiem, że jest Pan od szukania oszczędności, ale… czy nauczyciele powinni zarabiać więcej? (uśmiech) Każdy zawód, wliczając w to zawód nauczyciela, zasługuje na pełną i ciągłą analizę wynagrodzenia. To konkretnie: gdyby to zależało od Pana, to dorzuciłby Pan nauczycielom po 500 złotych do pensji? Rozważyłbym to, ale podkreślam, że ta decyzja należy do organów centralnych. Natomiast ja nigdy, niezależnie od miejsca, w którym pracowałem, nie traktowałem edukacji jako wydatku. To jest najlepsza możliwa inwestycja – może na równi z obronnością – jaką może zrealizować państwo. Każda złotówka wydana na edukację zwraca się wielokrotnie. Wróćmy do budżetu Krakowa na edukację. Znalazł Pan jakieś luki, przez które przeciekają pieniądze? Ten rok będzie lepszy na tego typu analizy, bo uczestniczyłem w tworzeniu budżetu od początku do końca. W związku z tym doskonale wiem już na etapie jego tworzenia, jakie ruchy wykonaliśmy, czy środki są wydawane efektywnie i gdzie można szukać oszczędności. Zakończmy więc temat pieniędzy: gdyby miał Pan do dyspozycji dodatkowe 100 milionów na krakowską oświatę, to na co by je Pan przeznaczył? Na wszystko, co związane jest z nowymi technologiami, bo wkrótce każdy obywatel będzie się z nimi stykał i będzie to absolutna konieczność na rynku pracy. Do tego rozwój takich kompetencji jak: krytyczne myślenie, analiza i rozwiązywanie problemów, inteligencja emocjonalna, empatia, umiejętność wyciągania wniosków. ZOBACZ TAKŻE: Gibała przygotował folder wyborczy. Kraków jako prywatny plac zabaw Przeczytałem też w mediach, że – rzekomo – według miejskich danych w ciągu ostatnich pięciu lat Kraków stracił kilkanaście tysięcy uczniów. Dane pokazują zupełnie co innego: liczba uczniów w jednostkach oświatowych samorządowych w Krakowie rośnie z roku na rok. W roku szkolnym 2021/22 mieliśmy 99 tysięcy uczniów, a w roku szkolnym 2025/26 mamy ich ponad 105 tysięcy.  Jedyną jednostką, w której z roku na rok spada liczba dzieci, są przedszkola. I tutaj, w ciągu ostatnich pięciu lat, zaliczyliśmy prawie czternastoprocentowy spadek, co też objawiło się między innymi decyzją o zamknięciu jednego z przedszkoli, bo jego utrzymywanie byłoby nieracjonalne. Ten spadek jest jednak uwarunkowany demograficznie i dotyczy całej Polski.  Natomiast wzrost liczby uczniów we wszelkiego typu szkołach – podstawowych i ponadpodstawowych – oraz wzrost liczby studentów oznacza, że Kraków zbudowany jest na wiedzy. A dobrze wykształcona młodzież powoduje, że przychodzą tutaj nowe firmy, nowy biznes, nowe organizacje, które ściągają dodatkowe osoby, w związku z czym Kraków rośnie i się rozwija. Zabrzmiał Pan jak rasowy polityk, a jest Pan przecież pokazywany jako wzór „antykolesia”, który przyszedł do urzędu z biznesu, nie należy do żadnej partii. Ile razy zdążył już Pan pomyśleć, że wdepnął w niezłe bagno? Nigdy nie pomyślałem w ten sposób, bo moja decyzja o pracy w urzędzie była przemyślana i poparta chęcią wykorzystania swojego doświadczenia zarządczego zdobytego w biznesie. Przez 40 lat pracowałem w firmach, które w stu procentach oparte były na wiedzy, więc doskonale rozumiem ten obszar, którym się aktualnie zajmuję. Ale Urząd Miasta Krakowa to nie prywatna firma i nie da się przełożyć pewnych mechanizmów zarządzania biznesem. Od początku krzewię dewizę, że nie ma czegoś takiego, że się nie da, i moi współpracownicy zdają się to rozumieć. Przecież są choćby pewne uwarunkowania prawne, które nie pozwalają zarządzać wydziałem czy departamentem tak, jak prywatną firmą. Oczywiście. W prywatnym biznesie można zrobić wszystko, czego prawo nie zabrania. W samorządzie można robić tylko i wyłącznie to, na co prawo pozwala. I to oczywiście narzuca inny sposób działania, inne kroki, żeby dojść do celu. Czasami oznacza to jednak tylko dłuższy proces dochodzenia do zmiany, którą chce się wprowadzić. Ale są też sytuacje, gdy jakieś zmiany można osiągnąć szybciej, bo dzięki działalności w strukturze miasta ma się dostęp do wszystkich wydziałów, procesów i osób decyzyjnych. Czasem Pana obserwuję, gdy siedzi Pan zamyślony podczas sesji rady miasta. Słuchając niektórych radnych, myśli Pan sobie: o czym oni w ogóle gadają? (uśmiech) No, jest to inny sposób prowadzenia dyskusji niż w biznesie. Trzeba w nim znaleźć swoje miejsce. Jeśli więc ktoś zadaje mi pytanie, to staram się odpowiadać w sposób jasny, klarowny, merytoryczny i oparty na faktach. Nawet jeśli słyszę dokładnie to samo pytanie kolejny już raz na kolejnej sesji. Twierdzę, że tylko takie odpowiedzi będą przynosić rezultaty, choć czasem trzeba wykazać się dużą cierpliwością. *** * Jacek Drabik – dyrektor Departamentu Edukacji Urzędu Miasta Krakowa. Ukończył studia wyższe na Akademii Górniczo-Hutniczej na Wydziale Maszyn Górniczych i Hutniczych (aktualnie Wydział Inżynierii Mechanicznej i Robotyki). Pracował na AGH, zajmował stanowisko dyrektora ds. produkcji oprogramowania w Informatyczno-Budowlanej RoboBAT-IGE, związany ze spółkami Informatyka-Grafika-Elektroenergetyka i IGE-SOFT, gdzie zajmował się rozwojem oprogramowania. Był dyrektorem centrum oprogramowania i Country Managerem i wieloletnim prezesem zarządu w Motorola Solutions Systems Polska Sp. z o.o.  

Więcej…

Kiedyś tropił morderców. Dziś opowiada o zbrodniach [WYWIAD]

Kiedyś tropił morderców. Dziś opowiada o zbrodniach [WYWIAD]

23 grudnia 2025 | 07:40

Noże w rękach dzieci, siekiery na uczelniach, ataki bez motywu. – Kiedyś zbrodnie miały logikę. Dziś już jej nie ma – mówi nam Dariusz Nowak, były szef wydziału kryminalnego, a obecnie youtuber. W rozmowie z Łukaszem Mordarskim opisuje najbardziej brutalne zbrodnie oraz sprawy, których nie da się wymazać z pamięci. Większość z nich związana jest z Krakowem – miastem, w którym Nowak pracował jako policjant. Zdradza także, dlaczego wszedł do świata influencerów, czemu jego filmy oglądają setki tysięcy ludzi oraz ile zarabia na YouTube. *** Kanał Krakowski: W swoich nagraniach opowiadasz o setkach spraw kryminalnych: zabójstwach, gwałtach, wymuszeniach, rozbojach, kradzieżach. Która sprawa zrobiła na Tobie największe wrażenie? Dariusz Nowak: Na ten moment na pewno ta najświeższa, czyli niezwykle tragiczna i pierwsza tego typu sprawa w Polsce: zabójstwo 11-latki przez 12-latkę. Do tej pory najmłodszy zabójca w naszym kraju miał 14 lat. Prawo nie jest przygotowane na sytuację, w której morderca ma mniej niż 13 lat, bo nie można ścigać czy karać za przestępstwo karne kogoś, kto nie skończył tego wieku. Tymczasem dziewczynka, która jest zabójczynią, ma 12 lat. Na szybko nagrałem o tym materiał na swój kanał i po 16 godzinach miał 125 tysięcy wyświetleń. To pokazuje, że jest zapotrzebowanie na tego typu informacje. Że ludzie szukają odpowiedzi na wiele pytań, z którymi sami nie mogą sobie poradzić. Nasz kanał daje te odpowiedzi. I robię to ja, czyli osoba, która jest w branży wiele lat. Pewnie niewiele osób już pamięta, ale przez 10 lat byłem w pionie kryminalnym dochodzeniowo-śledczym. Byłem naczelnikiem wydziału w Nowej Hucie, a wówczas ta dzielnica byłą większa niż obecnie Kielce. Później byłem wieloletnim rzecznikiem policji. Więc naprawdę wiem, o czym mówię. Założyłeś swój kanał w czasach pandemii. W momencie, gdy na polskim YouTubie było już sporo podcastów typu true crime. Miałem wrażenie, że rynek jest nasycony, tymczasem Kryminalny Patrol bardzo szybko rozwinął. Czym on się wyróżnia? Wskazałbym cztery rzeczy. Pierwsza to moja wiarygodność, bo jestem byłem policjantem i osobą, która na co dzień komentuje wydarzenia kryminalne w mediach. Po drugie, jeździmy w miejsca, w których działy się rzeczy, o których opowiadam. Ludzie chcą poczuć atmosferę, klimat, zobaczyć, jak te miejsca wyglądają. Po trzecie, wyróżnia mnie język. Wiele lat temu, jak jeszcze żył profesor Walery Pisarek [wybitny językoznawca – dop. autor], mianowano mnie do Mistrza Mowy Polskiej. Dla mnie to był kosmos, bo moimi konkurentami byli ludzie z całej Polski: reżyserzy, aktorzy, wybitne postaci kultury i nauki… I nagle ja, policjant z Krakowa, dostaje taką nominację. Poprosiłem więc profesora Pisarka, by mi wyjaśnił dlaczego tak się stało, skoro ja czuję, że znalazłem się w tym towarzystwie przez przypadek. A on mi na to odpowiedział: mówi pan językiem prostym, ale nie prostackim. I takim językiem należy mówić do ludzi. No i po czwarte, przedstawiam historię w sposób obiektywny, trzymam się faktów, nie skupiam się na emocjonalnej stronie, ale próbuję tłumaczyć, dlaczego ktoś dopuścił się takich czynów, jak zabójstwo. Dariusz Nowak / fot. archiwum prywatne A jak wygląda sam proces twórczy? Jaki jest klucz doboru spraw? W części spraw, które przedstawiam, sam uczestniczyłem. Jestem więc świadkiem tych historii. Przykładem niech będzie najsłynniejsza krakowska sprawa kryminalna, czyli spawa skóry. Towarzyszy mi ona od 1999 roku. Byłem wówczas na tej barce, w której śrubę wplątała się skóra kobiety. Rozmawiałem z kapitanem tego statku, brałem udział w typowaniu sprawcy, śledziłem proces, a później – już jako rzecznik – opowiadałem o tej sprawie tysiące razy. Inna sprawa, którą bardzo dobrze znam z opowieści moich kolegów policjantów i jest jedną z moich ulubionych, to ta związana z obrazem Jana Matejki „Otrucie Królowej Bony”, który obecnie jest w Muzeum Narodowym w Krakowie. Obraz ten po wojnie został uznana za zaginiony, zniszczony lub zrabowany. I nagle, po wielu latach, znalazł się za sprawą… złodziei! Otóż „zaprzyjaźnili się” oni z samotną starszą panią, która cierpiała na demencję. Panowie regularnie ją odwiedzali, wmówili jej, że są jej siostrzeńcami, i wynosi z jej domu różne rzeczy, a następnie je sprzedawali. Pewnego razu seniorka powiedziała do nich, że za szafę wpadła jej obraz Matki Boskiej. Chłopakom się zrobiło żal, sięgnęli po ten obraz i… zorientowali się, że to nie jest żadna Matka Boska tylko Królowa Bona. Spróbowali więc sprzedać ten obraz i w ten sposób się odnalazł. Według wielu badań ponad połowa młodych ludzi chce zostać influenserami albo youtuberami. Ty nie jesteś już nastolatkiem, a jednak wszedłeś w ten świat internetu. Po co? Jestem człowiekiem, który zawsze łączył dwa światy. Z jednej strony była we mnie natura policjanta, a więc człowieka, który chce wiedzieć, jak najwięcej, ale zachowuje te informacje dla siebie. Z drugiej zaś strony była we mnie natura dziennikarza, który także chce wiedzieć jak najwięcej, ale po to, by te informacje jak najszerzej przekazywać. Być może dlatego, że moim znakiem zodiaku są bliźnięta, to łączę w sobie obie te natury. Mam chęć zbierania informacji, pokazania ich światu, a przy okazji pokazania siebie. To jednak nie jest kwestia gwiazdorzenia, tylko proponowania czegoś, co jest atrakcyjne, ale i wartościowe. Od początku wiedziałeś, że pomysł na kanał „zażre”? Praktycznie tak. Oczywiście na początku ten świat YouTuba był dla mnie obcy. Kiedy jednak, razem z dziennikarzem Mateuszem Kudłą, opublikowaliśmy pierwszy odcinek i zobaczyłem pod nim 20 wyświetleń, później 100 i 1000, to prawie oszalałem ze szczęścia. Kolejny odcinki miały coraz więcej wejść. Bałem się też komentarzy, bo chyba każdy boi się oceny, ale zobaczyłem, że ludzie piszą z szacunkiem o tym, o czym opowiadam. Piszą, że im się podoba, że dziękują za przestrogę, za praktyczne rady… Kiedy pojawiały się pierwsze pieniądze z YouTuba? Mniej więcej po roku z małym hakiem. Przez ten czas inwestowaliśmy z własnych kieszeni, dokładaliśmy do nagrań i wyjazdów. Cały czas łączyłeś i nadal łączysz to z pracą na etacie. Na czym zarabiasz więcej? Zdecydowanie na etacie. Z YouTuba nie dostaję dużych pieniędzy, bo – po pierwsze – by takowe były, musielibyśmy mieć regularne oglądalności na poziomie kilkuset tysięcy wyświetleń, a – po drugie – zyski dzielimy na trzech, czasem czterech, bo w tyle osób robimy ten kanał. Więc nawet jeśli YouTube przynosi nam w sumie 20 tysięcy miesięcznie, to – pod odbiciu kosztów – ja mam od 3,5 do 5 tysięcy złotych i mniej więcej o takim poziomie obecnie rozmawiamy. Dariusz Nowak / fot. archiwum prywatne Wspomniałeś już o kilku sprawach, które wywarły na Tobie wrażenie. A jest jakaś sprawa, do której często wracasz? Jest taka, o której bardzo często myślę, gdy przejeżdżam ulicą Lubicz, w pobliżu Dworca Głównego. Obecnie jest tam opuszczona, niszczejąca kamienica, ale kiedyś mieścił się w niej bardzo modny klub Ermitaż. W latach 90. był to jeden z najbardziej popularnych i najbardziej eleganckich klubów w mieście, do którego chodziły panie w eleganckich kreacjach i panowie w garniturach. Pewnego dnia wybrały się tam dwie 40-latki i poznały przystojnego dżentelmena. Jedna z pań tak bardzo się nim zauroczyła, że zabrała go do siebie do mieszkania do Nowej Huty. Nazajutrz znaleziono ją martwą. Była jednak tak samo ubrana, jak poprzedniego wieczoru, na jej ciele nie stwierdzono obrażeń, więc uznano, że zmarła z przyczyn naturalnych. Nie przeprowadzono sekcji zwłok, kobieta została pochowana. Kilka dni po pogrzebie na policję zgłosił się „Piękny Marian”, przedstawił się jako malarz (ostatecznie okazało się, że był malarzem, ale pokojowym) i skruszonym głosem oznajmił, że zamordował tę kobietę. Kolejna taka historia to sprawa związana z filmem „Pianista” Romana Polańskiego. Na planie tego filmu poznały się dwie osoby. On grał SS-mana. Ona żydówkę. Chwilę później, już w realnym życiu, obydwoje doszli do wniosku, że przeszkadza im „ten trzeci”, czyli mąż kobiety. Zabili go i zamurowali we wnęce w kuchni w swoim mieszkaniu w Krakowie. Następnie mieszkanie to wynajęli studentom, którzy narzekali na coraz większy smród. Wieszali nawet zapachowe choinki, ale na niewiele się to zdało. Generalnie tragikomedia. Po latach od odkrycia tej zbrodni do swojego krakowskiego mieszkania przyjechał Polański. Wszedł do kamienicy, w której mieszkał, a tam podszedł do niego sąsiad i mówi: Czy wie pan, że w mieszkaniu na przeciwko zabito człowieka? Polański oczywiście nic o tym nie wiedział. Dopiero później dowiedział się, że mordercy poznali się na planie jego filmu, a zabójstwa dokonali na wprost jego mieszkania. Jakbyś porównał kryminalny Kraków z latach 90. do czasów obecnych? Jest zasadnicza różnica, choćby jeśli chodzi o prowadzenie postępowania. Kiedyś policja miała informatorów, agentów, tajnych współpracowników, bo bez nich nie wiedziała, co się dzieje w środowisku przestępczym. Dziś tych ludzi w znacznym stopniu zastąpiła technika. Mamy choćby słynnego Pagasusa, ale też wszyscy mamy smartfony, profile w mediach społecznościowych… Wystarczy chwilę poklikać i już można się dowiedzieć wszystkiego o danym człowieku. Kiedyś, gdy popełniano zbrodnie, najczęściej zaczynało się od sporządzenia portretu pamięciowego, a jedynym śladem były odcinki linii papilarnych. Chociaż, tu ciekawostka, każdy człowiek ma też niepowtarzalną małżowinę uszną. Dzięki temu, w jednej ze spraw udało się znaleźć bandytę, który przed napadem nasłuchiwał, co się dzieje za drzwiami i przyłożył ucho do tych drzwi. Dopiero w latach dwutysięcznych pojawiły się badania DNA, bez których dziś nie wyobrażamy sobie kryminalistyki. Unowocześnione zostały też metody śledcze, pojawiła się np. osmologia, czyli ślady zapachowe. Jak usiadłeś na tym krześle, to technik jest w stanie zrobić tzw. konserwę zapachową i śledczy będą wiedzieć, że to ty tutaj siedziałeś. Nastąpił więc gigantyczny postęp. Ale jeśli chodzi o zbrodnie, to ludzie się zabijali, zabijają i będą zabijać. Tak, ale w latach 90. był rozkwit polskiej przestępczości zorganizowanej. Takiej mordowni, jak wtedy, nie było nigdy w powojennej historii polski. Gangsterzy zabijali się na ulicach, a epidemia strachu dotykała wszystkich. Jeśli zabito komendanta głównego policji, to – z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca – można było zabić każdego. Później ten świat mafijny się nieco ucywilizował, ale w miejsce mafii zaczęły wyrastać grupy pseudokibiców. Dzisiejsze kibolstwo odpowiada temu, czym niegdyś były Prószków czy Wołomin. Natomiast kiedyś, we wszystkich tych strasznych przestępstwach, była pewna logika. Coś na zasadzie: najpierw przestraszymy delikwenta, później go pobijemy, przestraszymy świadka, ewentualnie dokonamy zabójstwa. W dzisiejszych przestępstwach bardzo trudno dopatrzeć się logiki. Bo jak logicznie wytłumaczyć, że 12-latka wbija nóż 11-latce? Jak wytłumaczyć, że w Myślenicach chłopak idzie z nożem na policjanta? Jak wytłumaczyć, że strażnik więzienny zabija lekarza w krakowskim szpitalu? Jak wytłumaczyć, że sprawca wymachuje siekierą terenie uniwersytetu? A to tylko przypadki z ostatniego czasu. No i ludzie bardzo często do mnie piszą i zadają to jedno pytanie: dlaczego. Bez odpowiedzi na to pytanie, trudno jest wytłumaczyć sobie zbrodnie. Jeśli nie znamy logicznego uzasadnienia, wówczas sami się boimy, że możemy zostać zaatakowali, bo nie wiemy, dlaczego te ataki się zdarzają. W skali od 0 do 10 jak oceniasz bezpieczeństwo krakowian? Poczucie bezpieczeństwa jest czymś subiektywnym. Byłem kiedyś w Stanach Zjednoczonych. Poszliśmy do komendanta policji w Huston w Teksasie, gdzie prawo jest bardzo surowe, a wtedy mniej więcej raz w tygodniu była wykonywana kara śmierci. Akurat w tamtym czasie wykonywano karę śmierci na człowieku, który wpadł do sklepu i próbował go obrabować. Kobieta, która tam pracowała, broniła się, więc napastnik zdzielił ją kolbą pistoletu w głowę i zabił. Został skazany na karę śmierci. U nas usłyszałby pewnie zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci i dostałby za to kilka lat więzienia.  Ale wracając już do wizyty u tamtejszego komendanta. Zapytaliśmy go o wykrywalność przestępstw, o statystyki rozbojów, gwałtów, morderstw. Był bardzo zdziwiony, że o to pytamy, a szoku doznał wtedy, gdy powiedzieliśmy mu, że polska policja jest rozliczana właśnie na podstawie statystyk. Powiedział nam, że tamtejsi policjanci rozliczani są z tego, na ile bezpiecznie czują się mieszkańcy ich miasta, dzielnicy czy ulicy. Jeśli to poczucie bezpieczeństwa jest duże, to znaczy, że prawo i służby działają. I my wszyscy kształtujemy własne poczucie bezpieczeństwa na podstawie tego, co się dzieje na naszym osiedlu, na naszej ulicy. Jeśli w naszym miejscu zamieszkania czujemy się bezpiecznie, to dość wysoko oceniamy poczucie bezpieczeństwa. Dariusz Nowak / fot. archiwum prywatne A są w Krakowie miejsca, do których lepiej się nie zapuszczać? Jeśli istnieją, to wyłącznie w czyjeś głowie i powodowane jest to stereotypami. Ja od zawsze mieszkam w Nowej Hucie. Gdy jechałem gdzieś w Polskę, wszyscy mi współczuli, bo mówili, że tam to się dopiero dzieje. Ale ja nigdy nie czułem się zagrożony. Ostatnio czytałem, że Kraków został wybrany jednym z najbardziej bezpiecznych miast w Europie, szczególnie dla kobiet. Nie dziwię się. Niedawno byłem w Berlinie, gdzie nagrywaliśmy odcinek o tamtejszych gangach. Na własne oczy widziałem, jak podczas Oktoberfest, tuż obok namiotów z piwem, ludzie pili wódkę i brali narkotyki. Wyobrażasz sobie na Grodzkiej w Krakowie namioty z piwem i tłum naćpanych ludzi?  Ale to nie wszystko. W stolicy Niemiec mają poważny problem z gangami, tzw. klanami rodzinnymi. Członków tych grup jest więcej niż żołnierzy Bundeswery! I to naprawdę robi wrażenie, bo przebywając w berlińskim hotelu, w nocy słyszeliśmy strzały na ulicy. W mieście są dzielnice, do których lepiej się nie zapuszczać. To dawne dzielnicy uchodźców, głównie tych arabskich. Teraz ci Arabowie wzięli się za łby m.in. z Gruzinami i policja zupełnie sobie z tym nie radzi. Dlaczego o tym mówię? Bo mam wrażenie, że nasz kraj – jak i cała Europa – wpuszcza do siebie wszystkich w otwartymi rękami. Nagrywałem odcinek o Wenezuelczyku, który nielegalnie przyleciał do Hiszpanii i przez nikogo nie niepokojony przejechał aż Torunia, gdzie chwilę później zabił dziewczynę. Tymczasem, gdy jedziesz do Stanów Zjednoczonych, to nawet jak masz wszystkie pozwolenia i tak nie wiesz, czy cię wpuszczą. U nas wpuszczają prawie wszystkich, jeżeli tylko mają np. wizę turystyczną. Uważam, że musimy mieć większą kontrolę nad tym, kto wjeżdża, gdzie jest i co robi  , bo inaczej skończy się jak we wspomnianym Berlinie, gdzie na ulicach trwa wojna gangów.

Więcej…

Chanuka w Krakowie wywołała burzę. Hejt, propaganda i strach na ulicach miasta [WYWIAD]

Chanuka w Krakowie wywołała burzę. Hejt, propaganda i strach na ulicach miasta [WYWIAD]

18 grudnia 2025 | 08:35

– Jak tak dalej pójdzie, to dojdzie do tragedii – ostrzega Ewelina Pytel, pełnomocniczka prezydenta Krakowa ds. polityki równościowej. Po fali hejtu pod jej wpisem o Chanuce opowiada, jak rosyjska propaganda, mowa nienawiści i polityczne cyniczne kalkulacje realnie zmieniają atmosferę na ulicach miasta. Wystarczyła chanukowa świeca na krakowskim Kazimierzu, by w mediach społecznościowych wylała się fala hejtu. Ewelina Pytel mówi wprost: to nie przypadek, lecz mechanizm, który żeruje na strachu, antysemityzmie i nastrojach antyukraińskich – a korzystają na nim konkretni politycy. *** Kanał Krakowski: Opublikowała Pani dość nieoczywisty wpis w swoich mediach społecznościowych, zaczynający się od słów: „Od wczorajszego wieczoru usunęłam z mojego profilu ponad 50 antysemickich, hejterskich lub szerzących dezinformację komentarzy”. O co właściwie chodzi? Ewelina Pytel: Nie tylko ja, ale sporo osób zauważyło, że od jakiegoś czasu, gdy tylko ktoś podejmuje w mediach społecznościowych tematy Ukrainy, społeczności żydowskiej lub społeczności palestyńskiej, takie wpisy generują bardzo duże zasięgi, często wywoływane w sztuczny sposób. Chodzi o to, że pojawia się bardzo wiele komentarzy od osób, które nie są naszymi znajomymi ani obserwatorami naszego profilu. Algorytmy mediów społecznościowych sprawiają, że te posty wyświetlają się większej liczbie osób, licząc na to, że wzbudzą jeszcze większe emocje. A te emocje przekładają się na nienawistne, powielające propagandę i polaryzujące komentarze. W przypadku mojego profilu stało się tak po tym, jak wrzuciłam post o Chanuce. Napisałam, że jako przedstawicielka prezydenta Krakowa byłam na zapaleniu świec chanukowych na ulicy Szerokiej. Natychmiast pojawiły się dziesiątki komentarzy antysemickich i propagandowych. A doskonale wiemy, że właśnie o pogłębianie podziałów i napuszczanie ludzi na siebie chodzi między innymi Rosjanom… Skoro wspomniała Pani o propagandzie rosyjskiej, od razu przyszedł mi na myśl krakowski poseł Konfederacji, Konrad Berkowicz. On jest akurat osobą, która podbija takie tematy. ZOBACZ TAKŻE: Poseł z Krakowa suflował ruski przekaz. "Zdrada stanu" I ma największe zasięgi ze wszystkich krakowskich polityków. Jego działania oceniam bardzo negatywnie ze społecznego punktu widzenia. On po prostu, podobnie jak wielu polityków tej formacji, żeruje na najniższych instynktach ludzkich i doskonale wykorzystuje nastroje antyukraińskie czy antysemickie. Nie jestem w stanie zrozumieć polityków, którzy w celu osiągnięcia swojego politycznego interesu podburzają ludzi do mowy nienawiści. A nawoływanie do nienawiści i żerowanie na takich emocjach często prowadzi do przemocy fizycznej. Widzieliśmy to choćby w Australii i to nie był pierwszy taki przypadek. Zresztą w tym tygodniu ABW zatrzymała osobę, która planowała atak terrorystyczny na jeden z jarmarków bożonarodzeniowych w Polsce i także działała z pobudek ideologicznych. Ewelina Pytel W Krakowie ostatnio wyczuwalne są nastroje antyukraińskie. To trend ogólnopolski. Ale to Kraków przyjął w pierwszych tygodniach wojny największą liczbę uchodźców z Ukrainy. Czy ta zmiana nastrojów społecznych może spowodować poważny problem w naszym mieście? To fakt, że Ukraińcy coraz bardziej się boją, bo sama mam kontakt z osobami, które obawiają się rozmawiać po ukraińsku, idąc ulicą czy jadąc komunikacją miejską. Zresztą sama doświadczyłam nieprzyjemnej sytuacji, gdy szłam z przypinką w barwach ukraińskiej flagi i słyszałam nieprzyjemne komentarze. A przecież ta flaga – czy to w formie przypinki, czy na jakichś budynkach – jest symbolem solidarności, a nie żadnej podległości. Życzyłabym sobie, by politycy – także ci lokalni, aspirujący do wejścia na scenę ogólnopolską – zaprzestali suflować rosyjski przekaz i nie wykorzystywali mowy nienawiści, aby podburzać Polaków, bo jest to skrajnie niebezpieczne. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo będzie można już tylko czekać, kiedy w Polsce dojdzie do jakiejś tragedii. ZOBACZ TAKŻE: Oto zwycięzca w kategorii: Dzban Roku! Najpierw IKEA, a teraz TO Czy Kraków może coś z tym zrobić? Tylko proszę nie odpowiadać w stylu: „edukować i informować”, bo to banały. Ale to jest bardzo ważne! A jakieś konkrety? Choćby to, że bardzo sprawnie działa zespół do usuwania bazgrołów i mowy nienawiści z przestrzeni publicznej. Ścieżka przyjęcia zgłoszenia i działania jest bardzo szybka. Innym przykładem są choćby asystenci międzykulturowi, którzy działają w bardzo wielu krakowskich szkołach. Ich zadaniem jest między innymi łagodzenie napięć między uczniami i rodzicami. Staramy się także organizować jak najwięcej imprez, które integrują społeczność polską ze społecznościami z całego świata. Bo oczywiście społeczność ukraińska jest najliczniejsza, ale w Krakowie przybywa też Białorusinów czy Hindusów. Mile widziane są także wszelkie inne pomysły. Jeśli ktoś takie ma, zachęcamy, by się nimi podzielił. My na pewno podejmujemy działania oraz reagujemy na każdy przejaw dyskryminacji. Trudno nam jednak, wyłącznie z pozycji Krakowa, wpływać na dyskusję ogólnopolską. A niestety Kraków – tak jak i każde inne miejsce w Polsce – pada ofiarą tego języka nienawiści, który słyszymy od polityków. Ksenofobiczne nastroje odbijają się negatywnie na mieszkankach i mieszkańcach Krakowa. ZOBACZ TAKŻE: Działaczka Konfederacji zaprasza Rosjan, u Gibały szwalnia onuc. Kacapy przejmują Kraków?

Więcej…

Miał mieć pomysły, nie przyszedł na spotkanie. "Boi się" [WYWIAD]

Miał mieć pomysły, nie przyszedł na spotkanie. "Boi się" [WYWIAD]

09 grudnia 2025 | 07:58

– Gibała powiedział, że jest gotowy na rozmowę, ma pomysły. Więc z mównicy zaprosiłem go do gabinetu prezydenta. Nie przyszedł. Szkoda, bo mógłby przyjść choćby z ciekawości, po to, by zobaczyć, jak wygląda gabinet, w którym tak bardzo chce zasiąść – mówi nam Grzegorz Stawowy, szef klubu radnych Koalicji Obywatelskiej. W rozmowie z Łukaszem Mordarskim stwierdził, że zwolnienie rzekomych "kolesi", o których tak chętnie mówi Gibała, przyniesie efekt dla budżetu Krakowa za... osiem tycięcy lat!  – Zresztą o czym my w ogóle mówimy? Jak mamy na serio traktować osobę, która boi się merytorycznie dyskutować? Rozmowa z Gibałą na jakiekolwiek argumenty jest niemożliwa. On jest dobry tylko i wyłącznie w negowaniu absolutnie wszystkiego, co akurat proponuje obecny prezydent Krakowa – mówi Stawowy w wywiadzie dla Kanału Krakowskiego. *** Kanał Krakowski: Opozycja powtarza, że władze miasta zasypują dziurę w budżecie, sięgając do kieszeni mieszkańców. Macie coś na swoją obronę? Grzegorz Stawowy: Sytuacja budżetowa miasta jest trudna. Kraków ma braki praktycznie w każdej dziedzinie. Na przykład komunikacja miejska ma jeden z najniższych wskaźników zwrotu w biletach, a jednocześnie Kraków przeznacza na jej utrzymanie ponad miliard rocznie – to drugi wynik w Polsce. To oczywiste, że nikt nie chce podwyżek, ale sytuacja jest jaka jest. Ale przyzna Pan, że brzmi to kuriozalnie z ust radnego, który przez wiele lat miał realny wpływ na sytuację finansową Krakowa. Przecież Platforma współrządziła miastem. Radni nie mają wglądu w wewnętrzne sprawy urzędu. Gdy Aleksander Miszalski został prezydentem, dopiero wtedy dowiedzieliśmy się na przykład, że miasto ma miliard złotych zaległości w jednostkach i wydziałach. Są też różnego rodzaju zobowiązania, odroczone w czasie płatności, 700 milionów podwyżki dla nauczycieli… To naprawdę robią się duże kwoty. Czy to oznacza, że radni generalnie nie mają pełnej wiedzy o budżecie? Wiedzą tylko tyle, ile sami sobie znajdą. Nie znają szczegółów wydatków bieżących albo zadań statutowych, a tam kryje się najwięcej pieniędzy. Gdyby obecna opozycja – po przejęciu władzy – zaczęła rządzić tak, jak teraz głosuje, to byłaby w głębokim szoku. Grzegorz Stawowy i Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Z jednej strony mówi Pan o podwyżkach, które mają uratować budżet Krakowa. Z drugiej zaś strony przeciętny mieszkaniec nie odczuwa tej dziury budżetowej w codziennym funkcjonowaniu. Więc na przykład ja chciałbym, by miasto się nadal zadłużało, zamiast wprowadzać podwyżki. Zadłużenie ma pewne ograniczenia ustawowe i nie można ich przeskoczyć. Kraków zaczął się niebezpiecznie do tych ograniczeń zbliżać. No ale nie można inaczej naprawiać budżetu miasta, niż sięgać do kieszeni mieszkańców? Można na przykład zrezygnować z inwestycji, zamknąć szkołę lub dom kultury. O, i tego mieszkaniec nie odczuje, bo czegoś nie ma i nadal tego nie będzie. Niczego więc nie traci. Staramy się zrobić tak, by zbalansować skutki trudnej sytuacji budżetowej, choćby przez to, że zaczęliśmy pozyskiwać pieniądze zewnętrzne na inwestycje. W przyszłym roku będzie to rekordowa kwota. Ale to się dopiero wydarzy. Prezydent musiał zbudować strukturę, która o te środki będzie walczyć. Do tej pory nie było w urzędzie ani biura, ani wydziału, ani jednostki do spraw pozyskiwania funduszy zewnętrznych. Ba, nie było nawet człowieka, który wykonywałby tego typu zadania. Dlaczego to się dzieje tak wolno? Każdy system realizacyjny ma swoją cykliczność. Realne, wymierne efekty zobaczymy już w przyszłym roku. Opozycja twierdzi jednak, że są inne sposoby na naprawę budżetu miasta niż podnoszenie podatków i opłat. Czekałem na te sposoby przez całą debatę budżetową, która trwała osiem godzin! Nie padł ani jeden konkret. Co więcej, Łukasz Gibała powiedział publicznie, że jest gotowy na rozmowę, ma pomysły. Więc z mównicy zaprosiłem go do gabinetu prezydenta na spotkanie. Prezydent skinął głową, że się zgadza. Chcieliśmy usiąść w trzy osoby: prezydent, szefowie klubów. Ewentualnie urzędnicy zajmujący się finansami w mieście. Spotkanie miało się odbywać wczoraj (poniedziałek) o godzinie 14. I Gibała na to spotkanie nie przyszedł. Szkoda, bo mógłby przyjść choćby z ciekawości, po to, by zobaczyć, jak wygląda gabinet prezydenta, w którym tak bardzo chce zasiąść. No ale odmówił. W sumie mnie to nie zdziwiło, bo Łukasz boi się dyskutować z kimkolwiek. On tylko powtarza to, co mówią wcześniej jego koledzy. ZOBACZ TAKŻE: Gibała znów odkrywa Amerykę! Ta wypowiedź komentuje się sama Przecież to bodaj Gibała lub ktoś z jego klubu mówił, by poszukać oszczędności, zwalniając „kolesi”. Gdy przewodniczący rady miasta Jakub Kosek poprosił Gibałę, by wymienił pięć nazwisk, to ten nie potrafił wymienić ani jednego! Ale jest pierwszy, by krzyczeć: „zwolnijmy kolesi, będzie więcej pieniędzy w budżecie”. W porządku. Załóżmy, że w urzędzie jest zatrudnionych dziesięć osób, które – według Gibały – są „kolesiami”. Załóżmy, że każdy z nich zarabia około 10 tysięcy złotych. Miesięcznie daje to kwotę około 100 tysięcy złotych, a rocznie – około miliona. W budżecie Krakowa brakuje 8 miliardów. Czyli zwolnienie tych dziesięciu osób przyniesie efekt za… osiem tysięcy lat. To chyba dość długo opozycja każe czekać na sukces swojego pomysłu. Zresztą o czym my w ogóle mówimy? Padają jakieś oskarżenia o kolesiostwo, ale opozycja nie potrafi wskazać ani jednego nazwiska. Padają zarzuty, że źle gospodarujemy budżetem, ale opozycja nie ma ani jednego pomysłu. Padają słowa o gotowości do rozmowy, a Gibała nie przyjmuje zaproszenia na spotkanie z prezydentem. Jak więc mamy na serio traktować osobę, która boi się merytorycznie dyskutować? Rozmowa z nim na jakiekolwiek argumenty jest niemożliwa. On jest dobry tylko i wyłącznie w negowaniu absolutnie wszystkiego, co akurat proponuje obecny prezydent Krakowa, ktokolwiek nim nie jest. ZOBACZ TAKŻE: Kraków w pułapce podwyżek. Polityk PiS o błędach finansowych miasta [WYWIAD]

Więcej…

Kraków w pułapce podwyżek. Polityk PiS o błędach finansowych miasta [WYWIAD]

Kraków w pułapce podwyżek. Polityk PiS o błędach finansowych miasta [WYWIAD]

03 grudnia 2025 | 07:59

– Takiego chaosu i drożyzny w Krakowie jeszcze nie było – grzmi radny Maciej Michałowski. Jego zdaniem obecna ekipa rządząca popełniła szereg błędów, za które płacą wszyscy mieszkańcy. W rozmowie z Łukaszem Mordarskim polityk PiS wytyka uchybienia oraz przedstawia swoje pomyły na naprawę budżetu miasta. Dziś (środa, 3 grudnia) w sali obrad rady miasta odbędzie się sesja, podczas której radni dyskutować będą na temat przyszłorocznego budżetu. Najwięcej emocji budzą zaproponowana przez prezydenta podwyżka cen biletów na komunikację miejską oraz wydłużenie godzin strefy płatnego parkowania. *** Kanał Krakowski: Dość ostro krytykuje Pan podwyżki proponowane przez prezydenta Krakowa… Maciej Michałowski: Bo aż mi się nie chce wierzyć, że obecna ekipa rządząca jest na tyle skrupulatna. To znaczy? W tym roku zostały im jeszcze dwie opłaty, które można podwyższyć i właśnie to zrobili. Przypomnę, że w tym roku już podwyższono: podatek od nieruchomości, cenę za wodę, opłatę za śmieci, a także inne drobne opłaty, choćby podatek od środków transportu. Zostały więc jeszcze dwie „perełki”: ceny biletów komunikacji miejskiej oraz strefa płatnego parkowania. Byłem przekonany, że Aleksander Miszalski nie zdecyduje się na podwyżki tych opłat, a jednak mu się to udało. Pomimo że w poprzedniej kadencji radni z jego klubu byli kategorycznie przeciw takim podwyżkom. Dziś ja jestem zdecydowanie przeciw, by ograniczać mieszkańcom dostęp do komunikacji miejskiej poprzez podwyżki cen biletów. I to jakie podwyżki! Podobnie jest ze strefą płatnego parkowania, która ma obowiązywać dłużej i siedem dni w tygodniu. Dla mnie taka sytuacja jest nielogiczna. Jeśli dorzucimy do tego Strefę Czystego Transportu i jej zapisy, Kraków stanie się miastem trudnym do życia. Zniechęcamy ludzi do komunikacji miejskiej, zniechęcamy do jazdy samochodami – to co nam zostaje? Chyba tylko „przesiadka” na własne nogi i chodzenie pieszo. Łatwo Panu krytykować podwyżki, bo jest Pan w opozycji. Czyli robi Pan dokładnie to, co robiła PO, gdy nie rządziła. To populizm. Wszystko można krytykować, gdy nie ponosi się za swoje słowa żadnych konsekwencji. To święte prawo opozycji, by krytykować rządzących. Ale my krytykujemy merytorycznie. Już niejednokrotnie zwracaliśmy uwagę, gdzie należy szukać oszczędności w mieście, aby później nie sięgać do kieszeni mieszkańców. Dam konkretne przykłady. Już dawno mówiłem, że Kraków powinien mieć przygotowany realny program budowy parkingów lokalnych. Jeśli takie parkingi powstaną, wówczas prezydent może wprowadzać całodobową strefę płatnego parkowania za maksymalną stawkę. Nie będę miał nic przeciwko. Ale tylko wtedy, gdy powstanie ta sieć lokalnych parkingów! Sesja Rady Miasta Krakowa / fot. Łukasz Michalik Jeśli chodzi o komunikację miejską, także zwracałem uwagę, by zabezpieczać torowiska, tak by później nie trzeba było przeprowadzać kosztownych remontów. To są konkretne rozwiązania. Tymczasem prezydent wybrał najprostsze rozwiązanie – podnosi wszystkie opłaty, które się da. Boję się jednak efektu, który w ekonomii pokazuje Krzywa Laffera. Przekładając to na krakowski przypadek: do pewnego momentu można podwyższać ceny biletów na autobusy i tramwaje, ale w końcu wielu mieszkańców zrezygnuje z komunikacji miejskiej i przesiądzie się do samochodów. Tymczasem powinniśmy zachęcać krakowian do podróży komunikacją miejską. Zależy nam, by liczba pasażerów rosła, bo przypomnę, że płacimy za wozokilometry, a nie za liczbę pasażerów w autobusie czy tramwaju. Przecież już teraz w niektórych autobusach czy tramwajach panuje ścisk. Przechodzimy więc do kolejnego problemu: zrównoważonego rozwoju miasta pod względem infrastruktury tramwajowej i autobusowej. Jeszcze kilka lat temu tramwaje kursowały znacznie częściej niż dzisiaj. I co się stało? To dobre pytanie do władz Krakowa: dlaczego są cięcia w kursowaniu tramwajów i autobusów. Zacytuję Pana Aleksandra Miszalskiego z wywiadu dla „Gazety Krakowskiej”: „Mamy taką sytuację, że z jednej strony opozycja i mieszkańcy często wyrażają swoje zaniepokojenie stanem budżetu miasta Krakowa, rosnącym zadłużeniem, brakami w dochodach. Z drugiej strony, jeżeli proponujemy jakiekolwiek podwyżki, to spotykają się ze sprzeciwem.” Nie zgadzam się z tym, ponieważ jeśli chodzi o podwyżki, sam zaproponowałem jedną. I nawet prezydent Stanisław Kracik bił barwo, kiedy mówiłem, że miasto powinno podnieść opłatę za zajęcie pasa drogowego przez tzw. okrąglaki. To nie jest więc tak, że jesteśmy przeciwko wszelkim podwyżkom. Sami je również proponujemy. Ale nie można obarczać mieszkańców odpowiedzialnością za trudną sytuację budżetową. Przypomnę, że mamy rekordowe tempo zadłużenia za obecnego prezydenta! Przede wszystkim prezydent i jego zastępcy powinni zacząć od siebie i od cięć własnych wydatków, choćby na promocję w mediach. Powinni też zrezygnować z imprez, które są za drogie i niepotrzebne Krakowowi w obecnej sytuacji finansowej. Weźmy choćby choinkę na Rynku, której „zapalanie” miało kosztować 110 tysięcy złotych. Impreza na kilka minut, tylko po to, by ogrzać się w blasku fleszy. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Trzeba ograniczać niepotrzebne wydatki i inwestycje. Nie można zachowywać pełnego standardu, rozdawać pieniądze na prawo i lewo, a gdy ich zabraknie sięgać do kieszeni mieszkańców. W taki sposób nie planuje się budżetu! ZOBACZ TAKŻE: Sąd zajmie się sprawą ataku w urzędzie. "Posunęli się za daleko" [WYWIAD] Czyli sugeruje Pan cięcia i zaciskanie pasa? Zdecydowanie tak. Dziś wydajemy setki tysięcy, a wkrótce miliony złotych na budowę metra, gdzie nie ma nawet pomysłu na finansowanie tej inwestycji. Czy to rzeczywiście jest potrzebne? O budowie metra mówił chyba każdy kandydat na prezydenta w kampanii wyborczej, także kandydat PiS. Po części jest to też pokłosie referendum z 2014 roku, gdy krakowianie opowiedzieli się za metrem. Nie chodzi mi o samą inwestycję, ale o sposób jej prowadzenia. Gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość, wiedzieliśmy, jak znaleźć pieniądze na inwestycje. Dziś wiem też, jak Kraków powinien znaleźć finansowanie budowy metra, ale może nie będę podpowiadał prezydentowi… Może jednak Pan podpowie? Myślę, że prezydent nie korzysta ze swoich narzędzi. Czyli? Jednym z rozwiązań jest specustawa, która pozwoli na dofinansowanie budowy metra. Ale nie słyszę, by Kraków lobbował w Warszawie. Jeśli prezydent nie wpłynie na rząd, to kto da nam pieniądze na taką inwestycję? Kraków ze swojego budżetu tego nie zrobi, a nie słyszałem o żadnym programie unijnym, z którego można pozyskać środki na metro. No to teraz proszę o konkrety – pięć pomysłów na poprawę sytuacji finansowej miasta bez podwyżek dla mieszkańców. Po pierwsze: mniej wydatków na marketing i promocję prezydenta i wiceprezydentów, mniej wydatków na artykuły sponsorowane i reklamy w mediach. Po drugie: realne, bieżące utrzymywanie infrastruktury, aby w przyszłości nie trzeba było robić wielkich, kosztownych remontów co kilka lat w tym samym miejscu. ZOBACZ TAKŻE: TYLKO U NAS. Dotarliśmy do tajnego planu Gibały w sprawie referendum Po trzecie: sprawdzenie, czy reforma przeprowadzona przez prezydenta w strukturze urzędu (liczba wydziałów, powołanie departamentów, liczba pełnomocników itd.) jest rzeczywiście niezbędna i czy nie kosztuje za dużo. Mam poważne wątpliwości. Po czwarte: rezygnacja z wydarzeń, na które zapraszamy światowe lub polskie gwiazdy, które dużo kosztują. W ich miejsce można zapraszać krakowskich artystów. Po piąte: ograniczenie wydatków na promocję Krakowa, reklamę miasta i jego programów. Po co było wydawać milion złotych na promocję Strefy Czystego Transportu w internecie? Odpowiem od razu: po nic. To były pieniądze wyrzucone w błoto. A jest coś, co prezydent Miszalski zrobił dobrze, jeśli chodzi o budżet? Jeśli prezydent mówi prawdę i dojdzie to do skutku, mogę go pochwalić za zakup szlifierki do torów tramwajowych, bo to znacząco ograniczy wydatki bieżące na utrzymanie infrastruktury torowej w Krakowie.

Więcej…

Sąd zajmie się sprawą ataku w urzędzie. "Posunęli się za daleko" [WYWIAD]

Sąd zajmie się sprawą ataku w urzędzie. "Posunęli się za daleko" [WYWIAD]

01 grudnia 2025 | 07:16

– Problem rozpoczął się w momencie, gdy ci panowie zaczęli rozrabiać. I właśnie wtedy powinni zostać opanowani, a nawet spacyfikowani, bo posunęli się już za daleko – mówi nam Adam Młot*, który ponad dwie dekady zajmował się bezpieczeństwem w Krakowie. – Te biedne dziewczyny na dzienniku podawczym mają pełne prawo czuć się poszkodowane w tej sprawie. Rozmówca Łukasza Mordarskiego odnosi się do sytuacji, w której dwóch zamaskowanych mężczyzn w białych kombinezonach wtargnęło do krakowskiego magistratu i pryskało nieznaną substancją. Pracownice dziennika podawczego przeżyły chwile prawdziwego przerażenia. *** Kanał Krakowski: Nie milkną echa ataku „białych ludzików” na urząd miasta, a sprawa nawet nabiera rozpędu. Obecnie jesteśmy na etapie, w którym autorzy ataku wypłakują się w internecie, że ich wybrykiem zajmują się organy ścigania. Powinny się zajmować, skoro – według autorów ataku – to taka błaha sprawa? Adam Młot: Przede wszystkim muszę zastrzec, że w żadnym momencie nie będę się odnosił do tego wydarzenia przez pryzmat polityczny, a wyłącznie przez pryzmat bezpieczeństwa. I z jednej strony ta sprawa wydaje się nieco śmieszna i nawiązuje swobodnie do Pomarańczowej Alternatywy. Z drugiej – może budzić przerażenie, szczególnie pań, które były wówczas na dzienniku podawczym. To właśnie ich zeznania i ich postawa powinny zdeterminować to, co dalej się stanie z tą sprawą. Moim zdaniem to one są poszkodowanymi. A jeszcze z trzeciej strony – ja jestem z pokolenia, że jak się narozrabiało, to brało się to „na klatę” i ponosiło konsekwencje. Gdybym w jakimś przepływie szaleństwa wymyślił taki numer, który w gruncie rzeczy wcale nie jest fajny, to następnego dnia zameldowałbym się w magistracie z wielkim koszem kwiatów i przeprosił te panie za całe zamieszanie. Żart jest dobry jeżeli śmieszy wszystkich. WIĘCEJ O ATAKU PRZECZYTACIE TUTAJ: Sterroryzowali urzędniczki. Dziś "płaczą", bo sprawa trafiła do sądu Bo proszę zwrócić uwagę, jak wyglądała sytuacja: dwóch przebranych w białe kombinezony, nadpobudliwych i zamaskowanych panów wchodzi do urzędu i zaczyna pryskać jakąś nieznaną substancją… Można się przestraszyć? No chyba można. Być może tacy ludzi nie powinni w ogóle być wpuszczani do urzędu? Tacy, to znaczy jacy? Odkąd pamiętam, czyli od 25 lat, magistrat starał się być otwarty dla mieszkańców. Nawet tych nadpobudliwych, w białych kombinezonach i w maseczkach? Do maseczek się trochę przyzwyczailiśmy. Do białych kombinezonów mniej, ale… dlaczego nie? Dlaczego ktoś miałby weryfikować petentów po stroju? Ludzi, którzy chodzą dziwacznie ubrani, jest mnóstwo. I czy to jest powód, by ich zaczepiać? Adam Młot tuż po skoku spadochronowym na Rynku Głównym w Krakowie / fot. archiwum prywatne Czyli nie ma Pan nic do zarzucenia strażnikom miejskim, którzy stali i się śmiali? Straż miejska nie odpowiada za bezpieczeństwo magistratu. Magistrat ma swoją służbę ochrony, swoje służby bezpieczeństwa. To oni są od tego, żeby chronić urząd. Straż miejska jest od tego, żeby pilnować porządku publicznego po drugiej stronie drzwi, czyli na zewnątrz. Gdyby został zakłócony porządek przed magistratem, powinni interweniować. Proszę też pamiętać, że tę akcję przeprowadzili ludzie, którzy są raczej znani w urzędzie, dziennikarze… …muszę zaprotestować. To zwykli patoaktywiści lub – w najlepszym wypadku – zbrojne ramię Łukasza Gibały… …oni wcześniej także przychodzili do urzędu i żadne maseczki nie przeszkodziły w tym, by ich rozpoznać. Czyli straż miejska zachowała się wzorcowo? Tego nie wiem do końca, dlatego że cały przebieg zdarzenia znamy z relacji prasy. A to, przepraszam panie redaktorze, nie jest do końca wiarygodne. Nie chcę też oceniać zachowania panów z ochrony urzędu, bo do pewnego momentu to zdarzenie wyglądało normalnie. Weszli jacyś ludzie – choć dziwnie ubrani, to fakt – do magistratu i chcieli złożyć jakieś papiery na dziennik podawczy. A tam każdy ma prawo wejść. Problem rozpoczął się w momencie, gdy ci panowie zaczęli rozrabiać. I właśnie wtedy powinni zostać opanowani, a nawet spacyfikowani, bo posunęli się już za daleko. Tłumaczyli, że użyli tylko odświeżacza powietrza. No ale skąd te biedne dziewczyny na dzienniku podawczym miały o tym wiedzieć? Według mnie to jest właśnie sedno problemu. Przecież te pracownice mogły się przerazić, bo nie miały pojęcia, co jest rozpylane. Mają pełne prawo czuć się poszkodowane w tej sprawie. ZOBACZ TAKŻE: Urząd wprowadza nowe procedury po ataku. "Wyciągnęliśmy wnioski" [WYWIAD] Lokalni politycy mówili nawet o akcie terroryzmu. No i tutaj dochodzimy do kolejnego problemu. W całej Polsce obowiązuje drugi stopień zagrożenia terrorystycznego BRAVO. Wiemy, w jakiej sytuacji geopolitycznej jesteśmy, a za naszą granicą jest wojna. I musimy na tę akcję spojrzeć także z tej perspektywy. Jeśli się przyzwyczaimy, że do magistratu mogą wchodzić zamaskowani ludzie i czymś pryskać, to za chwilę to może już nie być happening, a atak terrorystyczny. Nie można stracić wrażliwości na tego typu zdarzenia. Adam Młot / fot. archiwum prywatne Teraz sprawcy pożalili się w internecie, że mogą zostać ukarani za umieszczanie materiałów w miejscach publicznych bez zgody zarządcy oraz za zakłócanie porządku publicznego. Czy te zarzuty nie umniejszają rangi zdarzenia? Sąd powinien ustalić realny przebieg zdarzeń, skutki tych zdarzeń i dopiero wtedy wymierzyć karę. Raz jeszcze podkreślę, że kluczową rolę powinno odegrać to, jak ten atak odebrali ludzie – te dziewczyny z dziennika podawczego. ZOBACZ TAKŻE: Żart, który pachnie prokuraturą. A Borejza w sandałach szczuje i poucza Czy radykalizacja i brutalizacja języka politycznego wpływa na bezpieczeństwo, czy akurat tym zupełnie nie powinniśmy się przejmować? Fakt, że opinia publiczna staje się coraz bardziej czarno-biała i że jeśli ktoś ma inne zdanie, to od razu staje się naszym wrogiem, na pewno wpływa na poczucie bezpieczeństwa. W tej chwili mamy już do czynienia z sytuacjami, że nawet rodziny się rozpadają, dlatego że ich członkowie mają różne zdania polityczne. Że dochodzi do awantur i rękoczynów wśród znajomych… Taki podział społeczeństwa na pewno wpływa na osobowość ludzi, co przekłada się na poziom agresji. Politycy na pewno się do tego przyczyniają. Trudno się nie obruszyć, skoro skazany prawomocnym wyrokiem (między innymi za próbę przekupstwa i groźby pozbawiania życia) człowiek, Mateusz Jaśko, zasiada w Radzie Dzielnicy V Krowodrza. To jest niezwykle ciekawa rzecz, że taki człowiek może być radnym. Formalnie radnym nie jest, tylko członkiem rady dzielnicy. I na tym polega cały ten cyrk. Ale jest wybierany w powszechnych wyborach. Nomenklatura nie ma tu znaczenia, nie czepiajmy się kruczków prawnych, bo chodzi o szerszy kontekst. A ten jest taki, że prawo w tym zakresie powinno być jak najszybciej zmienione. Osoba, która jest skazana za przestępstwo kryminalne, za przestępstwo umyślne, nie powinna pełnić żadnych funkcji publicznych! *** ZOBACZ TAKŻE: Policyjna pętla zaciska się na "białych ludzikach". Już dwa postępowania * Adam Młot – przez ponad 20 lat zajmował się szeroko pojętym bezpieczeństwem w Krakowie. Pełnił różne funkcje: był komendantem Straży Miejskiej Miasta Krakowa, dyrektorem Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego UMK oraz pełnomocnikiem prezydenta Jacka Majchrowskiego ds. bezpieczeństwa.

Więcej…

Wantuch miażdży hipokryzję. "Wszyscy wiedzą, że S7 pojedzie przez Kraków, ale wolą kłamać"

Wantuch miażdży hipokryzję. "Wszyscy wiedzą, że S7 pojedzie przez Kraków, ale wolą kłamać"

28 listopada 2025 | 07:20

– Ludzie nie chcą, by mówić im prawdę. Ludzie chcą być okłamywani. Ludzie nie lubią polityków, którzy mówią prawdę, bo chcą mieć nadzieję, chcą się łudzić… – uważa były krakowski radny Łukasz Wantuch. Jako jeden z nielicznych publicznie opowiada się za budową S7 przez Kraków. – Myślę, że decyzja co do wariantu została już podjęta przez ministerstwo. I cieszę się, że dyrektor GDDKiA na razie nie uległ protestującym – mówi Wantuch w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. *** Kanał Krakowski: Aleksander Miszalski mówi: „Nie dla S7 przez Kraków”. Łukasz Gibała mówi: „Nie dla S7 przez Kraków”. PiS mówi: „Nie dla S7 przez Kraków”. Takiej zgodności chyba nigdy nie było. Do tego protestują mieszkańcy… Łukasz Wantuch: …a ja jestem głosem rozsądku w tym wszystkim i mówię: „Tak dla S7 przez Kraków!”. Jednocześnie rozumiem mieszkańców południa Krakowa, którzy protestują, bo sam bym protestował, gdyby pod oknami mojego domu miała przebiegać droga szybkiego ruchu. Nie rozumiem natomiast, dlaczego w tym wszystkim brakuje głosu, który odpowie na pytanie: gdzie w takim razie ta S7 ma się łączyć z A4? Bo jeśli ma omijać Kraków, to są dwie możliwości: może się łączyć w okolicach Balic lub w okolicach Wieliczki. Tylko wtedy to tam będą protestować. A nawet – pomijając już protesty – jeśli zrobimy łącznik daleko od Krakowa, to mieszkańcy naszego miasta nadal będą jeździć starą zakopianką, bo po prostu będą mieć bliżej. ZOBACZ TAKŻE: Ostry atak na prezydenta. "Komunikacja drożeje, bo w Krakowie rządzi chaos" [WYWIAD] Dlatego włączmy w tym wszystkim zdrowy rozsądek. Tak naprawdę budowa S7 w Krakowie, bez względu na to, który wariant zostanie wybrany, utrudni życie pięciu tysiącom mieszkańców. Ale podkreślam raz jeszcze: rozumiem ich protesty. Najgorsze, co mogłaby dziś zrobić kierownictwo GDDKiA, to wycofać się z tych planów i rozpocząć konsultacje na nowo. A jak w takim razie wytłumaczyć sprzeciw polityków wszystkich opcji? Jeśli chodzi o polityków, to mam wrażenie, że wszyscy zdają sobie sprawę, że decyzja została już podjęta. Z tego, co wiem – a rozmawiałem z różnymi osobami na temat sytuacji GDDKiA – żaden dyrektor regionalnego oddziału nie podjąłby takiej decyzji, gdyby nie miał poparcia z góry. Myślę więc, że lokalni politycy uważają, iż skoro konsultacje społeczne są niezbędne, to niech się odbędą i tyle. Co im teraz szkodzi być przeciwko S7? Uważa Pan, że decyzja została podjęta? Trudno sobie wyobrazić sytuację, że mamy piękną S7 od Gdańska aż do Zakopanego, tylko w Krakowie, na odcinku 30 kilometrów, jest dziura. Łukasz Wantuch To co by Pan powiedział protestującym? Że S7 musi przebiegać przez Kraków! Rozumiem ich protesty, dlatego jestem zwolennikiem wysokich odszkodowań. Jeśli ktoś nie robi problemów, powinien dostać 120, a nawet 150 procent tego, co mu się należy. W skali całej inwestycji to są grosze. Ale nawet wtedy znajdą się tacy, którzy – w ramach protestu – przykleją się do asfaltu. Zawsze ktoś będzie protestował, pytanie tylko: w której gminie. Ale nie ma innej możliwości – dróg nie buduje się w powietrzu. S7 gdzieś musi się łączyć z A4. Uważam, że już dawno powinno się rozpocząć prace nad jej budową. Powiedzmy ludziom: „Rozumiemy wasz gniew, macie tu 150 procent odszkodowania” i róbmy tę drogę, bo inaczej Kraków nadal będzie stał w gigantycznych korkach. Stanąłem naprzeciw nich i powiedziałem im prosto w twarz, że te podwyżki są konieczne. Ludzie byli wściekli! Wziąłem to jednak na klatę. Dyrektor krakowskiego oddziału GDDKiA mniej więcej to próbuje mówić, a protestujący chcą go wywieźć na taczkach. Myślę, że decyzja co do wariantu została już podjęta przez ministerstwo. I cieszę się, że dyrektor na razie nie uległ mieszkańcom. ZOBACZ TAKŻE: Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie Jak scenariusz Pan przewiduje na najbliższe dni i tygodnie? Będzie coraz większe zamieszanie. Będą coraz większe protesty. I będą coraz większe zapewnienia ze strony polityków, że oni są przeciwko… Uważam, że opóźnienie tej inwestycji jest ze szkodą dla 95 procent mieszkańców Krakowa. Politycy są aż tak głupi, by walczyć o głosy tych pozostałych 5 procent? To jest taki samonapędzający się mechanizm, który – jak już został wprawiony w ruch – tak sobie jedzie. Uważam, że zasadniczy problem powstał na etapie przedstawienia sześciu wariantów. Trzeba było pokazać jeden, dominujący wariant. Wtedy protestowaliby tylko ci, którzy stracą na tym wariancie, a reszta byłaby szczęśliwa. Pokazanie sześciu wariantów miało nieco uspokoić sytuację, a wywołało efekt odwrotny, generując niezadowolenie wszystkich, co do których zachodzi choćby prawdopodobieństwo, że droga może iść pod ich oknami. Skoro według Pana decyzja jest już podjęta, to po co Aleksander Miszalski pisze na swoim Facebooku, by mieszkańcy wyrażali swoje opinie w konsultacjach? To nie jest kwestia Miszalskiego, Gibały czy PiS-u. Oni wszyscy mają taki sam sposób myślenia. A według mnie ludziom trzeba mówić brutalne rzeczy prosto w oczy i wziąć na klatę ich niezadowolenie. Pamiętam sytuację, gdy byłem jeszcze radnym: wszedłem do sali obrad, a tam czekała grupa dwustu niezadowolonych mieszkańców, którzy protestowali przeciwko podwyżce cen za wywóz śmieci. Stanąłem naprzeciw nich i powiedziałem im prosto w twarz, że te podwyżki są konieczne. Ludzie byli wściekli! Wziąłem to jednak na klatę. Myślę, że nasza krakowska klasa polityczna także powinna powiedzieć, że budowanie łącznika S7 z A4 poza Krakowem oznacza, że mieszkańcy naszego miasta w ogóle z tego łącznika nie skorzystają. Trudno to będzie powiedzieć prezydentowi, który jeszcze jako poseł protestował przeciwko S7 w Krakowie. Komu więc wypada mówić tę brutalną prawdę? Ja mogę mówić brutalną prawdę, zresztą zawsze to robię i dlatego nie jestem już w samorządzie. Ludzie nie chcą, by mówić im prawdę. Ludzie chcą być okłamywani. Ludzie nie lubią polityków, którzy mówią prawdę, bo chcą mieć nadzieję, chcą się łudzić… I niestety nasi politycy nie mówią prawdy. Nie mówią: „Proszę wziąć mapę i wskazać, którędy ma przebiegać ta droga, by nikt nie protestował”. No którędy? To może się Pan zaangażuje w mediacje między GDDKiA a protestującymi? Nie, bo tu nie ma już miejsca na rozsądną rozmowę. Nie ma już przestrzeni dla racjonalnych argumentów. To wszystko poszło już za daleko, a zasadniczym błędem było pokazanie aż sześciu wariantów. Skoro nie ma miejsca na rozmowę, należy użyć argumentu siły, rozgonić protestujących i jechać jak taran? Najgorsze, co mogłaby dziś zrobić kierownictwo GDDKiA, to wycofać się z tych planów i rozpocząć konsultacje na nowo. ZOBACZ TAKŻE: Gdzie sens, gdzie logika? Protest, który trafił kulą w płot

Więcej…

Ostry atak na prezydenta. "Komunikacja drożeje, bo w Krakowie rządzi chaos" [WYWIAD]

Ostry atak na prezydenta. "Komunikacja drożeje, bo w Krakowie rządzi chaos" [WYWIAD]

27 listopada 2025 | 08:41

– To łatanie dziury łyżeczką do herbaty – mówi Mariusz Kękuś, ostro krytykując plan podwyżek cen biletów na komunikację miejską. Krakowski radny PiS, wiceprzewodniczący komisji budżetowej i finansów, uderza w politykę Aleksandra Miszalskiego, nazywając ją chaotyczną i szkodliwą dla mieszkańców. Polityk PiS nie zostawia na prezydencie suchej nitki. Wylicza błędy, przestrzega przed kolejnym kryzysem i żąda zewnętrznego audytu. W rozmowie z Łukaszem Mordarskim obciąża winą władze miasta (obecne i poprzednie) oraz zapowiada, że nie poprze żadnych podwyżek, bo "prezydent po prostu stracił kontrolę nad finansami". *** Kanał Krakowski: Jak się Pan odnosi do zaproponowanej przez prezydenta podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej? Mariusz Kękuś: Nie zaskakuje mnie ta propozycja. Przecież ja cały czas krytykuję nieudolne zarządzanie miastem i wielokrotnie zwracałem uwagę na to, że zapłacą za to mieszkańcy. I tak się dzisiaj dzieje, bo – proszę zauważyć – pan prezydent przygotowuje projekty uchwał uderzających pośrednio albo bezpośrednio właśnie w mieszkańców. Na przykład? A choćby to, że ostatnio rada miasta, głosami KO i Lewicy, obniżyła dotacje dla niepublicznych żłobków. Wcześniej obniżono dotacje dla niepublicznych przedszkoli niesamorządowych. Mieszkańcy donoszą o cięciach kursów komunikacji miejskiej. Teraz dowiadujemy się o planowanej, drastycznej podwyżce cen biletów, wydłużeniu godzin funkcjonowania strefy płatnego parkowania…. Niestety budżet jest w fatalnym stanie, ale czemu mieszkańcy mają płacić za błędy w zarządzaniu miastem? To jest pytanie, które stawiam od jakiegoś czasu, bo po cichu pogarsza się komfort życia mieszkańców. Fakty są jednak takie, że miasto od zawsze dopłacało grube miliony do autobusów i tramwajów. Po prostu ceny biletów, nawet po podwyżkach, i tak nie równoważą kosztów funkcjonowania komunikacji. Chodzi o to, żeby złapać jakiś balans. Proszę pamiętać, że miasto od kilku lat zachęca mieszkańców, by przesiadali się z samochodów na komunikację zbiorową, zapewniając, że ta komunikacja jest sprawna, tania i wygodna. No ale jak jest sprawna i wygodna, skoro mamy coraz mniej kursów? Jak jest tania, skoro będzie coraz droższa? ZOBACZ TAKŻE: Miszalski w akcji. Decyzje, które bardziej śmieszą niż pomagają [RANKING] Miasto wprowadziło też spore ograniczenia w ruchu w centrum, zaraz wejdzie strefa Czystego Transportu, czyli kolejne ograniczenia… Z jednej strony zmusza się mieszkańców, by nie jeździli samochodami, tworząc różne nakazy i zakazy, a z drugiej strony podnosi się ceny komunikacji zbiorowej. Pan chyba wie, że nie jest to uczciwe. Jeżeli pan dyrektor Zarządu Transportu Publicznego [Łukasz Franek – dop. autor] wychodzi na mównicę i mówi, że mamy świetną komunikację i powinniśmy się na nią przesiąść, a za chwilę okazuje się, że brakuje nam kilkudziesięciu milionów złotych na jej funkcjonowanie, to o czym my mówimy? Mariusz Kękuś / fot. archiwum prywatne Niemniej dziś wpływy z biletów to około 400 milionów złotych, a koszt funkcjonowania komunikacji to sporo ponad miliard. Różnicę trzeba dopłacić z budżetu miasta. Zasadnicze pytanie brzmi: co chcemy osiągnąć? Jeśli to, by mieszkańcy nie jeździli swoimi samochodami, jeśli chcemy zamykać centrum, jeśli chcemy zmusić do przesiadki na tramwaje i autobusy, to nie możemy podnosić cen biletów. Poza tym uważam, że prezydent pomylił się w szacunkach. W projekcie przyszłorocznego budżetu jest założenie, że komunikacja będzie kosztować 1 miliard 54 miliony. Ja uważam, że to jest niedoszacowane i będzie to 1 miliard 250 milionów. Zabraknie więc kolejnych 200 milionów. A podwyżki cen biletów, według pana prezydenta, powinny dać miastu dodatkowe 60 milionów wpływów. Ale to tylko teoria. Wie pan dlaczego? Bo już poprzednie podwyżki pokazały, że miasto bardzo myli się w swoich szacunkach. Obawiam się, że gdy bilety będą droższe, to po pierwsze część osób będzie korzystać z innych środków transportu, a po drugie – inna część wejdzie w szarą strefę, czyli nie będzie płacić za bilety. I nigdy, odkąd jestem radnym, te prognozy przygotowywane przez stronę prezydenta się nie sprawdzają. Spójrzmy wstecz: w 2023 roku wpływy z biletów były na poziomie 377 milionów, w 2024 – 396 milionów, a w 2025 ma to być około 410 milionów. Jak pan widzi, wcale nie rosną tak szybko, jak oczekiwałby prezydent, a przecież podwyżki były już wcześniej. Być może Aleksander Miszalski uważał, że audyt wewnętrzny będzie dużo tańszy. Ale wie pan, jest takie powiedzenie: co tanie, to drogie. A myślę, że dopiero przeprowadzenie porządnego audytu dałoby asumpt do poważnej dyskusji na temat stanu finansów miasta. Rozumiem, że zagłosuje Pan przeciwko podwyżce. Tak, bo wszystkie te podwyżki, które proponuje pan prezydent, uderzają w mieszkańców. Skoro nie podwyżki, to jakie rozwiązanie Pan by zaproponował? Powiem panu to samo, co już mówiłem prezydentowi. Uważam, że prezydent powinien przeprowadzić poważny audyt, by realnie ocenić sytuację finansową miasta. Ale do tego potrzebny jest zarówno audyt finansowy, jak i audyt rzeczowy oraz funkcjonalny. Przecież prezydent zrobił audyt zaraz po wygranych wyborach. To był audyt wewnętrzny i – jak widać – nie dał on żadnych efektów. Chyba że pan to widzi inaczej, to chętnie podyskutuję. Nie mam argumentów, by Pana przekonywać. No właśnie. Dlatego prezydent powinien zatrudnić dobrą zewnętrzną firmę audytorską, która wejdzie do urzędu miasta na pół roku, zrobi audyt i wskaże obszary, w których należy dokonać zmian organizacyjnych, aby to miasto zaczęło lepiej funkcjonować. Tego nie robi się na kolanie. Prezydent ma niedoszacowany budżet i szuka pieniędzy przez wprowadzanie podwyżek. Ale nie zasypie tak potężnej dziury łyżeczką do mieszania herbaty. ZOBACZ TAKŻE: Kosek: "Prezydent Miszalski ma zbyt dobre serce" [WYWIAD] Nie przekonują Pana argumenty, że bilety muszą podrożeć, bo – po pierwsze – wszystko drożeje, a – po drugie – Kraków i tak nie jest nawet w czołówce miast, które mają najdroższą komunikację? Jaka jest inflacja w tym roku? Obecnie 2,8 procent. W styczniu była na poziomie 5 procent. A ceny biletów mają wzrosnąć o 20 czy nawet 40 procent! Skąd więc aż tak duże podwyżki? Oczywiście możemy sobie opowiadać, że koszty rosną, ale na pewno nie wszystkie, bo choćby paliwa stoją w miejscu. Rosną koszty pracy, rosną koszty energii, ale nie są to takie wzrosty, jak te proponowane dla cen biletów. To wszystko pokazuje, że prezydentowi po prostu brakuje pomysłów. Na początku kadencji starałem się nie krytykować pana prezydenta, ale minęło już ponad półtora roku i nie widzę zmian na lepsze. Myśli Pan, że to początek końca? Ta decyzja należy do mieszkańców Krakowa, nie do mnie. Ja tylko patrzę na to wszystko chłodnym okiem i – jako ekonomista z wykształcenia – już dawno przewidywałem, że taka polityka finansowa miasta skończy się fatalnie dla mieszkańców. Przecież teraz brakuje na wszystko. I to jest efekt nieodpowiedzialnej polityki, która była nastawiona na wydawanie pieniędzy. Mimo że przez ostatnie lata dochody rosły rok do roku w tempie dwucyfrowym – 10, 11, 12 procent – to wydatki rosły jeszcze szybciej. Co więc się działo, że wydawano aż tyle pieniędzy? Pewnie jest to efekt m.in. przeskalowanych inwestycji czy wysokich kosztów obsługi kredytów zaciągniętych na te inwestycje. ZOBACZ TAKŻE: Polityk PiS zapowiada ofensywę: "Wszyscy, byle nie Miszalski i jego klakierzy" [WYWIAD] Rozumiem, że mówi Pan o inwestycjach, które rozpoczął Jacek Majchrowski? Sam Jacek Majchrowski nie mógł wydawać pieniędzy na inwestycje, bo potrzebna była zgoda rady miasta, w której rządziła Platforma Obywatelska. Niewykluczone nawet, że za niektórymi inwestycjami głosował sam Aleksander Miszalski, gdy jeszcze był radnym. Więc nie jest to tylko odpowiedzialność prezydenta Majchrowskiego, ale całego obecnie rządzącego obozu. No ale jakie inwestycje ma Pan na myśli? Choćby Trasę Łagiewnicką, której utrzymanie kosztuje nas rocznie 70 milionów złotych. A jest to trasa donikąd, niespełniająca oczekiwań. Kolejna to zakup Wesołej. Ile lat minęło od tego zakupu? Siedem? Czy od tego czasu coś tam się dzieje? Niech pan sobie odpowie na pytanie, czy jakakolwiek prywatna firma pozwoliłaby sobie na to, żeby nieruchomość stała niewykorzystywana przez siedem lat. Stwierdził Pan podczas tej rozmowy, że – Pańskim zdaniem – w mieście powinien odbyć się audyt zewnętrzny. Tak. I nie znam powodu, dla którego prezydent go nie zrobił. To jego trzeba o to zapytać. Być może uważał, że audyt wewnętrzny będzie dużo tańszy. Ale wie pan, jest takie powiedzenie: co tanie, to drogie. A myślę, że dopiero przeprowadzenie porządnego audytu dałoby asumpt do poważnej dyskusji na temat stanu finansów miasta. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD]

Więcej…

Branża pirotechniczna wściekła. "Hipokryzja na pełną skalę" [WYWIAD]

Branża pirotechniczna wściekła. "Hipokryzja na pełną skalę" [WYWIAD]

21 listopada 2025 | 17:59

– To polityka pod TikToka, a nie realne rozwiązywanie problemów – tak o zakazie pokazów pirotechnicznych w Krakowie mówi nam przedstawiciel branży Aleksander Wadoń*. Jego firma jest jedną z największych w Polsce. W wywiadzie z Kanałem Krakowskim nie kryje oburzenia tym, że miasto chce zablokować legalnie działający biznes. Zapowiada, że sprawa może trafić do sądu. – Są osoby, które biegają z petardami po klatkach schodowych i straszą ludzi. Są pijani, którzy strzelają podczas libacji. Ale dlaczego wrzucamy wszystkich do jednego worka? – pyta nasz rozmówca. Odnosi się także do zarzutów właścicieli zwierząt, jakoby te miał być straumatyzowane z powodu wybuchów. *** Kanał Krakowski: Aleksander Miszalski ogłosił, że od nowego roku Kraków wprowadza zakaz pokazów pirotechnicznych. Jak Pan to ocenia? Aleksander Wadoń: Nie jestem prawnikiem, ale są miejsca w Polsce, gdzie sądy podważają takie uchwały i wskazują, że samorządy nie mają kompetencji, by wprowadzać tego typu zakazy. Dla mnie są one kuriozalne! Władze Krakowa powołują się na ankietę, w której 70 proc. osób opowiedziało się za wprowadzeniem zakazu fajerwerków. Ta ankieta i sposób jej przeprowadzenia uwłacza takiemu miastu jak Kraków. Bo czy uważa pan, że sposób zbierania danych poprzez aplikację, którą mało kto ma, jest reprezentatywny? Później te dane są przenoszone na całą zbiorowość, a to jest zakłamywanie rzeczywistości. Władze miasta i media piszą: „krakowianie zdecydowali”, „krakowianie chcieli”… Którzy krakowianie? Ci, którzy przychodzą na fajerwerki podczas nocnego widowiska w ramach Wielkiej Parady Smoków? A może ci, którzy rokrocznie przychodzili na pokazy podczas krakowskich Wianków? Z danych organizatora wynikało, że było to 100 tysięcy osób! Były pełne bulwary i pełne zrozumienie dla tego typu pokazów. A może w końcu wspomniani krakowianie to ci, którzy kupują wyroby pirotechniczne, by celebrować jakieś święto lub ważne wydarzenie? W ubiegłym roku w Polsce 9 milionów 850 tysięcy klientów kupiło jeden lub więcej wyborów pirotechnicznych, co oznacza, że kupił je co czwarty obywatel. I to są sytuacje, które pokazują realny obraz rzeczywistości, a nie jakaś ankieta czy komentarz w internecie. Są też różne badania, które były zrobione na reprezentatywnej grupie osób. I choćby z badań przeprowadzonych przez KANTAR wynika między innymi, że w skali całego kraju 85 procent osób lubi fajerwerki. Równie ciekawe są odpowiedzi respondentów ogólnopolskiego panelu badawczego Ariadna, z których wynika, że tylko 36 procent mieszkańców Małopolski opowiada się za całkowitym zakazem fajerwerków. Natomiast prawie połowa respondentów, 49 procent uważa, że ewentualne ograniczenia powinny dotyczyć wyłącznie określonych miejsc i czasu, a 15 procent nie widzi potrzeby wprowadzania dodatkowych restrykcji.  Raport A propos komentarzy – co roku, w okolicach Sylwestra, pojawiają się wpisy, dajmy na to pani Krysi, która twierdzi, że jej piesek się boi i później ma traumę z powodu wystrzałów. Nie rusza to Pana? Po pierwsze, to pani Krysia, jako właścicielka, jest odpowiedzialna za tego psa. Po drugie, da się zapanować nad zachowaniami swoich pupili i są wypowiedzi behawiorystów, zoologów czy inne materiały edukacyjne, które pokazują, w jaki sposób to zrobić. Po trzecie, dotyczy to małej części zwierząt, bo dla zdecydowanej większości tego typu bodźce są obojętne. Po czwarte, te zwierzęta ciągle żyją w otoczeniu, które generuje podwyższoną skalę głośności, a pokazy pirotechniczne odbywają się incydentalnie… Ma Pan wrażenie, że przy wprowadzaniu zakazu pirotechniki w Krakowie nikt nie wziął pod uwagę głosu zwolenników fajerwerków oraz całej branży? Nie mam takiego wrażenia. Ja mam pewność, że nikt tego nie zrobił. Reprezentuję jedną z największych firm pirotechnicznych w Polsce, na pewno największą w regionie. Robimy pokazy na całym świecie, przywozimy medale i puchary. I nikt, absolutnie nikt, nie zapytał nas, co o tym sądzimy. Nikt nie zapytał, jakie mamy pomysły w tej skomplikowanej materii. Bo wiemy przecież, że są osoby, które biegają z petardami po klatkach schodowych i straszą ludzi. Są pijani, którzy strzelają podczas libacji. Zdajemy sobie z tego sprawę. Ale dlaczego wrzucamy wszystkich do jednego worka? Powinniśmy się raczej skupić na tym, by używać materiałów pirotechnicznych zgodnie z instrukcją i zgodnie z zasadami życia społecznego. Do tego potrzebna jest edukacja, a nie zakazy. Prezydent Miszalski powołuje się na przykład Zakopanego, gdzie taki zakaz obowiązuje. Ale cały szkopuł polega na tym, że tam nikt nie zaskarżył tej uchwały, bo aby to zrobić, musi być poszkodowany. A na terenie Zakopanego nie ma firmy, która mogłaby wystąpić do sądu jako poszkodowana. W Krakowie jest inaczej i nie będzie problemu, by iść z tą uchwałą do sądu. Krakowska „Gazeta Wyborcza” na swoim Facebooku zamieściła ostatnio zaproszenie na sylwestra w Zakopanem i dała zdjęcie… pokazu pirotechnicznego. Przecież to hipokryzja. Zakaz w Zakopanem wykorzystywany jest głównie medialnie, ale realnie jest on martwy. I tak samo będzie w Krakowie. Kiedyś rozmawiałem z jedną z dziennikarek i użyła argumentu, że przecież inne stolice europejskie zakazują fajerwerków. No to pytam: które stolice? Burmistrz Londynu zaprasza w swoich mediach społecznościowych na biletowany pokaz pirotechniczny. W Berlinie już zapraszają na sylwestrowy pokaz pod Bramą Brandenburską. W Sydney pokazy także są biletowane. W Japonii robią nie tylko pokazy, ale i całe festiwale pirotechniczne, a wielkie widowiska widać z całego miasta. Festiwale pirotechniczne w Japonii Pamięta pan, jak Kraków starał się o tytuł zielonej stolicy Europy? Wie pan, ile miast, które były zieloną stolicą Europy, ma zakaz pirotechniki? Zero! A gdy zieloną stolicą został Tallin, to miasto wydało 250 tysięcy euro na pokaz pirotechniczny, by celebrować ten tytuł! A Kraków w całym ubiegłym roku wydał 129 tysięcy złotych na pokaz podczas Parady Smoków i był to jedyny wydatek na pirotechnikę. Ma Pan poczucie, że ogranicza się Wam prowadzenie legalnego biznesu? Oczywiście, że tak. Bo ta uchwała nie daje żadnych wyłączeń. Nie będzie mógł pan sobie zapalić świeczki na torcie na własnym weselu, a dzieci nie zobaczyć już zapalonych zimnych ogni, bo nawet to może oddziaływać na teren publiczny. Służby poszukiwawcze nie będą mogły używać flar. Policja nie będzie mogła używać petard do szkolenia psów. Mam wymieniać dalej? Tak to jest, jak się robi politykę skrojoną pod TikToka, a nie pod rzeczywistość. Przecież celebracja ważnych wydarzeń poprzez używanie pirotechniki jest wpisana w naszą kulturę i tradycję. W Polsce pierwsze ryciny, na których widać pirotechnikę, pochodzą z dworów królewskich. W Muzeum Krakowa są ryciny przedstawiające użycie fajerwerków na Wiankach w 1878 roku. To jest element rozrywki i celebracji od dawna. Rycina Łatwo odbić ten argument. Niewolnictwo też kiedyś było legalne. Nie sprowadzajmy tego do absurdu. Bo w ten sposób można zapytać, dlaczego nie wyeliminujemy z życia publicznego alkoholu, skoro pijani kierowcy powodują najwięcej wypadków? Dlaczego nie karzemy tych, którzy sprzedają noże kuchenne, skoro można tym nożem kogoś zabić? Liczba osób, która robi sobie lub komuś krzywdę fajerwerkami, jest minimalna i są to osoby, które używają materiałów pirotechnicznych niezgodnie z instrukcją lub pod wpływem alkoholu. Ale do tego potrzebna jest edukacja. Nie oczekuję, że nagle wszyscy się zakochają w fajerwerkach, ale niech to będzie rzeczowa dyskusja. Dyskutujmy więc o liczbach, pokażmy dane i statystyki, a nie uchwalajmy nowego prawa w oparciu o to, co się komu wydaje. Pokaz pirotechniczny podczas Wielkiej Parady Smoków w Krakowie / fot. nakaja.com * Aleksander Wadoń - właściciel firmy Nakaja Art, która w swoim dorobku ma takie przedsięwzięcia jak: Wianki Krakowskie, Wielka Parada Smoków Teatru Groteska, pokaz wieńczący obchody 800–lecia Opola czy otwarcie najwyższego biurowca w kraju „Warsaw Spire”. Pirotechnicy z Nakaja Art są zdobywcami I miejsca PYRONALE 2024 –  Światowych Mistrzostw Sztuk Pirotechnicznych w Berlinie oraz II miejsc w prestiżowych, międzynarodowych festiwalach pirotechnicznym na Malcie – Malta International Fireworks Festival oraz w Belgii – Internationaal vuurwerkfestival Knokke-Heist, a także laureatami konkursu w Meksyku – Feria Internacional de la Pirotecnia Tultepec Fans.

Więcej…

Co powstanie w miejsce Krokusa? [WYWIAD]

Co powstanie w miejsce Krokusa? [WYWIAD]

04 listopada 2025 | 20:28

Przyszłość Centrum Handlowego Krokus wciąż stoi pod znakiem zapytania. Choć nowy nabywca właśnie się ujawnił, wiele kwestii pozostaje niewyjaśnionych. O tym, co może powstać w tym miejscu, jakie obowiązują plany zagospodarowania i czego oczekują mieszkańcy, rozmawiamy z Piotrem Moskałą, krakowskim radnym oraz przewodniczącym Rady i Zarządu Dzielnicy III Prądnik Czerwony. Kanał Krakowski: Co powstanie w miejsce Krokusa? Piotr Moskała: To się dopiero okaże. Przyszły nabywca tego terenu dopiero się ujawnił. Henniger Investment poinformował, że na razie podpisał umowę przedwstępną i teraz krok jest po stronie obecnego (przyszłego) właściciela. Z doświadczenia wiemy, że takie procesy trwają dość długo. Jedyne, co więc możemy powiedzieć na pewno, to to, jaki plan zagospodarowania obowiązuje na tamtym terenie. Jaki? Dopuszcza usługi plus handel wielkopowierzchniowy. Powierzchnia biologicznie czynna to minimum 20%. Ten plan był tworzony, gdy Krokus już funkcjonował, więc dziś absolutnie nie ma tam 20% zieleni. Będzie to obowiązywać dopiero przy ewentualnej nowej budowie na tym terenie. Według obowiązującego dokumentu mogą tam powstać budynki 55-metrowe, czyli 16-piętrowe, takie jak biurowce stojące nieopodal. Nie może być tak, że ktoś kupuje konkretną działkę z zamierzeniem budowy wieżowców czy mieszkań, a my mu nagle zrobimy tam teren zielony. Okoliczni mieszkańcy najbardziej obawiają się mieszkaniówki. Tak naprawdę obawiają się jakichkolwiek zmian, bo w tej sprawie narosło wiele teorii spiskowych i niedopowiedzeń. Wszyscy czekamy więc na ruch przyszłego nabywcy, a przede wszystkim na sfinalizowanie tej transakcji. Zakładam, że zwróci się do miasta z jakąś konkretną propozycją i pokaże, co chciałby tam zrobić. Według zapewnień medialnych przyszły właściciel chce konsultować wszystkie swoje działania z okolicznymi mieszkańcami i to nas bardzo cieszy. Dziś mieszkańcy nie mówią wprost, czego tam absolutnie nie chcą lub chcą. Przede wszystkim zależy im na tym, by mieć wpływ na to, co tam będzie. I to chyba może być problem, bo na lokalnych grupach na Facebooku jest więcej opinii niż użytkowników. Trochę tak to wygląda, że każdy chce czegoś innego i każdy chce mieć wpływ na to, co inwestor zrobi na tej działce. Dodajmy: prywatnej działce. Jeśli inwestor nie porozumie się z miastem lub miasto z inwestorem, wówczas ten będzie bazował na obecnie obowiązującym planie zagospodarowania. Uważam, że ten dokument nie jest korzystny dla okolicznych mieszkańców. To co powinno tam powstać? Sprawą kluczową i nienegocjowaną jest sklep wielkopowierzchniowy, zgodnie z zapisami planistycznymi, o powierzchni powyżej dwóch tysięcy metrów kwadratowych. On po prostu musi tam być. Dziesięć metrów dalej jest przecież Serenada. Ale tam jest tylko Biedronka, a to nie jest sklep wielkopowierzchniowy. Obok parku wodnego jest kolejna Biedronka, ale to nie o taki sklep chodzi. Proszę zauważyć, że w ogóle w Krakowie toczy się teraz dyskusja na temat sklepów wielkopowierzchniowych. Dziś jest to Krokus, jutro może być to Carrefour Czyżyny czy Zakopianka. Mieszkańcy obawiają się, że za chwilę te sklepy znikną i powstaną tam mieszkania. Trzeba to jakoś uregulować. Kawałek dalej, bo przy ulicy Pilotów, stoi Alma. Od wielu lat nic się tam nie dzieje, bo sytuacja jest patowa. Do gry wszedł syndyk, który próbuje to sprzedać, ale pewnie jeszcze to potrwa. ZOBACZ TAKŻE: Kosek: "Prezydent Miszalski ma zbyt dobre serce" [WYWIAD] A jeszcze kilka lat temu praktycznie cały Kraków przyjeżdżał do nas, czyli do dzielnicy III, na zakupy. Bo jak nie do Almy, to do Krokusa, który był drugim centrum handlowym w Krakowie (na początku nazywał się Geant). Dziś mieszkańcy obawiają się, że to oni będą musieli jeździć do innych części Krakowa i to jest realny problem. OK, zatem sklep wielkopowierzchniowy to podstawa. Co jeszcze powinno tam powstać? Mieszkańcy zgłaszają, że konieczne są usługi społeczne, czyli kawiarnia, restauracja, biblioteka czy coś w rodzaju „ryneczku”. Chodzi o takie miejsce spotkań, prospołeczne. Dlaczego prywatny deweloper miałby na prywatnej działce zaspokajać potrzeby okolicznych mieszkańców? Nie chodzi o to, by to robił. Na dziś taki deweloper jest zobowiązany tylko i wyłącznie do tego, by działać zgodnie z prawem, czyli z obowiązującym planem zagospodarowania. Ale - w mojej opinii - ten plan jest niekorzystny dla mieszkańców. Więc to raczej deweloper wyciąga rękę, gwarantując gotowość do rozmów, i bardzo się z tego cieszymy. Mówi, że chce rozmawiać. Miasto nie może zrobić niczego „na siłę”, nie uwzględniając woli inwestora. Tylko zaraz zderzy się z tysiącem skrajnych opinii, a może nawet i „roszczeń”, co tam ma powstać. Przecież już teraz doskonale to widać na wspomnianych facebookowych grupkach. Liczba frustratów i „wszystkowiedzących” powala. Dzisiaj każdy może napisać wszystko. Tylko później trzeba do tego podejść naprawdę rozsądnie. Zobaczymy, jaką propozycję miastu złoży deweloper. A miasto nie może zrobić niczego „na siłę”, nie uwzględniając woli inwestora, jeśli ten będzie działał w ramach obowiązującego prawa. ZOBACZ TAKŻE: Kraków płacze po Krokusie, czyli jak zabić miasto "troską o miasto" Nie może być tak, że ktoś kupuje konkretną działkę z zamierzeniem budowy wieżowców czy mieszkań, a my mu nagle zrobimy tam teren zielony. To byłby absurd i wielka niegospodarność ze strony miasta, która narażałaby nas na potężne odszkodowania. Z drugiej strony deweloperowi powinno zależeć żeby jego projekt był akceptowalny społecznie bo później to właśnie społeczeństwo będzie korzystać z tego miejsca. Poczekajmy więc na propozycję dewelopera. On teraz może powiedzieć, że chciałby, aby zmienić przeznaczenie tej działki, ale w zamian wybuduje to czy tamto, co będzie z korzyścią dla mieszkańców. I to jest właśnie pole do rozmów. Jeśli więc inwestor pokaże założenie, to mieszkańcy będą mogli to ocenić i się do niego odnieść — powiedzieć, co jest do przyjęcia, a co nie. Nie można pozostawać w swoich okopach, bo to nie prowadzi do porozumienia. ZOBACZ TAKŻE: Barbara Nowak: "Wiceprezydent Krakowa zaraża nas lewacką ideologią" [WYWIAD] Jeśli deweloper będzie chciał tam postawić jeden blok mieszkalny, a w zamian zrobi 40-50% powierzchni biologicznie czynnej (obecnie praktycznie jej nie ma), to to jest chyba całkiem dobra propozycja. Natomiast gdyby chciał wybudować całe osiedle, a w zamian posadzi cztery drzewa to na pewno się na to nie zgodzimy. O jakiej perspektywie czasowej w ogóle mówimy? O to trzeba już pytać obecnych i przyszłych właścicieli działki. To w ich interesie leży, by nie tworzyć teorii spiskowych, wyjść z propozycją i zacząć dyskusję. Wiem, że takie sprawy trwają dość długo, a więc podejrzewam, że cały cykl inwestycyjny potrwa około dekady.

Więcej…

Barbara Nowak: "Wiceprezydent Krakowa zaraża nas lewacką ideologią" [WYWIAD]

Barbara Nowak: "Wiceprezydent Krakowa zaraża nas lewacką ideologią" [WYWIAD]

31 października 2025 | 07:58

– To jest pani, która przyjechała z Sopotu do Krakowa chyba tylko po to, żeby zarazić nasze społeczeństwo lewacką ideologią – mówi o wiceprezydent Marii Klaman była kurator oświaty Barbara Nowak*. W wywiadzie dla Kanału Krakowskiego, szefowa krakowskich struktur PiS opowiada nie tylko o lewakach, ale i o zaoraniu polskiej szkoły, kłamstwach władzy oraz o tym, kto mógłby zastąpić Aleksandra Miszalskiego na stanowisku prezydenta. – Jak można namawiać dyrektorów i uczniów krakowskich szkół, żeby organizowali tęczowe piątki, które są niczym innym jak agendą lewacką i mieszaniem ludziom w głowach? To jest realizacja zasady lewaków, zwłaszcza z tych tak zwanych parad dumy, którzy krzyczą: „idziemy po wasze dzieci!". To jest przestępstwo wobec młodego człowieka – grzmi Barbara Nowak w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. *** Kanał Krakowski: Jak Pani ocenia konwencję programową PiS-u w Katowicach? Barbara Nowak: Traktuję ją jako początek rozmowy o programie. W sumie odbyło się ponad sto paneli polityków z ekspertami z różnych dziedzin. Przeanalizowaliśmy sytuację i – w części – padły konkretne rozwiązania. Widzimy jak wiele pracy nas czeka w ratowaniu Polski po destrukcyjnych rządach Tuska.  A co powinno być dalej? Wskażemy konkretną ofertę dla społeczeństwa, bo bez tego nie ma mowy o rządzeniu. Jak w takim razie wygrać wybory? Musimy wyciągnąć wnioski z poprzednich rządów i przeprowadzić krytyczną analizę. Będziemy kontynuować to, co było dobre, i naprawimy to, co nie wyszło. A jaki jest w ogóle program PiS-u? Właśnie go wypracowujemy. On nie musi być taki sam, jak był do tej pory – musi być dostosowany do zmieniającej się przecież w Polsce rzeczywistości politycznej. A przede wszystkim musi być dzisiaj nakierowany na obywateli państwa polskiego i wrócić na kierunek rozwoju i wzmacniania Polski. Dla mnie to jest najważniejsze. I oczywiście, skoro jestem od edukacji, to bardzo bym chciała, żeby ktoś wreszcie zaczął mówić o tym, jak należy uczyć i wychowywać młode pokolenie. Teraz nie wychowujemy? To, co mamy w tej chwili, to jest totalna tragedia. Przypominam, że od września 2026 roku nie będziemy mieć suwerennej polskiej szkoły – nasza szkoła zostanie włączona jako integralna część europejskiego obszaru edukacji. To jest absolutnie niedopuszczalne! Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie, bo dziś jest to projekt – póki co – ministerialny. I to uczenie oraz wychowywanie dzieci w naszej suwerennej szkole to pierwszy i najważniejszy dla mnie punkt programu. Kolejny, który również uważam za istotny, dotyczy przyszłości młodego pokolenia. Musimy zrobić coś, żeby młodzi ludzie dobrze czuli się w Polsce, żeby mieli stabilne warunki pracy i stabilizację w ogóle – czyli kwestie mieszkaniowe, zatrudnienia i tak dalej. I trzeba to trochę odwrócić w kontekście tego, co było. A więc nie dawać ludziom pieniędzy bezpośrednio, ale stosować różnego rodzaju ulgi, choćby dla przedsiębiorców zatrudniających kobiety. Tak, by te kobiety wiedziały, że mogą iść na urlop macierzyński, a nawet wychowawczy, i że będą mogły wrócić do dotychczasowego miejsca pracy. Barbara Nowak Czyli nie będzie rozdawnictwa? Mówię o moim własnym spojrzeniu. Natomiast nie wiem, jaki będzie wynik tych wszystkich ekspertyz i co ostatecznie znajdzie się w naszej ofercie politycznej. Mam jednak nadzieję, że ktoś wreszcie wsłucha się w głosy Polaków. Bo że te głosy nie są teraz słyszalne, widać choćby przy tak zwanej edukacji zdrowotnej. Do tej pory nie otrzymaliśmy konkretnych danych z ministerstwa na temat tych zajęć. Wiemy tylko na pewno, że rząd odniósł ogromną porażkę, bo ponad 80 procent rodziców nie zapisało swoich dzieci na ten przedmiot. Chciałabym jednak dowiedzieć się czegoś więcej, ale władza cały czas oszukuje, kłamie i nie daje informacji zwrotnych. Tak było przecież przy konsultacjach dotyczących edukacji zdrowotnej. W tej chwili mija około 300 dni od momentu, kiedy miał się ukazać raport z wynikami tych konsultacji. Nie ma go. Czyli wszystko, co obecnie dzieje się w naszej szkole, jest wbrew społeczeństwu, przeciwko społeczeństwu i ze szkodą dla społeczeństwa. No to gdyby została Pani ministrem edukacji narodowej, jak według Pani powinna wyglądać polska szkoła? Gdybym dziś została ministrem edukacji, to przede wszystkim „zamknęłabym” wszystko, co do tej pory działo się w szkole. Według mnie nie ma co poprawiać – trzeba stworzyć nowe. A nowe oznacza bardzo rzetelną wiedzę przekazywaną młodym ludziom. Dzisiaj tej rzetelnej wiedzy nie ma. Jest coraz więcej ideologizacji, coraz mniej wiedzy. A właściwie tylko szczypta wiedzy. Mówimy o jakimś dobrostanie. Dobrostan dotyczy tylko i wyłącznie zwierząt. W kontekście człowieka to ohydne, głupie, prymitywne i obnażające głupotę tych, którzy o tym dobrostanie mówią. Chciałaby Pani wrócić do czasów ministra Przemysława Czarnka? Nie. Jeszcze raz podkreślam – trzeba zaorać wszystko, co niszczy młodych ludzi. Trzeba wyciągnąć z systemu kształcenia wszystko to, co jest dobre, i na tym bazować, by dostosować standardy nowej szkoły do zmieniającej się rzeczywistości. Trzeba młodym ludziom dać narzędzia, by potrafili odnaleźć się w tej dzisiejszej rzeczywistości, zaczynając od budowania fundamentów. Teraz nie ma budowy tych fundamentów, za to jest mowa o jakiejś nowoczesności, która nie wiadomo, co znaczy. O jakiejś innowacji, której nikt nie potrafi zdefiniować. O jakiejś kreatywności, której w ogóle nie ma. Bo jaka to ma być kreatywność? Profesor Aleksander Nalaskowski mówił, że kreatywność u takich Aborygenów polegała na tym, że wymyślili łuk. Nie mówimy więc o kreatywności w takim znaczeniu, jeśli nie dajemy fundamentalnych podstaw wiedzy. No to zaoraliśmy polską szkołę. Jakie są trzy konkrety, które wprowadziłaby Pani do tej nowej, budującej się szkoły? Pierwszy – rzetelna wiedza! Żadnych ideologicznych programów, bo to nie ma sensu. Ważne jest natomiast wychowanie młodych ludzi zgodnie z interesem państwa polskiego, a więc wychowanie patriotyczne, porządna nauka historii z dumą z polskości, jak również z odpowiedzialnością młodego człowieka, bo to on później musi przejąć stery. Teraz tego nie ma. Teraz mówimy, że mamy cieszyć się chwilą. Mówimy o jakimś dobrostanie. Dobrostan dotyczy tylko i wyłącznie zwierząt. W kontekście człowieka to ohydne, głupie, prymitywne i obnażające głupotę tych, którzy o tym dobrostanie mówią. Ten rzekomy dobrostan, bez duchowego elementu, odziera człowieka z tego, co najważniejsze – z człowieczeństwa. Chciałabym klasycznego spojrzenia na szkołę, czyli wychowania do dobra, prawdy i piękna, bo to są podstawowe wartości. ZOBACZ TAKŻE: Szef klubu PiS: „Każda kolejna podwyżka przybliża nas do odwołania prezydenta” Drugi element to oczyszczenie szkoły ze „specjalistów”, którzy nie są nauczycielami. Szkoła – według mojego paradygmatu – to miejsce, gdzie się uczy i wychowuje, a nie gdzie miesza się sprawy z różnymi funkcjami. Od udzielania pomocy są specjalistyczne poradnie czy gabinety lekarskie, a nie szkoła. W szkole mają być nauczyciele, nie psychologowie, doradcy zawodowi czy dentyści. Kiedyś, poza nauczycielami, był tylko pedagog, i to on miał możliwość skierowania ucznia na przykład do pomocy psychologicznej. To było lepsze niż nagromadzenie różnych „specjalistów” zamiast nauczycieli. Trzeci element to zaprzestanie zakłamywania, że teraz dba się o uczniów. Bo zaprzestano przygotować młodego człowieka do życia. Do tego, by umiał poradzić sobie ze stresem, by nauczył się podejmować decyzje. Jeżeli naprawdę chcemy dbać o uczniów, to zacznijmy od oczyszczenia szkoły ze smartfonów. Jestem za absolutnym ograniczeniem ich używania! Badania wykazują, że młodzi ludzie praktycznie nie rozstają się z tą wirtualną rzeczywistością, przez co mają bardzo poważne problemy – nie są w stanie skupić uwagi, nie potrafią nawiązywać relacji. Ponadto takie używanie smartfonów wpływa także na psychikę i wrażliwość. Czy można zakazać smartfonów z poziomu konkretnej szkoły, czy to musi być prawo uchwalone centralnie? Opinie są podzielone. Gdy byłam kuratorem oświaty, sprawdzałam to bardzo szczegółowo. Otrzymałam informację, że szkoła może zakazać smartfonów, ale musi się na to zgodzić cała społeczność. Jeśli choć jeden rodzic powie „nie”, wówczas nie ma możliwości wprowadzenia takiego zakazu. W praktyce więc trzeba byłoby to załatwić z poziomu ministerstwa edukacji. Jeżeli chcemy zrobić coś dobrego dla młodych ludzi, taka ustawa już powinna być procedowana. Musimy pokazać młodym ludziom, że jest możliwe funkcjonowanie bez smartfona. Wróćmy jeszcze do wspomnianego przez Panią dobrostanu. To słowo, którego Pani tak nie lubi, odmieniane jest przez wszystkie przypadki choćby przez wiceprezydent Marię Klaman, która w Krakowie odpowiada za edukację. To jest pani, która przyjechała z Sopotu do Krakowa chyba tylko po to, żeby zarazić nasze społeczeństwo tą lewacką ideologią. Dla mnie to oczywiste. Wyczuwam, że nie jest Pani jej fanką. Absolutnie nie! No proszę pana… jak można namawiać dyrektorów i uczniów krakowskich szkół, żeby organizowali tęczowe piątki, które są niczym innym jak agendą lewacką i mieszaniem ludziom w głowach? I wszystko to niby pod hasłem nowoczesności czy nie wiadomo czego jeszcze! Przecież to jest absolutnie szkodliwe, burzy porządek, który młodzi ludzie mają w głowach, i ryzykownie wpływa na ich funkcjonowanie. Niech każdy dorosły przypomni sobie swój okres dojrzewania. Przecież wtedy wiele rzeczy nam się w sobie nie podobało, mieliśmy mnóstwo wątpliwości, byliśmy pełni rozterek. I jeśli ktoś w takiej sytuacji podchodzi do ucznia i mówi: „sprawdź, czy się dobrze czujesz w swoim ciele, bo być może jesteś kimś innym”, to jak ten uczeń ma być normalny? Oczywiście trzeba otoczyć specjalną opieką tych, którzy czują inaczej lub inaczej się definiują, ale nie popadajmy w paranoję! No proszę pana, to jest absolutne nadużycie i robienie krzywdy tym młodym ludziom, wprowadzanie zamieszania w czasie emocjonalnego rozkwitu. Zamiast pomocy wyrządzamy im krzywdę, robimy coś potwornie złego. Barbara Nowak / fot. archiwum prywatne I jeszcze jedno – w tych wskazówkach była informacja, że dzieci nie muszą informować swoich rodziców o tych akcjach związanych z tęczowym piątkiem. Przecież to już jest przestępstwo! Najwyraźniej ta pani od tych piątków chce być osobą, która decyduje o dzieciach, które nie są jej własnością. Od wychowywania dzieci są tylko i wyłącznie rodzice – prawnie i konstytucyjnie. Nie może być tak, że ktoś uzurpuje sobie prawo do decydowania o dzieciach. To nie państwo wychowuje dzieci i taka działalność jest działalnością przestępczą. Tak trzeba byłoby to nazwać i ukarać. Bo jak dziecko ma funkcjonować, gdy dostaje komunikaty, że to nie rodzice, a jakiś obcy człowiek będzie mu pomagał w jego problemach? To jest realizacja zasady lewaków, zwłaszcza z tych tak zwanych parad dumy, którzy krzyczą: „idziemy po wasze dzieci!”.  Na szczęście rodzice pokazali już – choćby podczas protestu przeciwko tak zwanej edukacji zdrowotnej – że nie życzą sobie takiego lewackiego podejścia. Szkoda tylko, że ministerstwo edukacji nic sobie z tego nie robi. Bo w tej chwili jednym z elementów, które decydują o tym, jak dana szkoła wypada w rankingu, jest to, czy szkoła jest przyjazna LGBT. To śmieszne! Nikomu nie wolno segregować dzieci, a już na pewno żadna szkoła nie jest od tego, by segregować uczniów. Jeszcze raz mówię – to jest przestępstwo wobec młodego człowieka. Nie dajemy mu możliwości właściwego formowania psychicznego, dorastania i dojrzewania w spokoju, harmonii i zgodzie ze sobą. Po tej przemowie muszę zapytać: jakie ma Pani ambicje polityczne? Raczej kiepskie, bo moją najważniejszą ambicją jest zaktywizowanie krakowskich struktur Prawa i Sprawiedliwości. Jako szefowa tych struktur chcę uporządkować pewne rzeczy i… właściwie na tym kończą się moje ambicje polityczne. Powiedziała Pani, jak chce zaorać i zbudować na nowo edukację, to chętnie się dowiem, jaki ma Pani pomysł na uporządkowanie krakowskich struktur PiS-u. Tego panu akurat nie powiem, bo jestem w trakcie dokonywania zmian i prezentowania swoich pomysłów zarządowi. Jeśli wypracujemy konsensus, wówczas będę mogła mówić o konkretnych rozwiązaniach. Póki co mam wstępną aprobatę od prezesa Jarosława Kaczyńskiego i to jest dla mnie w tym momencie najistotniejsze. Zadanie ma Pani trudne, bo PiS w samym Krakowie od zawsze miał około 20 procent poparcia. I powyżej pewnego poziomu nie przeskoczymy. Jednak, jeżeli nawet będzie to 20 procent, ale będą to ludzie dobrze zorientowani, moralnie ukształtowani, to już będzie spory sukces. Miszalski nigdy nie powinien był zostać wybrany na prezydenta Krakowa. Skoro jednak się już to zdarzyło, to teraz trzeba go odwołać. Macie już kandydata na prezydenta Krakowa? Są podejmowane pewne rozmowy, ale nie będę rzucała nazwiskami, bo trudno mówić, że są to poważni kandydaci, skoro nie mają jeszcze akceptacji nawet na poziomie krakowskich struktur. Mówienie o ich nazwiskach byłoby więc nieuczciwe. A Pani ma ambicje prezydenckie? Nie, absolutnie nie. Ale chciałabym, aby jak najszybciej odwołano obecnego prezydenta Krakowa. Co więcej, uważam, że on nigdy nie powinien był zostać wybrany. Skoro jednak się już to zdarzyło, to teraz trzeba go odwołać. Choć muszę przyznać, że wybór między Gibałą a Miszalskim był problematyczny. Doceniam jednak pana Gibałę za to, że tyle lat pracuje na swój wizerunek, wydaje na to ogromne pieniądze i jest w tym bardzo konsekwentny. Jest też konsekwentny w przegrywaniu wyborów. No tak. ZOBACZ TAKŻE: "Gibała atakuje każdego, kto siedzi w fotelu prezydenta" [WYWIAD] Co może być asumptem do odwołania Miszalskiego? Teraz to już mi trudno powiedzieć. Widzę, że bardzo trudno jest pobudzić ludzi do jakiejś aktywności w tym zakresie. Jeżeli widzimy chaos w różnych dziedzinach funkcjonowania miasta, straszliwe zadłużenie czy epidemię kolesiostwa, a mimo wszystko krakowianie nie reagują, to ja już sama nie wiem, co spowoduje, że wreszcie przejrzą na oczy. Większość ludzi chce mieć chyba po prostu święty spokój i nie babrać się w politykę nawet za cenę ogromnych strat dla nich samych. Gdyby miała Pani podać nazwisko jednej osoby, która według Pani dziś sprawdziłaby się w fotelu prezydenta Krakowa, to kto by to był? Być może niekoniecznie ktoś ze struktur PiS. Ważne, aby był patriotą uczciwy, silny i mocno zdeterminowany do pracy na rzecz Krakowa i jego mieszkańców. W wyborach na prezydenta Polski postawiliśmy właśnie na taką osobę i być może w Kraków również potrzebuje takiego rozwiązania. *** * Barbara Nowak – szefowa krakowskich struktury Prawa i Sprawiedliwości, radna sejmiku województwa małopolskiego, była małopolska kurator oświaty. Nauczycielka historii, była dyrektorka Szkoły Podstawowej nr 85 w Krakowie i była radna miasta Krakowa.

Więcej…

Gibała to przemocowiec? "Ten polityczny spektakl ma znamiona takiego działania" [WYWIAD]

Gibała to przemocowiec? "Ten polityczny spektakl ma znamiona takiego działania" [WYWIAD]

30 października 2025 | 08:41

– To jest spektakl polityczny, w którym pan Gibała i jego klub po raz kolejny wchodzą w spór z prezydentem Krakowa i koalicją rządzącą. I robiąc taki spektakl, dokonują czegoś, co ma znamiona przemocowego działania – mówi nam profesor Joanna Hańderek*. Radna Nowej Lewicy komentuje oburzające słowa Łukasza Gibały i jego popleczników na temat krakowskich urzędników. Chodzi między innymi o to, że – ich zdaniem – kilkuset z nich należy wyrzucić na bruk. Sugerują oni także łamanie prawa przy ich zatrudnieniu.  – Jeśli ktokolwiek ma jakieś powody do niepokoju, jakieś podejrzenia lub dowody na nieprawidłowości, niech natychmiast zgłosi się do prokuratury czy innych organów. Łatwo się mówi, trudniej się działa – zauważa Joanna Hańderek w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. *** Kanał Krakowski: Pani Profesor, nie przypadł Pani do gustu pomysł Łukasza Gibały i spółki, by wywalić na bruk kilkuset urzędników. Joanna Hańderek: Ten pomysł wręcz mnie oburzył, przecież tu chodzi o bezpieczeństwo naszego miasta. Urzędnicy to filar praworządności i musimy sobie zdawać sprawę, że bez nich miasto nie będzie funkcjonować, co ma przecież bezpośredni wpływ na nasze życie. Ale przecież stereotypowi urzędnicy, zanim się wezmą do pracy, piją kawę i czytają gazetę. A później jest już czas, by się zbierać do domu. Tak, tak. A dokumenty przygotowują się same, projekty uchwał piszą się same, zmiany w mieście wdrażają się same, przyjmowanie i rozpatrywanie wniosków dzieje się samo, wydawanie dokumentów odbywa się samo… Niech pan popatrzy nawet na sesje rady miasta, podczas której rozmawiamy. W tej chwili jest zaangażowanych około 50 urzędników, by ta sesja mogła się normalnie odbywać. Bez tych urzędników nie jesteśmy w stanie niczego zrobić. Oni są szalenie ważni dla samorządów. Nie ma demokracji bez urzędników. ZOBACZ TAKŻE: "Gibała atakuje każdego, kto siedzi w fotelu prezydenta" [WYWIAD] Użyła Pani z mównicy dość mocnych słów w kierunku Gibały, twierdząc, że mobbinguje ludzi pracujących w magistracie. Tak, bo mobbing jest rzeczą bardzo bolesną, a pan radny – swoimi wypowiedziami o tym, by wyrzucić ponad 200 urzędników – właśnie to robi. Zresztą nie tylko taką wypowiedzią, jest ich więcej. Jeśli ludzie, którzy bardzo często pracują w urzędzie poniżej swoich kompetencji, słyszą, że w każdej chwili mogą być zwolnieni, to jaką mają mieć motywację do pracy? To jest szalenie stresująca sytuacja, powodująca, że każdy kolejny dzień wydaje się niepewny. A mówimy o naprawdę poważnych sprawach, takich jak opłacenie czynszu, utrzymanie rodziny, spłata kredytu czy zabezpieczenie edukacji i przyszłości dziecka. Więc rzucanie takich słów, rzucanie takich oskarżeń, jest bardzo niebezpieczne.  Przemoc jest najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić Chodzi Pani o oskarżenia dotyczące nieprawidłowości przy zatrudnianiu urzędników? Tak. Już wielokrotnie mówiłam i powtórzę to jeszcze raz: jeśli ktokolwiek ma jakieś powody do niepokoju, jakieś podejrzenia lub dowody na nieprawidłowości, niech natychmiast zgłosi się do prokuratury czy innych organów. Natomiast takie rzucanie słów o łamaniu prawa, uogólnienia, próby przypisania komuś winy, są straszne. Tak samo, jak mówienie, że ludzie w urzędzie są do zwolnienia. To od razu sugeruje, że ci ludzie albo nic nie robią – poza wspomnianą przez pana kawą – albo działają na niekorzyść miasta. A chyba mamy do czynienia z tą drugą sugestią, skoro radny Gibała chce ich zwalniać natychmiastowo. Proszę więc zapytać pana Gibałę, dlaczego nie zgłasza tego do prokuratury… Ten radny ma wyjątkową zdolność unikania wywiadów, w których mogą paść trudne pytania. Więc zawsze można powiedzieć, że ani pan radny, ani osoby z jego klubu nie idą do prokuratury, bo nie mają z czym. Wie pan, łatwo się mówi, trudniej się działa. Ja już przez chwilę jestem radną i wielokrotnie doświadczyłam niezwykłej kompetencji urzędników. Ostatnio miałam sytuację, w której mieszkańcy skarżyli się, że ktoś ścina drzewa w ich okolicy. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłam, był telefon do urzędnika, by się dowiedzieć, czy jest to na terenie prywatnym czy nie, z jakim przypadkiem tutaj mamy do czynienia. Często jest tak, że urzędnik pokazuje nam ścieżkę, którą mamy przejść, by załatwiać daną sprawę. Tak ważne osoby nie zasługują na złe traktowanie. Mówi Pani oczywistości. Opozycja jest tak głupia, że nie rozumie, na czym polega praca urzędników, czy tak cyniczna, że rozumie, ale mimo to urządza sobie polityczny spektakl? To jest polityczny spektakl! Ten spektakl zresztą jest tworzony przez ludzi, którzy nie od dziś siedzą w radzie miasta i obserwują pracę tych urzędników. Jak więc można generalizować i stosować pojęcia o charakterze mobbingującym? Przemoc jest najgorszą rzeczą, jaka może się przytrafić. Nawet jeśli ktoś gorzej wykonuje swoją pracę, to można rozmawiać, można prosić czy upominać, ale nie można generalizować – i to na forum publicznym – że urzędnicy się nie nadają i trzeba ich zwolnić. ZOBACZ TAKŻE: Krakowski paradoks. Bezrobotne darmozjady chcą zwalniać urzędników Gibała jest przemocowcem? Tego nie chcę powiedzieć. Ale przejawia takie zachowania? To jest spektakl polityczny, w którym pan Gibała i jego klub Kraków dla Mieszkańców po raz kolejny wchodzą w spór z prezydentem Krakowa i koalicją rządzącą. To jest ewidentne. I robiąc taki spektakl, dokonują czegoś, co ma znamiona przemocowego działania. Być może ten mój głos jest zbyt mocny do tej sytuacji, ale za każdym razem będę protestowała przeciwko takim zachowaniom. Chciałabym, byśmy wszyscy – bez względu na polityczne emocje – nie robili niczego kosztem drugiego człowieka, kimkolwiek jest i ktokolwiek go zatrudniał do pracy. Urzędnicy tak naprawdę trzymają w ryzach całą miejską strukturę. Niedopuszczalne jest, by podkopywać ich stabilność i podważać – bez dowodów i uogólniając – ich kompetencje. *** * Joanna Hańderek – doktor habilitowana nauk humanistycznych, profesor nadzwyczajna Uniwersytetu Jagiellońskiego, publicystka, działaczka społeczna i polityczna. Radna Miasta Krakowa, przewodnicząca Krakowskiej rady Nowej Lewicy.

Więcej…

Kosek: "Prezydent Miszalski ma zbyt dobre serce" [WYWIAD]

Kosek: "Prezydent Miszalski ma zbyt dobre serce" [WYWIAD]

29 października 2025 | 09:05

– Do tej pory Gibala nie znalazł elementu, który pozwoliłby mu obalić, a potem objąć władzę. Najpierw uczepił się „kolesiostwa”, ale jest to tak dęte, że już chyba każdy to przejrzał na wylot. Teraz zahaczył się o finanse miasta. Zresztą to jego stała zagrywka, bo już wiele lat temu Majchrowskiemu próbował przylepić „betonowanie”, czyli hasło, które zostało wypracowane na potrzeby marketingu politycznego – mówi nam Jakub Kosek, przewodniczący Rady Miasta Krakowa. – Wypowiedź Gibały o tym, by władze miasta podały się do dymisji, to wtedy on zacznie rządzić, obnażyła prawdziwy cel nadzwyczajnej sesji dotyczącej budżetu. On ma w głowie tylko jedną myśl: myśl o rządzeniu. To jego nadrzędny cel – twierdzi polityk w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. *** Kanał Krakowski: Czy ostatnia nadzwyczajna sesja to była jeszcze dyskusja o budżecie, czy już próba sił politycznych? Jakub Kosek: Od początku to nie była żadna dyskusja o budżecie! Prawo i Sprawiedliwość chciało po prostu zrobić przedstawienie. Doskonale było wiadomo, że temat finansów miasta miał stanąć na normalnej sesji, ale radni PiS woleli urządzić polityczny spektakl niespełna tydzień wcześniej. I był spektakl? Był, ale dość słaby. Główną osią dyskusji były emocje, a nie fakty. Jeśli chcemy na poważnie rozmawiać o budżecie miasta, to powinniśmy trzymać się faktów. A tych zabrakło. Czyli był to festiwal populizmu? Bardziej festiwal słabej polityki, która opiera się na emocjach. Niestety, w całym kraju właśnie na emocjach wygrywa się wybory. Przez to, zamiast na każdym poziomie życia publicznego rozmawiać o faktach, ciągle rozmawiamy o emocjach. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD] Gdy w czwartek poprosiliśmy opozycję, by przedstawiła fakty, pewne wyliczenia i swoje pomysły, to w odpowiedzi usłyszeliśmy, że oni są tylko od wytykania błędów. To komiczne, bo wszyscy jesteśmy przecież radnymi tego miasta i wszyscy działamy dla jego dobra, co nawet wybrzmiewa podczas ślubowania. Jeśli więc ktoś mówi publicznie, że prezydent robi coś źle, to powinien wskazać, w jaki sposób robić to lepiej. Co jest dziwnego w tym, że jeśli słyszymy krytykę naszych działań, to pytamy krytykujących, jak mamy to poprawić? Ale na to pytanie usłyszeliśmy od radnych opozycji, że ich „odpytujemy”. No to co to znaczy? Że albo nie mają pomysłów, albo że nie zrozumieli tekstu ślubowania. Po co mamy robić gwałtowne cięcia, skoro nie ma takiej potrzeby? Łukasz Gibała stwierdził, że jeśli władze miasta chcą poznać jego pomysły na poprawę sytuacji finansowej Krakowa, to niech się podadzą do dymisji, a on wtedy zacznie rządzić. Czy to nie jest symptomatyczne? Ta wypowiedź obnażyła prawdziwy cel tej sesji. Ciekawe, że Gibała najpierw atakował prezydenta Majchrowskiego, teraz – za to samo – atakuje prezydenta Miszalskiego. Jeśli w następnej kadencji pojawiłby się prezydent z PiS-u, już teraz wiadomo, w jaki sposób i jakimi słowami zaatakuje go Gibała. On to robi tak samo od lat. Dlaczego? Bo ma w głowie tylko jedną myśl – myśl o rządzeniu. To jego nadrzędny cel. Jakub Kosek / fot. archiwum prywatne Opozycja przekonuje, że sytuacja finansowa miasta jest fatalna. Prezydent odpowiada, że wcale aż takiej tragedii nie ma… Jest źle, ale nie ma żadnego zagrożenia dla mieszkańców. Nie zmierzamy ku katastrofie, nie zmierzamy w kierunku przepaści. Wiemy, że musimy poprawić sytuację, ale nie ma przesłanek, by nagle miasto stało się niewypłacalne, żeby jakieś usługi nie były realizowane. Po to te zmiany w finansach miasta są powolne, by przez cały czas zachować jakość miejskich usług. Opozycja krzyczy, że jest bardzo źle, bo chciałaby, aby sytuacja poprawiła się tu i teraz, natychmiast, nie patrząc na koszty społeczne. My natomiast obraliśmy pewien kierunek i pewną strategię, która jest rozłożona w czasie, ale pozwala na to, by Kraków nie tylko nie popadł w długi, ale i zaczął oszczędzać. Po co mamy robić gwałtowne cięcia, skoro nie ma takiej potrzeby? O tym, że Kraków jest w fatalnej sytuacji finansowej, słyszymy co najmniej od ponad 20 lat. Czy jednak kiedykolwiek było gorzej niż teraz? Choćby ponad dwa lata temu, gdy zniknęły miliardy złotych z budżetu… Przez Polski Ład? Też. Ale także przez inne zmiany podatkowe na poziomie ogólnopolskim. I celowo nie wymienię partii, która te zmiany wprowadziła, by nie być posądzony o upolitycznianie spraw budżetowych. Co nie zmienia faktu, że wtedy mieliśmy dużo gorszą sytuację niż teraz. Przetrwaliśmy. Dziś największym Waszym, czyli rządzących miastem, problemem jest: brak pieniędzy, brak pomysłów czy brak odwagi w podejmowaniu decyzji? Najprostsza i najbardziej oczywista odpowiedź to brak pieniędzy, gdy one są wszystko jest dużo prostsze. W drugiej kolejności powiedziałbym o braku odwagi, ale usprawiedliwiam to tym, że trudno podejmować odważne decyzje, jeśli są siły które tylko czyhają na najdrobniejszy błąd by go potęgować w oczach mieszkańców. Brak pomysłów wymieniłbym na końcu, bo widzę te pomysły – są one ewolucyjne, nie rewolucyjne. Nie chodzi bowiem o to, by krzywdzić jednostki, ale szukać oszczędności tam, gdzie wydatki są przeskalowane. Radni opozycji wychodzili ostatnio na mównicę i rzucali populistyczne hasła typu: tu zaoszczędźmy kwotę X, a tu kwotę Y. Ale problem w tym, że są to kwoty minimalne (po kilkadziesiąt tysięcy przy budżecie liczonym w miliardach), stanowiące promil budżetu miasta. I to są właśnie te „recepty” opozycji. Może jednak opozycja ma jakieś dobre pomysły? Chyba każdy ma jakieś dobre pomysły. Tak samo jak w każdej partii politycznej są wariaci czy głupcy. Chodzi jednak o proporcję tych dobrych pomysłów do złych oraz wariatów czy głupców do całej reszty. Trzeba być odważnym lub szalonym, by wygadywać takie rzeczy jak Gibała Gdyby mógł Pan wyciągnąć po jednym dobrym pomyśle od radnych PiS-u i radnych KdM-u, to co by to było? Na podstawie poprzedniej sesji nie wyciągnąłbym nic. Niestety. I trudno mi teraz szukać na siłę, bo to opozycja jest od tego, by zareklamować swoje dobre rozwiązania. Chyba tak bardziej z ostrożności powiedziałem, że każdy ma jakieś dobre pomysły, bo w tym przypadku o żadne pomysły nie chodzi. Sytuacja finansowa miasta jest wykorzystywana przez opozycję wyłącznie do politycznej wojny o Kraków. Zresztą obserwujemy to już od dłuższego czasu. A dyskusje o budżecie mają tylko tę wojnę zaostrzyć. To pretekst do zmiany władzy, o której mówił Gibała, który – razem ze swoim środowiskiem – na razie testuje, gdzie może zaatakować i co ma szerokie pole rażenia. ZOBACZ TAKŻE: Filozof od finansów, czyli kazania Gibały na temat miejskiego budżetu Przez półtora roku nie znalazł takiego elementu, który pozwoliłby mu obalić, a potem objąć władzę. Najpierw uczepił się „kolesiostwa”, ale jest to tak dęte, że już chyba każdy to przejrzał na wylot. Teraz zahaczył się o finanse miasta. Zresztą to jego stała zagrywka, bo już wiele lat temu Majchrowskiemu próbował z kolei przylepić „betonowanie” – hasło, które zostało wypracowane właśnie na potrzeby marketingu politycznego. Pojawiło się w Krakowie i w kilku innych miastach i tak sobie wędruje przez Polskę z mniejszym lub większym skutkiem. W naszym mieście miało niewiele wspólnego z faktami, bo oskarżanie Majchrowskiego o betonowanie w sytuacji, gdy on tylko wykonywał techniczną czynność wydawania decyzji administracyjnej (którą musiał wydać, jeśli wniosek był zgodny z prawem), jest czystym populizmem. Przez fatalne ogólnopolskie zmiany w prawie które miały miejsce jeszcze przed Majchorwskim cała Polska stała się wielkim poligonem „wuzetkowym”, a za wszystko – według Gibały – miał być odpowiedzialny ten mityczny Majchrowski. Jednocześnie spółka, której beneficjentami była rodzina Gibały, uczestniczyła w procesie deweloperskim. Co oczywiście samo w sobie nie jest niczym złym, bo ktoś musi budować mieszkania. Mnie chodzi tylko o to, by pokazać hipokryzję i metodę działania Gibały. Jakub Kosek / fot. Łukasz Michalik Kolesiostwo jest dęte? Mnie takie rzeczy mierżą, bo tak naprawdę – gdyby się bardzo czepiać – mówimy raptem o kilku osobach, i one także nie dostały pracy tylko dlatego, że ich jedyną zaletą jest przynależność partyjna. Ludzie Gibały najbardziej czepiają się Szczęsnego Filipiaka i robią to z racji funkcji, którą pełni – jest szefem krakowskich struktur PO. Ale wyjaśnijmy: w mieście, w którym zatrudnionych jest kilka tysięcy ludzi, pewnie kilkanaście czy kilkadziesiąt należy do PO. To samo w sobie nie jest niczym nagannym. Tak samo niczym złym nie jest, że prezydent, który także jest z PO, dobiera sobie współpracowników, którym ufa i którzy się sprawdzili. Każdy, kto chciałby go za to krytykować, niech się zastanowi, czy gdyby otworzył własną firmę, to wolałby zatrudniać przypadkowych ludzi z ulicy, czy kogoś, kogo zna i komu może ufać? Przecież zaufanie jest podstawą działania każdego przedsiębiorstwa. Gibała w swojej spółce też zatrudniał ludzi, których zna, włącznie ze swoją partnerką. Idealnie tu pasuje powiedzenie: „przyganiał kocioł garnkowi”. Jeśli więc prezydent Krakowa zatrudnia ludzi, którym ufa, to nie chodzi tutaj o zrobienie komuś przysługi, ale o to, że może na tych ludziach polegać. Trudno, by na przykład w radach nadzorczych miejskich spółek zasiadali ludzie z ulicy. Prezydent odpowiada bowiem karnie za te spółki, więc musi dostawać rzetelny feedback od zaufanych współpracowników. ZOBACZ TAKŻE: Wariat czy wizjoner? „W Polsce mnie nie chcą? To pojadę do Ameryki” [WYWIAD] Gibała przejrzał urzędników, którzy zostali zatrudnieni od początku prezydentury Miszalskiego, i wyszło mu, że było to kilkaset osób. Stwierdził więc, że tych urzędników można zwolnić w ramach oszczędności, bo – w zdecydowanej większości – i tak nic nie robią. Gratuluję mu odwagi w wygadywaniu takich rzeczy. Facet trzy razy startował na prezydenta, pewnie będzie i czwarty, a właśnie powiedział kilkuset osobom, z czego miażdżąca większość nie ma nic wspólnego z Platformą Obywatelską, że się do niczego nie nadają. No chyba przestrzelił. Albo sobie policzył, że na tej fali populizmu zyska więcej wyborców niż te kilkaset osób i ich rodziny. Jeśli tak mu wyszło z Excela – to OK. Ale naprawdę trzeba być odważnym lub szalonym, by wygadywać takie rzeczy, nie wiedząc w ogóle, co ci ludzie robią. Miszalski ma po prostu zbyt dobre serce Co, z perspektywy czasu, prezydent Miszalski powinien był zrobić lepiej, gdyby jeszcze raz zaczynał swoje urzędowanie? Moim zdaniem powinien być bardziej stanowczy. Czyli powinien rządzić twardszą ręką? Tego nie powiedziałem… Jest za miękki? Tego też nie powiedziałem. Może ma po prostu zbyt dobre serce.

Więcej…

Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD]

Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD]

23 października 2025 | 08:09

Zgasną latarnie, tramwaje staną, a śmieci zaleją ulice – tak brzmi czarny scenariusz, jeśli Kraków faktycznie znalazłby się na skraju finansowej przepaści. Opozycja alarmuje, że miejskie finanse są w ruinie i wkrótce odczują to wszyscy mieszkańcy. Jak jest naprawdę? Zapytaliśmy eksperta, który tłumaczy, gdzie leży problem i czy krakowski budżet naprawdę grozi załamaniem. Bez ściemy, bez politycznej narracji, bez populizmu. Analityk finansowy, dr Bartosz Banduła z Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości w Krakowie oraz dyrektor finansowy w Offroad-Express, mówi nam, jak naprawdę wygląda budżet Krakowa, gdzie są największe problemy oraz jak je rozwiązać. – Zarówno opozycja, jak i siły popierające prezydenta wybierają fakty selektywnie, tak, jak im pasuje – twierdzi rozmówca Łukasza Mordarskiego. *** Kanał Krakowski: Czy Kraków rzeczywiście jest w dramatycznej sytuacji finansowej? dr Bartosz Banduła: W prostych słowach wyjaśnię panu, na czym polega złożoność sprawy. Generalnie wszystkie duże metropolie mają problem – i jest to problem strukturalny, związany ze źródłami finansowania. Jeżeli chodzi o samorząd, mamy trzy źródła: dotacje, subwencje i dochody własne. Ogólnie rzecz ujmując, nie wystarcza to, by pokryć wszystkie wydatki – nawet te, które teoretycznie powinny być zabezpieczone z subwencji. Podam przykład. W Krakowie od zawsze jest tak, że subwencja oświatowa nie zabezpiecza wszystkich wydatków na cele oświatowe miasta. I ten problem jest strukturalny, bo od kilkunastu lat nasze państwo nie chce zreformować kwestii zasilania, czyli źródeł finansowania samorządu terytorialnego. I to jest pierwsza płaszczyzna. Druga płaszczyzna to kwestia związana ze środkami unijnymi. Pieniądze z Unii na inwestycje zabezpieczają tylko część całkowitych kosztów tych inwestycji. I tutaj mówimy o tzw. montażu finansowym, czyli takiej procedurze, w której np. 75% środków inwestycyjnych zabezpiecza Unia Europejska, a pozostałą część musi zabezpieczyć samorząd, który – jak już mówiłem – nie ma tych środków w budżecie. Powstaje więc dylemat: czy wziąć te środki, finansując się po części z kredytu i zrealizować inwestycję, czy nie brać ich wcale. Apokaliptyczna wizja Krakowa po "bankructwie" wg. AI I po trzecie – rządy mają różne pomysły, np. dotyczące rstrukturyzacji PIT-u. Mało osób na poziomie centralnym zdaje sobie sprawę, że jeśli podniesiemy kwotę wolną od podatku, zmniejszymy podatek dla osób fizycznych, bądź wprowadzimy więcej ulg, to najbardziej na tym cierpią nie budżet centralny, lecz samorządy. Dlaczego? Bo zgodnie ze źródłami finansowania samorządów około 37% dochodów z PIT-u to środki przelewane na konto gminy, w której mieszka dany podatnik lub w której wskazał urząd skarbowy do rozliczeń. I teraz, jeżeli wprowadzamy coś takiego jak Polski Ład i kasujemy – choćby tylko na chwilę – PIT, to powstaje luka, której nikt nie zasypuje. Jeżeli podnosimy kwotę wolną od podatku albo dajemy dodatkowe ulgi, powstaje dziura, której również nikt nie wypełnia. 98% podatników to osoby z pierwszego progu podatkowego, czyli ci, którzy zarabiają mniej, a jednocześnie proporcjonalnie najwięcej wpłacają do budżetu państwa. ZOBACZ TAKŻE: Drewnicki pisze do Tuska, Kocurek do Mikołaja. Kabaret żenady w Krakowie Na wszystkie te trzy problemy należy nałożyć potrzeby inwestycyjne – rozbudowę dróg, infrastruktury miejskiej, z której w przypadku metropolii korzystają także mieszkańcy okolicznych gmin. Na przykład Trasa Łagiewnicka jest trasą transferową przez miasto, a finansowana jest ze środków Krakowa. Mamy więc sytuację, w której chcemy mieć inwestycje, wysokiej jakości usługi i tanie bilety na komunikację miejską (do której miasto i tak dopłaca, bo ceny biletów nie równoważą kosztów), ale wpływy do budżetu miasta nie pokrywają wydatków. W Krakowie od co najmniej 20 lat mówi się o dramatycznej sytuacji finansowej. Ponad 10 lat temu w gazetach pojawiały się teksty, że Kraków bankrutuje. To bicie piany czy realna groźba? Samorząd nie może zbankrutować, bo nie ma takiej możliwości prawnej. W polskim prawie jest tyle bezpieczników, które zaczynają działać wcześniej, że nie może dojść do bankructwa miasta. W ostateczności powołany zostanie komisarz, który będzie miastem zarządzał i zrównoważy budżet. Co wtedy? I wtedy dopiero może zacząć się dramat, bo okaże się, że trzeba będzie np. „ściąć” połowę tramwajów i autobusów, zlikwidować dopłaty do przedszkoli publicznych itd. Nie brałbym jednak dzisiaj pod uwagę wprowadzenia komisarza w Krakowie z powodu trudnej sytuacji miasta. Natomiast są takie punkty w wieloletniej prognozie finansowej, które mogą być trudne. To, co wydarzyło się teraz – czyli dodatkowa emisja obligacji – pokazuje, że rzeczywiście mamy w Krakowie problem. Mówi Pan o tej drugiej emisji? Tak. Bo pierwsza, ta sprzed około miesiąca, była emisją na wydatki inwestycyjne. Teraz natomiast mamy do czynienia z emisją, która rzeczywiście dotyczy wydatków bieżących, czyli takich, które powinny być finansowane z budżetu – z dochodów własnych bądź subwencji. Zasada projektowania idealnego budżetu jest taka, że subwencje, dotacje i dochody własne finansują podstawowe działania, natomiast kredyty zaciąga się na inwestycje. Ale świat nie jest idealny. I dziś w Krakowie widzimy symptomy, że ktoś nie do końca zapanował nad wieloletnią prognozą finansową – i nagle trzeba coś „wykombinować”. ZOBACZ TAKŻE: Wariat czy wizjoner? „W Polsce mnie nie chcą? To pojadę do Ameryki” [WYWIAD] Emisja obligacji jest najprostsza, bo jest wyłączona z ustawy o finansach publicznych – nie trzeba na nią robić przetargu, jak na kredyty. Po prostu sekretarka rozsyła zapytanie do banków, banki odsyłają propozycje i wygrywa najlepsza oferta. Podnoszenie podatków lokalnych jest o tyle skomplikowane, że istnieje limit ich podnoszenia Czy Jacek Majchrowski zostawił Kraków w tak dramatycznym stanie, jak mówi o tym opozycja i grzmią niektóre media? Czy to już wina nowej władzy? Oceniam to jako problem strukturalny – to nie jest sytuacja, w której można wskazać jednego winnego. U źródeł tego problemu stoi myślenie o naszym państwie. Chcemy mieć niskie podatki, ale opiekę socjalną i państwową na poziomie krajów skandynawskich. A tak się nie da. Jeżeli ograniczamy podatki na poziomie centralnym, to już tam nie spina się budżet, a konsekwencją tego jest brak równowagi także w budżetach samorządów. Dodatkowo takie miasta jak Kraków, Warszawa czy Poznań – duże metropolie – ze swoich środków obsługują zadania, które dotyczą gmin ościennych. Na przykład samochody z tych gmin wjeżdżają do Krakowa i korzystają z krakowskich dróg (szacunki mówią o kilkudziesięciu tysiącach aut dziennie), a za remonty i utrzymanie płaci tylko Kraków, czyli jego mieszkańcy. Nawet partycypacja w komunikacji miejskiej nie wystarcza, by zbilansować system z punktu widzenia obsługi tzw. obwarzanka. Kraków / fot. Pixabay Jeśli chodzi o kadencję profesora Majchrowskiego – starał się on wykorzystać potencjał środków unijnych, które napływały do Krakowa od 2004 roku. Musiał więc zabezpieczać wkład własny na inwestycje, i to jest racjonalne. Co więc w dzisiejszej sytuacji powinny zrobić władze miasta? Starać się zwiększać dochody własne. Czyli podnosić podatki? Podnoszenie podatków lokalnych jest o tyle skomplikowane, że istnieje limit ich podnoszenia. Można jednak zachęcać tzw. wewnętrznych migrantów zarobkowych do wskazywania krakowskiego urzędu skarbowego jako miejsca rozliczeń. Powinien być też silniejszy lobbing dużych miast na rzecz wprowadzenia porządnej ustawy metropolitalnej, która zmieni zasady finansowania dużych ośrodków miejskich świadczących usługi na rzecz mniejszych społeczności. Teraz mamy sytuację odwrotną – bogate miasta płacą tzw. janosikowe na rzecz mniejszych, oddalonych ośrodków. W przypadku Krakowa mamy komfortową sytuację, bo banki bardzo chętnie finansują dług Mówi Pan o rozwiązaniach systemowych. Ale czy Kraków może zrobić coś doraźnie? Nie. Czyli nadal każdego roku będziemy dyskutować o dramatycznej sytuacji finansowej miasta? Proszę spojrzeć na wieloletnią prognozę finansową – coś tam kiedyś zostało zapisane, ale my dokładamy do tego nowe wydatki inwestycyjne. Nie przyglądałem się jeszcze technicznie, jak będzie wyglądał np. „Pakt dla osiedli”, ale mówimy o tym, że chcemy wydać pół miliarda złotych na drobne inwestycje. Jeśli ktoś będzie chciał zrealizować ten „Pakt”, a skończą mu się pieniądze w budżecie, będzie musiał znaleźć inne źródła finansowania – np. kredyt. Z jednej strony więc dokładamy kolejne działania inwestycyjne, a z drugiej nie mam wrażenia, że władze miasta w pełni kontrolują to, co się dzieje z wieloletnią prognozą finansową. Czyli Kraków powinien zaprzestać tych działań inwestycyjnych? Nie mówię, by całkowicie je kasować, ale mam wrażenie, że należałoby je urealnić. Łukasz Gibała powiedział w rozmowie z LoveKraków.pl, że gdyby został prezydentem, miałby receptę na poprawę sytuacji finansowej miasta. Zaproponował między innymi redukcję etatów w urzędzie, zmiany w podejściu do zamówień publicznych i narzędzi IT i zwiększenie efektywności miejskich spółek. Jak Pan ocenia te rozwiązania? Szanuję Łukasza Gibałę za jego społecznikowskie podejście do pełnienia funkcji radnego oraz jego interwencje dla mieszkańców. Nie zgadzam się jednak z poglądem, że redukcja etatów w urzędzie miasta czy wprowadzenie systemu IT do zarządzania miastem zniwelują obecną sytuację „jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki”. Tego typu działania mogą przynieść (o ile w ogóle) jednorazowy efekt, a my ciągle rozmawiamy o problemie strukturalnym, trawiącym samorządy metropolii jak nowotwór od lat. Bez zmiany filozofii myślenia o samorządzie, jego zadaniach własnych i zleconych oraz określeniu ich źródeł finansowania wraz z mechanizmami waloryzacji niewiele zdziałamy. ZOBACZ TAKŻE: Populizm zamiast planu. Recepta Gibały na dług Krakowa nie trzyma się kupy Dziś opozycja grzmi o fatalnej sytuacji miasta, ale przeciętny Kowalski raczej tego nie odczuwa. Lampy się świecą, tramwaje jeżdżą, śmieci nie zalegają na ulicach… Myśli Pan, że sytuacja finansowa przełoży się w końcu na życie mieszkańców? Są takie gminy w Polsce, w których rzeczywiście trzeba było wprowadzać drastyczne programy naprawcze. W przypadku Krakowa mamy jednak komfortową sytuację, bo – jak dotąd – banki bardzo chętnie finansują dług. Polski sektor bankowy ma nadpłynność, co oznacza, że banki nie mają co robić z pieniędzmi, a miasto jest dla nich wygodnym adresatem, bo nie ma ryzyka bankructwa. Gdyby ktoś miał zapamiętać tylko jedną rzecz na temat budżetu Krakowa, co by to było? By nie patrzeć na sytuację finansową miasta przez pryzmat budżetu jednorocznego. Konkretnie: jest źle czy opozycja bije pianę? Zarówno opozycja, jak i siły popierające prezydenta wybierają fakty selektywnie – tak, jak im pasuje. Nie powiem, że sytuacja miasta jest zła, choć nie podoba mi się emisja obligacji na pokrycie wydatków bieżących. Zdaję sobie jednak sprawę, że miasto nie ma innego wyjścia, bo nie jest w stanie zrównoważyć budżetu standardowymi źródłami finansowania. *** dr Bartosz Banduła * dr Bartosz Banduła – analityk finansowy, wykładowca Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości w Krakowie oraz dyrektor finansowy w Offroad-Express

Więcej…

Strona 1 z 2

  • 1
  • 2

Social Media

Reklama - sidebar

Na fali

  • Majchrowski:

    W nurcie rozmowy

    Majchrowski: "Gibała od 17 lat...

    Informacja
    28 stycznia 2026 | 16:26
  • Ujawniamy plan Koalicji na wypadek odwołania Miszalskiego! To ONA może go zastąpić

    Fala faktów

    Ujawniamy plan Koalicji na wypadek...

    Informacja
    30 stycznia 2026 | 07:11
  • Odszedł nagle i niespodziewanie. Teraz buduje nową siłę polityczną

    Fala faktów

    Odszedł nagle i niespodziewanie. Teraz...

    Informacja
    13 stycznia 2026 | 06:00

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.