Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Rozmowy

Szef Klastra Rybitwy: „Śpię spokojnie. Czasem gramy twardo, ale zawsze fair ” [ROZMOWA]

Szef Klastra Rybitwy: „Śpię spokojnie. Czasem gramy twardo, ale zawsze fair ” [ROZMOWA]

14 sierpnia 2026 | 08:20

– Śpię jak niemowlak i nie boję się, że ktoś zapuka o 6 rano – mówi nam Remigiusz Tytuła, prezes Klastra Rybitwy. Zapewnia, że po tym, jak złożono doniesienie do prokuratury, zrobił rachunek sumienia. – Przeanalizowałem sobie, czy w jakimś ferworze działań czegoś nie pominąłem, przeanalizowałem własną działalność, posprawdzałem komunikatory, przypomniałem sobie rozmowy… – Sedno problemu z mojego punktu widzenia jest takie, że z normalnej działalności organizacji społecznej, z normalnej działalności przedstawicieli samorządu, próbuje się zrobić jakąś podejrzaną sprawę. Rozmowa przez telefon? Zgroza! Wysłanie wiadomości? Podejrzane! Prośba o informację? Zbrodnia! – mówi prezes Tytuła. *** Kanał Krakowski: Panie Prezesie, jednak rozmawiamy w Pańskim biurze, a nie w areszcie śledczym. Remigiusz Tytuła: (śmiech) I zawsze tak będziemy rozmawiać! No chyba, że pan redaktor ma coś na sumieniu? Żyjemy wciąż w kraju, w którym można rzucać różne oskarżenia, natomiast faktycznie liczy się to, co na koniec dnia jest „zaksięgowane” w aktach sądowych. Co szczególnie przykre i kłopotliwe – choć ja, Klaster i opinia publiczna nie zna treści zawiadomienia, nie zna zawiadamiającego, nie zna zarzutów i nie może ich ocenić – to wytwarza się wrażenie, że „może coś jest na rzeczy”, obciąża reputację.      Remigiusz Tytuła podczas protestu przed magistratem Najważniejsze jednak, że nic to nie zmienia w naszym modelu działania. W tym, co mówimy, jak mówimy, do kogo mówimy i z pomocy jakich narzędzi komunikacji korzystamy. Zawsze wygląda to dokładnie w ten sposób: komunikujemy się ze wszystkimi, z tymi nam przychylnymi ale również z naszymi przeciwnikami w sferze publicznej. A kto jest dziś Waszym przeciwnikiem w sferze publicznej? Naszym przeciwnikiem jest zawsze ten, kto ustawia się naprzeciwko miejscom pracy i podatkom. Naszym przeciwnikiem jest ten, kto chce iść na skróty i osiągać zysk nie wysiłkiem, zaangażowaniem, innowacją; ale prostą spekulacją – jak choćby administracyjną zmianą możliwości zagospodarowania  danego gruntu. Naszym przeciwnikiem są też wszyscy Ci, którzy sekundują takim postawom.    Czyli kto? Bo na teraz narrację mamy taką, że może Pan być zamieszany w jakąś gigantyczną aferę. Zacytuję LoveKraków: "Bartłomiej Talaga złożył do Małopolskiego Wydziału Prokuratury Krajowej zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez dwóch przedstawicieli Klastra oraz przez radnego miejskiego". Niech Pan przeczyta ostatni akapit tego materiału. "Od Redakcji: Podkreślamy, że opisane wyżej zarzuty pochodzą z zawiadomienia Bartłomieja Talagi i na moment publikacji nie zostały potwierdzone przez organy ścigania ani przez CBA. Nie przesądzamy o ich prawdziwości ani o odpowiedzialności konkretnych osób". No właśnie. To jest dość specyficzne i pokazuje, że ktoś, za tym stoi, ma cel tylko i wyłącznie podkopania naszej pozycji, naszej roli w dialogu społecznym. A redakcja to publikuje, ale jednocześnie wiary chyba brak… To jaki motyw miał zawiadamiający? Trudno jest mi się wczuć w rolę pana Bartłomieja Talagi. Powiem tyle: jako przedsiębiorca w Krakowie jest osobą dość anonimową, swoją działalność biznesową prowadzi poza naszym miastem, a Klaster to jest kilkudziesięciu przedsiębiorców zatrudniających tysiące osób, mających swoją markę, mających swój wizerunek. No i de facto mówimy tutaj właśnie o takiej rozbieżności, gdzie następuje uderzenie w naszą organizację, w ludzi, w całe to zaplecze. Czy przedstawiciele Klastra otrzymywali niejawne materiały planistyczne od radnego Grzegorz Stawowego? Nie. Z panem Grzegorzem Stawowym, tak samo jak z panem Włodzimierzem Pietrusem, z panem Michałem Starobratem, czy z panami: Łukaszem Gibałą, Aleksandrem Miszalskim, Stanisławem Mazurem, Jerzym Muzykiem, czy Stanisławem Kracikiem, mieliśmy wielokrotnie kontakty, braliśmy udział w różnego rodzaju spotkaniach i przepływ informacji miał charakter jawny. Korzystaliśmy tylko i wyłącznie z oficjalnych kanałów komunikacji i zawsze staraliśmy się robić w ten sposób, żeby nie wyróżniać nikogo w procesie komunikacyjnym. Radny Grzegorz Stawowy Sednem całego problemu jest to, że próbuje się wytworzyć wrażenie, jakoby kontakt z radnym czy spotkanie z prezydentem, było czymś obciążającym, jakąś podejrzaną okolicznością. Tymczasem rolą takich organizacji jak nasza, a także rolą samorządu i jego przedstawicieli, jest przecież uczestniczyć w dialogu społecznym, czyli spotykać się z różnymi środowiskami, wysłuchiwać ich głosu, otrzymywać od nich materiały, poddawać je pod analizę i tak dalej. Tak działa społeczeństwo otwarte. To jest też istota naszego działania od początku i my z tego działania absolutnie się nie wycofamy. Uważa Pan, że cała ta sprawa jest „dęta” i jest zwykłą nagonką? Może kampania wyborcza jest mało emocjonująca? Może w sezonie ogórkowym ktoś chce jakoś zapunktować? Ja przeanalizowałem sobie, czy w jakimś ferworze działań czegoś nie pominąłem, przeanalizowałem własną działalność, posprawdzałem komunikatory, przypomniałem sobie rozmowy… Czyli zrobił Pan rachunek sumienia? No oczywiście, że zrobiłem rachunek sumienia, robię go zresztą codziennie myjąc zęby przed lustrem. Jesteśmy tylko ludźmi i czasami może się zdarzyć jakaś pomyłka. I co Panu wyszło? Tak jak mówiłem, sedno problemu z mojego punktu widzenia jest takie, że z normalnej działalności organizacji społecznej, z normalnej działalności przedstawicieli samorządu, próbuje się zrobić jakąś podejrzaną sprawę. Rozmowa przez telefon? Zgroza! Wysłanie wiadomości? Podejrzane! Prośba o informację? Zbrodnia! Śpi Pan spokojnie? Nie boi się Pan, że o godzinie 6 rano ktoś zapuka do drzwi i nie będą to mili panowie? Śpię jak niemowlak, ale za to chrapię jak dziadek, taka już jest moja uroda. (śmiech) Ale jak będą wyważać drzwi, to Pan usłyszy? Powiem tak: zarówno ja, jak i organizacja, którą reprezentuję, gramy czasem może twardo, ale zawsze staramy się grać fair. Dlatego śpię spokojnie, traktuję tą akcję jako atak typowo wizerunkowy, mający na celu zamrożenie pewnego procesu, w którym Klaster uczestniczy. A procesem tym jest komunikowanie publiczne, edukowanie, rozmowa z przedstawicielami samorządu i opinią publiczną o tym czym są Rybitwy i Płaszów, o pracy i podatkach. Teraz w kampanii tym procesem jest na przykład rozmowa z każdym kandydatem na prezydenta. Prezes Klastra Remigiusz Tytuła i członek zarządu Łukasz Janeczek Komuś to chyba przeszkadza, że jakoś sobie radzimy, że ludzie zamiast zachwycać się makietami i wizualizacjami, zaczynają rozumieć, że sukcesem Krakowa nie będzie to że będzie miał więcej mieszkań i mieszkańców, tylko to, że będą środki, by tym mieszkańców dostarczyć usługi publiczne na dobrym poziomie, że będą reinwestowane podatki w budowę, a potem utrzymanie infrastruktury, że nie będziemy musieli rokrocznie zastanawiać się z czego zapłacimy motorniczym czy nauczycielom. Komu najbardziej nie leży narracja, którą promuje Klaster? Nie będę bawił się w jasnowidza i psychologa. Nie znam zawiadomienia, z oczywistych względów nie mam aktualnie kontaktu z osobą wskazaną przez redakcję Lovekraków jako autora zawiadomienia, nie siedzę w jego głowie ergo nie znam jego motywów, zaplecza i inspiracji. Z logiki postępowania wynika jednak, że teraz takie pytania zadane zostaną mu nie przeze mnie, czy dziennikarzy, ale funkcjonariuszy państwowych weryfikujących to zgłoszenie.      ZOBACZ TAKŻE: Owca i stado baranów pchają się do magistratu. Nie ma już żadnych hamulców!

Więcej…

Wantuch: „Za te dwie rzeczy oddałbym duszę i cały majątek nawet diabłu” [WYWIAD]

Wantuch: „Za te dwie rzeczy oddałbym duszę i cały majątek nawet diabłu” [WYWIAD]

11 sierpnia 2026 | 08:40

– Problem z panią Darią Gosek-Popiołek jest taki, że ona jest bardzo sympatyczną osobą, ale to nie są wybory na „Najlepszą sąsiadkę”, ale na prezydenta Krakowa, który czasami musi być twardym draniem – mówi nam Łukasz Wantuch. Były radny zbiera podpisy pod swoją kandydaturą oraz bez ogródek mówi, za co "się sprzeda" jeszcze przed wyborami. – Gdyby w tym momencie tutaj, na środku Plant, wylądował statek kosmiczny, a w środku był diabeł, to za te dwie rzeczy oddałbym duszę i cały majątek – zapewnia Wantuch. *** Kanał Krakowski: Czy to koniec Pańskiej przygody z wyborami w Krakowie? Łukasz Wantuch: Nie wiem, dlatego że dla mnie wybory nie są celem samym w sobie. Każdy, kto mnie obserwuje od ponad dekady, wie doskonale, że są pewne rzeczy, na których mi zależy… Są też rzeczy, które trzeba zrobić, np. zebrać trzy tysiące podpisów. Mam w tym momencie ponad tysiąc podpisów, więc to idzie całkiem dobrze, mimo że jest trudno. Kto zbiera te podpisy? Znajomi, osoby z Facebooka, rodzina, przyjaciele… Robią to za darmo czy za 50 złotych netto za godzinę, bo tyle Pan oferował? Część osób robi za darmo, ale część to tak zwani „płatni wolontariusze”. Łukasz Wantuch To pojęcie, które weszło do języka dzięki Łukaszowi Gibale. Opłacał ludzi, jednocześnie nazywając ich wolontariuszami. No jest to sprzeczność sama w sobie. To tak jakby mówić, "sucha woda". Albo "merytoryczna kandydatka lewicy". (śmiech) To prawda, ale to się wytnie przy autoryzacji. To jaka jest największa trudność w tym zbieraniu podpisów? Po pierwsze, mamy okres wakacyjny, bardzo wielu Krakowian wyjechało z miasto. Po drugie, wielu ludzi nawet nie wie, kiedy są wybory.  Po trzecie problemem jest podanie numeru PESEL. Większość ludzi ma zastrzeżony PESEL i myśli, że to w jakiś sposób przeszkadza. A po czwarte, moim największym problemem jest to, że jestem niezależny. Ta niezależność ma swoje zalety, ale ma też gigantyczną wadę, że w postaci tego, że nie jestem częścią żadnej struktury partyjnej, która może mi zebrać podpisy. Próbował się Pan dogadać m.in. z Joanną Senyszyn, ale ona stwierdziła, że jest Pan bezczelny, bo od razu zobowiązał ją Pan do zebrania trzech tysięcy podpisów dla Pana. To było bardzo miłe spotkanie, ale jestem osobą, która mówi rzeczy prostu z mostu. Jeżeli coś daję, a to też oczekuję. Co jej Pan zaoferował? Jeżeli jest partia myśli poważnie o wyborach parlamentarnych w przyszłym roku, to mogę jej pomóc w budowaniu struktur w Krakowie i pomogę w promocji ugrupowania. Joanna Senyszyn ZOBACZ TAKŻE: Senyszyn: „Gibała może wygrać już w pierwszej turze” [WYWIAD] A za co – poza podpisami – Pan mógłby się sprzedać innym kandydatom? Są dwie takie rzeczy, na punkcie których mam obsesję: wymiana opraw sodowych na ledowe i montaż kamer bezprzewodowych. Rozpocząłem sześć lat temu program wymiany opraw sodowe na ledowe, który daje miastu 20 milionów w oszczędności. Gdyby było to zrobione tak, jak ja proponowałem, a nie tak, jak wymyśliło to ZDMK, to już dzisiaj wszystkie lampy w Krakowie byłyby ledowe. Jeśli chodzi o kamery bezprzewodowe, dam banalny przykład. To, że udało się złapać sprawców ostatnich głośnych ataków, wynika z tego, że ktoś posłużył się telefonem komórkowym i nagrywał zdarzenie. Gdybyśmy w mieście mieli kamery instalowane tam, gdzie chce rada dzielnicy, to byłoby bezpieczniej. Siedzimy tutaj teraz w Bunkrze Sztuki. Jeśli w tym momencie ktoś upadnie na ulicy, to AI, które obserwuje te kamery, zauważa, że ktoś upada i przesyła informację do operatora. Operator decyduje, czy ktoś się po prostu potknął czy to jest np. zawał serca. I za te dwie rzeczy sprzeda Pan swoje 0,3% poparcia? To jest tak bardzo dobry wynik, jak na początek. 0,3% poparcia to jest kilkaset głosów przy niskiej frekwencji. Nie obawia się Pan, że stanie się kandydatem-memem? Jeżeli ktoś nie ryzykuje, to bez próby nie ma sukcesu. Lepiej żałować, że coś się zrobiło i to się nie udało, niż żałować, że się nie próbowało w ogóle. Będzie Pan większym memem niż Daria Gosek-Popiołek, a to spore osiągnięcie przebić ją akurat w tej kategorii. Jeżeli chodzi o znajomość tego miasta, jestem najbardziej merytorycznym kandydatem, bo mam ponad 10-letnie doświadczenie samorządowe. Od rady dzielnicy po Radę Miasta Krakowa. Daria Gosek-Popiołek A problem z panią Darią Gosek-Popiołek jest taki, że ona jest bardzo sympatyczną osobą, ale to nie są wybory na „Najlepszą sąsiadkę”, ale na prezydenta Krakowa, który czasami musi być twardym draniem. I nie wyobrażam sobie pani Darii Gosek-Popiołek mówiącej do mieszkańców: słuchajcie, niestety zrobimy tak, jak jest dobrze dla miasta, a nie tak, jak wy chcecie. Pani Daria będzie chciała zrobić tak, żeby zadowolić i tych, którzy coś chcą i tych, którzy chcą coś innego. To jest przekleństwo w ogóle wszystkich polityków, którzy boją się ludziom powiedzieć prawdę. Ja nie będę miał z tym problemu. Gosek-Popiołek powinna wystartować na „najsympatyczniejszą kandydatkę roku 2026”, ale to jest wszystko. Jest to ciepła, urocza osoba. Wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie pod względem takim ludzkim. Ale jak patrzę na jej program wyborczy, to widzę, że proponuje rzeczy, których nie da się załatwić na podstawie prawa lokalnego i muszą być załatwione ustawami. Przypominam, że ona jest posłanką… Może ona tego po prostu nie wie?  Tego się obawiam. Albo nie wie, albo jest niezwykle wyrachowana. Jeżeli nie wiedziała, ilu jest posłów w Sejmie i jakie jest budżet Krakowa, to obawiam się, że to pierwsze. Ale ona ma taki typ osobowości, że próbuje być panną młodą na każdym ślubie. Chce, żeby wszyscy byli szczęśliwi. To jest bardzo mądra taktyka, bo mówi ludziom to, co chcą usłyszeć, na zasadzie: „idą wybory, więc wam to obiecam, a co będzie po wyborach, to jest inna życie”. Problem jednak polega na tym, że ona nie ma kompletnie wiedzy o naszym mieście ii widać to już na samym starcie kampanii. Obawiam się, że z każdym dniem będzie coraz gorzej. Jak zaczniemy ją pytań o konkretne rzeczy, o Zakrzówek, o Wesołą, o komunikację miejską, to ona nie będzie znała odpowiedzi. Może ludzie chcą, żeby politycy byli infantylni, głupkowaci? Tak się robi kampanię. Jeżeli popatrzymy na postulaty niektórych kandydatów, to na przykład Michał Drewnicki obiecał już chyba wszystko. Na przykład nowe miejsca pracy. To bardzo dobry postulat, ale gdzie będą te miejsca pracy i kto je stworzy? Michał Drewnicki Mój program jest konkretny. Mówię konkretnie, co chcę zrobić, gdzie chcę zrobić, w jaki sposób chcę co zrobić. I o tym chcę robić tę kampanię. Nie będę się posuwał do obrzydliwych rzeczy,  personalnych wycieczek typu, że Gibała jest synem przedsiębiorcy i bratem dewelopera, a Miszalski miał dyskotekę w budynku, gdzie była siedziba Gestapo. To obrzydliwe! W swojej analizie napisał Pan, że dobrze ocenia Bartosza Bocheńczka z Konfederacji. Spotkałem się z nim tylko raz i zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Do tej pory Konfederacja kojarzyła mi się tylko z Konradem Berkowiczem, z którym miałem nieprzyjemność kiedyś się spotkać. Zrobił na mnie straszne wrażenie. Straszne. Czyli jakie? Prymitywne. Prymitywny człowiek. Jakbym miał określić go jednym przymiotnikiem, to jest po prostu prymitywny. A jeśli chodzi o Bocheńczaka, ma bardzo logiczny, analityczny i chłodny umysł. Wiadomo, że prezydentem Krakowa nie będzie, ale zrobi dobry wynik, ponieważ on ma podejście, które lubię: problem, analiza, rozwiązanie. Bartosz Bocheńczak Jest w Krakowie polityk, który przed drugą turą wyborów prezydenckich Gibała-Miszalski mówił, że dla niego nie ma różnicy, u kogo będzie wiceprezydentem. Dla Pana też? Jak wspomniałem o tych dwóch obsesjach, gdyby w tym momencie tutaj, na środku Plant, wylądował statek kosmiczny, a w środku był diabeł, to za te dwie rzeczy oddałbym duszę i cały majątek. To są rzeczy, które wiem, że są dobre dla miasta. Ale nie startuję po to, by się sprzedawać, ale by zostać prezydentem! Odważne słowa, jak na kogoś, kto ma 0,3% poparcia. Zohran Mamdani miał jeszcze mniej, a trzy miesiące później został burmistrzem Nowego Jorku. Zabawne, bo Pan ani nie jest Mamdanim, ani nie ma trzech miesięcy. Liczę na mądrość mieszkańców Krakowa. Liczę na to, że mój program, który daje konkretne rozwiązania problemów, będzie na tyle atrakcyjny dla mieszkańców, że na mnie zagłosują. Nie jestem pozbawiony wad, ale po erze polityków, którzy są infantylni i obiecują wszystko, może ludzie w końcu zaczną doceniać tych, którzy potrafią przedstawić konkretny program i potrafią czasem powiedzieć: nie. A jeśli Pan nie zbierze podpisów i jednak nie wystartuje? Wtedy najlepszą kandydatką będzie Monika Piątkowska. Biorąc pod uwagę cały jej dorobek i znajomość naszego miasta, jestem przekonany, że jest w stanie zrobić najwięcej dla Krakowa. Monika Piątkowska ZOBACZ TAKŻE: „Start Gibały to połączenie ambicji, ego i żądzy władzy. W końcu się dodrapie” [WYWIAD]

Więcej…

„Start Gibały to połączenie ambicji, ego i żądzy władzy. W końcu się dodrapie” [WYWIAD]

„Start Gibały to połączenie ambicji, ego i żądzy władzy. W końcu się dodrapie” [WYWIAD]

10 sierpnia 2026 | 08:26

– Wychowany był w cieplarnianych warunkach, pod kloszem, w rodzinie mającej pieniądze. Potrzebuje chyba mieć tylko tytuł. Inaczej nie da się tego wytłumaczyć. No chyba że jest uzależniony od pewnego narkotyku, który nazywa się żądza władzy – tak czwarty start Łukasza Gibały w wyborach na prezydenta Krakowa komentuje Patryk Salamon, redaktor naczelny LoveKraków.pl. W rozmowie z Kanałem Krakowskim dziennikarz mówi, kto przeprowadzi najbardziej brudną kampanię, kto jest najbardziej merytorycznym kandydatem i kto zaliczy największą porażkę. *** Kanał Krakowski: Kto zostanie prezydentem Krakowa? Patryk Salamon: Myślę, że nikt nie jest w stanie dziś racjonalnie odpowiedzieć na to pytanie. Są badania, sondaże… Na ich podstawie widziałem już Rafała Trzaskowskiego, który przez trzy godziny był prezydentem Polski. Tu możemy mieć więc ten sam kazus: być może Łukasz Gibała myśli, że już jest prezydentem Krakowa. Pamiętajmy, że trzy lata temu też był już prezydentem, a przynajmniej na to wskazywały wszystkie sondaże. Tymczasem w trakcie kampanii nastąpiło przełamanie, Aleksander Miszalski zaczął iść do przodu. Zresztą to, że Miszalski wygrał pierwszą turę też było niespodziewane i sondaże na to nie wskazywały. Na dziś nie można więc stwierdzić, kto zostanie prezydentem Krakowa. Patryk Salamon Skąd się bierze taka dysproporcja między sondażami a wynikami, głównie u Łukasza Gibały? Sondaże w rękach polityków są po to, żeby kreować wizerunek. Często są sztucznie pompowane. Już w tej pre-kampanii mieliśmy do czynienia z absurdalnym sondażem, w którym Daria Gosek-Popiołek osiągała jakiś niebotyczny wynik i tak naprawdę brakowało milimetra, żeby została prezydentem Krakowa. Kandydaci wypuszczają więc takie sondaże, żeby pokazać, że mają silną pozycję. Co im to daje? Stawiam tezę, że niektórzy kandydaci wypuszczają badania z dobrymi wynikami w momencie, gdy robią zbiórkę finansową na kampanię wyborczą. Wtedy przychodzi jeden z drugim kandydatem do biznesmena i mówi: „Zobacz, mam szansę wygrać”. Żaden racjonalnie myślący prywatny przedsiębiorca nie da pieniędzy kandydatowi, który będzie miał czwarte czy piąte miejsce. Ktoś, kto chce sobie kupić polisę ubezpieczeniową, daje pieniądze pierwszemu albo drugiemu. Albo i jednemu, i drugiemu, bo wtedy ta polisa jest pewniejsza. Gdybyś miał luźne pół miliona złotych, komu byś dał na kampanię? Nikomu bym nie dał, bo to jest idiotyzm, żeby dawać komukolwiek. Później kandydat, który zostanie prezydentem i tak cię oszuka i zrobi po swojemu. Może jednak nie oszuka? W polityce? Ja to się w ogóle zastanawiam, po co ktoś chce zostać prezydentem Krakowa. No to po co Łukasz Gibała startuje po raz czwarty? Myślę, że on tylko realizuje swoje ambicje. Zobaczmy na jego życiorys. Wychowany był w cieplarnianych warunkach, pod kloszem, w rodzinie mającej pieniądze. Tam nie było sytuacji, że jego ojciec musiał się zastanawiać, czy kupić w tym miesiącu buty synowi, czy pojadą na wakacje, czy będzie co wsadzić do garnka. Łukasz Gibała nie przeżył ciężkich lat 90., gdzie połowa Polski była na bezrobociu. Oni po prostu mieli pieniądze. Start w dorosłe życie Łukasz też miał taki, że dostał pieniądze na mieszkanie, na apartament na Woli Justowskiej. Więc myślę, że on po prostu szuka spełnienia jakichkolwiek ambicji. Pieniądze ma, wygodne życie ma, więc potrzebuje chyba mieć tylko tytuł. Inaczej nie da się tego wytłumaczyć. No chyba że jest uzależniony od pewnego narkotyku, który nazywa się żądza władzy. To kwestia ambicji czy ego? Myślę, że połączenie jednego i drugiego. Kto zrobi najbardziej brudną kampanię? Do tej pory słynęła z tego Koalicja Obywatelska. Wiemy, co zrobili Łukaszowi Gibale, a on nie potrafił się odgryźć. Więc przypuszczam, że teraz Gibała odebrał dużą lekcję od Koalicji Obywatelskiej i nauczył się po prostu, jak hejtować i jak robić politykę. Preludium mieliśmy w referendum. Wyciągnął lekcję z tego, jak w poprzednich wyborach przeorała jego i jego rodzinę Koalicja Obywatelska, więc zastosuje jej metody. Na pewno będzie więc brudno, tylko oczywiście kandydaci będą to robić czyimiś rękami, a nie swoimi. Wiemy przecież, że wszyscy kandydaci w kampanii wyborczej to dziewice i żadnych brudnych rzeczy nie robili, plakatów nielegalnie nie wieszali, nie mają nielegalnego finansowania i tak dalej. Czyli te brudne rzeczy będą robić skazani prawomocnymi wyrokami bandyci, którzy wcześniej bili kobiety na ulicach? Pytanie, po której stronie? Czy po stronie Łukasza Gibały, czy może jednak po stronie Konfederacji? (uśmiech) Kto jest najbardziej merytorycznym kandydatem? Tu jest bardzo trudne pytanie. Według mnie merytorycznie przygotowanych jest kilku kandydatów. Pierwszym jest Jan Hoffmann, tylko on jest przesadnie elokwentny, przesadnie ułożony w tym wszystkim i nie potrafi sprzedać swojej wiedzy, bo staje się w pewnym momencie bardzo nudny. Drugim kandydatem jest Michał Drewnicki. Trochę harcuje, trochę idzie w populizm, ale jest przygotowany merytorycznie. Jak się z nim rozmawia prywatnie, to naprawdę ma bardzo dobre spojrzenie na Kraków. Jan Hoffman Na pewno w gronie merytorycznych kandydatów nie wymieniłbym Łukasza Gibały, bo widać, że jest martwy w Radzie Miasta Krakowa. Tak naprawdę uaktywnił się dopiero przed referendum albo nawet chwilę po nim. Pierwsze jego uaktywnienie to było starcie z Łukaszem Sękiem na mównicy, gdzie po raz pierwszy w ogóle było widać, że Łukasz Gibała ma jakiekolwiek emocje. A dlaczego wyborcy lewicy mogą wybierać w zasadzie między kandydatką infantylną a głupkowatą? (po dłuższej chwili) Jest bardzo długa cisza, bo nie znam odpowiedzi. Ja nie widzę żadnej różnicy między Darią Gosek-Popiołek a Aleksandrą Owcą. Jak dla mnie one są nadal jednym teamem, bo zawsze się tak kreowały, zawsze ze sobą współpracowały. Nie rozumiem, o co się pokłóciły. Stawiam tezę, że Daria Gosek-Popiołek myślała wtedy, kiedy opuszczała Partię Razem, że Razem nie będzie rosło i z ich listy nie dostanie się do Sejmu. Koniunkturalnie wybrała Lewicę, ale za nic nie pasuje do tej Lewicy. Nie pasuje do otoczenia Włodzimierza Czarzastego czy do tych wszystkich postkomunistów. Kobieta, która mentalnie ma poglądy Partii Razem, w Lewicy zniknęła z mediów – przynajmniej tych lokalnych – bo jest w ogóle niewyrazista. Poza tym nosi na sobie ciężar współrządzenia w państwie i odpowiedzialności za cały wcześniejszy okres. To na kogo powinien oddać swój głos wyborca lewicy w Krakowie, skoro to są bardzo podobne kandydatki, wywodzące się z tego samego środowiska? Jeżeli chcieliby zagłosować ideowo, to powinni na Aleksandrę Owcę. Daria Gosek-Popiołek i Aleksandra Owca Kto w takim razie powinien zagłosować na Gosek-Popiołek? Powinna do siebie przyciągać kandydatów tak zwanego dawnego, kawiarnianego SLD… …od którego się odcina. Tak, i to jest niewiarygodne. Mnie to trochę przypomina to, co robił Andrzej Kulig w trakcie kampanii prezydenckiej. Wiemy, że był ze środowiska Jacka Majchrowskiego, Jacek Majchrowski do pewnego momentu go popierał, a później Kulig odcinał się od Majchrowskiego. To było niewiarygodne. Więc u Darii Gosek-Popiołek też będzie niewiarygodne to, że odcina się od starego SLD. Nie może się odciąć, bo jej ugrupowanie znajduje się teraz w rozbracie i powinna myśleć tak, jak myśleli w SLD. A poparcie Moniki Piątkowskiej przez Jacka Majchrowskiego to woda na jej młyn, czy raczej jej zaszkodzi? Jacek Majchrowski bardzo mocno zyskał po referendum. Wizerunek upadającego i źle ocenianego prezydenta na samą końcówkę jego rządów mocno się zmienił, bo ludzie porównywali Jacka Majchrowskiego do Aleksandra Miszalskiego. W tym zestawieniu Majchrowski wypadał sto razy lepiej. Nie znam wyników badań, ale myślę, że ocena prezydentury Majchrowskiego jest w tym momencie pozytywna. Więc może to pomóc Monice Piątkowskiej, tylko pamiętajmy: poparcie Majchrowskiego powoduje, że Piątkowska ma na sobie cały ciężar pontyfikatu Jacka Majchrowskiego i to ona będzie musiała się tłumaczyć ze wszystkich rzeczy. Ona się zresztą teraz pozycjonuje po części jako kandydatka Majchrowskiego. Jeżeli prezentuje inwestycje, o których najstarsi Krakowianie już nie pamiętają, to jest to przypominanie czasów Majchrowskiego. Może dzięki temu trudniej będzie przykleić jej łatkę, że to jest kandydatka „z Warszawy”? Według mnie ta cała narracja z tym, że została zaprezentowana w Warszawie, jest przesadzona. Myślę, że zrobiła słusznie. Po pierwsze, miała wtedy posiedzenie Senatu. Gdyby tak, jak Daria Gosek-Popiołek w trakcie posiedzenia Sejmu, goniła po Starym Kleparzu z ulotkami, to byśmy wszyscy mówili, że powinna siedzieć w Warszawie i pracować. Monika Piątkowska miała też od razu zainteresowanie mediów ogólnopolskich. Wiadomo, że w Warszawie lepiej przejechać 5 km niż jechać 300 km do Krakowa. Nie byłaby też w stanie zorganizować w Krakowie wspólnej konferencji z premierem i wicepremierem. Więc to jest na plus. Oczywiście w kampanii będą to wałkować, ale to są didaskalia, o których ludzie nie będą pamiętać. Monika Piątkowska Kto zaliczy największą porażkę po tych wyborach? Jeżeli Łukasz Gibała nie wygra tych wyborów, to myślę, że będzie już skazany na zapomnienie. Po trzeciej porażce wydawało się dokładnie to samo, a odrodził się jak feniks z popiołów. Przez to, że doprowadził do referendum. Zorganizował referendum, bo taka jest prawda – był nieformalnym organizatorem referendum i odwołał Aleksandra Miszalskiego. Coś, co wydawało się na pewnym etapie nie do pomyślenia: że można odwołać prezydenta wielkiego miasta z gigantycznym budżetem, zapleczem i super działającą strukturą partyjną w milionowym mieście. To jest coś niewyobrażalnego i to jest rekord. Za tym poszły też gigantyczne pieniądze. Myślę, że dwie strony miały podobny budżet i walczyły podobnymi środkami. Tylko strona prezydencka obudziła się za późno i nie mieli już czasu, żeby działania, które zaczęli robić, były skuteczne. Gibała ma większy elektorat pozytywny czy negatywny? Myślę, że jak dojdzie do drugiej tury, to może zebrać więcej elektoratu prawicowego i przez to delikatnie przechylić szalę na swoją stronę. Niezależnie od tego, że chciał otoczyć PiS kordonem sanitarnym? A ktoś pamięta w ogóle, że istniała jeszcze taka partia jak Ruch Palikota, w której był? Wyborcy mają bardzo krótką pamięć. Patryk Salamon Kto w takim razie powiesi na drzwiach gabinetu numer 107 w magistracie tabliczkę ze swoim nazwiskiem i dopiskiem: „Prezydent Miasta Krakowa”? W tym momencie myślę, że w końcu Gibała dodrapie się do tego stanowiska. Ale realna kampania rozpocznie się we wrześniu i ona może sporo zmienić. Różne rzeczy mogą wybuchnąć w trakcie tej kampanii. Kiedyś wydawało się, że Karol Nawrocki nie zostanie prezydentem, a jednak został. Łukasz Gibała ma jednak taki problem, że jest charakterologicznie specyficzny w odbiorze ludzkim. Skupia się na tym, żeby chodzić po barach mlecznych, pokazywać kotleta i pierogi, odwiedzać psy w schronisku... Dopiero teraz zaangażował się w politykę, żeby pokazać, że w ogóle chce rządzić Krakowem, a nie być intendentem baru mlecznego. ZOBACZ TAKŻE: W czym Piątkowska jest lepsza od Miszalskiego? Odpowiada szef jej sztabu [WYWIAD]

Więcej…

W czym Piątkowska jest lepsza od Miszalskiego? Odpowiada szef jej sztabu [WYWIAD]

W czym Piątkowska jest lepsza od Miszalskiego? Odpowiada szef jej sztabu [WYWIAD]

07 sierpnia 2026 | 08:37

– To jest pytanie, które tak naprawdę powinni sobie zadać Krakowianie: o co chodzi, jeśli ktoś od kilkunastu lat próbuje wygrać wybory, wydaje na to miliony złotych i cały czas próbuje, i próbuje, i próbuje? – zastanawia się Piotr Moskała, szef sztabu wyborczego Moniki Piątkowskiej. – Czy mamy dać mu wygrać dla świętego spokoju? Nie zaryzykowałbym! – dodaje. Czy kandydatka KO i PSL zdoła zatrzymać polityka, który wydaje miliony na swoją czwartą próbę przejęcia miasta? Moskała zdradza, jaki Piątkowska ma plan na kampanię oraz czy będzie kontynuatorką rządów Jacka Majchrowskiego i Aleksandra Miszalskiego. *** Kanał Krakowski: Gdyby mógł Pan autorytarnie wskazać kandydata Koalicji Obywatelskiej na prezydenta Krakowa, to kto by nim był? Piotr Moskała: Senator Monika Piątkowska. Rozumiem, że mówi to Pan jako szef jej sztabu. Przede wszystkim mówię to jako mieszkaniec Krakowa. Uważam, że Monika Piątkowska jest najlepszą kandydatką – nie tylko w naszym ugrupowaniu, ale również spośród wszystkich osób, które zgłosiły chęć startu w tych wyborach. Jestem o tym głęboko przekonany. Piotr Moskała Jeśli ktoś ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, wierzę, że kampania rozwieje je całkowicie. To kandydatka, która zyskuje przy bliższym poznaniu – zarówno dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu, jak i autentyczności oraz sposobowi prowadzenia dialogu z ludźmi. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że udowodni, iż była najlepszym wyborem. Została już zaakceptowana przez lokalne struktury KO? Odbyło się spotkanie naszych członków z panią senator, które zostało bardzo dobrze odebrane. Monika Piątkowska pracowała wcześniej w Urzędzie Miasta Krakowa, co widać w jej merytorycznym podejściu i doskonałej znajomości miasta. Zarządzała dużymi organizacjami, jest osobą świetnie zorganizowaną i przekonującą, co było wyraźnie widoczne w reakcjach uczestników spotkania. Przedstawiła również swoje pomysły na prowadzenie kampanii. Jakie? Ma konkretne pomysły na prowadzenie kampanii, jednak z oczywistych względów nie ujawnia ich na tym etapie. To element strategii, który zostanie przedstawiony we właściwym czasie. Zdąży dotrzeć z tymi pomysłami do mieszkańców Krakowa, skoro kampania będzie tak krótka? Nie ma innego wyjścia – musi zdążyć. Wszyscy kandydaci dysponują takim samym czasem na prowadzenie kampanii. Oczywiście część z nich pracowała na swoją rozpoznawalność przez wiele lat, ale wierzę, że ostatecznie mieszkańcy Krakowa zagłosują na kandydata merytorycznego, który ma konkretną wizję rozwoju miasta i wie, jak ją zrealizować, a nie tylko potrafi o niej atrakcyjnie opowiadać. W czym Piątkowska jest lepsza od pozostałych kandydatów? Trzy konkrety proszę. Po pierwsze – skuteczność w zarządzaniu. Potrafi podejmować decyzje szybko i odpowiedzialnie. A w samorządzie to kluczowe, bo dobra decyzja nie zawsze jest tą najpopularniejszą. Czasami trzeba mieć odwagę zrobić to, co po prostu jest właściwe. Po drugie – doświadczenie w pracy w magistracie. Zna urząd od podszewki i wie, jak funkcjonuje administracja. Rozumie procedury, przepisy i mechanizmy podejmowania decyzji. Dzięki temu nie będzie tracić czasu na naukę – od pierwszego dnia może skutecznie działać. To przewaga, której żaden z pozostałych kandydatów nie ma w takim stopniu. Po trzecie – umiejętność współpracy z ludźmi. Potrafi rozmawiać z bardzo różnymi środowiskami i szukać porozumienia tam, gdzie inni widzą podziały. Nie patrzy na to, kto ma jakie poglądy. Jeśli jest sprawa ważna dla mieszkańców, po prostu dąży do jej załatwienia. W czym jest lepsza od Aleksandra Miszalskiego? Przede wszystkim ma doświadczenie w pracy w urzędzie i zna samorząd od strony praktycznej. Senator Monika Piątkowska Miszalski wcześniej był radnym. Aleksander Miszalski wcześniej był radnym, więc znał funkcjonowanie samorządu od strony politycznej i społecznej. Jednak objęcie funkcji prezydenta miasta oznacza zupełnie inny zakres odpowiedzialności: codzienne zarządzanie rozbudowanym aparatem urzędniczym, procedurami i strukturami administracji. W tym obszarze zetknął się z problemami typowymi dla każdego nowego gospodarza urzędu. Nie oznacza to jednak, że źle oceniam Aleksandra Miszalskiego. Doświadczenie samorządowe jest jego mocną stroną, a okres sprawowania funkcji prezydenta pozwala mu zdobywać praktyczną wiedzę, której wcześniej nie mógł mieć. Różnica polega raczej na rodzaju doświadczenia: ktoś z wieloletnią pracą w urzędzie może lepiej znać mechanizmy administracyjne. Ale źle go ocenili mieszkańcy w referendum. Piątkowska będzie lepszym prezydentem? Problem Aleksandra Miszalskiego polegał na tym, że mieszkańcy ocenili jego prezydenturę po zaledwie dwóch latach. Każdy, kto zna realia samorządu, wie, że jest to stosunkowo krótki okres – często wystarczający na realizację tylko części zaplanowanych działań. Wiele decyzji, inwestycji i procesów administracyjnych wymaga po prostu więcej czasu, zanim przyniesie widoczne efekty. Nie oznacza to, że prezydent Miszalski nie popełniał błędów. Każdy, kto kieruje dużą organizacją, podejmuje zarówno trafne, jak i nietrafne decyzje. Ważna jest jednak umiejętność wyciągania wniosków i korygowania działań. Wróćmy więc do pytania, czy Piątkowska będzie lepsza. Będzie bardzo dobrym prezydentem. Lepszym? Jesteśmy dziś dokładnie w połowie kadencji – zostało jeszcze około 2,5 roku. I właśnie to jest jedna z największych przewag Moniki Piątkowskiej nad innymi kandydatami: obejmie urząd, który już zna, więc nie będzie musiała poświęcać czasu na jego poznawanie. Drugim atutem jest to, że będzie miała za sobą radę miasta. Te dwa elementy mogą w dużej mierze zdecydować o sprawności zarządzania w najbliższych latach. To zadam jeszcze jedno wartościujące pytanie: w czym lepszy od Moniki Piątkowskiej jest Łukasz Gibała? W propagandzie – zdecydowanie. Natomiast poza tym nie widzę obszaru, w którym miałby wyraźną przewagę. Warto też zauważyć, że Łukasz Gibała już trzykrotnie przegrywał wybory. To również jest pewien sygnał, który wyborcy i społeczeństwo mogą brać pod uwagę przy ocenie jego kandydatury. Przegrał, bo uważał, że walka była nieuczciwa. To jest jego zdanie, każdy z nas może mieć swoje. Przecież miał prawo odwołać się do sądu. Nie zrobił tego z jakichś powodów, więc oczywiście każdy może powiedzieć wszystko, ale często jest tak, że przegrani kwestionują wyniki wyborów. Przegra po raz czwarty? Tak, wygra Monika Piątkowska. To po co startuje, skoro ma przegrać? To już jest pytanie do Łukasza Gibały. I właśnie to jest też pytanie, które tak naprawdę powinni sobie zadać krakowianie: o co chodzi, jeśli ktoś od kilkunastu lat próbuje wygrać wybory, wydaje na to miliony złotych i cały czas próbuje, i próbuje, i próbuje? Może dla świętego spokoju pozwolić mu wygrać te wybory, żeby już więcej nie próbował i żeby zamienił Kraków w krainę mlekiem i miodem płynącą? Mimo wszystko ja bym nie zaryzykował. Jako rodowity mieszkaniec Krakowa, ani sobie ani innym mieszkańcom Krakowa tego nie życzę. Piotr Moskała To będzie brudna kampania? Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że to będzie bardzo merytoryczna kampania, która tak naprawdę pokaże konkretne rozwiązania. Bo dziś, jeśli przyjrzymy się profilowi Łukasza Gibały, to on oczywiście bardzo często coś neguje, ale nie przedstawia konkretnych rozwiązań. To jest bardzo łatwe i nęcące, bo fajnie jest pokazać palcem, że ktoś robi coś źle, ale ja jednak mimo wszystko wolałbym usłyszeć: „Okej, to było zrobione źle, ale można to zrobić lepiej”. I nie mówię tu o populistycznych rzeczach, tylko o systemowych rozwiązaniach. Pamiętam, jak na nadzwyczajnej sesji rady miasta dotyczącej budżetu Gibała wyszedł na mównicę, powiedział, że miasto jest w opłakanym stanie, a zapytany, co zrobić, żeby było lepiej, odpowiedział: „Dajcie nam rządzić, to zobaczycie”. Mnie to jednak nie przekonuje. Jak ma pomysły, to niech je przedstawi. Powiedzenie w ciemno „dajcie nam rządzić, a my sobie poradzimy” to dla mnie typowe podejście na zasadzie: wszystko jest źle, rozwiązania nie mam, ale jak mnie wybierzecie, to wam pokażę. A Piątkowska ma rozwiązania? Jak najbardziej, tak. Kiedy je przedstawi? W trakcie kampanii wyborczej przedstawiona zostanie większość rozwiązań i pokazany zostanie kierunek, w którym chciałaby, żeby miasto zmierzało przez najbliższe lata. Będzie kontynuatorką prezydentury Jacka Majchrowskiego i Aleksandra Miszalskiego, czy to będzie zupełnie nowe otwarcie? To będzie zdecydowanie nowe otwarcie. To kandydatka, która wnosi świeże spojrzenie, a jednocześnie dysponuje bardzo dużym doświadczeniem. Wyraźnie widać, że ma własną wizję rozwoju miasta oraz konkretną koncepcję zarządzania magistratem. Nie mam wątpliwości, że będzie to autorska kandydatura i autorska prezydentura, oparta na jej własnych pomysłach i priorytetach, a nie na prostym kontynuowaniu wcześniejszych kierunków. ZOBACZ TAKŻE: Senyszyn: „Gibała może wygrać już w pierwszej turze” [WYWIAD]

Więcej…

Kracik: „Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin…” [WYWIAD]

Kracik: „Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin…” [WYWIAD]

06 sierpnia 2026 | 07:49

– Zastanawiam się, co się dzieje z człowiekiem, który posuwa się do takich metod – tak o Łukaszu Gibale mówi dziś Stanisław Kracik. Obaj panowie niegdyś ze sobą współpracowali. Ale ostrze krytyki tymczasowego gospodarza Krakowa sięga znacznie dalej. W rozmowie z Kanałem Krakowskim pełniący funkcję prezydenta nie gryzie się w język. Ocenia nie tylko kandydatów na prezydenta, ale i byłego włodarza miasta. Przy okazji stawia sprawę jasno: nie wystartuje w wyborach, nawet jeśli zadzwoni sam Donald Tusk. *** Kanał Krakowski: Wystartuje Pan w wyborach na prezydenta Krakowa? Stanisław Kracik: Nie, nie wystartuję. Mówię to już kolejny raz… Może poprzednie nie wybrzmiały zbyt dobrze, skoro temat funkcjonuje w przestrzeni publicznej. Nie wystartuję. Powtarzam to publicznie nie wiem który raz. A nie wspominam nawet, ile razy to mówiłem w prywatnych rozmowach. Miło słyszeć takie pytanie, ale nie, nie wystartuję. Stanisław Kracik / fot. Łukasz Michalik Czyli ludzie namawiają Pana do startu? Tak, ale myślę, że częściowo jest to grzecznościowe. Niemniej decyzja zapadła i nie ma do czego wracać. Ile razy przemknęło Panu przez myśl, żeby jednak wystartować? Ani raz. Spowodowane jest to głównie tym, że start w wyborach wiąże się z przechodzeniem przez całą kampanię wyborczą, która nie będzie ani merytoryczna, ani czysta. A gdyby nie ta kampania? Sprawa jest przesądzona. Oczywiście wiem, czego moim zdaniem miasto potrzebuje teraz najpilniej, więc po zakończeniu obecnej służby pozostanie pewien niedosyt, bo ja się identyfikuję z tym co robię. Ale to moja prywatna rozterka. Z deklaracji o niekandydowaniu się nie wycofam. Czego Kraków potrzebuje najpilniej? Jedna rzecz jest taka generalna, kierunkowa. Trzeba zmienić sposób myślenia o mieście tak, aby długofalowa perspektywa finansowa Krakowa stała się priorytetem, wyprzedzając podejście skoncentrowane przede wszystkim na realizacji kolejnych inwestycji. Wracam do tego, że środki europejskie były pokusą do tworzenia i budowania inwestycji, takich jak ICE czy TAURON Arena Kraków – ważnych z prestiżowego punktu widzenia, potrzebnych i użytecznych – ale bardzo kosztownych w utrzymaniu. Takich inwestycji poczyniono sporo, ale trzeba je mieć także z czego utrzymać. I taki też powinien być kierunek myślenia. Druga sprawa to strategia rozwoju miasta i plan ogólny. Należy położyć silny nacisk na to, że miasto musi budować bazę dochodową, budżet, inwestować w pozyskiwanie i przygotowanie terenów, by mieć inwestorów, którzy tworzą miejsca pracy i płacą podatki. Przykładem niech będą decyzje, które podejmowałem 20-30 lat temu, a dziś z dużą satysfakcją patrzę na niepołomicką strefę przemysłową, która ma 650 ha, czyli połowę terenu nowohuckiego kombinatu. Ten teren pracuje dla gminy Niepołomice. Stanisław Kracik / fot. UMK Czyli jest Pan za tym, żeby ograniczać wydatki czy wręcz przeciwnie? Jestem za tym, żeby prowadzić politykę proinwestycyjną. Przy tworzeniu planu ogólnego mamy takie dylematy, że z jednej strony mamy presję deweloperów, bo oni patrzą na demografię i wiedzą, że jeżeli mogą kiedyś jeszcze zarobić, to teraz. Ale nie tylko oni. Właściciele tej części Krakowa poza centrum, w dzielnicach peryferyjnych, jak Wolica na przykład, też chcą przekształcić działki w tereny budowlane. Z drugiej zaś strony mamy presję tych, którzy chcą, by jak najwięcej terenów pozostało zielonych. Pytanie, jak ten kompromis w planie ogólnym zbudować. Czy na pewno myślenie na zasadzie „wszędzie musi być zielono, także tam gdzie jest przemysł, czy usługi” – a jest ono nierzadkie  wśród radnych – jest odpowiednie? Czy nie powinno się z takim myśleniem nieco przyhamować, bo ma ono konsekwencje finansowe dla miasta? Mamy już trzy wezwania do wypłaty odszkodowań. Ta rekompensata, która musimy zapłacić z tytułu zmiany planu zagospodarowania przekracza już 220 milionów złotych. Widzi Pan jakiegoś kandydata na prezydenta, który ma podobny sposób myślenia do Pańskiego? Nie znam wszystkich kandydatów. Na razie miałem możliwość rozmowy z jedną kandydatką i jednym kandydatem, który był liderem referendum. Jan Hoffman. To była taka miła, kurtuazyjna rozmowa. Dotyczyła między innymi Starowiślnej, więc pewnie dlatego była miła, bo obaj myślimy podobnie. A jak wyglądała rozmowa z Moniką Piątkowską? Pani senator pytała mnie, co moim zdaniem jest istotne. Wiem, że przygotowuje się do kampanii,. Przekazałem jej to, co wydawało mi się warte podkreślenia. Gdybyśmy zostawili tylko tę kandydatkę i tego kandydata, kto wypadł lepiej? Oczywiście, że dama! I mówię to nie tylko dlatego, że jestem dżentelmenem. (uśmiech) Monika Piątkowska Zna Pan też głównego faworyta tych wyborów, czyli Łukasza Gibałę. Dziś jest radnym, ale wiele lat temu wspierał Pana, gdy startował Pan w wyborach na prezydenta Krakowa. Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin… [wujek Gibały – dop. autor]. Mam nawet jego książkę o Krakowie, z dedykacją. Ale to było w 2010 roku. Nie śledziłem, co się działo od tamtego momentu aż do 2024 roku, ale – będąc już wiceprezydentem – widziałem kampanię referendalną i muszę powiedzieć, że te gazetki, te insynuacje, te komiksy to jest coś, co nie tylko jest mi obce, ale w ogóle zastanawiam się nad tym, co się dzieje z człowiekiem, który posuwa się do tego typu metod. Jak taki człowiek może się zachowywać jeśli zdobędzie władzę? Muszę więc zaprzeczyć tezie z pańskiego pytania. Nie znam Gibały, który jest dzisiaj. Znałem takiego, który był kiedyś. Zastanawiam się, jak zadać to pytanie, żeby nie było wartościujące, ale chyba mi się nie uda znaleźć właściwszego słowa. Ten dzisiejszy Gibała jest „gorszy”? Niech Pan sam sobie odpowie na to pytanie. Strona główna „Gazety Wyborczej” po I turze wyborów prezydenckich w 2010 roku. Stanisław Kracik w otoczeniu Róży Thun i Łukasza Gibały. Z premierem Donaldem Tuskiem jesteście „na ty”? Jesteśmy, trudno żebyśmy nie byli. Gdyby zadzwonił i powiedział: "Staszek, wystartuj na prezydenta", to co by pan odpowiedział? Powiedziałbym to, co odpowiedziałem też panu ministrowi Domańskiemu, gdy zapytał, czy zgodziłbym się być pełniącym funkcję prezydenta. Powiedziałem mu wtedy, że potrzebuję moment, by się zastanowić. Daliśmy sobie godzinkę i odpowiedziałem, że podejmę się tego zdania, jeśli nie oznacza to propozycji kandydowania. A gdyby to była transakcja wiązana? Wtedy odmówiłbym. Mógłbym rozważać kandydowanie, gdyby taka propozycja padła, ale absolutnie nie z tej pozycji, na której dzisiaj tutaj jestem. To byłoby granie nie fair wobec miasta. Nie jest to mój sposób funkcjonowania w życiu publicznym. Godzinę zastanawiał się Pan nad tym, czy zostać pełniącym obowiązki prezydenta? Tak. I jak to jest mieć na drzwiach tabliczkę z napisem: "Prezydent Miasta Krakowa"? Może to być uznawane przez tych, którzy mnie nazywają komisarzem, za nadużycie. Nie ja tę tabliczkę sobie wymyśliłem. Tabliczkę wymyślili prawnicy, którzy wiedzą, że gdyby odwołano i radę miasta i prezydenta, byłby potrzebny komisarz. Natomiast jeżeli rada zostaje, to drugim organem statutowym miasta jest prezydent. W przypadku odwołania wyłącznie prezydenta, podpisuję się jako pełniący funkcję prezydenta. I muszę teraz w pojedynkę „ogarnąć” miasto. Mam wrażenie, że ono funkcjonuje normalnie i wszystkie sprawy we wszystkich dziedzinach idą tak, jak iść powinny. Drzwi gabinetu Stanisława Kracika Lepiej się ogarnia miasto z tej pozycji, czy z pozycji wiceprezydenta? Lepiej z tej obecnej, nie ma co ukrywać. Podejmujesz decyzje i bierzesz za nie odpowiedzialność. Nie ma też takiej sytuacji, w której ten, kto otrzymuje polecenie, czy do kogo ta decyzja jest kierowana, może  jeszcze powiedzieć: "A to ja pójdę do głównego". Działo się tak? W Krakowie się podobno tak działo. I tu mówimy o całym ćwierćwieczu. Czyli także w czasach, gdy był Pan zastępcą Aleksandra Miszalskiego? Na początku pan prezydent Aleksander Miszalski był przebodźcowany informacjami. Każdy chciał przyjść i wyłuszczyć mu swoje racje. On z kolei miał potrzebę poznania tych spraw w szczegółach, a to było niewykonalne. W efekcie był niekiedy problem z podejmowaniem decyzji, a nieraz decyzje miały zadowolić różne strony. Czyli nie podejmował decyzji szybko? To wydłużało czas, ale każdy ma swój sposób i styl sprawowania funkcji. To zapytam inaczej: kto był lepszym prezydentem – Miszalski czy Majchrowski? Na to pytanie mnie pan nie nabierze. (śmiech) Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK Mówi Pan o sporo o podejmowaniu decyzji. Tymczasem otwieram KrkNews i czytam: "Kracik rozwiązał wszystkie problemy Krakowa w 8 tygodni. Po co nam wybory?". Nie no, nie zgadzam się absolutnie. Z którego rozwiązanego problemu jest Pan najbardziej dumny? To w ogóle nie o to chodzi, by być dumny, bo to nie były takie problemy, które miałbym rozstrzygać jak jakiś wielki strateg. Chyba najbardziej medialny spór dotyczył Starowiślnej, bo tylko na sesji rady miasta trzy razy była próba odwrócenia decyzji i spowodowania, by ta ulica jednak nie była jednokierunkowa. Podjąłem więc decyzję, by zachować ruch w dwóch kierunkach, a jednocześnie nie straciliśmy 82 milionów złotych dotacji z Unii. Starowiślna będzie zielona, infrastruktura torowa i drogowa będzie zupełnie nowa, a remont będzie tańszy… Zdenerwował Pan tą decyzją chyba całą lewicę. Powiem tak: nie mogę wyjść z podziwu dla pani radnej Owcy, która wie doskonale, że jeżeli decyzja o jednokierunkowym ruchu na Starowiejskiej byłaby utrzymana, to jedną z alternatywnych dróg dostania się do miasta byłaby ulica, przy której ona mieszka. Natomiast, jeśli mam być z czegoś w tej sprawie  dumny, to cieszę się, że udało się dojść do porozumienia z aktywistami. Mieliśmy dwa spotkania, ich podpowiedzi i sugestie bierzemy pod uwagę. Sądzę, że będzie to po prostu taki kompromis, dzięki któremu uzyskamy zadowalający efekt, a uciążliwości zostaną zredukowane. Niemniej wywołał Pan burzę w social mediach. Nie bardzo wiem, jak te sprawy wyglądają w social mediach, bo świadomie postanowiłem żyć bez nich. Pewnie dla niektórych ludzi, którzy dzisiaj tak się komunikują ze światem i tak przeżywają rzeczywistość, są one czymś takim jak powietrze do oddychania. Ale istnieje też życie poza social mediami, a ja jestem tego dowodem. Stanisław Kracik i Maria Klaman / fot. Łukasz Michalik Z czego przyszły prezydent Krakowa nie zdaje sobie jeszcze sprawy i zaskoczy go to dopiero wtedy, gdy usiądzie w gabinecie? Zaskoczą go chyba trzy rzeczy. Po pierwsze: złożoność materii. Tę złożoność rozumiem jako spektrum  zagadnień i problemów, które trzeba rozwiązywać. W samorządzie nie ma rzeczy nieważnych. To znaczy, że jak zaniecha się jedną rzecz, to ona i tak wyjdzie i będzie bardzo bolesna i dla mieszkańców i dla prezydenta. W związku z tym trzeba przypilnować wszystkiego, a to jest naprawdę gigantyczne wyzwanie . Druga rzecz, a właściwie pytanie, to kiedy i w jakim tempie prezydent przekona do siebie załogę: czy urzędnicy będą się z nim identyfikować i realizować jego pomysły, czy też pomysły władz będą realizować bez przekonania. No i wreszcie trzecia sprawa, czyli zderzenie z kasą, a właściwie to z kasą pancerną, o którą można rozbić sobie głowę, bo budżet jest trudny, a oczekiwania wielkie. Na tym wszystkim poległ Aleksander Miszalski? (długa cisza) Nie na tym. ZOBACZ TAKŻE: Reorganizacja magistratu. Co dalej z departamentami?

Więcej…

Senyszyn: „Gibała może wygrać już w pierwszej turze” [WYWIAD]

Senyszyn: „Gibała może wygrać już w pierwszej turze” [WYWIAD]

31 lipca 2026 | 10:57

– Między nami a Wantuchem zbrakło chemii. Miał przesadne oczekiwania – mówi Joanna Senyszyn, liderka Nowej Fali. Zapowiada, że jej ugrupowanie aktywnie włączy się w wybory w Krakowie. W rozmowie z Kanałem Krakowskim polityczka analizuje krakowską scenę polityczną i mówi o gigantycznych problemach na lewicy. – Daria odeszła z Razem do Czarzastego, czym zaprzeczyła ideałom, którym rzekomo hołdowała i zdradziła partię, dzięki której została posłanką. Czarzasty na nią postawił, bo nie ma kogo wystawić w Krakowie – przyznaje rozmówczyni Łukasza Mordarskiego. *** Kanał Krakowski: Wystartuje Pani w wyborach na prezydenta Krakowa? Joanna Senyszyn: Nie planuję, ale będzie kandydat, którego poprzemy. Kogo? Ogłosimy to podczas konferencji prasowej. O Wasze poparcie zabiegał Łukasz Wantuch.   Wszyscy chcieliby mieć poparcie Nowej Fali, ale dostanie je tylko jeden kandydat. Z Łukaszem spotkaliśmy się w Krakowie, jest bardzo dobrze zorientowany w sprawach miasta, ale chyba zabrakło między nami chemii, więc raczej nie włączymy się w jego kampanię. Dlaczego? Oczekiwał na przykład, że zbierzemy dla niego wszystkie podpisy potrzebne do rejestracji. Uznaliśmy to za przesadne wymagania. Joanna Senyszyn A co z innymi kandydatkami, które – tak jak Pani – deklarują, że mają serce po lewej stronie, czyli Daria Gosek-Popiołek z Nowej Lewicy i Aleksandra Owca z Razem? Serce to nie wszystko. Daria odeszła z Razem do Czarzastego, czym zaprzeczyła ideałom, którym rzekomo hołdowała i zdradziła partię, dzięki której została posłanką. Czarzasty na nią postawił, bo nie ma kogo wystawić w Krakowie. Boi się do wyborów wystawiać kandydatów, którzy, w razie dobrego wyniku, stanowiliby zagrożenie dla jego partyjnego przywództwa. Woli kandydatów spoza partii. W 2015 roku była to Magdalena Ogórek, w 2020 Robert Biedroń. Taką ma politykę. Wystawił więc Gosek-Popiołek na pożarcie? To jest bardzo dziwna rozgrywka. Bo jeżeli wystartuj ten odwieczny kandydat na prezydenta Krakowa… Gibała. Jeżeli wystartuje Łukasz Gibała, pewnie on będzie w drugiej turze lub nawet wygra w pierwszej. Natomiast ciągle się nie zdeklarował, bo chyba się zastanawia, czy jest sens wchodzić na prezydenckie stanowisko na pół kadencji, kiedy w mieście jest stajnia Augiasza. Myśli Pani, że Gibała jest naprawdę w stanie wygrać już w pierwszej turze? Bardzo możliwe, bo pozostali kandydaci nie są z pierwszego partyjnego garnituru. To wróćmy do dwóch lwic krakowskiej Lewicy. No właśnie, dziwna to będzie rozgrywka. Gosek-Popiołek w 2023 roku zrobiła bardzo dobry wynik do Sejmu, przeskoczyła jedynkę, bo w kampanii pomagała jej partyjna wówczas koleżanka Ola Owca i właśnie Łukasz Gibała. Teraz są konkurentami. Sytuacja obu kandydatek jest trudna. W dodatku krakowskie środowisko starej lewicy nie jest zachwycone kandydaturą spoza swojego grona. To zresztą także problem kandydatki KO, narzuconej przez Warszawę. Na lewicy przypomina to trochę walkę w kisielu. Tu się nie zgodzę, bo to nie są kandydatki do tego rodzaju walki. A trudno powiedzieć, czy wystartuje pani Schreiber. (śmiech) Kto w takim razie skorzysta na wewnętrznej wojnie na lewicy? Radziłabym głosować na kandydata, którego poprze Nowa Fala. Wybory uzupełniające są zawsze wielką niewiadomą, bo nie wiadomo, jaka będzie frekwencja. A właśnie frekwencja może zdecydować o wygranej. Przykładowo: jeżeli wybory będą we wrześniu, to jeszcze nie wrócą studenci, którzy mają prawo głosować. Młodzi wyborcy są i anty PO i anty PiS.  W dodatku kobiety są raczej lewicowe, a mężczyźni, przynajmniej częściowo za konfederacją. To było wyraźnie widać w wyborach prezydenckich rok temu. Trzaskowski wśród wyborców do 29. roku życia w pierwszej turze uzyskał jedynie 13%, Nawrocki 12%. To znaczy, że POPiS mia łącznie tylko 25% poparcia wśród młodych. Najprawdopodobniej Tusk będzie kombinował, żeby dać bardzo krótki czas na zbieranie podpisów. PO i PiS zbiorą podpisy bez trudu, jeżeli będzie na to na przykład półtora czy dwa tygodnie, ale kandydaci mniejszych partii mogą mieć z tym kłopoty.  Zwłaszcza, źe wiele osób podaje miejsce zamieszkania lub zameldowania, a liczy się tylko wpis do rejestru wyborców. Automatycznie jest się w rejestrze wyborców według stałego miejsca zamieszkania. W związku z tym ci wszyscy, którzy mają zameldowanie tymczasowe w Krakowie – nawet jeżeli na 5 lat – a nie zmienili wpisu w rejestrze wyborców, zostaną przez PKW odrzuceni. Jednym słowem, jak studenci przyjeżdżają do Krakowa, to jest duża szansa, że po prostu głosują w swojej wsi i ich podpisy poparcia na listach kandydatów będą nieważne? Będą nieważne. Jest też dużo osób przyjezdnych, mieszkających w Warszawie czy Krakowie, które się zadomowiły w tych miastach, ileś lat w nich mieszkają, ale nie zmieniły wpisu w rejestrze wyborców. Na ile wybory w Krakowie są tak naprawdę o Krakowie, a na ile jest to preludium do ogólnopolskiej kampanii i do wyborów przyszłorocznych? Jest to oczywiście preludium do przyszłorocznych wyborów. Jeżeli KO ich nie wygra, będzie to już jej trzecia klęska, która potwierdzi, że nie jest w stanie obronić Polski przed powrotem PiS-u do władzy, oczywiście w jakimś układzie koalicyjnym. Myśli Pani, że jeżeli KO nie wygra w Krakowie, to rządy PiS-u za rok w Polsce są niemal pewne? Są prawdopodobne, ale na szczęście nie pewne, bo powstała nasza partia, Nowa Fala, która odpowiada na zapotrzebowanie społeczne, by wyborcy mogli głosować nie przeciwko komuś i nie na mniejsze zło. Dla bardzo wielu Polek i Polaków mniejszym złem jest albo PiS, albo Platforma. A Nowa Fala to wybór większego dobra. Nie jesteśmy ani trzecią, ani czwartą drogą – jesteśmy jedyną właściwą drogą. Czyli jest Pani po prostu uosobieniem dobra? Na to wygląda. (śmiech) ZOBACZ TAKŻE: UWAGA! Prezydent Krakowa wyśle Wam SMS! Rozkodowaliśmy „4 zasady” Gosek-Popiołek

Więcej…

„Po Klaman odetchnąłem z ulgą, a za Gosek-Popiołek nie będę się wstydził” [WYWIAD]

„Po Klaman odetchnąłem z ulgą, a za Gosek-Popiołek nie będę się wstydził” [WYWIAD]

30 lipca 2026 | 08:39

– Polityka schodzi na psy. Każdy może wyjść na Planty czy Błonia, pokrzyczeć, że coś zrobi i próbować zbierać poparcie, a potem przychodzi brutalne zderzenie z rzeczywistością – ocena Ryszard Śmiałek, szef Nowej Lewicy w Małopolsce. Nasz wywiad z rozdającym karty w małopolskiej Lewicy odsłania kulisy brutalnej gry o władzę. Wicewojewoda nie gryzie się w język. Szczerze ocenia wpadki, komentuje kompromitujące nagrania i ujawnia, czy w ostatniej chwili dojdzie do drastycznej podmiany kandydatki na prezydenta Krakowa. *** Kanał Krakowski: Odetchnął Pan z ulgą, że nie musi się już wstydzić za Marię Klaman? Ryszard Śmiałek: Odetchnąłem, na pewno. Myślę, że odetchnęli też mieszkańcy Krakowa, nauczyciele oraz osoby związane ze środowiskami emerytów i rencistów – wszyscy ci, którzy mieli problem z załatwieniem jakichkolwiek spraw życia codziennego w tym mieście. Z tego, z czym spotykałem się na bieżąco jako wicewojewoda małopolski, wynikało, że decyzyjność pani wiceprezydent była bardzo słaba i wynikała moim zdaniem z braku jakiegokolwiek doświadczenia w zarządzaniu. Jej CV było naprawdę słabiutkie. Ryszard Śmiałek Maria Klaman była zastępczynią Aleksandra Miszalskiego wskazaną przez Nową Lewicę. Pan twierdził, że namaścił ją Maciej Gdula. Bo krakowska Nowa Lewica nie miała w tym udziału, ani tego nigdy nie wsparła. I utarło się, że pani wiceprezydent nie była najostrzejszą kredką w piórniku, ale – jak widać – Nowa Lewica ma słabość do nieostrych kredek. Na kandydatkę na prezydenta Krakowska wystawiliście Darię Gosek-Popiołek. Daria Gosek-Popiołek to naturalny wybór przede wszystkim zarządu wojewódzkiego Nowej Lewicy, w konsultacji z władzami krajowymi partii. Przypomnę, że Gosek-Popiołek formalnie członkiem Nowej Lewicy nie jest, a i tak jest Waszą kandydatką. Daria Gosek-Popiołek była członkinią partii Razem, z której odeszła i założyła stowarzyszenie z panią wicemarszałek Magdaleną Biejat oraz innymi koleżankami, które kiedyś tworzyły tę partię. Nie podobała im się droga konfrontacyjna, którą wybrało Razem, zamiast próby załatwienia jakichkolwiek postulatów, z którymi jako lewica szliśmy do wyborów w 2023 roku. Ale przede wszystkim Daria Gosek-Popiołek jest osobą bardzo zaangażowaną w sprawy krakowskie. Jest też jedną z najlepiej ocenianych posłanek, jeśli chodzi o liczbę interpelacji… Pan osobiście był jej orędownikiem jeśli chodzi o kandydatkę na prezydenta? Jeśli chce się sprawdzić, jeśli jej marzeniem jest bycie prezydentem Krakowa… A jest? Rozmawiając z nią parokrotnie miałem okazję niewerbalnie tego doświadczyć – uważam, że jej większym marzeniem jest bycie prezydentem miasta Krakowa niż bycie posłanką. Czyli Nowa Lewica pomaga w spełnianiu marzeń? Daria Gosek-Popiołek przede wszystkim zrobiła bardzo dobry wynik na liście Nowej Lewicy do Sejmu. Zdeklasowała na przykład Macieja Gdulę, który był liderem tej listy. Warto to podkreślić i o tym pamiętać. To jest wynik jej pracy w pierwszej kadencji Sejmu i tego, jak została potem oceniona. Zobaczymy, jaki wynik osiągnie teraz. Będzie się Pan za nią wstydził, jeśli zrobi gorszy wynik niż Aleksandra Owca z Razem? Na pewno nie będę się wstydził, bo jestem pewien, że nie zrobi gorszego wyniku od Aleksandry Owcy! Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Uważam, że zrobi dobry wynik. Start kampanii ma fatalny. Mówi na przykład o obniżeniu cen biletów na komunikację miejską, ale „zapomina”, że to radni Nowej Lewicy głosowali za podwyżką.  Kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami. Mnie najbardziej bawią postulaty Aleksandry Owcy – to jest naprawdę skandaliczna rzecz, gdy osoba będąca prawnikiem chce wprowadzić umowę najmu regulowaną przepisami miejskimi. To jest złamanie kilku fundamentalnych zasad, choćby z Kodeksu cywilnego czy wręcz z Konstytucji, która daje nam swobodę i wolność. To dowodzi, że w kampanii można powiedzieć wszystko. Ale prowadzi to do jakichś kuriozów! Pamięta pan ostatnią akcję Owcy związaną z wielką krytyką prezydenta Kracika za to, że zdecydował się zmienić koncepcję remontu ulicy Starowiślnej? Ja u siebie mam około 400 petycji, by Starowiślna pozostała dwukierunkowa! Kiedy Aleksander Miszalski był jeszcze prezydentem, rozmawiałem z nim wielokrotnie, prosząc i tłumacząc, że jednokierunkowa Starowiślna to nie jest dobre rozwiązanie. Gosek-Popiołek nie chce przypadkiem jednokierunkowej Starowiślnej? Nie znam jej stanowiska, ale w tej sprawie trzeba po prostu mieć wiedzę, a nie działać na zasadzie, że wystąpimy i coś powiemy. Wie pan kto był autorem jednokierunkowej Starowiślnej? Łukasz Franek! Ten sam, który zrobił ścieżkę rowerową na ulicy Grzegórzeckiej. Stałem tam kiedyś na rogu przy ulicy Rzeźniczej i przez godzinę obserwowałem, ile rowerów przejechało po tej ścieżce, która de facto jest autostradą dla rowerów. Naliczyłem siedmiu rowerzystów! W tej chwili trwa remont ulicy Grzegórzeckiej ale na co dzień osoby jadące samochodami czy taksówkami muszą blokować torowisko przez co ludzie jadący komunikacją miejską muszą stać w korkach. Czy to są racjonalne rozwiązania? A czy to nie jest tak, że Gosek-Popiołek wystartowała tylko dlatego, że swój start ogłosiła Owca? Obie walczą o ten sam elektorat. Daria Gosek-Popiołek, z którą rozmawialiśmy razem z Włodzimierzem Czarzastym, sama wyraziła chęć i wolę, że chce spróbować i zawalczyć o prezydenturę miasta. Na bazie swoich wyników, swoich kampanii i działania na rzecz miasta chce się sprawdzić. Podniosła rękawicę i stanęła do boju. Daria Gosek-Popiołek Gdyby mógł Pan autorytarnie wskazać kandydata Nowej Lewicy w Krakowie, to kto by to był?  Daria Gosek-Popiołek. (uśmiech) Błagam. Jeśli zapyta Pan o moją osobę, to ja bym nie wystartował na pewno. Mówię to z góry. Dlaczego by Pan nie wystartował? Taka propozycja padła, zanim jeszcze odbyła się rozmowa w ścisłym kierownictwie partii o Darii Gosek-Popiołek Powiedziałem, że mam dużo zajęć jako wicewojewoda, a do tego mam na głowie przygotowanie partii do wyborów parlamentarnych, które są przecież za nieco ponad rok. Nie jestem więc zainteresowany startem na prezydenta. Czyli nie będzie „podmianki” kandydatki? Na moją osobę na pewno nie będzie podmianki. A bierzecie pod uwagę zamianę kandydata, choćby ze względu na te wpadki, które zrobiła Gosek-Popiołek już na starcie? Myślę, że na pewno nie zrobimy podmianki kandydata. Każdemu, kto chce coś zrobić, zdarza się popełniać błędy – mnie się zdarza, panu się zdarza, zapewne Darii Gosek-Popiołek też. Teraz jest czas na to, żeby wskazać jej trochę lepszych doradców. Wiem, że jest bardzo aktywna, zabiega o spotkania w różnych środowiskach, więc spokojnie – dajmy jej szansę. Rządzenie miastem nie polega na byciu miłą, fajną dziewczyną z sąsiedztwa i spotykaniu się w parkach z aktywistami. Być może ma pan rację, natomiast przypomnę, że jesteśmy na etapie pre-kampanii. Daria Gosek-Popiołek wywodzi się właśnie z tego środowiska – ze środowiska aktywistów, z którymi kiedyś współtworzyła różne inicjatywy i jest z nimi w bliskim kontakcie. Przyjdzie jeszcze moment na spotkania biznesowe i oficjalne, w które również się włączę i będę w nich pomagał. Prezydent Miszalski też był blisko z aktywistami i widzimy, jak to się skończyło.  Muszę odbić piłeczkę: Łukasz Gibała też jest blisko ze środowiskami aktywistycznymi i dzisiaj jest chyba najpoważniejszym kandydatem, choć oficjalnie się nie ogłosił kandydatem na Prezydenta Miasta Krakowa. Ryszard Śmiałek i Aleksander Miszalski / fot. archiwum prywatne Ryszarda Śmiałka Łukasz Gibała to nie wiadomo, z kim jest blisko – zabiega o głosy środowisk i Konfederacji, i Konfederacji Korony Polskiej, i PiS-u, więc... (uśmiech) No tak. Ale aktywiści zawsze mają swoje postulaty i stanowiska – nie zawsze do końca słuszne czy reprezentujące ogół mieszkańców. Trzeba czasem popatrzeć, czy to wszystko, co proponują, ma sens. Ja bardzo wspieram środowiska aktywistyczne, ale lubię rozmawiać na argumenty. W państwie prawa wszystko musi opierać się na prawie: jeśli chcemy coś zrobić, musimy najpierw zbadać możliwości prawne, procedury i dokumentację, a dopiero potem deklarować działania. Dzisiaj niestety polityka schodzi na psy – każdy może wyjść na Planty czy Błonia, pokrzyczeć, że coś zrobi i próbować zbierać poparcie, a potem przychodzą brutalne zderzenie z rzeczywistością prawną, że po prostu tego nie da się zrobić. Muszę odbić piłeczkę: Daria Gosek-Popiołek wychodzi na Planty i mówi: „obniżymy ceny biletów komunikacji miejskiej”, podczas gdy kilka miesięcy temu jej radni głosowali za podwyżką. Przecież to jest hipokryzja w najczystszej postaci. Rozmawiałem z radnymi na temat tych podwyżek. W momencie, kiedy prezydentem był jeszcze Aleksander Miszalski i odbywało się to głosowanie, istniała konieczność podniesienia cen, bo miasto musi przecież realizować politykę budżetową i pilnować dyscypliny finansów, a na tamtą chwilę nie było uwzględnionych alternatywnych dochodów dla miasta. Myślę jednak, że gdyby dzisiaj doszło do takiego głosowania, radni Lewicy na pewno nie zagłosowaliby za podwyżką. Mogę pana o tym zapewnić. Załóżmy na potrzeby tej rozmowy, że jestem hipotetycznym wyborcą Lewicy. Dlaczego miałbym zagłosować na Darię Gosek-Popiołek, a nie na Aleksandrę Owcę? Warto posłuchać, co mówi Aleksandra Owca, jakie ma postulaty... Słucham, co mówi Gosek-Popiołek i jestem załamany poziomem jej elementarnej wiedzy. Myślę, że na pewno dobrze przygotuje się do kampanii. W pewnym momencie trzeba jednak zmienić podejście, jeśli myśli się poważnie o wygraniu wyborów – nie można opierać się tylko i wyłącznie na środowiskach aktywistycznych. Na marginesie: były w Europie miasta, w których aktywiści wygrywali wybory, choćby w Barcelonie, ze swoimi hasłami „Barcelona dla mieszkańców, nie dla turystów”. Zwykle kończy się to na jednej kadencji lub szybciej, ponieważ środowisko aktywistów funkcjonuje według swojego wyobrażenia świata. Gdy Barcelona próbowała ograniczyć turystykę, okazało się, że wpływy do budżetu drastycznie spadły, a firmy powiązane z turystyką zaczęły masowo upadać. Ludzie tracili pracę i większość mieszkańców doszła do wniosku, że postulaty były miłe, ale brutalne zderzenie z ekonomią wymaga stanięcia pośrodku. Nie możemy skręcać drastycznie w żadną ze stron. Przyzna pan uczciwie, że Kraków ma problem, który trzeba rozwiązać: np. małżeństwo nauczycieli z dwójką dzieci, patrząc na ceny w krakowskich lokalach na Rynku, nie bardzo może sobie pozwolić na wspólny obiad na mieście. Miasto musi znaleźć rozwiązania, aby atrakcje turystyczne były dostępne nie tylko dla przyjezdnych, ale również dla mieszkańców. Ale to nie miasto będzie ustalać ceny w restauracjach. Miasto nie ustala cen w restauracjach, ale ma wpływ na atrakcje turystyczne, muzea czy wystawy. Mamy Krakowską Kartę Mieszkańca, która daje niektóre ulgi np. w parkowaniu. Patrząc na ceny związane z atrakcjami turystycznymi w Naszym mieście, wielu mieszkańców po prostu na to nie stać. Uważa Pan, że kandydatka Nowej Lewicy będzie lepszym prezydentem niż Aleksander Miszalski? Pytanie jest trudne. Aleksander Miszalski jest moim bliskim znajomym. Daria Gosek-Popiołek jest mi bliska, bo jesteśmy z tej samej rodziny lewicowej. Myślę, że na bazie doświadczeń i błędów Aleksandra Miszalskiego, gdyby została prezydentem, wyciągnęłaby wnioski i nie powtórzyła tych błędów. Będzie jej łatwiej również poprzez odpowiedni dobór współpracowników – uważam bowiem, że jednym z głównych powodów odwołania Miszalskiego był właśnie dobór najbliższych współpracowników, i nie mam tu na myśli tylko pani Marii Klaman. Myśli Pan, że Gosek-Popiołek już wie, ilu jest posłów? (śmiech) Myślę, że na pewno. Co Pan pomyślał, jak zobaczył ten filmik? Proszę o inny zestaw pytań. Czy Daria Gosek-Popiołek będzie lepszym prezydentem, niż Maria Klaman była wiceprezydentem? O to jestem spokojny prawie na 100 procent! Po co Nowej Lewicy kandydatka na prezydenta w Krakowie, skoro i tak nie ma szans na wygraną? To pytanie padało często, pojawiło się też w mojej długiej rozmowie z Włodzimierzem Czarzastym. Jesteśmy przed wyborami parlamentarnymi. Schowanie szyldu przez jakąkolwiek partię skazuje ją na niebyt, tak kiedyś zrobiła choćby Unia Wolności, której już nie ma. W poprzedniej kadencji mieliśmy dwóch posłów, w tej chwili mamy jedną posłankę, która zrobiła bardzo dobry wynik – niewiele brakowało, parę tysięcy głosów, i byłby drugi mandat. Z naszych wewnętrznych sondaży wynika, że w okręgu krakowskim jesteśmy w stanie zrobić dwa mandaty w najbliższych wyborach parlamentarnych. Chodzi więc o to, żeby ten szyld pokazać, zaprezentować działaczy, którzy włączą się w kampanię. Kraków będzie dla nas sprawdzianem i prawyborami przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku. Chcemy zobaczyć nasze realne poparcie, ocenić, jak Lewica jest odbierana, co możemy zmienić i jakie są oczekiwania społeczne. To wpłynie też na dalszą, prawie trzyletnią pracę naszych radnych. Czy Gosek-Popiołek to jest osoba, która powinna nieść ten szyld Lewicy? Jest członkiem klubu parlamentarnego Nowej Lewicy, choć formalnie członkiem partii nie jest – działa w stowarzyszeniu. Jest jedną z twarzy Lewicy, która dzisiaj współtworzy rząd. Włodzimierz Czarzasty jest w niej „zakochany”? Myślę, że bardzo ceni ją za pracowitość. Ma z nią bezpośredni kontakt w parlamencie, rozmawiał z nią wielokrotnie i ocenia ją dobrze, jako osobę zaangażowaną w swoją pracę I co z tej pracowitości wynika konkretnie dla Krakowa? Mógłby Pan podać jedną, konkretną rzecz? Na pewno była bardzo zaangażowana w sprawę ustawy o opłacie turystycznej. Ale to się nie wydarzyło. Widzi pan, wiele spraw dotyczyło też kwestii ochrony środowiska czy ochrony gatunków ryb przy inwestycjach, sprawy mieszkań komunalnych…. Czyli działania aktywistyczne. Ale na twardo to, o co zabiegała, na razie po prostu nie zostało zrealizowane. A opłatę turystyczną, która jeszcze nawet nie została wprowadzona, przypisują sobie wszyscy: od lewa do prawa. Warto sprawdzić, kto był autorem i kto złożył projekt jako pierwszy, bo po sukcesie każdy mówi, że był jego ojcem. Daria była w to naprawdę zaangażowana. Jest też zaangażowana w prace zespołu parlamentarnego dotyczącego umów najmu krótkoterminowego… Ryszard Śmiałek Pochwalił ją Pan za sprawy, które nie zostały doprowadzone do końca. Taka jest kolej rzeczy. Gdybyśmy uczciwie popatrzyli na wszystkich polityków z Małopolski, to niewielu z nich udało się cokolwiek doprowadzić do końca, bo w znacznej mierze decyduje wielka polityka warszawska. Ale pani poseł jest w obozie rządzącym, przypominam. Jest. Ale popatrzmy: czy innym parlamentarzystom z Koalicji, z PSL-u czy Polski 2050 udały się te rzeczy? Czyli na razie jest nieskuteczna, takie są fakty. Nie powiem, że jest nieskuteczna. Powiem, że jest ambitna. ZOBACZ TAKŻE: Czy to KONIEC PiS w Małopolsce?! Wyciekły kulisy planu KO!

Więcej…

Hoffman wbił nóż w plecy Gibały?! „Nie byliśmy jego pacynkami” [WYWIAD]

Hoffman wbił nóż w plecy Gibały?! „Nie byliśmy jego pacynkami” [WYWIAD]

24 lipca 2026 | 10:44

Zaprzyjaźnione z Aleksandrem Miszalskim media próbowały kreować i narzucić sympatykom odwołanego prezydenta narrację, w której jest jakiś złowrogi Łukasz Gibała i pacynki, które grają w jego teatrze. Świat okazał się bardziej złożony - mówi nam Jan Hoffman, kandydat na prezydenta Krakowa i lider akcji referendalnej. W rozmowie z Kanałem Krakowskim zdradza kulisy swoje startu w wyborach oraz opowiada o swoich relacjach z Łukaszem Gibałą i... Aleksandrem Miszalskim. *** Kanał Krakowski: Skąd u pana taki brak lojalności? Jan Hoffman: Wobec kogo? Nie uprzedził pan Łukasza Gibały o swoim starcie w wyborach. Myślę, że mój start w wyborach jest naturalną konsekwencją wydarzeń majowych. I myślę, że nie ma też zwyczaju, żeby wszystko konsultować. Jan Hoffman Ale referendum jednak konsultowaliście. I to nie tylko konsultowaliście, ale to Łukasz Gibała płacił za różne akcje referendalne. Wspierał outdoor. Jego stowarzyszenie wspierało. Działaliście wspólnie i w porozumieniu.  To tak brzmi jak z Kodeksu karnego, trochę jak opis czynu zabronionego, a nasze działania referendalne były korzystaniem z demokratycznego prawa. I 25 maja wasze drogi się rozeszły? Weszliśmy w kolejną fazę – fazę kampanii wyborczej, a właściwie pre-kampanii. Świat do 24 maja wyglądał zero-jedynkowo, czyli byli zwolennicy Aleksandra Miszalskiego i jego przeciwnicy. Teraz kandydatów mamy kilkunastu. Siłą rzeczy każda z tych osób stała po którejś ze stron rzeki.  Ponoć Łukasz Gibała dowiedział się o pańskim starcie w wyborach na prezydenta Krakowa z konferencji prasowej. Trudno mi powiedzieć, skąd się dowiedział. Zgodnie z przyjętym zwyczajem i zasadami savoir-vivre'u, mówiłem o moim starcie w gronie moich najbliższych przyjaciół i współpracowników. Nie jest to pewien nietakt nie poinformować o starcie swojego byłego współpracownika, który wspomagał was finansowo? Widocznie, panie redaktorze, czytamy inne poradniki savoir-vivre'u. Jan Hoffman Poróżniliście się z Łukaszem Gibałą po tym referendum, czy po prostu tylko nie rozmawiacie? Nie poróżniliśmy się z panem Łukaszem Gibałą, bo też nie ma podstaw, żeby się różnić. Tak naprawdę to zaprzyjaźnione z Aleksandrem Miszalskim media próbowały kreować i narzucić sympatykom odwołanego prezydenta narrację, w której jest jakiś złowrogi Łukasz Gibała i pacynki, które grają w jego teatrze. Świat okazał się bardziej złożony i dlatego teraz te osoby czują dysonans poznawczy. Może po prostu pacynki się usamodzielniły? Może nigdy nie były pacynkami. Po referendum Gibała przyznał się do tego, że stał za całą ta akcją, więc trudno teraz mówić, że tak nie było. Udział Łukasza Gibały w akcji referendalnej jest niezaprzeczalny, co nie znaczy, że to się odbywało na zasadzie wasalizacji. My, jako grupa referendalna – czyli zwykli mieszkańcy, którzy chcieli i nadal chcą naprawić Kraków, nigdy nie byliśmy wasalami. Jestem i będę wdzięczny panu Łukaszowi Gibale za wsparcie, które włożył w tę akcję. Skoro Gibała finansował outdoor referendalny, to czy nadal finansuje outdoor, tylko tym razem już kandydata na prezydenta Jana Hoffmana? Takiej propozycji nie dostałem. Liczę, panie redaktorze, że zapyta pan też o outdoor panią Monikę Piątkowską i innych kandydatów, gdy ich banery się pojawią. W tym mieście panuje takie założenie, że jak ktoś wydaje pieniądze, to musi to być Łukasz Gibała. A za chwilę będziemy mieli kampanię wyborczą i wszyscy będą te pieniądze wydawać. W 2024 roku nie wiem, kto wydawał najwięcej pieniędzy, ale przypomnę, że najwięcej outdooru miał Aleksander Miszalski. No właśnie, słowa klucze: kampania wyborcza. Ta kampania jeszcze formalnie się nie zaczęła i na razie mamy outdoor tylko jednego kandydata. Więc tym bardziej pytanie o to, kto finansuje pańskie bilbordy, jest zasadne. Zawsze z dużym uśmiechem podchodzę do zupełnego zaskoczenia, że prawnika, który od ponad 10 lat prowadzi własną kancelarię, stać na wykupienie kilku plakatów. To nie jest kilka plakatów, nie spłycajmy tego. Pańska kampania outdoorowa jest bardzo duża. No ale nie jest tak duża, żeby przekraczała moje możliwości majątkowe. Rozumiem więc, że za dotychczasową kampanię płaci pan sam z własnej kieszeni i nie ma w tym udziału między innymi Łukasza Gibały? Tak. Z tym zastrzeżeniem, że nie jest to kampania, tylko pre-kampania. Jeden z bilbordów Jana Hoffman Niektórzy mają wątpliwości, czy jest ona zgoda z prawem. Według mojej interpretacji, skonsultowanej też z prawnikami, jest to dopuszczalna forma, dlatego że przepisy, które limitują pewne kwestie, pojawiają się i mogą mieć zastosowanie dopiero wtedy, kiedy zaczyna się kampania wyborcza. A kampania, z woli pana Edwarda Nowaka, jeszcze się nie zaczęła. W tej interpretacji każdy może sobie dzisiaj powiesić billboard i napisać, że jest kandydatem obywatelskim albo nieobywatelskim na prezydenta Krakowa? Tak samo, jak może sobie napisać, że będzie w 2030 roku startował na prezydenta Polski. Nie wiem czy Pan zauważył, ale są i tacy kandydaci, a w zasadzie kandydatki, które również pojawiają się na plakatach – tylko formalnie nie piszą, że planują start. A są to przedstawicielki partii, które otrzymują subwencje z publicznych pieniędzy.  Po co panu ta kosztowna pre-kampania, skoro kampania jeszcze się nie zaczęła? To jest tańsze. Właśnie dlatego, że gdy przyjdzie do kampanii właściwej, wszyscy kandydaci będą prezentować swoje billboardy. Zauważył pan redaktor moją kampanię, czyli efekt został osiągnięty. Zapewniam pana redaktora, że gdybym identyczne środki wydał w kampanii, to nawet by pan nie zauważył tych nośników, bo wiodący kandydaci, tacy z największymi środkami finansowymi wspierani przez partie polityczne, pewnie będą ich mieli kilka razy tyle. Tylko że w momencie, kiedy zacznie się kampania, to wszyscy już zapomną o tym, co wisiało na billboardach podczas pre-kampanii. Gdybym uważał, że zapomną, to bym oczywiście się na to nie decydował. Natomiast mam przekonanie, że budowanie rozpoznawalności i docieranie z pewnym przekazem do mieszkańców to jest proces długofalowy.Na tej zasadzie partie polityczne, ruchy, organizacje mogłyby nic nie robić przez cztery lata, bo to by się nie liczyło, liczyłby się tylko ostatni miesiąc kampanii. Ja wierzę jednak, że pamięć wyborców jest dłuższa. W związku z czym warto wykorzystać ten martwy z pozoru okres. W zasadzie, gdyby kandydaci nic nie robili, to jedyną osobą widoczną teraz w mieście byłby Stanisław Kracik, który w przyszłości kandydatem też może być... Zakłada pan, że Kracik wystartuje? Ciężko mi to ocenić. Uważam, że jest wiele sygnałów świadczących o tym, że taki scenariusz, przynajmniej w otoczeniu pana prezydenta Kracika, może być rozważany. Kompletnie nie wiem, na ile on jest realny z punktu widzenia Warszawy. Poprze pan Kracika, gdyby ten wystartował? Kandydatem, do którego na ten moment jest mi zdecydowanie najbliżej, jestem ja sam. To zapytam tak: po co ta kosztowna pre-kampania, skoro na końcu – i to jest pytanie z tezą – i tak poprze pan Łukasza Gibałę? Zacznijmy od tego, że startuję by wygrać, zostać prezydentem i naprawić Kraków. O tym kto będzie popierany przez kogo przed drugą turą zdecydują przede wszystkim mieszkańcy. Oczywiście nie mogę też powiedzieć, że nie poprę żadnego kandydata, gdybym się nie dostał do drugiej tury, choć, jak powiedziałem, swój start traktuję serio i walcze po to, by wygrać. Łukasz Gibała  Czyli nie poprze pan Gibały jeszcze przed wyborami? Przypominam, że na dziś nie znamy nawet daty wyborów. Mógłby mnie pan podpiąć do wariografu i nic by nie zapikało, gdybym powiedział: nie wiem. Głęboko jednak wierzę, że do tego nie dojdzie, bo wierzę w sens swojego startu i w to, że wejdę do drugiej tury i zostanę prezydentem.  Zabawne. To samo słyszałem, gdy rozpoczynaliśmy zbiórkę podpisów pod wnioskiem o referendum, a potem po wyznaczeniu daty głosowania za odwołaniem prezydenta. Konsekwentnie z pokorą podchodzę do procesu wyborczego, wiem, że to ogrom pracy, ale to, co udało nam się w ostatnich miesiącach osiągnąć, utwierdza we mnie wiarę w takie powiedzenie, że sky is the limit. Jak długo jeszcze będzie pan udawał, że jest pan niezależnym i obywatelskim kandydatem i kiedy zobaczymy wreszcie prawdziwą twarz Jana Hofmanna?  Mogę prosić o jakieś pytanie bez tezy? To jest tak, jakbym zadał panu pytanie, czy przestał pan już bić żonę, a dopuszczalna odpowiedź to „tak” lub „nie”. Nie przypominam sobie, żebym cokolwiek udawał. Nie jestem członkiem partii politycznej, jestem obywatelem, bezpartyjnym, lokalnym, skromnym samorządowcem. No i nie ukrywam, człowiekiem dumnym z tego, że ma swój wkład w uruchomieniu wielkiej fali ponad 170 tysięcy Krakowian, którzy powiedzieli „dość” psuciu naszego miasta przez odwołanego prezydenta. Teraz będzie pytanie bez tezy: o co pokłócił się pan z Aleksandrem Miszalskim, gdy ten był jeszcze prezydentem? Myślałem, że nie doczekam. (śmiech) Sprowadzenie sporu między mną, a Aleksandrem Miszalskim do kwestii „pokłócenia się”, to było takie łatwe narzędzie retoryczne w okresie referendum. Wywodzicie się z tego samego środowiska politycznego. Tak, ale mamy kompletnie inne spojrzenie na miasto. Co więcej, te różnice zaczęły się uwidaczniać wtedy, kiedy Aleksander Miszalski został już prezydentem. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z jego spojrzenia, z jego filozofii. Musiał być jakiś punkt zapalny, jakaś kropla, która przepełniła czarę. Kwestie relacji personalnych całkowicie nie miały wpływu na decyzję o referendum. Można się z kimś lubić lub nie lubić, ale sprowadzanie do tego poważnego sporu politycznego jest… niepoważne. Istota sporu politycznego powinna dotyczyć kwestii kierunkowych, programowych i tego, jak się żyje ludziom, za których na danym szczeblu odpowiadamy – mieszkańcom Krakowa, mieszkańcom Polski, mieszkańcom Małopolski, w zależności od szczebla władzy. Za prezydentury Miszalskiego żyło się Krakowianom aż tak źle? A twierdzi Pan, że żyło się lepiej? Kierunki, które obrał były prezydent, były dla mnie nieakceptowalne. Wszystkie te powody, z otwartą przyłbicą, prezentowaliśmy w trakcie referendum. Aleksander Miszalski Równie dobrze mogę powiedzieć, jako hipotetyczny mieszkaniec dzielnicy Stare Miasto, że żyje mi się w tej dzielnicy źle i zrzucić to na karb tego, że jest pan przewodniczącym rady tej dzielnicy. Ale ja mówię o kierunkach i o decyzjach, które podejmował Aleksander Miszalski. O kwestiach długofalowych, które bezpośrednio na odczuwanie życia dzisiaj się nie przekładają. Czyli? Choćby kwestia finansowa, chociaż ona już zaczynała się przekładać ze względu na podwyżki, które były planowane i częściowo wprowadzone. Do tego kwestie rozwiązań nieakceptowalnych dla wielu mieszkańców, w tym Strefa Czystego Transportu czy kwestie kierunkowe. Prezydent Kracik jakoś trochę próbuje zmienić kurs i nadać mu bardziej zdroworozsądkowy charakter. Ale to właśnie te kwestie spowodowały powszechne niezadowolenie. Najlepszym dowodem jest wynik referendum. Używając dokładnie tego samego argumentu mogę powiedzieć, że nadmierna turystyfikacja, hałas czy mieszkania na krótkoterminowy wynajem to wina przewodniczącego Rady Dzielnicy Stare Miasto. Co prawda byłem liderem komitetu referendalnego, ale przypisywanie mi aż takiej sprawczości na wieloletnią politykę miasta, a zwłaszcza decyzje Aleksandra Miszalskiego, byłoby mocnym nadużyciem. (śmiech)  Ale na poważnie: w tematach, które pan wymienił, rada dzielnicy ma do powiedzenia dokładnie tyle samo, co Aleksander Miszalski w kwestii cen ropy na świecie – czyli niewiele, bo nie mamy takich kompetencji. Żeby zakończyć wątek Aleksandra Miszalskiego: jakie dzisiaj żywi pan uczucia wobec niego?  Szczerze mówiąc, ani pozytywnych, ani negatywnych. Uważam, że był bardzo złym prezydentem, ale nie uważam, żeby był złym człowiekiem. Więc życzę mu życiowo dobrze. To stało się takim wytrychem po jego odwołaniu. Ja myślę, że to nie jest wytrych, tylko to jest normalne ludzkie zachowanie i dowód na to, że autorzy takich słów są dojrzali i zdolni do odrobiny empatii. Niewątpliwie Aleksander Miszalski życiowo znalazł się na zakręcie, ale nie mam z tego osobistej satysfakcji. Uważam jednak, iż bardzo dobrze stało się dla Krakowa, że nie jest prezydentem. Odróżniam natomiast prezydenta Aleksandra Miszalskiego od Olka Miszalskiego. Olkowi Miszalskiemu życzę dobrze. Nie chciałbym jednak, żeby kiedykolwiek zafunkcjonowała jeszcze zbitka: prezydent Aleksander Miszalski. Jan Hoffman To jakie są trzy konkretne rzeczy, które prezydent Jan Hoffman zrobi lepiej niż prezydent Aleksander Miszalski? Po pierwsze, finanse publiczne, czyli audyt, ograniczenie wydatków oraz realny plan wyjścia z długu. Po drugie, reorganizacja ruchu w mieście, i to szeroko rozumiana. Czyli to wszystko, co się wiąże z ruchami w kwestiach Strefy Czystego Transportu. Tak naprawdę to była czara, która przelewała się od ponad 10 lat, gdy wprowadzano niekorzystne zmiany, pozornie zmierzające do uspokojenia ruchu, a tak naprawdę uniemożliwiające mieszkańcom normalne przemieszczanie się po mieście i generujące korki w miejscach, w których ich nie było. Przykładem jest ulica Grzegórzecka, kiedy zdecydowano się wpuścić ruch samochodowy na tory tramwajowe po to, żeby zrobić osobny pas dla rowerów. W efekcie tramwaje stoją w korkach, samochody stoją w korkach, a po tej dość nieprzyjemnej trasie z punktu widzenia, że tak to ujmę cywilnych rowerzystów, przemieszczają się głównie dostawcy jedzenia.  Po trzecie, powrót do rozsądnych planów inwestycyjnych w zakresie infrastruktury, czyli na przykład rozwój sieci tramwajowych. A ma pan jakieś pomysły na Kraków, których nie mają inni kandydaci? Pytam dlatego, że niemal od wszystkich słyszymy mniej więcej o tych samych problemach i podobnych rozwiązaniach. Oczywiście, i będziemy je konsekwentnie prezentować, gdy w końcu poznamy datę wyborów. Jestem przekonany, że chociaż część spodoba się panu redaktorowi. My pewne założenia zaprezentowaliśmy zaraz po referendum i nie mam z tym problemu, że inni kandydaci powtarzają sformułowane przez nas postulaty. Żartobliwie współpracownicy i część komentujących nazywa to zjawisko „efektem Hoffmana”. Mnie naprawdę cieszy, że także inni kandydaci chcą słuchać tego, co mówią mieszkańcy. Stąd tak naprawdę wyrasta nasza baza programowa – wiemy, co chcemy zrobić inaczej niż Aleksander Miszalski.  Skoro wszyscy programowo mówią mniej więcej to samo, to te wybory mogą się sprowadzić do konkursu piękności. Czas na prezentacje programu jeszcze przyjdzie, nasze postulaty naprawienia Krakowa będą kompleksową formułą odpowiedzi na to, co mieszkańcy chcą w naszym mieście zmienić. Ale poza kwestiami programowymi każde wybory to kwestia nie tyle konkursu piękności, co również wiarygodności kandydata, no i, nazwijmy to – pewnego „dostojeństwa”. To był częsty zarzut wobec Aleksandra Miszalskiego, gdy porównywano go z poprzednikiem. Czy kluczowa? Pewnie nie, ale dla wielu osób ważna.  Czyli zakłada pan, że w kwestii wiarygodności i dostojeństwa ma pan przewagę nad innymi kandydatami? Zaprzeczyłbym tej tezie, gdybym potwierdził pańskie słowa. (śmiech) ZOBACZ TAKŻE: Chciał zastąpić Miszalskiego po cichu, teraz idzie po pełnię władzy

Więcej…

To zapowiedź potężnej awantury! Te słowa przejdą do historii kampanii [WYWIAD]

To zapowiedź potężnej awantury! Te słowa przejdą do historii kampanii [WYWIAD]

20 lipca 2026 | 08:44

– Gdybym chciał porozmawiać z rosyjską prostytutką, to pojechałbym do domu publicznego w Moskwie! – tymi słowami Łukasz Wantuch, kandydat na prezydenta Krakowa, odrzuca możliwość debaty z przedstawicielem Konfederacji Korony Polskiej.  W bezpardonowej i niezwykle szczerej rozmowie były krakowski radny tłumaczy, dlaczego nie boi się łatki wariata, co jest jego największą wadą oraz jak będzie sprawował urząd prezydenta. – Nie bawię się w trzymanie za rączkę i mówienie słodkich słówek – deklaruje. *** Kanał Krakowski: Były prezydent jeździł rowerem. Pan przyjeżdża na nasze spotkanie hulajnogą. Nie uwłacza to powadze kandydata i potencjalnego prezydenta? Łukasz Wantuch: Nie, dlatego że korzystam z różnych środków transportu: z hulajnogi, z roweru, z komunikacji miejskiej, z samochodu. Wszystko w zależności od dystansu i warunków pogodowych. Oczywiście, gdyby to było jakieś oficjalne spotkanie, to wiadomo, że nigdy bym nie przyjechał hulajnogą. Łukasz Wantuch Jako prezydent będzie pan jeździł hulajnogą? Prywatnie tak, oczywiście. Ale na pewno nie na oficjalne spotkania. Niestety słynny filmik z dachu nauczył nas, że pewnych rzeczy, które można robić prywatnie, prezydentowi robić po prostu nie wypada. Urząd – tak jak mówił prezydent Majchrowski – musi mieć określoną dignitas. To nie oznacza, że trzeba być cały czas w krawacie i w garniturze, ale jest to stanowisko, które wymaga odpowiedniej prezentacji. Zmierzam trochę do tego, czy jest pan poważnym kandydatem. Oczywiście, ale jestem też oryginalną czy wręcz według niektórych specyficzną osobą.  „Specyficzna osoba” to ładne określenie na niepoważnego kandydata. Nie. Ja zaczynałem od zera. Moja mama pochodzi z małej wioski w województwie świętokrzyskim, mój tata z małej wioski w Małopolsce. Wszystko w życiu osiągnąłem sam. Nie urodziłem się ze srebrną łyżką w ustach. Nie dostałem 50 milionów od ojca. Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam wyłącznie sobie. Pana największy życiowy sukces? Wiadomo, że na pierwszym miejscu jest sukces rodzinny, czyli moi synowie. To jest oczywiste. Gdybym jednak miał wymienić taki sukces samorządowy, to wystarczy, że wejdę do dowolnej szkoły w Krakowie, i to nie tylko z mojego okręgu wyborczego, i widzę tam kamery, oczyszczacze powietrza, ozonatory. Mogę wejść do dowolnej placówki edukacyjnej – szkoły samorządowej czy niesamorządowej – i widzę, ile udało mi się osiągnąć jako radnemu dzielnicowemu, a potem jako radnemu miasta. To, co mnie strasznie irytuje u obecnych radnych, to fakt, że dbają tylko o swój okręg wyborczy i wszystkie inwestycje kierują wyłącznie tam. Ja robiłem wszystko dla całego Krakowa. Więc tak, jestem osobą trochę niekonwencjonalną, trochę oryginalną. Wychowałem się na specyficznym, brytyjskim poczuciu humoru. Uwielbiam Monty Pythona. Lubię sarkastyczny, cyniczny humor, a moje poczucie humoru – przez które miałem zresztą wiele problemów – jest tego odzwierciedleniem. Ale jestem też osobą, która twardo stąpa po ziemi. Nie osiągnąłbym tego wszystkiego, gdybym był wyłącznie jakimś barwnym kwiatkiem. Ale trudno brać na poważnie kandydata, który wysyła maila do mieszkańców i pisze, że chce wygrać wybory, ale jego – i tutaj cytuję – „największym wyzwaniem jest zebranie trzech tysięcy podpisów”. ZOBACZ: Wyborcza „łapanka” Wantucha. Kandydat na prezydenta szuka frajerów do czarnej roboty Tak, dlatego że ja nie mam struktur. Ja się nie boję kampanii wyborczej, bo wiem, jak ją robić i już to robiłem. Ale jeśli ktoś siedzi w polityce i zna te realia, to doskonale wie, że dla kandydata bez struktur – a ja nie jestem członkiem żadnej partii politycznej – największym wyzwaniem jest właśnie zebranie podpisów. Ludzie po prostu boją się podawać swój numer PESEL. To może się wydawać dziwne, ale o wiele łatwiej jest nakłonić kogoś, żeby zagłosował na ciebie przy urnie, bo to jest anonimowe, niż nakłonić go do podania PESEL-u na liście.  Zebranie podpisów to po prostu ten etap, na którym odpada połowa kandydatów. Ja tego nie ukrywam. Dla mnie to było wyzwanie, ale po tym mailu zgłosiło się do mnie mnóstwo ludzi, więc te podpisy na pewno zbiorę. Wiele osób traktuje pański start jako kolejny performance. Byłem radnym miasta Krakowa przez dwie kadencje, wcześniej byłem radnym dzielnicowym. Byłem wiceprzewodniczącym Rady Miasta Krakowa. Jestem osobą niekonwencjonalną i nie mam zamiaru tego ukrywać, ale stoi za mną mnóstwo konkretnych osiągnięć. Wspomniałem już o oczyszczaczach w szkołach, ale jest tego więcej. Łukasz Wantuch w 2018 roku / źródło: BIP Taki najprostszy przykład: Kraków jako jedyna gmina w Polsce udostępnia możliwość zbierania podpisów pod obywatelskimi projektami uchwał przez internet. To była moja inicjatywa. I takich rzeczy mógłbym wymienić setki. Więc pomimo to, że mam w duszy tę przekorną, "brytyjską" część, to kiedy przychodzi do merytorycznej dyskusji, bardzo ciężko będzie mnie zagiąć. Dlatego tak bardzo liczę na debaty i rozmowy w kampanii. Ja na przykład wiem, ilu jest posłów w Sejmie i ilu jest radnych w Krakowie – w przeciwieństwie do niektórych kandydatów. Jeżeli ktoś w trakcie kampanii będzie mówił o panu per „wariat”, to będzie go pan pozywał, czy nie? Gdybym chciał być powszechnie lubiany i popularny, to założyłbym zespół rockowy. W polityce trzeba mieć grubą skórę. Ja koncentruję się na zadaniach. Mam cel do wykonania i go analizuję. To, co ktoś inny o mnie myśli, to nie jest mój problem. To jego prywatna sprawa. Wiele osób radziło mi na przykład, żebym na czas kampanii przestał pomagać Ukrainie, bo to może być źle odebrane. Powiedziałem wyraźnie: nie. Wtedy czułbym, że zdradziłem samego siebie. Jeżdżę na Ukrainę od marca 2022 roku. Niedawno wróciłem z kolejnego wyjazdu. Byłem w miejscach oddalonych o parę kilometrów od linii frontu, gdzie nad naszymi głowami latały drony. I będę to robił nadal. To, czy komuś się to podoba, czy nie, nie ma wpływu na moje działania. Mam też swoją konkretną wizję miasta. Jestem na przykład przeciwnikiem budowy metra. Uważam, że nie ma alternatywy dla kolei aglomeracyjnej przechodzącej przez Kraków. Myślę, że wielu ludzi w tym mieście doskonale wie, że nie mamy 20 miliardów złotych na budowę metra. Czytam teraz, że mamy wydać 188 milionów złotych z budżetu miasta na przygotowania do budowy. Przecież to będzie kolejny przekręt i marnowanie pieniędzy – kolejne „dwie wieże w Ostrołęce”. Marnujemy środki, bo politycy boją się mówić ludziom prawdę. Uważam też, że obszar „Wesoła” trzeba sprzedać, a przeznaczone na to pieniądze przeznaczyć na uzbrojenie terenów i inne ważne cele. Jest mnóstwo rzeczy, które dostrzegam jako mieszkaniec bloku. Na przykład przepełnione kosze na śmieci albo to, że już piąty rok wymieniamy oprawy sodowe na ledowe – co zresztą też było moją inicjatywą, bo składałem w tej sprawie projekty uchwał.  Udało mi się wiele rzeczy w tym mieście zmienić, a start na prezydenta to nie jest żaden performance. Mam jasną wizję Krakowa. To, że część osób odbiera mnie jako niekonwencjonalnego czy wręcz „wariata”, wynika tylko z tego, że ja po prostu mówię prawdę bez owijania w bawełnę.  Nie bawię się w dyplomację, w trzymanie za rączkę i mówienie słodkich słówek. Gdy patrzę na programy innych kandydatów, to wszyscy powtarzają: „ma być zielono, pięknie, bogato”. A jak przychodzi do konkretów, to wszystko leży. Ja się nie boję powiedzieć ludziom wprost: Krakowa po prostu nie stać na metro. A nawet gdyby było nas stać, to lepszym i tańszym rozwiązaniem jest rozbudowa sieci tramwajowej. I ktoś wtedy powie: „wariat, bo nie chce metra”? Nie, to jest zdrowy rozsądek i liczę, że przekonam do tego większość mieszkańców. Po co w ogóle pan startuje? Jestem w polityce od ponad dekady. Startuję po to, żeby realnie zmienić nasze miasto. Część spraw to tematy strukturalne – jak metro, sprzedaż Wesołej czy rozwój kolei aglomeracyjnej. Ale jest też mnóstwo mniejszych, codziennych problemów. Weźmy na przykład graffiti. Mam gotowy pomysł, jak skutecznie usuwać graffiti z budynków, które nie należą do miasta. Albo wraki samochodowe. Kiedy przyjeżdżam wieczorem na osiedle, krążę czasami przez 20 minut i mijam po drodze po 10–15 samochodów, które stoją tam tak długo, że zaraz zarosną mchem. Można je usunąć w bardzo prosty sposób, tylko potrzebna jest wola. Będąc radnym przez ponad dziesięć lat, nauczyłem się jednej rzeczy: problemem w samorządzie zazwyczaj nie są pieniądze. Problemem są ludzie. W polityce panuje przekonanie, że jak już się okopiesz na stanowisku, to musisz być jak najmniej kontrowersyjny i unikać konkretów – bo jak jesteś konkretny, to zawsze kogoś urazisz i ktoś będzie niezadowolony. Ja przyjąłem zupełnie inną zasadę: być sobą, być autentycznym i mówić ludziom prawdę. No to proszę powiedzieć, jak usuwać graffiti z budynków, które nie należą do miasta? Na podstawie artykułu 18 ustęp 2 punkt 6 ustawy o samorządzie gminnym możemy tworzyć programy gospodarcze. Rada Miasta Krakowa przyjmuje odpowiednią uchwałę, a zadanie zleca się jednostkom takim jak MPO. Kluczem jest to, że nie traktujemy tego jako walki o estetykę, tylko jako kwestię bezpieczeństwa. A bezpieczeństwo i porządek publiczny są wprost wymienione w ustawie o samorządzie gminnym jako zadania własne gminy. Jeśli potraktujemy usuwanie graffiti jako walkę o bezpieczeństwo – co możemy mocno podeprzeć naukową „teorią rozbitej szyby” – to możemy legalnie przeznaczyć na to pieniądze z budżetu gminy. To jest ta fundamentalna zmiana: nie możemy finansować estetyki na prywatnych budynkach, ale bezpieczeństwo już tak. A jak usuwać wraki z terenów spółdzielczych czy dróg wewnętrznych? Tutaj podstawowym problemem jest to, że możemy bez problemu usuwać wraki z dróg publicznych, ale z dróg niepublicznych już nie. Moim zdaniem należy stworzyć specjalny program miejski i zacząć traktować te auta jako mienie porzucone w rozumieniu Kodeksu cywilnego. Oczywiście nie robimy tego tak, że od razu wjeżdżamy i zabieramy auto. Najpierw naklejamy na taki wrak wyraźne ostrzeżenie. Jeśli samochód stoi bez ruchu przez miesiąc czy dwa, nie ma ważnych badań technicznych ani ubezpieczenia OC, a właściciel nie reaguje na wezwania, to bierzemy taki wrak i przestawiamy go... na drogę publiczną. A tam już straż miejska może go odholować zgodnie ze standardową procedurą. Ale to jest falandyzacja prawa! Tak, to jest falandyzacja prawa. Ale ja jestem przeciwnikiem mówienia: „tego się nie da zrobić”. Miasto ma potężne narzędzia. Niektóre z tych działań będą na granicy prawa – mówię to zupełnie otwarcie. Bardzo bym chciał, żeby powstała jasna ustawa, która mówi: „gmina może usuwać wraki i graffiti z każdego terenu”. Ale dopóki nie mamy takich narzędzi ustawowych na poziomie krajowym, musimy kombinować. Trzeba wziąć dobrych prawników i szukać rozwiązań, które być może naginają istniejące przepisy. Mamy dwie opcje: albo nie robimy nic i akceptujemy to, że w Krakowie zalegają tysiące wraków, albo podejmujemy ryzyko, naciągamy prawo i korzystamy z kruczka pod tytułem „rzecz porzucona”. Oczywiście najpierw ostrzegamy właściciela. Jeśli przez  30 dni nikt auta nie przestawi, to my je przestawiamy na drogę publiczną i uruchamiamy procedurę. Skoro to takie proste, to dlaczego nikt do tej pory tego nie zrobił? Może jednak się nie da, a nie dlatego, że nikt na to nie wpadł. Dlatego, że urzędnicy boją się ryzyka. Większość wójtów czy prezydentów wychodzi z założenia: „po co mi ten problem, to nie moja sprawa”. A wszystko w życiu wiąże się z ryzykiem. Ta konstrukcja prawna z mieniem porzuconym jest dziurawa jak szwajcarski ser, zgadzam się. I właśnie dlatego potrzebny jest prezydent, który ma odwagę powiedzieć: „okej, bierzemy to na klatę, ryzykujemy dla dobra publicznego”. Jeśli wprowadzimy takie odważne rozwiązanie, z ulic zniknie pięć, może nawet dziesięć tysięcy wraków. Brakuje po prostu odwagi. Ale jeśli to rozwiązanie jest na granicy prawa, to właściciele zaczną pozywać miasto, miasto będzie przegrywać sprawy w sądach i wypłacać odszkodowania. To jest ryzyko, oczywiście, i ja to mówię otwarcie. Ale miasto ma świetnych prawników i dobrego sekretarza. To jest konstrukcja prawna, która może nie jest w stu procentach „koszerna”, ale działa. Jakie mamy inne rozwiązanie? Czekać w nieskończoność, aż Sejm coś uchwali? To jest czekanie na Godota. Możemy nie robić nic albo zaryzykować. Ja nie podejmuję decyzji bezmyślnie. Wszystko kalkuluję, zlecimy ekspertyzy prawne. Jeśli ktoś pójdzie z tym do sądu – w porządku, nie ma problemu. Tylko w sądzie padnie pierwsze i podstawowe pytanie: dlaczego ten samochód stał bezużytecznie przez 5 lat? Mówię tutaj oczywiście o przypadkach ekstremalnych. Nie o sytuacji, gdy ktoś zostawi auto na tydzień czy dwa. Zresztą na to też mam rozwiązanie. Chciałbym stworzyć na obrzeżach Krakowa bezpłatne parkingi długoterminowe. Mam setki takich gotowych projektów. Wyobraźmy sobie sytuację: ktoś ma samochód, z którego korzysta bardzo rzadko, na przykład raz w miesiącu, żeby pojechać na zakupy czy do rodziny. I takie auta blokują miejsca na osiedlach. Jeśli stworzymy bezpłatny, strzeżony parking na obrzeżach miasta, to każdy mieszkaniec, który płaci w Krakowie podatki i ma ważne OC, będzie mógł tam zostawić auto za darmo. Zamiast blokować deficytowe miejsca pod blokiem w centrum, odwozisz auto na strzeżony parking. Nikt ci go nie porysuje, nikt nie ukradnie, może tam stać legalnie nawet trzy miesiące. Dojedziesz tam wygodnie komunikacją miejską. I w ten sposób uwalniamy kolejne tysiące miejsc parkingowych na osiedlach. Czy to jest kontrowersyjne? Czy to jest zły pomysł? To czysty pragmatyzm. Łukasz Wantuch Skoro wspomina pan o ryzyku, jaka była najbardziej ryzykowna rzecz, którą zrobił pan w życiu? Nie ma jednej takiej rzeczy. Kiedy podejmuję decyzje, które z boku mogą wydawać się irracjonalne, ja zawsze wcześniej przeprowadzam dokładną analizę SWOT. Analizuję mocne i słabe strony, szanse i zagrożenia. Zastanawiam się, jakie jest ryzyko, a jakie są korzyści. Moje myślenie zawsze działa według schematu: problem – analiza – rozwiązanie. Jeśli zostanę prezydentem i przyjdzie do mnie urzędnik czy mieszkaniec ze słowami: „panie prezydencie, mamy problem”, to ja mu odpowiem: „nie przychodź do mnie tylko z problemem. Przyjdź z problemem i od razu z propozycją jego rozwiązania”. Tak powinien działać nowoczesny urząd. Chętnie więc przyjdę z problemem oraz jego rozwiązaniem, tylko że dobre rozwiązanie dla mnie, może nie być dobre dla mojego sąsiada. Co wtedy, panie prezydencie? Wszystko trzeba traktować indywidualnie. Jestem na przykład zwolennikiem tego, aby w końcu wprowadzić w naszym mieście prawdziwe konsultacje społeczne. Mieliśmy chociażby jaskrawy przykład Parku Bednarskiego, gdzie przychodziło tysiąc pism wypełnionych dokładnie tym samym charakterem pisma – czyli fikcja. Powinniśmy stworzyć jedną, porządną aplikację miejską o nazwie mKraków – stabilne i nowoczesne narzędzie, a nie to, co mamy w telefonach teraz. Jeśli pojawia się kontrowersyjny temat, na przykład rozszerzenie Strefy Czystego Transportu, przeprowadzamy rzetelne konsultacje społeczne właśnie za pomocą tej aplikacji. Uważam, że każdy mieszkaniec Krakowa powinien ją mieć. Świetnie, mamy SCT, mamy aplikację. W ankiecie 301 osób opowiada się za rozszerzeniem strefy, 298 przeciw, a reszta milczy. I co dalej? Żeby te wyniki były w pełni wiarygodne, musimy wprowadzić odpowiednie mechanizmy zabezpieczające. Przede wszystkim, aby móc zagłosować w aplikacji, musisz być zweryfikowanym mieszkańcem Krakowa, który tu płaci podatki. Dążymy do tego, aby aplikacja miała setki tysięcy użytkowników. Możemy to łatwo osiągnąć, oferując przez nią załatwianie spraw urzędowych, systemy rabatowe, darmowe wejścia do miejskich muzeów czy inne benefity. Wtedy baza użytkowników staje się w pełni reprezentatywna i wiarygodna. Dziś przy konsultacjach społecznych może głosować dosłownie każdy, nawet ludzie z drugiego końca Polski. Podobnie musimy zrobić porządek z Budżetem Obywatelskim. Obecnie w krakowskim Budżecie Obywatelskim może zagłosować nawet... trzyletni mieszkaniec Gdańska. Nie ma progu wiekowego, wystarczy mieć PESEL – a PESEL może mieć nawet niemowlę. I w ten sposób osoby spoza Krakowa decydują o podziale milionów złotych wypracowanych przez naszych podatników. Ale wracając do mojego pytania: co jeśli w aplikacji zagłosuje tylko po 300 osób z każdej strony? Wprowadzimy próg frekwencyjny, na wzór referendum lokalnego – na przykład na poziomie 30% uprawnionych mieszkańców danej dzielnicy czy obszaru. Jeśli ten próg zostanie przekroczony, to choćby decydował jeden jedyny głos przewagi – decyduje większość. Na tym polega demokracja. Jeśli frekwencja jest odpowiednia, wynik jest wiążący, bez względu na to, czy różnica wynosi jeden głos, czy pięć tysięcy. Nie przeszkadza panu to, że niektórzy komentatorzy zaliczają pana do grupy tak zwanego „wyborczego folkloru”, a nawet „politycznego szrotu”? Kiedy startowałem po raz pierwszy do Rady Miasta Krakowa, zdobyłem 700 głosów. W kolejnych wyborach miałem już cztery razy więcej. Finis coronat opus – koniec wieńczy dzieło. A jaki wynik w tych wyborach prezydenckich będzie dla pana sukcesem? Jeżeli podczas tej kampanii będę w stanie zainicjować ogólnomiejską, poważną dyskusję na temat kluczowych problemów Krakowa – na przykład o tym, że metro jest nam niepotrzebne i za drogie – i jeśli uda mi się przekonać do tych argumentów mieszkańców, to bez względu na to, czy zdobędę 1%, czy 99%, uznam to za swój sukces. Natomiast startuję po to, żeby wygrać. Kandydatów jest wielu, a różnice poparcia między pierwszym a czwartym miejscem mogą zamknąć się w granicach 5%. Może się okazać, że mój merytoryczny program przekona krakowian, tak jak to miało miejsce w innych miastach na świecie – na przykład w przypadku Zohrana Mamdaniego w Nowym Jorku, który startował z zerowym poparciem, zrobił świetną kampanię i wygrał. Chcę dokładnie tego samego: wejść do drugiej tury i w niej zwyciężyć, pokazując ludziom, że zmiana jest możliwa. Że mogą rządzić ludzie, którzy mówią prawdę o metrze czy o sprzedaży gruntów na Wesołej. Mieszkańcy są już śmiertelnie zmęczeni kandydatami, którzy obiecują gruszki na wierzbie – baseny w Parku Jordana, baseny nad Wisłą i tak dalej. A na koniec pojawia się proste pytanie: skąd wziąć na to wszystko pieniądze? Czy jest jakiś kandydat z obecnie startujących, z którym na pewno się pan nie dogada? Kandydat z Konfederacji Korony Polskiej. Dla mnie działalność tego ugrupowania to czysta agentura Moskwy. Ale to legalnie działająca w Polsce organizacja. Legalna, ale ich program wygląda tak, jakby pisał go sam Putin. Zapowiadam od razu: jeśli będzie organizowana debata prezydencka i weźmie w niej udział ich kandydat, pan Klimek, to ja w takiej debacie nie wezmę udziału. Gdybym chciał porozmawiać z rosyjską prostytutką, to pojechałbym do domu publicznego w Moskwie! Michał Klimek i Grzegorz Braun Dla mnie Korona Polska to agenci wpływu Moskwy, którzy realizują w Polsce politykę Putina. Ktoś powie, że jestem kontrowersyjny, bo mówię to tak ostro. Mogą mnie podawać do sądu, mogą robić, co chcą. Dla mnie to jest współczesna Targowica. Kiedy patrzę na to, co ta partia robi – na przykład nawołuje do wyjścia z Unii Europejskiej – to uważam, że trzeba być niespełna rozumu albo półgłówkiem, żeby nie dostrzegać, jak gigantyczny sukces odniosła Polska dzięki obecności w Unii. A który z pozostałych zgłoszonych kandydatów, według pana, prezentuje wysoki poziom merytoryczny? Będę tu w pełni obiektywny i nie będę kierował się sympatiami politycznymi. Merytoryczni są wszyscy ci kandydaci, którzy mają realne doświadczenie samorządowe. To na przykład Michał Drewnicki czy Łukasz Gibała. Ja również mam za sobą ponad dekadę pracy w samorządzie. Duże doświadczenie jako urzędnik i dyrektor ma Monika Piątkowska, więc ona również wie, jak działa ten mechanizm. Pozostali kandydaci musieliby się dopiero uczyć, a to byłaby nauka na własnych błędach kosztem miasta przez pierwsze dwa lata prezydentury. Przekleństwem współczesnej polityki jest to, że kupując pralkę czy lodówkę, dokonujemy głębszej analizy technicznej niż przy wyborze kandydata. Sprawdzamy klasę energetyczną, zużycie wody, czytamy opinie. A kiedy przychodzi do głosowania na radnego, posła czy prezydenta, to patrzymy tylko na to, czy ktoś ma ładny uśmiech na plakacie, czy powiesił ich więcej w okolicy albo czy wrzucił nam gadżet do skrzynki pocztowej. A potem się dziwimy, że rządzący nami ludzie nie radzą sobie z rzeczywistością. Jeśli wybiera się kandydata na podstawie obietnic bez żadnych konkretów, to potem nie miejmy pretensji, że nic z tego nie zostało zrealizowane. Kto za to ponosi odpowiedzialność? My, wyborcy. Tych ludzi nie wybierają komputery ani ślepy los. To są nasze decyzje. Dlatego moją jedyną szansą jest przekonanie ludzi, że pomimo moich wad, mam merytoryczny program, a wybory samorządowe to nie są wybory parlamentarne. Wybierzmy człowieka, który zna to miasto od podszewki, ma konkretną wizję i program składający się z precyzyjnych rozwiązań. Jaka jest pana największa wada? Specyficzne poczucie humoru. To brzmi jak wymijająca odpowiedź na rozmowie kwalifikacyjnej. Dokładnie o to chodzi. ZOBACZ TAKŻE: „Nie będę robił z siebie idioty”. Kandydat Konfederacji idzie na noże z krakowskim układem [WYWIAD]

Więcej…

„Mogę współpracować nawet z Drewnickim lub z Gibałą” [WYWIAD]

„Mogę współpracować nawet z Drewnickim lub z Gibałą” [WYWIAD]

15 lipca 2026 | 12:25

– Z takiej wody nigdy się nie wychodzi. Z tego środowiska, nazwijmy to, układów partyjnych nie ma odwrotu – tak kandydatów na prezydenta Krakowa ocenia Adam Hareńczyk, działacz społeczny, szef stowarzyszenia Małopolski Bunt. On sam na razie nie zdecydował się na start w wyborach. – Mam już taką rozpoznawalność i pozycję, że ja nie muszę po prostu zaistnieć – twierdzi. Nasz rozmówca kilka dni temu ogłosił, że nie zamierza ubiegać się o fotel prezydenta Krakowa. Mówi jednak, że mógłby współpracować, jako wiceprezydent, z Łukaszem Gibałą lub Michałem Drewnickim. – Pan Gibała jest inteligentny, ma charyzmę i potrafi przekonywać także swoich przeciwników. Pan Drewnicki jest ambitny i zna bardzo dobrze specyfikę pracy w radzie miasta – uważa Hareńczyk. *** Kanał Krakowski: Dlaczego nie wystartuje pan w wyborach na prezydent Krakowa? Adam Hareńczyk: Start na prezydenta miasta wtedy ma sens, jeżeli będzie można realizować swój program dla dobra mieszkańców. Bo Kraków ma być przede wszystkim dla mieszkańców, a nie dla turystów. Adam Hareńczyk podczas referendum 24 maja No to gdyby pan wystartował w wyborach, to jako prezydent mógłby pan to realizować. Tak, oczywiście. Ja miałem ułożony taki krótki program, zamykający się w 10 punktach, a dzisiaj to ciężko o tym po prostu mówić. Bo dzisiaj pan nie startuje. Tylko dlaczego? Na dziś nie zostały ogłoszone wybory – to jest pierwsza sprawa. Czyli zakłada pan jeszcze, że może pan zmienić zdanie? Nie jestem politykiem, ale w polityce jest podobno takie powiedzenie: „nigdy nie mów nigdy” i tego się trzymam. Natomiast moje działanie, już jako doświadczonego i dojrzałego człowieka, musi mieć sens. Mam już taką rozpoznawalność i pozycję, że ja nie muszę po prostu zaistnieć. Moim celem byłoby wygranie tych wyborów. Ja wiem, że to jest bardzo ambitny cel i żeby go osiągnąć, trzeba rozmawiać z ludźmi, nawet z tymi, którzy są przeciwko tobie. Czyli potrzebny jest kompromis, bo nigdy nie osiąga się 100% tego, co by się chciało, chociaż oczywiście należy do tego dążyć. I tu w Krakowie była taka sprawa, że rozmawiając o odwołaniu władz w Krakowie, najważniejszy powinien być program oraz ekipa, która byłaby ten program w stanie zrealizować… Czyli został pan skasowany, mówiąc kolokwialnie, przez inicjatorów referendum? Nie, bo ja z inicjatorami referendum mam tyle wspólnego, że zbieraliśmy razem podpisy, bo cel był najważniejszy. Natomiast cały czas uważam, że to był samozwańczy komitet. Ci ludzie nie uczestniczyli ani razu w żadnym spotkaniu, nazwijmy to, grupy inicjatywnej. Zostaliśmy zaskoczeni tą całą organizacją referendum. Wydawało nam się, że celem organizatorów było odwołanie prezydenta, a nie rady miasta. Dlaczego?  Dlatego, że środowiska pana Gibały i PiS są już reprezentowane w radzie. W związku z tym można domniemywać, że chodziło tylko o odwołanie prezydenta. Przy nowym rozdaniu w radzie, PiS nie miałby już 12 radnych, tylko mniej. Nie wiadomo też, ile mandatów wziąłby Kraków dla Mieszkańców. Na pewno zyskałyby natomiast jedna i druga Konfederacja. Adam Hareńczyk, szef Małopolskiego Buntu Czyli Gibała i PiS nie chcieli odwołania rady miasta? Bardzo możliwe. I przyszły prezydent, niezależnie od tego, kto nim będzie, ze względu na przedłużającą się procedurę ogłoszenia wyborów, dostanie prawdopodobnie nowy budżet na 2027 rok uchwalony przez tę samą radę. Moim zdaniem będzie to budżet niekorzystny, a prezydent będzie musiał go realizować. Uważa pan, że obecni radni będą chcieli „wykopać dołek” przed nowym prezydentem? Będą chcieli zachować status quo. Oni zakładają, że pomogą wyłącznie prezydentowi z Koalicji. Widać to już na tym etapie, gdy komisarzem został ktoś, kto pośrednio został odwołany w referendum. To się kupy nie trzyma. Dlatego może pan wystartować na prezydenta i pogonić całe to towarzystwo. Dlaczego nie został pan kandydatem szeroko pojętej prawicy: PiS-u, Brauna czy Konfederacji? Mógłbym wystartować tylko ze społecznego, bezpartyjnego komitetu – innej opcji w ogóle nie zakładam. Ten komitet mógłby mieć poparcie polityczne i tego nie wykluczam, natomiast tak się po prostu nie stało. Nie dogadał się pan z tymi partiami? Wydaje mi się, że ich nie stać na poparcie obywatelskiego kandydata. A uważam, że bez bezpartyjnego prezydenta w Krakowie nie da się nic zrobić. Na dzisiaj jako obywatelski kandydat na prezydenta przedstawia się Jan Hoffman. Ale on nie jest obywatelski, ponieważ w wyborach 2024 startował z komitetu Andrzeja Kuliga. A teraz, moim zdaniem, jest wentylem bezpieczeństwa Łukasza Gibały. Gibała go wspiera? No zastanawiające jest, kto finansuje te wszystkie banery Hoffmana, te wszystkie materiały reklamowe. To nie jest dzieło przypadku. Źle to wygląda. Tym bardziej, że Donald Tusk nie ogłosił terminu wyborów, więc nie powinno prowadzić się kampanii. Zgodnie z przepisami takie działania są niedopuszczalne. Kandydatem się jest oficjalnie dopiero wtedy, kiedy są ogłoszone wybory, a jeszcze bardziej, kiedy zbierze się 3 tysiące podpisów, które są zweryfikowane i zatwierdzone przez krajowe biuro wyborcze. Billboard Hoffman próbuje budować swoją rozpoznawalność.  Z punktu widzenia polityka to jest działanie jak najbardziej właściwe, natomiast wydaje mi się, że jest przekroczenie pewnej normy. Do tego całe to mówienie o tym, że to jest inicjator referendum… Stał na czele komitetu. Tak, ale ja ciągle powtarzam: samozwańczego komitetu, który pomijał interes mieszkańców. Co pan ma na myśli? Zacznę choćby od kwestii Strefy Czystego Transportu. Nasze małe, skromne stowarzyszenie Małopolski Bunt było w pierwszym szeregu walczących ze strefą. Te banery, które były na mojej ostatniej konferencji prasowej, malowane przez naszych członków, przeżyły niezliczoną ilość protestów i zgromadzeń, które ja osobiście w większości zgłaszałem. Te banery mają 4 lata! Adam Hareńczyk podczas konferencji prasowej I dzisiaj, jeżeli ktoś na naszych plecach próbuje zrobić karierę polityczną, pisząc petycje o tym, żeby ograniczyć strefę, to ja się pytam: gdzie ci ludzie byli na tych rozprawach w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym? Gdzie ci ludzie byli chociażby 10 stycznia, gdy był ten wielki protest przed Urzędem Miasta Krakowa? Przecież ja tych ludzi zapraszałem. Nie przyszli. Nie uczestniczyli w tym. A teraz nagle się okazało, że są wielkimi przeciwnikami SCT, bo z badań wyszło, że strefa zmotywowała ludzi, by poszli do referendum. Czyli rozumiem, że Hoffman jako obywatelski kandydat nie uzyska pana poparcia? Nie. To może inny obywatelski kandydat, Łukasz Gibała? Również nie. Przecież nie należy do partii. Pan Łukasz Gibała należał nawet do trzech partii politycznych. Był posłem. Ktoś powie, że w pewnym momencie doszedł do wniosku, że to nie dla niego, że wyciągnął wnioski. Ale prawda jest taka, że z takiej wody się nigdy nie wychodzi. Z tego środowiska, nazwijmy to, układów partyjnych nie ma odwrotu. Łukasz Gibała Czyli Gibała jest „skażony”? Ja bym tak nie powiedział i też nie chciałbym go atakować personalnie. Natomiast środowisko Gibały nie ma jasnego, skonkretyzowanego planu na to, jak zarządzać miastem. Nie ma programu dla Krakowa. A ja chciałbym widzieć program danego kandydata odnośnie tych najbardziej wrażliwych rzeczy. Tymczasem pan Gibała raz był za SCT, a potem się wstrzymał od głosowania. Nie jest to wiarygodne. To może któryś z kandydatów Konfederacji, jednej lub drugiej? To jest bliskie panu środowisko politycznie. Miałem nadzieję, że nie wystawią kandydatów partyjnych. Ale jak jedna Konfederacja wystawiła pana Bocheńczaka chyba dzień po referendum, to za chwilę druga Konfederacja musiała wystawić swojego kandydata – pana Klimka. Pan mógłby ich pogodzić, jako kandydat obywatelski? No mógłbym, tylko musieliby tego chcieć, a oni tego nie chcą, wyraźnie to artykułują. Natomiast... mogę powiedzieć tak: jak może być kandydatem ktoś, kto nie zna struktury władzy w Krakowie, nie uczestniczy w sesjach Rady Miasta, nie uczestniczy w komisjach Rady Miasta, nie zna choćby personaliów tutaj funkcjonujących, nie wie, jak wygląda praca Urzędu Miasta Krakowa. Tego nie da się w ciągu miesiąca czy dwóch opanować. Dlatego uważam, że ci kandydaci po prostu nie spełniają wymogu właściwego kandydata. No to może przejedziemy na drugą stronę sceny politycznej. Kandydatka Razem to radna, a niektórzy twierdzą, że nawet coś tam ogarnia. Kandydatka Nowej Lewicy to posłanka. Może ogarnia mniej, ale… …obydwa ugrupowania mają program, który moim zdaniem jest odrzucany ogólnopolsko i będzie też odrzucony nawet w takim liberalnym mieście, jakim jest obecnie Kraków. Jak widzę te sondaże, w których Lewica ma kilkanaście procent, a Razem kilka, to otwieram oczy ze zdumienia, jak dużo osób w Krakowie idzie nie za programem, tylko z jakimś ideologicznym spojrzeniem na rzeczywistość. Miastem powinien zarządzać menedżer. Nie mówię, że tym menedżerem ma być sam prezydent, ale są wiceprezydenci – to powinni być menedżerowie. Oczywiście mogą mieć swoje poglądy, mogą być z określonych różnych środowisk, ale to powinni być menedżerowie. Jakbyśmy spojrzeli na wiceprezydentów za czasów prezydenta Majchrowskiego czy za prezydenta Miszalskiego, to czy ci ich zastępcy to byli menedżerowie? No to u kogo w takim razie pan mógłby być wiceprezydentem? Wydaje mi się, że najbardziej właściwą osobą, z którą mógłbym współpracować – mimo że się z nią jakoś poróżniłem – byłby pan Gibała. Czyli na dzisiaj to najlepszy kandydat według pana? Nie, nie. Chodzi o to, z kim bym mógł współpracować. Drugą taką osobą jest Michał Drewnicki. Mimo różnicy poglądów ci ludzie mają osobowość. Michał Drewnicki Przy rozgrywce Drewnicki – Gibała w drugiej turze na kogo oddałby pan swój głos? Oj, to mi ciężko powiedzieć. Są tak dobrzy, że jest panu obojętne, który wygra? Nigdy nie głosowałem na mniejsze zło. I w drugiej turze nie poszedłbym do wyborów, bo nie głosuję jeśli nie jestem przekonany, nie głosuję „na ślepo”. A gdyby wybory były w najbliższą niedzielę, to na kogo oddałby pan swój głos w pierwszej turze? Na kandydata obywatelskiego. Którego – według pana – nie ma Poczekajmy do ogłoszenia terminu wyborów, może się jeszcze taki objawi. A z tych, którzy są, największe doświadczenie mają Gibała i Drewnicki. Gibała ma na pewno doświadczenie w przegrywaniu wyborów. (uśmiech) To też jest prawda. Ale jest inteligentny, ma charyzmę i potrafi przekonywać także swoich przeciwników. Pan Drewnicki jest ambitny i zna bardzo dobrze specyfikę pracy w radzie miasta. Ale nie wydusi pan ze mnie stanowiska, że zagłosuję na tego czy tamtego. Czy jednak pan wystartuje i zagłosuje na siebie? Musiałbym mieć szerokie poparcie. Adam Hareńczyk A rozmawia pan z kimś o tym poparciu? Cały czas rozmawiamy. Ja jestem taką osobą, że ze mną wszyscy chcą rozmawiać. Niekoniecznie na temat mojego startu, ale na temat tego, kogo ja chcę poprzeć, kogo mógłbym poprzeć. Od razu mówię: ja mogę zaangażować się tylko w poparcie kandydata obywatelskiego, którego ja uznam, że jest kandydatem obywatelskim. Natomiast do momentu, kiedy nie zostaną ogłoszone oficjalne wybory, to nie ma jeszcze żadnego kandydata. Te przedbiegi są zdecydowanie za wcześnie. A jaki jest pański kandydat idealny? Nie ma idealnego. Po prostu nie ma takiego człowieka. Możliwe, że ktoś byłby niemal idealny na funkcję prezydenta, ale nie słyszałem jeszcze, by taka osoba chciała startować. A ja nie chcę tu promować swojej osoby. Natomiast jestem gotowy wystartować w każdych prawyborach, gdyby się takie prawybory w Krakowie odbyły, w których wystartowaliby kandydaci obywatelscy. I gdyby się okazało, że wygrałem – byłoby super. Ale gdyby się okazało, że jest ktoś lepszy – wspierałbym tego kandydata. ZOBACZ TAKŻE: „Nie będę robił z siebie idioty”. Kandydat Konfederacji idzie na noże z krakowskim układem [WYWIAD]

Więcej…

„Nie będę robił z siebie idioty”. Kandydat Konfederacji idzie na noże z krakowskim układem [WYWIAD]

„Nie będę robił z siebie idioty”. Kandydat Konfederacji idzie na noże z krakowskim układem [WYWIAD]

13 lipca 2026 | 15:02

– Rozpisujemy konkursy i wywalamy wszystkich, którzy są tam obecnie – mówi nam Bartosz Bocheńczak z Konfederacji. Zapowiada, że jeśli zostanie prezydentem Krakowa, nie będzie miękkiej gry w urzędzie i miejskich spółkach. – Nie zatańczę też na dachu i nie zakręcę tyłkim na scenie – dodaje. Tak mocnego wywiadu z kandydatem na prezydenta Krakowa jeszcze nie czytaliście. Polityk nie gryzie się w język i odpowiada na pytania, których nikt mu jeszcze nie zadał.  *** Kanał Krakowski: Dowiedział się pan już, ile w Krakowie jest miejskich teatrów? Bartosz Bocheńczak: Tak, dowiedziałem się. Piję oczywiście do Pana słynnego wywiadu w Radiu Kraków, podczas którego został pan przyłapany na tej niewiedzy. Uważam, że to jest pytanie z serii: jaką wysokość ma ta niższa wieża Kościoła Mariackiego… Bartosz Bocheńczak Nie do końca, bo jednak miejskimi teatrami zarządza prezydent miasta. A pan się stara o ten urząd. Ja akurat uważam, że polityk nie musi znać się na wszystkim. To jest pewien paradygmat, który sobie obraliśmy o jakiejś tam wszechwiedzy. O tym, że każdy polityk musi być specjalistą absolutnie w każdej dziedzinie, w każdej branży, że musi znać każdą cyfrę, każdy rozmiar i ilość. To tak nie działa. Polityk ma być kimś, kto potrafi podejmować trudne decyzje i otacza się gronem specjalistów, którzy mu doradzają. Będąc w radiu i nie znając odpowiedzi na pytanie, po prostu powiedziałem: nie wiem. Mogłem z tego wybrnąć inaczej. Jak Morawieckiego zapytano, po ile jest chleb, to ten zaczął mówić o tym, że piekarze mają problemy z mąką, a rolnicy ze zbożem. Można więc odpowiadać w ten sposób. Ja jednak nie będę ściemniał i nie będę robił z siebie idioty. Jak czegoś nie wiem, to mówię, że nie wiem. Czyli nie razi pana, że posłanka Daria Gosek-Popiołek nie wiedziała, ilu jest posłów w Sejmie?  No to jest akurat wiedza z lekcji WOS-u. A pan wie, ilu jest radnych w Radzie Miasta Krakowa? Jak mam być szczery, to nie wiem. Dowie się pan przed wyborami? Dowiem się. Sala obrad RMK Kim pan w ogóle jest? Jestem człowiekiem, który chce, żeby w końcu coś się zmieniło. Jestem człowiekiem, który ma dość już tego przerzucania władzy między PiS-em i Platformą. Jestem człowiekiem, który chciałby, żeby w końcu nastała jakaś przejrzystość władzy, uczciwość i klarowność. Chciałbym, żebyśmy skończyli z układami, bo wchodząc w ten samorząd, jestem przerażony tym, jak to wygląda. Jestem przerażony zależnościami jednego od drugiego. Tym, jak jeden kolega kryje drugiego. Jak patrzę, jak są wydawane pieniądze w samym Krakowie, w miejskich spółkach, to uważam, że potrzebujemy menedżera, który zacznie to ogarniać i nie będzie patrzył przez pryzmat partykularnych interesów swoich i partii. Potrzebujemy kogoś, kto przyjdzie i podejmie nawet bardzo niepopularne decyzje. Gdyby pan został prezydentem, to jaka byłaby pańska pierwsza niepopularna decyzja? Taka, że rozpisujemy konkursy na wszystkich dyrektorów, na wszystkich członków rad nadzorczych, członków zarządów spółek miejskich. Rozpisujemy konkursy i wywalamy wszystkich, którzy są tam obecnie. Jeżeli ci ludzie wezmą udział w konkursie i wygrają te konkursy – spoko. Ale jeżeli nie, no to do widzenia. Chciałbym wydać też zakaz zatrudniania w spółkach samorządowych, w zarządach i w radach nadzorczych ludzi, którzy należą do partii politycznych. Czyli sugeruje pan, że w partii nie ma merytorycznych specjalistów? Na pewno są i tacy. To co stoi na przeszkodzie, by ich zatrudnić? Zawsze będzie pojawiał się zarzut kolesiostwa. Jeżeli ktoś idzie do partii, to niech się realizuje jako polityk. Niech jego życie finansowe będzie na tyle poukładane, żeby mógł iść i służyć obywatelom. Natomiast jeżeli ktoś faktycznie zajmuje stanowiska polityczne, to niech będzie radnym, niech będzie prezydentem, wiceprezydentem, posłem, senatorem, radnym sejmikowym. Naprawdę tych funkcji jest bardzo dużo, więc niech się tam realizuje, ale niech sprawy biznesowe, które dotykają tkanki publicznej, zostawi specjalistom. Ma pan takich ludzi w swoim gronie, którzy nie są w partii, a są specjalistami? Nie mam i na nich trzeba rozpisać konkurs. Ja chcę zatrudniać specjalistów. Ale wie pan, że w urzędzie zarabia się mało, więc jeżeli ktoś jest dobrym specjalistą, to znajdzie lepiej płatną za pracę na wolnym rynku? Przede wszystkim właśnie to trzeba zrobić teraz z tymi ludźmi, którzy zasiadają w urzędzie czy spółkach miejskich i są z nadania partyjnego. Oni sobie teraz powinni poszukać pracy na rynku komercyjnym. Zobaczymy czy ją znajdą. I kto będzie pracował w ich miejsce? Trzeba zrobić rekrutację, tak jak się robi rekrutację na dyrektorów w prywatnych firmach. Dobry specjalista, dobry informatyk, prawnik i tak dalej, pójdzie do prywatnej firmy, a niekoniecznie do urzędu. Czyli mamy zatrudniać ludzi z nadania politycznego, bo są przeciętni, ale chcą pracować? Pytam, jaki ma pomysł na to, by zatrudniać specjalistów. W Krakowie jest bodaj ponad trzy tysiące urzędników. Ja nie mówię o urzędnikach, ale o tych ludziach, którzy dostali pracę wskutek tego, że znali na przykład Aleksandra Miszalskiego, czy byli na jakimś wysokim stanowisku w Platformie Obywatelskiej. Takich ludzi nie chcę. Chciałbym, żeby na takiego prezesa KHK przeprowadzić zwykłą rekrutację. Nie wierzę, że nie znajdzie się specjalista z rynku chętny do takiej pracy. Podważa pan kompetencje Bogusława Kośmidera, byłego wiceprezydenta, jednego ze współtwórców KHK? Uważam, że sam sobie stworzył stanowisko, na którym teraz pracuje. Bartosz Bocheńczak Konfederacja generalnie znana jest z tego, że buduje swoją narrację na negowaniu i na mówieniu, jak bardzo jest źle. Czy ma pan jakiś pozytywny przekaz dla Krakowa? Zdecydowanie tak. Ale pozytywny przekaz musi wynikać z tego negatywnego przekazu, prawda? No bo z jakichś powodów to referendum się odbyło. Samo referendum odwoławcze co do zasady jest negatywne, bo głosujemy nie za kimś, ale przeciwko komuś. Pytam więc nie o burzenie, tylko o budowanie.  Przede wszystkim ten pozytywny przekaz musi wynikać z tego, co najbardziej ludzi denerwuje. A takimi rzeczami to były przede wszystkim Strefa Czystego Transportu, korki czy masowe zwolnienia w korporacjach. I zaczynając od kwestii transportowych – wiem, że SCT nie można zlikwidować, ale można ją zminimalizować i ograniczyć nawet do Rynku Głównego, Parku Krakowskiego czy Parku Jordana. Uważam, że Kraków zbyt mocno rozpoczął wojnę kierowców ze wszystkimi. Pamiętam jeszcze Łukasza Franka, a wcześniej Jana Tajstera. Przecież to oni rozpoczęli tę wojnę z kierowcami, rozpoczęli zwężanie. Pamiętam, jak kilka lat temu, jeszcze jako partia KORWiN, robiliśmy konferencje prasowe: „Nie zwężajcie krakowskich ulic”. Spotkaliśmy się wówczas z Frankiem i on nam tłumaczył: „Przecież wy nie macie racji. Jak się zwęzi taką Dietla, to korki będą mniejsze”. Odpowiadam: „Ale według jakiego prawa fizyki?”.  A on na to: „No takiego, że ludzie będą mniej korzystać z tych samochodów, że ten korek nie będzie już tam na dwóch pasach, tylko na jednym”. No ludzie, przecież to jest jakaś aberracja! Absolutnie nie chciałbym, żeby krakowskie ulice były zwężane. To jest jakiś mit o tym, że my jesteśmy w stanie w naszym klimacie doprowadzić do tego, że ludzie będą chętnie korzystać z roweru. Może będą korzystać z komunikacji zbiorowej, ale musimy stworzyć takie warunki, żeby ta komunikacja była konkurencyjna do samochodów. A my na razie tą konkurencję robimy tak, że wycinamy samochody po to, żeby ludzie się przesiedli do autobusów i tramwajów. To tak nie działa. To nie będzie nigdy tak działać. To musi być zrobione tak, żeby ludzie dobrowolnie chcieli się przesiąść. Tak, jak było na przykład z telefonami komórkowymi. Nikt nas nie zmuszał do tego, żeby „przesiąść się” z budek telefonicznych czy z telefonów stacjonarnych na telefony komórkowe. Tylko one po prostu były lepsze, praktyczniejsze. Więc stwórzmy lepszą komunikację zbiorową i wówczas ludzie sami wybiorą. Natomiast teraz to jest robione dokładnie na odwrót i się ludzie denerwują. Bartosz Bocheńczak Mamy w Krakowie taki klimat, w którym te samochody są nieodłączną częścią naszego życia. Sam sobie tego nie wyobrażam, żebym musiał zimą dowozić swoje dzieci do szkoły rowerem. Nie chcę takiego czegoś. Może mi ktoś mówić bajeczki o tym, że klimat się ociepla, może mi ktoś wmawiać, że dzięki temu, że ja jeżdżę autem, planeta płonie. Nie chcę tego słuchać, dla mnie to są bzdury. Ja patrzę bardziej na komfort swój i swoich dzieci, które dowożę do szkoły każdego dnia. I dlatego uważam, że ulic nie należy zwężać. Mamy najbardziej zakorkowane miasto w Polsce. Przez 9 miesięcy zwiedziłem całą Polskę z Mentzenem w czasie kampanii. Naprawdę to nie jest mit, że Kraków jest najbardziej zakorkowany. Da się jeździć po miastach w sposób normalny, racjonalny. Jest to do zrobienia, tylko że u nas zapanowała taka religia klimatyzmu… Widzę, że nie szuka pan wyborców wśród lewaków. Nie, choć im też kiedyś może urodzą się dzieci, które będą musieli zawieść do szkoły i dostrzegą zalety samochodu. Nie dość, że te dzieci nie zmarzną, to jeszcze będzie bezpieczniej. Czyli nie weźmie pan Łukasza Franka na doradcę do spraw transportu? Mogę go wziąć tylko po to, by pokazywać go jako antyprzykład tego, jak zarządzać miastem. Wspomniał pan też o masowych zwolnieniach w korporacjach. Wie pan, że to nie są kompetencje prezydenta Krakowa? Oczywiście, że wiem. Ale szukałem, czy historycznie jakieś miasta były w podobnej sytuacji, jak my jesteśmy dziś. Kończy się bowiem pewna epoka, kończy się pewna era bycia u nas oddziałów zachodnich korporacji. Jesteśmy za drogim państwem do tego, żeby te korporacje chciały u nas być. Są Indie, Egipt, czy Pakistan i tam są przenoszone pewne procesy. My z tym absolutnie nic nie zrobimy. Świata nie zatrzyma prezydent miasta, ani nawet prezydent Polski, ale musimy na to odpowiedzieć. I takich przykładów ze świata jest kilka, a jednym z nich jest Pittsburgh w Pensylwanii. Tam całe miasto żyło praktycznie ze stali, przemysłu stalowego. I nagle w Stanach zaczęto ściągać tańsze wyroby ze stali. Huty zaczęły cierpieć na to, że Amerykanie nie kupowali stali z Pittsburgha, tylko importowali nawet z Europy. Wówczas bardzo dużo ludzi straciło pracę. I co oni zrobili? Mieli tam taki potężny asset w postaci dwóch uniwersytetów i zaczęli wykorzystywać te uniwersytety. Stworzyli tak zwane spin-offy. Spin-off to jest taka wydzielona część uczelni, która poddana jest komercjalizacji. Inwestuje w to prywatny inwestor, inwestuje w to miasto. Jeżeli to się powiedzie, to potem można sprzedawać te udziały, a korzystają na tym i miasto i ten prywatny przedsiębiorca, który wyłożył kasę. Korzystają też studenci, którzy stworzyli ten model. My, w Krakowie, możemy stawiać na nowoczesne technologie. Przecież już zaczęła działać branża AI. Mamy studentów AGH z potężnymi mózgami. Czemu my w to nie idziemy? Czemu nie idziemy w biotechnologię? Czemu nie staramy się stworzyć tutaj miejsca, gdzie będą starać się rozwijać startupy? Ja wiem, że 90% upadnie, ale to może tutaj powstaną właśnie te nowoczesne technologie. Trzeba stworzyć takie warunki, żeby te technologie chciały współpracować z uczelniami, żeby to zostawało w Krakowie. To jest moje marzenie. Czyli jest jakiś pozytywny przekaz. No to ostatnie pytanie egzaminujące: wie pan, jakie jest zadłużenie Krakowa? 9 miliardów z hakiem. Gdyby mógł pan podać receptę na to zadłużenie Krakowa? Przede wszystkim to zadłużenie nie wzięło się z niczego, tylko z tego, że więcej wydawaliśmy, aniżeli mieliśmy przychodów. I są tylko dwie drogi, żeby pozbyć się zadłużenia. Pierwsza to jest wzrost przychodów, a druga to jest redukcja kosztów. Nie chciałbym jednak obciążać Krakowian dodatkowymi opłatami. Życie w Krakowie jest już na tyle drogie, że nie chciałbym, żeby mieszkańcy ponosili kolejne koszty związane z tym, że my musimy załatać dziurę budżetową. Zacząłbym przede wszystkim od oszczędzania. Na czym? Zacząłbym od siebie. Obciąłby pan sobie pensję? Poprosiłbym Radę Miasta, żeby przydzielili mi najmniejszą możliwą pensję. To jakieś grosze pan zaoszczędzi. Ale to samo będzie z moimi wiceprezydentami. Oni również dostaną najmniejszą możliwą pensję. To też są grosze w skali całego budżetu. Od czegoś trzeba zacząć. Jeżeli ja bym zaczął od cięć innych rzeczy, to by było nie fair. Zacznę od siebie. Druga rzecz: wchodzimy i robimy potężny audyt finansów. Bez tego audytu nie damy rady wejść w głąb tych wydatków. Chciałbym poznać tę tkankę i to, na co wydawane są pieniądze, żeby zobaczyć, gdzie się da zaoszczędzić. Kolejna rzecz to są nasze spółki samorządowe. Uważam, że tam możemy zaoszczędzić bardzo dużo. Chociażby na pensjach, chociażby na wydatkach na jakieś doradztwa… Mamy w Krakowie spółkę, która zatrudniła sobie lobbystę, żeby ten lobbował w Warszawie. Czyli nasi politycy Platformy Obywatelskiej musieli sobie zatrudniać lobbystę, żeby ten lobbował przed polskim rządem. No coś tu jest nie tak. To dla mnie to się nie spina, nie trzyma się kupy, to jest właśnie kupa kasy do zaoszczędzenia. Jestem też zwolennikiem tego, żebyśmy nie zaciągali już zobowiązań i realizowali tylko te inwestycje, które obniżą koszty funkcjonowania Krakowa. Na przykład? Jeżeli oświetlenie miejskie kosztuje nas, załóżmy, 100 milionów rocznie, a zrobimy jakąś inwestycję, dzięki której ono będzie kosztować już 70 czy 50 – jestem zwolennikiem takiej inwestycji. Ale generalnie nie jestem zwolennikiem dużych inwestycji, bo to będą dwa lata zaciskania pasa. To nie będzie czas, w którym będziemy dalej szastać kasą i zaciągać kolejne zadłużenia. Czyli nie będzie pan budował na przykład basenów, bo one generują koszty? To nie jest czas budowy basenów i wydawania bardzo dużych pieniędzy, bo tych pieniędzy po prostu nie mamy. Nie chciałbym w tej kampanii obiecywać ludziom gruszek na wierzbie. Bo ja już słyszę od moich kontrkandydatów, co oni zbudują. Przepraszam, bądźmy realistami. My nie jesteśmy na etapie hossy w Krakowie, my jesteśmy w głębokim dołku i postarajmy się z tego dołka w jakiś sposób wyjść, a nie obiecujmy ludziom, że będziemy ten dół pogłębiać. Czyli nie karmi pan ludzi obietnicami, a zwykłą kiełbasą wyborczą. Mam na myśli grilla na Rondzie Mogilskim. Ludzie się jeszcze na to nabierają? Jest to forma spotkania z ludźmi. Sam byłem zaskoczony, bo naprawdę przyszedł tłum. Roznosi pan też ulotki od drzwi do drzwi. Czy to jest poważne, żeby facet, który chce rządzić milionowym miastem i decydować o 10-miliardowym budżecie, chodził po mieszkaniach i rozdawał ulotki? Uważam, że tak. Czas najwyższy, żeby politycy zeszli z tych swoich piedestałów. Mam wrażenie, że politycy są oderwani od rzeczywistości. Akurat prezydent Miszalski spotykał się z mieszkańcami.  Wiem, tylko on już osiągnął pewien urząd i ten urząd wymagał od niego powagi. Mam wrażenie, że jemu brakowało tej powagi. Dlatego pytam, czy chodzenie po mieszkaniach i rozdawanie ulotek jest poważne. Na ten moment nie jestem jeszcze prezydentem Krakowa. Ale też nie miałbym oporu robić tego później. Nie mam problemu, żeby pójść do ludzi na bazar, żeby pogadać ze sprzedawcą pietruszki, z babcią, która handluje gdzieś sobie pod sklepem. Ja to lubię. To jest największe źródło informacji o tym, co się dzieje w mieście. Jako prezydent też pan to będzie robił? Kurczę, mam wrażenie, że tak. Że nie dam rady się pozbyć tego kontaktu z ludźmi. Zatańczy pan na dachu? Nie, tego nie zrobię. Czyli gdzie się kończy poważne zachowanie prezydenta, a zaczyna niepoważne? Dlaczego taniec na dachu jest bardziej obciachowy niż chodzenie po mieszkaniach i rozdawanie ulotek? Taniec na dachu czy kręcenie tyłkiem na scenie to chyba, cholera, nie przystoi prezydentowi. Mam wrażenie, że obejmując urząd trzeba zachować pewną powagę, ale nie uważam, żebym tracił tę powagę rozmawiając ze starszą kobietą na ulicy. Bartosz Bocheńczak Ile procent w wyborach na prezydenta dostanie kandydat Konfederacji w pierwszej turze? Nie wiem. A ile to będzie sukces? Bardzo bym chciał wejść do drugiej tury wyborów. Zejdźmy na ziemię.  Nie zamierzam w tej kampanii ukrywać, że jestem z Konfederacji. Bo tak się przyjęło, że kandydat powinien być bezpartyjny. No nie! Ja się wywodzę z Konfederacji, jestem od kilkunastu lat w tym nurcie politycznym i absolutnie nie zamierzam się od tego odcinać. Natomiast będę zadowolony jeżeli wejdę do drugiej tury. Będę robił wszystko, by tak się stało. Nie celuję w jakiś konkretny wynik. Chcę zrobić jak najlepszą robotę, a każdą decyzję wyborców przyjmę z pokorą. ZOBACZ TAKŻE: Wielkie oburzenie po TYM ruchu Gibały! „To jest jawne kłamstwo!” [WYWIAD]

Więcej…

Wielkie oburzenie po TYM ruchu Gibały! „To jest jawne kłamstwo!” [WYWIAD]

Wielkie oburzenie po TYM ruchu Gibały! „To jest jawne kłamstwo!” [WYWIAD]

13 lipca 2026 | 08:56

– Gibała ostatnio zachowuje się bardzo nieodpowiedzialnie. Jest nerwowy, reaguje dosyć agresywnie na wszystko, co dzieje się w Krakowie i, mówiąc wprost, mija się z prawdą – mówi nam radna Alicja Szczepańska. Jej zdaniem, ostatnia petycja w sprawie miejskiego szpitala Narutowicza tylko potwierdza, że trzykrotny kandydat na prezydenta Krakowa posługuje się "wyłącznie sloganami nastawionymi na manipulowanie emocjami opinii publicznej". Gibała uruchomił petycję w obronie miejskiego szpitala przed fuzją ze szpitalem wojskowym. Brzmi logicznie, prawda? Problem w tym, że – wg przewodniczącej komisji zdrowia – "radny przedstawił treść tej petycji w taki sposób, aby była ona korzystna wyłącznie dla niego i jego partykularnych interesów jako potencjalnego kandydata w kampanii wyborczej". *** Kanał Krakowski: Podpisała się pani pod petycją Łukasza Gibały w sprawie szpitala im. Gabriela Narutowicza? Alicja Szczepańska: Absolutnie nie zamierzam się pod nią podpisywać. Ta petycja jest nieprzemyślana i skrajnie pochopna. To działanie czysto PR-owe, sztuczne wymyślanie problemów dla miasta tylko po to, żeby zbić na tym kapitał wyborczy. Alicja Szczepańska Petycja jest po to, by miasto zachowało szpital, a krakowianie mieli się gdzie leczyć. To brzmi przecież logicznie i sensownie. Tak, tylko kluczowe pytanie brzmi: skąd wziąć na to finansowanie? Bardzo bym chciała, żeby ktoś zapytał Gibałę, czy za pięć lat będzie w stanie wyciągnąć od swojego ojca pieniądze na pokrycie zadłużenia tego szpitala. Mówimy tu o kwocie ponad 300 milionów złotych! Czy ten szpital naprawdę utrzyma się sam? Czy bez fuzji w ogóle przetrwa? Tego nie wiemy. Radny Gibała przedstawił treść tej petycji w taki sposób, aby była ona korzystna wyłącznie dla niego i jego partykularnych interesów jako potencjalnego kandydata w kampanii wyborczej. A tak naprawę nie ma pełnej wiedzy dotyczącej fuzji szpitala miejskiego ze szpitalem wojskowym. Nie dość, że wszystkie dane nie zostały jeszcze przedstawione radnym, to sam Gibała nie brał udziału w żadnym – podkreślam ŻADNYM – spotkaniu z przedstawicielami pracowników szpitali, dyrektorów, władz miasta i tak dalej. Wyciągnął pochopne wnioski, ale nie wiadomo nawet, z czego je wyciągnął, bo nikt z nas nie ma wszystkich niezbędnych informacji. Na dziś stan mamy taki, że ludzie Gibały zaczepiają mieszkańców na ulicach Krakowa. Tłumaczą im dosyć logicznie, że jeśli nie podpiszą petycji, to stracą możliwość leczenia się w tym miejscu. Ależ to jest zwykłe kłamstwo! Nazwijmy rzeczy po imieniu: to jest jawne kłamstwo. Dlaczego? Nie wiadomo nawet, czy do tej fuzji obu szpitali w ogóle dojdzie. Myśmy wstępnie ustalili, że jeśli jako radni będziemy ewentualnie pozytywnie opiniować to połączenie, to warunkiem koniecznym jest zgoda personelu szpitala Narutowicza. Związki zawodowe są obecnie na etapie negocjacji z MON-em w kwestii zagwarantowania pracy w szpitalu Narutowicza na okres pięciu lat. Oczywiście stuprocentowe zapewnienie tego jest niemożliwe – tak samo jak my, radni, nie możemy nikomu obiecać, że za pięć lat wszyscy zostaną na tych samych stanowiskach, jeśli do fuzji nie dojdzie. Kluczowy jest jednak fakt, że my, jako radni – a mówię to jako wiceprzewodnicząca klubu Koalicji Obywatelskiej i przewodnicząca komisji zdrowia – na pewno nie podejmiemy decyzji wbrew stronie społecznej szpitala. Szpital Narutowicza Czy na dziś nie przesądza pani, czy fuzja jest jednoznacznie dobra, czy zła, tylko próbuje zebrać twarde dane i opinie pracowników? Tak. Ja nie jestem od oceniania na podstawie emocji, interesują mnie wyłącznie fakty. A fakty są takie: w tym szpitalu pracują ludzie. Jak wspomniałam, największą wartością jest personel medyczny, ale musimy zadbać również o personel administracyjny. Interesuje nas przede wszystkim interes pracowników, bo szpital nie będzie leczył sam – do tego są potrzebni ludzie i to z nimi musimy rozmawiać o ich ostatecznym stanowisku. Uważa pani, że ta petycja jest szkodliwa? Ta petycja niepotrzebnie straszy i terroryzuje ludzi wizjami tego, co rzekomo ma się stać. Przedstawiciel MON ze strony wojskowej jasno nas zapewnił, że przyjęcia do szpitala będą odbywać się na dokładnie takich samych zasadach dla wszystkich mieszkańców Krakowa i to jest najważniejsze. Mamy to udokumentowane – zarówno na piśmie, jak i w nagraniu. W momencie, gdybyśmy jako Rada Miasta mieli podejmować uchwałę w tej sprawie, ten punkt będzie twardym warunkiem do głosowania „za”. Pani osobiście skłania się już ku głosowaniu za fuzją, czy to zbyt wczesny etap na deklaracje? Obiektywnie rzecz biorąc, nie znam jeszcze wszystkich szczegółów, ale szczerze mówiąc – skłaniam się ku rozsądnej fuzji. To, co mówi Łukasz Gibała, że całość nieruchomości szpitala Narutowicza zostanie przejęta przez wojsko, to nieprawda. Część nieruchomości pozostanie w rękach miasta. Zresztą, Gibała ostatnio zachowuje się bardzo nieodpowiedzialnie. Jest nerwowy, reaguje dosyć agresywnie na wszystko, co dzieje się w Krakowie i, mówiąc wprost, mija się z prawdą. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Z czego wynika ta nerwowość? Zapewne z tego, że termin ogłoszenia wyborów prezydenckich się przedłuża. Kłócenie się o semantykę czy o znaczenie pojedynczych słów w oficjalnej narracji miasta jest dla mnie zachowaniem skrajnie nieodpowiedzialnym jak na radnego, który zasiada w radzie już drugą kadencję, a wcześniej był przecież posłem. Może w sprawie szpitala Gibała chce po prostu wyjść na "ostatniego sprawiedliwego", który ratuje miasto? Znając radnego Gibałę – on zawsze będzie kreował się na tego jedynego sprawiedliwego. Tymczasem według mojej subiektywnej oceny: absolutnie nie jest „ostatnim sprawiedliwym”. To jest czyste, PR-owskie zagranie. To są wyłącznie slogany nastawione na manipulowanie emocjami opinii publicznej.  Mówię to jako osoba, która kiedyś była w klubie Łukasza Gibały i nie bez kozery odeszłam. To była dla mnie bardzo trudna decyzja, bo niezwykle cenię sobie dotrzymywanie słowa. Jednak w moim działaniu rządzi przede wszystkim uczciwość i praca na rzecz mieszkańców, a nie tanie kwestie PR-owe i toczenie wewnętrznych wojenek tylko po to, żeby zwycięsko wyszła z nich jedna osoba, która rzekomo nigdy się nie myli. Łukasz Gibała jest nieomylny? On tak twierdzi. Ja uważam wręcz przeciwnie. A czy jest uczciwy? Na pewno jest graczem, który poprzez niedopowiedzenia, manipulacje i pójście na skróty celowo wprowadza opinię publiczną w błąd. ZOBACZ TAKŻE: Polityczny pasożyt znowu w akcji! Jak Gibała „załatwia” sprawy, które załatwiają już inni

Więcej…

Wiceszef PSL ujawnia, jak będzie wyglądać kampania! „Ona jedyna może wygrać” [WYWIAD]

Wiceszef PSL ujawnia, jak będzie wyglądać kampania! „Ona jedyna może wygrać” [WYWIAD]

10 lipca 2026 | 08:32

– Najwięcej było anonimowych komentarzy, ale dostałem też sporo krytycznych wiadomości od kolegów z podstawówki czy gimnazjum – zdradza nam Łukasz Krzysztofik, wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego w Małopolsce i pełnomocnik wojewody małopolskiego ds. współpracy z organami administracji rządowej. W rozmowie z Kanałem Krakowskim mówi, dlaczego PSL zdecydowało się postawić na Monikę Piątkowską w wyborach na prezydenta Krakowa oraz czy wszyscy Ludowcy zaakceptowali kobietę. – Ja akurat w domu jestem w mniejszości, bo mam żonę i córkę i absolutnie nic złego na temat kobiet nie powiem – śmieje się nasz rozmówca. *** Kanał Krakowski: Czy PSL nie miał lepszego kandydata na prezydenta Krakowa? Łukasz Krzysztofik: Na ten moment Monika Piątkowska jest najlepszą kandydatką! Trzeba założyć, że tak naprawdę nowy prezydent będzie miał niespełna trzy lata rządzenia, więc będzie musiał bardzo szybko wdrożyć się w cały ten mechanizm i strukturę urzędu miasta. Nie jest to proste dla osoby z zewnątrz, wymaga czasu. Monika Piątkowska była dyrektorem w krakowskim magistracie, pracowała w strukturze urzędu, odpowiadała za strategię rozwoju miasta. Obecnie to jest najlepsza kandydatka na prezydenta. Łukasz Krzysztofik W takim razie zapytam, co ma Monika Piątkowska, czego nie ma na przykład inny lansowany przez PSL kandydat – Piotr Kempf? Piotr Kempf jest dobrym politykiem i urzędnikiem. Widać to też w sukcesach Zarządu Zieleni Miejskiej. Tu warto zaznaczyć, że to właśnie on stworzył tę jednostkę od zera. Kiedyś był ZIKiT i inne instytucje, które odpowiadały za infrastrukturę w Krakowie. I zawsze był taki przekaz, że jak realizowano inwestycje, to nikt za bardzo nie „cisnął”, żeby powstawała zieleń, bo później trzeba było ją utrzymywać, trzeba było o nią dbać... A Zarząd Zieleni Miejskiej jest jednostką, która pilnuje, żeby m.in. przy nowej infrastrukturze drogowej ta zieleń się pojawiała, a później odpowiada za jej utrzymanie. Piotrek był za to odpowiedzialny, stworzył to od początku. No to dlaczego nie on jest kandydatem? Trzeba popatrzeć na to, co się dzieje tu i teraz. A obecnie ważne jest, żeby w Krakowie był wspólny kandydat. Podobnie było zresztą, jak postawiliśmy na Monikę Piątkowską w pakcie senackim i to właśnie ona wygrała wybory do Senatu, jako kandydatka także Polskiego Stronnictwa Ludowego. W tym momencie to ona jedyna może powalczyć i wygrać Kraków. Czyli postawiliście na kandydatkę, która jest senatorką i – jeśli wygra – trzeba będzie organizować przedterminowe wybory do Senatu. Zapewne taki zarzut się pojawi, ale jesteśmy w takiej sytuacji, że odbyło się referendum, 30% krakowian wypowiedziało swoje zdanie i jesteśmy w przeddzień przyspieszonych wyborów. A pani Piątkowska to nasza najlepsza kandydatka. Monika Piątkowska A pan był na referendum? Nie. Ja na ten temat się wypowiedziałem, że dla mnie to referendum to tak naprawdę trzecia tura wyborów prezydenckich, bo niektórzy nie pogodzili się z ich wynikiem i jeszcze raz próbują wygrać. Mocno za to oberwałem. Od kogo? Najwięcej było anonimowych komentarzy i internetowego hejtu. W mediach społecznościowych bardzo łatwo nakręcić emocje. Oprócz tego dostałem też sporo krytycznych wiadomości od osób, które znam od lat – choćby kolegów z podstawówki czy gimnazjum. Jednym z powodów odwołania Aleksandra Miszalskiego była Strefa Czystego Transportu, której PSL też nie popierał w tym kształcie. Może więc powinien był pan wziąć udział w referendum? Mimo wszystko nie. Bo są też rzeczy, które Aleksander Miszalski starał się robić dobrze. Na przykład? Choćby to, że podejmował działania w kierunku budowy metra. Za tą inwestycją opowiedzieli się krakowianie w referendum ponad dekadę temu. Pamiętam, jak Władysław Kosiniak-Kamysz obiecywał metro w każdym dużym mieście w Polsce. Powstanie, czy to była tylko taka obietnica i teraz nic się nie wydarzy? Najpierw trzeba zbudować model finansowania. Czyli utknęła ta obietnica w martwym punkcie? Władysław Kosiniak-Kamysz, wielokrotnie podkreśla, że temat nie został porzucony. Podstawą jest znalezienie finansowania. Czyli jeżeli lider PSL jest tak bardzo do metra przekonany, to rozumiem, że jeżeli prezydentem Krakowa teraz zostanie kandydatka popierana przez PSL, to te pieniądze na metro się znajdą? I właśnie to jest najważniejsze. To kandydatka popierana przez premiera Donalda Tuska i przez premiera Władysława Kosiniaka-Kamysza. Tu jest ważne, żeby mieć relacje z rządem, żeby skutecznie realizować tak duże inwestycje jak metro. Prezydent Krakowa, który jest skonfliktowany z rządem, będzie miał znacznie trudniej w walce o miliardowe inwestycje. Takie są realia. Warto też podkreślić, że Władysław Kosiniak-Kamysz nie patrzy na Kraków wyłącznie z perspektywy politycznej. To jest jego rodzinne miasto, z którym jest związany od lat, dlatego rozwój Krakowa i takie projekty jak metro są dla niego również osobistym zobowiązaniem. Łukasz Krzysztofik W ilu procentach Piątkowska jest kandydatką PSL, a w ilu KO? Trudno to zobrazować w procentach. Po prostu jest kandydatką wspólną. A jak wielu Ludowców jej nie popiera? Nie ma takich sygnałów. Co konkretnie ma do zaoferowania Piątkowska Krakowianom, czego nie mają inni kandydaci? W czym jest lepsza od całego grona pozostałych? Przede wszystkim jest zdeterminowana. Udowodniła, że jeżeli obierze pewien kierunek, to dąży do tego celu do końca. Kraków w tym momencie jest bardzo trudnym miastem, trudną gminą, porównując na tle całej Małopolski. W województwie są 183 gminy, więc mam pewien ogląd, rozmawiam z samorządowcami. I niewiele jest gmin, gdzie jest tak duża polaryzacja i takie duże zwalczanie choćby na linii rada gminy – włodarz. Są takie przypadki w Małopolsce, ale są nieliczne. Zawsze ta współpraca jest potrzebna. W Krakowie mamy radę miasta, gdzie większość ma Koalicja Obywatelska wraz z Nową Lewicą. To świadczy o tym, że w przypadku Moniki Piątkowskiej, jeżeli wygra, mamy gwarancję, że ta współpraca rady i prezydenta na pewno będzie owocna. Na dzisiaj w krakowskiej radzie miasta mamy czterech radnych Nowej Lewicy, a przypominam, że Lewica ma swoją kandydatkę. Wiele zależy od tego, jak to się poukłada. Widzimy różne sondaże i tu jest duży rozstrzał, więc pojawiają się głosy: „kto zamawia, ten dyktuje warunki”. A PSL wie, co to znaczy sondaż zamawiany, bo nie było wyborów, w których nie bylibyśmy niedoszacowani. Zawsze jest 2-3% niedoszacowania sondażowego, a w ostatnich wyborach sejmowych w 2023 to niedoszacowanie wyniosło 5%. Kończąc ten wątek, rozumiem, że kandydatka Nowej Lewicy ostatecznie i tak poprze waszą kandydatkę w drugiej turze? Pewnie będą rozmowy. Będziemy starać się rozmawiać ze wszystkimi środowiskami, żeby poparli naszą wspólną kandydatkę. Daria Gosek-Popiołek już wywinęła taki numer dwa lata temu, że nie poparła Aleksandra Miszalskiego, tylko Łukasza Gibałę. Tak, ale za to Małgorzata Wassermann powiedziała, że - wbrew temu, co mówił PiS - na pewno nie zagłosuje na Łukasza Gibałę. W każdej partii są takie osoby, które mają swoje zdanie i czasem trudno iść z nimi w jednym kierunku. Trudno się z nimi dogadać? Trudno znaleźć konsensus. Daria Gosek-Popiołek No to teraz zasadnicze pytanie: kiedy te wybory w ogóle się obędą? To zależy od tego, jak potoczy się sprawa protestu referendalnego w sądzie. Oczywiście trzeba się liczyć z tym, że jest zagrożenie, iż referendum może być unieważnione. Zwracam uwagę, że w Małopolsce mieliśmy dwa przypadki powtórzonych wyborów z uwagi na złożone protesty do sądu. W powiecie proszowickim i w powiecie krakowskim były powtórzone wybory do rad powiatów. I to wiele miesięcy po właściwych wyborach. Czyli zakłada pan, że może być powtórzone referendum w Krakowie? Czekamy na wyrok. A jaki termin wyborów z waszej perspektywy byłby lepszy: lepiej, żeby odbyły się szybko czy lepiej, żeby odbyły się później? Długa kampania wyborcza w Krakowie nikomu nie służy. Najlepiej by było to wszystko przeciąć jak najszybciej. Chcemy, żeby przeszedł prezydent, który będzie już realizować swoją politykę. Choć akurat Stanisław Kracik bardzo dobrze zrządza miastem, ale i tak wybory powinny odbyć się jak najszybciej, ale oczywiście po wakacjach, by jak najwięcej mieszkańców miało możliwość wziąć w nich udział. Październik byłby najlepszy. Czy wasza kandydatka odbyła już spotkanie z Ludowcami i zadała to pytanie: „pomożecie”? Próbujemy zgrać terminarze, bo jesteśmy w okresie wakacyjnym, ale na pewno takie spotkanie ze strukturami Polskiego Stronnictwa Ludowego z Krakowa będzie musiało się odbyć. Musimy porozmawiać o programie, bo też chcemy mieć na to pewien wpływ, mamy swoje pomysły na Kraków. Proszę o konkretny przykład. Jednym z tematów jest przyszłość giełdy rolnej. To sprawa odkładana od wielu lat. Wiemy, że Rybitwy nie są pewne, i gdzieś powinno powstać miejsce w Krakowie, czy też na obrzeżach Krakowa, z giełdą rolną z prawdziwego zdarzenia. Jeżeli chcemy mówić o bezpieczeństwie żywnościowym, lokalnych producentach i krótkich łańcuchach dostaw, to nowoczesna giełda rolna jest elementem infrastruktury miasta. To tylko jeden z pomysłów, które chcemy wpisać do programu naszej kandydatki. Czyli „pomożecie”? Będziemy wspierać, na pewno. PSL to chłopska partia. Jakie ma podejście do kobiety? Chłopska? No, a nie?  Hmm, partia ewoluuje. Ruch Ludowy to jest partia wszystkich Polaków. Wywodzimy się z terenów wiejskich, to są nasze korzenie. Wspomniałem o giełdzie rolnej – w tym przypadku bierzemy odpowiedzialność za sektor rolnictwa i chcemy, żeby mieszkańcy Krakowa mieli dostęp do zdrowej polskiej żywności. Rozumiem, że jesteście postępowi i tolerujecie kobietę? Ja bym nawet nie chciał o tym dyskutować... Ale ciągle pojawiają się w przestrzeni publicznej stwierdzenia, że może Kraków nie jest jeszcze gotowy na prezydenta – kobietę.  Kraków jest gotowy na kobietę, a te dywagacje są bez sensu. Ja akurat w domu jestem w mniejszości, bo mam żonę i córkę i absolutnie nic złego na temat kobiet nie powiem. Wręcz przeciwnie – one łagodzą obyczaje, wprowadzają pewną normalność i sprowadzają na ziemię, co mogę powiedzieć przede wszystkim o mojej żonie. (śmiech) Skoro mamy więc kilka łagodzących obyczaje kobiet w tej kampanii, to może sugerować, że kampania wcale aż taka ostra nie będzie.  Aktualnie jesteśmy jeszcze przed kampanią wyborczą, a widzimy, że emocje w niektórych miejscach już sięgają zenitu. Trzeba jakoś to wszystko załagodzić, bo to jest niepotrzebne. Chciałbym, żeby ta kampania bardziej się skupiła na takich codziennych problemach Krakowa i jego mieszkańców. Łukasz Krzysztofik Na ile w takim razie PSL w Krakowie zaangażuje się w kampanię Moniki Piątkowskiej? Na 100%. Pozostając przy procentach: ile procent szans daje pan Piątkowskiej? Ciężko mi oszacować. Jestem przekonany, że wygra. I my, jako Polskie Stronnictwo Ludowe, zrobimy wszystko, żeby tak się stało. ZOBACZ TAKŻE: „Komuno, wróć”, czyli posłanka zeznaje na policji. Czy Gosek-Popiołek nadużywa władzy?

Więcej…

Brutalna prawda o kulisach kampanii. Na Rybitwach odbywa się „konkurs piękności” [WYWIAD]

Brutalna prawda o kulisach kampanii. Na Rybitwach odbywa się „konkurs piękności” [WYWIAD]

06 lipca 2026 | 09:17

– To jest trochę konkurs piękności. Do każdej grupy interesu się przyjeżdża i mówi, że rozumie się jej interesy, że wszystko będzie dobrze i że „tylko ja to wam załatwię” – mówi Remigiusz Tytuła, prezes Fundacji Klaster Rybitwy. To właśnie na Rybitwach kandydaci na prezydenta Krakowa walczą o głosy ludzi, którzy... przyłożyli rękę do odwołania Aleksandra Miszalskiego.  Na Rybitwach narasta bowiem bunt, który może przesądzić o wyniku wyborów. Czy pond 20 tysięcy miejsc pracy stanie się ofiarą politycznej spekulacji, a obietnice składane w kampanii okażą się tylko sprawnym narzędziem do wygrania fotela prezydenta? Prezes Klastra Rybitwy bez ogródek wyjaśnia, jak wygląda „taniec” polityków wokół tej strefy przemysłowej i dlaczego przedsiębiorcy nie zamierzają już dłużej wierzyć w czcze słowa. *** Kanał Krakowski: Czy kandydaci na prezydenta Krakowa zaczęli już do Was pielgrzymować? Remigiusz Tytuła: Tak, nie ma co ukrywać. Natomiast to jest chyba reakcja na nasze zaproszenie, bo takie wystosowaliśmy do wszystkich, którzy poważnie myślą na temat zajęcia miejsca w budynku na placu Wszystkich Świętych. Remigiusz Tytuła podczas protestu przed magistratem To jest dla nas oczywiste, że chcemy rozmawiać ze wszystkimi poważnymi kandydatami na temat przyszłości tego obszaru, który budzi jakieś kontrowersje. Dla nas jest to miejsce pracy, generowania zysku naszych przedsiębiorstw, ale także bezpieczeństwa naszych pracowników i wpływów podatkowych do miasta, co powinno mieć szczególne znaczenie dla osób, które poważnie myślą o odpowiedzialnym zarządzaniu gminą i budżecie miasta. Z kolei dla kandydatów ważne są głosy w wyborach. A tych, tutaj na Rybitwach, mogą zdobyć – pobieżnie licząc - około 30 tysięcy. Ciężko to dokładnie policzyć, ale tak – z naszych obliczeń wynika, że miejsc pracy tutaj jest ponad 20 tysięcy. A do tego dochodzą też rodziny pracowników. Czyli potencjalnie mogły to być głosy, które wysadziły Aleksandra Miszalskiego z siodła podczas referendum. Nie potwierdzam, ale nie zaprzeczam. (uśmiech) Zrobiliście „dym” przed referendum, bo Wasz protest przed magistratem był bardzo głośny. To nie był dym. To było bardzo mocne przedstawienie naszych argumentów, których przez kilka wcześniejszych miesięcy nikt w magistracie nie chciał usłyszeć. Protesty przed urzędem Byliśmy w kontakcie z panem Miszalskim i z panem Mazurem od początku kadencji. Mówiliśmy, jako organizacja przedsiębiorców, na czym nam zależy. Pokazywaliśmy również przygotowany przez nas plan zagospodarowania tego terenu Synergia Park, który mógłby być jakąś koncepcją kompromisową pomiędzy radykalną zmianą a utrzymaniem status quo. Wszyscy nas zapewniali, że wszystko będzie dobrze, aż pojawił się w grudniu ubiegłego roku ten pierwszy zarys masterplanu, który ujawnił, że dobrze nie jest. Czyli? Mamy tu, na Rybitwach, do czynienia ze strefą przemysłową, w której ktoś chciał zaplanować kilka takich osiedli jak Złocień. Bo tutaj jedynym wyjątkiem na całym tym obszarze przemysłowo-usługowym jest osiedle Złocień, które powstało lata temu przez przypadek planistyczny. Miało być to osiedle dla pracowników Igloopolu, który miał tutaj wybudować wielki zakład produkcyjny. Czas przełomu Balcerowicza wszystko pozmieniał, mieszkania zostały, a Igloopolu nie ma. Natomiast ta mieszkaniówka to naprawdę przypadek. I zarówno dla nas, jak i dla mieszkańców, to nie jest najbardziej komfortowa sytuacja, bo funkcje mieszkaniowe i przemysłowe nie są ze sobą kompatybilne. I nagle ktoś przychodzi i mówi: „Dobra, to będziemy rozwiązywać te problemy w taki sposób, że takich Złocieni napakujemy tutaj jeszcze cztery”. Czyli problemy, które mają mieszkańcy Złocienia, jeszcze bardziej rozszerzymy i jeszcze bardziej zwiększymy ten konflikt między mieszkańcami, a przedsiębiorcami. I powstanie tu tak zwane „Nowe Miasto”. Taka była koncepcja: wsadźmy takie „rozsadniki” mieszkaniowe i wytwórzmy presję na okolicznych przedsiębiorcach. Presję, której nie będzie wytwarzać już miasto, tylko ci nowi mieszkańcy, którym będzie wszystko przeszkadzać. A nie łatwiej byłoby się Wam stąd po prostu wynieść? Jasne. Bardzo łatwo byłoby nam się wynieść. Tylko potrzebna byłaby do tego bardzo duża suma pieniędzy. Jesteśmy w tym momencie w firmie produkcyjnej. Taka średnia wycena sprzed dwóch lat to około 120 milionów euro, które byłyby potrzebne do tego, żeby wybudować nowy, porównywalny zakład. I to bez kosztów gruntu. A to jest ledwo osiem hektarów. A firm większych i nowocześniejszych jest tutaj dużo więcej. Kto te wielomiliardowe koszty ma ponieść? Ta renta z tej potencjalnej zmiany, nawet uwzględniającej tutaj te kosmiczne wieżowce, nie byłaby w stanie tego zaspokoić. I tutaj jest pies pogrzebany. To jest sedno problemu. Siedziba firmy KZN Bieżanów My nie protestujemy dlatego, że tak straszliwie związaliśmy się z tym miejscem. Chociaż są firmy, takie jak ta – KZN Bieżanów – który ma nawet w nazwie tę lokalizację i funkcjonuje tutaj od końca II wojny światowej. Natomiast my jesteśmy przede wszystkim przedsiębiorcami. To musi mieć uzasadnienie ekonomiczne. Musi się to gdzieś spiąć. Miasto nie jest w stanie wygenerować w żaden sposób takiego strumienia pieniędzy. Zresztą nie ma nawet mechanizmu prawnego, żeby dać nam grunt, dać nam pieniądze na przeprowadzkę. O to wszystko trzeba by walczyć w sądach a to lata procesów i wynik, wielkość odszkodowania niepewna. Pieniądze to jedyny problem? Problem też polega na zaufaniu do władzy. Funkcjonujące tu dziś firmy były lokowane za zgodą władz miasta Krakowa. To miasto mówiło firmom, które wynosiły się z innych części Krakowa: „Idźcie sobie na Rybitwy. Tam macie strefę przemysłową, tam możecie sobie funkcjonować”. Firmy tu przyszły, zainwestowały. I po kolejnych latach miasto mówi: „Idźcie sobie gdzie indziej”. My nie mamy pewności, że ta sytuacja się nie powtórzy i za dziesięć lat ktoś nam nie powie: „To nie miejsce dla Was”. Kolejny problem to nasi pracownicy. Oni nie zawsze pójdą z nami tam, gdzie byśmy się chcieli przenieść. Bo my, jako przedsiębiorcy, mówimy wprost: nie przeniesiemy się w obrębie Krakowa, jeżeli zostaniemy zmuszeni do wyprowadzki z tego terenu. Mamy ograniczone zaufanie do miasta, które nie dotrzymuje umów. Jeżeli więc wyjdziemy poza Kraków, to po pierwsze podatki nie wrócą do Krakowa, a po drugie nie mamy pewności, że nasi pracownicy pójdą za nami. Doświadczenie, jakie mamy z Krakowem, jest na razie takie, że rzucane są nam kłody pod nogi. I nie jest to dobra reklama dla prowadzenia tu działalności. Być może korporacje chwalą sobie współpracę z miastem. Być może dzięki temu urząd miasta Krakowa ogłasza, że jest zwycięzcą w jakimś rankingu przyjazności dla biznesu. Ale z naszego punktu widzenia tak na pewno nie jest. Gminy ościenne, które zbudowały swoje strefy przemysłowe, są przykładem na to, że tam dba się o  inwestora. A u nas – i to jest dla mnie bardzo istotne – często, kiedy słyszałem jednego z zastępców poprzedniego prezydenta używającego słowa „inwestor”, to w domyśle był to tylko deweloper mieszkaniowy. To był jedyny inwestor w mieście. A kiedy słyszałem słowo „przedsiębiorca”, to w domyśle była to korporacja i te mityczne sto tysięcy miejsc pracy... Słyszałem też hasła o „równym traktowaniu podmiotów gospodarczych” i z tym się radykalnie nie zgadzam, by traktować równo przedsiębiorcę, który od lat prowadzi firmę, zatrudnia ludzi odprowadza podatki, inwestuje w tym mieście, rozwija się; oraz dewelopera który kupił spekulacyjnie działkę przemysłowo-usługową a teraz próbuje ją przekształcić w kierunku mieszkaniowym. Nie zgadzam się by zrównywać podmioty, które funkcjonują tu od lat z tymi które „po wyprodukowaniu” mieszkania szybko stąd się ulotnią zostawiając miasto, mieszkańców, nas i naszych pracowników z sąsiedzkimi problemami. Dlaczego, Pana zdaniem, władzom Krakowa zależy na tym, żeby była tutaj mieszkaniówka, a nie teren przemysłowy? Myślę, że jest to trochę pokłosie myślenia z przełomu wieków. Takiego myślenia, że historia się skończyła, że teraz już tylko i wyłącznie Europa będzie realizować usługi, a produkty przyjadą z Chin. Że jedynym słusznym kierunkiem dla Krakowa – i to chyba kiedyś padło z ust jednego z wiceprezydentów – jest turystyka i korporacje, a wszelka inna działalność gospodarcza powinna się stąd jak najszybciej wynosić. I gdzieś to zostało zasiane. Ciężko jest to później wyplenić. Jak już raz jakieś ziarno wpadło w tryby machiny miejskiej, pojawiły się pierwsze rysunki, plany, nazwy i tak dalej, to później to już funkcjonuje i przebija i powiela się w kolejnych dokumentach. I od dwóch dekad planujemy miasto pod turystów, pod korporację, pod deweloperów.   Rybitwy Druga kwestia jest taka, że na to myślenie nałożyła się transformacja, która wymiotła stąd kilka dużych podmiotów. One zniknęły. Pewne tereny zostały niezagospodarowane. Pewne firmy – jak Telefonika – rozpoczęły jakiś proces inwestycyjny, ale później go wstrzymano i pozostały duże, niezagospodarowane obszary. I na to wszystko jeszcze dołożyła się renta deweloperska, która pojawiła się w ostatnich latach wraz z rajdem cen mieszkań. To zaczęło się składać w pewną całość. Dlatego zaczęto wskazywać te tereny jako miejsce rozwoju mieszkaniówki. Bo chciano się pozbyć takich mniej efektownych, niepasujących do miejskiego, pięknego wizerunku przedsiębiorstw, które tutaj funkcjonują. Chciano dokonać głębokiego przekształcenia właśnie w kierunku mieszkaniowym. Widzę też takie błędne myślenie wśród przedstawicieli władz, że każdy nowy mieszkaniec to zysk dla miasta, bo to nowy PIT. Natomiast nie widzi się tego, że każdy nowy mieszkaniec to również istotny koszt dla miasta. Bo każdy nowy mieszkaniec potrzebuje szkoły, potrzebuje dojechać autobusem lub tramwajem do pracy, potrzebuje obsługi w urzędzie, potrzebuje placówki medycznej… A za to wszystko płaci miasto. A przedsiębiorca – ze swoimi podatkami, czy od nieruchomości, środków transportu czy z CIT-ów – jest z miasta wymywany. Efekt widać w finansach miasta przychody nie są w stanie dogonić galopujących wydatków. Zachłystujemy się inwestycjami w infrastrukturę czy tabor, często dofinansowanymi ze środków zewnętrznych, zapominając że prawdziwe koszty to nie zakup przy kasie, tylko codzienna eksploatacja i utrzymanie tych zasobów. Jaki jest kluczowy argument, żeby ten teren zachował swój obecny charakter? Są dwa: praca i podatki. Czyli ludziom dajemy pracę, a miastu odprowadzamy podatki. I nikt w mieście tego nie policzył? Nie i to jest chyba mój największy problem z podejściem władz miasta. Bo one podchodzą do tego tematu bez analizy tego, co tutaj już istnieje. Nikt nie wie, ile dokładnie jest tutaj zatrudnionych ludzi. Nie ma takiego opracowania. To my robimy takie analizy dla miasta. Pokazujemy, ile tutaj pracuje ludzi, jakie są generowane podatki, które spółki za nic w świecie nie chcą się przenosić. Przecież jeżeli chce się podejmować tak radykalną decyzję, jak przekształcenie tego terenu, to najpierw trzeba zrobić fotografię tego miejsca. Szczególnie fotografię ekonomiczną: co tutaj jest, co możemy stracić. Dodam tylko, że gdyby taka analiza powstała, to byłoby czarno na białym, że to się miastu nie opłaca. Być może dlatego urzędnicy unikają tego tematu jak ognia. Jako przedsiębiorcy czuliście się ignorowani przez władze Krakowa? Jeżeli mówimy o ostatnich dwóch latach funkcjonowania, byliśmy zapraszani do rozmów, do współpracy, ale nie byliśmy słyszani. Czyli nasze argumenty do nich nie trafiały. Przyjmowali je, słyszeli, ale nie słuchali nas. Natomiast we wcześniejszym okresie – za Jacka Majchrowskiego – nawet nie zapraszano nas do rozmów. Trzeba zwrócić uwagę, że ten teren jest funkcjonującym i działającym obszarem gospodarczym, z którego miasto czerpie niemałe przychody. Jednocześnie od lat miasto konsekwentnie odmawia reinwestowania tych podatków w ten obszar. Argumentacja jest taka, że „tu jest przemysł i usługi, a nie mieszkańcy”, więc inwestycje kieruje się tam, gdzie mieszkają ludzie. Później powstaje narracja, że to przedsiębiorcy są winni temu, że droga jest zła, że nie ma chodnika, oświetlenia czy kanalizacji. A to nie jest wina przedsiębiorców. My generujemy podatki, ale one są inwestowane gdzie indziej. A na końcu jesteśmy przedstawiani jako „czarny lud”, który rzekomo blokuje rozwój tego obszaru miasta. Protest przed magistratem Ucieknijmy do przodu i porozmawiajmy o przyszłości. Jak idą rozmowy z kandydatami na prezydenta? Bo zakładam, że z nimi rozmawia się znacznie milej. W końcu to oni się teraz uśmiechają. Oj tak. Ale my twardo stąpamy po ziemi, nauczeni już doświadczeniem. Bo z panem prezydentem Miszalskim i z panem prezydentem Mazurem, jeszcze podczas poprzedniej kampanii, również rozmawialiśmy. Nawet jakieś stanowisko popierające nasze racje – przynajmniej ze strony pana Miszalskiego – dostaliśmy na piśmie. Jeszcze jako kandydata? Tak, jeszcze jako kandydata. Wiemy więc, że to jest taki okres, w którym... …wszystko Wam obiecają? To jest trochę konkurs piękności. Do każdej grupy interesu się przyjeżdża i mówi, że rozumie się jej interesy, że wszystko będzie dobrze i że „tylko ja to Wam załatwię” . Z jakimi kandydatami już rozmawialiście? Rozmawialiśmy z panem Drewnickim, panem Hoffmanem, panem Gibałą, zapleczem pana Bocheńczaka i ostatnio panią Piątkowską. Kolejne spotkania przed nami. Który z kandydatów wypada najlepiej? Odpowiem inaczej, bo trudno robić ranking, gdy nie spotkało się ze wszystkimi, wiedząc też że na takim kampanijnym spotkaniu kandydaci raczej nie będą chcieć się konfliktować. Odpowiem analizując postawę kandydatów lub ich zaplecza do Nowego Miasta czy masterplanu. Patrząc na to, co przez ostatnie pięć lat robił radny Drewnicki, wydaje nam się w tym momencie najbliżej naszego sposobu patrzenia na problem Rybitw. Dlaczego? Bo jest konsekwentny. Od lat powtarza, że funkcja przemysłowa jest potrzebna miastu. Że miasto nie powinno się jej pozbywać skoro sobie na Płaszowie i Rybitwach radzi. I że skoro przez dekady wskazywano ten teren jako miejsce prowadzenia działalności gospodarczej, to jest to pewnego rodzaju umowa społeczna, której nie można zrywać w imię partykularnych interesów. Ale żeby też nie „cukrować” tylko przedstawicielowi jednej partii, to podobne myślenie widzę również u prezydenta Kracika i u radnego Stawowego. Oni co prawda nie kandydują , ale pozostają przecież w bliskim kontakcie ze sztabem senator Moniki Piątkowskiej. Nasze pierwsze spotkanie z kandydatką KO wskazywało, że podziela ona ten sposób myślenia, w którym zachowanie i rozwijanie bazy podatkowej miasta ma kluczowe znaczenie dla jego stabilności.   Jednakże jak w wielu ważnych kwestiach, tak i w kwestii Rybitw, podziały za i przeciw nie przechodzą wzdłuż podziałów partyjnych, a bardziej wynikają z rodzaju wrażliwości, reprezentowanych interesów, znajomości tematyki i merytorycznego podejścia. Takie podziały widać np. w zapleczu Łukasza Gibały, ugrupowań lewicowych ale też Konfederacji.       A barwy polityczne mają dla was w ogóle znaczenie? Żadnego. Prywatnie oczywiście każdy ma swoje poglądy polityczne. Wśród tysięcy  przedsiębiorców i pracowników znajdziemy poglądy od prawa do lewa, przez całe spektrum politycznego imaginarium. Nikomu nie powiemy: „Głosuj na tego, bo on coś zagwarantuje”. Tym bardziej że wiemy, jak wygląda kampania wyborcza i jak zmienia kandydatów władza. To, co mówi się w kampanii, później bardzo często zostaje wywrócone do góry nogami już w trakcie kadencji. Dlatego byłoby niezręcznie kogokolwiek rekomendować. Naszą rolą jest rozmawiać z każdym kandydatem. Przedstawiać nasze argumenty. Słuchać tego, co mają do powiedzenia. A później – przy pomocy naszych kanałów komunikacji – przekazywać przedsiębiorcom i pracownikom: „ten kandydat powiedział to, a ten ma takie spojrzenie na funkcjonowanie strefy przemysłowej.” I na tym kończy się nasza rola polityczna. Potem każdy wyboru dokonuje sam. Któryś z kandydatów oczekiwał od Was wsparcia finansowego? Żaden. A zamierzacie któregoś wesprzeć? Jako organizacja przedsiębiorców – nie. Natomiast, tak jak mówiłem, prywatnie każda firma, właściciel, zatrudniony może podjąć indywidualną decyzję i wesprzeć kandydata. Ale ani nie będziemy tego sugerować, ani tego wymagać, ani tym bardziej sprawdzać. Jako fundacja zrzeszająca przedsiębiorców mamy tylko jedną rolę: rozmawiać z władzami – obecnymi albo przyszłymi, reprezentować interesy przedsiębiorców i pracowników. Rybitwy Załóżmy więc, że jest już po wyborach. Jakiej pierwszej decyzji w Waszej sprawie oczekujecie od nowego prezydenta? Jeżeli będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której jesteśmy przed etapem uchwalenia planu ogólnego, to oczekujemy bezpośredniego włączenia nas do tych prac. Chodzi o realne uwzględnienie naszej perspektywy: przedsiębiorcy i pracownika, miejsc pracy, podatków i całej sfery ekonomicznej przy opracowywaniu założeń dla tego obszaru. Bo nie da się wypracować dobrego kompromisu jeśli się nad nim nie pracuje z drugą stroną. Nie da się stworzyć dobrego planu dla tego obszaru jeśli bierze się jako podstawę potencjalne inwestycje deweloperskie i do nich stara się dopasowywać istniejącą od lat tkankę gospodarczą. Obecne zagospodarowanie i zainwestowanie to realność, od której każdy planista powinien zacząć i tak „ugniatać”, formować, przycinać potencjalne twory o nowych funkcjach, by do tej układanki pasowały. Ten obszar musi się zmienić – my to doskonale wiemy. Natomiast to, co wydarzyło się w ostatnich latach, spowodowało, że wszelkiego rodzaju zmiany zostały w pewien sposób powstrzymane albo radykalnie spowolnione. Przedsiębiorcy nie wiedzą dziś, czy inwestować w nowe zakłady pracy, bo może się okazać, że za chwilę będą musieli się przenosić. Urzędnicy wolą powoływać się na fakt, że nadal obowiązuje procedura sporządzania planu Nowego Miasta – „formalnie coś jest procedowane”, a więc decyzje można wstrzymywać i czekać na rozstrzygnięcia planistyczne. W efekcie mamy sytuację, w której przedsiębiorca ma ogromne trudności w uzyskaniu zezwoleń. Procesy się wydłużają, bo „coś jest procedowane”, więc nie można podjąć decyzji.  Ta obstrukcja kosztuje. Do budżetu miasta nie trafiają kolejne miliony, które mogły by wpływać do miejskiej kabzy z nowych zakładów i miejsc pracy. Nie jednorazowo, ale konsekwentnie, rok w rok. No, ale mamy tak dobry budżet, że kto by się przejmował stanem miejskich finansów… ZOBACZ TAKŻE: Gibała oskarża Tuska, ale to jego pajacowanie zablokowało Kraków

Więcej…

Ekspert: Walka o prezydenturę rozegra się między trojgiem kandydatów [WYWIAD]

Ekspert: Walka o prezydenturę rozegra się między trojgiem kandydatów [WYWIAD]

30 czerwca 2026 | 01:50

Bez terminu wyborów od kilku tygodni trwa w Krakowie nieformalna kampania wyborcza. Kandydaci na kandydatów rozpoczęli walkę o głosy, nie wiedząc nawet z kim ostatecznie się zmierzą. O krajobrazie krakowskiej polityki ponad miesiąc po odwołaniu prezydenta Miszalskiego i na kilka miesięcy przed przyspieszonymi wyborami rozmawiamy z Adrianem Gajem, ekspertem marketingu politycznego. Artur Bakker-Kos: No i odwołali Krakowianie prezydenta, oszczędzając radnych. Z radnymi miał pan racje, w przypadku prezydenta mówił Pan, że jest 50% szans. Adrian Gaj*: Kilka ostatnich dni przed referendum wypadło dla prezydenta i radnych gorzej, niż zakładałem. Ostatni tydzień był pełen wizerunkowych błędów, które okazały się decydujące.  Zobacz: Kto naprawdę wygrał kampanię referendalną? Ekspert ujawnia kulisy [WYWIAD] Jeden z analityków twierdził, że to przez Sok z Buraka. To dość wygodne wytłumaczenie, problem mam z nim taki, że jak się okazało, autor tej tezy był jednym z architektów kampanii „obronnej” prezydenta. A w mojej ocenie, to z całą strategią komunikacji antyreferendalnej był problem od początku. Wydaje mi się, że w diagnozie na podstawie której przygotowano strategię obronną, brakło wyczucia krakowskiej, lokalnej specyfiki – i na ogół działające mechanizmy po prostu zawiodły. Patrząc przez pryzmat analityki sieci, zapewne jest prawdą, że kampania „Soku z Buraka” nie dodała prezydentowi i radnym, ale jak pokazują exit polle OGB, do urn poszło ponad 41% 60-latków i ponad 31% 70-latków, w części to byli rozczarowani wyborcy prezydenta Miszalskiego, a na pewno elektorat jego obozu politycznego. Dlatego to nie jest tak, że ktoś się wkurzył na mema z Soku z Buraka i poszedł na referendum. Po prostu przyjęta strategia okazała się błędna z założenia. To się zdarza w marketingu politycznym, ale nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. I w rezultacie tej pomyłki w sierpniu miały się odbyć przyspieszone wybory. A już wiemy, że z powodu protestu wyborczego i całej procedury mu towarzyszącej, odbędą się najwcześniej jesienią.  Choć nadal nie znamy nawet daty wyborów, kampania w Krakowie już się zaczęła? Formalnie nie, ale politycznie zdecydowanie tak. Kandydaci budują rozpoznawalność, zajmują kolejne pola debaty i próbują narzucić własną narrację. To naturalne, bo im dłużej potrwa okres przed ogłoszeniem kalendarza wyborczego, tym większe znaczenie będzie miało to, kto przez ten czas zdoła zaistnieć w świadomości mieszkańców. I to pomimo niesprzyjającego takim aktywnościom lata. Kto dziś jest faworytem? Dzisiaj mówiłbym o trzech głównych pretendentach do zwycięstwa. To radny Łukasz Gibała, senatorka Monika Piątkowska z Koalicji Obywatelskiej oraz Jan Hoffman, lider komitetu referendalnego. Oczywiście kampania potrafi zaskakiwać, ale na tym etapie właśnie ta trójka wydaje się mieć największy potencjał do wejścia do drugiej tury. Zresztą te nazwiska pojawiły się już „na podium” w dwóch czy trzech wewnętrznych sondażach, które nieoficjalnie krążyły po Krakowie od prawa do lewa.  A pozostali? Przypomnę tylko, że mówię z punktu widzenia stricte zawodowego, a nie politycznego. Każdy kandydat ma swoją rolę, ale nie każda jest dziś taka sama. Mam wrażenie, że część kampanii prowadzona jest z myślą nie tylko o wyborach prezydenckich, ale również o wyborach parlamentarnych za rok. Dla wielu polityków to okazja do zbudowania własnej marki. Kogo ma Pan na myśli? Przede wszystkim kandydatów reprezentujących partie o bardziej wyrazistym profilu ideowym. Michał Drewnicki z PiS, Bartosz Bocheńczak z Konfederacji, Michał Klimek związany z Koroną, Daria Gosek-Popiołek z Lewicy czy Aleksandra Owca z Razem prowadzą kampanie, które oczywiście mają znaczenie w tych wyborach, w większości widać sporą aktywność już teraz, ale jednocześnie budują swoją rozpoznawalność przed kolejnymi kampaniami ogólnopolskimi. Za rok przecież wybory do parlamentu. Zobacz: Fala z Zabrza dotrze do Krakowa? Ekspert: tworzą infrastrukturę [WYWIAD] To znaczy, że nie mają szans? Kampania jeszcze formalnie nie wystartowała, nie można stawiać takich tez. Natomiast trzeba patrzeć na strukturę elektoratu w Krakowie z poprzednich wyborów samorządowych czy parlamentarnych i to z kilku ostatnich lat. Około 25-30% to osoby konsekwentnie głosujące na prawicę, głównie ze względów światopoglądowych. Te głosy będą podzielone pomiędzy kilku kandydatów. Mamy przecież kandydata największej prawicowej partii – radnego Drewnickiego, zresztą bardzo aktywnego, który mocno pracuje nad zwiększeniem rozpoznawalności. On bezpośrednio rywalizuje z kandydatem Konfederacji, panem Bocheńczakiem, który również nie jest nazwiskiem powszechnie kojarzonym. Do tego dochodzi kandydat z Korony i mocno prawdopodobny start Tomasza Urynowicza ze Wspólnoty Wartości. Robi się bardzo ciasno, będzie duże rozdrobnienie głosów na prawicy. Na lewicy chyba też? Tu mówimy o około 15% ideowego elektoratu. Tymi procentami podziela się dwie kandydatki: z Lewicy i Razem, zresztą już teraz widać, że wzajemnie się podgryzają i konfrontują. Wizerunkowo zarówno lewicy jak i wspomnianej prawicy, trudno będzie przebić się przez bańkę własnego szyldu. A to oznacza, że największa walka toczy się o szeroki elektorat centrowy i liberalny. Który zostaje do podziału na trójkę faworytów? Tak. To oni mogą między sobą zagospodarować około 55–60 procent wyborców, którzy nie identyfikują się jednoznacznie ani z prawicą, ani z lewicą, w polityce samorządowej stawiają jednak na ludzi, a nie szyldy. To właśnie w tej grupie rozstrzygnie się wynik pierwszej tury. Zaskakuje obecność Jana Hoffmana w tym gronie. Niekoniecznie. Referendum bardzo mocno zwiększyło jego rozpoznawalność, choć nad nią nadal musi mocno pracować. Dzisiaj jest jedną z najbardziej aktywnych postaci lokalnej polityki. Praktycznie codziennie dostarcza nowych tematów, narzuca narracje. W komunikacji politycznej bardzo ważna jest zasada, że uwagę zdobywa ten, kto nadaje rytm debacie. Hoffman robi to skutecznie. Do tego jest twarzą olbrzymiego sukcesu politycznego, jakim było odwołanie prezydenta drugiego miasta w Polsce. Rzecz wcześniej niespotykana. Jest wizerunkowym zwycięzcą. Do tego jako jedyny zasypał już miasto swoimi bilbordami i plakatami.  Co daje mu naturalną „premię” z tytułu pierwszeństwa. Pokazuje swoja kandydaturę mieszkańcom. Uważam, że jeśli utrzyma tempo, może być największą sensacją wyborów, łącznie z wejściem do drugiej tury, a wtedy wszystko się może zdarzyć.  A Monika Piątkowska? To logiczny wybór Koalicji Obywatelskiej i uważam, że mocno niedoceniany przez część komentatorów. Pani Senator wizerunkowo wydaje się najlepszym możliwym wyborem spośród osób związanych z tym środowiskiem. Z jednej strony ma doświadczenie pracy w magistracie, więc trudno zarzucać jej brak kompetencji. Z drugiej nie jest obciążona wizerunkowo decyzjami poprzednich władz miasta. To istotna przewaga. No i stoi za nią jednak cała maszyna partyjna i szyld, który w Krakowie zawsze ma swój „żelazny”, znaczący elektorat. Nawet jeśli aktualnie ten szyld ogólnopolsko raczej odejmuje, niż dodaje. Ma znaczenie fakt, że jest kobietą? Tak, choć nie powinien być to jedyny argument. Badania pokazują jednak, że kandydatki często są oceniane nieco inaczej niż kandydaci. Znacznie trudniej prowadzić wobec nich agresywną kampanię personalną bez ryzyka negatywnej reakcji części wyborców. To może mieć znaczenie zwłaszcza w najbliższych tygodniach. Bardzo mnie ciekawi jaki pomysł na „opowiedzenie” jej wyborcom, ma sztab Koalicji. A Łukasz Gibała? Ciągle nie ogłosił startu. Nie widzę w tym niczego zaskakującego. Jeżeli jest się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków lokalnych i od miesięcy wskazywanym jako faworyt, to nie ma potrzeby rozpoczynania kampanii wcześniej niż konkurenci. Znacznie większą presję mają kandydaci, którzy dopiero budują swoją rozpoznawalność. Radny Gibała już ją posiada, bo buduje swój wizerunek od lat. Ma grono entuzjastów, ma grono krytyków, budzi emocje – a to dla polityka bardzo ważne. No i nie można mu odmówić determinacji.  Czyli brak oficjalnego ogłoszenia startu niczego nie zmienia? Moim zdaniem niewiele. Wszyscy zakładają, że wystartuje. Znacznie ważniejsze będzie to, kiedy rozpocznie pełnowymiarową kampanię programową i jak odpowie na działania konkurentów. Jakie są najsłabsze strony całej trójki pod względem wizerunkowym? Radny Gibała przegrał już trzy razy wybory na prezydenta, a wyborcy nie lubią przegranych. Senatorce Piątkowskiej najbardziej może ciążyć szyld partyjny w związku ze sprawą Kacprzyka oraz fakt, że przez lata odgrywała duża rolę w administracji prezydenta Majchrowskiego. Z kolei Jan Hoffman ma ciągle niską rozpoznawalność i jest utożsamiany z „elektoratem buntu”, który niełatwo utrzymać przez kolejne miesiące. Dlatego każdy z tych kandydatów na kandydatów musi odpowiednio sprofilować swoją kampanię. Nadal nie znamy terminu wyborów. Komu to pomaga? Przede wszystkim tym kandydatom, którzy jeszcze zwiększają swoją rozpoznawalność. Dodatkowe tygodnie czy miesiące pozwalają Monice Piątkowskiej częściej pojawiać się w przestrzeni publicznej, zwłaszcza w dużych mediach, a Janowi Hoffmanowi utrzymywać wysoką aktywność po referendum. Im później ruszy oficjalna kampania, tym większe mają szanse zniwelować przewagę rozpoznawalności Łukasza Gibały. Jest jeszcze miejsce na niespodziankę? Zawsze. Dlatego to będą takie ciekawe miesiące. Jak pokazują pierwsze badania, nadal około 20–25 procent wyborców pozostaje niezdecydowanych. To bardzo dużo jak na ten etap, ale z drugiej strony – trudno oczekiwać, by wyborcy pasjonowali się w lecie pojedynkiem kandydatów na kandydatów. Od czego będzie zależała decyzja niezdecydowanych? Przede wszystkim od ostatecznej listy startujących i konkretnych programów. Wielu wyborców nie chce dziś deklarować poparcia, bo nie zna pełnej oferty. Natomiast nie spodziewałbym się, żeby ta grupa masowo odpłynęła do kandydatów małych, skrajnych czy wyraźnie nieliberalnych ugrupowań. Historia wyborów pokazuje, że niezdecydowani najczęściej ostatecznie wybierają kandydatów postrzeganych jako zdolnych do realnej walki o zwycięstwo. Czyli jest sens prowadzić już działania kampanijne? Tak. Dzisiaj obserwujemy przede wszystkim walkę o pozycję startową. Prawdziwa rywalizacja rozpocznie się dopiero po ogłoszeniu kalendarza wyborczego. Ale już teraz widać, że wyścig ma wyraźnych liderów i że o zwycięstwie nie zadecyduje raczej twardy elektorat poszczególnych partii, a umiejętnie przygotowana opowieść o każdym kandydacie. Wygra ta osoba, która opowie o sobie i swoim pomyśle na Kraków najciekawiej i będzie w tym najbardziej wiarygodna.   *Adrian Gaj – ekspert marketingu politycznego, od lat zajmuje się PR i komunikacją w samorządach, doradza wizerunkowo osobom publicznym. Pomaga wygrywać wybory na każdym szczeblu samorządu, odpowiadał również za działania komunikacyjne w zwycięskim referendum odwoławczym w jednym z małopolskich miast.

Więcej…

„Doktor” Drewnicki postawi diagnozę i uleczy Kraków. „Jest najlepszy” [WYWIAD]

„Doktor” Drewnicki postawi diagnozę i uleczy Kraków. „Jest najlepszy” [WYWIAD]

25 czerwca 2026 | 09:05

– Bycie prezydentem Krakowa po Miszalskim będzie łatwiejsze, bo popełnił on tak wiele błędów, że chyba każdy następny będzie lepszy od niego – mówi nam Mariusz Kękuś (PiS). – Wstydzę się, iż moje miasto jest najbardziej zadłużonym dużym miastem w Polsce – dodaje. Zdaniem radnego Kękusia tylko Michał Drewnicki wie, jak poradzić sobie z zadłużeniem tak, by nie sięgać do kieszeni mieszkańców. – Referendum pokazało, że krakowianie mają własne zdanie i potrafią podejmować samodzielne decyzje. Dokonało się coś niemożliwego, bo w dużych miastach referenda zazwyczaj się nie udają. Jestem przekonany, że mieszkańcy najlepiej wiedzą, jakiej zmiany oczekują – twierdzi nasz rozmówca. *** Kanał Krakowski: Czy Michał Drewnicki to Wasz najlepszy kandydat na prezydenta Krakowa? Mariusz Kękuś: Zdecydowanie tak. Na czym Pan opiera to przekonanie? Lista potencjalnych kandydatów PiS była przecież bardzo długa. Oczywiście, ale Michał Drewnicki od 12 lat zajmuje się sprawami miejskimi i zna Kraków jak mało kto. Jest radnym miasta od 2014 roku, pozostaje blisko mieszkańców i ich codziennych problemów. Praktycznie każdego dnia zajmuje się sprawami zgłaszanymi przez Krakowian, dzięki czemu ma doskonały przegląd bieżących spraw miejskich i ogromne doświadczenie samorządowe. Od lewej: Mariusz Kękuś, Michał Drewnicki i Włodzimierz Pietrus Wiele osób zarzuca mu jednak populizm. Nie słyszałem takich opinii, ale jak jest się w opozycji, to łatwo przykleić komuś taką łatkę. Tylko chciałbym usłyszeć konkretne przykłady. Choćby wypowiedzi dotyczące budżetu miasta. To bardzo ogólne stwierdzenia, z którymi się nie zgadzam. Powiem szczerze krytyka polityki finansowej miasta jest w pełni uzasadniona. W mojej ocenie gorzej zarządzać finansami Krakowa już się nie dało. Posłużę się pewnym porównaniem: jeśli do lekarza przychodzi pacjent, to zanim zacznie go leczyć, musi go zbadać. Moim zdaniem prezydent Miszalski popełnił podstawowy błąd. Po 22 latach rządów Jacka Majchrowskiego nie przeprowadził profesjonalnego audytu otwarcia. Zamiast tego wykonał wewnętrzny dokument liczący kilkadziesiąt stron, to zdecydowanie za mało. Prawdziwy audyt powinien być realizowany przez kilkunastoosobowy zespół ekspertów zewnętrznych. Trzeba przeanalizować sprawy miejskie punkt po punkcie, fakturę po fakturze, zamówienie po zamówieniu, sprawdzić strukturę organizacyjną, kompetencje i procedury. Potrzebny jest nie tylko audyt finansowy, ale również funkcjonalny. Jeśli nie odrobimy tej pracy, nie będziemy wiedzieć, jak naprawiać miasto. Czyli jeśli Drewnicki zostanie prezydentem to od tego zacznie? Gdybym miał doradzać przyszłemu prezydentowi Krakowa, to właśnie od tego bym zaczął. To uczciwe podejście. Tylko mając rzetelną diagnozę, można przygotować skuteczną strategię działania. Mówiłem o tym na sesji Rady Miasta – mam wrażenie, że Kraków działa trochę po omacku. Porównajmy liczby: w 2023 roku dochody miasta wynosiły około 7,3 miliarda złotych, a w 2025 roku to już około 9,7 miliarda. To wzrost o około 2,4 miliarda złotych. Problem polega na tym, że mimo tak ogromnego wzrostu dochodów sytuacja finansowa miasta się nie poprawia, wręcz przeciwnie. W 2023 roku inwestycje wynosiły około 1,3 miliarda złotych, a dzisiaj jest to około 800 milionów. To pół miliarda mniej. Na co więc poszły te dodatkowe pieniądze? Właśnie cóż z tego, że dochody rosną jeśli nie ma kontroli nad wydatkami. Oczywiście mamy inflację, podwyżki wynagrodzeń i różne koszty, ale chciałbym wiedzieć, dlaczego przy takim wzroście wpływów sytuacja finansowa miasta się pogarsza. Nie udało się wygenerować nadwyżki operacyjnej. W zeszłym roku mieliśmy stratę operacyjną wynoszącą 124 miliony złotych. Patrzę na wskaźniki i jestem zaniepokojony: jeżeli skarbnik miasta mówi, że Kraków nie jest ostatnim miastem pod względem dochodów, to dlaczego jest pierwszym pod względem zadłużenia? Ale jakie znaczenie ma to dla przykładowej pani Basi, która sprzedaje marchewkę na Kleparzu? Ogromne, bo zła polityka finansowa kończy się tym, że prezydent sięga do kieszeni mieszkańców. Prezydent Miszalski uznał, że rozwiąże problemy finansowe poprzez podnoszenie opłat i podatków dla mieszkańców Krakowa. Chce Pan powiedzieć, że gdyby prezydentem był ktoś z PiS, nie byłoby podwyżek? Chcę powiedzieć, że prezydent Miszalski i Radni Koalicji Obywatelskiej wybrali najgorsze rozwiązanie – sięgając do kieszeni mieszkańców bo tak najprościej. Nie zadali sobie trudu, żeby odpowiedzieć na pytanie dlaczego brakuje pieniędzy. Nie zgadzam się z tym, bo jeśli dziś podniesiemy opłaty, to co zrobimy jutro? Podniesiemy je jeszcze bardziej? Tak nie można mam wrażenie, że miasto działa w ciemno bez potrzebnej wiedzy. Dochody rosną, ale problem polega na tym, że wydatki rosną jeszcze szybciej. Musimy odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak się dzieje. Jeżeli przez dłuższy czas wydajemy więcej niż zarabiamy, to żadne gospodarstwo domowe, firma ani miasto nie będą funkcjonować prawidłowo. Przestrzegałem przed tym jeszcze za czasów Jacka Majchrowskiego. Prezydent Majchrowski przez około 20 lat zadłużył miasto na około 5,2 miliarda złotych. To daje średnio około 240 milionów złotych rocznie. Aleksander Miszalski przejął miasto z długiem przekraczającym 6 miliardów złotych, a pod koniec 2025 roku zadłużenie wynosiło już około 7,9 miliarda. To oznacza wzrost o około 1,8 miliarda złotych w bardzo krótkim czasie. Tempo zadłużania miasta wzrosło mniej więcej pięciokrotnie. Za prezydenta Aleksandra Miszalskiego dług Krakowa rósł około 100 milionów miesięcznie. Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK O fatalniej sytuacji finansowej miasta według opozycji wiemy już wszystko. Ale jaka jest recepta? Załóżmy, że Drewnicki zostaje prezydentem i… co dalej? Jeszcze raz podkreślę: zacząłbym od audytu finansowego, funkcjonalnego i organizacyjnego. Musimy się dowiedzieć co nas boli co nam dolega. Proszę spojrzeć choćby na kwestię podejścia do tematu planu ogólnego, to strategiczny dokument,  który zdecyduje o kierunkach rozwoju miasta o jego przyszłości. Tymczasem dzisiaj na dwa miesiące przed terminem jego uchwalenia nic nie wiemy, mieszkańcy którzy zgłosili ponad 16 tysięcy wniosków nie poznali żadnych odpowiedzi. Radni miejscy, dziennikarze są zaskakiwani fatalnym tempem prac nad dokumentem, brakiem szczegółów. Ten przykład pokazuje, że miasto ma nie tyko problemy finansowe, ale również organizacyjne i zarządcze. Opozycja zawsze mówi, że jest źle. Taka jej rola. Ale my opieramy się na konkretnych danych. Jestem rodowitym Krakowianinem i powiedziałem z mównicy, że wstydzę się, iż moje miasto jest najbardziej zadłużonym dużym miastem w Polsce. Kraków na to nie zasługuje. To miasto z ogromnym potencjałem gospodarczym i społecznym, w którym mieszkają wspaniali ludzie. Jeżeli inwestycje spadają z 1,3 miliarda do 800 milionów złotych, to jest poważny problem. Skarbnik miasta sam mówił, że jeśli nie zmienią się parametry finansowe, to w przyszłości nie będzie możliwości realizowania inwestycji. A przypomnę, że w  roku 2025 mieliśmy 124 miliony złotych deficytu operacyjnego. To oznacza, że musimy pożyczać pieniądze na bieżące funkcjonowanie miasta: na pensje nauczycieli, na funkcjonowanie komunikacji miejskiej, na inne zadania. To już jest bardzo niebezpieczna sytuacja. Ale nadal nie słyszę konkretnego rozwiązania. Rozwiązanie jest proste w założeniu, choć trudne w realizacji. Budżet ma dwie strony: dochody i wydatki. Prezydent Miszalski skupił się niestety na zwiększaniu dochodów poprzez podnoszenie opłat, podatków lokalnych dla mieszkańców, cen biletów, opłat za parkowanie, opłat za śmieci. Druga strona to wydatki. Ja sądzę, że musimy poszukać oszczędności,  jeżeli okaże się, że są obszary wymagające cięć, trzeba ich dokonać. Dla Przykładu: jeśli budżet ma ogromny deficyt, a jednocześnie miasto zwiększa nakłady na miejską gazetkę o kilka milionów złotych, to moim zdaniem nie jest to właściwy kierunek. Oczywiście ktoś powie, że to niewielki wydatek, ale ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka. Czyli tak naprawdę nie macie gotowego planu, a wszystko uzależniacie od audytu? To jest właśnie odpowiedzialne podejście. Jeżeli obejmuję zarządzanie dużą organizacją, najpierw muszę wiedzieć, co się w niej dzieje. Każdy rozsądny menedżer rozpoczyna od diagnozy. Ale parę rzeczy jest pewnych już dziś, bez żadnego audytu. Kiedy budżet się sypie, nie wydajemy na miejską gazetę kilku milionów złotych, nie zamawiamy badań wizerunku miasta za setki tysięcy złotych – to nie są decyzje, które wymagają pogłębionego audytu żeby je zakwestionować, wymagają tylko zwykłej przyzwoitości. Oszczędności najpierw należy szukać po stronie władzy, nie w kieszeniach krakowian. Reszta decyzji – po rzetelnej diagnozie. Mariusz Kękuś (w środku). Z prawej radna Agnieszka Paderewska, z lewej minister Maciej Michałowski Poda Pan przykłady „błędnych” inwestycji? Pierwszym przykładem jest Trasa Łagiewnicka,  łączny koszt jej budowy to około 1,3 miliarda złotych, a dziś miasto płaci około 70 milionów złotych rocznie za obsługę długu związanego z tą inwestycją. Problem polega na tym, że nie powstała cała trzecia obwodnica, a jedynie fragment drogi, który nie rozwiązuje problemów komunikacyjnych w takim stopniu, jak zakładano. Drugim przykładem jest zakup Wesołej. Miasto wydało około 300 milionów złotych na ten cel i przez lata nie potrafiło właściwie zagospodarować tego terenu, nie miało na niego pomysłu. Prywatny właściciel nie pozwoliłby sobie na takie marnowanie czasu, przestrzeni i co za tym idzie pieniędzy. Może więc trzeba sprzedać Wesołą? Nie. Jestem przeciwnikiem wyprzedawania majątku miasta, bo jeśli wyprzedaje pan „srebra rodowe”, to jest to sygnał, że coś bardzo złego dzieje się w gospodarstwie. Potrzebny jest po prostu dobry gospodarz i dobry plan dla tego miejsca. Wracając do medycznych porównań: czy Michał Drewnicki okaże się dobrym lekarzem dla Krakowa? Jego największą zaletą jest to, że słucha. Rozmawia z ludźmi, analizuje problemy, zbiera opinie. Poza tym żadnym miastem nie zarządza się jednoosobowo – kluczowy jest zespół. Trzeba mieć ludzi, którym się ufa i którzy są kompetentni. Największym problemem jest sytuacja, gdy zatrudnia się osoby nieprzygotowane do wykonywania swoich obowiązków. To prosta droga do porażki. Moim zdaniem bycie prezydentem Krakowa po Miszalskim będzie łatwiejsze, bo popełnił on tak wiele błędów, że chyba każdy następny będzie lepszy od niego. Wprowadzał złe rozwiązania, a po kilku tygodniach kiedy spadała na niego krytyka wycofywał się z nich rakiem. Powiedział Pan, że „trzeba mieć ludzi, którym się ufa”, a jak Miszalski zatrudniał takich właśnie ludzi to opozycja zarzucała mu kolesiostwo. Jeśli Drewnicki zostanie prezydentem i zatrudni swoich znajomych, to nie będzie kolesiostwo? Dla mnie kluczowe są kompetencje. Jeżeli zatrudniam osobę, której ufam i która potrafi profesjonalnie wykonywać swoje obowiązki, to wszystko się zgadza. Problem pojawia się wtedy, gdy zatrudnia się ludzi niekompetentnych, a miasto funkcjonuje coraz gorzej. Wtedy mieszkańcy mają prawo się bulwersować, zadawać pytania i szukać wyjaśnień. Jeżeli wszystko działa sprawnie, mieszkańca nawet nie będzie interesowało, kto zajmuje dane stanowisko – bo będzie zadowolony z jakości usług. Dyskusja o kolesiostwie zaczyna się moim zdaniem wtedy, gdy miasto jest źle zarządzane, gdy ludzie są niezadowoleni. Nie znam opozycji, która powiedziałaby, że coś działa dobrze. Zawsze będą padać zarzuty w kierunku rządzących. Ja staram się mówić konkretnie. Kiedy krytykowałem Strefę Czystego Transportu, wskazywałem konkretne błędy. Przy jej wprowadzeniu skupiano się przede wszystkim na aspekcie środowiskowym, ale zabrakło analiz społecznych i gospodarczych. Nie było odpowiedzi na pytanie, jaki wpływ strefa będzie miała na codzienne życie zwykłych mieszkańców i przedsiębiorców. Przy pierwszej uchwale nie potrafiono nawet określić, ile samochodów zostanie wykluczonych przez SCT. Tak nie powinno się tworzyć prawa. We wszystkich kwestiach dotyczących miasta i jego mieszkańców mój głos w dyskusji jest zawsze merytoryczny. Przejdźmy do przyszłości. W czym Michał Drewnicki jest lepszy od Bartosza Bocheńczaka z Konfederacji? Ma ogromne doświadczenie samorządowe. Przez lata uczestniczył w procesach decyzyjnych dotyczących miasta i zna funkcjonowanie Krakowa od środka. Moim zdaniem jest najlepiej przygotowany spośród dotychczas zgłoszonych kandydatów. Michał Drewnicki podczas rozmowy z mieszkańcami Przed chwilą wymienił Pan też cechy, które wielu przypisałoby Łukaszowi Gibale. W czym Drewnicki jest od niego lepszy? Na razie Łukasz Gibała nie zdecydował się na start, ale jeśli chodzi o różnice w podejściu do polityki miejskiej to dobrym przykładem jest Strefa Czystego Transportu. Drewnicki od początku był jej przeciwnikiem i głosował przeciwko. Z tego co pamiętam, Gibała początkowo ją popierał, a w kolejnym głosowaniu się wstrzymał. To jeden z przykładów odmiennego podejścia do tematów ważnych dla miasta i jego mieszkańców. Wierzy Pan, że Drewnicki może wyprzedzić Gibałę w pierwszej turze? Na to liczę. Postawiłby Pan na to 500 złotych? Nie obstawiam zakładów. Uważam natomiast, że te wybory będą inne niż poprzednie. Mam nadzieję, że mieszkańcy będą kierować się merytoryczną oceną kandydatów. Referendum pokazało, że krakowianie mają własne zdanie i potrafią podejmować samodzielne decyzje. Wielu uważało, że referendum w Krakowie się nie uda, a jednak się udało. Dokonało się coś niemożliwego, bo w dużych miastach referenda zazwyczaj się nie udają. Jestem przekonany, że mieszkańcy najlepiej wiedzą, jakiej zmiany oczekują. Czyli liczy Pan na to, że wydarzy się kolejna „niemożliwa” rzecz i kandydat PiS wygra wybory w Krakowie? Jest taka szansa, a ja mam zamiar w tym pomóc. ZOBACZ TAKŻE: Miszalski jako obciążenie w kampanii? Padły zaskakujące słowa [WYWIAD]

Więcej…

Miszalski jako obciążenie w kampanii? Padły zaskakujące słowa [WYWIAD]

Miszalski jako obciążenie w kampanii? Padły zaskakujące słowa [WYWIAD]

24 czerwca 2026 | 10:27

– Myślałem, że Olek po tej naprawdę trudnej, wyczerpującej i zakończonej porażką kampanii referendalnej poświęci trochę czasu na odpoczynek, a nie na szukanie nowych projektów politycznych – mówi nam polityczny weteran, członek Koalicji Obywatelskiej, Grzegorz Lipiec*. Czy Aleksander Miszalski pomoże Monice Piątkowskiej wygrać wybory czy raczej pogrąży ją na dobre? Czy partia powinna odciąć się od byłego prezydenta, czy może jego wiedza to ostatnia deska ratunku dla nowej kandydatki? Nasz rozmówca zdradza, jak wygląda zakulisowa walka o przyszłość małopolskiej Koalicji. *** Kanał Krakowski: Odetchnął pan z ulgą? Grzegorz Lipiec: Nie, bo Koalicja w regionie bardzo osłabła. Teraz jest czas, żeby ją przebudować, odbudować i ustrukturyzować. Musimy scalić region, połączyć siły i pokazać, że możemy osiągać znacznie lepsze wyniki niż dotychczas. To jest zadanie postawione przez naszego szefa Donalda Tuska. Ponoć wykonawcami tego zadania będzie pan wespół z Markiem Sową. Nic mi o tym nie wiadomo, a komisarzem w małopolskiej Koalicji jest Dorota Niedziela. Grzegorz Lipiec Czyli to tylko plotki? Jestem wymieniany w gronie ludzi, którzy znają region. Jestem, przypomnę, cztery razy wybrany radnym sejmiku województwa małopolskiego. Mam też doświadczenie jako jeden z członków zarządu województwa, jako były parlamentarzysta, więc oczywiście jeżeli ktoś będzie chciał wykorzystać moje umiejętności, możliwości, to jestem do dyspozycji. A doszło do nieformalnego sojuszu między panem a Markiem Sową? Z Markiem Sową, tak jak z innymi parlamentarzystami, rozmawiam i rozmawia nam się dobrze. Szukamy rozwiązań tej sytuacji, która nastąpiła po referendum w Krakowie. Ale Marek nie jest jedyną osobą, z którą rozmawiam. Myślę, że osobą która ma bardzo dobre kontakty w całym regionie, jest Grzegorz Małodobry, przewodniczący naszego klubu w sejmiku. On byłby najlepszym szefem małopolskiej KO? Tego nie powiedziałem. Szefem jest Dorota Niedziela i może być tak, że to ona będzie nowym szefem struktur. O tym jednak musimy zdecydować w gronie parlamentarzystów, przy współudziale radnych wojewódzkich i miejskich. Będziemy szukać najlepszych rozwiązań. Niedziela wydaje się być bardziej zainteresowana polityką krajową niż lokalną. To nie jest nic złego. Jest znakomitym marszałkiem, jestem dużym fanem jej umiejętności prowadzenia obrad oraz tego, co robi jako parlamentarzystka. Czy będzie chciała się zaangażować w dłuższej perspektywie w partyjne sprawy regionu? Tego nie wiem. A jakie scenariusze są możliwe? Pierwszoplanowa sprawa na najbliższe miesiące to oczywiście wybory prezydenckie w Krakowie. Na nich trzeba się skoncentrować. Musimy poszukać możliwości pozyskania wyborców, odzyskania zaufania i poszukać takich rozwiązań, które dadzą zwycięstwo naszej kandydatce. Równolegle trzeba też popracować nad naszym zaufaniem w regionie, przebudować struktury i być może poszukać ludzi, którzy do tej pory byli w cieniu. Aleksander Miszalski był dobrym szefem struktur? Był odpowiedzialnym szefem struktur. Choć po tym, gdy został prezydentem, miał znacznie mniej czasu, a jego uwaga koncentrowała się głównie na sprawach Krakowa. Może więc, skoro przestał być prezydentem, powinien nadal być szefem małopolskiej KO? Jednym ze scenariuszy, który był pewnie przez niego rozważany, była jego dobrowolna rezygnacja z funkcji szefa struktury. Wtedy władze regionalne prawdopodobnie nadal by trwały bez komisarza. Ale stało się inaczej. Zarząd krajowy rozwiązał strukturę. Myślałem, że Olek po tej naprawdę trudnej i wyczerpującej kampanii referendalnej i – jakby na to nie patrzeć – zakończonej porażką – poświęci trochę czasu na odpoczynek, a nie na szukanie nowych projektów politycznych. Czyli zrobił błąd, że już kilka dni po referendum zadeklarował gotowość do tego, że zaangażuje się w kampanię? Uważam, że nie powinien udzielać zbyt licznych wywiadów. Zresztą on to chyba dość szybko zrozumiał i też uznał, że to nie służy ani niemu, ani organizacji. Czyli powinien, mówiąc kolokwialnie, się schować? Nie tyle schować, co odpocząć i wrócić po pewnym czasie. Bo przecież on nie zrobił niczego złego. Krakowianie uznali inaczej. Chodzi mi o to, że nie zrobił niczego niezgodnego z prawem. Popełnił kilka błędów, do których sam się zresztą przyznaje, ale nie są one takiego kalibru, by miały go pogrążyć na wieki. Na przykład? Nie jest żadną tajemnicą, że przez część środowiska był namawiany do tego, żeby Strefa Czystego Transportu była bardzo mocno ograniczonym projektem. SCT ma mnóstwo zwolenników, ale w referendum akurat potrzebni nie są zwolennicy, tylko potrzebne jest zneutralizowanie ludzi, którzy krytycznie byli do tego nastawieni. A on ich nie neutralizował, więc poszli do referendum. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik Miszalski był lepszym prezydentem czy szefem partii? Tu i tu się starał, ale nie powinien łączyć tych funkcji. Dodatkowo, nie powinien szczególnie słuchać niektórych doradców. A powinien się teraz zaangażować w kampanię Moniki Piątkowskiej? Na pewno jego podpowiedzi dotyczące funkcjonowania miasta mogą być cenne, natomiast pewnie nie powinien być teraz frontmanem. Jest obciążeniem dla kandydatki? Jest nadal sporo zwolenników prezydentury Miszalskiego, więc wykorzystanie wiedzy Olka w kampanii może być przydatne. Na pewno należy wykorzystać jego wiedzę o mieście. Myślę, że wie też, gdzie popełnił błędy i może podpowiedzieć, czego unikać. Więc na pewno wykorzystanie Olka w kampanii jest ze wszech miar wskazane. Natomiast pytanie, czy powinien się pokazywać za plecami Moniki Piątkowskiej. Powinna się odciąć od Miszalskiego? Nie, nie powinna się odcinać. Powinna pokazywać to, co było dobre i co Krakowianie doceniali w tej kadencji, a jednocześnie unikać błędów, które Aleksander sam uważa, że popełnił. Zarówno w kampanii, jak i podczas prezydentury Miszalski kładł nacisk na współpracę z rządem. Opowiadał, że dzięki temu będą pieniądze na inwestycje, a ostatecznie niewiele z tego wyszło. O współpracy z rządem mówiła też Piątkowska podczas swojej pierwszej konferencji w Krakowie. Dlaczego wyborcy mieliby jej uwierzyć? Monika jest na dziś w parlamencie, ma bardzo dobre relacje z liderami Koalicji Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Olek nie był na miejscu, w Warszawie, więc musiał się tam pojawiać trochę w roli petenta i prosić o pewne działania rządu dla Krakowa. I część rzeczy mu się udało zrobić. Natomiast kilka pozostało nierozwiązanych, jak choćby ustawa metropolitarna, pieniądze na metro czy opłata turystyczna. To wszystko jest do nadrobienia i myślę, że Monika jest w stanie przekonać do tego odpowiednie osoby w obecnym układzie rządzącym. Monika Piątkowska Piątkowska to wasza najlepsza kandydatka? Jest naszą kandydatką wybraną przez władze krajowe i będziemy robić wszystko, żeby jej wynik był jak najlepszy, czyli żeby została prezydentką. Ma duże doświadczenie w sprawach miejskich, więc jeśli otoczy się ludźmi, którzy pomogą jej w tej kampanii, to ma szansę na wygraną. Wszystko jednak w rękach mieszkańców, dlatego podchodzę do tego z dużą pokorą. Zapytałem, czy jest najlepszą kandydatką, czy wskazałby pan lepszą kandydaturę. Nie wskazałbym. Uważam, że Monika jest najlepszą kandydatką, która zdecydowała się na start w wyborach. Oczywiście możemy sobie opowiadać o mitycznych profesorach czy byłych rektorach, ale ostatecznie kandydatem musi być osoba zdeterminowana i z pomysłem na kampanię i miasto. Jaka jest najmocniejsza strona Piątkowskiej? Determinacja! Ona ma – jak to się mówi w sporcie – ciąg na bramkę. Po prostu chce to wygrać. A najsłabsza? Najsłabsza strona obecnie to… wynik referendum, który jest obciążeniem dla naszej organizacji. Musimy to zbadać, przeanalizować i zastanowić się, jak pozyskać także tych wyborców, którzy głosowali w referendum. Wśród tych osób są przecież wyborcy Koalicji Obywatelskiej i musimy poszukać rozwiązań, by odzyskać ich zaufanie. Piątkowska ma „większy ciąg na bramkę” niż Łukasz Gibała? Gibała też jest na pewno zawzięty i ma doświadczenie startu w różnych wyborach, bo przypomnę, że startował do Sejmu, do Senatu, do Sejmiku… Czasem wygrywał, ale ostatnio częściej przegrywał. Myślę jednak, że osoba, która nie jest faworytem – a Monika nie jest – jest bardziej zdeterminowana niż Łukasz. Według sondaży to Gibała ma największe szanse, by zostać prezydentem. Gdyby wierzyć sondażom, pewnie teraz Gibała byłby w trakcie drugiej kadencji. No właśnie, badania badaniami, ale w rzeczywistości to się różnie układało. Ostatecznie decydują wyborcy, dlatego – jak wspominałem – potrzeba dużo pokory. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik To jaka jest najmocniejsza i najsłabsza strona Gibały? Znam Łukasza jeszcze z czasów Platformy, ale także z jego późniejszych aktywności, i zawsze imponował mi umiejętnością analitycznej matematyki. Myślę, że to jest jego najmocniejsza strona. A jako najsłabszą wskazałbym to, że niezbyt dobrze się czuje na wiecach, przemawiając do dużych grup. Porywanie tłumów to nie jest jego naturalne środowisko. Brakuje mu charyzmy? Tego nie powiedziałem. Jedynie, że nie jest politykiem wiecowym. Gdyby miał pan w kieszeni luźny tysiąc złotych, to na kogo by pan postawił? Obstawiłbym tam, gdzie można wygrać więcej. Myślę, że dziś na Monikę Piątkowską byłby wyższy kurs niż na Łukasza Gibałę, bo to on jest faworytem. Czyli większa wygrana, ale i większe ryzyko przegranej. Wierzę jednak, że Monika wygra te wybory. *** Grzegorz Lipiec *Grzegorz Lipiec - wieloletni radny województwa małopolskiego, były członek zarządu województwa małopolskiego, były poseł na Sejm oraz były szef Platformy Obywatelskiej w Małopolsce. ZOBACZ TAKŻE: Sensacyjny powrót Majchrowskiego? „Gibała dostałby swoje paliwo wyborcze” [WYWIAD]

Więcej…

Czy kandydaci na prezydenta nas oszukują? Kulisy manipulacji danymi [WYWIAD]

Czy kandydaci na prezydenta nas oszukują? Kulisy manipulacji danymi [WYWIAD]

23 czerwca 2026 | 07:48

– Wierzę tylko w te "wewnętrzne sondaże", które zmyśliłem – mówi nam politolog i członek Klubu Jagiellońskiego Tomasz Synowiec*. Nasz ekspert odsłania kulisy manipulacji badaniami oraz analizuje toczącą się w Krakowie prekampanię: kto komu odbiera głosy, jakie znaczenie ma polityczny plankton oraz dlaczego Łukasz Gibała na pewno wystartuje w tych wyborach, choć jeszcze tego nie ogłosił. – To jest hamletyzowanie i przeciąganie ogłoszenia decyzji, która już została podjęta. A fakt, że te wybory się opóźniają, nawet działa na korzyść Gibały – twierdzi Synowiec. *** Kanał Krakowski: Kto wygra wybory w Krakowie? Tomasz Synowiec: To nie jest ciągle rozstrzygnięta sprawa, ale gdybym dzisiaj musiał na kogoś postawić pieniądze, to stawiam na Łukasza Gibałę. Który jeszcze nawet nie ogłosił, że będzie startował. Tak, ale wiemy, że ogłosi. Gdyby tego nie zrobił, byłaby to największa niespodzianka w polskiej polityce! Tomasz Synowiec Na dziś chęć startu wyraziło aż 13 kandydatów. O czym to świadczy? Że te wybory mają dużą ekspozycję, duży zasięg medialny oraz o tym, że rejestracja kandydatury jest stosunkowo łatwa, bo wystarczy zebrać 3 tysiące podpisów i już się można rejestrować. Te wybory dają nie tylko ekspozycję w mediach lokalnych, ale i ogólnopolskich. No i na przykład, jak taki Marian Banaś zgłasza swoją kandydaturę, to oczywiste jest, że on nie będzie walczył o prezydenturę Krakowa, ale chce wejść do polityki ogólnopolskiej. To porozmawiajmy o tym politycznym szrocie, czyli o kandydaturach wspomnianego Banasia, Marty Ratuszyńskiej, Grażyny Świat, Łukasza Wantucha czy Rafała Komarewicza. Ich ewentualny start ma jakiekolwiek znaczenie czy to tylko lokalny folklor? To jest folklor, ale paradoksalnie politycznie może mieć znaczenie dla wyniku całych wyborów. Jeśli już zbiorą podpisy i ostatecznie się zarejestrują, to zdobyte przez nich głosy mogą okazać się istotne w drugiej turze. Przypomnę, że Aleksander Miszalski wygrał z Łukaszem Gibałą różnicą około 5 tysięcy głosów. I gdyby teraz też doszło do takiej sytuacji, że wynik jest bardzo bliski, to wtedy kilku teoretycznie nieznaczących kandydatów popierających czy to jednego, czy drugiego kandydata w drugiej turze, może przesądzić o wygranej. Elektorat osoby, która w pierwszej turze dostała 1% głosów, może być cenny dla tych, którzy walczą w drugiej turze. Poza tym dobrze wygląda w mediach, gdy czytamy, że na przykład pięciu kandydatów poparło kandydata X. Na tym etapie wielu kandydatów walczy w sporej części o podobny, a czasem nawet i ten sam elektorat. Na prawicy jakiś procent wyborców zabierają sobie choćby Michał Drewnicki z PiS i Bartosz Bocheneczek z Konfederacji. Przewagą Drewnickiego będzie na pewno fakt, że jest radnym, politykiem zaangażowanym lokalnie. Z kolei Bocheńczak będzie mógł nadrabiać swoim doświadczeniem sztabowym, bo był szefem kilku kampanii Konfederacji oraz szefem kampanii wyborczej Sławomira Mentzena. A kto w większym stopniu zgarnie głosy lewicy: Daria Gosek-Popiołek czy Aleksandra Owca? Myślę, że więcej osób zagłosuje na Gosek-Popiołek, z tego względu, że ona jednak jest już mocniej zakorzeniona w świadomości mieszkańców Krakowa. Bardzo długo tu działała. Trzeba pamiętać, że ona już kiedyś kandydowała na prezydentkę i dostała wtedy niecałe 2% głosów, ale to było dość dawno temu. Od tego czasu została posłanką i bardzo aktywnie działała lokalnie i społecznie. Była tak popularną posłanką, że z drugiego miejsca na liście zdobyła lepszy wynik niż „jedynka” i ponownie zaraz weszła do parlamentu. No i też długo była szefową Razem w Krakowie. Aleksandra Owca przejęła tę funkcję dopiero po tym, jak w partii Razem nastąpił rozłam i Gosek-Popiołek postanowiła pozostać w Nowej Lewicy. To stosunkowo krótki okres. Jest osobą dużo młodszą, dużo mniej rozpoznaną w działaniu. Podejrzewam, że oczywiście odbierze trochę głosów Gosek-Popiołek, ale podejrzewałbym, że jednak to pani poseł będzie liderką szeroko pojętej lewicy w Krakowie. Daria Gosek-Popiołek i Aleksandra Owca / fot. wikimedia A Monika Piątkowska czy Daria Gosek-Popiołek? Częściowo na pewno będą rywalizowały o ten sam elektorat, ale tylko częściowo. Bo wydaje mi się, że kandydatka Nowej Lewicy jest o tyle specyficzna, że będzie zabierała elektorat jednocześnie i Piątkowskiej i Gibale. Elektorat Gibały to jest też w dużej części właśnie elektorat Nowej Lewicy z wyborów parlamentarnych. No i Daria Gosek-Popiołek przecież aktywnie wspierała Łukasza Gibałę w ostatniej kampanii. Była, można powiedzieć, jedną z głównych twarzy jego ruchu. To powoduje, że w elektoracie Gibały będzie wiarygodna. Pytanie, czy w tym lewicowym elektoracie Gibały, wiarygodny będzie sam Gibała, który jednak w ostatnim czasie zaczął romansować z prawicą. No tak, i to będzie pomagało Gosek-Popiołek. To ona wyrwie Gibale część wyborów. Kolejną część zabierze też Piątkowska, bo te przepływy na linii Gibała – Koalicja Obywatelska, nawet przy tym zaciętym sporze, to jednak są. Piątkowska powinna też grać w innej lidze niż Gosek-Popiołek, choćby tylko dlatego, że jest kandydatką KO, a to wciąż powoduje, że w Krakowie z automatu staje się jedną z faworytek w wyścigu o fotel prezydenta. Więc jeżeli nie będzie jakiejś spektakularnej katastrofy, która ściągnie Piątkowską w otchłań, to wydaje mi się, że pani senator będzie miała zdecydowanie wyższe poparcie niż Gosek-Popiołek. A co z kandydatami, którzy budują swoją rozpoznawalność na krytykowaniu władzy? Mam na myśli Jana Hoffmana i Łukasza Gibałę. Hoffman wypłynął na tym referendum, pewną rozpoznawalność. Jego przewaga może polegać na tym, że nie ma tak dużo negatywnego elektoratu, jak ma Gibała, ale on też nie ma za bardzo elektoratu pozytywnego. Był co prawda liderem referendum, choć cała ta inicjatywa nie skupiała się mocno na nim. Oczywiście pojawiał się w mediach, ale jednak to referendum miało wizerunek szerokiego porozumienia i wydźwięk, że wszyscy przeciwko Miszalskiemu. Jak popatrzymy na to, kogo atakowała KO w kontekście referendum, to jednak był to Gibała, a nie Hoffman. Jan Hoffman Gdyby Gibała nie wystartował, to Hoffman miałby szansę ukraść te głosy? Część na pewno, ale nie wiadomo, jak dużą. Elektorat Gibały wymyka się normalnym codziennym podziałom politycznym w Polsce, bo on próbuje od wielu lat zostać prezydentem, w związku z czym długo pracował na swoich wyborców. Natomiast, w przypadku gdyby się nie zdecydował wystartować, to te głosy się bardzo podzielą między różnych kandydatów. Którzy jeszcze kandydaci odbierają sobie elektorat? Na pewno jest rywalizacja konfederacka, gdzie – poza Bocheńczakiem – mamy pana Klimka z Konfederacji Korony Polskiej. Przecież to polityczny szrot. Kandydat na mniej niż 1% poparcia. To nie jest Grzegorz Braun. To nawet nie jest Adam Harańczyk, od lat obecny na krakowskiej scenie politycznej. Tylko, że nigdy i nigdzie nie mieliśmy sprawdzonego, jak zachowuje się elektorat Grzegorza Brauna, kiedy kandydatem nie jest Grzegorz Braun. Czy ten elektorat będzie wierny, czy on w takiej sytuacji się rozpłynie? Możemy stawiać różne hipotezy, ale może będzie tak, że 4% wyborców, które głosowało w wyborach prezydenckich na Brauna, teraz karnie pójdzie na Michała Klimka. Nie mam w tej chwili żadnych narzędzi, żeby to zweryfikować, to są czyste spekulacje. A propos różnych narzędzi i danych: czy można wierzyć wewnętrznym sondażom, które są zlecane przez poszczególnych kandydatów? Wewnętrzne sondaże teoretycznie nie powinny się różnić specjalnie od tych oficjalnych, natomiast jak widzę wewnętrzne sondaże, które wyciekają to wiem, że mogą być podkręcone lub mają sprzedać jakąś historię. Parafrazując więc słowa Winstona Churchilla, patrząc na tak zwane „wewnętrzne sondaże”, wierzę tylko w te, które sam zmyśliłem. ZOBACZ TAKŻE: Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!   Myśli Pan, że ktoś naprawdę zmyśla te sondaże? Nie chodzi o to, że dane są zmyślone, ale o to, że metodologia albo forma zadawania pytań jest taka, żeby wyszło to, co kandydat chciałby, żeby wyszło. Na przykład, zadaje się pytanie: "czy rozważyłby Pan/Pani zagłosowanie na partię X?", i wtedy wychodzą jakieś duże liczby, które wcale nie odzwierciedlają poparcia. Ale rozważenie poparcia nie jest równoznaczne z poparciem. No i to jest oczywiście jeden z przykładów. Inny jest choćby taki, że dostajemy wyniki badania, jak zagłosowałby Pan/Pani w wyborach, ale nie wiemy, że wcześniej było zadane 10 pytań, które miały nakierować ankietowanego na odpowiedź. Nie jestem więc w stanie uwierzyć takim badaniom „wewnętrznym”. Traktuję te sondaże wyłącznie jako spin polityczny. Co w takim razie wiemy na dziś, skoro nie wiemy nawet, czy wystartuje faworyt Gibała? Ja będę się jednak upierał, że to jest hamletyzowanie i przeciąganie. Gibała się w tej chwili nie musi deklarować, nie ma takiej potrzeby, a fakt, że te wybory się opóźniają, nawet działa na jego korzyść. Łukasz Gibała Dlaczego? Bo wszyscy wystartowali już z kampanią, zaczęli wydawać przygotowane na to pieniądze, a Gibała tego nie musi robić. Poza tym, gdyby już ogłosił start, znalazłby się w ogniu ataków jako główny kontrkandydat. A tak to trudno atakować kandydata, który jeszcze nie zadeklarował chęci startu. Nie musi tego robić także z tego powodu, że w Krakowie wszyscy wiedzą, kim jest Gibała, więc nie musi się promować. A inni wystartowali już z przekazem: "my tu walczymy o wasze głosy, poznajcie nas". No i na koniec, dochodzi do tego taka prozaiczna, ludzka rzecz: Łukasz Gibała był zaangażowany w kampanię referendalną, a taka kampania jest męcząca, więc teraz może sobie odpocząć, zająć się sprawami prywatnymi, podomykać je na spokojnie i wejść w kampanię z pozycji lidera, będąc wypoczętym. I to w momencie, gdy reszta kandydatów będzie już po długiej prekampanii. Jest Pan przekonany, że ten scenariusz się sprawdzi? Jestem przekonany, że Gibała wystartuje na 99,9%. *** * Tomasz Synowiec - politolog. Ekspert Instytutu Demokracji Bezpośredniej. Członek Klubu Jagiellońskiego. Autor podcastu Rytm Polityki. ZOBACZ TAKŻE: Sensacyjny powrót Majchrowskiego? „Gibała dostałby swoje paliwo wyborcze” [WYWIAD]

Więcej…

Sensacyjny powrót Majchrowskiego? „Gibała dostałby swoje paliwo wyborcze” [WYWIAD]

Sensacyjny powrót Majchrowskiego? „Gibała dostałby swoje paliwo wyborcze” [WYWIAD]

20 czerwca 2026 | 10:43

– Gibała nie ma własnego, stałego elektoratu. On ma elektorat „pożyczony”. Połowa jego wyborców z 2024 roku to byli wyborcy PiS i Konfederacji. Kolejna cześć to wyborcy Nowej Lewicy i Razem, które nie miały wtedy swoich kandydatów. Teraz te ugrupowania wystawiły swoje kandydatki i mogą odebrać mu część głosów – mówi nam Marcin Duma, analityk polityczny oraz założyciel Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS. W wywiadzie z Łukaszem Mordarskim analizuje różne polityczne scenariusze dla Krakowa. Nasz ekspert uważa, że paliwem dla wiecznego kandydata mógłby być start w wyborach... Jacka Majchrowskiego. – Dla Gibały, który przez 16 lat grał głównie w destrukcji, byłaby to wymarzona sytuacja: miałby znowu swój cel do krytykowania – uważa szef IBRiS-u. *** Kanał Krakowski: W jaki sposób przesuwanie albo raczej przeciąganie terminu wyborów na prezydenta Krakowa wpłynie na ich wynik? Marcin Duma: Z całą pewnością termin wyborów będzie mocno oddziaływał na krakowską politykę. Na początku mówiło się o terminie sierpniowo-wrześniowym, teraz – z powodu protestów referendalnych – ta perspektywy wydłużyła się już nawet i do października. A to bardzo istotna zmienna. W wakacje mniej interesujemy się polityką, więc można założyć, że frekwencja byłaby niższa. Tym bardziej, że z punktu widzenia Krakowa, jako ośrodka akademickiego, kluczowi są studenci. Są aktywni wyborczo, mają swoje preferencje, a ich brak w mieście we wrześniu mógłby sprawić, że wyniki wyborów wyglądałyby zupełnie inaczej. Marcin Duma Kto na tym zyskuje, a kto traci? Na podstawie badań możemy to zrekonstruować. Przy mniejszym udziale studentów, największe straty poniosłyby takie ugrupowania jak Konfederacja – mam tu na myśli głównie męską część społeczności akademickiej – oraz lewica, ze szczególnym uwzględnieniem partii Razem. To są ugrupowania, które chciałyby, żeby wybory odbyły się później, gdy studenci będą już w mieście. Czyli wniosek jest taki, że młodzi ludzie głosują generalnie na skrajności: albo z lewej, albo z prawej strony sceny politycznej? Nawet nie tyle na skrajności, co na „partie nowego wzoru”. Jeśli popatrzymy na ostatnie wybory parlamentarne w grupie 18-29 lat, udział „młodych „ ugrupowań jest tam dużo wyższa. Z kolei w ostatnich wyborach prezydenckich na Rafała Trzaskowskiego czy Karola Nawrockiego zagłosowało trochę ponad 23% tej grupy, natomiast Sławomir Mentzen i Adrian Zandberg absolutnie ją zdominowali. Kto jest faworytem wyborów w Krakowie? To trudne pytanie, głównie dlatego, że wciąż nie znamy pełnej stawki. Potencjalny faworyt, czyli Łukasz Gibała, konsekwentnie unika odpowiedzi, czy wystartuje, zarysowując różne scenariusze. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Dlaczego to robi?  Po pierwsze, kampania nie została jeszcze formalnie ogłoszona. Po drugie, to wahanie buduje zainteresowanie wokół niego. Po trzecie, jest też element szerszej strategii politycznej: pamiętajmy, że krakowianie nie będą wybierać prezydenta na pełną kadencję, tylko na mniej więcej dwa i pół roku. Nie wybierają też nowej Rady Miasta, więc przyszły prezydent odziedziczy układ po prezydencie Aleksandrze Miszalskim. Dla Łukasza Gibały, który o fotel prezydenta stara się od 16 lat, wygrana w takim układzie nie jest optymalnym scenariuszem. Przez dwa i pół roku, z nieprzychylną Radą Miasta, trudniej będzie osiągnąć spektakularny sukces i sprostać oczekiwaniom krakowian, które po erze Jacka Majchrowskiego są przecież ogromne. Czy badania pokazują, że krakowianie oczekują rewolucji? Mamy starcie dwóch wizji, które dzielą Kraków mniej więcej pół na pół. Z jednej strony mamy rewolucyjny, miejski antysystem, który uosabia Łukasz Gibała. To ruch, który ma doprowadzić do sporego przewartościowania polityk miejskich. Z drugiej strony są ludzie, którzy oczekują stabilności i spokoju. Na razie ten antysystem skupia się głównie na krytykowaniu wszystkiego i wszystkich. Na tym właśnie polega bycie antysystemowym, to jego modus operandi. Czy to oznacza, że Łukasz Gibała nie ma zdolności budowania? Tego nie wiemy. Natomiast przez 16 lat grał głównie w destrukcji, budując swoją pozycję jako antyteza Jacka Majchrowskiego. Dzisiaj Majchrowskiego nie ma, a Gibała musi szukać punktu zaczepienia. Gdy jego środowisko mówi, że Monika Piątkowska jest przedłużeniem starego układu, to wyraźnie widać, że Gibała po prostu musi mieć chociaż namiastkę Jacka Majchrowskiego. Kiedy on znika, znika też sens istnienia jego antytezy. To pewien problem dla Gibały. Mimo to, Gibała jest liderem sondaży. Na razie było bardzo niewiele badań, więc trudno się do tego odnieść. Gibała ma najwyższe poparcie, ale to nie oznacza zwycięstwa w pierwszej turze. Co więcej, liczba zgłaszających się kandydatów wpływa na jego szanse. Gibała nie ma własnego, stałego elektoratu – on ma elektorat „pożyczony”. Połowa jego wyborców z 2024 roku to byli wyborcy PiS i Konfederacji. Kolejna cześć to wyborcy Nowej Lewicy i Razem, które nie miały wtedy swoich kandydatów. Teraz te ugrupowania wystawiły swoje kandydatki i mogą odebrać mu część głosów. Czy możliwy jest scenariusz, że Gibała nie wchodzi do drugiej tury? Jest na to niezerowa szansa, choć dzisiaj wydaje się, że jeśli Gibała wystartuje, jest absolutnym faworytem do wejścia do drugiej tury i faworytem w samym finale. A kto mógłby się w niej znaleźć obok niego? Duża liczba kandydatów spłaszczy wyniki całej stawki. Na pewno liczy się Monika Piątkowska, bo poparcie dla Koalicji Obywatelskiej w Krakowie nie zniknęło. Dobrze może poradzić sobie też Daria Gosek-Popiołek. Szans nie jest pozbawiony Michał Drewnicki. Jednak bardzo duża grupa wyborców, nawet tych zdecydowanych by wziąć udział w głosowaniu, nie ma pojęcia, na kogo oddać głos. To oznacza, że kampania będzie miała ogromne znaczenie – około jedna czwarta wyborców jest dzisiaj niezdecydowana. Monika Piątkowska Wspomniał pan Darię Gosek-Popiołek. Dlaczego wyborcy lewicy mieliby zagłosować na nią, a nie na Aleksandrę Owcę, która też jest z lewicy? Warto wskazać na dwa elementy. Daria Gosek-Popiołek jest zakorzeniona w krakowskiej polityce od dłuższego czasu. Aleksandra Owca jest postacią relatywnie nową. Majchowski mówił nawet w jednym z wywiadów, że jej nie zna, na co Owca się oburzyła. Politycy często mają wrażenie, że wszyscy ich znają, podczas gdy rzeczywistość wygląda tak, że większość krakowian nie ma zielonego pojęcia, kim jest Aleksandra Owca. Ona dopiero pracuje na swoją rozpoznawalność Może jest jakiś kandydat, który mógłby pogodzić całe to towarzystwo w tych przyśpieszonych wyborach?  Paradoksalnie, taką osobą mógłby być… Jacek Majchrowski. Choć pewnie wielu polityków mówiłoby, że to koszmar, to dla takiego Łukasza Gibały byłaby to wymarzona sytuacja – miałby znowu swój cel do krytykowania. Dostałby nowe paliwo? Mógłby bez limitu tankować stare. Czyli mógłby jeździć po Krakowie starym dieslem, bez konieczności inwestowania w elektryka. I dla innych kandydatów takie wejście Majchrowskiego na dokończenie tej kadencji także byłoby najlepszym rozwiązaniem, bo dziś wszyscy sprzedają nam tylko obietnice, których najpewniej nie da się zrealizować w dwa lata. Dla samego miasta, przy dwóch i pół roku kadencji, w której nie wydarzy się nic wielkiego, osoba znająca urząd mogłaby po prostu ustabilizować kurs. To byłby doświadczony „prezydent-administrator”, a nie prezydent-wizjoner, ale pozwoliłoby to na spokojne przygotowanie do prawdziwych wyborów za dwa i pół roku. Jednak jest to scenariusz z gatunku science fiction. Jacek Majchrowski / fot. UMK A jaki jest najbardziej realny scenariusz? Wariantowy. Wszystko zależy od decyzji Łukasza Gibały. Zaryzykowałbym tezę, że jeśli zdecyduje się wystartować, to powinien to wygrać. Zgadza się pan z Donaldem Tuskiem, który wskazał na duet Gibała-Piątkowska w drugiej turze? Jeśli analizujemy modele statystyczne oparte na danych z ostatniej dekady, to teza Tuska bardzo dobrze się broni – kandydat Koalicji Obywatelskiej ma największe szanse na drugą turę obok Gibały. Pytanie tylko, czy Piątkowska będzie w stanie skonsolidować elektorat KO, czy wyborcy, trochę „spłoszeni” sytuacją po referendum, nie przestawią się na kogoś innego. A jeśli Gibała nie wystartuje? Wtedy robi się naprawdę ciekawie! Mamy wtedy przynajmniej trójkę kandydatów: Monikę Piątkowską, kandydata PiS Michała Drewnickiego, Darię Gosek-Popiołek, a za nimi czai się jeszcze Jan Hoffman. Wówczas o wszystkim zdecyduje twarda kampania wyborcza. Myśli pan, że Gibała już podjął decyzję tylko zwleka z jej ogłoszeniem? Moje doświadczenia wskazują, że politycy rzadko przywiązani są twardo, wyłącznie do jednego scenariusza. Reagują raczej na zmieniające się okoliczności i mają szerszy wachlarz planów "ewentualnościowych". Gibała pewnie ma w głowie rozrysowane konkretne warianty, ale zrekonstruowanie, jakie są dokładne kryteria wyboru określonego scenariusza, to obecnie największa zagadka, a być może nawet i najpoważniejsza zagwozdka samego Łukasza Gibały. Może się jednak okazać, że właśnie ta elastyczność Gibały, której zresztą zabrakło mu wiosną 2024, stanie się teraz jego największa siłą. ZOBACZ TAKŻE: Wielka ściema Gibały? Ujawniamy, dlaczego wciąż udaje, że nie wie, czy wystartuje

Więcej…

Ujawnił prawdę o imigrantach w Krakowie. Teraz drży o własne życie [WYWIAD]

Ujawnił prawdę o imigrantach w Krakowie. Teraz drży o własne życie [WYWIAD]

18 czerwca 2026 | 16:16

Czy w Krakowie można dostać „kosę w plecy” za cytowanie uniwersyteckiego raportu? Adam Łaczek ujawnił twarde dane o imigrantach, które zburzyły propagandę Ruchu Narodowego. W efekcie przestał sypiać w nocy, a sprawą gróźb zajmuje się już prokuratura. W rozmowie z Kanałem Krakowskim krakowski aktywista odnosi się do pomysły tak zwanych patroli obywatelskich, które proponuje lider Ruchu Narodowego.  – Jakim cudem grupa osiłków ma weryfikować legalność pobytu kogokolwiek? – pyta retorycznie. *** Kanał Krakowski: Ogląda się pan za siebie? Adam Łaczek: Szczerze mówiąc, to tak. I to naprawdę. Uważam, że to zagrożenie, że dostanę „kosę w plecy” – o czym pisano w komentarzach na Facebooku – jest realne. Naprawdę czuję się zagrożony. Zgłosiłem tę sprawę do prokuratury i czekam na decyzję organów ścigania. Adam Łaczek Skąd te groźby w pana kierunku? Zaczęło się od tego, że polityk Ruchu Narodowego [Piotr Bartosz – dop. autor] obiecał jakieś patrole obywatelskie i straszył inwazją muzułmanów. Byłem ciekawy, jak to wygląda w Krakowie w rzeczywistości, więc zacząłem szukać danych. Znalazłem raport Uniwersytetu Ekonomicznego, z którego czarno na białym wynikało, że tak naprawdę większość imigrantów w Krakowie to są ludzie z Europy – z Ukrainy, z Białorusi, z Rosji. A pozostali. Nawet jeśli z dalszych kierunków, pochodzą głównie z Indii i krajów z ustrojem demokratycznym. Z raportu wynikało też, że znikomy promil imigrantów pobiera zasiłki dla bezrobotnych.  Opublikowałem te dane ze skądinąd nudnego raportu zawierającego dane statystyczne z kilku urzędów, dodając, że prawicy robi politykę w oparciu o fałsz. I zupełnie nie spodziewałem się tego, co później zrobi ten polityk. On po prostu buduje swoje zasięgi na propagandzie i na straszeniu uchodźcami. A jego publikacja na mój temat wywołała wściekłość!  Obecnie wpis zniknął z sieci. Został albo usunięty albo zablokowany / źródło: FB A prawda jest po prostu taka, jak ją opisałem. Ludzie do nas przyjeżdżają, pracują. Nawet jeżeli pochodzą z krajów muzułmańskich, to są to kraje postsowieckie, jak Uzbekistan, gdzie ten islam jest bardzo kulturowy, laicki. Sam pracowałem z Uzbekiem i to są normalni ludzie. Mówią po rosyjsku, są kulturowo bliżej naszej strony. Przyjeżdżają do Polski głównie dlatego, że kiedyś migrowali do Rosji, a teraz już tego nie robią. Moskwa nie jest dla nich bezpieczna, więc zaczęli migrować do Polski. To jest ogromny sukces Polski! Zaczęliśmy przyciągać ludzi, których kiedyś przyciągała Rosja. Fajnie, że ściągamy talenty i że co ludzie budują przyszłość Krakowa. To tak jak dawniej Antoni Mateczny – przecież on był z pochodzenia Czechem. I tak jak Mateczny przyniósł nam uzdrowisko, bo poznał ten fach w swoich rejonach i założył je tutaj, w dzielnicy, której część teraz de facto nazywa się od jego nazwiska – tak samo ci nowi ludzie w jakiś sposób rozwijają Kraków. Płacą podatki, zakładają rodziny. Zobaczmy też, ilu jest na przykład Wietnamczyków, którzy w drugim pokoleniu świetnie się asymilują, mówią czysto po polsku i nie ma z nimi żadnego problemu. I to jest prawdziwy obraz migracji w Krakowie. To, że nawet jeżeli w jakimś kraju na Zachodzie to nie wyszło... Zamiast ciągle mówić o tym, komu i gdzie nie wyszło, cieszmy się z tego, że nam wychodzi! Bo to podejście krytyków to jest taki klasyczny whataboutism – nam wychodzi, ale oni krzyczą: „nie, bo gdzieś tam, kiedyś tam coś się stało”. Ale kurczę, mówimy o Krakowie i możemy się cieszyć, że u nas to działa. My naszym systemem przyciągamy ludzi, którym chce się pracować, nie dajemy im nic za darmo. Oni też chłoną tę polskość i to jest super. Nie ma nic milszego niż widok Hindusów zajadających się polskimi pierogami. Czyli nie popiera pan patroli obywatelskich, które proponuje Piotr Bartosz? Uważam, że są niebezpieczne. Jakim cudem człowiek taki jak Piotr Bartosz – który z tego co wiem, nie ma chyba nawet wyższego wykształcenia – jakim cudem on zweryfikuje w Krakowie na przykład Hindusa mówiącego po angielsku? A to może być przecież ktoś, kto zarabia 15 tysięcy złotych i pracuje w międzynarodowej korporacji. To samo zresztą z Ukraińcem czy każdą inną nacją. Jakim cudem taki patrol ma to ocenić? Oni nie mają uprawnień do legitymowania, nie mają dostępu do żadnych danych, żeby stwierdzić, czy ktoś przebywa w kraju legalnie, czy nielegalnie. I tu pojawiają się realne problemy, bo takie patrole obywatelskie przyciągają ludzi z marginesu. Przecież ja sam, jako obywatel, bałbym się grupy osiłków patrolujących okolicę. Bo nuż im się coś we mnie nie spodoba, bo będę miał zbyt jaskrawą koszulkę czy coś innego, i co wtedy? Ci ludzie nie rozbudzają we mnie poczucia bezpieczeństwa, a wręcz przeciwnie – budzą strach, zwłaszcza teraz, kiedy dostałem tyle gróźb. W obliczu niedawnego, głośnego zabójstwa krytyka politycznego (ps. Siemion Skrepetski) w Białej Podlaskiej przez rosyjski wywiad, sytuacja ta wywołuje u mnie uzasadniony lęk. Środowiska skrajnej prawicy są zinfiltrowane przez Rosjan. źródło: Onet Liczę na to, że sprawcy gróźb pod moim adresem, przez które czuję się zagrożony i przez które nie mogę spać, nie pozostaną bezkarni. Liczę też na ucywilizowanie debaty. Bo sytuacja, w której polityk kłamie, ktoś to weryfikuje na podstawie faktów, a ten polityk, zamiast odnieść się do danych statystycznych i liczb, zaczyna personalnie atakować autora fact-checkingu... No to wchodzimy w jakąś nową inkwizycję. Znowu płoną stosy. Wychodzi na to, że za naukę i fakty można zostać spalonym na stosie. Czy tego chcemy? Takiego Krakowa chcemy? ZOBACZ TAKŻE: Kandydat Konfederacji w II turze?! „Wyborcy nie nabiorą się już na hipokryzję Gibały” [WYWIAD]

Więcej…

Strona 1 z 5

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Na fali

  • Łukasz Gibała zdecydował w sprawie startu w wyborach!

    Wydarzenia

    Łukasz Gibała zdecydował w sprawie...

    Informacja
    28 lipca 2026
  • Kracik: „Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin…” [WYWIAD]

    Rozmowy

    Kracik: „Wspierał mnie Łukasz Gibała,...

    Informacja
    06 sierpnia 2026
  • Czy to KONIEC PiS w Małopolsce?! Wyciekły kulisy planu KO!

    Opinie

    Czy to KONIEC PiS w Małopolsce?!...

    Informacja
    29 lipca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.