Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Rozmowy

„Nie będę robił z siebie idioty”. Kandydat Konfederacji idzie na noże z krakowskim układem [WYWIAD]

„Nie będę robił z siebie idioty”. Kandydat Konfederacji idzie na noże z krakowskim układem [WYWIAD]

13 lipca 2026 | 15:02

– Rozpisujemy konkursy i wywalamy wszystkich, którzy są tam obecnie – mówi nam Bartosz Bocheńczak z Konfederacji. Zapowiada, że jeśli zostanie prezydentem Krakowa, nie będzie miękkiej gry w urzędzie i miejskich spółkach. – Nie zatańczę też na dachu i nie zakręcę tyłkim na scenie – dodaje. Tak mocnego wywiadu z kandydatem na prezydenta Krakowa jeszcze nie czytaliście. Polityk nie gryzie się w język i odpowiada na pytania, których nikt mu jeszcze nie zadał.  *** Kanał Krakowski: Dowiedział się pan już, ile w Krakowie jest miejskich teatrów? Bartosz Bocheńczak: Tak, dowiedziałem się. Piję oczywiście do Pana słynnego wywiadu w Radiu Kraków, podczas którego został pan przyłapany na tej niewiedzy. Uważam, że to jest pytanie z serii: jaką wysokość ma ta niższa wieża Kościoła Mariackiego… Bartosz Bocheńczak Nie do końca, bo jednak miejskimi teatrami zarządza prezydent miasta. A pan się stara o ten urząd. Ja akurat uważam, że polityk nie musi znać się na wszystkim. To jest pewien paradygmat, który sobie obraliśmy o jakiejś tam wszechwiedzy. O tym, że każdy polityk musi być specjalistą absolutnie w każdej dziedzinie, w każdej branży, że musi znać każdą cyfrę, każdy rozmiar i ilość. To tak nie działa. Polityk ma być kimś, kto potrafi podejmować trudne decyzje i otacza się gronem specjalistów, którzy mu doradzają. Będąc w radiu i nie znając odpowiedzi na pytanie, po prostu powiedziałem: nie wiem. Mogłem z tego wybrnąć inaczej. Jak Morawieckiego zapytano, po ile jest chleb, to ten zaczął mówić o tym, że piekarze mają problemy z mąką, a rolnicy ze zbożem. Można więc odpowiadać w ten sposób. Ja jednak nie będę ściemniał i nie będę robił z siebie idioty. Jak czegoś nie wiem, to mówię, że nie wiem. Czyli nie razi pana, że posłanka Daria Gosek-Popiołek nie wiedziała, ilu jest posłów w Sejmie?  No to jest akurat wiedza z lekcji WOS-u. A pan wie, ilu jest radnych w Radzie Miasta Krakowa? Jak mam być szczery, to nie wiem. Dowie się pan przed wyborami? Dowiem się. Sala obrad RMK Kim pan w ogóle jest? Jestem człowiekiem, który chce, żeby w końcu coś się zmieniło. Jestem człowiekiem, który ma dość już tego przerzucania władzy między PiS-em i Platformą. Jestem człowiekiem, który chciałby, żeby w końcu nastała jakaś przejrzystość władzy, uczciwość i klarowność. Chciałbym, żebyśmy skończyli z układami, bo wchodząc w ten samorząd, jestem przerażony tym, jak to wygląda. Jestem przerażony zależnościami jednego od drugiego. Tym, jak jeden kolega kryje drugiego. Jak patrzę, jak są wydawane pieniądze w samym Krakowie, w miejskich spółkach, to uważam, że potrzebujemy menedżera, który zacznie to ogarniać i nie będzie patrzył przez pryzmat partykularnych interesów swoich i partii. Potrzebujemy kogoś, kto przyjdzie i podejmie nawet bardzo niepopularne decyzje. Gdyby pan został prezydentem, to jaka byłaby pańska pierwsza niepopularna decyzja? Taka, że rozpisujemy konkursy na wszystkich dyrektorów, na wszystkich członków rad nadzorczych, członków zarządów spółek miejskich. Rozpisujemy konkursy i wywalamy wszystkich, którzy są tam obecnie. Jeżeli ci ludzie wezmą udział w konkursie i wygrają te konkursy – spoko. Ale jeżeli nie, no to do widzenia. Chciałbym wydać też zakaz zatrudniania w spółkach samorządowych, w zarządach i w radach nadzorczych ludzi, którzy należą do partii politycznych. Czyli sugeruje pan, że w partii nie ma merytorycznych specjalistów? Na pewno są i tacy. To co stoi na przeszkodzie, by ich zatrudnić? Zawsze będzie pojawiał się zarzut kolesiostwa. Jeżeli ktoś idzie do partii, to niech się realizuje jako polityk. Niech jego życie finansowe będzie na tyle poukładane, żeby mógł iść i służyć obywatelom. Natomiast jeżeli ktoś faktycznie zajmuje stanowiska polityczne, to niech będzie radnym, niech będzie prezydentem, wiceprezydentem, posłem, senatorem, radnym sejmikowym. Naprawdę tych funkcji jest bardzo dużo, więc niech się tam realizuje, ale niech sprawy biznesowe, które dotykają tkanki publicznej, zostawi specjalistom. Ma pan takich ludzi w swoim gronie, którzy nie są w partii, a są specjalistami? Nie mam i na nich trzeba rozpisać konkurs. Ja chcę zatrudniać specjalistów. Ale wie pan, że w urzędzie zarabia się mało, więc jeżeli ktoś jest dobrym specjalistą, to znajdzie lepiej płatną za pracę na wolnym rynku? Przede wszystkim właśnie to trzeba zrobić teraz z tymi ludźmi, którzy zasiadają w urzędzie czy spółkach miejskich i są z nadania partyjnego. Oni sobie teraz powinni poszukać pracy na rynku komercyjnym. Zobaczymy czy ją znajdą. I kto będzie pracował w ich miejsce? Trzeba zrobić rekrutację, tak jak się robi rekrutację na dyrektorów w prywatnych firmach. Dobry specjalista, dobry informatyk, prawnik i tak dalej, pójdzie do prywatnej firmy, a niekoniecznie do urzędu. Czyli mamy zatrudniać ludzi z nadania politycznego, bo są przeciętni, ale chcą pracować? Pytam, jaki ma pomysł na to, by zatrudniać specjalistów. W Krakowie jest bodaj ponad trzy tysiące urzędników. Ja nie mówię o urzędnikach, ale o tych ludziach, którzy dostali pracę wskutek tego, że znali na przykład Aleksandra Miszalskiego, czy byli na jakimś wysokim stanowisku w Platformie Obywatelskiej. Takich ludzi nie chcę. Chciałbym, żeby na takiego prezesa KHK przeprowadzić zwykłą rekrutację. Nie wierzę, że nie znajdzie się specjalista z rynku chętny do takiej pracy. Podważa pan kompetencje Bogusława Kośmidera, byłego wiceprezydenta, jednego ze współtwórców KHK? Uważam, że sam sobie stworzył stanowisko, na którym teraz pracuje. Bartosz Bocheńczak Konfederacja generalnie znana jest z tego, że buduje swoją narrację na negowaniu i na mówieniu, jak bardzo jest źle. Czy ma pan jakiś pozytywny przekaz dla Krakowa? Zdecydowanie tak. Ale pozytywny przekaz musi wynikać z tego negatywnego przekazu, prawda? No bo z jakichś powodów to referendum się odbyło. Samo referendum odwoławcze co do zasady jest negatywne, bo głosujemy nie za kimś, ale przeciwko komuś. Pytam więc nie o burzenie, tylko o budowanie.  Przede wszystkim ten pozytywny przekaz musi wynikać z tego, co najbardziej ludzi denerwuje. A takimi rzeczami to były przede wszystkim Strefa Czystego Transportu, korki czy masowe zwolnienia w korporacjach. I zaczynając od kwestii transportowych – wiem, że SCT nie można zlikwidować, ale można ją zminimalizować i ograniczyć nawet do Rynku Głównego, Parku Krakowskiego czy Parku Jordana. Uważam, że Kraków zbyt mocno rozpoczął wojnę kierowców ze wszystkimi. Pamiętam jeszcze Łukasza Franka, a wcześniej Jana Tajstera. Przecież to oni rozpoczęli tę wojnę z kierowcami, rozpoczęli zwężanie. Pamiętam, jak kilka lat temu, jeszcze jako partia KORWiN, robiliśmy konferencje prasowe: „Nie zwężajcie krakowskich ulic”. Spotkaliśmy się wówczas z Frankiem i on nam tłumaczył: „Przecież wy nie macie racji. Jak się zwęzi taką Dietla, to korki będą mniejsze”. Odpowiadam: „Ale według jakiego prawa fizyki?”.  A on na to: „No takiego, że ludzie będą mniej korzystać z tych samochodów, że ten korek nie będzie już tam na dwóch pasach, tylko na jednym”. No ludzie, przecież to jest jakaś aberracja! Absolutnie nie chciałbym, żeby krakowskie ulice były zwężane. To jest jakiś mit o tym, że my jesteśmy w stanie w naszym klimacie doprowadzić do tego, że ludzie będą chętnie korzystać z roweru. Może będą korzystać z komunikacji zbiorowej, ale musimy stworzyć takie warunki, żeby ta komunikacja była konkurencyjna do samochodów. A my na razie tą konkurencję robimy tak, że wycinamy samochody po to, żeby ludzie się przesiedli do autobusów i tramwajów. To tak nie działa. To nie będzie nigdy tak działać. To musi być zrobione tak, żeby ludzie dobrowolnie chcieli się przesiąść. Tak, jak było na przykład z telefonami komórkowymi. Nikt nas nie zmuszał do tego, żeby „przesiąść się” z budek telefonicznych czy z telefonów stacjonarnych na telefony komórkowe. Tylko one po prostu były lepsze, praktyczniejsze. Więc stwórzmy lepszą komunikację zbiorową i wówczas ludzie sami wybiorą. Natomiast teraz to jest robione dokładnie na odwrót i się ludzie denerwują. Bartosz Bocheńczak Mamy w Krakowie taki klimat, w którym te samochody są nieodłączną częścią naszego życia. Sam sobie tego nie wyobrażam, żebym musiał zimą dowozić swoje dzieci do szkoły rowerem. Nie chcę takiego czegoś. Może mi ktoś mówić bajeczki o tym, że klimat się ociepla, może mi ktoś wmawiać, że dzięki temu, że ja jeżdżę autem, planeta płonie. Nie chcę tego słuchać, dla mnie to są bzdury. Ja patrzę bardziej na komfort swój i swoich dzieci, które dowożę do szkoły każdego dnia. I dlatego uważam, że ulic nie należy zwężać. Mamy najbardziej zakorkowane miasto w Polsce. Przez 9 miesięcy zwiedziłem całą Polskę z Mentzenem w czasie kampanii. Naprawdę to nie jest mit, że Kraków jest najbardziej zakorkowany. Da się jeździć po miastach w sposób normalny, racjonalny. Jest to do zrobienia, tylko że u nas zapanowała taka religia klimatyzmu… Widzę, że nie szuka pan wyborców wśród lewaków. Nie, choć im też kiedyś może urodzą się dzieci, które będą musieli zawieść do szkoły i dostrzegą zalety samochodu. Nie dość, że te dzieci nie zmarzną, to jeszcze będzie bezpieczniej. Czyli nie weźmie pan Łukasza Franka na doradcę do spraw transportu? Mogę go wziąć tylko po to, by pokazywać go jako antyprzykład tego, jak zarządzać miastem. Wspomniał pan też o masowych zwolnieniach w korporacjach. Wie pan, że to nie są kompetencje prezydenta Krakowa? Oczywiście, że wiem. Ale szukałem, czy historycznie jakieś miasta były w podobnej sytuacji, jak my jesteśmy dziś. Kończy się bowiem pewna epoka, kończy się pewna era bycia u nas oddziałów zachodnich korporacji. Jesteśmy za drogim państwem do tego, żeby te korporacje chciały u nas być. Są Indie, Egipt, czy Pakistan i tam są przenoszone pewne procesy. My z tym absolutnie nic nie zrobimy. Świata nie zatrzyma prezydent miasta, ani nawet prezydent Polski, ale musimy na to odpowiedzieć. I takich przykładów ze świata jest kilka, a jednym z nich jest Pittsburgh w Pensylwanii. Tam całe miasto żyło praktycznie ze stali, przemysłu stalowego. I nagle w Stanach zaczęto ściągać tańsze wyroby ze stali. Huty zaczęły cierpieć na to, że Amerykanie nie kupowali stali z Pittsburgha, tylko importowali nawet z Europy. Wówczas bardzo dużo ludzi straciło pracę. I co oni zrobili? Mieli tam taki potężny asset w postaci dwóch uniwersytetów i zaczęli wykorzystywać te uniwersytety. Stworzyli tak zwane spin-offy. Spin-off to jest taka wydzielona część uczelni, która poddana jest komercjalizacji. Inwestuje w to prywatny inwestor, inwestuje w to miasto. Jeżeli to się powiedzie, to potem można sprzedawać te udziały, a korzystają na tym i miasto i ten prywatny przedsiębiorca, który wyłożył kasę. Korzystają też studenci, którzy stworzyli ten model. My, w Krakowie, możemy stawiać na nowoczesne technologie. Przecież już zaczęła działać branża AI. Mamy studentów AGH z potężnymi mózgami. Czemu my w to nie idziemy? Czemu nie idziemy w biotechnologię? Czemu nie staramy się stworzyć tutaj miejsca, gdzie będą starać się rozwijać startupy? Ja wiem, że 90% upadnie, ale to może tutaj powstaną właśnie te nowoczesne technologie. Trzeba stworzyć takie warunki, żeby te technologie chciały współpracować z uczelniami, żeby to zostawało w Krakowie. To jest moje marzenie. Czyli jest jakiś pozytywny przekaz. No to ostatnie pytanie egzaminujące: wie pan, jakie jest zadłużenie Krakowa? 9 miliardów z hakiem. Gdyby mógł pan podać receptę na to zadłużenie Krakowa? Przede wszystkim to zadłużenie nie wzięło się z niczego, tylko z tego, że więcej wydawaliśmy, aniżeli mieliśmy przychodów. I są tylko dwie drogi, żeby pozbyć się zadłużenia. Pierwsza to jest wzrost przychodów, a druga to jest redukcja kosztów. Nie chciałbym jednak obciążać Krakowian dodatkowymi opłatami. Życie w Krakowie jest już na tyle drogie, że nie chciałbym, żeby mieszkańcy ponosili kolejne koszty związane z tym, że my musimy załatać dziurę budżetową. Zacząłbym przede wszystkim od oszczędzania. Na czym? Zacząłbym od siebie. Obciąłby pan sobie pensję? Poprosiłbym Radę Miasta, żeby przydzielili mi najmniejszą możliwą pensję. To jakieś grosze pan zaoszczędzi. Ale to samo będzie z moimi wiceprezydentami. Oni również dostaną najmniejszą możliwą pensję. To też są grosze w skali całego budżetu. Od czegoś trzeba zacząć. Jeżeli ja bym zaczął od cięć innych rzeczy, to by było nie fair. Zacznę od siebie. Druga rzecz: wchodzimy i robimy potężny audyt finansów. Bez tego audytu nie damy rady wejść w głąb tych wydatków. Chciałbym poznać tę tkankę i to, na co wydawane są pieniądze, żeby zobaczyć, gdzie się da zaoszczędzić. Kolejna rzecz to są nasze spółki samorządowe. Uważam, że tam możemy zaoszczędzić bardzo dużo. Chociażby na pensjach, chociażby na wydatkach na jakieś doradztwa… Mamy w Krakowie spółkę, która zatrudniła sobie lobbystę, żeby ten lobbował w Warszawie. Czyli nasi politycy Platformy Obywatelskiej musieli sobie zatrudniać lobbystę, żeby ten lobbował przed polskim rządem. No coś tu jest nie tak. To dla mnie to się nie spina, nie trzyma się kupy, to jest właśnie kupa kasy do zaoszczędzenia. Jestem też zwolennikiem tego, żebyśmy nie zaciągali już zobowiązań i realizowali tylko te inwestycje, które obniżą koszty funkcjonowania Krakowa. Na przykład? Jeżeli oświetlenie miejskie kosztuje nas, załóżmy, 100 milionów rocznie, a zrobimy jakąś inwestycję, dzięki której ono będzie kosztować już 70 czy 50 – jestem zwolennikiem takiej inwestycji. Ale generalnie nie jestem zwolennikiem dużych inwestycji, bo to będą dwa lata zaciskania pasa. To nie będzie czas, w którym będziemy dalej szastać kasą i zaciągać kolejne zadłużenia. Czyli nie będzie pan budował na przykład basenów, bo one generują koszty? To nie jest czas budowy basenów i wydawania bardzo dużych pieniędzy, bo tych pieniędzy po prostu nie mamy. Nie chciałbym w tej kampanii obiecywać ludziom gruszek na wierzbie. Bo ja już słyszę od moich kontrkandydatów, co oni zbudują. Przepraszam, bądźmy realistami. My nie jesteśmy na etapie hossy w Krakowie, my jesteśmy w głębokim dołku i postarajmy się z tego dołka w jakiś sposób wyjść, a nie obiecujmy ludziom, że będziemy ten dół pogłębiać. Czyli nie karmi pan ludzi obietnicami, a zwykłą kiełbasą wyborczą. Mam na myśli grilla na Rondzie Mogilskim. Ludzie się jeszcze na to nabierają? Jest to forma spotkania z ludźmi. Sam byłem zaskoczony, bo naprawdę przyszedł tłum. Roznosi pan też ulotki od drzwi do drzwi. Czy to jest poważne, żeby facet, który chce rządzić milionowym miastem i decydować o 10-miliardowym budżecie, chodził po mieszkaniach i rozdawał ulotki? Uważam, że tak. Czas najwyższy, żeby politycy zeszli z tych swoich piedestałów. Mam wrażenie, że politycy są oderwani od rzeczywistości. Akurat prezydent Miszalski spotykał się z mieszkańcami.  Wiem, tylko on już osiągnął pewien urząd i ten urząd wymagał od niego powagi. Mam wrażenie, że jemu brakowało tej powagi. Dlatego pytam, czy chodzenie po mieszkaniach i rozdawanie ulotek jest poważne. Na ten moment nie jestem jeszcze prezydentem Krakowa. Ale też nie miałbym oporu robić tego później. Nie mam problemu, żeby pójść do ludzi na bazar, żeby pogadać ze sprzedawcą pietruszki, z babcią, która handluje gdzieś sobie pod sklepem. Ja to lubię. To jest największe źródło informacji o tym, co się dzieje w mieście. Jako prezydent też pan to będzie robił? Kurczę, mam wrażenie, że tak. Że nie dam rady się pozbyć tego kontaktu z ludźmi. Zatańczy pan na dachu? Nie, tego nie zrobię. Czyli gdzie się kończy poważne zachowanie prezydenta, a zaczyna niepoważne? Dlaczego taniec na dachu jest bardziej obciachowy niż chodzenie po mieszkaniach i rozdawanie ulotek? Taniec na dachu czy kręcenie tyłkiem na scenie to chyba, cholera, nie przystoi prezydentowi. Mam wrażenie, że obejmując urząd trzeba zachować pewną powagę, ale nie uważam, żebym tracił tę powagę rozmawiając ze starszą kobietą na ulicy. Bartosz Bocheńczak Ile procent w wyborach na prezydenta dostanie kandydat Konfederacji w pierwszej turze? Nie wiem. A ile to będzie sukces? Bardzo bym chciał wejść do drugiej tury wyborów. Zejdźmy na ziemię.  Nie zamierzam w tej kampanii ukrywać, że jestem z Konfederacji. Bo tak się przyjęło, że kandydat powinien być bezpartyjny. No nie! Ja się wywodzę z Konfederacji, jestem od kilkunastu lat w tym nurcie politycznym i absolutnie nie zamierzam się od tego odcinać. Natomiast będę zadowolony jeżeli wejdę do drugiej tury. Będę robił wszystko, by tak się stało. Nie celuję w jakiś konkretny wynik. Chcę zrobić jak najlepszą robotę, a każdą decyzję wyborców przyjmę z pokorą. ZOBACZ TAKŻE: Wielkie oburzenie po TYM ruchu Gibały! „To jest jawne kłamstwo!” [WYWIAD]

Więcej…

Wielkie oburzenie po TYM ruchu Gibały! „To jest jawne kłamstwo!” [WYWIAD]

Wielkie oburzenie po TYM ruchu Gibały! „To jest jawne kłamstwo!” [WYWIAD]

13 lipca 2026 | 08:56

– Gibała ostatnio zachowuje się bardzo nieodpowiedzialnie. Jest nerwowy, reaguje dosyć agresywnie na wszystko, co dzieje się w Krakowie i, mówiąc wprost, mija się z prawdą – mówi nam radna Alicja Szczepańska. Jej zdaniem, ostatnia petycja w sprawie miejskiego szpitala Narutowicza tylko potwierdza, że trzykrotny kandydat na prezydenta Krakowa posługuje się "wyłącznie sloganami nastawionymi na manipulowanie emocjami opinii publicznej". Gibała uruchomił petycję w obronie miejskiego szpitala przed fuzją ze szpitalem wojskowym. Brzmi logicznie, prawda? Problem w tym, że – wg przewodniczącej komisji zdrowia – "radny przedstawił treść tej petycji w taki sposób, aby była ona korzystna wyłącznie dla niego i jego partykularnych interesów jako potencjalnego kandydata w kampanii wyborczej". *** Kanał Krakowski: Podpisała się pani pod petycją Łukasza Gibały w sprawie szpitala im. Gabriela Narutowicza? Alicja Szczepańska: Absolutnie nie zamierzam się pod nią podpisywać. Ta petycja jest nieprzemyślana i skrajnie pochopna. To działanie czysto PR-owe, sztuczne wymyślanie problemów dla miasta tylko po to, żeby zbić na tym kapitał wyborczy. Alicja Szczepańska Petycja jest po to, by miasto zachowało szpital, a krakowianie mieli się gdzie leczyć. To brzmi przecież logicznie i sensownie. Tak, tylko kluczowe pytanie brzmi: skąd wziąć na to finansowanie? Bardzo bym chciała, żeby ktoś zapytał Gibałę, czy za pięć lat będzie w stanie wyciągnąć od swojego ojca pieniądze na pokrycie zadłużenia tego szpitala. Mówimy tu o kwocie ponad 300 milionów złotych! Czy ten szpital naprawdę utrzyma się sam? Czy bez fuzji w ogóle przetrwa? Tego nie wiemy. Radny Gibała przedstawił treść tej petycji w taki sposób, aby była ona korzystna wyłącznie dla niego i jego partykularnych interesów jako potencjalnego kandydata w kampanii wyborczej. A tak naprawę nie ma pełnej wiedzy dotyczącej fuzji szpitala miejskiego ze szpitalem wojskowym. Nie dość, że wszystkie dane nie zostały jeszcze przedstawione radnym, to sam Gibała nie brał udziału w żadnym – podkreślam ŻADNYM – spotkaniu z przedstawicielami pracowników szpitali, dyrektorów, władz miasta i tak dalej. Wyciągnął pochopne wnioski, ale nie wiadomo nawet, z czego je wyciągnął, bo nikt z nas nie ma wszystkich niezbędnych informacji. Na dziś stan mamy taki, że ludzie Gibały zaczepiają mieszkańców na ulicach Krakowa. Tłumaczą im dosyć logicznie, że jeśli nie podpiszą petycji, to stracą możliwość leczenia się w tym miejscu. Ależ to jest zwykłe kłamstwo! Nazwijmy rzeczy po imieniu: to jest jawne kłamstwo. Dlaczego? Nie wiadomo nawet, czy do tej fuzji obu szpitali w ogóle dojdzie. Myśmy wstępnie ustalili, że jeśli jako radni będziemy ewentualnie pozytywnie opiniować to połączenie, to warunkiem koniecznym jest zgoda personelu szpitala Narutowicza. Związki zawodowe są obecnie na etapie negocjacji z MON-em w kwestii zagwarantowania pracy w szpitalu Narutowicza na okres pięciu lat. Oczywiście stuprocentowe zapewnienie tego jest niemożliwe – tak samo jak my, radni, nie możemy nikomu obiecać, że za pięć lat wszyscy zostaną na tych samych stanowiskach, jeśli do fuzji nie dojdzie. Kluczowy jest jednak fakt, że my, jako radni – a mówię to jako wiceprzewodnicząca klubu Koalicji Obywatelskiej i przewodnicząca komisji zdrowia – na pewno nie podejmiemy decyzji wbrew stronie społecznej szpitala. Szpital Narutowicza Czy na dziś nie przesądza pani, czy fuzja jest jednoznacznie dobra, czy zła, tylko próbuje zebrać twarde dane i opinie pracowników? Tak. Ja nie jestem od oceniania na podstawie emocji, interesują mnie wyłącznie fakty. A fakty są takie: w tym szpitalu pracują ludzie. Jak wspomniałam, największą wartością jest personel medyczny, ale musimy zadbać również o personel administracyjny. Interesuje nas przede wszystkim interes pracowników, bo szpital nie będzie leczył sam – do tego są potrzebni ludzie i to z nimi musimy rozmawiać o ich ostatecznym stanowisku. Uważa pani, że ta petycja jest szkodliwa? Ta petycja niepotrzebnie straszy i terroryzuje ludzi wizjami tego, co rzekomo ma się stać. Przedstawiciel MON ze strony wojskowej jasno nas zapewnił, że przyjęcia do szpitala będą odbywać się na dokładnie takich samych zasadach dla wszystkich mieszkańców Krakowa i to jest najważniejsze. Mamy to udokumentowane – zarówno na piśmie, jak i w nagraniu. W momencie, gdybyśmy jako Rada Miasta mieli podejmować uchwałę w tej sprawie, ten punkt będzie twardym warunkiem do głosowania „za”. Pani osobiście skłania się już ku głosowaniu za fuzją, czy to zbyt wczesny etap na deklaracje? Obiektywnie rzecz biorąc, nie znam jeszcze wszystkich szczegółów, ale szczerze mówiąc – skłaniam się ku rozsądnej fuzji. To, co mówi Łukasz Gibała, że całość nieruchomości szpitala Narutowicza zostanie przejęta przez wojsko, to nieprawda. Część nieruchomości pozostanie w rękach miasta. Zresztą, Gibała ostatnio zachowuje się bardzo nieodpowiedzialnie. Jest nerwowy, reaguje dosyć agresywnie na wszystko, co dzieje się w Krakowie i, mówiąc wprost, mija się z prawdą. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Z czego wynika ta nerwowość? Zapewne z tego, że termin ogłoszenia wyborów prezydenckich się przedłuża. Kłócenie się o semantykę czy o znaczenie pojedynczych słów w oficjalnej narracji miasta jest dla mnie zachowaniem skrajnie nieodpowiedzialnym jak na radnego, który zasiada w radzie już drugą kadencję, a wcześniej był przecież posłem. Może w sprawie szpitala Gibała chce po prostu wyjść na "ostatniego sprawiedliwego", który ratuje miasto? Znając radnego Gibałę – on zawsze będzie kreował się na tego jedynego sprawiedliwego. Tymczasem według mojej subiektywnej oceny: absolutnie nie jest „ostatnim sprawiedliwym”. To jest czyste, PR-owskie zagranie. To są wyłącznie slogany nastawione na manipulowanie emocjami opinii publicznej.  Mówię to jako osoba, która kiedyś była w klubie Łukasza Gibały i nie bez kozery odeszłam. To była dla mnie bardzo trudna decyzja, bo niezwykle cenię sobie dotrzymywanie słowa. Jednak w moim działaniu rządzi przede wszystkim uczciwość i praca na rzecz mieszkańców, a nie tanie kwestie PR-owe i toczenie wewnętrznych wojenek tylko po to, żeby zwycięsko wyszła z nich jedna osoba, która rzekomo nigdy się nie myli. Łukasz Gibała jest nieomylny? On tak twierdzi. Ja uważam wręcz przeciwnie. A czy jest uczciwy? Na pewno jest graczem, który poprzez niedopowiedzenia, manipulacje i pójście na skróty celowo wprowadza opinię publiczną w błąd. ZOBACZ TAKŻE: Polityczny pasożyt znowu w akcji! Jak Gibała „załatwia” sprawy, które załatwiają już inni

Więcej…

Wiceszef PSL ujawnia, jak będzie wyglądać kampania! „Ona jedyna może wygrać” [WYWIAD]

Wiceszef PSL ujawnia, jak będzie wyglądać kampania! „Ona jedyna może wygrać” [WYWIAD]

10 lipca 2026 | 08:32

– Najwięcej było anonimowych komentarzy, ale dostałem też sporo krytycznych wiadomości od kolegów z podstawówki czy gimnazjum – zdradza nam Łukasz Krzysztofik, wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego w Małopolsce i pełnomocnik wojewody małopolskiego ds. współpracy z organami administracji rządowej. W rozmowie z Kanałem Krakowskim mówi, dlaczego PSL zdecydowało się postawić na Monikę Piątkowską w wyborach na prezydenta Krakowa oraz czy wszyscy Ludowcy zaakceptowali kobietę. – Ja akurat w domu jestem w mniejszości, bo mam żonę i córkę i absolutnie nic złego na temat kobiet nie powiem – śmieje się nasz rozmówca. *** Kanał Krakowski: Czy PSL nie miał lepszego kandydata na prezydenta Krakowa? Łukasz Krzysztofik: Na ten moment Monika Piątkowska jest najlepszą kandydatką! Trzeba założyć, że tak naprawdę nowy prezydent będzie miał niespełna trzy lata rządzenia, więc będzie musiał bardzo szybko wdrożyć się w cały ten mechanizm i strukturę urzędu miasta. Nie jest to proste dla osoby z zewnątrz, wymaga czasu. Monika Piątkowska była dyrektorem w krakowskim magistracie, pracowała w strukturze urzędu, odpowiadała za strategię rozwoju miasta. Obecnie to jest najlepsza kandydatka na prezydenta. Łukasz Krzysztofik W takim razie zapytam, co ma Monika Piątkowska, czego nie ma na przykład inny lansowany przez PSL kandydat – Piotr Kempf? Piotr Kempf jest dobrym politykiem i urzędnikiem. Widać to też w sukcesach Zarządu Zieleni Miejskiej. Tu warto zaznaczyć, że to właśnie on stworzył tę jednostkę od zera. Kiedyś był ZIKiT i inne instytucje, które odpowiadały za infrastrukturę w Krakowie. I zawsze był taki przekaz, że jak realizowano inwestycje, to nikt za bardzo nie „cisnął”, żeby powstawała zieleń, bo później trzeba było ją utrzymywać, trzeba było o nią dbać... A Zarząd Zieleni Miejskiej jest jednostką, która pilnuje, żeby m.in. przy nowej infrastrukturze drogowej ta zieleń się pojawiała, a później odpowiada za jej utrzymanie. Piotrek był za to odpowiedzialny, stworzył to od początku. No to dlaczego nie on jest kandydatem? Trzeba popatrzeć na to, co się dzieje tu i teraz. A obecnie ważne jest, żeby w Krakowie był wspólny kandydat. Podobnie było zresztą, jak postawiliśmy na Monikę Piątkowską w pakcie senackim i to właśnie ona wygrała wybory do Senatu, jako kandydatka także Polskiego Stronnictwa Ludowego. W tym momencie to ona jedyna może powalczyć i wygrać Kraków. Czyli postawiliście na kandydatkę, która jest senatorką i – jeśli wygra – trzeba będzie organizować przedterminowe wybory do Senatu. Zapewne taki zarzut się pojawi, ale jesteśmy w takiej sytuacji, że odbyło się referendum, 30% krakowian wypowiedziało swoje zdanie i jesteśmy w przeddzień przyspieszonych wyborów. A pani Piątkowska to nasza najlepsza kandydatka. Monika Piątkowska A pan był na referendum? Nie. Ja na ten temat się wypowiedziałem, że dla mnie to referendum to tak naprawdę trzecia tura wyborów prezydenckich, bo niektórzy nie pogodzili się z ich wynikiem i jeszcze raz próbują wygrać. Mocno za to oberwałem. Od kogo? Najwięcej było anonimowych komentarzy i internetowego hejtu. W mediach społecznościowych bardzo łatwo nakręcić emocje. Oprócz tego dostałem też sporo krytycznych wiadomości od osób, które znam od lat – choćby kolegów z podstawówki czy gimnazjum. Jednym z powodów odwołania Aleksandra Miszalskiego była Strefa Czystego Transportu, której PSL też nie popierał w tym kształcie. Może więc powinien był pan wziąć udział w referendum? Mimo wszystko nie. Bo są też rzeczy, które Aleksander Miszalski starał się robić dobrze. Na przykład? Choćby to, że podejmował działania w kierunku budowy metra. Za tą inwestycją opowiedzieli się krakowianie w referendum ponad dekadę temu. Pamiętam, jak Władysław Kosiniak-Kamysz obiecywał metro w każdym dużym mieście w Polsce. Powstanie, czy to była tylko taka obietnica i teraz nic się nie wydarzy? Najpierw trzeba zbudować model finansowania. Czyli utknęła ta obietnica w martwym punkcie? Władysław Kosiniak-Kamysz, wielokrotnie podkreśla, że temat nie został porzucony. Podstawą jest znalezienie finansowania. Czyli jeżeli lider PSL jest tak bardzo do metra przekonany, to rozumiem, że jeżeli prezydentem Krakowa teraz zostanie kandydatka popierana przez PSL, to te pieniądze na metro się znajdą? I właśnie to jest najważniejsze. To kandydatka popierana przez premiera Donalda Tuska i przez premiera Władysława Kosiniaka-Kamysza. Tu jest ważne, żeby mieć relacje z rządem, żeby skutecznie realizować tak duże inwestycje jak metro. Prezydent Krakowa, który jest skonfliktowany z rządem, będzie miał znacznie trudniej w walce o miliardowe inwestycje. Takie są realia. Warto też podkreślić, że Władysław Kosiniak-Kamysz nie patrzy na Kraków wyłącznie z perspektywy politycznej. To jest jego rodzinne miasto, z którym jest związany od lat, dlatego rozwój Krakowa i takie projekty jak metro są dla niego również osobistym zobowiązaniem. Łukasz Krzysztofik W ilu procentach Piątkowska jest kandydatką PSL, a w ilu KO? Trudno to zobrazować w procentach. Po prostu jest kandydatką wspólną. A jak wielu Ludowców jej nie popiera? Nie ma takich sygnałów. Co konkretnie ma do zaoferowania Piątkowska Krakowianom, czego nie mają inni kandydaci? W czym jest lepsza od całego grona pozostałych? Przede wszystkim jest zdeterminowana. Udowodniła, że jeżeli obierze pewien kierunek, to dąży do tego celu do końca. Kraków w tym momencie jest bardzo trudnym miastem, trudną gminą, porównując na tle całej Małopolski. W województwie są 183 gminy, więc mam pewien ogląd, rozmawiam z samorządowcami. I niewiele jest gmin, gdzie jest tak duża polaryzacja i takie duże zwalczanie choćby na linii rada gminy – włodarz. Są takie przypadki w Małopolsce, ale są nieliczne. Zawsze ta współpraca jest potrzebna. W Krakowie mamy radę miasta, gdzie większość ma Koalicja Obywatelska wraz z Nową Lewicą. To świadczy o tym, że w przypadku Moniki Piątkowskiej, jeżeli wygra, mamy gwarancję, że ta współpraca rady i prezydenta na pewno będzie owocna. Na dzisiaj w krakowskiej radzie miasta mamy czterech radnych Nowej Lewicy, a przypominam, że Lewica ma swoją kandydatkę. Wiele zależy od tego, jak to się poukłada. Widzimy różne sondaże i tu jest duży rozstrzał, więc pojawiają się głosy: „kto zamawia, ten dyktuje warunki”. A PSL wie, co to znaczy sondaż zamawiany, bo nie było wyborów, w których nie bylibyśmy niedoszacowani. Zawsze jest 2-3% niedoszacowania sondażowego, a w ostatnich wyborach sejmowych w 2023 to niedoszacowanie wyniosło 5%. Kończąc ten wątek, rozumiem, że kandydatka Nowej Lewicy ostatecznie i tak poprze waszą kandydatkę w drugiej turze? Pewnie będą rozmowy. Będziemy starać się rozmawiać ze wszystkimi środowiskami, żeby poparli naszą wspólną kandydatkę. Daria Gosek-Popiołek już wywinęła taki numer dwa lata temu, że nie poparła Aleksandra Miszalskiego, tylko Łukasza Gibałę. Tak, ale za to Małgorzata Wassermann powiedziała, że - wbrew temu, co mówił PiS - na pewno nie zagłosuje na Łukasza Gibałę. W każdej partii są takie osoby, które mają swoje zdanie i czasem trudno iść z nimi w jednym kierunku. Trudno się z nimi dogadać? Trudno znaleźć konsensus. Daria Gosek-Popiołek No to teraz zasadnicze pytanie: kiedy te wybory w ogóle się obędą? To zależy od tego, jak potoczy się sprawa protestu referendalnego w sądzie. Oczywiście trzeba się liczyć z tym, że jest zagrożenie, iż referendum może być unieważnione. Zwracam uwagę, że w Małopolsce mieliśmy dwa przypadki powtórzonych wyborów z uwagi na złożone protesty do sądu. W powiecie proszowickim i w powiecie krakowskim były powtórzone wybory do rad powiatów. I to wiele miesięcy po właściwych wyborach. Czyli zakłada pan, że może być powtórzone referendum w Krakowie? Czekamy na wyrok. A jaki termin wyborów z waszej perspektywy byłby lepszy: lepiej, żeby odbyły się szybko czy lepiej, żeby odbyły się później? Długa kampania wyborcza w Krakowie nikomu nie służy. Najlepiej by było to wszystko przeciąć jak najszybciej. Chcemy, żeby przeszedł prezydent, który będzie już realizować swoją politykę. Choć akurat Stanisław Kracik bardzo dobrze zrządza miastem, ale i tak wybory powinny odbyć się jak najszybciej, ale oczywiście po wakacjach, by jak najwięcej mieszkańców miało możliwość wziąć w nich udział. Październik byłby najlepszy. Czy wasza kandydatka odbyła już spotkanie z Ludowcami i zadała to pytanie: „pomożecie”? Próbujemy zgrać terminarze, bo jesteśmy w okresie wakacyjnym, ale na pewno takie spotkanie ze strukturami Polskiego Stronnictwa Ludowego z Krakowa będzie musiało się odbyć. Musimy porozmawiać o programie, bo też chcemy mieć na to pewien wpływ, mamy swoje pomysły na Kraków. Proszę o konkretny przykład. Jednym z tematów jest przyszłość giełdy rolnej. To sprawa odkładana od wielu lat. Wiemy, że Rybitwy nie są pewne, i gdzieś powinno powstać miejsce w Krakowie, czy też na obrzeżach Krakowa, z giełdą rolną z prawdziwego zdarzenia. Jeżeli chcemy mówić o bezpieczeństwie żywnościowym, lokalnych producentach i krótkich łańcuchach dostaw, to nowoczesna giełda rolna jest elementem infrastruktury miasta. To tylko jeden z pomysłów, które chcemy wpisać do programu naszej kandydatki. Czyli „pomożecie”? Będziemy wspierać, na pewno. PSL to chłopska partia. Jakie ma podejście do kobiety? Chłopska? No, a nie?  Hmm, partia ewoluuje. Ruch Ludowy to jest partia wszystkich Polaków. Wywodzimy się z terenów wiejskich, to są nasze korzenie. Wspomniałem o giełdzie rolnej – w tym przypadku bierzemy odpowiedzialność za sektor rolnictwa i chcemy, żeby mieszkańcy Krakowa mieli dostęp do zdrowej polskiej żywności. Rozumiem, że jesteście postępowi i tolerujecie kobietę? Ja bym nawet nie chciał o tym dyskutować... Ale ciągle pojawiają się w przestrzeni publicznej stwierdzenia, że może Kraków nie jest jeszcze gotowy na prezydenta – kobietę.  Kraków jest gotowy na kobietę, a te dywagacje są bez sensu. Ja akurat w domu jestem w mniejszości, bo mam żonę i córkę i absolutnie nic złego na temat kobiet nie powiem. Wręcz przeciwnie – one łagodzą obyczaje, wprowadzają pewną normalność i sprowadzają na ziemię, co mogę powiedzieć przede wszystkim o mojej żonie. (śmiech) Skoro mamy więc kilka łagodzących obyczaje kobiet w tej kampanii, to może sugerować, że kampania wcale aż taka ostra nie będzie.  Aktualnie jesteśmy jeszcze przed kampanią wyborczą, a widzimy, że emocje w niektórych miejscach już sięgają zenitu. Trzeba jakoś to wszystko załagodzić, bo to jest niepotrzebne. Chciałbym, żeby ta kampania bardziej się skupiła na takich codziennych problemach Krakowa i jego mieszkańców. Łukasz Krzysztofik Na ile w takim razie PSL w Krakowie zaangażuje się w kampanię Moniki Piątkowskiej? Na 100%. Pozostając przy procentach: ile procent szans daje pan Piątkowskiej? Ciężko mi oszacować. Jestem przekonany, że wygra. I my, jako Polskie Stronnictwo Ludowe, zrobimy wszystko, żeby tak się stało. ZOBACZ TAKŻE: „Komuno, wróć”, czyli posłanka zeznaje na policji. Czy Gosek-Popiołek nadużywa władzy?

Więcej…

Brutalna prawda o kulisach kampanii. Na Rybitwach odbywa się „konkurs piękności” [WYWIAD]

Brutalna prawda o kulisach kampanii. Na Rybitwach odbywa się „konkurs piękności” [WYWIAD]

06 lipca 2026 | 09:17

– To jest trochę konkurs piękności. Do każdej grupy interesu się przyjeżdża i mówi, że rozumie się jej interesy, że wszystko będzie dobrze i że „tylko ja to wam załatwię” – mówi Remigiusz Tytuła, prezes Fundacji Klaster Rybitwy. To właśnie na Rybitwach kandydaci na prezydenta Krakowa walczą o głosy ludzi, którzy... przyłożyli rękę do odwołania Aleksandra Miszalskiego.  Na Rybitwach narasta bowiem bunt, który może przesądzić o wyniku wyborów. Czy pond 20 tysięcy miejsc pracy stanie się ofiarą politycznej spekulacji, a obietnice składane w kampanii okażą się tylko sprawnym narzędziem do wygrania fotela prezydenta? Prezes Klastra Rybitwy bez ogródek wyjaśnia, jak wygląda „taniec” polityków wokół tej strefy przemysłowej i dlaczego przedsiębiorcy nie zamierzają już dłużej wierzyć w czcze słowa. *** Kanał Krakowski: Czy kandydaci na prezydenta Krakowa zaczęli już do Was pielgrzymować? Remigiusz Tytuła: Tak, nie ma co ukrywać. Natomiast to jest chyba reakcja na nasze zaproszenie, bo takie wystosowaliśmy do wszystkich, którzy poważnie myślą na temat zajęcia miejsca w budynku na placu Wszystkich Świętych. Remigiusz Tytuła podczas protestu przed magistratem To jest dla nas oczywiste, że chcemy rozmawiać ze wszystkimi poważnymi kandydatami na temat przyszłości tego obszaru, który budzi jakieś kontrowersje. Dla nas jest to miejsce pracy, generowania zysku naszych przedsiębiorstw, ale także bezpieczeństwa naszych pracowników i wpływów podatkowych do miasta, co powinno mieć szczególne znaczenie dla osób, które poważnie myślą o odpowiedzialnym zarządzaniu gminą i budżecie miasta. Z kolei dla kandydatów ważne są głosy w wyborach. A tych, tutaj na Rybitwach, mogą zdobyć – pobieżnie licząc - około 30 tysięcy. Ciężko to dokładnie policzyć, ale tak – z naszych obliczeń wynika, że miejsc pracy tutaj jest ponad 20 tysięcy. A do tego dochodzą też rodziny pracowników. Czyli potencjalnie mogły to być głosy, które wysadziły Aleksandra Miszalskiego z siodła podczas referendum. Nie potwierdzam, ale nie zaprzeczam. (uśmiech) Zrobiliście „dym” przed referendum, bo Wasz protest przed magistratem był bardzo głośny. To nie był dym. To było bardzo mocne przedstawienie naszych argumentów, których przez kilka wcześniejszych miesięcy nikt w magistracie nie chciał usłyszeć. Protesty przed urzędem Byliśmy w kontakcie z panem Miszalskim i z panem Mazurem od początku kadencji. Mówiliśmy, jako organizacja przedsiębiorców, na czym nam zależy. Pokazywaliśmy również przygotowany przez nas plan zagospodarowania tego terenu Synergia Park, który mógłby być jakąś koncepcją kompromisową pomiędzy radykalną zmianą a utrzymaniem status quo. Wszyscy nas zapewniali, że wszystko będzie dobrze, aż pojawił się w grudniu ubiegłego roku ten pierwszy zarys masterplanu, który ujawnił, że dobrze nie jest. Czyli? Mamy tu, na Rybitwach, do czynienia ze strefą przemysłową, w której ktoś chciał zaplanować kilka takich osiedli jak Złocień. Bo tutaj jedynym wyjątkiem na całym tym obszarze przemysłowo-usługowym jest osiedle Złocień, które powstało lata temu przez przypadek planistyczny. Miało być to osiedle dla pracowników Igloopolu, który miał tutaj wybudować wielki zakład produkcyjny. Czas przełomu Balcerowicza wszystko pozmieniał, mieszkania zostały, a Igloopolu nie ma. Natomiast ta mieszkaniówka to naprawdę przypadek. I zarówno dla nas, jak i dla mieszkańców, to nie jest najbardziej komfortowa sytuacja, bo funkcje mieszkaniowe i przemysłowe nie są ze sobą kompatybilne. I nagle ktoś przychodzi i mówi: „Dobra, to będziemy rozwiązywać te problemy w taki sposób, że takich Złocieni napakujemy tutaj jeszcze cztery”. Czyli problemy, które mają mieszkańcy Złocienia, jeszcze bardziej rozszerzymy i jeszcze bardziej zwiększymy ten konflikt między mieszkańcami, a przedsiębiorcami. I powstanie tu tak zwane „Nowe Miasto”. Taka była koncepcja: wsadźmy takie „rozsadniki” mieszkaniowe i wytwórzmy presję na okolicznych przedsiębiorcach. Presję, której nie będzie wytwarzać już miasto, tylko ci nowi mieszkańcy, którym będzie wszystko przeszkadzać. A nie łatwiej byłoby się Wam stąd po prostu wynieść? Jasne. Bardzo łatwo byłoby nam się wynieść. Tylko potrzebna byłaby do tego bardzo duża suma pieniędzy. Jesteśmy w tym momencie w firmie produkcyjnej. Taka średnia wycena sprzed dwóch lat to około 120 milionów euro, które byłyby potrzebne do tego, żeby wybudować nowy, porównywalny zakład. I to bez kosztów gruntu. A to jest ledwo osiem hektarów. A firm większych i nowocześniejszych jest tutaj dużo więcej. Kto te wielomiliardowe koszty ma ponieść? Ta renta z tej potencjalnej zmiany, nawet uwzględniającej tutaj te kosmiczne wieżowce, nie byłaby w stanie tego zaspokoić. I tutaj jest pies pogrzebany. To jest sedno problemu. Siedziba firmy KZN Bieżanów My nie protestujemy dlatego, że tak straszliwie związaliśmy się z tym miejscem. Chociaż są firmy, takie jak ta – KZN Bieżanów – który ma nawet w nazwie tę lokalizację i funkcjonuje tutaj od końca II wojny światowej. Natomiast my jesteśmy przede wszystkim przedsiębiorcami. To musi mieć uzasadnienie ekonomiczne. Musi się to gdzieś spiąć. Miasto nie jest w stanie wygenerować w żaden sposób takiego strumienia pieniędzy. Zresztą nie ma nawet mechanizmu prawnego, żeby dać nam grunt, dać nam pieniądze na przeprowadzkę. O to wszystko trzeba by walczyć w sądach a to lata procesów i wynik, wielkość odszkodowania niepewna. Pieniądze to jedyny problem? Problem też polega na zaufaniu do władzy. Funkcjonujące tu dziś firmy były lokowane za zgodą władz miasta Krakowa. To miasto mówiło firmom, które wynosiły się z innych części Krakowa: „Idźcie sobie na Rybitwy. Tam macie strefę przemysłową, tam możecie sobie funkcjonować”. Firmy tu przyszły, zainwestowały. I po kolejnych latach miasto mówi: „Idźcie sobie gdzie indziej”. My nie mamy pewności, że ta sytuacja się nie powtórzy i za dziesięć lat ktoś nam nie powie: „To nie miejsce dla Was”. Kolejny problem to nasi pracownicy. Oni nie zawsze pójdą z nami tam, gdzie byśmy się chcieli przenieść. Bo my, jako przedsiębiorcy, mówimy wprost: nie przeniesiemy się w obrębie Krakowa, jeżeli zostaniemy zmuszeni do wyprowadzki z tego terenu. Mamy ograniczone zaufanie do miasta, które nie dotrzymuje umów. Jeżeli więc wyjdziemy poza Kraków, to po pierwsze podatki nie wrócą do Krakowa, a po drugie nie mamy pewności, że nasi pracownicy pójdą za nami. Doświadczenie, jakie mamy z Krakowem, jest na razie takie, że rzucane są nam kłody pod nogi. I nie jest to dobra reklama dla prowadzenia tu działalności. Być może korporacje chwalą sobie współpracę z miastem. Być może dzięki temu urząd miasta Krakowa ogłasza, że jest zwycięzcą w jakimś rankingu przyjazności dla biznesu. Ale z naszego punktu widzenia tak na pewno nie jest. Gminy ościenne, które zbudowały swoje strefy przemysłowe, są przykładem na to, że tam dba się o  inwestora. A u nas – i to jest dla mnie bardzo istotne – często, kiedy słyszałem jednego z zastępców poprzedniego prezydenta używającego słowa „inwestor”, to w domyśle był to tylko deweloper mieszkaniowy. To był jedyny inwestor w mieście. A kiedy słyszałem słowo „przedsiębiorca”, to w domyśle była to korporacja i te mityczne sto tysięcy miejsc pracy... Słyszałem też hasła o „równym traktowaniu podmiotów gospodarczych” i z tym się radykalnie nie zgadzam, by traktować równo przedsiębiorcę, który od lat prowadzi firmę, zatrudnia ludzi odprowadza podatki, inwestuje w tym mieście, rozwija się; oraz dewelopera który kupił spekulacyjnie działkę przemysłowo-usługową a teraz próbuje ją przekształcić w kierunku mieszkaniowym. Nie zgadzam się by zrównywać podmioty, które funkcjonują tu od lat z tymi które „po wyprodukowaniu” mieszkania szybko stąd się ulotnią zostawiając miasto, mieszkańców, nas i naszych pracowników z sąsiedzkimi problemami. Dlaczego, Pana zdaniem, władzom Krakowa zależy na tym, żeby była tutaj mieszkaniówka, a nie teren przemysłowy? Myślę, że jest to trochę pokłosie myślenia z przełomu wieków. Takiego myślenia, że historia się skończyła, że teraz już tylko i wyłącznie Europa będzie realizować usługi, a produkty przyjadą z Chin. Że jedynym słusznym kierunkiem dla Krakowa – i to chyba kiedyś padło z ust jednego z wiceprezydentów – jest turystyka i korporacje, a wszelka inna działalność gospodarcza powinna się stąd jak najszybciej wynosić. I gdzieś to zostało zasiane. Ciężko jest to później wyplenić. Jak już raz jakieś ziarno wpadło w tryby machiny miejskiej, pojawiły się pierwsze rysunki, plany, nazwy i tak dalej, to później to już funkcjonuje i przebija i powiela się w kolejnych dokumentach. I od dwóch dekad planujemy miasto pod turystów, pod korporację, pod deweloperów.   Rybitwy Druga kwestia jest taka, że na to myślenie nałożyła się transformacja, która wymiotła stąd kilka dużych podmiotów. One zniknęły. Pewne tereny zostały niezagospodarowane. Pewne firmy – jak Telefonika – rozpoczęły jakiś proces inwestycyjny, ale później go wstrzymano i pozostały duże, niezagospodarowane obszary. I na to wszystko jeszcze dołożyła się renta deweloperska, która pojawiła się w ostatnich latach wraz z rajdem cen mieszkań. To zaczęło się składać w pewną całość. Dlatego zaczęto wskazywać te tereny jako miejsce rozwoju mieszkaniówki. Bo chciano się pozbyć takich mniej efektownych, niepasujących do miejskiego, pięknego wizerunku przedsiębiorstw, które tutaj funkcjonują. Chciano dokonać głębokiego przekształcenia właśnie w kierunku mieszkaniowym. Widzę też takie błędne myślenie wśród przedstawicieli władz, że każdy nowy mieszkaniec to zysk dla miasta, bo to nowy PIT. Natomiast nie widzi się tego, że każdy nowy mieszkaniec to również istotny koszt dla miasta. Bo każdy nowy mieszkaniec potrzebuje szkoły, potrzebuje dojechać autobusem lub tramwajem do pracy, potrzebuje obsługi w urzędzie, potrzebuje placówki medycznej… A za to wszystko płaci miasto. A przedsiębiorca – ze swoimi podatkami, czy od nieruchomości, środków transportu czy z CIT-ów – jest z miasta wymywany. Efekt widać w finansach miasta przychody nie są w stanie dogonić galopujących wydatków. Zachłystujemy się inwestycjami w infrastrukturę czy tabor, często dofinansowanymi ze środków zewnętrznych, zapominając że prawdziwe koszty to nie zakup przy kasie, tylko codzienna eksploatacja i utrzymanie tych zasobów. Jaki jest kluczowy argument, żeby ten teren zachował swój obecny charakter? Są dwa: praca i podatki. Czyli ludziom dajemy pracę, a miastu odprowadzamy podatki. I nikt w mieście tego nie policzył? Nie i to jest chyba mój największy problem z podejściem władz miasta. Bo one podchodzą do tego tematu bez analizy tego, co tutaj już istnieje. Nikt nie wie, ile dokładnie jest tutaj zatrudnionych ludzi. Nie ma takiego opracowania. To my robimy takie analizy dla miasta. Pokazujemy, ile tutaj pracuje ludzi, jakie są generowane podatki, które spółki za nic w świecie nie chcą się przenosić. Przecież jeżeli chce się podejmować tak radykalną decyzję, jak przekształcenie tego terenu, to najpierw trzeba zrobić fotografię tego miejsca. Szczególnie fotografię ekonomiczną: co tutaj jest, co możemy stracić. Dodam tylko, że gdyby taka analiza powstała, to byłoby czarno na białym, że to się miastu nie opłaca. Być może dlatego urzędnicy unikają tego tematu jak ognia. Jako przedsiębiorcy czuliście się ignorowani przez władze Krakowa? Jeżeli mówimy o ostatnich dwóch latach funkcjonowania, byliśmy zapraszani do rozmów, do współpracy, ale nie byliśmy słyszani. Czyli nasze argumenty do nich nie trafiały. Przyjmowali je, słyszeli, ale nie słuchali nas. Natomiast we wcześniejszym okresie – za Jacka Majchrowskiego – nawet nie zapraszano nas do rozmów. Trzeba zwrócić uwagę, że ten teren jest funkcjonującym i działającym obszarem gospodarczym, z którego miasto czerpie niemałe przychody. Jednocześnie od lat miasto konsekwentnie odmawia reinwestowania tych podatków w ten obszar. Argumentacja jest taka, że „tu jest przemysł i usługi, a nie mieszkańcy”, więc inwestycje kieruje się tam, gdzie mieszkają ludzie. Później powstaje narracja, że to przedsiębiorcy są winni temu, że droga jest zła, że nie ma chodnika, oświetlenia czy kanalizacji. A to nie jest wina przedsiębiorców. My generujemy podatki, ale one są inwestowane gdzie indziej. A na końcu jesteśmy przedstawiani jako „czarny lud”, który rzekomo blokuje rozwój tego obszaru miasta. Protest przed magistratem Ucieknijmy do przodu i porozmawiajmy o przyszłości. Jak idą rozmowy z kandydatami na prezydenta? Bo zakładam, że z nimi rozmawia się znacznie milej. W końcu to oni się teraz uśmiechają. Oj tak. Ale my twardo stąpamy po ziemi, nauczeni już doświadczeniem. Bo z panem prezydentem Miszalskim i z panem prezydentem Mazurem, jeszcze podczas poprzedniej kampanii, również rozmawialiśmy. Nawet jakieś stanowisko popierające nasze racje – przynajmniej ze strony pana Miszalskiego – dostaliśmy na piśmie. Jeszcze jako kandydata? Tak, jeszcze jako kandydata. Wiemy więc, że to jest taki okres, w którym... …wszystko Wam obiecają? To jest trochę konkurs piękności. Do każdej grupy interesu się przyjeżdża i mówi, że rozumie się jej interesy, że wszystko będzie dobrze i że „tylko ja to Wam załatwię” . Z jakimi kandydatami już rozmawialiście? Rozmawialiśmy z panem Drewnickim, panem Hoffmanem, panem Gibałą, zapleczem pana Bocheńczaka i ostatnio panią Piątkowską. Kolejne spotkania przed nami. Który z kandydatów wypada najlepiej? Odpowiem inaczej, bo trudno robić ranking, gdy nie spotkało się ze wszystkimi, wiedząc też że na takim kampanijnym spotkaniu kandydaci raczej nie będą chcieć się konfliktować. Odpowiem analizując postawę kandydatów lub ich zaplecza do Nowego Miasta czy masterplanu. Patrząc na to, co przez ostatnie pięć lat robił radny Drewnicki, wydaje nam się w tym momencie najbliżej naszego sposobu patrzenia na problem Rybitw. Dlaczego? Bo jest konsekwentny. Od lat powtarza, że funkcja przemysłowa jest potrzebna miastu. Że miasto nie powinno się jej pozbywać skoro sobie na Płaszowie i Rybitwach radzi. I że skoro przez dekady wskazywano ten teren jako miejsce prowadzenia działalności gospodarczej, to jest to pewnego rodzaju umowa społeczna, której nie można zrywać w imię partykularnych interesów. Ale żeby też nie „cukrować” tylko przedstawicielowi jednej partii, to podobne myślenie widzę również u prezydenta Kracika i u radnego Stawowego. Oni co prawda nie kandydują , ale pozostają przecież w bliskim kontakcie ze sztabem senator Moniki Piątkowskiej. Nasze pierwsze spotkanie z kandydatką KO wskazywało, że podziela ona ten sposób myślenia, w którym zachowanie i rozwijanie bazy podatkowej miasta ma kluczowe znaczenie dla jego stabilności.   Jednakże jak w wielu ważnych kwestiach, tak i w kwestii Rybitw, podziały za i przeciw nie przechodzą wzdłuż podziałów partyjnych, a bardziej wynikają z rodzaju wrażliwości, reprezentowanych interesów, znajomości tematyki i merytorycznego podejścia. Takie podziały widać np. w zapleczu Łukasza Gibały, ugrupowań lewicowych ale też Konfederacji.       A barwy polityczne mają dla was w ogóle znaczenie? Żadnego. Prywatnie oczywiście każdy ma swoje poglądy polityczne. Wśród tysięcy  przedsiębiorców i pracowników znajdziemy poglądy od prawa do lewa, przez całe spektrum politycznego imaginarium. Nikomu nie powiemy: „Głosuj na tego, bo on coś zagwarantuje”. Tym bardziej że wiemy, jak wygląda kampania wyborcza i jak zmienia kandydatów władza. To, co mówi się w kampanii, później bardzo często zostaje wywrócone do góry nogami już w trakcie kadencji. Dlatego byłoby niezręcznie kogokolwiek rekomendować. Naszą rolą jest rozmawiać z każdym kandydatem. Przedstawiać nasze argumenty. Słuchać tego, co mają do powiedzenia. A później – przy pomocy naszych kanałów komunikacji – przekazywać przedsiębiorcom i pracownikom: „ten kandydat powiedział to, a ten ma takie spojrzenie na funkcjonowanie strefy przemysłowej.” I na tym kończy się nasza rola polityczna. Potem każdy wyboru dokonuje sam. Któryś z kandydatów oczekiwał od Was wsparcia finansowego? Żaden. A zamierzacie któregoś wesprzeć? Jako organizacja przedsiębiorców – nie. Natomiast, tak jak mówiłem, prywatnie każda firma, właściciel, zatrudniony może podjąć indywidualną decyzję i wesprzeć kandydata. Ale ani nie będziemy tego sugerować, ani tego wymagać, ani tym bardziej sprawdzać. Jako fundacja zrzeszająca przedsiębiorców mamy tylko jedną rolę: rozmawiać z władzami – obecnymi albo przyszłymi, reprezentować interesy przedsiębiorców i pracowników. Rybitwy Załóżmy więc, że jest już po wyborach. Jakiej pierwszej decyzji w Waszej sprawie oczekujecie od nowego prezydenta? Jeżeli będziemy mieli do czynienia z sytuacją, w której jesteśmy przed etapem uchwalenia planu ogólnego, to oczekujemy bezpośredniego włączenia nas do tych prac. Chodzi o realne uwzględnienie naszej perspektywy: przedsiębiorcy i pracownika, miejsc pracy, podatków i całej sfery ekonomicznej przy opracowywaniu założeń dla tego obszaru. Bo nie da się wypracować dobrego kompromisu jeśli się nad nim nie pracuje z drugą stroną. Nie da się stworzyć dobrego planu dla tego obszaru jeśli bierze się jako podstawę potencjalne inwestycje deweloperskie i do nich stara się dopasowywać istniejącą od lat tkankę gospodarczą. Obecne zagospodarowanie i zainwestowanie to realność, od której każdy planista powinien zacząć i tak „ugniatać”, formować, przycinać potencjalne twory o nowych funkcjach, by do tej układanki pasowały. Ten obszar musi się zmienić – my to doskonale wiemy. Natomiast to, co wydarzyło się w ostatnich latach, spowodowało, że wszelkiego rodzaju zmiany zostały w pewien sposób powstrzymane albo radykalnie spowolnione. Przedsiębiorcy nie wiedzą dziś, czy inwestować w nowe zakłady pracy, bo może się okazać, że za chwilę będą musieli się przenosić. Urzędnicy wolą powoływać się na fakt, że nadal obowiązuje procedura sporządzania planu Nowego Miasta – „formalnie coś jest procedowane”, a więc decyzje można wstrzymywać i czekać na rozstrzygnięcia planistyczne. W efekcie mamy sytuację, w której przedsiębiorca ma ogromne trudności w uzyskaniu zezwoleń. Procesy się wydłużają, bo „coś jest procedowane”, więc nie można podjąć decyzji.  Ta obstrukcja kosztuje. Do budżetu miasta nie trafiają kolejne miliony, które mogły by wpływać do miejskiej kabzy z nowych zakładów i miejsc pracy. Nie jednorazowo, ale konsekwentnie, rok w rok. No, ale mamy tak dobry budżet, że kto by się przejmował stanem miejskich finansów… ZOBACZ TAKŻE: Gibała oskarża Tuska, ale to jego pajacowanie zablokowało Kraków

Więcej…

Ekspert: Walka o prezydenturę rozegra się między trojgiem kandydatów [WYWIAD]

Ekspert: Walka o prezydenturę rozegra się między trojgiem kandydatów [WYWIAD]

30 czerwca 2026 | 01:50

Bez terminu wyborów od kilku tygodni trwa w Krakowie nieformalna kampania wyborcza. Kandydaci na kandydatów rozpoczęli walkę o głosy, nie wiedząc nawet z kim ostatecznie się zmierzą. O krajobrazie krakowskiej polityki ponad miesiąc po odwołaniu prezydenta Miszalskiego i na kilka miesięcy przed przyspieszonymi wyborami rozmawiamy z Adrianem Gajem, ekspertem marketingu politycznego. Artur Bakker-Kos: No i odwołali Krakowianie prezydenta, oszczędzając radnych. Z radnymi miał pan racje, w przypadku prezydenta mówił Pan, że jest 50% szans. Adrian Gaj*: Kilka ostatnich dni przed referendum wypadło dla prezydenta i radnych gorzej, niż zakładałem. Ostatni tydzień był pełen wizerunkowych błędów, które okazały się decydujące.  Zobacz: Kto naprawdę wygrał kampanię referendalną? Ekspert ujawnia kulisy [WYWIAD] Jeden z analityków twierdził, że to przez Sok z Buraka. To dość wygodne wytłumaczenie, problem mam z nim taki, że jak się okazało, autor tej tezy był jednym z architektów kampanii „obronnej” prezydenta. A w mojej ocenie, to z całą strategią komunikacji antyreferendalnej był problem od początku. Wydaje mi się, że w diagnozie na podstawie której przygotowano strategię obronną, brakło wyczucia krakowskiej, lokalnej specyfiki – i na ogół działające mechanizmy po prostu zawiodły. Patrząc przez pryzmat analityki sieci, zapewne jest prawdą, że kampania „Soku z Buraka” nie dodała prezydentowi i radnym, ale jak pokazują exit polle OGB, do urn poszło ponad 41% 60-latków i ponad 31% 70-latków, w części to byli rozczarowani wyborcy prezydenta Miszalskiego, a na pewno elektorat jego obozu politycznego. Dlatego to nie jest tak, że ktoś się wkurzył na mema z Soku z Buraka i poszedł na referendum. Po prostu przyjęta strategia okazała się błędna z założenia. To się zdarza w marketingu politycznym, ale nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. I w rezultacie tej pomyłki w sierpniu miały się odbyć przyspieszone wybory. A już wiemy, że z powodu protestu wyborczego i całej procedury mu towarzyszącej, odbędą się najwcześniej jesienią.  Choć nadal nie znamy nawet daty wyborów, kampania w Krakowie już się zaczęła? Formalnie nie, ale politycznie zdecydowanie tak. Kandydaci budują rozpoznawalność, zajmują kolejne pola debaty i próbują narzucić własną narrację. To naturalne, bo im dłużej potrwa okres przed ogłoszeniem kalendarza wyborczego, tym większe znaczenie będzie miało to, kto przez ten czas zdoła zaistnieć w świadomości mieszkańców. I to pomimo niesprzyjającego takim aktywnościom lata. Kto dziś jest faworytem? Dzisiaj mówiłbym o trzech głównych pretendentach do zwycięstwa. To radny Łukasz Gibała, senatorka Monika Piątkowska z Koalicji Obywatelskiej oraz Jan Hoffman, lider komitetu referendalnego. Oczywiście kampania potrafi zaskakiwać, ale na tym etapie właśnie ta trójka wydaje się mieć największy potencjał do wejścia do drugiej tury. Zresztą te nazwiska pojawiły się już „na podium” w dwóch czy trzech wewnętrznych sondażach, które nieoficjalnie krążyły po Krakowie od prawa do lewa.  A pozostali? Przypomnę tylko, że mówię z punktu widzenia stricte zawodowego, a nie politycznego. Każdy kandydat ma swoją rolę, ale nie każda jest dziś taka sama. Mam wrażenie, że część kampanii prowadzona jest z myślą nie tylko o wyborach prezydenckich, ale również o wyborach parlamentarnych za rok. Dla wielu polityków to okazja do zbudowania własnej marki. Kogo ma Pan na myśli? Przede wszystkim kandydatów reprezentujących partie o bardziej wyrazistym profilu ideowym. Michał Drewnicki z PiS, Bartosz Bocheńczak z Konfederacji, Michał Klimek związany z Koroną, Daria Gosek-Popiołek z Lewicy czy Aleksandra Owca z Razem prowadzą kampanie, które oczywiście mają znaczenie w tych wyborach, w większości widać sporą aktywność już teraz, ale jednocześnie budują swoją rozpoznawalność przed kolejnymi kampaniami ogólnopolskimi. Za rok przecież wybory do parlamentu. Zobacz: Fala z Zabrza dotrze do Krakowa? Ekspert: tworzą infrastrukturę [WYWIAD] To znaczy, że nie mają szans? Kampania jeszcze formalnie nie wystartowała, nie można stawiać takich tez. Natomiast trzeba patrzeć na strukturę elektoratu w Krakowie z poprzednich wyborów samorządowych czy parlamentarnych i to z kilku ostatnich lat. Około 25-30% to osoby konsekwentnie głosujące na prawicę, głównie ze względów światopoglądowych. Te głosy będą podzielone pomiędzy kilku kandydatów. Mamy przecież kandydata największej prawicowej partii – radnego Drewnickiego, zresztą bardzo aktywnego, który mocno pracuje nad zwiększeniem rozpoznawalności. On bezpośrednio rywalizuje z kandydatem Konfederacji, panem Bocheńczakiem, który również nie jest nazwiskiem powszechnie kojarzonym. Do tego dochodzi kandydat z Korony i mocno prawdopodobny start Tomasza Urynowicza ze Wspólnoty Wartości. Robi się bardzo ciasno, będzie duże rozdrobnienie głosów na prawicy. Na lewicy chyba też? Tu mówimy o około 15% ideowego elektoratu. Tymi procentami podziela się dwie kandydatki: z Lewicy i Razem, zresztą już teraz widać, że wzajemnie się podgryzają i konfrontują. Wizerunkowo zarówno lewicy jak i wspomnianej prawicy, trudno będzie przebić się przez bańkę własnego szyldu. A to oznacza, że największa walka toczy się o szeroki elektorat centrowy i liberalny. Który zostaje do podziału na trójkę faworytów? Tak. To oni mogą między sobą zagospodarować około 55–60 procent wyborców, którzy nie identyfikują się jednoznacznie ani z prawicą, ani z lewicą, w polityce samorządowej stawiają jednak na ludzi, a nie szyldy. To właśnie w tej grupie rozstrzygnie się wynik pierwszej tury. Zaskakuje obecność Jana Hoffmana w tym gronie. Niekoniecznie. Referendum bardzo mocno zwiększyło jego rozpoznawalność, choć nad nią nadal musi mocno pracować. Dzisiaj jest jedną z najbardziej aktywnych postaci lokalnej polityki. Praktycznie codziennie dostarcza nowych tematów, narzuca narracje. W komunikacji politycznej bardzo ważna jest zasada, że uwagę zdobywa ten, kto nadaje rytm debacie. Hoffman robi to skutecznie. Do tego jest twarzą olbrzymiego sukcesu politycznego, jakim było odwołanie prezydenta drugiego miasta w Polsce. Rzecz wcześniej niespotykana. Jest wizerunkowym zwycięzcą. Do tego jako jedyny zasypał już miasto swoimi bilbordami i plakatami.  Co daje mu naturalną „premię” z tytułu pierwszeństwa. Pokazuje swoja kandydaturę mieszkańcom. Uważam, że jeśli utrzyma tempo, może być największą sensacją wyborów, łącznie z wejściem do drugiej tury, a wtedy wszystko się może zdarzyć.  A Monika Piątkowska? To logiczny wybór Koalicji Obywatelskiej i uważam, że mocno niedoceniany przez część komentatorów. Pani Senator wizerunkowo wydaje się najlepszym możliwym wyborem spośród osób związanych z tym środowiskiem. Z jednej strony ma doświadczenie pracy w magistracie, więc trudno zarzucać jej brak kompetencji. Z drugiej nie jest obciążona wizerunkowo decyzjami poprzednich władz miasta. To istotna przewaga. No i stoi za nią jednak cała maszyna partyjna i szyld, który w Krakowie zawsze ma swój „żelazny”, znaczący elektorat. Nawet jeśli aktualnie ten szyld ogólnopolsko raczej odejmuje, niż dodaje. Ma znaczenie fakt, że jest kobietą? Tak, choć nie powinien być to jedyny argument. Badania pokazują jednak, że kandydatki często są oceniane nieco inaczej niż kandydaci. Znacznie trudniej prowadzić wobec nich agresywną kampanię personalną bez ryzyka negatywnej reakcji części wyborców. To może mieć znaczenie zwłaszcza w najbliższych tygodniach. Bardzo mnie ciekawi jaki pomysł na „opowiedzenie” jej wyborcom, ma sztab Koalicji. A Łukasz Gibała? Ciągle nie ogłosił startu. Nie widzę w tym niczego zaskakującego. Jeżeli jest się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polityków lokalnych i od miesięcy wskazywanym jako faworyt, to nie ma potrzeby rozpoczynania kampanii wcześniej niż konkurenci. Znacznie większą presję mają kandydaci, którzy dopiero budują swoją rozpoznawalność. Radny Gibała już ją posiada, bo buduje swój wizerunek od lat. Ma grono entuzjastów, ma grono krytyków, budzi emocje – a to dla polityka bardzo ważne. No i nie można mu odmówić determinacji.  Czyli brak oficjalnego ogłoszenia startu niczego nie zmienia? Moim zdaniem niewiele. Wszyscy zakładają, że wystartuje. Znacznie ważniejsze będzie to, kiedy rozpocznie pełnowymiarową kampanię programową i jak odpowie na działania konkurentów. Jakie są najsłabsze strony całej trójki pod względem wizerunkowym? Radny Gibała przegrał już trzy razy wybory na prezydenta, a wyborcy nie lubią przegranych. Senatorce Piątkowskiej najbardziej może ciążyć szyld partyjny w związku ze sprawą Kacprzyka oraz fakt, że przez lata odgrywała duża rolę w administracji prezydenta Majchrowskiego. Z kolei Jan Hoffman ma ciągle niską rozpoznawalność i jest utożsamiany z „elektoratem buntu”, który niełatwo utrzymać przez kolejne miesiące. Dlatego każdy z tych kandydatów na kandydatów musi odpowiednio sprofilować swoją kampanię. Nadal nie znamy terminu wyborów. Komu to pomaga? Przede wszystkim tym kandydatom, którzy jeszcze zwiększają swoją rozpoznawalność. Dodatkowe tygodnie czy miesiące pozwalają Monice Piątkowskiej częściej pojawiać się w przestrzeni publicznej, zwłaszcza w dużych mediach, a Janowi Hoffmanowi utrzymywać wysoką aktywność po referendum. Im później ruszy oficjalna kampania, tym większe mają szanse zniwelować przewagę rozpoznawalności Łukasza Gibały. Jest jeszcze miejsce na niespodziankę? Zawsze. Dlatego to będą takie ciekawe miesiące. Jak pokazują pierwsze badania, nadal około 20–25 procent wyborców pozostaje niezdecydowanych. To bardzo dużo jak na ten etap, ale z drugiej strony – trudno oczekiwać, by wyborcy pasjonowali się w lecie pojedynkiem kandydatów na kandydatów. Od czego będzie zależała decyzja niezdecydowanych? Przede wszystkim od ostatecznej listy startujących i konkretnych programów. Wielu wyborców nie chce dziś deklarować poparcia, bo nie zna pełnej oferty. Natomiast nie spodziewałbym się, żeby ta grupa masowo odpłynęła do kandydatów małych, skrajnych czy wyraźnie nieliberalnych ugrupowań. Historia wyborów pokazuje, że niezdecydowani najczęściej ostatecznie wybierają kandydatów postrzeganych jako zdolnych do realnej walki o zwycięstwo. Czyli jest sens prowadzić już działania kampanijne? Tak. Dzisiaj obserwujemy przede wszystkim walkę o pozycję startową. Prawdziwa rywalizacja rozpocznie się dopiero po ogłoszeniu kalendarza wyborczego. Ale już teraz widać, że wyścig ma wyraźnych liderów i że o zwycięstwie nie zadecyduje raczej twardy elektorat poszczególnych partii, a umiejętnie przygotowana opowieść o każdym kandydacie. Wygra ta osoba, która opowie o sobie i swoim pomyśle na Kraków najciekawiej i będzie w tym najbardziej wiarygodna.   *Adrian Gaj – ekspert marketingu politycznego, od lat zajmuje się PR i komunikacją w samorządach, doradza wizerunkowo osobom publicznym. Pomaga wygrywać wybory na każdym szczeblu samorządu, odpowiadał również za działania komunikacyjne w zwycięskim referendum odwoławczym w jednym z małopolskich miast.

Więcej…

„Doktor” Drewnicki postawi diagnozę i uleczy Kraków. „Jest najlepszy” [WYWIAD]

„Doktor” Drewnicki postawi diagnozę i uleczy Kraków. „Jest najlepszy” [WYWIAD]

25 czerwca 2026 | 09:05

– Bycie prezydentem Krakowa po Miszalskim będzie łatwiejsze, bo popełnił on tak wiele błędów, że chyba każdy następny będzie lepszy od niego – mówi nam Mariusz Kękuś (PiS). – Wstydzę się, iż moje miasto jest najbardziej zadłużonym dużym miastem w Polsce – dodaje. Zdaniem radnego Kękusia tylko Michał Drewnicki wie, jak poradzić sobie z zadłużeniem tak, by nie sięgać do kieszeni mieszkańców. – Referendum pokazało, że krakowianie mają własne zdanie i potrafią podejmować samodzielne decyzje. Dokonało się coś niemożliwego, bo w dużych miastach referenda zazwyczaj się nie udają. Jestem przekonany, że mieszkańcy najlepiej wiedzą, jakiej zmiany oczekują – twierdzi nasz rozmówca. *** Kanał Krakowski: Czy Michał Drewnicki to Wasz najlepszy kandydat na prezydenta Krakowa? Mariusz Kękuś: Zdecydowanie tak. Na czym Pan opiera to przekonanie? Lista potencjalnych kandydatów PiS była przecież bardzo długa. Oczywiście, ale Michał Drewnicki od 12 lat zajmuje się sprawami miejskimi i zna Kraków jak mało kto. Jest radnym miasta od 2014 roku, pozostaje blisko mieszkańców i ich codziennych problemów. Praktycznie każdego dnia zajmuje się sprawami zgłaszanymi przez Krakowian, dzięki czemu ma doskonały przegląd bieżących spraw miejskich i ogromne doświadczenie samorządowe. Od lewej: Mariusz Kękuś, Michał Drewnicki i Włodzimierz Pietrus Wiele osób zarzuca mu jednak populizm. Nie słyszałem takich opinii, ale jak jest się w opozycji, to łatwo przykleić komuś taką łatkę. Tylko chciałbym usłyszeć konkretne przykłady. Choćby wypowiedzi dotyczące budżetu miasta. To bardzo ogólne stwierdzenia, z którymi się nie zgadzam. Powiem szczerze krytyka polityki finansowej miasta jest w pełni uzasadniona. W mojej ocenie gorzej zarządzać finansami Krakowa już się nie dało. Posłużę się pewnym porównaniem: jeśli do lekarza przychodzi pacjent, to zanim zacznie go leczyć, musi go zbadać. Moim zdaniem prezydent Miszalski popełnił podstawowy błąd. Po 22 latach rządów Jacka Majchrowskiego nie przeprowadził profesjonalnego audytu otwarcia. Zamiast tego wykonał wewnętrzny dokument liczący kilkadziesiąt stron, to zdecydowanie za mało. Prawdziwy audyt powinien być realizowany przez kilkunastoosobowy zespół ekspertów zewnętrznych. Trzeba przeanalizować sprawy miejskie punkt po punkcie, fakturę po fakturze, zamówienie po zamówieniu, sprawdzić strukturę organizacyjną, kompetencje i procedury. Potrzebny jest nie tylko audyt finansowy, ale również funkcjonalny. Jeśli nie odrobimy tej pracy, nie będziemy wiedzieć, jak naprawiać miasto. Czyli jeśli Drewnicki zostanie prezydentem to od tego zacznie? Gdybym miał doradzać przyszłemu prezydentowi Krakowa, to właśnie od tego bym zaczął. To uczciwe podejście. Tylko mając rzetelną diagnozę, można przygotować skuteczną strategię działania. Mówiłem o tym na sesji Rady Miasta – mam wrażenie, że Kraków działa trochę po omacku. Porównajmy liczby: w 2023 roku dochody miasta wynosiły około 7,3 miliarda złotych, a w 2025 roku to już około 9,7 miliarda. To wzrost o około 2,4 miliarda złotych. Problem polega na tym, że mimo tak ogromnego wzrostu dochodów sytuacja finansowa miasta się nie poprawia, wręcz przeciwnie. W 2023 roku inwestycje wynosiły około 1,3 miliarda złotych, a dzisiaj jest to około 800 milionów. To pół miliarda mniej. Na co więc poszły te dodatkowe pieniądze? Właśnie cóż z tego, że dochody rosną jeśli nie ma kontroli nad wydatkami. Oczywiście mamy inflację, podwyżki wynagrodzeń i różne koszty, ale chciałbym wiedzieć, dlaczego przy takim wzroście wpływów sytuacja finansowa miasta się pogarsza. Nie udało się wygenerować nadwyżki operacyjnej. W zeszłym roku mieliśmy stratę operacyjną wynoszącą 124 miliony złotych. Patrzę na wskaźniki i jestem zaniepokojony: jeżeli skarbnik miasta mówi, że Kraków nie jest ostatnim miastem pod względem dochodów, to dlaczego jest pierwszym pod względem zadłużenia? Ale jakie znaczenie ma to dla przykładowej pani Basi, która sprzedaje marchewkę na Kleparzu? Ogromne, bo zła polityka finansowa kończy się tym, że prezydent sięga do kieszeni mieszkańców. Prezydent Miszalski uznał, że rozwiąże problemy finansowe poprzez podnoszenie opłat i podatków dla mieszkańców Krakowa. Chce Pan powiedzieć, że gdyby prezydentem był ktoś z PiS, nie byłoby podwyżek? Chcę powiedzieć, że prezydent Miszalski i Radni Koalicji Obywatelskiej wybrali najgorsze rozwiązanie – sięgając do kieszeni mieszkańców bo tak najprościej. Nie zadali sobie trudu, żeby odpowiedzieć na pytanie dlaczego brakuje pieniędzy. Nie zgadzam się z tym, bo jeśli dziś podniesiemy opłaty, to co zrobimy jutro? Podniesiemy je jeszcze bardziej? Tak nie można mam wrażenie, że miasto działa w ciemno bez potrzebnej wiedzy. Dochody rosną, ale problem polega na tym, że wydatki rosną jeszcze szybciej. Musimy odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak się dzieje. Jeżeli przez dłuższy czas wydajemy więcej niż zarabiamy, to żadne gospodarstwo domowe, firma ani miasto nie będą funkcjonować prawidłowo. Przestrzegałem przed tym jeszcze za czasów Jacka Majchrowskiego. Prezydent Majchrowski przez około 20 lat zadłużył miasto na około 5,2 miliarda złotych. To daje średnio około 240 milionów złotych rocznie. Aleksander Miszalski przejął miasto z długiem przekraczającym 6 miliardów złotych, a pod koniec 2025 roku zadłużenie wynosiło już około 7,9 miliarda. To oznacza wzrost o około 1,8 miliarda złotych w bardzo krótkim czasie. Tempo zadłużania miasta wzrosło mniej więcej pięciokrotnie. Za prezydenta Aleksandra Miszalskiego dług Krakowa rósł około 100 milionów miesięcznie. Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK O fatalniej sytuacji finansowej miasta według opozycji wiemy już wszystko. Ale jaka jest recepta? Załóżmy, że Drewnicki zostaje prezydentem i… co dalej? Jeszcze raz podkreślę: zacząłbym od audytu finansowego, funkcjonalnego i organizacyjnego. Musimy się dowiedzieć co nas boli co nam dolega. Proszę spojrzeć choćby na kwestię podejścia do tematu planu ogólnego, to strategiczny dokument,  który zdecyduje o kierunkach rozwoju miasta o jego przyszłości. Tymczasem dzisiaj na dwa miesiące przed terminem jego uchwalenia nic nie wiemy, mieszkańcy którzy zgłosili ponad 16 tysięcy wniosków nie poznali żadnych odpowiedzi. Radni miejscy, dziennikarze są zaskakiwani fatalnym tempem prac nad dokumentem, brakiem szczegółów. Ten przykład pokazuje, że miasto ma nie tyko problemy finansowe, ale również organizacyjne i zarządcze. Opozycja zawsze mówi, że jest źle. Taka jej rola. Ale my opieramy się na konkretnych danych. Jestem rodowitym Krakowianinem i powiedziałem z mównicy, że wstydzę się, iż moje miasto jest najbardziej zadłużonym dużym miastem w Polsce. Kraków na to nie zasługuje. To miasto z ogromnym potencjałem gospodarczym i społecznym, w którym mieszkają wspaniali ludzie. Jeżeli inwestycje spadają z 1,3 miliarda do 800 milionów złotych, to jest poważny problem. Skarbnik miasta sam mówił, że jeśli nie zmienią się parametry finansowe, to w przyszłości nie będzie możliwości realizowania inwestycji. A przypomnę, że w  roku 2025 mieliśmy 124 miliony złotych deficytu operacyjnego. To oznacza, że musimy pożyczać pieniądze na bieżące funkcjonowanie miasta: na pensje nauczycieli, na funkcjonowanie komunikacji miejskiej, na inne zadania. To już jest bardzo niebezpieczna sytuacja. Ale nadal nie słyszę konkretnego rozwiązania. Rozwiązanie jest proste w założeniu, choć trudne w realizacji. Budżet ma dwie strony: dochody i wydatki. Prezydent Miszalski skupił się niestety na zwiększaniu dochodów poprzez podnoszenie opłat, podatków lokalnych dla mieszkańców, cen biletów, opłat za parkowanie, opłat za śmieci. Druga strona to wydatki. Ja sądzę, że musimy poszukać oszczędności,  jeżeli okaże się, że są obszary wymagające cięć, trzeba ich dokonać. Dla Przykładu: jeśli budżet ma ogromny deficyt, a jednocześnie miasto zwiększa nakłady na miejską gazetkę o kilka milionów złotych, to moim zdaniem nie jest to właściwy kierunek. Oczywiście ktoś powie, że to niewielki wydatek, ale ziarnko do ziarnka i zbierze się miarka. Czyli tak naprawdę nie macie gotowego planu, a wszystko uzależniacie od audytu? To jest właśnie odpowiedzialne podejście. Jeżeli obejmuję zarządzanie dużą organizacją, najpierw muszę wiedzieć, co się w niej dzieje. Każdy rozsądny menedżer rozpoczyna od diagnozy. Ale parę rzeczy jest pewnych już dziś, bez żadnego audytu. Kiedy budżet się sypie, nie wydajemy na miejską gazetę kilku milionów złotych, nie zamawiamy badań wizerunku miasta za setki tysięcy złotych – to nie są decyzje, które wymagają pogłębionego audytu żeby je zakwestionować, wymagają tylko zwykłej przyzwoitości. Oszczędności najpierw należy szukać po stronie władzy, nie w kieszeniach krakowian. Reszta decyzji – po rzetelnej diagnozie. Mariusz Kękuś (w środku). Z prawej radna Agnieszka Paderewska, z lewej minister Maciej Michałowski Poda Pan przykłady „błędnych” inwestycji? Pierwszym przykładem jest Trasa Łagiewnicka,  łączny koszt jej budowy to około 1,3 miliarda złotych, a dziś miasto płaci około 70 milionów złotych rocznie za obsługę długu związanego z tą inwestycją. Problem polega na tym, że nie powstała cała trzecia obwodnica, a jedynie fragment drogi, który nie rozwiązuje problemów komunikacyjnych w takim stopniu, jak zakładano. Drugim przykładem jest zakup Wesołej. Miasto wydało około 300 milionów złotych na ten cel i przez lata nie potrafiło właściwie zagospodarować tego terenu, nie miało na niego pomysłu. Prywatny właściciel nie pozwoliłby sobie na takie marnowanie czasu, przestrzeni i co za tym idzie pieniędzy. Może więc trzeba sprzedać Wesołą? Nie. Jestem przeciwnikiem wyprzedawania majątku miasta, bo jeśli wyprzedaje pan „srebra rodowe”, to jest to sygnał, że coś bardzo złego dzieje się w gospodarstwie. Potrzebny jest po prostu dobry gospodarz i dobry plan dla tego miejsca. Wracając do medycznych porównań: czy Michał Drewnicki okaże się dobrym lekarzem dla Krakowa? Jego największą zaletą jest to, że słucha. Rozmawia z ludźmi, analizuje problemy, zbiera opinie. Poza tym żadnym miastem nie zarządza się jednoosobowo – kluczowy jest zespół. Trzeba mieć ludzi, którym się ufa i którzy są kompetentni. Największym problemem jest sytuacja, gdy zatrudnia się osoby nieprzygotowane do wykonywania swoich obowiązków. To prosta droga do porażki. Moim zdaniem bycie prezydentem Krakowa po Miszalskim będzie łatwiejsze, bo popełnił on tak wiele błędów, że chyba każdy następny będzie lepszy od niego. Wprowadzał złe rozwiązania, a po kilku tygodniach kiedy spadała na niego krytyka wycofywał się z nich rakiem. Powiedział Pan, że „trzeba mieć ludzi, którym się ufa”, a jak Miszalski zatrudniał takich właśnie ludzi to opozycja zarzucała mu kolesiostwo. Jeśli Drewnicki zostanie prezydentem i zatrudni swoich znajomych, to nie będzie kolesiostwo? Dla mnie kluczowe są kompetencje. Jeżeli zatrudniam osobę, której ufam i która potrafi profesjonalnie wykonywać swoje obowiązki, to wszystko się zgadza. Problem pojawia się wtedy, gdy zatrudnia się ludzi niekompetentnych, a miasto funkcjonuje coraz gorzej. Wtedy mieszkańcy mają prawo się bulwersować, zadawać pytania i szukać wyjaśnień. Jeżeli wszystko działa sprawnie, mieszkańca nawet nie będzie interesowało, kto zajmuje dane stanowisko – bo będzie zadowolony z jakości usług. Dyskusja o kolesiostwie zaczyna się moim zdaniem wtedy, gdy miasto jest źle zarządzane, gdy ludzie są niezadowoleni. Nie znam opozycji, która powiedziałaby, że coś działa dobrze. Zawsze będą padać zarzuty w kierunku rządzących. Ja staram się mówić konkretnie. Kiedy krytykowałem Strefę Czystego Transportu, wskazywałem konkretne błędy. Przy jej wprowadzeniu skupiano się przede wszystkim na aspekcie środowiskowym, ale zabrakło analiz społecznych i gospodarczych. Nie było odpowiedzi na pytanie, jaki wpływ strefa będzie miała na codzienne życie zwykłych mieszkańców i przedsiębiorców. Przy pierwszej uchwale nie potrafiono nawet określić, ile samochodów zostanie wykluczonych przez SCT. Tak nie powinno się tworzyć prawa. We wszystkich kwestiach dotyczących miasta i jego mieszkańców mój głos w dyskusji jest zawsze merytoryczny. Przejdźmy do przyszłości. W czym Michał Drewnicki jest lepszy od Bartosza Bocheńczaka z Konfederacji? Ma ogromne doświadczenie samorządowe. Przez lata uczestniczył w procesach decyzyjnych dotyczących miasta i zna funkcjonowanie Krakowa od środka. Moim zdaniem jest najlepiej przygotowany spośród dotychczas zgłoszonych kandydatów. Michał Drewnicki podczas rozmowy z mieszkańcami Przed chwilą wymienił Pan też cechy, które wielu przypisałoby Łukaszowi Gibale. W czym Drewnicki jest od niego lepszy? Na razie Łukasz Gibała nie zdecydował się na start, ale jeśli chodzi o różnice w podejściu do polityki miejskiej to dobrym przykładem jest Strefa Czystego Transportu. Drewnicki od początku był jej przeciwnikiem i głosował przeciwko. Z tego co pamiętam, Gibała początkowo ją popierał, a w kolejnym głosowaniu się wstrzymał. To jeden z przykładów odmiennego podejścia do tematów ważnych dla miasta i jego mieszkańców. Wierzy Pan, że Drewnicki może wyprzedzić Gibałę w pierwszej turze? Na to liczę. Postawiłby Pan na to 500 złotych? Nie obstawiam zakładów. Uważam natomiast, że te wybory będą inne niż poprzednie. Mam nadzieję, że mieszkańcy będą kierować się merytoryczną oceną kandydatów. Referendum pokazało, że krakowianie mają własne zdanie i potrafią podejmować samodzielne decyzje. Wielu uważało, że referendum w Krakowie się nie uda, a jednak się udało. Dokonało się coś niemożliwego, bo w dużych miastach referenda zazwyczaj się nie udają. Jestem przekonany, że mieszkańcy najlepiej wiedzą, jakiej zmiany oczekują. Czyli liczy Pan na to, że wydarzy się kolejna „niemożliwa” rzecz i kandydat PiS wygra wybory w Krakowie? Jest taka szansa, a ja mam zamiar w tym pomóc. ZOBACZ TAKŻE: Miszalski jako obciążenie w kampanii? Padły zaskakujące słowa [WYWIAD]

Więcej…

Miszalski jako obciążenie w kampanii? Padły zaskakujące słowa [WYWIAD]

Miszalski jako obciążenie w kampanii? Padły zaskakujące słowa [WYWIAD]

24 czerwca 2026 | 10:27

– Myślałem, że Olek po tej naprawdę trudnej, wyczerpującej i zakończonej porażką kampanii referendalnej poświęci trochę czasu na odpoczynek, a nie na szukanie nowych projektów politycznych – mówi nam polityczny weteran, członek Koalicji Obywatelskiej, Grzegorz Lipiec*. Czy Aleksander Miszalski pomoże Monice Piątkowskiej wygrać wybory czy raczej pogrąży ją na dobre? Czy partia powinna odciąć się od byłego prezydenta, czy może jego wiedza to ostatnia deska ratunku dla nowej kandydatki? Nasz rozmówca zdradza, jak wygląda zakulisowa walka o przyszłość małopolskiej Koalicji. *** Kanał Krakowski: Odetchnął pan z ulgą? Grzegorz Lipiec: Nie, bo Koalicja w regionie bardzo osłabła. Teraz jest czas, żeby ją przebudować, odbudować i ustrukturyzować. Musimy scalić region, połączyć siły i pokazać, że możemy osiągać znacznie lepsze wyniki niż dotychczas. To jest zadanie postawione przez naszego szefa Donalda Tuska. Ponoć wykonawcami tego zadania będzie pan wespół z Markiem Sową. Nic mi o tym nie wiadomo, a komisarzem w małopolskiej Koalicji jest Dorota Niedziela. Grzegorz Lipiec Czyli to tylko plotki? Jestem wymieniany w gronie ludzi, którzy znają region. Jestem, przypomnę, cztery razy wybrany radnym sejmiku województwa małopolskiego. Mam też doświadczenie jako jeden z członków zarządu województwa, jako były parlamentarzysta, więc oczywiście jeżeli ktoś będzie chciał wykorzystać moje umiejętności, możliwości, to jestem do dyspozycji. A doszło do nieformalnego sojuszu między panem a Markiem Sową? Z Markiem Sową, tak jak z innymi parlamentarzystami, rozmawiam i rozmawia nam się dobrze. Szukamy rozwiązań tej sytuacji, która nastąpiła po referendum w Krakowie. Ale Marek nie jest jedyną osobą, z którą rozmawiam. Myślę, że osobą która ma bardzo dobre kontakty w całym regionie, jest Grzegorz Małodobry, przewodniczący naszego klubu w sejmiku. On byłby najlepszym szefem małopolskiej KO? Tego nie powiedziałem. Szefem jest Dorota Niedziela i może być tak, że to ona będzie nowym szefem struktur. O tym jednak musimy zdecydować w gronie parlamentarzystów, przy współudziale radnych wojewódzkich i miejskich. Będziemy szukać najlepszych rozwiązań. Niedziela wydaje się być bardziej zainteresowana polityką krajową niż lokalną. To nie jest nic złego. Jest znakomitym marszałkiem, jestem dużym fanem jej umiejętności prowadzenia obrad oraz tego, co robi jako parlamentarzystka. Czy będzie chciała się zaangażować w dłuższej perspektywie w partyjne sprawy regionu? Tego nie wiem. A jakie scenariusze są możliwe? Pierwszoplanowa sprawa na najbliższe miesiące to oczywiście wybory prezydenckie w Krakowie. Na nich trzeba się skoncentrować. Musimy poszukać możliwości pozyskania wyborców, odzyskania zaufania i poszukać takich rozwiązań, które dadzą zwycięstwo naszej kandydatce. Równolegle trzeba też popracować nad naszym zaufaniem w regionie, przebudować struktury i być może poszukać ludzi, którzy do tej pory byli w cieniu. Aleksander Miszalski był dobrym szefem struktur? Był odpowiedzialnym szefem struktur. Choć po tym, gdy został prezydentem, miał znacznie mniej czasu, a jego uwaga koncentrowała się głównie na sprawach Krakowa. Może więc, skoro przestał być prezydentem, powinien nadal być szefem małopolskiej KO? Jednym ze scenariuszy, który był pewnie przez niego rozważany, była jego dobrowolna rezygnacja z funkcji szefa struktury. Wtedy władze regionalne prawdopodobnie nadal by trwały bez komisarza. Ale stało się inaczej. Zarząd krajowy rozwiązał strukturę. Myślałem, że Olek po tej naprawdę trudnej i wyczerpującej kampanii referendalnej i – jakby na to nie patrzeć – zakończonej porażką – poświęci trochę czasu na odpoczynek, a nie na szukanie nowych projektów politycznych. Czyli zrobił błąd, że już kilka dni po referendum zadeklarował gotowość do tego, że zaangażuje się w kampanię? Uważam, że nie powinien udzielać zbyt licznych wywiadów. Zresztą on to chyba dość szybko zrozumiał i też uznał, że to nie służy ani niemu, ani organizacji. Czyli powinien, mówiąc kolokwialnie, się schować? Nie tyle schować, co odpocząć i wrócić po pewnym czasie. Bo przecież on nie zrobił niczego złego. Krakowianie uznali inaczej. Chodzi mi o to, że nie zrobił niczego niezgodnego z prawem. Popełnił kilka błędów, do których sam się zresztą przyznaje, ale nie są one takiego kalibru, by miały go pogrążyć na wieki. Na przykład? Nie jest żadną tajemnicą, że przez część środowiska był namawiany do tego, żeby Strefa Czystego Transportu była bardzo mocno ograniczonym projektem. SCT ma mnóstwo zwolenników, ale w referendum akurat potrzebni nie są zwolennicy, tylko potrzebne jest zneutralizowanie ludzi, którzy krytycznie byli do tego nastawieni. A on ich nie neutralizował, więc poszli do referendum. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik Miszalski był lepszym prezydentem czy szefem partii? Tu i tu się starał, ale nie powinien łączyć tych funkcji. Dodatkowo, nie powinien szczególnie słuchać niektórych doradców. A powinien się teraz zaangażować w kampanię Moniki Piątkowskiej? Na pewno jego podpowiedzi dotyczące funkcjonowania miasta mogą być cenne, natomiast pewnie nie powinien być teraz frontmanem. Jest obciążeniem dla kandydatki? Jest nadal sporo zwolenników prezydentury Miszalskiego, więc wykorzystanie wiedzy Olka w kampanii może być przydatne. Na pewno należy wykorzystać jego wiedzę o mieście. Myślę, że wie też, gdzie popełnił błędy i może podpowiedzieć, czego unikać. Więc na pewno wykorzystanie Olka w kampanii jest ze wszech miar wskazane. Natomiast pytanie, czy powinien się pokazywać za plecami Moniki Piątkowskiej. Powinna się odciąć od Miszalskiego? Nie, nie powinna się odcinać. Powinna pokazywać to, co było dobre i co Krakowianie doceniali w tej kadencji, a jednocześnie unikać błędów, które Aleksander sam uważa, że popełnił. Zarówno w kampanii, jak i podczas prezydentury Miszalski kładł nacisk na współpracę z rządem. Opowiadał, że dzięki temu będą pieniądze na inwestycje, a ostatecznie niewiele z tego wyszło. O współpracy z rządem mówiła też Piątkowska podczas swojej pierwszej konferencji w Krakowie. Dlaczego wyborcy mieliby jej uwierzyć? Monika jest na dziś w parlamencie, ma bardzo dobre relacje z liderami Koalicji Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Olek nie był na miejscu, w Warszawie, więc musiał się tam pojawiać trochę w roli petenta i prosić o pewne działania rządu dla Krakowa. I część rzeczy mu się udało zrobić. Natomiast kilka pozostało nierozwiązanych, jak choćby ustawa metropolitarna, pieniądze na metro czy opłata turystyczna. To wszystko jest do nadrobienia i myślę, że Monika jest w stanie przekonać do tego odpowiednie osoby w obecnym układzie rządzącym. Monika Piątkowska Piątkowska to wasza najlepsza kandydatka? Jest naszą kandydatką wybraną przez władze krajowe i będziemy robić wszystko, żeby jej wynik był jak najlepszy, czyli żeby została prezydentką. Ma duże doświadczenie w sprawach miejskich, więc jeśli otoczy się ludźmi, którzy pomogą jej w tej kampanii, to ma szansę na wygraną. Wszystko jednak w rękach mieszkańców, dlatego podchodzę do tego z dużą pokorą. Zapytałem, czy jest najlepszą kandydatką, czy wskazałby pan lepszą kandydaturę. Nie wskazałbym. Uważam, że Monika jest najlepszą kandydatką, która zdecydowała się na start w wyborach. Oczywiście możemy sobie opowiadać o mitycznych profesorach czy byłych rektorach, ale ostatecznie kandydatem musi być osoba zdeterminowana i z pomysłem na kampanię i miasto. Jaka jest najmocniejsza strona Piątkowskiej? Determinacja! Ona ma – jak to się mówi w sporcie – ciąg na bramkę. Po prostu chce to wygrać. A najsłabsza? Najsłabsza strona obecnie to… wynik referendum, który jest obciążeniem dla naszej organizacji. Musimy to zbadać, przeanalizować i zastanowić się, jak pozyskać także tych wyborców, którzy głosowali w referendum. Wśród tych osób są przecież wyborcy Koalicji Obywatelskiej i musimy poszukać rozwiązań, by odzyskać ich zaufanie. Piątkowska ma „większy ciąg na bramkę” niż Łukasz Gibała? Gibała też jest na pewno zawzięty i ma doświadczenie startu w różnych wyborach, bo przypomnę, że startował do Sejmu, do Senatu, do Sejmiku… Czasem wygrywał, ale ostatnio częściej przegrywał. Myślę jednak, że osoba, która nie jest faworytem – a Monika nie jest – jest bardziej zdeterminowana niż Łukasz. Według sondaży to Gibała ma największe szanse, by zostać prezydentem. Gdyby wierzyć sondażom, pewnie teraz Gibała byłby w trakcie drugiej kadencji. No właśnie, badania badaniami, ale w rzeczywistości to się różnie układało. Ostatecznie decydują wyborcy, dlatego – jak wspominałem – potrzeba dużo pokory. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik To jaka jest najmocniejsza i najsłabsza strona Gibały? Znam Łukasza jeszcze z czasów Platformy, ale także z jego późniejszych aktywności, i zawsze imponował mi umiejętnością analitycznej matematyki. Myślę, że to jest jego najmocniejsza strona. A jako najsłabszą wskazałbym to, że niezbyt dobrze się czuje na wiecach, przemawiając do dużych grup. Porywanie tłumów to nie jest jego naturalne środowisko. Brakuje mu charyzmy? Tego nie powiedziałem. Jedynie, że nie jest politykiem wiecowym. Gdyby miał pan w kieszeni luźny tysiąc złotych, to na kogo by pan postawił? Obstawiłbym tam, gdzie można wygrać więcej. Myślę, że dziś na Monikę Piątkowską byłby wyższy kurs niż na Łukasza Gibałę, bo to on jest faworytem. Czyli większa wygrana, ale i większe ryzyko przegranej. Wierzę jednak, że Monika wygra te wybory. *** Grzegorz Lipiec *Grzegorz Lipiec - wieloletni radny województwa małopolskiego, były członek zarządu województwa małopolskiego, były poseł na Sejm oraz były szef Platformy Obywatelskiej w Małopolsce. ZOBACZ TAKŻE: Sensacyjny powrót Majchrowskiego? „Gibała dostałby swoje paliwo wyborcze” [WYWIAD]

Więcej…

Czy kandydaci na prezydenta nas oszukują? Kulisy manipulacji danymi [WYWIAD]

Czy kandydaci na prezydenta nas oszukują? Kulisy manipulacji danymi [WYWIAD]

23 czerwca 2026 | 07:48

– Wierzę tylko w te "wewnętrzne sondaże", które zmyśliłem – mówi nam politolog i członek Klubu Jagiellońskiego Tomasz Synowiec*. Nasz ekspert odsłania kulisy manipulacji badaniami oraz analizuje toczącą się w Krakowie prekampanię: kto komu odbiera głosy, jakie znaczenie ma polityczny plankton oraz dlaczego Łukasz Gibała na pewno wystartuje w tych wyborach, choć jeszcze tego nie ogłosił. – To jest hamletyzowanie i przeciąganie ogłoszenia decyzji, która już została podjęta. A fakt, że te wybory się opóźniają, nawet działa na korzyść Gibały – twierdzi Synowiec. *** Kanał Krakowski: Kto wygra wybory w Krakowie? Tomasz Synowiec: To nie jest ciągle rozstrzygnięta sprawa, ale gdybym dzisiaj musiał na kogoś postawić pieniądze, to stawiam na Łukasza Gibałę. Który jeszcze nawet nie ogłosił, że będzie startował. Tak, ale wiemy, że ogłosi. Gdyby tego nie zrobił, byłaby to największa niespodzianka w polskiej polityce! Tomasz Synowiec Na dziś chęć startu wyraziło aż 13 kandydatów. O czym to świadczy? Że te wybory mają dużą ekspozycję, duży zasięg medialny oraz o tym, że rejestracja kandydatury jest stosunkowo łatwa, bo wystarczy zebrać 3 tysiące podpisów i już się można rejestrować. Te wybory dają nie tylko ekspozycję w mediach lokalnych, ale i ogólnopolskich. No i na przykład, jak taki Marian Banaś zgłasza swoją kandydaturę, to oczywiste jest, że on nie będzie walczył o prezydenturę Krakowa, ale chce wejść do polityki ogólnopolskiej. To porozmawiajmy o tym politycznym szrocie, czyli o kandydaturach wspomnianego Banasia, Marty Ratuszyńskiej, Grażyny Świat, Łukasza Wantucha czy Rafała Komarewicza. Ich ewentualny start ma jakiekolwiek znaczenie czy to tylko lokalny folklor? To jest folklor, ale paradoksalnie politycznie może mieć znaczenie dla wyniku całych wyborów. Jeśli już zbiorą podpisy i ostatecznie się zarejestrują, to zdobyte przez nich głosy mogą okazać się istotne w drugiej turze. Przypomnę, że Aleksander Miszalski wygrał z Łukaszem Gibałą różnicą około 5 tysięcy głosów. I gdyby teraz też doszło do takiej sytuacji, że wynik jest bardzo bliski, to wtedy kilku teoretycznie nieznaczących kandydatów popierających czy to jednego, czy drugiego kandydata w drugiej turze, może przesądzić o wygranej. Elektorat osoby, która w pierwszej turze dostała 1% głosów, może być cenny dla tych, którzy walczą w drugiej turze. Poza tym dobrze wygląda w mediach, gdy czytamy, że na przykład pięciu kandydatów poparło kandydata X. Na tym etapie wielu kandydatów walczy w sporej części o podobny, a czasem nawet i ten sam elektorat. Na prawicy jakiś procent wyborców zabierają sobie choćby Michał Drewnicki z PiS i Bartosz Bocheneczek z Konfederacji. Przewagą Drewnickiego będzie na pewno fakt, że jest radnym, politykiem zaangażowanym lokalnie. Z kolei Bocheńczak będzie mógł nadrabiać swoim doświadczeniem sztabowym, bo był szefem kilku kampanii Konfederacji oraz szefem kampanii wyborczej Sławomira Mentzena. A kto w większym stopniu zgarnie głosy lewicy: Daria Gosek-Popiołek czy Aleksandra Owca? Myślę, że więcej osób zagłosuje na Gosek-Popiołek, z tego względu, że ona jednak jest już mocniej zakorzeniona w świadomości mieszkańców Krakowa. Bardzo długo tu działała. Trzeba pamiętać, że ona już kiedyś kandydowała na prezydentkę i dostała wtedy niecałe 2% głosów, ale to było dość dawno temu. Od tego czasu została posłanką i bardzo aktywnie działała lokalnie i społecznie. Była tak popularną posłanką, że z drugiego miejsca na liście zdobyła lepszy wynik niż „jedynka” i ponownie zaraz weszła do parlamentu. No i też długo była szefową Razem w Krakowie. Aleksandra Owca przejęła tę funkcję dopiero po tym, jak w partii Razem nastąpił rozłam i Gosek-Popiołek postanowiła pozostać w Nowej Lewicy. To stosunkowo krótki okres. Jest osobą dużo młodszą, dużo mniej rozpoznaną w działaniu. Podejrzewam, że oczywiście odbierze trochę głosów Gosek-Popiołek, ale podejrzewałbym, że jednak to pani poseł będzie liderką szeroko pojętej lewicy w Krakowie. Daria Gosek-Popiołek i Aleksandra Owca / fot. wikimedia A Monika Piątkowska czy Daria Gosek-Popiołek? Częściowo na pewno będą rywalizowały o ten sam elektorat, ale tylko częściowo. Bo wydaje mi się, że kandydatka Nowej Lewicy jest o tyle specyficzna, że będzie zabierała elektorat jednocześnie i Piątkowskiej i Gibale. Elektorat Gibały to jest też w dużej części właśnie elektorat Nowej Lewicy z wyborów parlamentarnych. No i Daria Gosek-Popiołek przecież aktywnie wspierała Łukasza Gibałę w ostatniej kampanii. Była, można powiedzieć, jedną z głównych twarzy jego ruchu. To powoduje, że w elektoracie Gibały będzie wiarygodna. Pytanie, czy w tym lewicowym elektoracie Gibały, wiarygodny będzie sam Gibała, który jednak w ostatnim czasie zaczął romansować z prawicą. No tak, i to będzie pomagało Gosek-Popiołek. To ona wyrwie Gibale część wyborów. Kolejną część zabierze też Piątkowska, bo te przepływy na linii Gibała – Koalicja Obywatelska, nawet przy tym zaciętym sporze, to jednak są. Piątkowska powinna też grać w innej lidze niż Gosek-Popiołek, choćby tylko dlatego, że jest kandydatką KO, a to wciąż powoduje, że w Krakowie z automatu staje się jedną z faworytek w wyścigu o fotel prezydenta. Więc jeżeli nie będzie jakiejś spektakularnej katastrofy, która ściągnie Piątkowską w otchłań, to wydaje mi się, że pani senator będzie miała zdecydowanie wyższe poparcie niż Gosek-Popiołek. A co z kandydatami, którzy budują swoją rozpoznawalność na krytykowaniu władzy? Mam na myśli Jana Hoffmana i Łukasza Gibałę. Hoffman wypłynął na tym referendum, pewną rozpoznawalność. Jego przewaga może polegać na tym, że nie ma tak dużo negatywnego elektoratu, jak ma Gibała, ale on też nie ma za bardzo elektoratu pozytywnego. Był co prawda liderem referendum, choć cała ta inicjatywa nie skupiała się mocno na nim. Oczywiście pojawiał się w mediach, ale jednak to referendum miało wizerunek szerokiego porozumienia i wydźwięk, że wszyscy przeciwko Miszalskiemu. Jak popatrzymy na to, kogo atakowała KO w kontekście referendum, to jednak był to Gibała, a nie Hoffman. Jan Hoffman Gdyby Gibała nie wystartował, to Hoffman miałby szansę ukraść te głosy? Część na pewno, ale nie wiadomo, jak dużą. Elektorat Gibały wymyka się normalnym codziennym podziałom politycznym w Polsce, bo on próbuje od wielu lat zostać prezydentem, w związku z czym długo pracował na swoich wyborców. Natomiast, w przypadku gdyby się nie zdecydował wystartować, to te głosy się bardzo podzielą między różnych kandydatów. Którzy jeszcze kandydaci odbierają sobie elektorat? Na pewno jest rywalizacja konfederacka, gdzie – poza Bocheńczakiem – mamy pana Klimka z Konfederacji Korony Polskiej. Przecież to polityczny szrot. Kandydat na mniej niż 1% poparcia. To nie jest Grzegorz Braun. To nawet nie jest Adam Harańczyk, od lat obecny na krakowskiej scenie politycznej. Tylko, że nigdy i nigdzie nie mieliśmy sprawdzonego, jak zachowuje się elektorat Grzegorza Brauna, kiedy kandydatem nie jest Grzegorz Braun. Czy ten elektorat będzie wierny, czy on w takiej sytuacji się rozpłynie? Możemy stawiać różne hipotezy, ale może będzie tak, że 4% wyborców, które głosowało w wyborach prezydenckich na Brauna, teraz karnie pójdzie na Michała Klimka. Nie mam w tej chwili żadnych narzędzi, żeby to zweryfikować, to są czyste spekulacje. A propos różnych narzędzi i danych: czy można wierzyć wewnętrznym sondażom, które są zlecane przez poszczególnych kandydatów? Wewnętrzne sondaże teoretycznie nie powinny się różnić specjalnie od tych oficjalnych, natomiast jak widzę wewnętrzne sondaże, które wyciekają to wiem, że mogą być podkręcone lub mają sprzedać jakąś historię. Parafrazując więc słowa Winstona Churchilla, patrząc na tak zwane „wewnętrzne sondaże”, wierzę tylko w te, które sam zmyśliłem. ZOBACZ TAKŻE: Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!   Myśli Pan, że ktoś naprawdę zmyśla te sondaże? Nie chodzi o to, że dane są zmyślone, ale o to, że metodologia albo forma zadawania pytań jest taka, żeby wyszło to, co kandydat chciałby, żeby wyszło. Na przykład, zadaje się pytanie: "czy rozważyłby Pan/Pani zagłosowanie na partię X?", i wtedy wychodzą jakieś duże liczby, które wcale nie odzwierciedlają poparcia. Ale rozważenie poparcia nie jest równoznaczne z poparciem. No i to jest oczywiście jeden z przykładów. Inny jest choćby taki, że dostajemy wyniki badania, jak zagłosowałby Pan/Pani w wyborach, ale nie wiemy, że wcześniej było zadane 10 pytań, które miały nakierować ankietowanego na odpowiedź. Nie jestem więc w stanie uwierzyć takim badaniom „wewnętrznym”. Traktuję te sondaże wyłącznie jako spin polityczny. Co w takim razie wiemy na dziś, skoro nie wiemy nawet, czy wystartuje faworyt Gibała? Ja będę się jednak upierał, że to jest hamletyzowanie i przeciąganie. Gibała się w tej chwili nie musi deklarować, nie ma takiej potrzeby, a fakt, że te wybory się opóźniają, nawet działa na jego korzyść. Łukasz Gibała Dlaczego? Bo wszyscy wystartowali już z kampanią, zaczęli wydawać przygotowane na to pieniądze, a Gibała tego nie musi robić. Poza tym, gdyby już ogłosił start, znalazłby się w ogniu ataków jako główny kontrkandydat. A tak to trudno atakować kandydata, który jeszcze nie zadeklarował chęci startu. Nie musi tego robić także z tego powodu, że w Krakowie wszyscy wiedzą, kim jest Gibała, więc nie musi się promować. A inni wystartowali już z przekazem: "my tu walczymy o wasze głosy, poznajcie nas". No i na koniec, dochodzi do tego taka prozaiczna, ludzka rzecz: Łukasz Gibała był zaangażowany w kampanię referendalną, a taka kampania jest męcząca, więc teraz może sobie odpocząć, zająć się sprawami prywatnymi, podomykać je na spokojnie i wejść w kampanię z pozycji lidera, będąc wypoczętym. I to w momencie, gdy reszta kandydatów będzie już po długiej prekampanii. Jest Pan przekonany, że ten scenariusz się sprawdzi? Jestem przekonany, że Gibała wystartuje na 99,9%. *** * Tomasz Synowiec - politolog. Ekspert Instytutu Demokracji Bezpośredniej. Członek Klubu Jagiellońskiego. Autor podcastu Rytm Polityki. ZOBACZ TAKŻE: Sensacyjny powrót Majchrowskiego? „Gibała dostałby swoje paliwo wyborcze” [WYWIAD]

Więcej…

Sensacyjny powrót Majchrowskiego? „Gibała dostałby swoje paliwo wyborcze” [WYWIAD]

Sensacyjny powrót Majchrowskiego? „Gibała dostałby swoje paliwo wyborcze” [WYWIAD]

20 czerwca 2026 | 10:43

– Gibała nie ma własnego, stałego elektoratu. On ma elektorat „pożyczony”. Połowa jego wyborców z 2024 roku to byli wyborcy PiS i Konfederacji. Kolejna cześć to wyborcy Nowej Lewicy i Razem, które nie miały wtedy swoich kandydatów. Teraz te ugrupowania wystawiły swoje kandydatki i mogą odebrać mu część głosów – mówi nam Marcin Duma, analityk polityczny oraz założyciel Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych IBRiS. W wywiadzie z Łukaszem Mordarskim analizuje różne polityczne scenariusze dla Krakowa. Nasz ekspert uważa, że paliwem dla wiecznego kandydata mógłby być start w wyborach... Jacka Majchrowskiego. – Dla Gibały, który przez 16 lat grał głównie w destrukcji, byłaby to wymarzona sytuacja: miałby znowu swój cel do krytykowania – uważa szef IBRiS-u. *** Kanał Krakowski: W jaki sposób przesuwanie albo raczej przeciąganie terminu wyborów na prezydenta Krakowa wpłynie na ich wynik? Marcin Duma: Z całą pewnością termin wyborów będzie mocno oddziaływał na krakowską politykę. Na początku mówiło się o terminie sierpniowo-wrześniowym, teraz – z powodu protestów referendalnych – ta perspektywy wydłużyła się już nawet i do października. A to bardzo istotna zmienna. W wakacje mniej interesujemy się polityką, więc można założyć, że frekwencja byłaby niższa. Tym bardziej, że z punktu widzenia Krakowa, jako ośrodka akademickiego, kluczowi są studenci. Są aktywni wyborczo, mają swoje preferencje, a ich brak w mieście we wrześniu mógłby sprawić, że wyniki wyborów wyglądałyby zupełnie inaczej. Marcin Duma Kto na tym zyskuje, a kto traci? Na podstawie badań możemy to zrekonstruować. Przy mniejszym udziale studentów, największe straty poniosłyby takie ugrupowania jak Konfederacja – mam tu na myśli głównie męską część społeczności akademickiej – oraz lewica, ze szczególnym uwzględnieniem partii Razem. To są ugrupowania, które chciałyby, żeby wybory odbyły się później, gdy studenci będą już w mieście. Czyli wniosek jest taki, że młodzi ludzie głosują generalnie na skrajności: albo z lewej, albo z prawej strony sceny politycznej? Nawet nie tyle na skrajności, co na „partie nowego wzoru”. Jeśli popatrzymy na ostatnie wybory parlamentarne w grupie 18-29 lat, udział „młodych „ ugrupowań jest tam dużo wyższa. Z kolei w ostatnich wyborach prezydenckich na Rafała Trzaskowskiego czy Karola Nawrockiego zagłosowało trochę ponad 23% tej grupy, natomiast Sławomir Mentzen i Adrian Zandberg absolutnie ją zdominowali. Kto jest faworytem wyborów w Krakowie? To trudne pytanie, głównie dlatego, że wciąż nie znamy pełnej stawki. Potencjalny faworyt, czyli Łukasz Gibała, konsekwentnie unika odpowiedzi, czy wystartuje, zarysowując różne scenariusze. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Dlaczego to robi?  Po pierwsze, kampania nie została jeszcze formalnie ogłoszona. Po drugie, to wahanie buduje zainteresowanie wokół niego. Po trzecie, jest też element szerszej strategii politycznej: pamiętajmy, że krakowianie nie będą wybierać prezydenta na pełną kadencję, tylko na mniej więcej dwa i pół roku. Nie wybierają też nowej Rady Miasta, więc przyszły prezydent odziedziczy układ po prezydencie Aleksandrze Miszalskim. Dla Łukasza Gibały, który o fotel prezydenta stara się od 16 lat, wygrana w takim układzie nie jest optymalnym scenariuszem. Przez dwa i pół roku, z nieprzychylną Radą Miasta, trudniej będzie osiągnąć spektakularny sukces i sprostać oczekiwaniom krakowian, które po erze Jacka Majchrowskiego są przecież ogromne. Czy badania pokazują, że krakowianie oczekują rewolucji? Mamy starcie dwóch wizji, które dzielą Kraków mniej więcej pół na pół. Z jednej strony mamy rewolucyjny, miejski antysystem, który uosabia Łukasz Gibała. To ruch, który ma doprowadzić do sporego przewartościowania polityk miejskich. Z drugiej strony są ludzie, którzy oczekują stabilności i spokoju. Na razie ten antysystem skupia się głównie na krytykowaniu wszystkiego i wszystkich. Na tym właśnie polega bycie antysystemowym, to jego modus operandi. Czy to oznacza, że Łukasz Gibała nie ma zdolności budowania? Tego nie wiemy. Natomiast przez 16 lat grał głównie w destrukcji, budując swoją pozycję jako antyteza Jacka Majchrowskiego. Dzisiaj Majchrowskiego nie ma, a Gibała musi szukać punktu zaczepienia. Gdy jego środowisko mówi, że Monika Piątkowska jest przedłużeniem starego układu, to wyraźnie widać, że Gibała po prostu musi mieć chociaż namiastkę Jacka Majchrowskiego. Kiedy on znika, znika też sens istnienia jego antytezy. To pewien problem dla Gibały. Mimo to, Gibała jest liderem sondaży. Na razie było bardzo niewiele badań, więc trudno się do tego odnieść. Gibała ma najwyższe poparcie, ale to nie oznacza zwycięstwa w pierwszej turze. Co więcej, liczba zgłaszających się kandydatów wpływa na jego szanse. Gibała nie ma własnego, stałego elektoratu – on ma elektorat „pożyczony”. Połowa jego wyborców z 2024 roku to byli wyborcy PiS i Konfederacji. Kolejna cześć to wyborcy Nowej Lewicy i Razem, które nie miały wtedy swoich kandydatów. Teraz te ugrupowania wystawiły swoje kandydatki i mogą odebrać mu część głosów. Czy możliwy jest scenariusz, że Gibała nie wchodzi do drugiej tury? Jest na to niezerowa szansa, choć dzisiaj wydaje się, że jeśli Gibała wystartuje, jest absolutnym faworytem do wejścia do drugiej tury i faworytem w samym finale. A kto mógłby się w niej znaleźć obok niego? Duża liczba kandydatów spłaszczy wyniki całej stawki. Na pewno liczy się Monika Piątkowska, bo poparcie dla Koalicji Obywatelskiej w Krakowie nie zniknęło. Dobrze może poradzić sobie też Daria Gosek-Popiołek. Szans nie jest pozbawiony Michał Drewnicki. Jednak bardzo duża grupa wyborców, nawet tych zdecydowanych by wziąć udział w głosowaniu, nie ma pojęcia, na kogo oddać głos. To oznacza, że kampania będzie miała ogromne znaczenie – około jedna czwarta wyborców jest dzisiaj niezdecydowana. Monika Piątkowska Wspomniał pan Darię Gosek-Popiołek. Dlaczego wyborcy lewicy mieliby zagłosować na nią, a nie na Aleksandrę Owcę, która też jest z lewicy? Warto wskazać na dwa elementy. Daria Gosek-Popiołek jest zakorzeniona w krakowskiej polityce od dłuższego czasu. Aleksandra Owca jest postacią relatywnie nową. Majchowski mówił nawet w jednym z wywiadów, że jej nie zna, na co Owca się oburzyła. Politycy często mają wrażenie, że wszyscy ich znają, podczas gdy rzeczywistość wygląda tak, że większość krakowian nie ma zielonego pojęcia, kim jest Aleksandra Owca. Ona dopiero pracuje na swoją rozpoznawalność Może jest jakiś kandydat, który mógłby pogodzić całe to towarzystwo w tych przyśpieszonych wyborach?  Paradoksalnie, taką osobą mógłby być… Jacek Majchrowski. Choć pewnie wielu polityków mówiłoby, że to koszmar, to dla takiego Łukasza Gibały byłaby to wymarzona sytuacja – miałby znowu swój cel do krytykowania. Dostałby nowe paliwo? Mógłby bez limitu tankować stare. Czyli mógłby jeździć po Krakowie starym dieslem, bez konieczności inwestowania w elektryka. I dla innych kandydatów takie wejście Majchrowskiego na dokończenie tej kadencji także byłoby najlepszym rozwiązaniem, bo dziś wszyscy sprzedają nam tylko obietnice, których najpewniej nie da się zrealizować w dwa lata. Dla samego miasta, przy dwóch i pół roku kadencji, w której nie wydarzy się nic wielkiego, osoba znająca urząd mogłaby po prostu ustabilizować kurs. To byłby doświadczony „prezydent-administrator”, a nie prezydent-wizjoner, ale pozwoliłoby to na spokojne przygotowanie do prawdziwych wyborów za dwa i pół roku. Jednak jest to scenariusz z gatunku science fiction. Jacek Majchrowski / fot. UMK A jaki jest najbardziej realny scenariusz? Wariantowy. Wszystko zależy od decyzji Łukasza Gibały. Zaryzykowałbym tezę, że jeśli zdecyduje się wystartować, to powinien to wygrać. Zgadza się pan z Donaldem Tuskiem, który wskazał na duet Gibała-Piątkowska w drugiej turze? Jeśli analizujemy modele statystyczne oparte na danych z ostatniej dekady, to teza Tuska bardzo dobrze się broni – kandydat Koalicji Obywatelskiej ma największe szanse na drugą turę obok Gibały. Pytanie tylko, czy Piątkowska będzie w stanie skonsolidować elektorat KO, czy wyborcy, trochę „spłoszeni” sytuacją po referendum, nie przestawią się na kogoś innego. A jeśli Gibała nie wystartuje? Wtedy robi się naprawdę ciekawie! Mamy wtedy przynajmniej trójkę kandydatów: Monikę Piątkowską, kandydata PiS Michała Drewnickiego, Darię Gosek-Popiołek, a za nimi czai się jeszcze Jan Hoffman. Wówczas o wszystkim zdecyduje twarda kampania wyborcza. Myśli pan, że Gibała już podjął decyzję tylko zwleka z jej ogłoszeniem? Moje doświadczenia wskazują, że politycy rzadko przywiązani są twardo, wyłącznie do jednego scenariusza. Reagują raczej na zmieniające się okoliczności i mają szerszy wachlarz planów "ewentualnościowych". Gibała pewnie ma w głowie rozrysowane konkretne warianty, ale zrekonstruowanie, jakie są dokładne kryteria wyboru określonego scenariusza, to obecnie największa zagadka, a być może nawet i najpoważniejsza zagwozdka samego Łukasza Gibały. Może się jednak okazać, że właśnie ta elastyczność Gibały, której zresztą zabrakło mu wiosną 2024, stanie się teraz jego największa siłą. ZOBACZ TAKŻE: Wielka ściema Gibały? Ujawniamy, dlaczego wciąż udaje, że nie wie, czy wystartuje

Więcej…

Ujawnił prawdę o imigrantach w Krakowie. Teraz drży o własne życie [WYWIAD]

Ujawnił prawdę o imigrantach w Krakowie. Teraz drży o własne życie [WYWIAD]

18 czerwca 2026 | 16:16

Czy w Krakowie można dostać „kosę w plecy” za cytowanie uniwersyteckiego raportu? Adam Łaczek ujawnił twarde dane o imigrantach, które zburzyły propagandę Ruchu Narodowego. W efekcie przestał sypiać w nocy, a sprawą gróźb zajmuje się już prokuratura. W rozmowie z Kanałem Krakowskim krakowski aktywista odnosi się do pomysły tak zwanych patroli obywatelskich, które proponuje lider Ruchu Narodowego.  – Jakim cudem grupa osiłków ma weryfikować legalność pobytu kogokolwiek? – pyta retorycznie. *** Kanał Krakowski: Ogląda się pan za siebie? Adam Łaczek: Szczerze mówiąc, to tak. I to naprawdę. Uważam, że to zagrożenie, że dostanę „kosę w plecy” – o czym pisano w komentarzach na Facebooku – jest realne. Naprawdę czuję się zagrożony. Zgłosiłem tę sprawę do prokuratury i czekam na decyzję organów ścigania. Adam Łaczek Skąd te groźby w pana kierunku? Zaczęło się od tego, że polityk Ruchu Narodowego [Piotr Bartosz – dop. autor] obiecał jakieś patrole obywatelskie i straszył inwazją muzułmanów. Byłem ciekawy, jak to wygląda w Krakowie w rzeczywistości, więc zacząłem szukać danych. Znalazłem raport Uniwersytetu Ekonomicznego, z którego czarno na białym wynikało, że tak naprawdę większość imigrantów w Krakowie to są ludzie z Europy – z Ukrainy, z Białorusi, z Rosji. A pozostali. Nawet jeśli z dalszych kierunków, pochodzą głównie z Indii i krajów z ustrojem demokratycznym. Z raportu wynikało też, że znikomy promil imigrantów pobiera zasiłki dla bezrobotnych.  Opublikowałem te dane ze skądinąd nudnego raportu zawierającego dane statystyczne z kilku urzędów, dodając, że prawicy robi politykę w oparciu o fałsz. I zupełnie nie spodziewałem się tego, co później zrobi ten polityk. On po prostu buduje swoje zasięgi na propagandzie i na straszeniu uchodźcami. A jego publikacja na mój temat wywołała wściekłość!  Obecnie wpis zniknął z sieci. Został albo usunięty albo zablokowany / źródło: FB A prawda jest po prostu taka, jak ją opisałem. Ludzie do nas przyjeżdżają, pracują. Nawet jeżeli pochodzą z krajów muzułmańskich, to są to kraje postsowieckie, jak Uzbekistan, gdzie ten islam jest bardzo kulturowy, laicki. Sam pracowałem z Uzbekiem i to są normalni ludzie. Mówią po rosyjsku, są kulturowo bliżej naszej strony. Przyjeżdżają do Polski głównie dlatego, że kiedyś migrowali do Rosji, a teraz już tego nie robią. Moskwa nie jest dla nich bezpieczna, więc zaczęli migrować do Polski. To jest ogromny sukces Polski! Zaczęliśmy przyciągać ludzi, których kiedyś przyciągała Rosja. Fajnie, że ściągamy talenty i że co ludzie budują przyszłość Krakowa. To tak jak dawniej Antoni Mateczny – przecież on był z pochodzenia Czechem. I tak jak Mateczny przyniósł nam uzdrowisko, bo poznał ten fach w swoich rejonach i założył je tutaj, w dzielnicy, której część teraz de facto nazywa się od jego nazwiska – tak samo ci nowi ludzie w jakiś sposób rozwijają Kraków. Płacą podatki, zakładają rodziny. Zobaczmy też, ilu jest na przykład Wietnamczyków, którzy w drugim pokoleniu świetnie się asymilują, mówią czysto po polsku i nie ma z nimi żadnego problemu. I to jest prawdziwy obraz migracji w Krakowie. To, że nawet jeżeli w jakimś kraju na Zachodzie to nie wyszło... Zamiast ciągle mówić o tym, komu i gdzie nie wyszło, cieszmy się z tego, że nam wychodzi! Bo to podejście krytyków to jest taki klasyczny whataboutism – nam wychodzi, ale oni krzyczą: „nie, bo gdzieś tam, kiedyś tam coś się stało”. Ale kurczę, mówimy o Krakowie i możemy się cieszyć, że u nas to działa. My naszym systemem przyciągamy ludzi, którym chce się pracować, nie dajemy im nic za darmo. Oni też chłoną tę polskość i to jest super. Nie ma nic milszego niż widok Hindusów zajadających się polskimi pierogami. Czyli nie popiera pan patroli obywatelskich, które proponuje Piotr Bartosz? Uważam, że są niebezpieczne. Jakim cudem człowiek taki jak Piotr Bartosz – który z tego co wiem, nie ma chyba nawet wyższego wykształcenia – jakim cudem on zweryfikuje w Krakowie na przykład Hindusa mówiącego po angielsku? A to może być przecież ktoś, kto zarabia 15 tysięcy złotych i pracuje w międzynarodowej korporacji. To samo zresztą z Ukraińcem czy każdą inną nacją. Jakim cudem taki patrol ma to ocenić? Oni nie mają uprawnień do legitymowania, nie mają dostępu do żadnych danych, żeby stwierdzić, czy ktoś przebywa w kraju legalnie, czy nielegalnie. I tu pojawiają się realne problemy, bo takie patrole obywatelskie przyciągają ludzi z marginesu. Przecież ja sam, jako obywatel, bałbym się grupy osiłków patrolujących okolicę. Bo nuż im się coś we mnie nie spodoba, bo będę miał zbyt jaskrawą koszulkę czy coś innego, i co wtedy? Ci ludzie nie rozbudzają we mnie poczucia bezpieczeństwa, a wręcz przeciwnie – budzą strach, zwłaszcza teraz, kiedy dostałem tyle gróźb. W obliczu niedawnego, głośnego zabójstwa krytyka politycznego (ps. Siemion Skrepetski) w Białej Podlaskiej przez rosyjski wywiad, sytuacja ta wywołuje u mnie uzasadniony lęk. Środowiska skrajnej prawicy są zinfiltrowane przez Rosjan. źródło: Onet Liczę na to, że sprawcy gróźb pod moim adresem, przez które czuję się zagrożony i przez które nie mogę spać, nie pozostaną bezkarni. Liczę też na ucywilizowanie debaty. Bo sytuacja, w której polityk kłamie, ktoś to weryfikuje na podstawie faktów, a ten polityk, zamiast odnieść się do danych statystycznych i liczb, zaczyna personalnie atakować autora fact-checkingu... No to wchodzimy w jakąś nową inkwizycję. Znowu płoną stosy. Wychodzi na to, że za naukę i fakty można zostać spalonym na stosie. Czy tego chcemy? Takiego Krakowa chcemy? ZOBACZ TAKŻE: Kandydat Konfederacji w II turze?! „Wyborcy nie nabiorą się już na hipokryzję Gibały” [WYWIAD]

Więcej…

Kandydat Konfederacji w II turze?! „Wyborcy nie nabiorą się już na hipokryzję Gibały” [WYWIAD]

Kandydat Konfederacji w II turze?! „Wyborcy nie nabiorą się już na hipokryzję Gibały” [WYWIAD]

16 czerwca 2026 | 08:54

–  Gibała ma zawód: syn, a PiS zżera wojna frakcyjna. My idziemy po drugą turę – mówi nam Arkadiusz Litwiniuk z Konfederacji, sekretarz krakowskiego oddziału partii Nowa Nadzieja. W bezkompromisowym wywiadzie dla Kanału Krakowskiego ocenia szanse Bartosza Bocheńczaka, twierdzi, że „wpadka teatralna” nie dyskwalifikuje ich kandydata, a wizerunek Konfederacji zyskał na rozstaniu z Grzegorzem Braunem. *** Kanał Krakowski: W czym Bartosz Bocheńczak jest lepszy od Konrada Berkowicza? Arkadiusz Litwiniuk: Nie rozpatrywałbym tego w kategoriach „lepszy czy gorszy”. Przy wyborze naszego kandydata kluczowe okazało się jego krakowskie pochodzenie. Cała rodzina Bocheńczaka jest od pokoleń związana z Krakowem – najpierw z Nową Hutą, później z Bronowicami. W obu tych lokalizacjach aktywnie się angażował. Od pięciu lat jest sekretarzem Stowarzyszenia Przyjaciół Bronowic, tam realnie działa. Jego krakowskie korzenie i zaangażowanie w lokalne sprawy są niezaprzeczalne. Konrad Berkowicz oczywiście też jest związany z Krakowem od około dwudziestu lat – obaj z Bocheńczakiem są rówieśnikami – ale nie pochodzi stąd od urodzenia. Ale Berkowicz jest nieporównywalnie bardziej znany niż Bocheńczak. Jest bardziej rozpoznawalny, bo jest posłem. To fakt. Ale dzięki temu Bocheńczak, który posłem nie jest, może w stu procentach poświęcić się teraz kampanii w Krakowie. Arkadiusz Litwiniuk Nie da się jednak ukryć, że nad Berkowiczem ciągnie się sprawa tej nieszczęsnej kasy samoobsługowej w Ikei. Bardzo to przeżywacie? W sieci aż huczało, że to niemożliwe, by dorosły człowiek zaliczył takie „przeoczenie”. Jeśli ktoś był w Ikei, to wie, że tamtejsze kasy działają zupełnie inaczej niż kasy samoobsługowe w zwykłych hipermarketach. No dobrze, ale przyjął mandat, więc de facto przyznał się do winy. Złapali go na gorącym uczynku. Znam jego charakter. Myślę, że on po prostu skupił się wtedy na słuchaniu muzyki i to było zwykłe roztargnienie. Uważam, że nie było w tym żadnej celowości. Trudno w to uwierzyć. Nie ma sensu tego rozstrzygać. Pytanie brzmi: czy to wam przeszkadza w kampanii? W kampanii terenowej – absolutnie nie. Brałem już udział w kilku otwartych akcjach z kolegą Bocheńczakiem, roznosiliśmy ulotki, rozmawialiśmy z mieszkańcami i ani razu nie spotkaliśmy się ze złośliwościami. W social mediach, owszem, do pewnego momentu pod każdym naszym postem – nawet niezwiązanym bezpośrednio z Berkowiczem, tylko ogólnie z Konfederacją – pojawiały się komentarze typu „oddajcie patelnię”, „zajmijcie się patelnią”. Ale to już minęło. Teraz, gdy ruszyła prekampania prezydencka, ten temat ucichł. A w czym Bocheńczak jest lepszy od Piotra Bartosza? To była nasza wspólna, koalicyjna decyzja podjęta już jakiś czas temu: kandydatem w Krakowie ma być przedstawiciel Nowej Nadziei. Ponownie powiem – to nie kwestia tego, kto jest lepszy. Należy jednak zauważyć, że wybrany kandydat jest bardziej znany w ogólnopolskiej polityce. Ale to Piotr Bartosz był twarzą i liderem akcji referendalnej, to on budował rozpoznawalność. Jeśli chodzi o zbiórkę podpisów pod referendum, Ruch Narodowy zaangażował się bardzo mocno. My zresztą też, bo to były wspólne działania. Zgodzę się jednak, że to Piotr Bartosz najczęściej występował w mediach i wypowiadał się w imieniu Konfederacji w temacie zbiórki i referendum. Dzięki temu zdobył większą rozpoznawalność, ale stricte w tym jednym obszarze. Decyzja zapadła: kandydatem jest Bartosz Bocheńczak. Przechodząc do jego atutów – obok wspomnianej znajomości Krakowa, kluczowe jest jego ogromne doświadczenie polityczne i organizacyjne. To on stał za logistycznym sukcesem kampanii Sławomira Mentzena, organizując 350 spotkań we wszystkich powiatach w Polsce. Żaden polityk, może poza Aleksandrem Kwaśniewskim w 2000 roku, nie zrobił czegoś na taką skalę. Wynik Nowej Nadziei na poziomie piętnastu procent to historyczny sukces. Pamiętajmy, że jeszcze siedem-osiem lat temu Konfederacja w ogóle nie była brana pod uwagę w sondażach albo oscylowała wokół czterech procent. Sławomir Mentzen i Bartosz Bocheńczak Czyli podpisuje się pan pod słowami Mentzena, że Bocheńczak to „najlepszy kandydat Konfederacji na prezydenta Krakowa”? Tak, zdecydowanie się z tym zgadzam. Rozumiem więc, że jego główną zaletą jest to, że jest sprawnym organizatorem. Tak, jest niezwykle sprawnym organizatorem. Ma też zacięcie biznesowe, które wyniósł z domu. Jego rodzice od początku lat dziewięćdziesiątych prowadzili małą kwiaciarnię, a on sam jako osiemnastolatek zaczął zakładać pierwsze własne, drobne działalności. Wie, czym jest prawdziwa przedsiębiorczość. Już 20 lat temu rozpoczął działalność w handlu zagranicznym odnosząc spore sukcesy. Łukasz Gibała też jest przedsiębiorcą. Miał tylko jakieś 230 milionów długu wobec własnego ojca, więc samo bycie przedsiębiorcą jeszcze o niczym nie świadczy. W przypadku Gibały mamy do czynienia z czymś, co można nazwać „zawodem: syn”. Nie chcę mówić, że wykorzystywanie rodzinnego majątku to coś złego – to nie jego wina, że ma bogatego ojca. Sam zresztą otwarcie mówił, ile prywatnych pieniędzy wydał chociażby na zbiórkę podpisów, bo po prostu zatrudniał do tego ludzi. Przed poprzednimi wyborami media rozpisywały się o długach Gibały Tyle że do tej pory nie rozliczył się w pełni z tamtej kampanii. I pewnie się nie rozliczy. Ja osobiście wolę finansowanie kampanii z prywatnych pieniędzy niż z dotacji partyjnych, czyli z kieszeni podatnika, więc samo bogactwo nie jest dla mnie problemem. Problemem jest metoda. Ile podpisów pod referendum przyniosła Nowa Nadzieja? Jako Nowa Nadzieja przynieśliśmy osiem tysięcy podpisów. Ruch Narodowy zebrał podobną liczbę. Łącznie jako Konfederacja daliśmy kilkanaście tysięcy, czyli niecałe dziesięć procent całości. Może to nie jest oszałamiający wynik, ale trzeba pamiętać o jednym: Gibała płacił ludziom za zbieranie podpisów i nikt tego nie ukrywał. Mieliśmy nawet zabawne sytuacje. Wychodziliśmy w kilka osób zbierać podpisy przed Teatr Bagatela, czysto społecznie, a nagle podchodzili do nas ludzie zatrudnieni przez Gibałę z pretensjami: „Co wy robicie, to jest nasz rejon!”. Byli w szoku, że ktoś robi to bezinteresownie. Mówiłem im wtedy: „Słuchajcie, dogadajmy się, wy stójcie przed Bagatelą, my przejdziemy na róg Szewskiej, żeby nie wchodzić sobie w drogę”. Dało się porozumieć, ale fakt pozostaje faktem – Gibała miał za sobą armię opłacanych pracowników, stąd jego wynik był nieporównywalnie większy. Nasz wynik społeczny porównałbym do dużych partii. PiS co prawda nie podał oficjalnych danych, ale myślę, że zebrali podobną liczbę co my, mimo że mają znacznie większe struktury. Ostatecznie jednak radnych nie odwołaliście, a wasz kandydat prezydentem raczej nie zostanie. Na jaki wynik procentowy realnie liczycie? Nastawiamy się na drugą turę. Po pierwsze, start Łukasza Gibały wcale nie jest taki pewny. Po drugie, spójrzmy na konkurencję. Możemy porównywać Bocheńczaka z naszymi ludźmi, ale spójrzmy na resztę prawicy. Mamy tam potężne rozdrobnienie. Zacznijmy od środowiska Grzegorza Brauna, które kompletnie nie potrafiło się dogadać. Istnieje Stowarzyszenie Bezpartyjnych Samorządowców Małopolski, którym kieruje pan Gniewomir Rokosz-Kuczyński – postać dość osobliwa, powiązana z jedną z gałęzi Bractwa Kurkowego. Oni przez długi czas współpracowali z Braunem. Przy wyborach krajowych mieli rzekomo poprzeć Marka Jakubiaka, ale wszedł Kuczyński i zarządził: „popieramy Brauna”. Byliśmy przekonani, że w Krakowie wystawią wspólnego kandydata. I co? Nawet w tak małej sprawie się pokłócili. Środowisko Brauna wystawiło nikomu nieznanego pana Klimka, a Stowarzyszenie – panią Grażynę Świat, również szerzej nieznaną radną Dzielnicy I Stare Miasto. Prywatnie – co jest ciekawostką – pani Grażyna to ciotka Aleksandra Miszalskiego. To rozdrobnienie na marginesie prawicy to kandydatury generujące poparcie poniżej jednego procenta. Do tego dojdzie pewnie Marian Banaś oraz Jan Hoffman. Zalicza pan Hoffmana do skrajnej prawicy? Nie, nie skrajnej. Ogólnie do obozu od centrum na prawo. Znam kilka osób z jego komitetu i to są ludzie kojarzeni raczej z PiS-em niż z lewicą, choć formalnie członkami partii pewnie nie są. Więc tam też nastąpi rozproszenie głosów. To rozdrobnienie to dla was dobra czy zła wiadomość? Dla naszego kandydata dobra, bo Bocheńczak jest z tej grupy zdecydowanie najsilniejszy i najbardziej rozpoznawalny. Traci na tym głównie Prawo i Sprawiedliwość. Uważa pan, że Bocheńczak jest bardziej rozpoznawalny niż Hoffman? Zdecydowanie tak. Bocheńczak zaistniał już w mediach ogólnopolskich przy kampanii Mentzena. Poza tym nasi liderzy – Krzysztof Bosak i Sławomir Mentzen – mocno angażują się w Krakowie, a ich wizyty przyciągają tłumy. Kluczowe są też zasięgi w social mediach. Zasięgi profili ogólnopolskich Konfederacji, Mentzena czy samego Bocheńczaka to zupełnie inny rząd wielkości niż to, czym dysponuje Hoffman. Z całym szacunkiem, ale Hoffman ma na TikToku mniej obserwujących niż ja. Wiec liderów Konfederacji na Rynku Głównym w Krakowie Pytanie, czy wirtualne zasięgi i aktywność w sieci przełożą się na realne głosy przy urnie. Gdyby wybory odbyły się w sierpniu, Konfederacja poniosłaby gigantyczną stratę, bo wasz elektorat to głównie ludzie młodzi, którzy w wakacje wyjeżdżają z Krakowa, wracają do domów rodzinnych. Z tą tezą jestem w stanie się zgodzić. Na termin wyborów nie mamy jednak wpływu. Poza tym przesunięcie czasu wyborów wydłuża kampanię, co pozwala ją lepiej zaplanować. Chodzi o to, by nie wystrzelać się z energii w czerwcu i lipcu. I tutaj wracamy do atutu Bocheńczaka jako stratega i organizatora. Pan Hoffman przy tej skali doświadczenia wypada blado. Czy wasz sprawny organizator wie już, które teatry w Krakowie są miejskie? Piję oczywiście do jego wpadki w Radiu Kraków, gdzie nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Uważam, że na tym etapie kampanii nie są to informacje o fundamentalnym znaczeniu. Czy prezydent miasta musi znać każdy taki szczegół i każdą jednostkę na pamięć? Prezydent Krakowa chyba powinien wiedzieć, które teatry należą do miasta. Oczywiście, powinien wiedzieć i to był błąd, nie przeczę. Nie uważam jednak, żeby ta jedna wpadka w jakikolwiek sposób go dyskwalifikowała czy pozwalała na zarzucenie mu całkowitej nieznajomości miasta. Przejdźmy do drugiej strony sceny politycznej. Nagrał pan ostatnio rolkę, w której uderza w Monikę Piątkowską. Dlaczego to, że była urzędniczką u Jacka Majchrowskiego, traktuje pan jako zarzut? Bo to jest zarzut i to potężny. Choć pewnie dzięki tamtej pracy pewnie doskonale wie, które teatry są miejskie. Ale politycznie to dla niej obciążenie. Przypomnę też słynną wypowiedź radnego Grzegorza Stawowego sprzed roku. On wprost, w kilku żołnierskich zdaniach, nie zostawił na Piątkowskiej suchej nitki, mówiąc, że nie zna ani jednego projektu, którym ta pani mogłaby się pochwalić. To, że chwalenie się pracą u Majchrowskiego to wizerunkowy strzał w kolano, zauważył nawet profesor Antoni Dudek w swoim cotygodniowym podsumowaniu politycznym. Szanuję prezydenta Majchrowskiego na pewno za to, że potrafił zejść ze sceny niepokonanym i nie kandydował na kolejną kadencję, mimo że prawo mu na to pozwalało. Wyczuł moment, bo sam widział drastyczny spadek swojej popularności. Promowanie się faktem bycia urzędniczką z tamtego nadania Piątkowskiej po prostu szkodzi. A może po dwóch latach rządów Miszalskiego krakowianie zdążyli już zatęsknić za Majchrowskim? Absolutnie nie tęsknią. Choć w pewnych aspektach muszę przyznać Majchrowskiemu rację. Kraków to miasto ambitne, krakowianie są dumni i uważają swoje miasto za najpiękniejsze i najlepsze w Polsce – sam jako rodowity krakowianin tak uważam. Majchrowski rozumiał, że ten urząd wymaga pewnego dostojeństwa i reprezentacyjnego majestatu. Oczywiście wypominano mu luksusowe samochody... A czym jeździ Bocheńczak? Volkswagenem. Starym Golfem? Bodajże siedmioosobowym Tiguanem, bo ma liczną rodzinę, czwórkę dzieci. Wróćmy do Piątkowskiej. Postawił pan w sieci trzy zarzuty: po pierwsze – urzędniczka Majchrowskiego, po drugie – bliska przyjaciółka Miszalskiego. Na jakiej podstawie twierdzi pan, że to przyjaciółka? Wystarczy spojrzeć na masę ich wspólnych zdjęć, które krążyły chociażby na platformie X. Interesuję się polityką od lat, aktywnie działam od ponad półtora roku i widziałem, jak to wyglądało. Podczas jej kampanii do Senatu Miszalski bez przerwy się przy niej pojawiał, nie odstępował jej na krok. To chyba naturalne, że liderzy partii wspierają własną kandydatkę. Naturalne, ale pamiętajmy, jaka jest historia polityczna pani Piątkowskiej. To dla wielu tajemnica, ale ona skakała po różnych partiach, w Platformie wcale nie jest długo, wcześniej była związana z Trzecią Drogą. Kiedy startowała do Senatu, rzucono na odcinek krakowski wszystkie siły – przyjeżdżała Małgorzata Kidawa-Błońska i inne czołowe nazwiska. Zrobiła dobry wynik, ale ten okręg senacki obejmuje Krowodrzę i Stare Miasto, czyli najbardziej liberalną część Krakowa. Tam ten wynik był dla nas spodziewany. I tu dochodzimy do trzeciego zarzutu: kulisów jej nominacji jeszcze w wyborach do Senatu. Z kuluarów wiemy – i nie była to wiedza tajemna – że Donaldowi Tuskowi przedstawiono listę pięciu lokalnych kandydatów. Tusk ich wszystkich skreślił i odgórnie, autorytarnie wskazał Piątkowską, mimo że była wtedy świeżą działaczką. Teraz sytuacja się powtórzyła. Przecież głośno było o tym, że pod uwagę brany był Bartłomiej Sienkiewicz czy Ireneusz Raś. I moim zdaniem Raś byłby znacznie lepszym, trudniejszym dla nas kandydatem. Ma konserwatywne korzenie w dawnym skrzydle PO, dziś jest w PSL, jego brat to znany w Krakowie duchowny – Raś mógłby sięgnąć po elektorat bardziej tradycyjny. Z Piątkowską pójdzie nam łatwiej. Twierdzi pan, że walczycie o drugą turę. Jeśli do niej wejdziecie, to właśnie z Piątkowską? Tak, druga tura to będzie Bocheńczak kontra Piątkowska. A co z głównym konkurentem na prawicy, Michałem Drewnickim z PiS? To z nim bijecie się o ten sam, konserwatywny elektorat. Owszem, o konserwatywnego wyborcę, zbuntowanego na Strefę Czystego Transportu i inne miejskie absurdy, będziemy rywalizować z PiS-em. Taki człowiek prędzej wybiera między Drewnickim a Bocheńczakiem niż między Piątkowską a Gibałą. Kto w takim razie wypuszcza plotki, że Bocheńczak ma w Krakowie większe szanse na wejście do drugiej tury niż Drewnicki? Przecież w sondażach ogólnych PiS wciąż bije Konfederację w Krakowie na głowę. My po prostu ciężko pracujemy i wierzymy w nasz plan. Tych wyborów nie można przekładać jeden do jednego na wyniki z wyborów parlamentarnych. Tu rządzą zupełnie inne emocje. Za szyldem Konfederacji oczywiście ciągną się pewne stereotypy. Czasem spotykamy na ulicy starsze osoby, które z wyglądu przypominają typowy elektorat PiS. Widzą ulotkę Konfederacji i reagują niechęcią. Bo boją się „ruskich wpływów”? Te mityczne „ruskie wpływy” to bajki. Poza tym rozejście się z Grzegorzem Braunem sprawiło, że tego typu oskarżenia, jeśli w ogóle się pojawiają, kierowane są wyłącznie pod jego adresem, a nie naszym. Dlaczego to Bocheńczak, a nie Drewnicki, będzie w drugiej turze?  Bo nasza kampania będzie po prostu lepiej zorganizowana i dynamiczniejsza. Mamy precyzyjny plan, zamierzamy dotrzeć do każdej dzielnicy i każdego osiedla. Nasz sztab jest liczny i podzielony na zespoły badające konkretne, lokalne problemy mieszkańców. Program, który obecnie wisi na stronie, to tylko dziesięć ogólnych punktów – cały czas pracujemy nad jego rozbudową, bo formalnie trwa prekampania, dopóki premier nie ogłosi oficjalnego terminu wyborów. Na razie działania są skromne, ale mamy zaplecze, którego PiS nie ma. Za naszym kandydatem stoi pełna wiarygodność, chociażby w kwestii SCT – Konfederacja od początku była przeciw. PiS w tej sprawie nie jest wiarygodny. Gdyby nie decyzje rządu Mateusza Morawieckiego, miasta w ogóle nie miałyby obowiązku wprowadzania tych stref. Wiarygodność PiS-u faluje jak chorągiewka na wietrze – najpierw za ich rządów przyjmowano masowo uchodźców, teraz nagle zrobili zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i minister Czarnek tropi migrantów. To pokazuje brak stabilności. My jesteśmy stali w poglądach. Do tego dojdzie potężne wsparcie naszych liderów krajowych. Bartosz Bocheńczak podczas wiecu na Rynku Wspomniał pan o Mentzenie i Bosaku. PiS też przecież zrobił w Krakowie wielką konwencję z udziałem Łukasza Kmity, Barbary Nowak czy Andrzeja Adamczyka. Pamiętamy, jak PiS milczał na temat swojego kandydata i robił słowne wycieczki ustami Czarnka "Krzyśku, Sławku, wystawmy wspólnego kandydata na prawicy". Tak się nie uprawia polityki. Nie było rozmów w kuluarach, propozycji współpracy, tylko niepoważne publiczne wezwania na temat wspólnego kandydata, czyli w rozumieniu PiS - poparcia dla ich kandydata. Byłem zażenowany ich konferencją dzień po referendum. Zgromadzili tam wszystkie najbardziej rozpoznawalne postacie związane z Małopolską, całą frakcję Szydło i Adamczyka, w której zresztą mocno osadzony jest Drewnicki. Byłem przekonany, że już wtedy ogłoszą kandydata na prezydenta Krakowa. I co się okazało? To był tylko pokaz siły przed własną centralą. Przemysław Czarnek strasznie wtedy kluczył, doskonale to pamiętam. Mówił, że „za wcześnie”, że „badania trwają”. Postawili Drewnickiego w środku, dali mu się wypowiedzieć, a oficjalnie ogłoszono go dopiero znacznie później. Od tamtego momentu nie widzę żadnego realnego wsparcia dla Drewnickiego ze strony centrali PiS. Ten chłopak chodzi sam po festynach i spotkaniach. I trudno dziś ocenić, czy publiczne poparcie od Barbary Nowak i frakcji Ryszarda Terleckiego doda mu głosów, czy raczej je odbierze. Czyli uważa pan, że krakowski PiS nie ma jedności we własnych strukturach? Tam trwa nieustanna wojna frakcyjna. Nie jest tajemnicą, że Michał Drewnicki to człowiek ze środowiska Beaty Szydło i Andrzeja Adamczyka, które stoi w ostrej opozycji do bardzo silnej w Krakowie frakcji Terleckiego. A obok tego wszystkiego jest jeszcze Małgorzata Wassermann. Jeśli oni nie potrafią dogadać się we własnym gronie, to jak mają skutecznie poprowadzić kampanię prezydencką? Drewnicki nie jest postacią na tyle rozpoznawalną w skali kraju, by pociągnąć to samemu, bez potężnego, jednolitego wsparcia z Warszawy. A te postacie, które go wspierają lokalnie, częściej mu szkodzą, niż pomagają. Słabo widzę tę kampanię. Kolejna sprawa: bycie dobrym, zaangażowanym radnym czy wiceprzewodniczącym Rady Miasta – a tego Drewnickiemu nie odmawiam – to zupełnie inne kompetencje niż zarządzanie miastem jako prezydent. Z tego co się orientuję, jego doświadczenie biznesowe to prowadzenie jednoosobowej działalności w branży filmowo-fotograficznej. Prezydentura to inna skala. Bocheńczak nie był nawet radnym. To prawda. Konfederacja ogólnie ma ten problem, że można nam zarzucić brak doświadczenia w rządzeniu na szczeblu publicznym. Mamy co prawda prezydenta Bełchatowa, więc ten szlak przecieramy, ale nasze doświadczenie samorządowe jest skromne. Uważam jednak, że osobiste kompetencje menedżerskie Bocheńczaka znacznie przewyższają te, którymi dysponuje Drewnicki. Arkadiusz Litwiniuk Spinając to wszystko klamrą: na czym ostatecznie opiera pan tezę, że w drugiej turze zobaczymy Bocheńczaka i Piątkowską? Nie bez znaczenia będzie tu zachowanie Łukasza Gibały. On, w zależności od politycznego wiatru, potrafi zbierać różne, skrajne elektoraty. Pamiętamy przecież, jakie fikołki logiczne wyczyniał przed drugą turą, gdy walczył z Miszalskim o fotel prezydenta. Kreował się wtedy na wielkiego konserwatystę, próbował przymilać się do wyborców PiS-u i do naszego środowiska, podczas gdy jego realne poglądy są znacznie bardziej lewicowe niż poglądy samego Miszalskiego. To była czysta hipokryzja. Myślę, że kolejny raz wyborcy się na to nie nabiorą. W tym układzie, dzięki naszej dynamice, wiarygodności i słabości wewnętrznej PiS-u, to Bartosz Bocheńczak wejdzie do drugiej tury jako jedyna realna alternatywa. ZOBACZ TAKŻE: Schudł ponad 20 kg, ale żona i tak nie ma z nim lekko. Kandydat PiS zdradza swoje sekrety [WYWIAD]

Więcej…

Schudł ponad 20 kg, ale żona i tak nie ma z nim lekko. Kandydat PiS zdradza swoje sekrety [WYWIAD]

Schudł ponad 20 kg, ale żona i tak nie ma z nim lekko. Kandydat PiS zdradza swoje sekrety [WYWIAD]

11 czerwca 2026 | 08:20

Zrzucił ponad 20 kilogramów, zmienił fryzurę, ale jego żona ciągle narzeka, że nie jest pedantem. Michał Drewnicki, kandydat PiS na prezydenta Krakowa, tylko nam zdradza swoje najgłębsze sekrety. – Nigdy nie byłem kobieciarzem. Moja obecna żona była moją pierwszą dziewczyną, a poznaliśmy się w partii. Oświadczyłem się jej na Westerplatte – wspomina polityk. Z jednej strony romantyk, z drugiej – twardy recenzent krakowskiej rzeczywistości, wychowany na nowohuckim osiedlu z wielkiej płyty. Po spektakularnej metamorfozie, gotowy na ostrą walkę, rozpoczyna kampanię w imponującym stylu. Chęci na pewno mu nie zabraknie. Ale co z pieniędzmi? – Nie znam żadnego dewelopera, który chciałby wpłacić na moją kampanię – uśmiecha się w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. *** Kanał Krakowski: Schudł pan. Michał Drewnicki: Tak. Jestem jak Kwaśniewski – wyczuwam zbliżające się wybory. (śmiech) źródło: Newsweek To jakaś specjalna dieta? Po prostu zacząłem o siebie dbać. By dobrze wyglądać na plakatach wyborczych? Nie. Zacząłem jesienią, gdy jeszcze nikt nie mówił ani o wyborach ani nawet o referendum. Po prostu chodziło o zdrowie. Zapisałem się na siłownię, zacząłem dużo chodzić… Przekroczyłem 35 rok życia, a kiedyś to była granica między człowiekiem młodym, a dojrzałym. To ile pan schudł? 20 kilogramów. I dodatkowe dwa tylko w ostatnim tygodniu. Stres związany z inauguracją kampanii wyssał z pana te dwa kilogramy? Raczej spowodowała to duża aktywność i brak czasu nawet na to, by coś zjeść. Sądzę, że podczas kampanii waga nadal będzie spadać. Zmienił pan też fryzjera. A to przypadkowo, bo ja nie mam swojego stałego fryzjera. Po prostu idę tam, gdzie mam akurat najbliżej, a trafiła się bardzo miła pani, która mnie ostrzygła i sądzę, że efekt jest udany. Natomiast ja nie przywiązuję wagi ani do fryzjera, ani do wyglądu ani do ubioru. Moja żona często narzeka na to, że nie jestem pedantem. Michał Drewnicki podczas inauguracji kampanii wyborczej na prezydenta Krakowa Może powinien pan zmienić nastawienie jako kandydat na prezydenta? Mam nadzieję, że podczas kampanii decydująca będzie kwestia merytoryczna, ewentualnie kwestia mojego charakteru, a nie wyglądu czy stricte PR-u. Nie chciałbym, żeby kampanię zdominowali kandydaci, którzy stawiają wyłącznie na swój wizerunek, na filmy na TikToku, rolki z dachu czy innego tego typu rzeczy. Nawet jeśli tak będzie, upatruję szansy w tym, że wyróżnię się na tle innych kandydatów, że jestem osobą merytoryczną i znaną z działalności na rzecz mieszkańców. Od 12 lat jestem radnym… Ale nigdy pan nie rządził. Łatwo być recenzentem będąc w opozycji niż realnie wziąć odpowiedzialność za miasto. Oczywiście, że ja głównie skupiałem się na kontroli. Choćby w zeszłej kadencji kontrolowałem bzdurne wydatki, gdy prezydent Majchrowski założył spółkę Kraków 5020, a później te pieniądze były przepalane na głupoty, na jakieś telewizje internetowe. Natomiast mam też bardzo duży kontakt z ludźmi, znam problemy miasta i słucham głosów tych mieszkańców, których czy prezydent Majchrowski, czy później prezydent Miszalski, po prostu lekceważyli. Chciałbym być głosem tych wszystkich ludzi, którzy przez ostatnie lata byli spychani na margines. Podczas inaugurującego kampanię wiecu w Nowej Hucie podkreślał pan, że jest chłopakiem z tutejszego osiedla. Na którym dokładnie osiedlu się pan wychował? Wyrosłem i wychowałem się na nowohuckim osiedlu Złotego Wieku w Mistrzejowicach. To osiedle z wielkiej płyty, podobne do większości tego typu osiedli w Krakowie. W domu sytuacja często była trudna, bo moi rodzice nigdy nie mieli zanadto pieniędzy. Tata jest muzykiem Filharmonii Krakowskiej, więc te pensje w branży kultury były bardzo niskie. Moja mama pracowała w sieciach handlowych, w biurze, w dziale personalnym, ale nie na jakichś eksponowanych stanowiskach. Pamiętam więc te trudy życia lat 90., gdy w domu nie było pieniędzy, a rodzice zastanawiali się, czy kupić mięso czy jednak coś innego do jedzenia. Kształtowałem więc swój charakter, brałem sprawy w swoje ręce. Do szkoły średniej poszedłem już do centrum, do Liceum Sobieskiego, studia zrobiłem na AGH. Później założyłem rodzinę. Kształtował pan charakter poprzez osiedlowe bójki? Ostatni raz biłem się z kolegą w szóstej klasie szkoły podstawowej, więc miałem 13 lat. Później załatwialiśmy sprawy pokojowo. Zresztą u mnie na osiedlu nie było jakichś szczególnych awantur. Zdarzały się sytuacje, że nocami biły się grupy kibiców, natomiast ja w takich rzeczach nie brałem udziału. Nie chodził pan na ustawki? Nie, nie chodziłem. To nie ma pan zadatków na prezydenta. Wychowałem się na osiedlu, wyrosłem z tego osiedla, wiem, co to trudne życie i tego się nie wypieram. Co więcej, właśnie dlatego chcę wspierać wszystkie osoby i miejsca, które zostały w jakiś sposób wykluczone. Choćby dzisiejsze obrzeża Krakowa, które cierpią z tego powodu, że nie inwestowano wiele lat w te obszary, gdzie nie ma często szkół – tak jak na Klinach czy w Łęgu – gdzie brakuje kanalizacji, gdzie nie ma chodników i rodzice boją się puszczać własne dzieci do szkoły. Bardzo bym chciał być rzecznikiem takich osób, które dzisiaj w Krakowie, w XXI wieku, mają trudno. Ale równie trudno mają mieszkańcy centrum Krakowa, którzy wręcz są wypędzani i nie mają choćby jak zaparkować, bo turyści rozjeżdżają ulice, gdzie są ostatnimi mieszkańcami w kamienicy, bo resztę mieszkań przejęły jakieś fundusze inwestycyjne albo zostały zamienione w Airbnb. Chciałbym zadbać o ludzi, o których władza zapomniała. Czyli pozycjonuje się pan jako kandydat peryferii i wykluczonych, a nie kandydat Krakówka i elit? Nie chcę być prezydentem różnego rodzaju lobby. Chciałbym, żeby wreszcie te lobby i koterie, które były powiązane z władzą, wreszcie zauważyły, że w Krakowie rządzą mieszkańcy i przede wszystkim o mieszkańców chciałbym zadbać. Michał Drewnicki podczas debaty z Aleksander Miszalskim w 2023 roku Wróćmy do pana życia prywatnego. Wychował się pan na osiedlu z wielkiej płyty, a gdzie teraz pan mieszka? Teraz mieszkam jakieś 600 metrów od mojego bloku rodzinnego. Też na osiedlu z wielkiej płyty, czy to jakieś nowoczesne osiedle? Też na osiedlu. To jest osiedle z lat 90. Kupiliśmy to mieszkanie z żoną jakiś rok temu. Za gotówkę czy na kredyt? Częściowo mieliśmy oszczędności, częściowo na kredyt. Przez pożar archiwum mieliśmy teraz pewne problemy związane z przekształceniem prawa własnościowego tego mieszkania. Natomiast dalej jestem wśród ludzi, nie separuję się, nie kupiłem żadnego domu w Baranówce. To nie jest osiedle za szlabanem, za płotem, tylko przy drodze. Gdzie pan poznał żonę? Żonę poznałem w strukturach Prawa i Sprawiedliwości. To jak wyglądały wasze początki? Zostaliśmy razem radnymi w 2014 roku. Ona została wybrana z centrum miasta, ja zostałem wybrany z Mistrzejowic, z Nowej Huty i poznaliśmy się de facto w Radzie Miasta Krakowa. To była miłość od pierwszego wejrzenia? Najpierw zaczęliśmy się spotykać i… spotykaliśmy się coraz częściej. Finalnie, w 2020 roku, wzięliśmy ślub. A pamięta pan zaręczyny? Pewnie, że pamiętam! Odbyły się na Westerplatte. ?!?!?! No to takie symboliczne miejsce. A ja z żoną jesteśmy nastawieni bardzo patriotycznie no i… akurat tak wyszło. Jak pan w ogóle wpadł na taki pomysł? Z jednej strony jestem człowiekiem spontanicznym, natomiast z drugiej - sentymentalnym. A miejsce jest szczególne i ważne z punktu widzenia historii Polski, gdzie ten nasz heroizm był szczególnie zaznaczony. Ten gest też wymagał od pana heroizmu czy to była formalność? Sądziłem, że się zgodzi. I się zgodziła. Wcześniej był pan kobieciarzem? Nigdy w życiu! Moja żona była moją pierwszą dziewczyną. Macie dzieci? Mamy dwie córki: czteroletnią i dwuletnią. Razem z moją żoną i moją mamą są dla mnie najważniejszymi osobami w życiu. Więc w sumie można powiedzieć, że kobiety są dla mnie najważniejsze! Żona będzie brała czynny udział w kampanii? Moja żona jest osobą prywatną, pracuje w prywatnej firmie. Ale był taki czas, że nie była osobą prywatną. Najpierw pracowała prywatnie w banku inwestycyjnym, później w instytucjach rozwojowych, publicznych. Ale to było zanim została moją żoną, a nawet zanim została moja dziewczyną! Moja żona jest bardzo dobra w tym, czym się zajmuje, jest wybitną specjalistką jeśli chodzi o księgowość zarządczą. Zresztą ma międzynarodowe certyfikaty i między innymi dzięki temu pracowała w różnych instytucjach publicznych, ale po narodzinach naszych dzieci odeszła do prywatnej firmy. Michał Drewnicki w 2017 roku Imponująco rozpoczął pan kampanię w Alei Róż. Cała pańska kampania będzie z taką pompą? Chcieliśmy zacząć porządnie, pokazać, że na serio traktujemy te wybory, a nie tak, jak inni kandydaci. Niektórzy próbują robić ze swojego startu jakiś show, freak fight, inni są ogłaszani w Warszawie. Natomiast ja chciałbym, żeby ta kampania skupiła się na ludziach. Stąd też przedstawiłem te sześć filarów, które są najważniejsze i na których się skupię. Na jaki wynik pan liczy? Przede wszystkim chcę pokazać, że mam plan na miasto, że zależy mi na tym mieście. I że prawica to nie tylko mniejsze miejscowości i wsie, ale także w Krakowie jest dużo ludzi o takiej wrażliwości. Chcę też pokazać, że potrafię rozmawiać z innymi kandydatami i mieszkańcami o odmiennych poglądach. Wynik jest sprawą drugorzędną, choć walczę o jak najwyższe poparcie. To, czy wejdę do drugiej tury, zależeć będzie od mieszkańców. Ja się skupię, by pokazać im moją ofertę i pomysł na Kraków. Z kim pan powalczy w tej drugiej turze? Ze względu na dobro Krakowa najlepszą opcją byłoby to, gdyby w drugiej turze zmierzyli się kandydaci, którzy nie są i nie byli przez te lata powiązani z tym obsiadłym, zmurszałym układem władzy w mieście. I mówi to kandydat tak partyjny, że bardziej się nie da. Ale ja nigdy nie byłem związany ani z prezydentem Majchrowskim, ani z prezydentem Miszalskim. Ale jest pan związany z jedną z dwóch największych partii w Polsce. Tak, natomiast Prawo i Sprawiedliwość w Krakowie nigdy nie rządziło, więc my nie mamy tutaj jakichś zobowiązań. Ja jestem osobą, która nie ma żadnych zobowiązań względem wielkiego biznesu, względem jakichś koterii, układzików towarzyskich. Więc jedyny dług wdzięczności, który mogę mieć, jest względem mieszkańców Krakowa. Michał Drewnicki na początku swojej politycznej przygody. Rok 2014. Obok Witold Gadowski Dostanie pan jakieś pieniądze na tę kampanię z PiS-u, który ma problemy finansowe? No tak, tutaj rząd nielegalnie zabrał Prawu i Sprawiedliwości finanse, więc to jest rzecz, na którą nie mam wpływu. Będę skupiał się na pewno na tym, by dobrze działać i przedstawić krakowianom moją ofertę, choć jestem świadomy, że bez pieniędzy będzie to trudniejsze. Dlatego tym bardziej proszę wszystkich ludzi dobrej woli, wszystkie te osoby, które mi kibicują, o to, by wspierać kampanię merytorycznie, pomysłami i aktywnością. Bo ta kampania rzeczywiście nie będzie równa. Będzie to kampania ludzi władzy – czyli mówię tutaj między innymi o pani Piątkowskiej, która jest z największej partii rządzącej – i kampania lokalna, czyli moja, człowieka, który kandyduje z poparciem partii, której nielegalnie odebrano pieniądze. Gdyby jakiś deweloper chciał wpłacić na pana kampanię, to przygarnie pan te pieniądze? Nie mam wpływu na to, czy deweloper wpłaci, czy nie. No ale właśnie z tego czyniliście zarzut w poprzednich wyborach innym kandydatom, że deweloperzy wpłacali na ich kampanię. Nie znam żadnego dewelopera, który chciałby wpłacić na moją kampanię. Zresztą ja przez całe 12 lat bycia radnym miasta Krakowa raczej walczyłem z różnego rodzaju złymi pomysłami deweloperów, więc nie podejrzewam, żeby któryś chciał wpłacać na moją. Gdyby jednak się znalazł, to pan powie: „Nie, nie przyjmuję tych pieniędzy, bo to od dewelopera”? Mogę z pewnością powiedzieć jedno: ktokolwiek by nie wpłacał na moją kampanię, nie będzie to miało wpływu na żadną decyzję, którą będę podejmował. Nie dopuszczę do tego, by ktoś miał wobec mnie jakiekolwiek prywatne oczekiwania tylko dlatego, że wsparł moją kampanię. Michał Drewnicki podczas inauguracji kampanii w Nowej Hucie Gdybym miał luźny tysiąc złotych, to jakby mnie pan przekonał, żebym przekazał panu te pieniądze? Powiedziałbym tyle, że jeżeli moje wartości i idee są panu bliskie i uważa pan, że nadaję się do pełnienia funkcji prezydenta, to może pan wpłacić na mój komitet wyborczy. I jak mi się pan odwdzięczy? Dam z siebie wszystko przy zarządzaniu miastem. Sprawię, że Kraków będzie się rozwijał, a ludziom będzie się tutaj dobrze żyło. Natomiast na pewno nie będę traktował pańskiej pomocy jako długu, który muszę spłacić, załatwiając jakieś prywatne sprawy. ZOBACZ TAKŻE: Kmita: „Miszalski wróci jako wiceprezydent” [WYWIAD]

Więcej…

Kmita: „Miszalski wróci jako wiceprezydent” [WYWIAD]

Kmita: „Miszalski wróci jako wiceprezydent” [WYWIAD]

08 czerwca 2026 | 19:11

– Niezależnie od tego, kto zostanie kandydatem KO, za jego plecami będzie stał Miszalski i będzie sterował tą osobą – twierdzi poseł Łukasz Kmita. Szef małopolskich struktur PiS w rozmowie z Kanałem Krakowskim ocenił, że w przypadku wygranej kandydata Koalicji Obywatelskiej, Aleksander Miszalski „w sposób naturalny” obejmie fotel wiceprezydenta Krakowa. Polityk odsłonił również kulisy relacji Miszalskiego z Donaldem Tuskiem oraz skomentował wewnętrzne tarcia w obu głównych obozach politycznych. Zapewnił jednak o stabilności własnej formacji: – Patrząc na napięcia w Koalicji, to my jesteśmy oazą spokoju i w zwartej strukturze idziemy po zwycięstwo. *** Kanał Krakowski: Nie mieliście lepszego kandydata niż Michał Drewnicki? Łukasz Kmita: Jest to kandydat, który ma realne szanse wejść do drugiej tury i powalczyć o zwycięstwo w wyborach, więc naszym zdaniem jest to najlepszy kandydat Prawa i Sprawiedliwości na ten czas, który jest przed nami. Do drugiej tury wejdzie z kandydatem Koalicji czy z Gibałą? Łukasz Gibała ma bardzo duże szanse na to, żeby wejść do drugiej tury. A w starciu Gibała – Drewnicki naprawdę wszystko jest możliwe. Łukasz Kmita Według pana na dzisiaj Gibała ma większe szanse wejścia do drugiej tury niż kandydat Koalicji?  Bardzo wielu wyborców w Krakowie jest rozczarowanych Aleksandrem Miszalskim i myślę, że to może się przełożyć na decyzje mieszkańców.  Szczególnie, że frekwencja nie będzie wielka, bo w przedterminowych wyborach jest zwykle niższa niż w tych regularnych. Na ile realny był scenariusz, że PiS zdecyduje się poprzeć Gibałę, a nie wystawiać własnego kandydata? Nie było takiego scenariusza. Zastanawialiśmy się jeszcze nad poparciem niezależnego kandydata, jednak w obecnej sytuacji podjęliśmy najlepszą decyzję stawiając na Michała Drewnickiego. Jest on osobą, która może mieć poparcie nie tylko zwolenników PiS, ale i Konfederacji czy wielu innych środowisku, co daje mu świetną pozycję startową. Trudno uwierzyć w tę jednogłośność w PiS-ie, skoro dzisiaj Barbara Nowak uciekła z wiecu. ZOBACZ: Show PiS w Nowej Hucie i spektakularna ucieczka Barbary Nowak Nie uciekła. Pani kurator była na wiecu, widziałem ją i witałem się z nią przed wydarzeniem. Potem, z tego co wiem, udała się do swoich obowiązków. Ale wsparła Michała Drewnickiego. Zresztą byliśmy tam wszyscy. Tutaj nie może być mowy o żadnym braku spójności, bo naprawdę jest duża mobilizacja. Dla nas są to bardzo ważne wybory przed wyborami parlamentarnymi. No właśnie, nie brakuje głosów, że nie jest to kampania wyborcza na prezydenta Krakowa, tylko kampania Drewnickiego i PiS-u przed wyborami parlamentarnymi. Jeśli mamy dobre pomysły i dobry program, to rozumiem, że ci, którzy formułują takie zarzuty, po prostu obawiają się ofensywy programowej Prawa i Sprawiedliwości. I rzeczywiście, nasi przeciwnicy powinni mieć takie obawy. To, co nas wyróżnia, to z pewnością merytoryka, chęć pracy i spojrzenie na Kraków jako na miasto, które powinno mieć szansę się rozwijać. Atuty Michała Drewnickiego w tej stawce są bardzo duże. Myślę nawet, że dla wielu wyborców będą przeważające. Łukasz Kmita i Michał Drewnicki To będzie brudna kampania? Mam nadzieję, że nie. Ona była już brudna na etapie referendum, ale wierzę, że teraz tak nie będzie. Choć działania „Soku z buraka” i kilku innych mediów nie zawsze budzą przekonanie, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Sam Drewnicki najłagodniejszy także nie jest, bywa dość agresywny w swoich wystąpieniach. Ja bym powiedział raczej, że jest merytoryczny, a nie agresywny. Powiedziałbym też, że jest dobrze skrojonym kandydatem na standardy Krakowa. Coś, co go wyróżnia, to przede wszystkim ciężka praca na rzecz mieszkańców i tego mogą się obawiać konkurenci. No ale jednak nie jest profesorem. Wiemy, że niektóre frakcje PiS-u forsowały kandydaturę jakiegoś profesora, tymczasem Drewnicki, jak dzisiaj podkreślał, jest chłopakiem z Nowej Huty. Nie było żadnych „walk” frakcyjnych. Po prostu różne nasze środowiska proponowały różnych kandydatów, ale kandydatura Michała Drewnickiego była najmocniejsza i moim zdaniem słusznie wygrała. Wszyscy mieliśmy przekonanie, że oprócz profesury, która też jest ważna, kluczowe jest doświadczenie dobrego samorządowca. Michał Drewnicki je ma i jesteśmy przekonani, że będziemy wykorzystywali ten potencjał wiceprzewodniczącego Rady Miasta Krakowa. To człowiek, który pełni w radzie bardzo poważną funkcję, co predysponuje go do tego, żeby zarządzać miastem. Wielokrotnie pokazał, że dla dobra Krakowa jest w stanie wyciągnąć rękę do osób o różnych poglądach. Jako radny i wiceprzewodniczący pokazywał bardziej pracę samorządową niż partyjną, którą także wykonuje jako wiceprzewodniczący zarządu okręgowego. Pan już przeżył jedną kampanię startując na prezydenta Krakowa dwa lata temu. Nie chciał pan po raz drugi wziąć udziału w tym wyścigu? Byłem wtedy osobą, która dość późno zdecydowała się na start… Niektórzy mówili nawet, że był pan kandydatem z łapanki. Zawsze jestem gotowy wziąć odpowiedzialność na swoje barki, służyć mieszkańcom i Prawu i Sprawiedliwości. Teraz mam mnóstwo pracy w Sejmie i w okręgu. Osoba taka jak Michał Drewnicki wydaje się być najlepiej skrojonym kandydatem na urząd prezydenta Krakowa. Ma moje pełne wsparcie oraz wsparcie całego naszego środowiska – wszystkich parlamentarzystów, radnych i struktur. Ta liczna obecność na spotkaniu świadczy o tym dobitnie. Wszystkie ręce na pokład, płyniemy razem i mam nadzieję, że dopłyniemy do zwycięstwa. Czyli rozumiem, że akurat pan tym razem od tej "łapanki" uciekł? Nie było żadnej łapanki ani wtedy, ani teraz. Po prostu stwierdziliśmy, że mamy zupełnie inną sytuację i inną specyfikę. Dzisiaj odwołany został dotychczasowy prezydent Krakowa. Moim zdaniem to, że kandydat, jako radny, na co dzień patrzył władzy na ręce i zwracał uwagę na potknięcia chociażby Aleksandra Miszalskiego, jest z korzyścią dla mieszkańców i naszej formacji. Dobrze, że ktoś taki startuje w tych wyborach. Michał Drewnicki funkcjonował w samorządzie Krakowa długie lata i sprawdzi się najlepiej jako prezydent. Poniedziałkowy wiec w Nowej Hucie A z kim wolałby pan, żeby wasz kandydat zmierzył się w drugiej turze: Z Gibałą czy z kandydatem Koalicji? Gdy kilka dni temu przedstawiano informację, że to profesor Tomasz Grodzicki miałby być kandydatem Koalicji, muszę powiedzieć, że byłem pod wrażeniem. Koalicja miałaby wtedy bardzo mocnego kandydata. Współpracowałem z panem profesorem i mam o nim bardzo dobre zdanie. Gdyby wystartował, byłby to trudny przeciwnik. Potem jednak okazało się, że ktoś w Koalicji przegrzał temat, bo profesor ogłosił, że nie startuje. Musimy więc poczekać na to, kto ostatecznie będzie kandydatem. Mam jednak wrażenie, że niezależnie od tego, kto nim zostanie, za jego plecami będzie stał Aleksander Miszalski i będzie sterował tą osobą, wskazywał, jak ma działać i jakie kroki podejmować. Zresztą Miszalski, moim zdaniem, wróci jako wiceprezydent, jeśli wybory wygra kandydat Koalicji. Mamy więc podwójną mobilizację. Po pierwsze, żeby kandydat Koalicji nie wszedł do drugiej tury. Po drugie, bo jeśli wejdzie, to Miszalski zostanie wiceprezydentem, a to byłby dramat dla Krakowa i policzek wymierzony mieszkańcom. Bardzo ciekawą narrację pan sobie wymyślił. Ale to nie pierwszy raz, kiedy mam rację. Z perspektywy obserwacji władzy i faktu, że Koalicja musi coś z Miszalskim zrobić – przecież nie pójdzie do kolejnej spółki czy na kolejnego prezesa – w sposób naturalny zostanie wiceprezydentem Krakowa. Na razie KO usunęła go z funkcji szefa małopolskich struktur. To nie Koalicja Obywatelska go usunęła, tylko Donald Tusk go wyciął. Nie jest tajemnicą, że nie mieli dobrych relacji. Nawet ludzie z Koalicji mówili w prywatnych rozmowach o podziałach i o tym, że Aleksander nie jest faworytem Tuska. Premier go po prostu nie lubi. Zresztą Miszalski zabiegał – takie informacje mi przekazano – o poparcie Donalda Tuska na ostatniej prostej i miał usłyszeć, że Tusk nie wchodzi w przegrane projekty. Sytuacja w małopolskiej Koalicji jest trudna. Nie sądzę, żeby pani poseł z Oświęcimia [Dorota Niedziela – dop. autor] spowodowała, że te problemy się skończą, bo wielokrotnie słyszałem o różnego rodzaju napięciach wewnątrz KO. Jeśli porównać to z napięciami wewnątrz PiS-u, to muszę powiedzieć, że to jest jak ukąszenie komara przy nadepnięciu przez słonia. Oczywiście mówię to obrazowo. Patrząc na napięcia w Koalicji, to my jesteśmy oazą spokoju i – w zwartej strukturze – idziemy po zwycięstwo. ZOBACZ TAKŻE: Kandydat PiS: „Po sromotnej porażce KO nie ma kogo wystawić. Dla Krakowa Sonik byłby fatalny"

Więcej…

Kandydat PiS: „Po sromotnej porażce KO nie ma kogo wystawić. Dla Krakowa Sonik byłby fatalny"

Kandydat PiS: „Po sromotnej porażce KO nie ma kogo wystawić. Dla Krakowa Sonik byłby fatalny"

08 czerwca 2026 | 12:31

– Boję się, że kampania zamieni się w taki freak fight krakowski – mówi Michał Drewnicki. Dziś odbyła się oficjalna prezentacja kandydata PiS na prezydenta Krakowa, podczas której odpowiadał na pytania dziennikarzy. *** Koalicja Obywatelska dopiero ma ogłosić swojego kandydata. Jak Pan skomentuje to, że tak długo zwlekają z podaniem nazwiska? Michał Drewnicki: Koalicja Obywatelska nie ma pomysłu kogo wystawić. Po sromotnej porażce w referendum struktury są w rozsypce. Zostały rozwiązane. Nie ma tak naprawdę osoby, która chciałaby zawalczyć o Kraków. Nie ma żadnego rozpoznawalnego kandydata, który miałby po doświadczenie samorządowe czy pojęcie o mieście. Sądzę, że stąd wynika ta trudność w znalezieniu kandydata. I nie podejrzewam, by była to osoba, która zna miasto – raczej będzie to ktoś z zewnątrz i dopiero tego Krakowa będzie próbował się uczyć. Wątpię, żeby mu się to udało. Rafał Sonik to byłoby dobre nazwisko? Dla Krakowa byłoby to fatalne nazwisko. Dobre może być dla mnie, bo Rafał Sonik jest biznesmenem, deweloperem, milionerem. Osobą, która tutaj ma swoje biznesy. Natomiast ja jestem człowiekiem, który wyrósł na nowohuckim osiedlu. Tutaj dorosłem, ożeniłem się, dorastałem w samorządzie. Więc sądzę, że taka oś sporu byłaby tutaj bardzo czytelna. Jakby Pan skomentuje konflikt między Koalicją a Ludowcami, którzy nie mogą się dogadać, czy wystawiać jednego kandydata, czy dwóch? Nie chcę się zajmować ich konfliktami. Sądzę, że oni są rzeczywiście pokłóceni – PSL z Koalicją Obywatelską. To źle wróży na przyszłość dla kampanii wyborczej, bo boję się, że kampania zamieni się w taki freak fight krakowski. Chciałbym natomiast merytorycznej debaty o programach, o wartościach, o ideach, a nie koniecznie kłócić się, kto jest skąd, dokąd idzie i skąd przychodzi. Podał Pan dziś filary pańskiej kandydatury, ale prosimy o konkretny: co ze strefą, co z cenami biletów, co z cenami za parkowanie...? Przedstawiłem takie filary ideowe, które będą jakby stały za moją kampanią. Przede wszystkim równość w podejściu do inwestowania, równość w podejściu do mieszkańców, kwestia ambicji, by Kraków wreszcie był miastem ambitnym, a nie myślącym tylko jak przeżyć tu i teraz. Chcemy, by Kraków równo dzielił środki budżetowe, wydawane w sposób uczciwy, by dbało o komfort mieszkańców w tych najważniejszych rzeczach. No więc przede wszystkim strefa czystego transportu obecna prezydenta Miszalskiego – ona powinna zostać zlikwidowana. Chciałbym porozmawiać z ludźmi, którzy byli wykluczani z tej debaty o strefie czystego transportu. Odbywały się konsultacje, prezydent Miszalski zlekceważył te głosy, więc chciałbym przede wszystkim z tymi ludźmi porozmawiać. Chciałbym wpłynąć na to, by Kraków był dobrym miejscem do życia, by nie było sytuacji, że są osiedla w Krakowie, gdzie nie ma kanalizacji, nie ma chodników, że rodzice na przykład muszą spędzać godziny stojąc w korkach i ze swoim dzieckiem spędzają raptem tylko 3 godziny dziennie. Więc to jest kwestia i cen biletów, i kwestia jakości terenów zielonych. Na konkretne programowe kwestie przyjdzie jeszcze czas, bo gdybym ja dzisiaj je wszystkie zdradził, no to sądzę, że już Państwo nie przyszlibyście na następne konferencje i spotkania. Natomiast te sześć wartości, które pokazałem, podałem, one będą rozwijane, będą uszczegółowiane w następnych dniach i tygodniach. Wszyscy kandydaci dużo mówią o tym, że budżet miasta jest w opłakanym stanie. Jak w takim razie ten budżet naprawić? Wiemy, że tego się nie da zrobić z dnia na dzień, ale jakiś plan musi być. Przede wszystkim budżetowi przyda się audyt merytoryczny. Nie tylko finansowy i księgowy, ale audyt merytoryczny, tak by wyrzucić wszystkie niekonieczne wydatki. Prezydent Miszalski wolał podnosić ceny mieszkańcom. Mieszkańcy płacili w wyniku jego polityki więcej za podatki lokalne, bilety, za strefę płatnego parkowania, natomiast nie szukał oszczędności u siebie w swoich wydatkach. W pierwszej kolejności trzeba znaleźć oszczędności budżetowe, w drugiej kolejności szukać wzrostu dochodów, ale nie w podatkach właśnie, tylko w inwestycjach – żeby tutaj firmy przychodziły, budowały swoje fabryki. To oczywiście nie jest zadanie na rok czy dwa, ale sądzę, że tylko w taki sposób, gdy będą tutaj powstawały wysokopłatne miejsca pracy w produkcji – ambitne, rozwojowe, w nowoczesnych branżach – wtedy też budżet miasta bardzo mocno zyska, a to z kolei wpłynie na to, że będzie można wyrównywać szanse rozwojowe różnych dzielnic, które widzimy, że są dzisiaj: centrum miasta, obrzeża miasta. Sądzę, że te różnice trzeba tutaj zakopać. ZOBACZ TAKŻE: „To obrzydliwe”. Kulisy politycznego piekła w Krakowie wyszły na jaw! [WYWIAD]

Więcej…

„To obrzydliwe”. Kulisy politycznego piekła w Krakowie wyszły na jaw! [WYWIAD]

„To obrzydliwe”. Kulisy politycznego piekła w Krakowie wyszły na jaw! [WYWIAD]

03 czerwca 2026 | 08:08

– My niczego nie wygraliśmy, my tylko nie przegraliśmy – przyznaje Jakub Kosek po tym, jak krakowska rada miasta uniknęła odwołania. W kuluarach jednak wrze. Czy Łukasz Gibała rozbije klub Koalicji Obywatelskiej przed przyspieszonymi wyborami? W rozmowie o nadchodzącej, brutalnej walce o Kraków, lojalności wewnątrz KO i politycznych podchodach Łukasza Gibały, Kosek stawia odważną tezę: kandydat Koalicji ma pewne miejsce w drugiej turze wyborów prezydenckich. Gibała? – Niekoniecznie – mówi przewodniczący Rady Miasta Krakowa. *** Kanał Krakowski: Odetchnął Pan z ulgą, że rada miasta nie została odwołana? Jakub Kosek: To chyba nie jest dobre określenie moich odczuć. Rozumiem ludzi, którzy gratulowali nam, że zostaliśmy, ale sam nie wiedziałem, jak na to odpowiadać, bo tu nie było czego gratulować. Przecież my niczego nie wygraliśmy, my tylko nie przegraliśmy. Nie powiedziałbym więc, że odetchnąłem z ulgą. Jakub Kosek Z pierwszych badań sondażowych wynikało, że rada się jednak nie utrzyma. Był Pan pogodzony z tym, że trzeba będzie robić kolejną kampanię wyborczą? Jasne. Ja bardzo szybko przyjmuję nową rzeczywistość i próbuję się w niej odnaleźć. Chociaż w tym przypadku wiedziałem, że wyniki sondażowe mogą być obarczone sporym błędem i rzeczywistość ten błąd potwierdziła. Natomiast nie potrafiłem się cieszyć z tego, że rada zostaje, bo przecież odwołano prezydenta. Choć oczywiście dobrze się stało, że nadal możemy pełnić swoje funkcje, bo będziemy istotnym ogniwem tego, co się wydarzy po wyborach na początku września.  Zawsze można jednak znaleźć plusy i minusy. Z jednej strony, gdybyśmy zostali odwołani, kandydaci na radnych mocno wspieraliby naszego kandydata w wyborach na prezydenta. A z drugiej strony moglibyśmy nie utrzymać większości w radzie... A propos, Łukasz Gibała mówi, że rozmawia z ekspertami i przygotowuje się do startu w wyborach. A czy nie jest tak, że rozmawia głównie z radnymi, których może ewentualnie „wyciągnąć” z klubu KO? Ze mną nie rozmawia, więc nie wiem. (uśmiech) Ale jest wielu innych, zawiedzionych rządami Aleksandra Miszalskiego i partią radnych. To trzeba ich pytać. Osobiście jestem twardo osadzony w realiach, w których funkcjonuję – jestem w Koalicji Obywatelskiej i nie zamierzam tego zmieniać. A ilu radnych z klubu KO jest „do wyciągnięcia”? Nie wiem, czy ktoś jest do wyciągnięcia. Tak się zawsze mówi. O radnych Łukasza Gibały w pierwszej kadencji też tak mówiono. Efekt końcowy był taki, że nikt nikogo nie wyciągnął, a jego klub opuściła lub została z niego wypchnięta tylko Alicja Szczepańska. Teraz też można opowiadać, że klub KO lub Lewicy zostanie rozebrany, ale ja uważam, że w pełnym składzie będziemy wspierać naszego nowego prezydenta. Jakub Kosek To najgorsza Rada Miasta Krakowa od dekad. Zgadza się Pan z tą tezą? Jeszcze w ostatnich kadencjach był taki radny, który po każdych wyborach powtarzał: „To jest najgorszy klub, w jakim byłem, odkąd jestem radnym”. I naprawdę mówił to co kadencję. Być może jest więc to stwierdzenie tego typu, że ktoś sobie palnął, że to najgorsza rada i to się roznosi. Ale jakimi miernikami mielibyśmy to mierzyć? To bardzo subiektywne, pewnie stronnicze i emocjonalne. Bardzo często pojawia się jednak argument z ust radnych opozycji – który wcześniej się nie pojawiał – że są tylko statystami, bo tak bardzo ich ignorujecie, że w sumie mogliby nie brać udziału w sesjach. To jest oczywiście nieprawda. Zresztą nawet te słowa pokazują, że to wybieg polityczny, podjęty po to, żeby znowu coś ugrać. Wiadomo, że jak się jest w opozycji, to nie ma się głosu decydującego i trzeba szukać innych rozwiązań. Jednym z takich rozwiązań jest właśnie tego typu narzekanie, ale ma to niewiele wspólnego z prawdą. To jaką ocenę wystawiłby Pan radzie miasta za te dwa lata? Przyjmijmy skalę od 0 do 10. Ciężko byłoby to zrobić, będąc radnym, a będąc przewodniczącym, wręcz chyba nie wypada. Z perspektywy przewodniczącego widać lepiej. Ale kto chciałby słuchać takiej oceny? Przecież to nie byłoby obiektywne. Obiektywnie można za to ocenić prezydenta, bo ten już zakończył swoje urzędowanie. Cokolwiek dzisiaj powiem, zostanie wykorzystane w kampanii wyborczej. Jeśli stwierdzę, że był dobry, to odpowiedzą: „O, widzicie, chcą tego samego”. Jeśli ocenię, że był w czymś słaby, to druga strona stwierdzi: „Nawet jego ludzie narzekają na tę prezydenturę”. Każde słowo można obrócić przeciwko osobie, która je wypowiada. Jakub Kosek prowadzi obrady RMK. Na pierwszym planie opozycyjny radny / fot. Łukasz Michalik Czy to jest zapowiedź bardzo brutalnej, bezwzględnej kampanii wyborczej o fotel prezydenta Krakowa? Obawiam się, że może tak być. Kampanie w Krakowie zrobiły się ostatnio takie, że nawet osoby interesujące się polityką czują już do tego obrzydzenie. Gdy oglądam pewne materiały, słyszę manipulacje i widzę paskudne metody, to mam wątpliwości, czy to jest normalne, czy tak powinno być i czy chciałbym w tym uczestniczyć. Element hejtu w tej brudnej kampanii referendalnej był przerażający. Groźby, które wielu radnych zgłosiło na policję (te sprawy trwają), preparowanie nagich zdjęć jednej z radnych i wysyłanie ich w różne miejsca, kłamstwa, zmanipulowane czy wygenerowane przez sztuczną inteligencję materiały... To jest przerażające. Mam nadzieję, że pojawią się jakieś regulacje europejskie w zakresie cyberbezpieczeństwa, bo to już zaczyna się wymykać spod kontroli. Tymczasem Wasz kandydat – ktokolwiek nim zostanie – będzie musiał się z tym zmierzyć. Na pewno będzie musiał się w tym jakoś odnaleźć. Wejdzie do drugiej tury razem z Gibałą? Na pewno w drugiej turze znajdzie się kandydat Koalicji. Co do Gibały nie mam takiej pewności. ZOBACZ TAKŻE: Proszą, błagają, zagadują: „Łukasz, musisz!”. A on milczy

Więcej…

Miał być komisarzem. Teraz ostrzega: „wybory staną się loterią” [WYWIAD]

Miał być komisarzem. Teraz ostrzega: „wybory staną się loterią” [WYWIAD]

26 maja 2026 | 15:32

- Gdybym został komisarzem, pierwszą decyzją byłoby ograniczenie SCT - mówi nam Piotr Kempf, lider Polskiego Stronnictwa Ludowego w Krakowie. Dodaje, że mieszkańcy odwołali w referendum prezydenta, ale prawdziwa wojna dopiero się zaczyna.  - Jeśli koalicja się podzieli, Kraków może wpaść w permanentny konflikt z nowym prezydentem... Łukaszem Gibałą - mówi Kempf w rozmowie z Łukaszem Modarskim. Padają też mocne słowa o politycznych układach, kulisach nominacji Stanisława Kracika i możliwym „zjedzeniu” komisarza przez Radę Miasta już na pierwszej, środowej sesji. *** Kanał Kakowski: Miał być komisarz Piotr Kempf, jest komisarz Stanisław Kracik. Odebrał Pan to jak pstryczek w nos? Piotr Kempf: Na pewno nie jest to pstryczek w nos. Gdyby człowiek każdą plotkę brał głęboko do serca, szczególnie w polityce, to chyba by oszalał. Tym bardziej, że ja naprawdę nie narzekam na brak zajęć i zdecydowanie mam co robić. Krzysztof Jan Klęczar i Piotr Kempf Nie żałuje Pan, że to nie Pan jest komisarzem? Nie. To bardzo trudne wyzwanie. I moment też jest trudny. Komisarz wchodzi na zupełnie nieznaną ścieżkę, którą Kraków nigdy nie podążał, nie licząc czasów wojennych. Tak naprawdę w ogóle nie wiemy, z czym to się je. Jakie będą kompetencje komisarza? Co będzie mógł zrobić? Jak daleko idące zmiany będzie mógł wprowadzić przez te trzy miesiące? Czy będzie tylko administratorem, który ma doprowadzić do wyborów, czy jednak przez te trzy miesiące będzie realnie zarządzał miastem? A pamiętajmy, że to są gorące trzy miesiące. Jak to logicznie wytłumaczyć, że wojewoda z PSL-u wskazuje Kracika, który z PSL-em związany nie jest, a nie Pana, czyli czołowego polityka PSL-u w Krakowie? Myślę, że trzeba spojrzeć na roztropność wojewody. Przy tak trudnej decyzji nie chodziło o to, żeby politycznie coś ugrać na tym, że przez chwilę można mieć polityka PSL-u w magistracie. Ale nie byłaby to nobilitacja dla PSL-u? Na pewno byłaby. Ale równie dużym brakiem roztropności byłoby wykorzystywanie tej sytuacji politycznie. Bo jednak mamy do czynienia z dużą polityczną tragedią, która wydarzyła się w Krakowie. I robienie z tego okazji do realizowania ambicji własnej partii byłoby po prostu zbyt daleko idące. Spójrzmy zresztą niedaleko, na Nowy Sącz. Tam, kiedy prezydent nie mógł sprawować urzędu, osobą pełniącą funkcję komisarza została jego bliska współpracowniczka, wiceprezydentka miasta. To pokazuje, że wojewoda stara się zachować ciągłość. Bo chyba przede wszystkim chodzi tutaj o administrowanie. I wydaje mi się, że właśnie tu trzeba szukać przyczyny tej decyzji. To też pokazuje pewien kierunek. Ja tak odbieram decyzję wojewody. Stanisław Kracik / fot. UMK Jaki kierunek? Taki, że komisarz, który będzie teraz zarządzał Krakowem, nie będzie podejmował gwałtownych ruchów i wywracał wszystkiego do góry nogami. Weźmy Strefę Czystego Transportu. Przecież wiemy, że odpowiadał za nią między innymi wiceprezydent Kracik. Więc trudno się spodziewać, że pierwszą decyzją komisarza będzie nagłe ograniczenie strefy do pierwszej czy drugiej obwodnicy. Rozumiem tę decyzję wojewody właśnie tak: trzeba dowieźć to, co było realizowane przez obecny zarząd miasta. A dopiero nowy prezydent, wybrany we wrześniu, będzie podejmował nowe kroki. To jest po prostu bezpieczna droga. Wojewoda zdecydował się na spokojne przejście między prezydentem Miszalskim a kolejnym prezydentem. Trudno uznać to za roztropne, skoro de facto komisarzem została osoba, którą krakowianie pośrednio odwołali w referendum. Myślę, że trzeba wrócić do punktu wyjścia. W mojej ocenie wojewoda uznał, że przez te trzy miesiące komisarz nie ma zmieniać funkcjonowania miasta, tylko w bezpieczny sposób doprowadzić Kraków do wyborów. Ale komisarz ma wszystkie uprawnienia prezydenta. Teoretycznie tak. Ale praktycznie rozumiem to tak, że wojewoda wychodzi z założenia, iż Stanisław Kracik będzie przez te trzy miesiące zastępował Aleksandra Miszalskiego, a nie wywracał stolik. Zresztą prezydent Kracik jest znany z takiej stabilności i podejmowania raczej roztropnych decyzji. I chyba właśnie tego Kraków teraz potrzebuje - dowiezienia tego, co już jest rozpoczęte, a nie rewolucji w środku wakacji. Bo pewnie gdyby to mnie przypadł zaszczyt bycia komisarzem, to pierwszą decyzją byłoby ograniczenie SCT. I być może właśnie dlatego wojewoda zdecydował się na kogoś takiego jak Kracik - żeby mieszkańcy wiedzieli, że większe zmiany przyjdą dopiero po wyborze nowego prezydenta. Piotr Kempf i Aleksander Miszalski Ale czy Stanisław Kracik nie zostanie po prostu „zjedzony” już na środowej sesji Rady Miasta? To wtedy będzie dyskusja między innymi o planie ogólnym i strategii rozwoju miasta, a radni opozycyjni będą krzyczeć, że to jego wina. Możemy zakładać, że zostanie zjedzony. Ale możemy też spojrzeć na drugą stronę medalu i zapytać: kto miałby lepiej odpowiedzieć na pytania radnych niż ktoś, kto był najbliżej tych wszystkich spraw? Kracik wie, na jakim etapie jest plan ogólny. Wie, co można jeszcze zrobić. Wie, co dzieje się z linią do Mistrzejowic. Być może potrafi też wytłumaczyć mieszkańcom, dlaczego nagle wraca temat toru wyścigowego dla samochodów. I myślę, że znacznie lepiej odpowie na pytania radnych niż ktoś z zewnątrz, kto dopiero uczyłby się Krakowa. Temat toru wraca, bo Łukasz Gibała od lat interpelował w tej sprawie. W końcu Miszalski uległ. Może tak. Trudno powiedzieć, co dokładnie zdecydowało, bo sam jestem jedną z osób, które tej decyzji prezydenta Miszalskiego do końca nie rozumieją. Ale przecież ten projekt wygrał budżet obywatelski. Zgadza się. Tylko przypomnę, że kiedyś wygrały też „Skrzydła Krakowa” i jakoś ich nie zrealizowano. Ja akurat rozumiem potrzebę konsekwencji urzędu. Zawsze uważałem, że miasto powinno być konsekwentne. Ale sytuacja się zmieniła. Kraków wprowadza SCT, mówi o ekologii, ogranicza ruch samochodowy, a jednocześnie buduje tor wyścigowy? To jest trochę niespójne. ZOBACZ TAKŻE: Kraków buduje tor po latach nacisków. Nagle wybucha polityczna histeria I można się zastanawiać, czy akurat teraz to jest priorytet. Miasto ma problemy z zadłużeniem, z bieżącymi wydatkami, z wieloma inwestycjami. Czy naprawdę to jest moment na tor wyścigowy? Nie mówię, że taki tor nigdy nie powinien powstać. Ale czy właśnie teraz jest na to czas? Mam wątpliwości. Czy decyzja wojewody o wskazaniu Kracika jest częścią jakiegoś politycznego dealu? Trudno mi tu dostrzec polityczny deal. Przecież Stanisław Kracik jest związany z Platformą Obywatelską, a mimo to wojewoda z PSL-u wskazuje właśnie jego. Gdyby chodziło o polityczny układ, wojewoda próbowałby raczej wykorzystać sytuację do realizacji własnych pomysłów. Tymczasem wiemy przecież, że wojewoda i Kracik mieli zupełnie inne zdanie choćby w sprawie SCT. Dlatego wydaje mi się, że jest w tym więcej odpowiedzialności i troski o stabilność miasta niż politycznej gry. Chociaż oczywiście na pierwszy rzut oka ta decyzja może budzić emocje. Czy będzie więc polityczny deal PSL-u z Koalicją Obywatelską przed wyborami? Ja osobiście życzyłbym Krakowowi, żeby takie polityczne porozumienie jednak się pojawiło. Czyli wspólny kandydat na prezydenta? Tak. Uważam, że obecna koalicja rządząca powinna próbować się konsolidować. Tymczasem Lewica już zapowiada własną kandydatkę. Słyszymy też o kandydacie Polski 2050. I to wszystko rozbija wspólny front. A pamiętajmy, że po drugiej stronie jest bardzo silny kandydat, czyli Łukasz Gibała. Jeśli głosy obecnej koalicji rozłożą się na kilku kandydatów, to wejście do drugiej tury stanie się loterią. I wtedy Kraków może znaleźć się w bardzo trudnej sytuacji. Bo jeśli wygra Gibała, to będzie prezydentem przeciwko Radzie Miasta, którą sam wcześniej próbował odwoływać. To byłby układ dużo trudniejszy niż relacje między rządem a prezydentem kraju. Miasto mogłoby wejść w permanentny konflikt. Gdyby PSL miał poprzeć kandydata KO, to kto byłby akceptowalny? Najczęściej pada nazwisko Moniki Piątkowskiej. Ona ma tę zaletę, że współpracowała zarówno ze środowiskiem Jacka Majchrowskiego, jak i z PSL-em czy Koalicją Obywatelską. To osoba, która mogłaby łączyć różne środowiska. Ale jest też Ireneusz Raś - polityk wywodzący się z Platformy, dziś bardzo blisko PSL-u. To też mogłaby być kandydatura akceptowalna. Monika Piątkowska To tylko te dwa nazwiska? Na dziś przede wszystkim o nich się mówi. Ale po tym, co wydarzyło się w ostatnich dniach, naprawdę trudno cokolwiek przewidzieć. Mieliśmy wysyp nazwisk: od influencerów, przez Mariana Banasia, po Łukasza Wantucha czy Małgorzatę Jantos. Nie wiemy też, co zrobi PiS. Czy postawi na Małgorzatę Wassermann? Michała Drewnickiego? A może wróci temat ministra Andrzeja Adamczyka albo byłego wojewody Łukasza Kmity? To pokazuje, że jesteśmy dopiero na początku bardzo skomplikowanej gry politycznej. I szczerze mówiąc, bardziej niż samej kampanii obawiam się tego, co będzie po wyborach. Kto zostanie prezydentem i czy będzie umiał współpracować z obecną Radą Miasta, która jest dziś mocno podrażniona. Bo pamiętajmy: rada ledwo przetrwała referendum. Trzy tysiące głosów różnicy to naprawdę niewiele. Może więc wojewoda ma rację, że właśnie Kracik najlepiej opanuje te emocje? Ma doświadczenie, zna miasto, zna bieżące procesy i ma w sobie spokój, który teraz może być potrzebny. Miasto musi normalnie funkcjonować. Śmieci muszą być odbierane, woda dostarczana, komunikacja działać. Kraków nie może przez trzy miesiące żyć wyłącznie kampanią i polityczną wojną. Piotr Kempf Czy przyłożył Pan rękę, i to dosłownie, do odwołania Aleksandra Miszalskiego? Zdecydowanie jestem po stronie tych, którzy uważali, że należało poczekać z ostateczną oceną prezydenta. Współpracuję na co dzień z wieloma samorządowcami i naprawdę wielu z nich przecierało oczy ze zdumienia, że po dwóch latach postanowiono oceniać prezydenta miasta. To bardzo mało czasu. Oczywiście można krytykować Aleksandra Miszalskiego za wiele rzeczy. Ale ja powiem tylko tyle: dziękuję mu za te dwa lata współpracy. Miał bardzo trudny start, spadła na niego ogromna fala hejtu, a mimo to podjął wiele trudnych tematów. Choćby metro - temat niezwykle trudny i często wyśmiewany, ale jednak podjęty. Mam nadzieję, że kolejny prezydent zrozumie, że samorząd polega też na kontynuacji projektów poprzedników. Bo to był jeden z zarzutów wobec Miszalskiego, że rezygnował z części inwestycji poprzedniej ekipy, jak choćby z 50-metrowego basenu, a dziś nadal nie mamy nawet nowej lokalizacji. To pokazuje, jak trudne jest zarządzanie miastem i jak ważna jest ciągłość. Dlatego życzę Krakowowi, żeby kolejny prezydent potrafił kontynuować dobre projekty. I żeby z perspektywy czasu Aleksander Miszalski był oceniany lepiej niż dziś w internecie. ZOBACZ TAKŻE: To ONI są największymi przegranymi krakowskiego referendum!

Więcej…

Kto naprawdę wygrał kampanię referendalną? Ekspert ujawnia kulisy [WYWIAD]

Kto naprawdę wygrał kampanię referendalną? Ekspert ujawnia kulisy [WYWIAD]

22 maja 2026 | 09:08

- Wydarzeń referendalnych z Zabrza nie można przekładać 1:1 na Kraków - mówi w rozmowie z Kanałem Krakowskim Adrian Gaj, ekspert ds. komunikacji i PR, specjalizujący się w marketingu politycznym. Dobiega końca kampania referendalna. O jej przebiegu, powodach, największych wygranych, a także prawdopodobnym finale rozmawiamy z ekspertem, który diagnozuje nie tylko powody referendum, ale i... chwali Łukasza Gibałę!** Kanał Krakowski: Znamy co najmniej trzy osoby, które twierdzą, że w grudniu przewidział Pan, że referendum odwoławcze odbędzie się 24 maja, a zbiórka podpisów ruszy w II połowie stycznia. To „wiedza operacyjna” czy jasnowidzenie? Adrian Gaj*: Zdolności jasnowidza nie posiadam, a dla uczciwości trzeba dodać, że o ile 24 maja wydawał się najbardziej prawdopodobny, to możliwa była także niedziela tydzień wcześniej – ostatecznie decyduje przecież o tym komisarz wyborczy. Pozostałe terminy nie wchodziły w grę, przy założeniu, że zbiórka podpisów ruszy jeszcze przed feriami. Każdy późniejszy termin startu oznaczałby referendum w okresie wakacyjnym, czyli w praktyce klęskę frekwencyjną. A skąd założenie o starcie zbiórki podpisów przed feriami? Wiele osób było tym naprawdę mocno zaskoczonych. Pierwszy raz rozmawialiśmy na tych łamach jeszcze w wakacje zeszłego roku. Zobacz: Fala z Zabrza dotrze do Krakowa? Już wtedy mówiłem, że widać przygotowania i tworzenie całej infrastruktury dystrybucji informacji. Ostatni kwartał był etapem „rozkręcania” i budowy zasięgów oraz radykalizacji przekazu przeciwko prezydentowi. Kolejnym krokiem musiało być przełożenie tej energii na działania. A że na koniec roku pojawiła się prawdziwa kumulacja niepopularnych decyzji miasta oraz katastrofalnie komunikowana Strefa Czystego Transportu, to rozpoczęcie inicjatywy referendalnej  – o której zwiastunach rozmawialiśmy przecież w sierpniu’25 – było kwestią czasu. Czyli zgadza się Pan z tezą, że referendum nie byłoby, gdyby nie SCT? Tu trzeba rozróżnić dwie rzeczy. Po pierwsze, uważam, że inicjatywa referendalna w Krakowie i tak pojawiłaby się w tym roku – ale trudno powiedzieć, czy miałaby podobną dynamikę. Po drugie – problemem nie było sam fakt wprowadzenia Strefy Czystego Transportu, tylko sposób w jaki to komunikowano. Przecież jeszcze rok temu Krakowianie w dużej większości byli zwolennikami idei SCT, pojawiające się wtedy sondaże pokazywały, że to rozwiązanie pożądane. Zdecydowano się na takie, a nie inne zapisy i obszar strefy – to decyzja polityczna, tym się nie zajmuję, ale problemem było to, że decyzje i ich uzasadnienia nie zostały odpowiednio przedstawione mieszkańcom. Była przecież kampania na słupach, system internetowy chyba nawet niespecjalnie się wywalał w pierwszych dniach… Popełniono chyba wszystkie możliwe błędy komunikacyjne, kampania informacyjna SCT poza kilkoma frazesami nie istniała. Nie ma sensu teraz wyliczać co dokładnie zrobiono źle, zostało to już dobrze podsumowane przez eksperta na portalu KrkNews.pl. Wracając jednak do głównego wątku - katastrofa komunikacji SCT tak rozgrzała emocje, że wszystkie dodatkowe czynniki, głównie podwyżki: za śmieci, w strefie parkowania, cen biletów, doprowadziły do stanu wrzenia i w efekcie wybuchu emocji, które w sposób niezwykle profesjonalny były dodatkowo podsycane przez opozycję. Moment był najlepszy z możliwych, więc inicjatywa referendalna wystartowała. Czy co trzeci uprawniony faktycznie pójdzie głosować?   Skoro tak dobrze idzie Panu przewidywanie, to jak będzie w niedzielę? Uda się przekroczyć wymagany próg frekwencyjny? Moim zdaniem jest pół na pół jeśli chodzi o szanse na odwołanie prezydenta, czyli de facto przekroczenie progu ponad 158 tysięcy osób biorących udział w referendum. Siłą rzeczy znacznie mniejsze szanse są moim zdaniem na odwołanie Rady Miasta, tam próg jest 20 tysięcy wyższy. Jednak nie wykluczam żadnego z wariantów, myślę, że na dziś nikt tak na serio nie wie co wydarzy się w niedzielę. Nie odkryję Ameryki, gdy powiem, że najwięcej będzie zależało od pogody – im będzie cieplej, tym więcej Krakowian wyjedzie na weekend, co będzie oznaczało duże spadki frekwencji. Widział Pan sondaż OGB? Oczywiście, nie jeden! Uważam, że to niezwykle cenne źródło informacji, zwłaszcza dla osób zajmujących się marketingiem politycznym. Jednak sondaże mają to do siebie, że raz się sprawdzają, a raz nie i nie wynika to z błędów badawczych, tylko wieloaspektowości motywacji i decyzji ludzi. W 2020 roku OGB do samego końca twierdziło, że Trzaskowski wygra II turę, ja nawet bazuąc na tweetach Łukasza Pawłowskiego, prezesa OGB, pierwszy i ostatni raz w życiu obstawiłem wynik u bukmachera. W efekcie straciłem 100 złotych, ale zyskałem cenną lekcję, że nawet najlepszym zdarzają się pomyłki, bo polityka jest nieprzewidywalna. Czyli nie wierzy Pan w wariant 33% frekwencji? To nie jest kwestia wiary. 33% głosujących oznacza – w przybliżeniu, ale obrazowo – że co trzeci pełnoletni mieszkaniec Krakowa musiałby pójść w niedzielę do lokalu wyborczego. By przekroczyć „prezydencki” próg referendalny potrzeba 27,1% uczestników – nieco więcej niż jedną osobę na czterech uprawnionych. Nie jestem przekonany, czy poza pewną bańką, w której się obracamy, ten temat na tyle „grzeje” zwykłych mieszkańców Krakowa. Czytelnicy mogą sami się nad tym zastanowić – czy wśród sąsiadów, znajomych, współpracowników są w stanie znaleźć co trzecią osobę, która na referendum się wybiera. Trzeba pamiętać o tym, że nie wydarzyło się nic znacząco wpływającego na komfort życia: woda w kranach jest, śmieci odbierają, autobusy i tramwaje jeżdżą, miasto działa, nie wybuchł też żaden skandal np.  korupcyjny czy inny, który dyskwalfikowałby prezydenta Miszalskiego w oczach zwykłych mieszkańców. No i ważna sprawa: w przypadku jednak dość wysokich progów referendalnych, na pewno nie wystarczy „betonowy” elektorat tej czy innej partii opozycyjnej, do urn muszą pójść „normalsi”, spoza bańki informacyjnej i politycznej. To oni zdecydują w niedzielę.   Kraków to nie Zabrze Zdaniem sondaży emocje wobec prezydenta Miszalskiego są dużo gorsze niż wobec prezydentki Rupniewskiej z Koalicji Obywatelskiej, którą mieszkańcy Zabrza po roku odwołali. O tym, że wydarzeń z Zabrza nie można przekładać 1:1 na Kraków chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Zabrze to wyludniające się miasto z łatką „polskiego Detroit”, z wieloma problemami strukturalnymi charakterystycznymi dla mniejszych ośrodków. I przede wszystkim – z całkowicie odmienną od Krakowa strukturą wiekową, z innym rynkiem pracy. Sytuacja w mieście, a przede wszystkim odczuwalność jego problemów i niedomagań wprost wpływa na decyzje polityczne mieszkańców, zwłaszcza te nadzwyczajne. W zadłużonym na prawie miliard złotych Zabrzu zamykano szkoły, zwalniano personel, cięcia były naprawdę spore. Był istotny emocjonalnie temat sprzedaży Górnika Zabrze. I to wszystko zupełnie inaczej rezonuje w 150-tysięcznym mieście ze słabymi perspektywami i trudnym rynkiem pracy, niż np. podwyżka cen w strefie parkowania w milionowym ośrodku, stolicy województwa. I oczywiście, to były zupełnie inne emocje polityczne. Inne, bo? Bo odwołanie prezydentki Rupniewskiej nastąpiło tydzień przed I turą wyborów prezydenckich, na 5 dni przed końcem kampanii wyborczej. Warto tez pamiętać jakie wówczas sondaże miała Koalicja Obywatelska z której wywodziła się odwołana prezydentka oraz jak dramatycznie słaba była kampania Trzaskowskiego, co również oddziaływało na emocje wyborcze po obydwu stronach. Dziś ogólnopolska sytuacja jest zupełnie inna: najbliższe wybory za ponad rok, Koalicja wyraźnie góruje w sondażach. Emocje są znacznie mniejsze, co nie znaczy, że elektorat opozycji nie będzie zmobilizowany. Będzie. Trudno jednak nie uciec od analogii – największym beneficjentem referendum był bezpartyjny Kamil Żbikowski, który najpierw wspierał referendum, a potem wygrał wybory, pokonując kandydatkę KO Ewę Weber. Tak i po miesiącu od objęcia funkcji prezydenta pan Żbikowski na swoją zastępczynię powołał… Ewę Weber z KO. Prezydentowi, mimo wszystko, trudno rządzić z opozycyjną radą miasta, a taka sytuacja miała miejsce w Zabrzu – tam większość mieli radni Koalicji. W Krakowie większość w radzie ma koalicja KO z Lewicą, więc gdyby udało się osiągnąć próg wymagany do odwołania Prezydenta, a rady nie, to będziemy mieli prawdziwą analogię przed potencjalną kampanią, która wypadnie w wakacje. Dwóch wizerunkowych zwycięzców Jak ocenia Pan marketingowo działania obydwu stron referendalnych? Zarówno po stronie „prezydenckiej” jak i „referendalnej”  nie uniknięto błędów – ale to normalne, zwłaszcza w emocjach, nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Kampania to czas w którym trzeba redukować liczbę swoich wpadek i natychmiast wykorzystywać te popełnione przez przeciwnika. To zdecydowanie lepiej wychodziło  stronie referendalnej, której komunikaty rzadko kiedy spotykały się z kontrą ze strony prezydenckiej. I to jest dla mnie chyba najbardziej zdumiewające, bo inne aspekty działały znacznie lepiej. Co działało lepiej? Bardzo duża poprawa komunikacji ze strony prezydenckiej nastąpiła mniej więcej od połowy lutego, gdy już było wiadomo, że podpisy raczej zostaną zebrane. Bardzo dobrą i skuteczna strategią było po pierwsze: wygaszanie poszczególnych tematów, które „grzały”, od SCT po parkowanie – choć osobiście uważam, że hasztag #WielkaKorekta w momencie trwającej zbiórki podpisów to dość oryginalny pomysł. Zaczęto wreszcie pokazywać mieszkańcom sukcesy i deklaracje prezydenta – na czytelnych grafikach, na których też tłumaczono część budzących kontrowersje decyzji. Widać, że w końcu pojawiła się przemyślana strategia takiej podstawowej strefy informacyjnej, choć i tak te działania były spóźnione co najmniej kilka miesięcy. Jednak nadal brakowało ze strony obozu prezydenckiego przekazu, który mógłby nadawać ton debacie referendalnej. Zobacz: Krajobraz po sondażach w Krakowie. Ekspert: Bez zaskoczeń Ton nadawał komitet referendalny? Zdecydowanie szerzej – narracja przeciwników prezydenta była wieloaspektowa i wielokanałowa, przy czym sam formalny Komitet Referendalny niespecjalnie się tu wyróżniał, choć w pierwszych dniach ewidentnie zaskoczył stronę prezydencką intensywnością i profesjonalizacją działań. Na Facebooku ruszyły też stada botów, które nadawały narracje, mieszając się z autentycznie zaangażowanymi mieszkańcami. Sprawnie działała cała wcześniej przygotwana maszyneria obiegu informacji, oczywiście z właściwą przeciwnikom prezydenta narracją, pomyślano o segmentacji przekazu, działania wyszły poza internet – był outdoor, przyczepy, gazetki. Mówiąc kolokwialnie, było „widać piniondz”  co skutkowało dobrze skrojoną i sprawnie wdrażaną komunikacją. Choć i tu nie ustrzeżono się wpadek. Mianowicie? Na pewno agresywny przekaz trafiał do największych przeciwników, ale zrażał osoby neutralnie nastawione. Dużą odwagą było uczynienie twarzami referendum osób z problemami z prawem, albo polityków i postacie skrajnej prawicy. Uważam też, że „przegrzano” kilka tematów, co docelowo może przynieść efekt odwrotny od spodziewanego, jak miało to miejsce w ogólnopolskiej kampanii prezydenckiej rok temu. Czego najbardziej brakowało w tej kampanii? Jak powiem, że merytoryki, to będę brzmiał jak ktoś oderwany od rzeczywistości kampanijnej, więc powiem szerzej: brakowało „dużej idei”. I to po obydwu stronach. Przez te kilka tygodni prezydent nie powiedział mi, jako mieszkańcowi Krakowa, „o co mu chodzi” dlaczego warto, bym nie poszedł na referendum? Z jakim pozytywnym „dużym” tematem prezydent chciałby się kojarzyć – z metrem? Z zielenią? Tego zabrakło. Ten sam zarzut mam także do wszystkich liderów referendum – żaden z nich nie przedstawił konkretnej wizji zmian, nie powiedział mi, mieszkańcowi Krakowa, co dalej, jeśli namówią mnie na pójście do referendum? Co się zmieni? Jaki mają plan na miasto w którym żyję i dlaczego jest to plan lepszy od działań prezydenta Miszalskiego? Emocji, tych negatywnych – stanowiących podstawę do mobilizacji politycznej, nie da się utrzymać na tym samym poziomie przez 4 miesiące bez pokazywania alternatywy. A tego zabrakło. Największy wygrany kampanii referendalnej? Politycznie to się dowiemy pewnie w niedziele wieczorem, ale pod względem budowy i wzmacniania wizerunku to na pewno co najmniej dwie osoby. Największym wizerunkowym zwycięzca jest bez wątpienia mecenas Jan Hoffman stojący na czele komitetu referendalnego. Niezależnie od wyników z niedzieli, ma już ugruntowany wizerunek „tego, który doprowadził do referendum”, myślę, że jego rozpoznawalność wystrzeliła, co na pewno w karierze czy to radcowskiej czy politycznej nie zaszkodzi. Druga osobą, która wzmocniła swój wizerunek sprawczego i skutecznego polityka, jest w mojej ocenie wiceprezydent Łukasz Sęk. To jest jedyna osoba, poza Aleksandrem Miszalskim, która ze strony prezydenckiej skutecznie i z pomysłem potrafiła nie tylko narzucać narrację, ale i odpierać ataki adwersarzy – a jednocześnie robił to bez agresji, językiem faktów. Tak naprawdę zastępował wszystkich urzędowych rzeczników, biuro prasowe, działaczy Koalicji, nawet część radnych. Pytanie, czy powinien to faktycznie robić samodzielnie wiceprezydent. A Gibała? Powiem kontrowersyjnie. I pozytywnie – co chyba rzadkie u Was w temacie radnego Gibały. Potrafi on, jak nikt w Krakowie, budować i wdrażać kompleksowe narracje, które wchodzą do języka debaty publicznej. Nie oceniam tu teraz zasadności czy też tego, czy realnym problemem są te zjawiska, ale dziś każdy śledzący debatę w Krakowie doskonale zna hasła typu „betonowanie miasta” i „kolesiostwo” i ma wokół nich kompleksowo zbudowane pole znaczeniowe. I to jest naprawdę duże osiągnięcie jeśli chodzi o wpływ na debatę publiczną. Prezydent Miszalski? Jeśli chodzi o powszechne odczucia Krakowian, co pokazują sondaże, to stracił. Widać olbrzymi regres miedzy badaniami z września  w porównaniu do tych choćby z początku roku, gdy referendum startowało. To pokazuje, że realizowana wówczas polityka wizerunkowa i informacyjna, przy takiej liczbie wyzwań, wymaga całkowicie innego podejścia, bo prowadzi na manowce, a na pewno do permanentnego kryzysu wizerunkowego. Z którego oczywiście można wyjść. Sa też pozytywne aspekty – i tu postawię śmiałą tezę. Bardzo mocno wzrosła rozpoznawalność prezydenta Krakowa – jeszcze rok temu sam znałem osoby, które nie wiedziały jak ma na nazwisko, dziś takich ludzi pewnie jest już niewielu. A rozpoznawalność dla polityka to jest jedna z najcenniejszych walut. Uważam, że wizerunkowo „zahartował się”, nabrał takiej „prezydenckiej pewności”  – to widać w nagraniach. Udowodnił też, że nie ma problemu z przyznaniem się do błędu i potrafi wsłuchać się w kontrargumenty i wyciągać wnioski. A to dość rzadkie u polityków. *Adrian Gaj – ekspert marketingu politycznego, od lat zajmuje się PR i komunikacją w samorządach, doradza wizerunkowo osobom publicznym. Pomaga wygrywać wybory na każdym szczeblu samorządu, odpowiadał również za działania komunikacyjne w zwycięskim referendum odwoławczym w jednym z małopolskich miast.  

Więcej…

Szokujące wyznanie radnej: „Bałam się spojrzeć uczniom w oczy, rozpłakałam się” [WYWIAD]

Szokujące wyznanie radnej: „Bałam się spojrzeć uczniom w oczy, rozpłakałam się” [WYWIAD]

20 maja 2026 | 09:46

– Nie wytrzymywałam psychicznie – mówi nam nauczycielka i radna Magdalena Mazurkiewicz, która ujawnia skalę gróźb śmierci i internetowego hejtu, jaki od miesięcy zalewa jej życie prywatne i zawodowe. Zaczęło się od komentarzy w sieci. Dziś to już seria gróźb, publicznych ataków i sytuacji na ulicy, które przeniosły wirtualną nienawiść do realnego świata. – Ktoś bardzo agresywnie zareagował na mój widok i zaczął krzyczeć, że mnie wykopie, że to mój koniec i że „pali mi się dupa” – opowiada radna. W rozmowie z Kanałem Krakowskim wskazuje trzy krytyczne momenty, w których zalała ją fala nienawiści.  *** Kanał Krakowski: Policzyła Pani, ile razy grożono Pani śmiercią? Magdalena Mazurkiewicz: Nie policzyłam. To jest tak duża liczba, że nie jestem w stanie. Tylko pod filmem udostępnionym przez pewien portal grożono mi już kilka razy, a podobne komentarze pojawiały się również pod innymi postami. Co więcej, grożono mi śmiercią na różne sposoby: przez powieszenie czy obcięcie głowy, po różne wymyślne metody. Teraz, gdy o tym mówię, brzmi to wręcz kuriozalnie, ale granica naprawdę została przekroczona. Co Panią najbardziej zabolało? Wyzwiska i obelgi pod moim adresem. Przecież piszą to jakieś randomowe trolle. Ale czytają to już realni ludzie. Mnie to zabolało głównie ze względu na zawód, który wykonuję, czyli jestem nauczycielką. Te wyzwiska czytają więc także moi uczniowie. Zresztą sama mówię im o hejcie i o tym, że trzeba piętnować takie zachowania. Uczulam ich na to. To też był jeden z powodów, dla których nagrałam ten film. Chciałam pokazać, że nie godzę się na takie traktowanie. Nie zasłużyłam na to. Nikt na to nie zasługuje. To dość odważne nagranie. Z racji mojego zawodu ciąży na mnie odpowiedzialność. To mną kierowało. Za chwilę moi uczniowie mogą się znaleźć w takiej sytuacji jak ja. Zresztą już teraz, gdy ich pytam, czy doświadczyli hejtu w internecie, nie ma klasy, w której co najmniej kilka osób nie podniosłoby ręki. A przecież doskonale znamy przykłady, także z życia publicznego, że ktoś popełnił samobójstwo spowodowane właśnie hejtem w internecie. Trzeba o tym mówić głośno i podkreślać, że to nie są normalne zachowania.  Normalne może nie, ale na pewno powszechne. Na to nie może być zgody. Od 24 lat uczę w szkole i mam porównanie: dziś żyjemy w zupełnie innych czasach. Odkąd pojawiły się telefony komórkowe i media społecznościowe, jest też bardzo duża łatwość robienia krzywdy drugiej osobie bez spotkania z nią twarzą w twarz. Takie negatywne zachowania muszą być piętnowane i trzeba wręcz krzyczeć, że to coś złego i niedopuszczalnego. Nie tak powinien wyglądać ten świat. Należy zgłaszać tego typu hejt, nie pozostawać obojętnym. Ja sama zamierzam zgłosić te groźby pod moim adresem prosto do prokuratury. Na co dzień pracuję w obszarze kultury, dlatego wiem, jak ważna jest odpowiedzialność za słowa i poziom debaty publicznej. Uważam, że na hejt, agresję i groźby nie można pozostawać obojętnym, ponieważ z czasem prowadzi to do eskalacji emocji i pogłębiania podziałów. Magdalena Mazurkiewicz i wiceprezydent Stanisław Kracik Nie przyzwyczaiła się Pani jeszcze do hejtu? Doświadczałam go odkąd zostałam radną miejską, ale w pewnym momencie bardzo się nasilił. Niekiedy myślałam nawet, że sama sobie z tym wszystkim nie poradzę. Bardzo to przeżywałam, zarówno ja, jak i moja rodzina. Ale teraz już to przepracowałam i mówię o tym głośno. Co spowodowało tę zmianę? Ostatni film, który pojawił się o mnie w internecie i nie zawierał żadnego – absolutnie żadnego – odniesienia merytorycznego. Skupiał się jedynie na chamskim hejtowaniu mnie, a przy tym wykorzystywał moje prywatne zdjęcia lub zdjęcia z wycieczek z moimi uczniami. I wie pan, ja po takim filmie musiałam iść do pracy w szkole i spojrzeć moim uczniom w oczy. Rozmawiali o tym? Nie przy mnie. Ale dało się wyczuć, że widzieli ten film i o nim dyskutowali. Mnie było zwyczajnie wstyd przed moimi uczniami. Było mi głupio. Zastanawiałam się, co z tym zrobić. Pierwotnie chciałam to przeczekać, ale w pewnym momencie doszłam do granicy wytrzymałości. W końcu przyszedł moment, że wyszłam ze szkoły i po prostu się rozpłakałam. Wtedy postanowiłam nagrać ten film. Z czym wiąże Pani tę skalę hejtu? Było kilka takich momentów. Pierwsza fala nastąpiła, gdy dostałam pracę w Teatrze Słowackiego jako koordynatorka do spraw edukacji. Dla moich hejterów z miejsca stałam się „kolesiówą”, która ma załatwioną robotę po tym, jak została radną. A przecież pracuję w edukacji i kulturze, czyli zgodnie z moim wykształceniem i doświadczeniem zawodowym. Zarabiam 6 tysięcy złotych brutto. Kolejna fala nastąpiła w grudniu, po tym, jak zamieściłam w internecie zdjęcie, do którego byłam „doklejona”. Natychmiast przeprosiłam za ten błąd mojego zespołu, wyjaśniłam sytuację i wzięłam za nią odpowiedzialność. A ta „najnowsza” fala hejtu związana jest z akcją referendalną. Gdy ruszyła cała ta kampania, hejt się nasilił i widać to wyraźnie pod moimi postami. Albo ktoś grozi mi śmiercią, albo pisze, jak będzie mnie wykopywał z tego miasta i jak daleko będę leciała. I powiem panu więcej – ten hejt zaczyna się przenosić do realnego życia. Już dwa razy spotkałam się z napastliwymi sytuacjami na ulicy, gdy ktoś bardzo agresywnie zareagował na mój widok i zaczął krzyczeć, że mnie wykopie, że to mój koniec i że „pali mi się dupa”. A pali się Pani? Nie! Przez całe życie ciężko pracuję na siebie, na mojego syna, a odkąd zostałam radną, także dla mieszkańców Krakowa. Staram się angażować w wiele wartościowych działań – zarówno w Radzie Miasta, jak i w pracy w teatrze oraz w szkole. Nie potrzebuję mandatu radnej, by się utrzymać. Biorąc pod uwagę moją pracę zawodową, referendum nie ma dla mnie żadnego znaczenia, bo nie zajmuję żadnego stanowiska podarowanego mi „przez kolegów”. Magdalena Mazurkiewicz Ale już samo bycie radnym kojarzy się niektórym ludziom negatywnie. Do tego doprowadzili ci, którzy zaczęli wzniecać negatywne emocje i obrzydzać ludziom Kraków. Tymczasem wiem, że będąc w radzie, naprawdę można pomóc drugiemu człowiekowi, zrobić coś dobrego dla krakowian i Krakowa. Sama, nie będąc jeszcze radną, poznałam kilku fantastycznych radnych, którzy byli bardzo zaangażowani w swoją pracę. Ja także jestem. Tymczasem dziś nastąpiła całkowita dehumanizacja pozycji radnego. Wiąże Pani ten fakt z referendum? Odkąd zostałam radną, od pierwszych dni kadencji słyszałam o referendum. I wiążę to z przegranymi wyborami przez jedną ze stron. Łukasza Gibałę? Tak. Rozumiem, że na referendum się Pani nie wybiera? Oczywiście, że nie. I każdy, kto chciałby, by Rada Miasta i prezydent Aleksander Miszalski dokończyli kadencję, także powinien nie iść głosować. Natomiast nie boję się utraty stanowiska, ale chcę po prostu dokończyć swoją pracę. A później, tak jak przewiduje kontrakt z wyborcami, poddać się ich ocenie. Tymczasem dzisiaj referendum jest tak powszechnie używane jako narzędzie do zmiany decyzji wyborców. I tutaj nie mamy limitów finansowych jak w kampaniach wyborczych. Ktoś może wyłożyć wszystkie pieniądze świata, by przejąć władzę. A czy pani przekona nieprzekonanych do tego, czy iść, czy nie iść? Wierzę w rozsądek mieszkańców Krakowa, którzy wielokrotnie pokazywali, że potrafią samodzielnie oceniać sytuację i podejmować własne decyzje. Referendum jest szczególnym narzędziem demokracji lokalnej, w którym istotną rolę odgrywa frekwencja, dlatego uważam, że także rezygnacja z udziału w głosowaniu może być świadomym sposobem wyrażenia swojego stanowiska. ZOBACZ TAKŻE: Referendalna hucpa za gigantyczne pieniądze. Gdzie są faktury i rozliczenia?

Więcej…

PiS-owska ośmiornica w Małopolsce! Ujawnił szokującą liczbę tłustych kotów [WYWIAD]

PiS-owska ośmiornica w Małopolsce! Ujawnił szokującą liczbę tłustych kotów [WYWIAD]

19 maja 2026 | 18:53

Około 80 osób na lukratywnych stanowiskach, gigantyczne premie i polityczne powiązania! Radny sejmiku województwa małopolskiego Krzysztof Nowak bezlitośnie punktuje układ w małopolskim urzędzie marszałkowskim. Padają nazwiska, kwoty i oskarżenia o „PiS-owską ośmiornicę”. – Przecież to hipokryzja! – grzmi samorządowiec, komentując zarzuty o kolesiostwo w krakowskim magistracie. Jego zdaniem prawdziwy problem znajduje się zupełnie gdzie indziej. *** Kanał Krakowski: Ile tłustych kotów naliczył Pan w zarządzanym przez PiS szeroko pojętym województwie małopolskim? Krzysztof Nowak: Ta lista cały czas się wydłuża. Na dziś jest to około 80 osób, które zajmują lukratywne stanowiska – zarówno w samym urzędzie, jak i w jednostkach oraz spółkach należących do Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego. I nie chodzi tutaj o podrzędne etaty, na których zarabia się niewiele ponad minimalną krajową, ale o funkcje prezesów spółek, członków zarządów, rad nadzorczych czy dyrektorów. Można to nazwać PiS-owską ośmiornicą, bo jej macki sięgają naprawdę daleko. Nie mieszkam w Krakowie, ale w tym kontekście śmieszy mnie zarzut „kolesiostwa” wobec prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Ci, którzy mu to zarzucają, nie są w stanie wymienić choćby dziesięciu nazwisk. Tymczasem w przypadku województwa mamy do czynienia z ogromną skalą, która przekracza wszelkie wyobrażenia. To tutaj znajduje się prawdziwy problem – granica została już dawno przekroczona. Tylko gdzie jest ta granica? W zdrowym rozsądku. Nie ma nic złego w tym, że włodarz otacza się zaufanymi ludźmi. Sam prowadzę działalność gospodarczą i moimi najbliższymi współpracownikami również są osoby, którym ufam i na których mogę polegać. Podobnie jest zapewne w Krakowie. Natomiast w województwie wchodzimy już na wyższy poziom zatrudniania – bez względu na kwalifikacje, bo głównym kryterium staje się legitymacja partyjna. Rozumiem, że na 200 osób znalazłoby się kilka związanych z PiS, bo mamy wolność zrzeszania się i każdy ma prawo do wyrażania swoich poglądów. Jednak pierwszorzędne powinny być kryteria merytoryczne. Tymczasem w urzędzie wojewódzkim mamy do czynienia z patologią. To większa skala niż dotychczas? Oczywiście, że tak. Już teraz mówimy o około 80 osobach, a ja nawet nie analizowałem tego głębiej, bo przecież nie będę skupiał się na szeregowych pracownikach. Pokazałem tych, którzy zarabiają kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Krzysztof Nowak Czy któreś osoby zwróciły Pana szczególną uwagę? W lutym dostałem listę blisko 70 osób i nie chciałbym skupiać się na pojedynczych nazwiskach. Zwracam jednak uwagę, że ponad 40 proc. klubu radnych PiS w Radzie Miasta Krakowa było lub nadal jest zatrudnionych w województwie. Weźmy choćby szefa tego klubu, Włodzimierza Pietrusa, który jest prezesem należącej do województwa spółki PUHiT. Jakiś czas temu szefową Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego była żona radnego Michała Drewnickiego, a on sam pracował w urzędzie jako rzecznik.  Dalej mamy na przykład radnego Krzysztofa Sułowskiego, zastępcę dyrektora w Wojewódzkim Urzędzie Pracy, oraz radnego Michała Ciechowskiego – dyrektora Kancelarii Sejmiku w Urzędzie Marszałkowskim. Ten drugi w ciągu trzech lat otrzymał w formie nagród prawie 100 tysięcy złotych. Ale nawet jemu daleko do rekordzistki – pani skarbnik, która w analogicznym okresie otrzymała blisko 270 tysięcy złotych. I naprawdę radni PiS mają czelność podnosić zarzut kolesiostwa w urzędzie miasta, skoro sami tak mocno uczestniczą w procederze zatrudniania swoich ludzi? Przecież to hipokryzja! Ale co można z tym zrobić? Nagłaśniać sprawę. I liczyć na to, że już za dwa lata wyborcy będą o tym pamiętać podczas wyborów. Krzysztof Nowak Wcześniej czeka nas jednak referendum w Krakowie. Gdyby był Pan mieszkańcem miasta, wziąłby Pan udział w tym plebiscycie? Oczywiście, że nie. Dość długo działam w samorządzie i nie widzę powodów, by odwoływać prezydenta Miszalskiego w referendum. To typowo polityczna akcja, co widać już po samych inicjatorach. Znam Jana Hoffmana od dawna. Dziś kreuje się na osobę, która przyjdzie i zbawi Kraków, ale nie mam żadnych złudzeń, że został wystawiony po to, by formalnie reprezentować organizatorów i nadać tej inicjatywie pozory obywatelskości. Tak naprawdę w tle stoi wieczny przegrany Łukasz Gibała ze swoimi nieograniczonymi możliwościami finansowymi. Tacy ludzie są bardzo niebezpieczni, bo wydają się funkcjonować praktycznie poza jakąkolwiek kontrolą. ZOBACZ TAKŻE: Czy Hoffman jest… kolesiem?! Sęk odpalił serię pytań do lidera referendum [WIDEO] Uważam też, że Gibała będzie największym przegranym tego referendum. Przecież już trzy razy ubiegał się o urząd prezydenta Krakowa i ani razu nim nie został. Wie pan dlaczego? Bo nie ma żadnego pomysłu na Kraków. Jego chęć zastania prezydentem wynika z jakiejś chorej fantazji albo kompleksów. To wieczny kandydat i zarazem wieczny przegrany. Chyba każde większe miasto ma taką postać. W Tarnowie jest Marek Ciesielczyk, który również wielokrotnie startował na prezydenta i ani razu nie był blisko zwycięstwa. Gibała to taki Ciesielczyk Krakowa. Po prostu kojarzy się z porażkami. ZOBACZ TAKŻE: Referendalna hucpa za gigantyczne pieniądze. Gdzie są faktury i rozliczenia?

Więcej…

Prawdziwe korki w Krakowie dopiero nadchodzą! Ekspert o metrze, tramwajach i S7 [WYWIAD]

Prawdziwe korki w Krakowie dopiero nadchodzą! Ekspert o metrze, tramwajach i S7 [WYWIAD]

18 maja 2026 | 09:18

– Żyjemy w świecie, w którym każdy chce nowych tras, ale nikt nie chce ich pod oknem – mówi Dariusz Partyka. W rozmowie z Kanałem Krakowskim ekspert od transportu tłumaczy, dlaczego wpisanie zjazdów tramwajów do rozkładów nie takie proste, metro do Bronowic budzi wątpliwości, a prawdziwe korki w Krakowie dopiero nadjadą. Inżynier transportu i samorządowiec mówi o absurdach debaty publicznej wokół komunikacji, kulisach planowania miejskiego transportu oraz politycznych emocjach, które coraz częściej zastępują merytoryczną dyskusję.  *** Kanał Krakowski: Łukasz Gibała nazywa absurdem brak wpisania tramwajowych jadących do zajezdni do rozkładów jazdy. Rzeczywiście jest to absurd? Dariusz Partyka: Dla mnie problemem jest przede wszystkim stawianie bardzo daleko idących tez w temacie, który od strony technicznej i prawnej jest znacznie bardziej skomplikowany, niż może się wydawać. Doceniam staranie o poprawę warunków jazdy pasażerów, ale tutaj widać ewidentnie, że ton wypowiedzi jest podyktowany raczej polityczną rywalizacją niż faktyczną chęcią poprawy. Mam czasem wrażenie, że część osób żyje w świecie, w którym jacyś anonimowi urzędnicy codziennie zastanawiają się, jak utrudnić życie mieszkańcom. A ja, zarówno jako radny dzielnicy, jak i osoba od lat pracująca w różnych instytucjach publicznych, mam z urzędami bardzo częsty kontakt i widzę raczej młodych, normalnych ludzi, którzy sami mieszkają w Krakowie i zwykle naprawdę chcą dla tego miasta jak najlepiej. Problem polega na tym, że bardzo często ograniczają ich skomplikowane, a czasem zwyczajnie bezduszne przepisy. I szczerze mówiąc – uważam, że mój obraz tego świata jest po prostu trochę weselszy. Kwestie funkcjonowania komunikacji miejskiej reguluje Ustawa o Publicznym Transporcie Zbiorowym z 16 grudnia 2010 roku, zaś regulacje dotyczące rozkładów jazdy są zawarte w Rozporządzeniu Ministra Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej z dnia 10 kwietnia 2012 r. w sprawie rozkładów jazdy. To właśnie te dokumenty regulują, co może zostać wpisane do rozkładu jazdy, a co nie. I zjazd do zajezdni nie może być? Obawiam się, że nie. Aby uwzględnić zjazdy do zajezdni, musiałyby mieć one oznaczenie konkretnej linii utworzonej specjalnie na te potrzeby, ale co najważniejsze – miasto musiałoby zapłacić za wszystkie takie kursy. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której miasto zaczyna płacić za wszystkie zjazdy do zajezdni jako pełnoprawne kursy rozkładowe. W okolicach godziny 19:00 nawet blisko 1/3 tramwajów zjeżdża do zajezdni, często przewożąc zaledwie kilka osób. Na pewno pojawiłaby się konieczność rozłożenia tych zjazdów w czasie, co z jednej strony spowodowałoby problemy eksploatacyjne po stronie operatora, czyli MPK, które musi mieć zapewnioną odpowiednią ilość czasu na bieżące przeglądy i przygotowanie tramwajów do kolejnego dnia kursowania. Z drugiej strony mogłoby to oznaczać, że linie tramwajowe jeżdżące z wyższą częstotliwością do godziny 19:00 zaczynałyby ją tracić już około godziny 17. Czy pasażerowie realnie by na tym zyskali? Nie wydaje mi się. Metro Kolejny temat, który "grzeje" Krakowian to metro. Dlaczego ono nie powstanie? To pytanie z tezą, z którą nie do końca się zgadzam. To, czy metro finalnie powstanie, zależy od bardzo wielu czynników, również zewnętrznych, jak pozyskanie dotacji rządowych i środków zagranicznych. Na chwilę obecną opracowywana jest od zera koncepcja budowy metra i choć nie ze wszystkim się zgadzam, to uważam, że działania te idą w bardzo dobrym kierunku. Robiąc własne analizy, dochodziłem do wniosku, że jedyną sensowną trasą klasycznego metra w Krakowie byłby przebieg z Nowej Huty na Kliny i do Opatkowic, przy okazji integrując je z koleją. W mojej ocenie klasyczne metro do Bronowic od początku budziło duże wątpliwości transportowe, jeśli mówimy o typowym metrze, a nie podziemnym tramwaju. Dlaczego? Powodów jest wiele, ale najistotniejszy jest taki, że Bronowice są po prostu zbyt blisko centrum, a większość podróży w Krakowie odbywa się właśnie z obrzeży miasta do centrum. Tramwaj ma średnio przystanki co około 500 metrów, zaś metro co około kilometr. To sprawia, że statystyczny pasażer będzie miał dużo dalej do metra niż do tramwaju, a dodatkowo trzeba jeszcze zejść pod ziemię, co także zajmuje czas. Dojście do środka transportu jest bardzo istotnym elementem całej podróży. Dlatego efektywność metra rośnie wraz z odległością. To środek transportu, który z założenia ma szybko przemieszczać bardzo dużą liczbę ludzi na większe dystanse. Przy małych odległościach statystycznie niemal zawsze wygrywać będzie tramwaj lub autobus. Oczywiście może się zdarzyć, że ktoś będzie miał stację metra praktycznie pod domem i wtedy wygra los na loterii. Metro jest jednak środkiem wielkopojemnym, więc musi się nim opłacać jeździć dużej liczbie ludzi. Takie założenie spełnia właśnie trasa Huta–Kliny, choć i tutaj byłoby to rozwiązanie „na styk”. Na styk, no właśnie. A więc czy Kraków w ogóle potrzebuje metra? To zależy, jak na to patrzeć. Osobiście uważam, że z czysto transportowego punktu widzenia optymalnym rozwiązaniem byłoby premetro, czyli tramwaj, który w centrum jedzie szybko pod ziemią i łączy wyłącznie duże węzły, a poza centrum dokładniej penetruje osiedla i ma gęściej rozmieszczone przystanki. Do tego po wyjechaniu z tunelu może pojechać praktycznie w dowolnym kierunku. Systemu transportowego nie projektuje się jednak na dziś, ale na dziesiątki lat do przodu. Gdy uwzględnimy kwestie gospodarcze, urbanistyczne czy polityczno-społeczne, metro staje się już jak najbardziej uzasadnionym kierunkiem – oczywiście pod warunkiem optymalnego wyboru trasy. Nie mówimy jednak o metrze takim jak w Warszawie, ale o nieco mniejszych, a przede wszystkim krótszych składach i krótszych stacjach. To znacząco obniżyłoby koszty zarówno budowy, jak i późniejszej eksploatacji, czyniąc system bardziej dopasowanym do skali i uwarunkowań Krakowa. Dużą zaletą takiego systemu byłaby jego autonomiczność, czyli brak motorniczych. Pozwoliłoby to dalej obniżać koszty eksploatacji i ograniczać problemy kadrowe, z którymi zmaga się dziś praktycznie cała Polska, a które w przyszłości będą tylko narastały. Do tego metro jako nowa oś transportowa Krakowa pozwoliłoby częściowo uporządkować i ukierunkować dalszy rozwój urbanistyczny miasta, podniosłoby jego prestiż i mogłoby ułatwić przyciąganie zagranicznego kapitału. O ile z czysto transportowego punktu widzenia nie są to kwestie najważniejsze, o tyle gospodarczo mają one ogromne znaczenie. Protest przeciwko S7 przed siedzibą GDDKiA w Krakowie I temat trzeci: co z tą S7 do Myślenic? Najpierw były protesty w Swoszowicach i głośna akcja, by nie prowadzić tej drogi przez Kraków, a teraz pewien radny z Wieliczki, który niedawno domagał się prawa do wjeżdżania do Krakowa starym dieslem i chciał odwołania Prezydenta – Krakowa rzecz jasna, nie Wieliczki – teraz wywiesza billboardy przeciwko tej trasie u siebie. Ta trasa jest bardzo problematyczna, ponieważ nie ma od lat zarezerwowanego przebiegu, jak inne trasy, a dodatkowo musi zostać poprowadzona przez bardzo gęsto zaludnioną część województwa małopolskiego. Siłą rzeczy nie da się jej wytyczyć bez wyburzeń. Którędy ją poprowadzić? Każdy z zainteresowanych będzie mówił: „Róbcie, ale nie u mnie”, więc oprotestowany zostanie praktycznie każdy wariant. To jest inwestycja transportowa, więc naczelną osią dyskusji powinny być właśnie kwestie transportowe, tak aby inwestycja przede wszystkim miała sens komunikacyjny. Nawet jeśli udałoby się wypracować jakiś bardzo kompromisowy wariant – w co osobiście nie wierzę – ale który nie spełniałby swojego podstawowego celu transportowego, to po co w ogóle robić taką drogę? No właśnie, po co? Może nie trzeba jej w ogóle budować? Na to pytanie nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć, ale transportowo widzę więcej argumentów za budową niż przeciw. Zresztą oddanie pełnego pierścienia obwodnicy prawdopodobnie obnaży ten problem. Tak jak przewidywałem, że po otwarciu trasy S52 utworzą się znaczne zatory w Nowej Hucie, tak teraz przewiduję, że po zamknięciu całego pierścienia znacząco zakorkują się rejony Opatkowic i Libertowa, ponieważ to tam skumuluje się ruch. Ale przecież tam już dziś są korki? W takim razie nazwijmy je na razie „koreczkami”, a na właściwe korki jeszcze poczekajmy. Przez Kraków przebiegają dwie duże drogi krajowe – A4 oraz S7 – które odzwierciedlają główne korytarze ruchu przecinające miasto, czyli wschód–zachód oraz północ–południe. Kluczową kwestią jest według mnie to, aby ruch tych przecinających się tras nie kumulował się na wspólnym odcinku, a już szczególnie, by nie działo się to na obwodnicy Krakowa, ponieważ będzie to mieć bardzo daleko idące konsekwencje. Jakie konkretnie? Taka sytuacja może doprowadzić do tak dużych zatorów na obwodnicy, że bardziej lokalny tranzyt zacznie być wypychany do samego Krakowa, co dodatkowo przyczyni się do zakorkowania miasta. Dlatego osobiście uważam, że optymalnym rozwiązaniem byłoby rozpoczęcie tej trasy od węzła Bieżanów i obejście Wieliczki od wschodu. W takim wariancie droga pełniłaby również funkcję obwodnicy Wieliczki, która przecież także ma swoje problemy transportowe. Być może istnieją też inne warianty warte rozważenia, jak obejście zachodnie za Balicami czy jeszcze dalszy przebieg na wschodzie. Uważam jednak, że analizowane obecnie warianty przecinające Swoszowice nie spełniają najważniejszej funkcji transportowej. A co wtedy ze starą Zakopianką? Dla dużej części mieszkańców i osób jadących od strony Śląska taka trasa będzie przecież dużo dalej. Czy nowa droga realnie rozwiąże problemy starej „Zakopianki”? Tak jak wcześniej wspomniałem, Kraków przecinają główne osie ruchu północ–południe i wschód–zachód. W przypadku Zakopianki rozpatrujemy przede wszystkim oś ruchu dalekiego tranzytu północ–południe i właśnie ten ruch zostałby przejęty przez nową trasę, gdyby rozpoczynała się na węźle Bieżanów. Oczywiście stara Zakopianka nie przestałaby istnieć. Dla zachodniej części Krakowa, zachodniej Małopolski i części Śląska nadal byłaby najkrótszą trasą. Mówilibyśmy już jednak wtedy głównie o ruchu bardziej lokalnym, z którym odciążona Zakopianka bez większego problemu powinna sobie poradzić. Referendum To jeszcze na koniec już tak nie transportowo: idzie Pan na referendum? Nie wybieram się. Dlaczego? Oprócz tego, że od ponad 20 lat jestem związany z transportem zbiorowym, to czwartą kadencję jestem również radnym dzielnicy i od lat działam w samorządzie. Wiem, jak ważne jest, aby pozwolić wybranym władzom zrealizować mandat, czyli w tym przypadku pełną 5-letnią kadencję. Nie uważam, żeby wydarzyło się cokolwiek nadzwyczajnego, co uzasadniałoby wcześniejsze odwołanie władz miasta. Jedyną kwestią, którą część osób mogłaby uznać za nadzwyczajną, jest sprawa SCT, ale trzeba pamiętać, że obecny prezydent przed wyborami jasno deklarował, że jest zwolennikiem jej wprowadzenia i zamierza ją wdrożyć. Wygrał wybory, więc ma do tego pełny mandat. Poza tym widzę pewne obszary, w których nastąpiła wyraźna poprawa. To choćby wspomniana wcześniej kwestia metra, która zaczęła iść w dobrym kierunku, czy wzmocnienie roli oraz budżetów dzielnic, dzięki czemu głos lokalny jest bardziej słyszalny, a dzielnice mają więcej środków na rozwiązywanie najbardziej podstawowych problemów mieszkańców. Od lat uważam zresztą, że miasto powinno bardziej koncentrować się właśnie na załatwianiu codziennych potrzeb mieszkańców – jak brakujące chodniki czy urządzanie skwerów – niż na kolejnych przeskalowanych inwestycjach. A czy zostanie w domu nie jest antydemokratyczne, jak twierdzą niektórzy? Referendum to coś zupełnie innego niż wybory, a już szczególnie referendum odwoławcze. Są osoby, które uważają, że obecne władze miasta są złe i należy je odwołać. Ja mogę im odpowiedzieć krótko: „Ale to Ty dzwonisz”. Ja nie uważam, żeby wydarzyło się coś nadzwyczajnego i wolę ocenić dokonania władz po pełnej 5-letniej kadencji. Specyfika referendum jest też inna niż zwykłych wyborów. W wyborach wybieramy konkretne osoby i programy, natomiast referendum z natury bardziej sprzyja emocjom negatywnym, bo w Polsce częściej mobilizuje się ludzi przeciwko czemuś niż za czymś. Referendum ma też – moim zdaniem – wadliwą konstrukcję, ponieważ można odwołać prezydenta mniejszą liczbą głosów, niż liczba osób, która wcześniej go wybrała. Aby jednak referendum było skuteczne, musi w nim uczestniczyć także część zwolenników obecnych władz i właśnie na tym zależy inicjatorom oraz sprzyjającym im środowiskom politycznym. Dlatego od lat jedynym skutecznym mechanizmem obrony przed odwołaniem jest nieuczestniczenie w referendum i jest to również naturalny element demokracji. Po to istnieje próg frekwencyjny, aby odpowiedzieć na pytanie, na ile dane zagadnienie jest rzeczywiście palące dla mieszkańców. *** * Dariusz Partyka – inżynier transportu, przewodniczący Komisji Transportu Rady Dzielnicy IV Prądnik Biały, wieloletni samorządowiec i aktywista transportowy. Od ponad 20 lat zajmuje się tematyką komunikacji miejskiej, łącząc doświadczenie społeczne i eksperckie. ZOBACZ TAKŻE: Pusta urna – najgorszy koszmar Gibały, Berkowicza i Brauna

Więcej…

Strona 1 z 4

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4

Na fali

  • Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!

    Wydarzenia

    Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do...

    Informacja
    18 czerwca 2026
  • Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

    Opinie

    Polityczne samobójstwo czy brutalny...

    Informacja
    15 czerwca 2026
  • Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY]

    Wydarzenia

    Znamy plan Gibały: nie wystartuje,...

    Informacja
    15 czerwca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.