Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Weekend
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Weekend
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Rozmowy

Aleksandra Kot: „Kraków to nie spółka, którą można przejąć za pieniądze” [ROZMOWA]

Aleksandra Kot: „Kraków to nie spółka, którą można przejąć za pieniądze” [ROZMOWA]

11 września 2026 | 11:23

– Gdy do kampanii używa się środków finansowych swojego stowarzyszenia łatwo tworzyć pozory masowego poparcia. Ale Kraków to nie spółka, którą można przejąć za pieniądze – mówi nam posłanka Aleksandra Kot. W rozmowie z nami odpowiada także na pytanie, czy czystka w zarządzie krakowskiej Koalicji Obywatelskiej to kara za błędy czy chłodna kalkulacja przed wyborami. Nasza rozmówczyni komentuje pozycję Szczęsnego Filipiaka, powody odwołania Aleksandra Miszalskiego oraz ocenia szanse Moniki Piątkowskiej w starciu z wiecznie antyestablishmentowym Łukaszem Gibałą. *** Kanał Krakowski: Czy to był dobry moment, by rozwiązać zarząd krakowskiej Koalicji Obywatelskiej? Aleksandra Kot: Myślę, że moment był właściwy. Jesteśmy przed wyborami, chodzi o nowe otwarcie i skupienie się na najbliższym wyzwaniu, jakim są wybory uzupełniające. Niektórzy działacze mówią, że zgodziliby się z tą decyzją, gdyby nastąpiła od razu po referendum. Teraz nie bardzo widzą jej sens. Wydaje mi się, że nie ma to większego znaczenia, czy byłoby to kilka tygodni temu czy teraz. Ta decyzja jest spowodowana koniecznością koncentracji sił na kampanii. Komisarzem został szef sztabu kampanii pani Moniki Piątkowskiej, więc to też o tym świadczy. Aleksandra Kot To była bardziej decyzja wizerunkowa czy polityczna? Jedno i drugie. Przede wszystkim chodziło o uporządkowanie tej struktury i dopełnienie tego, co zaczęło się wraz z rozwiązaniem zarządu regionu, czyli doprowadzenie do nowego otwarcia. Pani także była w zarządzie krakowskiej KO. Co to dla Pani zmienia? To jest dla mnie sygnał, że teraz powinniśmy wszyscy skupić się przede wszystkim na kampanii, na decyzjach sztabu i to w zasadzie wszystko. Te stanowiska wewnętrzne są dla mnie drugorzędne.  Czy Szczęsny Filipiak, jako szef krakowskich struktur, był obciążeniem dla Moniki Piątkowskiej? To pytanie do Moniki Piątkowskiej. A jak Pani uważa? Myślę, że był zaangażowanym członkiem Koalicji Obywatelskiej i to nie była decyzja wycelowana bezpośrednio w niego, lecz podyktowana dobrem trwającej kampanii.  Lepiej gdyby nie "kręcił się" wokół Piątkowskiej? To znowu decyzja sztabu: na ile oceniają go jako obciążenie, a na ile nie. Jest radnym sejmiku, więc trudno, żeby zupełnie nie angażował się w kampanię. Nie było natomiast żadnej decyzji, która zmuszałaby go do usunięcia się w cień. Sam wiedział, jakie funkcjonują wokół niego doniesienia medialne, więc myślę, że sam podjął decyzję, żeby się odsunąć. Monika Piątkowska, Aleksandra Kot i Katarzyna Matusik-Lipiec A może powinien sam zrezygnować z funkcji szefa krakowskiej KO? To nie była decyzja karząca nikogo za cokolwiek. To miał być po prostu sygnał dla struktury, że musimy coś poprawić i zmienić. Odwołanie prezydenta Miszalskiego nie było zdarzeniem pozytywnym dla struktury. Osoba, która przewodniczy strukturze, zawsze bierze odpowiedzialność za jej kształt. Nie zawsze wynika to z bezpośrednich czynów tej osoby. Po prostu tak to już jest. Tak samo, jak premier bierze odpowiedzialność za rząd. Czy z perspektywy czasu uważa Pani, że Filipiak był obciążeniem dla Miszalskiego? Na to odwołanie złożyło się wiele różnych rzeczy. Sam pan prezydent przyznał się do niektórych błędów. Nie da się też ukryć, że za kampanią referendalną stały ogromne pieniądze. To były składowe faktu, że doszło do odwołania. Aleksander Miszalski od pierwszego dnia po referendum mówił otwarcie o swoich błędach. Patrzymy do przodu – trzeba myśleć raczej o tym, co możemy zaoferować Krakowianom, co oferuje Monika Piątkowska, jakie zmiany trzeba przeprowadzić i jakie wnioski wyciągnięto z tych błędów. Wspomniała Pani o wielkich pieniądzach. Myśli Pani, że Gibała kupuje sobie Kraków? Trudno to nazwać inaczej. Pieniądze na pewno pomogły mu w kampanii referendalnej. To nie jest żadna tajemnica. Gdy do kampanii używa się środków finansowych swojego stowarzyszenia łatwo tworzyć pozory masowego poparcia. Ale Kraków to nie spółka, którą można przejąć za pieniądze. Oficjalnie na odwołanie Miszalskiego wydał prawie dwa miliony, tyle wynika ze sprawozdania. To jest bardzo dużo - W innych miastach widać, że próby rozkręcenia kampanii referendalnych są bardzo trudne bez podmiotu, który wyłoży tak duże pieniądze. Może w innych miastach po prostu nie ma takiego słabego prezydenta? Bez pieniędzy na billboardy, gazetki i kampanię w internecie trudno jest prowadzić jakąkolwiek kampanię, a tym bardziej referendalną. Niezadowolenie często bywa rozproszone i to przesądza o tym, że kampanie referendalne nawet w mniejszych miastach nie kończą się powodzeniem – brakuje kogoś, kto pociągnąłby temat. A jak Pani ocenia kampanię wyborczą Gibały? Mówiąc szczerze, nie zwróciłam na nią wielkiej uwagi, bo na razie nie jest spektakularna. Nie wiem, czy pan Łukasz Gibała dopiero się rozkręca i niedługo zobaczymy wydarzenia z nim związane. Widziałam tylko kilka plakatów bez jego wizerunku, jedynie z nazwą jego klubu. Może to specjalny zabieg, żeby pozostawać na uboczu, a może nie ma konkretów, z którymi mógłby się pokazać w tych wyborach. Ostatnio Łukasz Gibała proponował zmniejszenie kolejek do lekarzy. Chociaż z takimi pomysłami, zachęcam go do zgłoszenia się do Ministerstwa Zdrowia. Aleksandra Kot i Monika Piątkowska Co Pani pomyślała, kiedy usłyszała, że to Piątkowska będzie kandydatką Koalicji? Pomyślałam, że to dobry wybór. Już w kampanii uzupełniającej do Senatu widziałam, że Monika jest bardzo zdeterminowana i gotowa na wyzwania. Mimo krótkiego czasu włożyła w to ogromnie dużo wysiłku. Zaskoczyło mnie to pozytywnie, bo wcześniej funkcjonowała raczej na styku biznesu i zarządzania, była menedżerką, a nie polityczką. Natomiast jej kampania do Senatu była bardzo profesjonalna. Tylko że wtedy lokalni działacze Koalicji nie do końca byli zadowoleni z tej kandydatury. Co się zmieniło przez ten czas? Kojarzę jeden lub dwa publiczne głosy sprzeciwu, ale te osoby potem zmieniły zdanie i publicznie to przyznały. Nie pamiętam większego oporu. Jeśli taki był, to pani senator zdążyła przekonać do siebie działaczy. Wtedy krótko funkcjonowała w ramach Koalicji Obywatelskiej, a teraz dała się poznać jako osoba zdeterminowana. Będąc w Senacie nie zapomniała o bezpośrednim kontakcie z wyborcami. Organizowała „Piątki z Piątkowską” w różnych dzielnicach. Współpracowała wtedy z radnymi dzielnicowymi oraz miejskimi i udowodniła strukturze, że jest kompetentna i pracowita. Ciągle można się jednak spotkać ze stwierdzeniem, że Kraków nie jest gotowy na kobietę-prezydenta. Nie wiem, z czego wynikają poglądy takich osób. Nie uważam, żeby płeć była tutaj decydująca. Liczy się program, doświadczenie i wizja Krakowa. Kobiety w samorządzie krakowskim – radne czy wiceprezydentki – nie są oceniane przez pryzmat tego, czy miasto jest na nie gotowe. W magistracie pracuje też bardzo dużo kobiet. Nie sądzę, aby płeć była istotnym czynnikiem dla osób idących do urn. Mamy już prezydentki w dużych miastach, jak choćby w Łodzi czy Gdańsku i sprawdzają się dobrze. Fakt, że nie mieliśmy do tej pory prezydentki w Krakowie, wynikał z tego, że żaden z komitetów mających największe szanse, nie postawił dotąd na kobietę. Kobiety nie wchodziły do drugiej tury nie dlatego, że były kobietami, ale z powodu komitetów, z których startowały. Samo bycie kobietą nie zniechęca Krakowian. Wydaje mi się, że przecenia się konserwatywność Krakowa. Ważne jest to, co dany kandydat prezentuje i co ma do zaoferowania. Aleksandra Kot W czym Piątkowska jest lepsza od Gibały? Oprócz doświadczenia zawodowego i politycznego – w docieraniu do innych wyborców. Łukasz Gibała ma swoich zwolenników, ale ma też duży elektorat negatywny. Monika jest postacią świeższą w polityce i ma większą zdolność docierania do osób spoza własnego środowiska. Z czego, Pani zdaniem, wynika ten duży elektorat negatywny Gibały? Każdy, kto funkcjonuje długo w polityce, dorabia się negatywnego elektoratu. Łukaszowi Gibale nie sprzyja to, że zawsze jest nastawiony antyestablishmentowo. Dla niektórych wyborców bycie ciągle w roli oceniającego, a nie kogoś, kto chce wziąć odpowiedzialność i zarządzać, może być już nieco męczące. ZOBACZ TAKŻE: „Czysta głupota irytuje mnie na maksa!” Brutalnie szczera rozmowa z Piątkowską [WYWIAD]

Więcej…

„Czysta głupota irytuje mnie na maksa!” Brutalnie szczera rozmowa z Piątkowską [WYWIAD]

„Czysta głupota irytuje mnie na maksa!” Brutalnie szczera rozmowa z Piątkowską [WYWIAD]

10 września 2026 | 08:19

– Nie dam sobie wmówić, że knebluję ludziom usta – odpowiada twardo Monika Piątkowska, pytana o blokowanie użytkowników w sieci. W rozmowie z Łukaszem Mordarskim senatorka i kandydatka na prezydenta Krakowa odpowiada na pytania o Donalda Tuska, Jacka Majchrowskiego i Aleksandra Miszalskiego. Mówi także, gdzie naprawdę mieszka, jaka będzie jej pierwsza decyzja jako prezydenta, ilu urzędników zwolni w pierwsze sto dni i co wyprowadza ją z równowagi. *** Kanał Krakowski: Dziś (10 września) Łukasz Gibała obchodzi swoje 49. urodziny. Czego mu Pani życzy? Monika Piątkowska: Życzę Łukaszowi Gibale, żeby najpierw popracował w biznesie, bo Kraków jest mocno zadłużony i w budżecie miasta nie ma pieniędzy na to, by przyuczać go teraz do zarządzania finansami i ludźmi. A na tym polu – co dobitnie pokazują zaciągane przez niego pożyczki od ojca – po prostu nie ma żadnego doświadczenia. Monika Piątkowska Dlaczego blokuje Pani ludzi na swoich profilach w social mediach? Z szacunku do siebie i z szacunku do tych, którzy oglądają moje profile, którzy chcą się czegoś dowiedzieć i chcą coś skomentować, nawet negatywnie. Nie toleruję natomiast, i nigdy nie tolerowałam, agresji, obrażania i poniżania - blokuję więc osoby, które w ten sposób dają upust swoim emocjom. Czyli knebluje im Pani usta. Nie dam sobie tego wmówić. Tak mówią głównie ci, którzy są blokowani, ale nie ma to nic wspólnego z kneblowaniem ust. Ale jak to się ma do wolności słowa? Wolność słowa dotyczy wszystkich, mnie również. Nie blokuję – nawet, gdybym była w stanie to zrobić – profili innych osób czy profili jakichś grup. Blokuję pewne osoby wyłącznie na swoich profilach. Nie życzę sobie, żeby na moim profilu obrażano mnie, mojego męża czy moją rodzinę. Jeżeli ktoś chce to robić na swoim profilu to niech robi. Na moim nie będzie. Umiem stawiać granice i nie toleruję języka agresji. Ostatnio zbulwersowałam się niby niewinną akcją „Zapoluj na kandydata”, gdzie namawia się do polowania na kandydatów i kontroli, jakimi pojazdami jeżdżą, z kim jeżdżą i dokąd jeżdżą oraz przesyłania takich zdjęć. Uważam, że to jest wstęp do zachowań, które mogą być agresywne, bo jeden zapoluje aparatem czy telefonem komórkowym, a drugi może zapolować pięścią albo nożem. Na ludzi się nie poluje! X Na ulicy Solnej powinny być progi zwalniające? To jest taka szybka reakcja ad hoc, bo są emocje. Wydarzyło się nieszczęście, więc teraz będziemy się prześcigać, kto ma lepszy pomysł. Tymczasem w ogóle nie tędy droga. Przed tą tragedią przestrzegali mieszkańcy miasta. Były wielokrotne sygnały. To, co się powinno wydarzyć przede wszystkim, to posypanie głowy popiołem przez urzędników w krakowskim magistracie – to oni nie wsłuchali się w głos mieszkańców. I to, co teraz trzeba zrobić, to przeprowadzić kompleksowy audyt i reagować na zgłoszenia Krakowian. Bo to mieszkańcy najlepiej wiedzą, które skrzyżowanie może być niebezpieczne, gdzie jest ryzyko wypadku. Trzeba przygotować kompleksowy program, a nie prześcigać się w doraźnych rozwiązaniach.  Bo to było tak, że jeden z kontrkandydatów najpierw cieszył się z deinstalacji progów zwalniających w innym miejscu, a teraz na łeb na szyję chce te progi montować. Rozumiem, że polityk powinien zwracać uwagę na emocje ludzi, natomiast wolałabym na tych emocjach nie grać, tylko przygotowywać merytoryczne rozwiązania, które w sposób realny zwiększą bezpieczeństwo. Zadaniem polityków, zadaniem samorządowców, zadaniem gospodarza miasta jest uspokajać emocje, zwiększać bezpieczeństwo mieszkańców, budować zaufanie do władz miasta i pokazywać, że władze miasta są odpowiedzialne i słuchają mieszkańców. Stanisław Kracik mówił, że do tragedii na Solnej doszło za sprawą kierowcy, a nie przez brak reakcji urzędników. Nie miał racji? Powiedziałam już o tym, że jestem zbulwersowana zachowaniem osoby pełniącej funkcję prezydenta w tym przypadku, bo emocje ludzi, emocje rodziny, trzeba uszanować. O tym, czyja to jest wina, będą rozstrzygały odpowiednie służby. Zadaniem urzędnika nie jest na dzień dobry stwierdzać, kto zawinił, a kto nie zawinił. Kracikowi zabrakło wyczucia? Absolutnie zabrakło wyczucia i zabrakło takiej odwagi, żeby również spojrzeć na siebie, na urzędników. Osoby publiczne muszą mieć w sobie gotowość brania odpowiedzialności. Funkcja publiczna jest przede wszystkim służbą i odpowiedzialnością. Najpierw trzeba spojrzeć na pracę własnych urzędników, administracji: czy zrobiliśmy wszystko, co powinniśmy zrobić, czy zareagowaliśmy na wszystkie sygnały ze strony mieszkańców. A ocenę konkretnego zdarzenia należy pozostawić właściwym służbom. To nie pierwszy raz, kiedy krytykuje Pani Kracika. Nie sprawdza się na stanowisku? Moim zadaniem nie jest ocenianie Stanisława Kracika. Natomiast nie ma on mandatu demokratycznego, nie został wybrany w wyborach, dlatego powinien skupiać się przede wszystkim na bieżącym funkcjonowaniu miasta, a nie prognozować rozwóju Krakowa w dłuższej perspektywie. Drzwi do gabinetu pełniącego funkcję prezydenta Pani będzie lepszym prezydentem niż obecnie pełniący tę funkcje? Jak zostanę prezydentem Krakowa – a zostanę nim tylko i wyłącznie wtedy, kiedy mieszkańcy powierzą mi tę funkcję – to na pewno będę prezydentem odpowiedzialnym, na pewno będę prezydentem słuchającym mieszkańców, na pewno będę prezydentem odważnym, potrafiącym patrzeć w perspektywie co najmniej dekady na rozwój miasta. I na pewno będę prezydentem - bo taką też jestem osobą na co dzień - z dużą empatią, wrażliwością i wyczuciem ludzkich emocji. Uważam, że zarządzanie miastem to nie są tylko cyfry, ale ludzie i ich emocje. Trzeba do nich podchodzić z dużą odpowiedzialnością i szacunkiem. Zadaniem polityka nie jest grać na ludzkich emocjach, tylko wsłuchiwać się w nastroje ludzi, ich obawy i tak zarządzać miastem, aby wprowadzać stabilność i bezpieczeństwo. Wzmacnianie bezpieczeństwa Krakowian, zwłaszcza w dzisiejszych bardzo zmiennych czasach, jest ważnym zadaniem władz miasta – zarówno prezydenta, jak i rady miasta. Musimy tak prowadzić miasto, aby zapewniać mieszkańcom wysoki komfort życia. Na to składa się nie tylko infrastruktura, ale również wewnętrzne poczucie, że żyjemy w mieście stabilnym i bezpiecznym, a jego władze są przygotowane na sytuacje kryzysowe i słuchają głosu mieszkańców. Monika Piątkowska będzie lepszym prezydentem niż Aleksander Miszalski? Monika Piątkowska będzie innym prezydentem niż Aleksander Miszalski. W czym będzie lepsza? Nie chcę tego w ten sposób wartościować. Są mieszkańcy, którzy nie byli zadowoleni ze sprawowania władzy przez Aleksandra Miszalskiego, ale są też i tacy, którzy Aleksandra Miszalskiego popierali. Każdy model zarządzania ma swoich zwolenników i przeciwników, dlatego uważam, że nie jest dobrą praktyką ocenianie poprzedników. Uważam, że zarządzanie miastem to nie jest tylko Excel. Miasto jest rzeczywiście w bardzo trudnej sytuacji finansowej i uważam, że błędem Aleksandra Miszalskiego było to, że chcąc naprawić finanse miasta – i to była dobra i właściwa intencja – zbyt często sięgał do kieszeni mieszkańców Krakowa.  To jak to zrobić inaczej? Trzeba szukać innych źródeł finansowania, restrukturyzacji zadłużenia, efektywniejszych metod finansowania i kredytowania miasta. Trzeba też bardzo intensywnie rozmawiać z rządem i szukać wsparcia w finansach centralnych. Ja to robię. Prezydent Miszalski przez dwa lata mamił Krakowian zapewnieniami o współpracy z rządem, ale jakoś żaden wagon z pieniędzmi do Krakowa nie przyjechał. Dlaczego mieszkańcy teraz mieliby uwierzyć Pani? Polityk musi być przede wszystkim skuteczny, a tego w kilku obszarach prezydentowi Miszalskiemu zabrakło. Ja jestem znacznie skuteczniejsza od Aleksandra Miszalskiego. Zresztą o mojej skuteczności mówili też kilkukrotnie premier i wicepremier, którzy mnie poparli. Skoro o premierze mowa, ponoć wchodzi Pani do Donalda Tuska jak do siebie. To prawda? To jest nieprawda. Nie wchodzę do premiera jak do siebie. Nie uważam, żebym była w jakikolwiek sposób wyróżniona w tym aspekcie. Ale ma Pani dobre relacja z Tuskiem? Uważam, że mam dobre relacje z panem premierem, bardzo go szanuję, doceniam wsparcie, którego mi udziela i bardzo się z tego wsparcia cieszę. Monika Piątkowska podczas spaceru z Donaldem Tuskiem Ściągnęła go Pani do Krakowa, ale czy w jego przemówieniu nie zbrakło konkretów? To nie była ostatnia wizyta pana premiera, co zresztą sam zapowiedział. Poza tym to, co powiedział i w kontekście metra, i w kontekście opłaty turystycznej, było dość konkretnym zapewnieniem o skutecznym wsparciu. Teraz na Forum w Karpaczu Minister Infrastruktury przedstawi więcej szczegółów dotyczących finansowania tego typu inwestycji w mieście. Jeśli chodzi o metro, to odnoszę takie wrażenie, że pewne środowiska próbują budować taką falę uśmiercającą tę inwestycję. Sformułowania, że jest to mrzonka, że jest to inwestycja niepotrzebna, że miasto musi wybierać pomiędzy metrem, a innymi inwestycjami komunikacyjnymi… To jest fałszywa alternatywa. Uważam, że nasze miasto potrzebuje i jednego, i drugiego. Metro jest na pewno inwestycją bardzo ambitną, długofalową, miastotwórczą. I jeśli mówimy o sensowności budowy metra, to musimy oceniać metro w kontekście rozwoju miasta za 20-30 lat. Trzeba natomiast mieć odwagę patrzeć tak daleko. Tylko z badań wychodzi nie tyle, że Krakowianie nie chcą metra – bo pewnie go chcą, czemu dali wyraz choćby w referendum – ale już w samą budowę tego metra nie wierzą. Czym chce Pani przywrócić tę wiarę w metro? Padła wyraźna deklaracja, że finansowanie jest przygotowywane. Widzimy konkretne kroki, które zbliżają nas do budowy tej inwestycji. Natomiast jeszcze raz chcę powiedzieć, że nie wyklucza to budowy linii tramwajowych. Jedno i drugie powinno być realizowane. Amortyzacja tramwaju to jest około 20 lat, więc tak akurat... Jak miasto ma sobie poradzić z budową metra, skoro nie radzi sobie z inwestycjami znacznie mniejszymi? Tutaj wchodzi kwestia zarządzania inwestycjami i ona pozostawia wiele do życzenia. Trzeba stawiać wyższe wymagania wykonawcom, a praca powinna być nawet na trzy zmiany. Uważam, że na tym etapie są popełniane błędy. Opóźnienia w inwestycjach się zdarzają, to prawda, natomiast musimy egzekwować dość twardą ręką umowę z wykonawcą. Dam przykład, aby pokazać mój sposób rozmawiania i powiem coś na temat deweloperów. W ogóle nie podzielam tej narracji, że deweloper jest kimś złym. To nieprawda. Gdyby nie deweloperzy, nasze miasto by się nie rozwijało. Potrzebujemy mieszkań i te mieszkania budują deweloperzy i chcę, żeby je budowali. Tylko to nie deweloperzy mają dyktować nam warunki, w jaki sposób te inwestycje realizują, ale to my mamy dyktować warunki deweloperom: gdzie i w jaki sposób mają te mieszkania budować. Mamy różne kontrowersje przy ZPI, ostatnio była dyskusja na ten temat, pomysł mój jest taki, żebyśmy w bardzo precyzyjny i transparentny sposób określili, jakie wymogi ma spełnić deweloper, żeby mógł wybudować inwestycję w mieście. Jako prezydent, na pewno będę chciała postawić konkretne wymagania na przykład w kontekście zarządzania wodą. Mówimy o tym, że w całym kraju mamy problem z zagospodarowaniem wody. Bardzo dużo tej wody tracimy, spadają nam poziomy, nie umiemy wodą zarządzać. A tego powinniśmy się nauczyć: zatrzymywać wodę opadową dokładnie tam, gdzie ona spada. Każdy z nas, również inwestorów, powinien tak realizować inwestycje, żeby ta inwestycja była przyjazna i pomagała zatrzymywać wodę opadową. Czyli nie betonujemy wszystkiego i wszędzie. Jak robimy parkingi, które są potrzebne, to zróbmy parkingi ażurowe, bo to ułatwi nam zagospodarowanie i zatrzymanie wody. I wszystkie inwestycje w naszym mieście powinny być realizowane w sposób transparentny i przyjazny dla środowiska. Monika Piątkowska Jaką jest Pani szefową? Empatyczną, ale wymagającą. Wymagam dużo od siebie i wymagam również dużo od ludzi. Do tego niekontrolującą i lubiącą ludzi kreatywnych. Sama jestem kreatywna, samodzielna w myśleniu, zdeterminowana i szukająca rozwiązań. I takich ludzi lubię. Moja kampania jest też o tym, że nie opowiadam, co w mieście nie działa, jak w tym mieście jest źle. Nie szukam problemów, tylko rozwiązań. Taką jestem osobą i taką jestem szefową. Myśli Pani, że ci urzędnicy, którzy jeszcze pamiętają Panią z czasów urzędu, tęsknią za tym, by wróciła Pani do magistratu? Nie wiem. Być może jedni tęsknią, a drudzy zupełnie odwrotnie. Natomiast słyszałam od jednego z kontrkandydatów, że swoje urzędowanie rozpocznie od redukcji etatów w urzędzie o 20%. Ja tego nie zrobię. Uważam, że przez lata Kraków i krakowskie spółki "dopracowały" się fantastycznej kadry fachowców. To nas kosztowało konkretne pieniądze. Sama prawie dekadę pracowałam w krakowskim magistracie i dziś – mając już swój wiek i swoje doświadczenia zawodowe – mówię to naprawdę z pełną odpowiedzialnością, że to była najbardziej wymagająca praca. Pamiętam wiele osób z tamtego czasu i one też pracowały tak jak ja – z bardzo dużym zaangażowaniem i poświęceniem. A szefową z pewnością byłam wymagającą, ale dbającą o swoich ludzi. Tak jest do tej pory.  Czyli urzędnicy mają problem, bo jeden kandydat mówi, że ich pozwalnia, a druga kandydatka mówi, że jest wymagająca. Wymagająca, ale empatyczna! Czyli się rozczuli, jak przyjdzie jakiś zapłakany urzędnik. Uważam, że miasto jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej i pogrążone jest w chaosie. To, czego dzisiaj potrzebuje zarówno miasto, jak i krakowski magistrat, to spokój oraz poczucie bezpieczeństwa i zrozumienia.  To konkretne pytanie: ilu urzędników wyrzuci Pani w pierwszych stu dniach? W ogóle nie idę z takim założeniem. To jest w ogóle zły pomysł na naprawę finansów publicznych. To w ogóle nie o to chodzi. My musimy oczywiście redukować wydatki bieżące, ale też musimy szukać efektywniejszych sposobów finansowania, zwiększać efektywność pracy. Natomiast dodatkowe podatki czy szybka redukcja to jest coś, co nie przyniesie oczekiwanych efektów tylko wprowadzi dodatkowe niepokoje. To może chociaż kolesie wylecą z urzędu? Chcę pracować z ludźmi, którzy znają miasto, fachowcami, ekspertami. Ludźmi odważnymi i kreatywnymi.  Jak można powiedzieć, że ludzie, którzy pracują od lat w krakowskim magistracie, mają wiedzę, mają konkretne efekty, mają się spakować? Ja w ogóle nie kupuję tego określenia. Natomiast na pewno nie będę zatrudniała po legitymacji partyjnej. Może rzuci Pani chociaż ze trzy nazwiska osób, które zwolni? Nie, nie mam takich osób, które z góry chcę zwolnić. Mam natomiast osoby, które przez lata pracowały w krakowskim magistracie, z którymi chcę usiąść i zapytać je, jak patrzą na obecną sytuację w urzędzie, jak mogą mi dzisiaj pomóc zbudować zespół, który pomoże nam w krótkim czasie uspokoić sytuację w magistracie i zwiększyć efektywność pracy. Mam taką listę osób, z którymi chcę współpracować. Ale pozwoli pan redaktor, że zachowam tę listę osób dla siebie. Monika Piątkowska Jakby się Pani określiła trzema słowami? Profesjonalna, skuteczna i pracowita. Nie ma wśród tych przymiotników: wyniosła? Po raz pierwszy w tej kampanii słyszę to określenie w moim kierunku.  Nie sprawia Pani wrażenia miłej dziewczynki z sąsiedztwa. Bo nie jestem miłą dziewczynką z sąsiedztwa! Słyszałam określenia: skuteczna, wymagająca, pracowita, niezawodna oraz – co nawet ostatnio powiedział pan premier –w pozytywnym rozumieniu uparta i zacięta. Natomiast naprawdę nie słyszałam, że jestem osobą wyniosłą i nie wierzę w to, żeby ludzie, którzy mnie znają tak naprawdę, tak uważali. Sama także na pewno nie uważam się za wyniosłą. Łatwo Panią wyprowadzić z równowagi? Uważam, że nie. Natomiast jestem uczulona na głupotę i jeżeli ona się pojawia, to wtedy już tak. Czysta głupota irytuje mnie na maksa! Bartosz Bocheńczak wyprowadził Panią z równowagi w 15 sekund w „Tematach dnia” w TVP Kraków. W debacie Super Expressu też się nie popisał. Odpowiedziałam panu redaktorowi, co jest mnie w stanie wyprowadzić z równowagi. Głupota Bocheńczaka? Ostatecznie nie został zarejestrowany, nie będzie kandydował, więc zostawmy zatem ten temat. Jestem natomiast pozytywnie zaskoczona szybką reakcją Sławomira Mentzena.  Jacek Majchrowski Popiera Panią były szef - Jacek Majchrowski. Ile procent daje jego poparcie? Nie mam zielonego pojęcia. Nie mierzyłam tego. Natomiast  cieszę się z tego poparcia. To jest osoba, która mnie sporo nauczyła. A jego prezydentura w jakimś stopniu Panią inspiruje? To, czego mnie Jacek Majchrowski nauczył, to umiejętności współpracy z różnymi środowiskami, nawet z tymi, z którymi nie jest mi po drodze, jeśli chodzi o mój światopogląd. Jestem osobą zadaniową. Mając konkretny cel do zrealizowania, staram się współpracować z każdym środowiskiem, które pomaga mi zrealizować to zadanie. Granica, którą stawiam, są oczywiście środowiska, które nie działają zgodnie z polską racją stanu, i tego typu skrajności, które łamią prawo lub narażają nasze państwo na niebezpieczeństwo. To jest granica. Na potwierdzenie Pani słów wspomnę tylko, że była Pani związana z czterema partiami: SLD, PSL, Polska 2050 i teraz KO. To świadczy o tym, że potrafię rozmawiać z każdym ugrupowaniem. Przez lata współpracy choćby z Polskim Stronnictwem Ludowym, i nawet dziś - będąc dzisiaj członkinią Koalicji Obywatelskiej – nasza współpraca jest życzliwa. Współpracowałam przez lata z Lewicą, będąc tutaj i pracując w magistracie, i ta Lewica przecież mocno mnie popierała również w Senacie. Dzisiaj Lewica ma swoją kandydatkę, ale nie zauważyłam, żeby ktokolwiek z Lewicy mnie w jakikolwiek sposób brutalnie zaatakował.  Jeśli chodzi o Polskę 2050, sytuacja jest trudniejsza. Z bardzo wieloma osobami z Polski 2050 mam do dzisiaj bardzo dobry kontakt. Oficjalnego wsparcia jednak nie ma i nie sądzę, żeby było, bo nie udzieli mi go pani minister Pełczyńska-Nałęcz. Mam zupełnie inne spojrzenie na prowadzenie polityki. Uważam, że w sytuacji, gdy na szali jest wyższe dobro, jakim jest nasz kraj i polskie bezpieczeństwo, chęć budowania swojej partii politycznej i wyróżnienia się na tle innych ugrupowań, nie może być stawiane ponad to. Tu się poróżniliśmy zarówno z Szymonem Hołownią, jak i z Pełczyńską-Nałęcz, i się rozstaliśmy. Czyli nie będzie zwrotu akcji w tych relacjach? W żaden sposób nie zabiegam dzisiaj o to poparcie i jestem przekonana, że go nie otrzymam. Czy utworzenie własnego komitetu wyborczego jest zapowiedzią Pani odejścia z Koalicji? Absolutnie nie, mówiłam o tym kilkukrotnie. Jestem i będę członkinią Koalicji Obywatelskiej, mówię to otwarcie.  Nawet gdy zostanie Pani prezydentem? Nawet, gdy będę prezydentem. I w tym przypadku mamy różnicę zdań z profesorem Jackiem Majchrowskim. On jest dojrzałym politykiem i ja jestem już dojrzałą polityczką, idę własną drogą! Pije Pani do tego, że on zrezygnował z członkostwa z SLD zaraz po tym, gdy został wybrany na prezydenta. Też. Ale nie tylko. Prezydent Jacek Majchrowski nie do końca był przekonany do metra – ja uważam, że metro powinno być. Prezydent Jacek Majchrowski uważał, że gospodarz powinien być apolityczny, a ja uważam, że ma to znaczenie drugorzędne. Gospodarz musi umieć budować relacje ze wszystkimi, również z politykami z drugiej strony sceny politycznej. Ale łatwiej się buduje relacje bez partyjnego znaczka. W mojej ocenie to nie ma znaczenia. Każdy z nas ma prawo przynależeć do partii politycznej, chyba że przepisy związane z wykonywaniem jakiegoś zawodu to eliminują. Na pewno nie eliminuje tego bycie prezydentem miasta. Natomiast jako prezydent i członek jakiegokolwiek ugrupowania nie mogę kierować się w swoich decyzjach narracją polityczną. Start z komitetu samodzielnego, ponad podziałami, był moim warunkiem. Chodziło mi o to, żeby pokazać od samego początku, że moim pracodawcą i jedynym szefem, gdybym była prezydentem, są mieszkańcy Krakowa. Moje decyzje nie będą pokłosiem wskazówek lidera partii politycznej, tylko pokłosiem tego, czego potrzebują Krakowianie. Donald Tusk i Monika Piątkowska Urodzona w Zakopanem, pracująca w Warszawie – czuje się Pani bardziej góralką czy bardziej warszawianką? Urodzona w Zakopanem – to prawda. Wychowana w Nowym Targu, tam skończyłam liceum. Poszłam na studia do Krakowa, ukończyłam Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na tym wydziale poznałam mojego obecnego męża, w Krakowie urodziłam dziecko. Znaczna część mojego życia zawodowego była i jest związana z Krakowem. Ogromna część mojego życia prywatnego była i jest związana z Krakowem. Mam rodzinę, która tu mieszka i żyje. A od wielu lat rzeczywiście moje życie zawodowe dzieliłam między Krakowem a Warszawą, a w pewnym momencie nawet i Katowicami. Gdzie przez ostatnie lata było Pani centrum życiowe? I w Krakowie, i pod Warszawą. Obecnie świat się zmienił i myślę, że wszyscy o tym wiemy, ale na potrzeby kampanii wyborczej można budować inną retorykę i taką retorykę wobec mnie się buduje. Przez lata pracowałam dla sektora prywatnego i w sektorze prywatnym. Zarządzałam izbą gospodarczą. Przedsiębiorcy, ludzie, którzy zarządzają takimi podmiotami, muszą być mobilni. Ale jest jakieś miejsce, które nazywała Pani przez ostatni czas swoim domem. Jakie to miejsce? Moim domem jest i pozostanie Kraków. To tutaj jestem zameldowana i tutaj płacę podatki. Natomiast mam taką pracę, że od wielu lat – jako szefowa izby gospodarczej, a także jako senatorka – pracuję trochę w Krakowie, trochę w Warszawie. Nie można mieszkać w dwóch miejscach jednocześnie, więc proszę o wskazanie tego, co nazywa Pani swoim domem. Mam dom pod Warszawą, na trasie między Warszawą a Krakowem, ale mam również mieszkanie w Krakowie. I proszę mi wierzyć, można żyć na tzw. dwa domy, wiele osób tak funkcjonuje. W którym spędza Pani więcej czasu? Najwięcej czasu spędzam w samochodzie. A obecnie z Krakowianami na osiedlach czy placach. Monika Piątkowska Jaka będzie pierwsza decyzja, którą podejmie Pani jako prezydent? Powołam wiceprezydentów. Wiadomo już kogo? Nie dzielę skóry na niedźwiedziu. A nie byłoby uczciwiej przedstawić współpracowników, żeby się potem nie okazało, że to są kolesie? Mieszkańcy wybierają prezydenta miasta – taki jest system w naszym kraju. Nie wybierają prezydenta i jego czterech zastępców, ale wskazują jedną, konkretną osobę. Mogę natomiast powiedzieć, że będą to ludzie zawodowo przygotowani do tego, żeby pomóc mi współzarządzać miastem. Nie podjęłam jeszcze ostatecznych decyzji, kto to będzie. Rozmawiam z niektórymi osobami w taki sposób, że właściwie nawet nie wiedzą, że pod tym kątem te rozmowy prowadzę. Nie chcę handlować stanowiskami. A jaka będzie pierwsza populistyczna decyzja? Nie podejmę żadnej populistycznej decyzji. Nie wierzę. Michał Drewnicki zapowiedział likwidację miejskiej gazety. Aleksander Miszalski – gdy został prezydentem – sprzedał prezydenckiego Lexusa. Co będzie symbolem Pani prezydentury? Będę chciała podejmować po prostu dobre i właściwe decyzje. Dlaczego miałbym zagłosować na Panią, a nie na Gibałę? Bo będę lepszym i skuteczniejszym prezydentem. Uważam, że moje kontakty w rządzie, dobre wsparcie i umiejętność współpracy, dają mi dużą siłę. Umiejętność budowania relacji ze wszystkimi środowiskami jest moją przewagą, bo bycie politycznym outsiderem w obecnej sytuacji Krakowa wcale nie jest zaletą. ZOBACZ TAKŻE: W Krakowie będzie NOWA opłata! „Chciałam dwa razy więcej”

Więcej…

Kraków stanie w ogniu protestów! „Zablokujemy autostradę i centrum miasta” [ROZMOWA]

Kraków stanie w ogniu protestów! „Zablokujemy autostradę i centrum miasta” [ROZMOWA]

09 września 2026 | 13:05

Paraliż autostrady, blokady w centrum Krakowa i wojna wypowiedziana politykom, głównie tym z PSL-u. Mieszkanka Swoszowic Joanna Baumgartner z Komitetu Mieszkańców "Kraków przeciw S7" nie zostawia złudzeń: społeczny opór dopiero przybierze na sile. Zdaniem naszej rozmówczyni w GDDKiA pracują niekompetentni ludzie, bez sensu wydający publiczne pieniądze, a politycy nie dają żadnych powodów, by im ufać. *** Kanał Krakowski: Cieszy się Pani, że nie będzie S7 przez Kraków?  Joanna Baumgartner: Przecież to nie jest pewne, ponieważ harmonogram Generalnej Dyrekcji, do którego zobowiązana jest IVIA [opracowuje Studium techniczno-ekonomiczno-środowiskowe (STEŚ) - dop. autor], cały czas biegnie i oni cały czas pracują.  Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz na spotkaniu, na którym obydwoje byliśmy, zarzekał się, że na pewno S7 przez Kraków nie będzie.  Absolutnie nie wierzę w te zapewnienia. Już 5 stycznia w Gdowie usłyszeliśmy deklaracje, że „żaden z 6 wariantów (…) nie zasługuje na akceptację”. źródło: TVP3 Teraz, po blisko 8 miesiącach, na krakowskich Błoniach usłyszeliśmy znów tylko deklaracje.  Ale Kosniak-Kamysz stwierdził też, że nigdy Was nie okłamał.  Powiem tak: pan minister Klimczak [Dariusz Klimczak, minister infrastruktury - dop. autor], który jest również z PSL-u, powiedział, że do końca wakacji powinien być zaproponowany nowy wariant przebiegu trasy – inny, niż te sześć odrzuconych. I nic się nie wydarzyło. Wg kolejnego, trzeciego już harmonogramu, 13 września miała być rada techniczna odbierająca dokumentację i wskazująca warianty do dalszych prac projektowych. Została odwołana. Więc oni sami dają nam powody do tego, żeby im nie ufać. Nie ufam więc ani GDDKiA, ani wicepremierowi, choć wierzę, że w końcu coś się zadzieje. Natomiast to wszystko trwa już od 2022 roku. Więc ludzie po prostu przestali mieć zaufanie do polityków. Joanna Baumgartner Ten brak zaufania to zapowiedź dalszych protestów?  Jak najbardziej.  Nadal będziecie blokować drogi? Będzie jeszcze ostrzej. To już będą blokady i autostrady, i blokady w centrum miasta. To będą też blokady synchronizowane w różnych miejscach. Przedsmak tego był już pod koniec czerwca. A teraz będą po prostu o wiele większe i dłuższe.  I macie poparcie społeczne, skoro blokujecie ludziom drogi?  Właśnie dlatego prowadzimy tę kampanię. Duża część mieszkańców Krakowa słyszy hasło „S7” i myśli: Super! Pojadę szybciej w góry! Nie widzi całego układu komunikacyjnego. Nowa S7 wpięta w południową część Krakowa dołoży ogromny strumień ruchu północ-południe do A4, która już dzisiaj jest najbardziej obciążonym elementem krakowskiego układu drogowego. Według GPR 2025 odcinkiem Bielany-Tyniec przejeżdża prawie 94 tysiące pojazdów na dobę, a Tyniec-Skawina około 89 tysięcy. Tymczasem Zakopianką między Krakowem a Myślenicami około 47,5 tysiąca i ten ruch praktycznie nie wzrósł względem poprzedniego pomiaru. Wpięcie kolejnej drogi tranzytowej w południowy ring oznacza dalsze obciążenie A4 i południowych węzłów, więcej ciężkiego transportu, więcej hałasu, spalin i korków także dla mieszkańców, którzy z S7 nigdy nie będą korzystać. I właśnie tego wielu krakowian dzisiaj nie wie.”  Protest Rozumiem, że odrzucacie wszystkie zaproponowane warianty?  Tak. Wszystkie 6 wariantów przez Kraków z 4-kilometrowego odcinka A4 od istniejącego węzła Kraków Łagiewniki (ul. Herberta) do nieistniejących węzłów Tuchowska i Blacharska. A możecie wskazać alternatywę? Nie będziemy jej wskazywać. Nie będziemy projektować drogi za GDDKiA. Od tego państwo zatrudnia projektantów, inżynierów, specjalistów od transportu, geologii, hydrologii i środowiska i wydaje na dokumentację dziesiątki milionów złotych. Naszą rolą jest wskazywanie problemów, błędów i skutków proponowanych rozwiązań oraz domaganie się rzetelnego przeanalizowania realnych alternatyw. Oczekujemy też włączenia niezależnych środowisk naukowych. To GDDKiA ma znaleźć rozwiązanie optymalne dla całego regionu i wziąć za nie odpowiedzialność.”  Czyli protestujecie przeciwko i nie podajecie żadnych rozwiązań?  Podajemy kierunek rozwiązania od dawna: trzeba uczciwie przeanalizować szerokie obejścia Krakowa, zarówno od zachodu, jak i od wschodu. Droga o znaczeniu krajowym i tranzytowym powinna prowadzić ruch wokół aglomeracji, a nie przeciskać go przez obszar, który jest całkowicie zabudowany. Sama GDDKiA stwierdziła w Studium Korytarzowym, że na analizowanym terenie korytarza południowego nie ma żadnej rezerwy terenowej pod nowy ślad S7. To jest fundamentalny problem. Jeżeli przez dekady nie pozostawiono korytarza pod drogę ekspresową, a teren w tym czasie został zabudowany, nie można dzisiaj udawać, że da się tam bez ogromnych konsekwencji wcisnąć drogę ekspresową. Kraków i jego otoczenie będą się dalej rozwijały. Droga zaplanowana dzisiaj pomiędzy istniejącymi miejscowościami za dwadzieścia czy trzydzieści lat będzie przebiegała przez środek jeszcze większej aglomeracji. Dlatego trzeba myśleć o układzie obwodowym w skali regionu, a nie szukać pasa poprzez setki domów i pomiędzy tysiącami kolejnych.  Ale w każdym wariancie ktoś będzie protestował.  Tylko tutaj skala problemu jest wyjątkowa. Mówimy o jednym z najtrudniejszych terenów, jakie można wybrać pod tak dużą inwestycję: osuwiska, dawne tereny górnicze, obszary uzdrowiskowe i strategiczne zasoby wodne. I to już zostało potwierdzone także w pracach samego Zespołu. GDDKiA uznała, że trzeba bezwzględnie ominąć cały obszar Uzdrowiska Swoszowice, cały dawny teren górniczy Otworowej Kopalni Soli Barycz, zarówno zabytkową, jak i niezabytkową część Kopalni Wieliczka oraz chroniony obszar Zbiornika Dobczyckiego. W przypadku Baryczy pozyskano dane o deformacjach i osiadaniu terenu oraz historycznej eksploatacji soli. W przypadku Zbiornika mówimy o strategicznym źródle wody pitnej dla aglomeracji krakowskiej. To są dwa osobne, bardzo poważne obszary ryzyka. Jeżeli w środku planowanego korytarza zaczynamy tworzyć listę miejsc, których absolutnie nie wolno dotknąć, tona początku powinno się zadać pytanie o sens prowadzenia drogi akurat tutaj. Rolą GDDKiA jest wypracowanie przebiegu, który w możliwie najmniejszym stopniu niszczy tkankę miejską i wiejską oraz omija obszary, których naruszenie może mieć nieodwracalne konsekwencje.  Protest   Z tego, co Pani mówi wynika, że w GDDKiA pracują ludzie niekompetentnie, w głupi sposób wydający publiczne pieniądze, którzy tak bardzo nie ogarniają, że trzeba im tłumaczyć takie oczywistości.  Tak, dokładnie tak. I problem nie dotyczy jednego potknięcia. W poprzednich materiałach mieszkańcy i eksperci wyłapywali nawet elementarne błędy rachunkowe, w tym błędy w liczeniu średnich. A teraz wystarczy otworzyć dokumenty dotyczące kryteriów, które mają być zastosowane w WAP (Wielokryterialna Analiza Porównawcza). To samo kryterium SP-19 w jednym dokumencie jest określone jako rosnące, a w drugim jako malejące, czyli matematycznie działa dokładnie w przeciwną stronę. Powierzchnię kolizji raz mierzy się w hektarach, a raz w sztukach. W jednym miejscu są metry kwadratowe, w innym hektary. Przy sieci wysokiego napięcia wpisano 220 V zamiast 220 kV. I mówimy o dokumentacji, na podstawie której mają być później porównywane warianty inwestycji wartej miliardy. Co więcej, podczas prac powołanego Zespołu ds. S7 sama GDDKiA przyznała, że proponowana metodologia nie jest kompletna i gotowa, udostępnione mapy nie zawierają podstawowych informacji i obiektów, legenda nie zgadza się z opisem, klasyfikacja zabudowy zawiera błędy, a wobec dokumentacji IVIA wdrożono program naprawczy. Jeżeli zwykli mieszkańcy muszą sprawdzać podstawowe obliczenia i wychwytywać takie rzeczy za projektantem i inwestorem, to coś jest bardzo poważnie nie tak.  No to z czego to wynika? Popełniają błędy. I to błędy, które zrobili np. w liczeniu średniej ważonej, są na poziomie 8 klasy szkoły podstawowej. Jest wiele osób z kręgów naukowych, które to sprawdzały i mówią, że takich błędów po prostu nie powinno się robić, bo to są elementarne błędy obliczeniowe. Przyznała to oficjalnie nawet sama GDDKiA. Oni po prostu mają zupełnie inne wyniki.   Co by się musiało zadziać, żebyście przestali protestować i byli usatysfakcjonowani? Potrzebujemy przede wszystkim uczciwości i pełnej transparentności procesu. Być może mediatora a na pewno niezależnego gremium naukowców, którzy dostanądostęp do wszystkich danych i będą mogli zweryfikować przyjęte założenia. Dzisiaj największym problemem jest to, żeabsolutnie nie mamy poczucia prowadzenia dialogu. Składamy konkretne, bardzo merytoryczne uwagi, wskazujemy wręcz szkolne błędy w dokumentacji, pytamy o metodologię, dane i przyczyny podejmowanych decyzji, a dostajemy tylko i wyłącznie słowa Tomasza Kwiecińskiego (Radcy Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad) „Wsłuchujemy się w głos społeczeństwa” - za tymi słowami kryje się zazwyczaj pogardliwe milczenie, czasem wymijające odpowiedzi lub zdawkowa informacja, że dany temat nie mieści się w założonej agendzie. Tak nie odbuduje się zaufania do GDDKiA i całego procesu. Bez pełnych danych, możliwości ich niezależnej kontroli i gotowości GDDKiA do zmiany własnego stanowiska pod wpływem argumentów żadnego satysfakcjonującego rozwiązania nie będzie. Będzie ściana i będzie eskalacja konfliktu. Lada moment ten ruch społeczny przekształci się w ruch przeciw PSL-owi, który firmuje sobą tę parodię rozmów. A wtedy, kto wie, co się wydarzy…  Protest Czy ta kampania, która się teraz toczy w Krakowie, jest dla Was jakąś nadzieją, że coś się zmieni?  Jest kilku polityków, którzy rzeczywiście byli z nami od początku. Może też dlatego nabraliśmy takiego dużego dystansu do tego, co obiecują, ponieważ nie idą za tym czyny. Teoretycznie pani senator Monika Piątkowska mówi, że działa - i być może w kuluarach się zadziewają jakieś rzeczy - natomiast my nie mamy realnych efektów. Wszystko idzie dokładnie po myśli Generalnej. Nie ma absolutnie żadnej przestrzeni na to, żeby z GDDKiA rozmawiać merytorycznie. Oni zupełnie się od tego odcinają, nie reagują na żadne nasze pisma. I w tym momencie myślę, że takie wywoływanie personalne kandydatów na prezydenta może mieć sens. Zaczęłam pisać te wszystkie informacje w moich socialach, wyciągać wypowiedzi ludzi, którzy kiedykolwiek mówili o S7, ponieważ chcemy ich honorować za to, że mieli odwagę, że podnosili temat. Była mowa o tym w Sejmie, byli posłowie jako nasi reprezentanci na różnego rodzaju komisjach, były składane interpelacje, pisane wnioski… Chciałam pokazać te osoby, które coś mówią.  Zacznij więc od wspomnianej senator Piątkowskiej.  Piątkowska zawsze była z nami, bardzo dużo mówiła i tego nie można jej odmówić. Natomiast, tak jak padło w pierwszym pytaniu, czy ufamy politykom - nigdy nie przekładało się to na żadne czyny. Ja tu mówię o pewnych kuluarach. Wiem, że pani senator działa, mówi, że cały czas trwają rozmowy, jesteśmy bardzo mocno zauważani. I tyle.  Posłanka Gosek-Popiołek? Gosek-Popiołek niestety bardzo nas zawiodła. W 2022 roku bardzo głośno o nas mówiła, reprezentowała nas, więc mieliśmy realną nadzieję, widząc w niej energiczną osobę z charyzmą. Zawierzyliśmy, że jest w stanie coś zrobić, zresztą wtedy miała dosyć dobry kontakt z ministrem. Liczyliśmy, że ta dwójka rzeczywiście coś zrobi. No i teraz… zaczęła milczeć jak zaklęta i w tej kampanii nie było z jej strony ani jednego słowa o S7, a wie przecież, jak niesamowity to jest problem.  Radny Drewnicki? Drewnicki jako wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa pisał dużo różnych dokumentów, podpisywał interpelacje, poprowadził w listopadzie sesję Rady obejmującą rezolucję w sprawie sprzeciwu wobec zaproponowanych 6 wariantów S7 przez Kraków i zawsze głosował przeciwko powstaniu S7. Więc on też reprezentuje kolejną partię polityczną, która zabrała głos jego słowami.   A radny Gibała? Gibała nas zawsze wspierał, zawsze był na każdym proteście, podobnie zresztą jak senator Piątkowska. To też były jednak cały czas słowa. Natomiast nigdy nie było żadnych realnych działań. My ich nie dostrzegliśmy.  To nie będę pytał o tych mniej poważnych kandydatów... Ale chciałam powiedzieć o jednej śmiesznej rzeczy. Bardzo ciekawa historia jest z panią Owcą. W momencie, kiedy ludzie rzucili się na jej profil w związku z publikacją naszego posta, który miał ją zmusić do odpowiedzi, ona milczała jak zaklęta milczała. I w pewnym momencie odpaliła się z komunikatem, że Swoszowice… potrzebują kanalizacji i że największym problemem Swoszowic jest brak tej kanalizacji.  A nie jest? Jest, ale największym problemem Swoszowic jest S7. To widać, jak się przejedzie przez Swoszowice - nie ma ulicy, na której nie byłoby naszego baneru. I ostatecznie radna Owca powiedziała coś o tej S7? Powiedziała, że jej stanowisko się nie zmienia, ale… nie sprecyzowała, jakie ma stanowisko (śmiech). Nie wyartykułowała tego. A przecież była na naszym proteście w grudniu jako Partia Razem, ze swoimi flagami. Wtedy przedstawiciele różnych partii, czy nawet niezależni, potrzebowali wizerunkowo pojawić się z nami na zdjęciach. W szeregach protestujących zawsze idzie jakiś radny albo poseł.  Protest To kto Wam „dowala”, skoro wszyscy są z wami? Mówię o przełożeniach politycznych.  Największym problemem jest dzisiaj sposób działania GDDKiA i symbolizujący go Tomasz Kwieciński, Radca Generalnego Dyrektora. Powołano Zespół ds. S7, który miał odbudować zaufanie społeczne po tym, co wydarzyło się 3 listopada 2025 roku. W praktyce ten Zespół stał się plastikową fasadą dialogu. Są spotkania, mikrofony, protokoły, prezentacje, formularze i transmisje, jest również agenda, której bezwzględnie należy się trzymać- z zewnątrz wszystko wygląda naprawdę wzorowo. Tak też jest to przekazywane opinii publicznej i decydentom. A tymczasem prawda jest zupełnie inna.   Dobrym tego przykładem jest węzeł Morawica. Po wielu miesiącach nacisku społecznego GDDKiA ostatecznie poszerzyła obszar analiz o ten węzeł. Cudownie! Tylkonasuwa mi się pytanie: jakie dane będą podstawą oceny tego obszaru i czy będą one porównywalne z danymi dla pozostałych obszarów? Przygotowanie dotychczasowych analiz trwało od 2022 roku. Mimo tak długiego czasu materiały, które ostatecznie doprowadziły do wariantów z 3 listopada 2025 roku, były obarczone ogromną ilością błędów i braków. Po trzech latach prac! Dodatkowo, w lipcu tego roku, podczas prac Zespołu ds. S7GDDKiA sama potwierdzała, że mapy obszarów wykluczonych są wciąż aktualizowane i niepełne, legenda nie zgadza się z opisem a klasyfikacja zawiera błędy. W trakcie prac uzupełniano kolejne strefy ochronne, tereny górnicze, ujęcia wody czy obszary zabudowane. I nagle dziś mamy uwierzyć, że w ciągu dwóch miesięcy dla nowo dołączonego obszaru Morawicy powstanie materiał równie kompletny i równie szczegółowy jak dla terenów analizowanych przez 3lata?? Totalna bzdura. Rzetelne porównanie wymaga tych samych standardów dla każdego kierunku: aktualnej zabudowy, osiedli, obiektów społecznych, zabytków, przyrody, geologii, hydrologii, terenów chronionych, kosztów, wyburzeń i prognoz ruchu. Nie można przez kilka lat zbierać danych dla jednego obszaru, a następnie w kilka tygodni uzupełnić „na odczepnego” drugi i wrzucić obydwa do jednego WAP-u, udając, że zostały przebadane i potraktowane tak samo. GDDKiA wszędzie z dumą ogłasza „Spełniliśmy postulat strony społecznej -dodaliśmy Morawicę do analiz”. Szkoda tylko, że bez materiału tej samej jakości, kompletności i szczegółowości co dla pozostałych kierunków, jest to obietnica całkowicie bez pokrycia. To zwykłe mydlenie oczu i to jest dokładnie ten rodzaj pozornego dialogu, przez który straciliśmy zaufanie do całego procesu I GDDKiA. Przy tym wszystkim nie zapominajmy kto jest odpowiedzialny za sytuację z S7 - Andrzej Adamczyk (były minister infrastruktury), Dariusz Klimczak (obecny minister) oraz Stanisław Bukowiec (obecny wiceminister).  To jest ta trójka? A de facto już dwójka, bo Adamczyk jest już poza tym „układem”. Właśnie jesteśmy bardzo ciekawi, kto w tym państwie wreszcie weźmie odpowiedzialność za ten proces. Andrzej Adamczyk był ministrem infrastruktury, kiedy w 2022 roku zaprezentowano Studium Korytarzowe i rozpoczęto obecny kierunek prac-odpowiada literalnie za cały ten bałagan. Dzisiaj ministrem jest Dariusz Klimczak, a jego wiceministrem Stanisław Bukowiec. To Klimczak nadzoruje GDDKiA i to jego decyzją przeniesiono prowadzenie tego projektu do centrali. Co ciekawe, Klimczak zachowuje się, jakby cały proces toczył się gdzieś obok niegoi nie miał z nim nic wspólnego. Mam wręcz wrażenie, że chowa się za plecami Władysława Kosiniaka-Kamysza.Wicepremier składa mieszkańcom bardzo konkretne deklaracje a tymczasem minister odpowiedzialny za GDDKiA udaje, że go nie ma i „wchodzi pod stół nakrywając się ceratą”. Za to Bukowiec-mam wrażenie, czerpie chyba przyjemność z deprecjonowania mieszkańców. Swoją drogą to też interesująca postawa.. Dlatego nie interesują nas jużkolejne deklaracje i obietnice polityków. Liczą się konkretne efekty a nie przerzucanie gorącego kartofla jakim jest S7”   Ale S7 będzie oddziaływać na cały Kraków i może mieszkańcy Czyżyn chcą tej drogi? Trzeba pokazać mieszkańcom Krakowa pełny rachunek tej inwestycji. Można powiedzieć: chcę nowej ekspresówki, będę kilka minut szybciej jechał do Zakopanego. Tylko za te kilka minut ktoś inny zapłaci domem, wysiedleniem, przeciętą miejscowością albo utratą miejsca, w której jego rodzina żyje od pokoleń. Zapłacimy też nieodwracalną ingerencją w krajobraz, przyrodę, lasy, miejsca historyczne i zabytki. To są koszty, których nie da się potem cofnąć ani skompensować. Warianty z listopada 2025 to pomiędzy 200 a 400 wyburzeń, czyli nawet 3000 ludzi może zostać wywłaszczonych, do tego dochodzą koszty budowy przekraczające kilka miliardów złotych. Dlatego trzeba uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie, czy korzyść transportowa- 3 minuty krócej w Tatry- jest rzeczywiście proporcjonalna do ceny, którą mają zapłacić mieszkańcy i cały region.  To w takim razie, jakie są dwa najpoważniejsze zagrożenia dla mieszkańca Czyżyn, jeżeli S7 będzie przechodzić przez Kraków? Pierwsze zagrożenie jest takie, że możemy wydać miliardy i dokonać ogromnych zniszczeń, a podstawowego problemu wcale nie rozwiązać. Już wcześniejsze analizy GDDKiA pokazują, że dla części rozpatrywanych korytarzy na istniejącej Zakopiance między Krakowem a Głogoczowem nadal pozostawałoby 76 procent, a w innym przypadku nawet ponad 87 procent obecnego ruchu-byłby to brak realizacji głównego celu tej drogi. Drugie zagrożenie jest długoterminowe. Budując dzisiaj nową drogę ekspresową wewnątrz rozwijającej się aglomeracji, zamykamy Kraków w układzie transportowym na kolejne kilkadziesiąt lat. Zakopianka jest równolegle modernizowana, powstają nowe węzły, drogi poboczne, zmienia się cały ring Krakowa i rozwija kolej. Najpierw trzeba więc policzyć efekt transportowy całego tego układu, a dopiero później podejmować decyzję o wyburzaniu kolejnych miejscowości pod następną (być może zbędną) drogę. Protest To może nie ma sensu w ogóle budować tej drogi?  Tak uważamy. Zresztą kilku profesorów i specjalistów w dziedzinie transportu i ruchu drogowego też jest tego zdania.  Gdyby miała Pani autorytarnie podjąć ostateczną decyzję w sprawie S7, jaką by Pani podjęła? Najpierw poczekałabym na efekty zmian, które już są w toku. Zobaczyłabym, jak zmieni się układ ruchu po domknięciu ringu w Mistrzejowicach, likwidacji w marcu 2027 bramek na autostradzie do Katowic, dobudowie trzeciego pasa A4 do Balic i dalszej modernizacji Zakopianki. Dopiero wtedy, na podstawie rzeczywistych danych, można uczciwie odpowiedzieć na pytanie, czy budowa nowej drogi ekspresowej w tym południowym korytarzu jest w ogóle potrzebna.  Protest Na kogo zagłosuje Pani w wyborach na prezydenta Krakowa?  Nie powiem.  A kto jest najlepszym kandydatem w kontekście S7?  Nie ma takiego kandydata. Nie ma takiego, kto by nam coś nie tylko obiecał, ale i pokazał realne działania już teraz.  Czyli konkretnie: co musi zrobić kandydat, żeby zyskać Wasz głos? Podjąć realne działania, czyli wpłynąć na Ministerstwo Infrastruktury, żeby to miało realne przełożenie na GDDKiA w Warszawie i na to, co dzieje się w oddziale w Krakowie.  Czyli, wracając do kandydata: na dzisiaj nie ma takiego, który gwarantowałby to, czego byście chcieli? W tych wyborach w ogóle nie ma kandydata, który jest… dobry. Nie mówię tylko o Swoszowicach, ale o całym mieście. Wynika to trochę z tego, że u nas nie ma społeczeństwa obywatelskiego. Ludzie patrzą na politykę Krakowa w dziwny sposób i dopóki to się nie zmieni, będziemy - tak jak w całym kraju - wybierać miernych przedstawicieli.  ZOBACZ TAKŻE: 500 mln zł na Trasę Pychowicką. Kosiniak-Kamysz i Piątkowska ogłaszają przełom dla Krakowa

Więcej…

Majchrowski szczerze o Piątkowskiej: „Moim zdaniem robi błąd” [ROZMOWA]

Majchrowski szczerze o Piątkowskiej: „Moim zdaniem robi błąd” [ROZMOWA]

08 września 2026 | 22:20

– Miałem taką sytuację, że ktoś poskarżył mi się na Monikę w czasach, gdy był dyrektorką wydziału strategii – ujawnia Jacek Majchrowski. Były prezydent Krakowa odnosi się do legend krążących po urzędowych korytarzach na temat popieranej przez niego kandydatki na prezydenta. Czy faworytka Majchrowskiego ulegnie naciskom i zacznie zatrudniać „kolesi”? Wieloletni prezydent zdradza nam kulisy rozmów z kandydatką. Mówi także o Łukaszu Gibale. – To już samo w sobie jest kryminogenne – ocenia jego zachowanie. *** Kanał Krakowski: Dlaczego, będąc niemal 22 lata prezydentem Krakowa, nie skrócił Pan kolejek do lekarzy specjalistów? Jacek Majchrowski: A jak to miałem zrobić, skoro to nie leży w kompetencjach miasta?! Do lekarza można iść albo na NFZ albo prywatnie. Miasto nic do tego nie ma. Dziwne, bo Łukasz Gibała obiecuje, że jak zostanie prezydentem, to kolejki do lekarzy będą krótsze. Nie jest jedynym kandydatem, który mówi, że zrealizuje rzeczy niebędące w kompetencjach prezydenta miasta. I to jest albo brak wiedzy i świadomości w tej kwestii albo kandydaci mówią to celowo, pod publiczkę. W sumie nie wiem, co jest gorsze. Jacek Majchrowski / fot. UMK Mogę przypuszczać, że Gibała głosi populistyczne hasła, żeby nabrać na nie mieszkańców. Natomiast taka Gosek-Popiołek, opowiadająca o tym, że zrobi porządek w Operze Krakowskiej, która nawet nie należy do miasta, ale do urzędu marszałkowskiego, to już chyba czysta niewiedza. Zresztą, skoro radna miejska Aleksandra Owca nie wie, jaki jest budżet miasta, nad którym przecież głosuje, to świadczy jak najgorzej o klasie kandydatki. I o całej klasie politycznej czy o wyborcach, którzy się na to nabierają? Wyborca ma prawo nie wiedzieć, kto za co odpowiada i co leży w czyich kompetencjach. Ale od kandydatów na prezydenta oczekiwałbym tego, żeby wykazywali się podstawową znajomością miasta. I jestem przekonany, że jedyną osobą spośród wszystkich kandydatów, która ma pojęcie o zarządzaniu miastem, jest Monika Piątkowska. Do niedawna uważałem jeszcze, że drugą taką osobą jest Marian Banaś, ale on nie przeszedł weryfikacji podpisów. Skoro nie zdobył 3 tysięcy ważnych podpisów, to może się nie nadaje do zarządzania miastem? Nie, to o tym nie świadczy. To świadczy albo o słabych jego strukturach, albo o jakichś innych trudnościach w zbieraniu podpisów. Ale skoro odpadł, to jedyną sensowną osobą pozostała Monika Piątkowska. Ona na pewno ma świadomość tego, że urząd miasta i w ogóle praca magistratu opiera się na urzędnikach. To są ludzie, którzy mają wiedzę i są merytorycznie przygotowani. Danie im wotum zaufania powoduje, że miasto funkcjonuje. Po urzędowych korytarzach krążą legendy na temat Piątkowskiej z czasów, gdy była dyrektorką wydziału strategii. Wiem o tym i trochę się temu dziwię, bo bardzo niewielu urzędników w ogóle pamiętam tamte czasy. To było 15 lat temu. Natomiast wie pan, jak to jest z legendami – one narastają i z jednej plotki powstają kolejne. To są takie legendy, które ktoś tam kiedyś sformułował, a ludzie mają tę tendencję, że sobie pewne rzeczy powtarzają. Czasami bezmyślnie. I urasta to do rangi nie wiadomo czego, zupełnie bezpodstawnie. Kiedyś to sobie sprawdziłem i wiem, że pracownicy wydziału, którym kierowała Monika, mieli jedne z najwyższych pensji w całym urzędzie. To pokazuje, że zabiegała o swoich urzędników. Teraz będzie zabiegać o cały urząd i o to, by funkcjonował dobrze. Nigdy nie spotkał się Pan z sytuacją, że jakiś urzędnik skarżył się na ówczesną dyrektor Piątkowską? Miałem tylko jedną taką sytuację. Ktoś poskarżył mi się, że Monika nie odpowiada na „dzień dobry”. Zwróciłem jej na to uwagę. Ona mi wtedy powiedziała: „Panie prezydencie, sytuacja jest taka, że ja po prostu źle widzę. Nie zauważam, że ktoś mi się kłania”. W tej chwili, z tego, co wiem, przeszła korektę wzroku i nie ma już z tym problemu. To jak Pan zapamiętał Piątkowską z czasów, gdy była dyrektorką? Jako bardzo prężną, pracowitą osobę, która dbała o swoich pracowników. Uważam, że była dobrą szefową. Na pewno miała jakieś wady. No tak, bo chyba tylko ja ich nie mam. (śmiech) Ale ja nie potrafię wskazać wad Moniki. Monika Piątkowska Być może ją Pan zachwala tylko dlatego, że właściwie tylko ją Pan zna. Ale pozostałych wystarczy posłuchać! Proszę zwrócić uwagę na to, co mówią i już można wyrobić sobie zdanie. Oni nie mają ani wiedzy ani doświadczenia w zarządzaniu ani – bardzo często – takiego doświadczenia życiowego. Gibała nie ma takiego doświadczenia? A ma? Z tego, co wiem, to obecnie nigdzie nie pracuje. Wcześniej kierował firmą, która funkcjonowała głównie dzięki pożyczkom od ojca. I on zapowiada, że będzie zwalniał ludzi z urzędu. Na jakiej podstawie? Według jakiego kryterium? Nie twierdzę oczywiście, że wszyscy się nadają. Na pewno trzeba to zweryfikować, szczególnie tych zatrudnionych w ostatnich dwóch latach. Proszę zwrócić uwagę, że ja miałem swobodę w zatrudnianiu współpracowników, wszyscy wiceprezydenci byli z merytorycznego doboru, a nie z ramienia partii politycznej czy nadania. To samo prezesi spółek, którzy są naprawdę najlepszymi w Polsce w swojej dziedzinie. To są ludzie, którzy pracują i są wzorcem dla innych. Ale Pan, dzień po tym, gdy został prezydentem, zrezygnował z członkostwa w partii. Piątkowska tego zrobić nie chce. No i moim zdaniem robi błąd. Powinna to zrobić. Przynajmniej zawiesić członkostwo, bo może jej to przeszkadzać na stanowisku prezydenta. Będą do niej przychodzić i mówić: „Jest tutaj taki kolega, który potrzebuje zatrudnienia”. Czy będzie zatrudniać kolesi? Będą jej polecać kolesi. Ale ona jest na tyle odpowiedzialna i samodzielna, że nie będzie ich zatrudniać. Rozmawiałem z nią na ten temat. Wie, że nie może tego robić, bo to się będzie na niej odbijać. Wyciąga wnioski choćby z prezydentury Aleksandra Miszalskiego. Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK Ja zawsze zatrudniałem ludzi wyłącznie z wyższym wykształceniem. I awansowałem na kierownicze stanowiska osoby, który pracowały już w urzędzie, przeszły różne szczeble. Co nie zmienia faktu, że obecnie szeregowi urzędnicy są między młotem a kowadłem. Nie chcą głosować na Gibałę, bo boją się zwolnień, ale nie chcą też głosować na Piątkowską, bo krążą o niej legendy. To ja im chciałem przypomnieć te spoty, które robił Gibała 10 lat temu i jak w nich pokazywał urzędników. Przedstawiał ich jako osoby, które tylko siedzą, piją kawę i malują sobie paznokcie u nóg. A nie jest tak? Nie! Oni naprawdę zapieprzają. To na ich barkach trzyma się ten urząd i całe miasto. Gibała tego nie wie? On nigdy niczym nie zarządzał, tylko powtarza te swoje populistyczne hasełka. Poza tym on myśli, że wszystko można sobie kupić. Media donosiły, że on kupuje nawet interpelacje, które składa. Zatrudnia ludzi, by mu te interpelacje pisali. Jestem ciekaw, czy on w ogóle wie, co jest w tych pismach. Zresztą odwołanie Miszalskiego też sobie kupił. Widział pan sprawozdanie z akcji referendalnej, z którego wynika, że wydał na kampanię prawie dwa miliony złotych? To jest w ogóle ciekawe, bo ze sprawozdania wynika, że zapłaciło stowarzyszanie Kraków dla Mieszkańców, a sam Gibała przyznał w Lovekraków.pl, że pieniądze pochodziły z firmy jego ojca. źródło: Google A pamięta pan, jak przed wyborami w 2018 roku Gibała dostał od ojca 50 milionów złotych? Tłumaczył się wtedy, że odda mu te pieniądze, jak zostanie prezydentem Krakowa. To już samo w sobie jest kryminogenne. I taki człowiek ma być prezydentem? ZOBACZ TAKŻE: To szczyt pogardy! O tych nagraniach Gibała chciałby zapomnieć [WIDEO]

Więcej…

Pancerny Marian w ostrym wywiadzie! „Nie jestem celebrytą” [ROZMOWA]

Pancerny Marian w ostrym wywiadzie! „Nie jestem celebrytą” [ROZMOWA]

07 września 2026 | 07:51

– Mamy przygotowaną ekipę, która w ciągu 60 dni przeprowadzi audyt w magistracie pod moim nadzorem – zapowiada Marian Banaś. Kandydat na prezydenta Krakowa ujawnia, jaka będzie jego pierwsza decyzja, gdy przejmie stery miasta.  „Pancerny Marian” w rozmowie z Łukaszem Mordarskim nie owija w bawełnę: rozlicza dawnych sojuszników, zdradza kulisy wielkiej polityki i tłumaczy, dlaczego nie będzie wiceprezydentem ani u Moniki Piątkowskiej, ani u Łukasza Gibały.  *** Kanał Krakowski: Czy określenie „pancerny Marian” Pana irytuje, czy Panu schlebia? Marian Banaś: Ani irytuje, ani schlebia. To nie jest mój wymysł. Widocznie ci, którzy mnie obserwują, tak mnie oceniają, więc to jest dla mnie pozytywne określenie, bo pokazuje, że jestem człowiekiem z charakterem, z zasadami, a to jest najważniejsze. A czuje się Pan takim „pancernym” albo „żelaznym” Marianem? Dla mnie najważniejsze są wartości, zasady – jeżeli się ich trzyma, to jest to bezcenne i nie da się tego przeliczyć na żadne pieniądze. I w tym sensie możemy mówić o pancernym Marianie. Marianna Schreiber zrezygnowała ze startu w wyborach. W związku z tym jest Pan największym celebrytą wśród kandydatów.  (śmiech) Jak na Pana reagują ludzie na ulicy? Bardzo pozytywnie. Naprawdę jeszcze się ani razu nie spotkałem z tym, żeby ktoś negatywnie miał mi coś do powiedzenia. Marian Banaś podczas zbierania podpisów Poznają Pana? Poznają, jestem bardzo rozpoznawalnym człowiekiem. Jak byliśmy na ulicy zbierać podpisy, to wszyscy od razu mnie rozpoznawali. I chcę tylko powiedzieć, że w ciągu jednej godziny zebraliśmy ponad 150 podpisów. To, że jestem rozpoznawalny, i to w pozytywnym znaczeniu, miało olbrzymi wpływ na to, żeśmy w miarę w krótkim czasie zebrali podpisy. Czuje się Pan celebrytą? Nie, nie czuję się. Nigdy nie miałem takich zamiarów, żeby być celebrytą, żeby być głośnym. Byłem skromnym człowiekiem, nadal dziś taki jestem i za takiego się uważam. Jestem rozpoznawalny przez to, że odniosłem jeden z najważniejszych sukcesów w mojej karierze, ale też w czasie, kiedy miałem okazję być ministrem, tworząc KAS, który dał do budżetu państwa ponad 300 miliardów dodatkowych pieniędzy. Dzięki temu można było realizować wszelkie programy socjalne, które niestety w większości zostały „zjedzone”, bo pieniądze są również po to, żeby inwestować, bo z inwestycji są pieniądze. A tak się niestety nie stało. Niemniej to pozwoliło w dużym stopniu przyczynić się do zwycięstwa Prawa i Sprawiedliwości w 2019 roku. Oczywiście to też wzbudziło zazdrość wielu ministrów, no bo dziś mało kto się przyznaje do tego, że to był mój pomysł i moja realizacja. Byłem chwalony w tamtym czasie, jak pan pamięta, zarówno przez premier Beatę Szydło, jak i premiera Mateusza Morawieckiego. Nie raz mówiono, jak się tam pokazałem wśród ludzi czy na konferencjach: „Marian Banaś, pokaż się, niech ludzie wiedzą, komu zawdzięczają 500 plus”. Potem to samo mówił przecież prezes Jarosław Kaczyński w Piotrkowie Trybunalskim. Powiedział: „Mamy takiego ministra, któremu zawdzięczamy taki sukces, a jeszcze na koniec zrobił nam zrównoważony budżet”. A w obecności mojej dyrektorki mówił – to było chyba trzy, cztery tygodnie przed tą aferą, którą wywołali zresztą z ministrem Zbigniewem Ziobro: „Panie ministrze, panu to się należy Order Orła Białego za to, co pan zrobił dla Polski i dla PiS-u”. A potem nagle staję się największym wrogiem... No właśnie, bo już w 2024 roku, w styczniu, Jarosław Kaczyński mówił: „Popełniliśmy ciężki błąd, jeśli chodzi o nominację Banasia na szefa NIK”. Gdyby to była prawda, to na pewno by nie wygrali wyborów w 2019 roku i nie mielibyśmy tych afer, które miały miejsce właśnie w czasie tej kadencji, kiedy był COVID. Bo wtedy najwięcej wydano w sposób niegospodarny pieniędzy, zdefraudowano pieniądze, ale też po prostu łamano prawo i niszczono ludzi. I wielu ludzi niesłusznie zostało aresztowanych, przedsiębiorców niszczono. Także to są konsekwencje tego, że nie szanowano ludzi, którzy naprawdę byli oddani państwu. Bo ja powiem tak: całym życiem jestem za państwem. Trzeba podkreślić, że byłem jedynym ministrem bezpartyjnym w rządzie Prawa i Sprawiedliwości – najpierw w pierwszym rządzie w 2005 roku, później w 2015, no i oczywiście w rządzie premiera Jana Olszewskiego. No ale stałem się niewygodny, bo byłem uczciwym człowiekiem i skutecznym w swoich działaniach. Marian Banaś jako szef NIK To „czyj” Pan jest, jeśli chodzi o politykę? Niczyj jestem. Jestem polskim patriotą i dla mnie liczy się przede wszystkim państwo polskie i mój naród, a nie taka czy inna opcja, taka czy inna partia polityczna. Nie chce Pan budować swojej własnej partii? Panie redaktorze, w tej chwili koncentruję się na Krakowie. Założyliśmy Stowarzyszenie Równoprawna Polska Mariana Banasia, masa ludzi się w to angażuje. Już widać, że jest to stowarzyszenie ukierunkowane na start do parlamentu. Jeżeli będzie taka wola członków, no to oni oczywiście będą startować. Ale ja się chcę zająć Krakowem. Uważam, że Kraków zasługuje na to, aby mieć dobrego menedżera, który kieruje się interesem obywateli, a nie interesem układów politycznych i kolesiostwem. Ja mam bardzo duże doświadczenie i przede wszystkim chcę wprowadzić po raz pierwszy mechanizm, żeby to mieszkańcy Krakowa decydowali o najważniejszych sprawach, o tym, co się w mieście dzieje. W jaki sposób mieliby współrządzić? W prosty sposób. Mamy już opracowaną aplikację, która pozwoli nam w ciągu kilku godzin zasięgnąć opinii mieszkańców. Po prostu w formie ankiety. Aleksander Miszalski też pytał mieszkańców za pomocą aplikacji. Nie do końca. Bo gdyby tak było, to by nikt nie robił referendum i obywatele by go popierali. Jeżeli nawet robiono ankiety, ale nie brano pod uwagę ich wyników, no to skutek jest właśnie taki, że ludzie nie udzielają poparcia. Wejdzie Pan do magistratu ze swoim sztabem zaufanych ludzi? Dosyć długo pracowałem w administracji, wiem, jak to działa, sam byłem urzędnikiem. Sukcesy osiągnąłem dzięki temu, że dobierałem do zespołu najbardziej kompetentnych ludzi – ludzi, którzy kierowali się przede wszystkim interesem państwa. Ale ma Pan takich ludzi wokół siebie? I w sztabie, i w środowisku, i w otoczeniu. Oprócz tego jestem przekonany, że w każdej instytucji, również w Krakowie, są ludzie, którzy byli niedoceniani. Właśnie z tego powodu, że nie byli członkami żadnej partii politycznej, chociaż byli kompetentni, to ich odsuwano. Wykorzystywano ich do merytorycznych spraw, ale nie mieli decydującego wpływu na to, co się działo. Ja chcę tym ludziom dać szansę. Mnie nie interesuje żadna przynależność polityczna, bo każdy może mieć prywatne sympatie. Interesuje mnie przede wszystkim to, czy człowiek jest kompetentny i ma nastawienie propaństwowe. Jeżeli takimi cechami ludzie będą się odznaczać, to witam w zespole i z takimi ludźmi naprawimy miasto. Była modelka Ilona Felicjańska będzie Pana zastępczynią? Ta pani sama się zgłosiła do pomocy. Ale znaliście się wcześniej? Nie, nie znaliśmy się. Naprawdę? Nie, ja w ogóle jej nie znałem. Znałem ją tylko z mediów, tak jak wszyscy. Natomiast pani jest rozpoznawalna, ma zdrowe poglądy, zasady... Zgłosiła się, więc dlaczego miałbym być przeciwny temu, że ktoś ma dobrą wolę i chce udzielić pomocy czy przyłączyć się do zespołu, który ma dobre cele? Ale tak po ludzku: lubi się Pan otaczać pięknymi kobietami? Panie redaktorze, ja mam własną żonę i to mi wystarczy. Marian Banaś Tytuł Pańskiej książki to: „Pancerny Marian kontra dyktatura”. Z czym Pan będzie walczył jako prezydent Krakowa? Niestety tak się stało, że mieliśmy do czynienia z monopolem władzy. Władza była na Nowogrodzkiej, a nie w Konstytucji, nie w Sejmie. I to spowodowało, że właściwie Najwyższa Izba Kontroli była jedyną w tamtym czasie instytucją w pełni niezależną od układów politycznych, która broniła demokracji i praworządności. Wyrazem tego były nasze niezależne, profesjonalne raporty, które pokazały właśnie, z jakim układem mieliśmy do czynienia. Na szczęście to w jakiś sposób zostało zahamowane, ale dalej jesteśmy w drodze do budowania praworządności i pełnej demokracji. Sądzę, że ludzie o tym wiedzą. Na pewno tutaj, w Krakowie, jeżeli się okaże, że zostanę prezydentem, będziemy robić wszystko, żeby uczciwość, przestrzeganie prawa i kompetencje były stawiane na pierwszym miejscu. W Krakowie też był monopol władzy, bo i prezydent i większość rada miasta to ludzie z Koalicji. Dlatego teraz daję mieszkańcom propozycję: nie układy polityczne, ale mieszkańcy mają decydować o tym, co się będzie działo w sprawach najważniejszych. Jaka będzie Pana pierwsza decyzja po tym, jak zostanie Pan prezydentem Krakowa? Pierwsza decyzja: cofamy płatne parkingi w weekendy – w soboty i w niedziele. Uważam, że opłaty w weekendy są absolutnie antyrodzinne, to jest szkodliwe dla mieszkańców. Mieszkańcy nie mogą płacić dodatkowej ceny za nieudolne zarządzanie miastem. A później będą kolejne decyzje, które są zawarte w moim programie. Oczywiście to będą sugestie, natomiast o tym będą decydować mieszkańcy Krakowa. Na ile procent głosów liczy Pan w pierwszej turze? Tak z ręką na sercu. Panie redaktorze... Z ilu będzie Pan zadowolony? Będę zadowolony, jeśli wejdę do drugiej tury. Badania na to nie wskazują. Bo są robione na zamówienie. A co pokazują Wasze? Z naszych badań wychodzi, że będę na drugim miejscu. I z kim Pan powalczy w drugiej turze? Z Łukaszem Gibałą, który przy pomocy bardzo dużych pieniędzy zbudował sobie rozpoznawalność. Ale to nie znaczy, że jest przygotowany do rządzenia miastem. A nie jest przygotowany? Niestety, gdybyśmy prześledzili wszystkie jego działania, no to nie mamy tu konkretnego przykładu, gdzie mielibyśmy do czynienia z dużymi organizacjami, dobrym zarządzaniem, dobrym działaniem. No w końcu pożyczał pieniądze od ojca i to chyba znaczne. Gdyby jednak spełnił się ten najbardziej prawdopodobny scenariusz, że w drugiej turze będą Łukasz Gibała z Moniką Piątkowską, to do kogo jest Panu bliżej? I jedni, i drudzy w mniejszym lub większym stopniu mają powiązania z układami partyjnymi. Zapytam inaczej: gdyby dostał Pan propozycję od jednej albo drugiej osoby, żeby być wiceprezydentem, to by się Pan zgodził? Nie zgodziłbym się. To nie jest moja rola, żebym był „kwiatkiem do kożucha”. Mój program jest programem naprawdę kompleksowym, w pełni otwartym na mieszkańców i on może być realizowany tylko wtedy, kiedy ja będę miał pełną możliwość decyzyjną. Jan Hoffman i Marian Banaś Obecnie co czwarty mieszkaniec Krakowa nie wie, na kogo zagłosować. Jakby Pan przekonał nieprzekonanych do oddania głosu na siebie? W prosty sposób: po raz pierwszy będą mieli możliwość wpływania na decyzje, które będą się ważyć w mieście, a które będą ich dotyczyć. Nic nie będzie robione poza nimi i za ich plecami. Obiecuję też, że jeżeli zrobimy porządny audyt, to pokażemy oszczędności, które mogą być niewątpliwie duże w tym budżecie. Budżet będzie transparentny i przejrzysty. Ludzie będą wiedzieć na każdym etapie, w jaki sposób ich pieniądze są wydawane, bo pieniądze w budżecie – tak jak powiedziałem na początku – nie są łupem politycznym takiej czy innej partii, ale są ciężko zarobionym groszem mieszkańców Krakowa. Jacek Majchrowski powiedział o Panu, że gdyby to Pan był prezydentem, to przynajmniej mielibyśmy zrobiony porządny audyt i porządnie przebadany budżet miasta Krakowa. I to niewątpliwie jest prawda. Mamy przygotowaną ekipę, która w ciągu 60 dni taki audyt przeprowadzi pod moim nadzorem. Mam olbrzymie doświadczenie – jak pan wie, 15 lat byłem bezpośrednio w produkcji, a potem zarządzałem całą instytucją. Moje doświadczenie idzie od sołtysa aż do ministra, czyli mam przegląd funkcjonowania nie tylko samorządu, ale całego państwa. Więc na pewno jest to olbrzymi kapitał, który może wpłynąć na to, abyśmy w sposób transparentny, przejrzysty, bardzo gospodarny i efektywny wydawali grosz publiczny, czyli pieniądze mieszkańców Krakowa. ZOBACZ TAKŻE: „Żenada i obciach”, czyli awantura w Lewicy! Gosek-Popiołek wzywa na pomoc, działacze mówią: NIE!

Więcej…

Duży dekolt, majtki na wierzchu i telefon. Co wolno w szkole od 1 września? [ROZMOWA]

Duży dekolt, majtki na wierzchu i telefon. Co wolno w szkole od 1 września? [ROZMOWA]

31 sierpnia 2026 | 10:48

Duży dekolt, majtki na wierzchu czy fioletowe irokezy na szkolnym korytarzu? Prawnie strój codzienny ucznia to wciąż wielka szara strefa, a walka dyrektorów z absurdalną modą młodzieżową nierzadko kończy się interwencją kuratorium. Przewodnicząca Komisji Edukacji krakowskiej rady miasta Anna Bałdyga wyjawia, jakimi sprytnymi metodami dyrektorzy radzą sobie z ekstrawagancją uczniów bez wywoływania afer oraz co od 1 stycznia zmieni się w kwestii bezwzględnego zakazu telefonów komórkowych. *** Kanał Krakowski: Czy uczennica liceum może włożyć do szkoły duży dekolt, a uczeń może mieć na sobie spodnie opuszczone do połowy pośladków? Anna Bałdyga: Co do zasady: nie. Jednak co rusz słyszymy o takich przypadkach. Moda młodzieżowa zawsze wydaje się ekstrawagancka w oczach dorosłych, nasi rodzice mieli to samo. Reguluje to jakiś przepis? Szkoła, poprzez swój regulamin, określa jak wygląda strój, natomiast najczęściej dotyczy to stroju galowego, zarezerwowanego na specjalne uroczystości czy na egzaminy. I tu można wskazać bardzo precyzyjnie, w jaki sposób strojem uczeń podkreśla wagę specjalnej okazji. Anna Bałdyga Natomiast strój codzienny co do zasady nie jest regulowany prawnie. Można tutaj wskazać pewne preferencje, ale często prowadzi to do dość płonnych dyskusji z NGO-sami, rodzicami czy samymi uczniami. Dopytując o podstawy prawne terminów takich jak „niestosowny ubiór”, starają się wykazać, że w gruncie rzeczy jest to ocena samego dyrektora, a nie powszechnie szanowana zasada współżycia społecznego. Nie tędy droga. W takich przypadkach bardzo pomocna jest kwestia bezpieczeństwa. Strój do szkoły powinien być przede wszystkim bezpieczny i tego nikt nie zakwestionuje. A bezpieczny to taki, który umożliwia swobodne poruszanie się, wygodę, komfort i zapewnia bezpieczeństwo nie tylko samemu uczniowi, ale także osobom, które wchodzą z nim w interakcję. Co jest niebezpiecznego w tym, że pełnoletnia dziewczyna w trzeciej klasie liceum przyjdzie w krótkiej spódniczce?  Jeśli mówimy o strojach odsłaniających części ciała, uważane za intymne to dochodzi nam dodatkowo kwestia obyczajowości. Szkoła jest traktowana jako miejsce publiczne, a w kodeksie wykroczeń mamy definicję nieobyczajnego wybryku (art. 140). Mamy w nim także zakaz publicznego używania słów wulgarnych (art. 141). Często wystarczy przejść się po korytarzu szkolnym czy boisku, aby skutecznie zwątpić w skuteczność tych przepisów. I znów lepiej odwołać się do kwestii bezpieczeństwa. Jeżeli strój odsłania miejsca wrażliwe dla młodych osób i mógłby stać się powodem obśmiewania, zwłaszcza w internecie, to również może i powinien być zabroniony. Szkoła to miejsce wolne od przemocy, także tej cybernetycznej. W ten sam sposób rozwiązujemy inne kwestie tj. buty na obcasie, piercing twarzy czy zwłaszcza doklejane paznokcie. W takim stroju nie wejdziemy do hali sportowej czy pracowni technicznej na przykład gastronomicznej. A że zajęcia w ciągu tygodnia są przeplatane, często oznacza to całkowitą rezygnację z tego typu dodatków i zostawienie ich na okresy takie jak wakacje czy ferie. Czyli – zachowując kwestie bezpieczeństwa – można przyjść do szkoły choćby w pidżamie? Pamiętajmy, że uczniowie zawsze testowali i będą testować granice. Ale nauczyciele też mają swoje sposoby. Regulamin to jedno, ale przede wszystkim chodzi o kwestię tego, jak rozmawiamy z uczniem. Można na ucznia nakrzyczeć i powiedzieć, że ma się więcej tak nie pokazywać. To jest oczywiście najgorsze rozwiązanie i często kończy się nawet artykułami w gazetach czy interwencjami w kuratorium samych rodziców, którzy czują się takim zachowaniem obrażeni. Ale można też z uczniem rozmawiać. Można dać czas na przystosowanie się. Dobrym przykładem są  fryzury wakacyjne. Bywa, że nawet sami nauczyciele zachęcają: jeżeli masz ochotę w czasie wakacyjnym mieć włosy fioletowe, czerwone albo we wszystkich kolorach tęczy, to proszę bardzo. Za zgodą rodziców zrób sobie dready, eksperymentuj, jeśli tak chcesz się wyrażać. Ale zaraz potem dodają: kiedy we wrześniu wracasz do szkoły to jest ten czas, kiedy włosy powinny wrócić do swojego pierwotnego wyglądu. Często dają też okres dwóch, trzech tygodni na to, żeby uczeń na spokojnie sobie tę fryzurę przywrócił do „normalności”, bez robienia z tego afery. Jeden z dyrektorów w Krakowie wysłał ucznia do fryzjera i wyleciał ze stanowiska. Zrobił to w sposób nagły i zrobił to w czasie lekcji. Gdyby porozmawiał z tym uczniem i dał mu czas, żeby on sam tę fryzurę przystosował do standardów szkolnych w ciągu kilku dni, pewnie byłoby inaczej. Anna Bałdyga A jak to wygląda, jeśli chodzi o telefony komórkowe? W każdej szkole jest coś takiego jak władztwo zakładowe, bo szkoła jest jednostką administracji publicznej, tak jak na przykład szpital. Teoretycznie mogłaby więc w regulaminie zapisać zakaz używania telefonów komórkowych, ale ten zakaz dotyczyłby tylko pracowników szkoły. Uczniowie nie są pracownikami, dlatego ich te regulaminy zakładowe nie dotyczą. I dlatego tak trudno jest egzekwować przepisy o nienoszeniu telefonów komórkowych czy nieużywaniu ich przez uczniów. W szkołach podstawowych jest trochę łatwiej. Dzieci są młodsze i mniej świadome zagrożeń, wynikających z używania telefonu. Kiedy słyszą, że jest zakaz, że nie wolno, bardziej się temu podporządkowywują. Dlatego wiele szkół podstawowych w Krakowie od lat stosuje w regulaminie zapisy o tym, że telefon musi być przez cały czas wyłączony i schowany w plecaku lub szafce. Teraz, od 1 września, przedszkola i szkoły będą miały taki obowiązek – placówki będą musiały tak przystosować swój regulamin (jeśli do tej pory tego nie zrobiły), aby tych telefonów komórkowych nie używać. Czas na przeprowadzenie i wdrożenie zmian wyznaczono do końca tego roku. Nie używać czy nie przynosić? Pewne jest, że uczniowie nie przestaną nosić telefonów czy innych urządzeń rejestrujących dźwięk i obraz, umożliwiających komunikację na odległość. Co najwyżej ograniczą korzystanie z nich, jeśli to będzie konieczne i będzie na to „przepis”. Natomiast urządzenia te będą w taki lub inny sposób deponowane i często będzie też zastrzeżone, że telefon powinien być wyłączony. Badania jasno pokazują, że dzieci reagują już nawet na sam fakt, że telefon leży w pobliżu. Nieustanne zerkanie, głaskanie telefonu, przekładanie go z lewej strony ławki na prawą – nawet jeśli jest wyłączony – są już takimi kompulsywnymi zachowaniami, świadczącymi o uzależnieniu. To nieustanne myślenie, o tym, że ten telefon jest blisko, że chciałbym go chociaż dotknąć, jeśli nie mogę go aktualnie używać. To wcale nie pomaga skoncentrować się na zajęciach. Warto zwrócić uwagę, że nowa ustawa proponuje jeszcze coś w zamian. To nie jest tylko kwestia systemowego podejścia do zakazu, który w podstawówkach i tak często działał, a przedszkoli praktycznie nie dotyczy, bo w tym wieku dzieci (na szczęście!) zwykle nie mają jeszcze telefonów. Tu chodzi o szeroką kampanię profilaktyczną, w tym informowanie o wpływie promieniowania z urządzenia na zdrowie, ale także o działania zastępcze, polegające na organizowaniu aktywności uczniów np. na przerwach. Poprzez wzajemną interakcję dużo łatwiej zbudować relację, a z tym młodzi ludzie mają dziś ogromny problem. To też zależy od regulaminu szkoły? Ustawa nie określa wprost, w jaki sposób ma to być przeprowadzone. Jedna szkoła może mieć wykupione półki czy boksy, a druga po prostu powiedzieć, że telefony trzymamy w plecakach. To jest wychodzenie naprzeciw, żeby każda szkoła po swojemu to rozwiązała, uwzględniając lokalną specyfikę i potrzeby. Oczywiście od każdej zasady są wyjątki – wyjątki związane z chorobą, np. ze sprawdzeniem poziomu cukru u diabetyków. Ustawa precyzuje trzy rodzaje wyjątków, uwzględniając także to, że sam nauczyciel może mieć potrzebę wykorzystania telefonów poczas prowadzenia zajęć np. do organizacji wirtualnego quizu czy innych elementów grywalizacji.   Mówimy o podstawówkach.  Tak, szkoły podstawowe i przedszkola mają obowiązek wprowadzenia zakazu i to będzie egzekwowane z całą konsekwencją od 1 stycznia nowego roku. Okres pomiędzy wrześniem a styczniem, jest takim okresem przejściowym. Są szkoły, które będą gotowe nawet 1 września i od razu rozpoczną naukę z zakazem, a są takie, które będą procedować zmiany w regulaminach nawet do końca grudnia. Niemniej jednak od 1 stycznia wszystkie placówki będą już objęte zakazem. A jak to jest w szkołach ponadpodstawowych? Na ten moment nie mają takiego obowiązku, ale ustawa zachęca do wprowadzenia pewnych ograniczeń i daje możliwość zmian w statutach tych szkół. Rozmowy z uczniami po podstawówce mają trochę inny kaliber. Są starsi, dojrzalsi, a często nawet pełnoletni. Ustawodawca wyszedł z założenia, że osoby w tym wieku już mają większą świadomość konsekwencji korzystania z telefonów. Jest też większa otwartość, aby ucznia w szkole ponadpodstawowej traktować bardziej partnersko, rozmawiać z nim, a nie stosować prostych zakazów i nakazów. W tej kwestii stawiamy na dialog i współpracę. Szkoła może zapisać taki zakaz używania telefonów w regulaminie? Jeżeli dyrektor zdecyduje się iść w tym kierunku, to tak. Natomiast powinien to zrobić po konsultacji choćby z radą rodziców. Grono pedagogiczne też musiałoby się dostosować, dlatego że bardzo często w szkołach podstawowych także nauczyciele nie mogą używać telefonu komórkowego. Tego już ustawa nie zabrania, ale wychodzi się z założenia, że nauczyciel powinien świecić przykładem dla ucznia. Natomiast pamiętajmy też, że w szkole średniej niektóre zajęcia wymagają pracy z telefonem, choćby z narzędziami sztucznej inteligencji. Wiele szkół średnich ma całe pracownie sztucznej inteligencji. To jest decyzja nauczyciela. Jeżeli wymaga tego przedmiot, to oczywiście uczniowie wyciągają telefony. ZOBACZ: Co z finansowym rozliczeniem referendum? Termin minął we wtorek

Więcej…

Zrezygnowała ze startu w wyborach. „To był cyrk! Farsa! Kabaret! Czuję się oszukana!” [ROZMOWA]

Zrezygnowała ze startu w wyborach. „To był cyrk! Farsa! Kabaret! Czuję się oszukana!” [ROZMOWA]

28 sierpnia 2026 | 08:53

– To był cyrk! Farsa! Kabaret! Nagle zorientowałam się, że byłam "rozgrywana" – mówi nam Grażyna Świat, która mała być czarnym koniem bezpartyjnego Krakowa. Dziś nie ma nawet na kogo oddać głosu. Niedawna kandydatka na prezydenta Krakowa opowiada o kulisach rezygnacji, ujawnia manipulację i samowolę działaczy partyjnych z Grzegorzem Braunem w tle i tłumaczy, dlaczego na tegorocznej karcie do głosowania zabraknie jej nazwiska.  *** Kanał Krakowski: Czuje się Pani oszukana?  Grażyna Świat: Tak, czuję się oszukana. Od początku prowadziłam intensywną, uczciwą kampanię jako kandydatka Bezpartyjnych Samorządowców. Miałam konkretny program, dziesięć postulatów, hasło "Słucham mieszkańców, działam dla Krakowa". Codziennie spotykałam się z ludźmi, rozmawiałam, nagrywałam materiały. Odbiór był dobry, poparcie rosło, podpisy spływały, nie miałam obaw o wymaganą liczbę. To co się stało?  Dostałam zaproszenie na konferencję z Grzegorzem Braunem. Od razu odmówiłam. Startowałam jako bezpartyjna i nie zamierzałam występować obok partyjnych działaczy. Następnie zobaczyłam plakat z moim zdjęciem jako uczestniczki tej konferencji, bez mojej zgody. To było nie do przyjęcia. Nagle zorientowałam się, że byłam "rozgrywana". Poinformowałam prezesa Gniewomira Rokosza-Kuczyńskiego, że rezygnuję. Godzinę później poinformowałam o tym publicznie w mediach społecznościowych. Bo nie oszukam ludzi, którzy mi zaufali. Nie sprzedam ich poparcia za żadne stanowisko, nawet za urząd prezydenta. Grażyna Świat i Gniewomir Rokosz-Kuczyński Czyli decyzję podjęła Pani sama?  Tak, to była wyłącznie moja decyzja. Pojawiają się informacje, że to z Pani „zrezygnowano”. Fakty są takie, że najpierw przekazałam moją rezygnację, a dopiero potem odbyła się konferencja. To był cyrk! Farsa! Kabaret! Uczestnicy byli zdenerwowani. Kiedy zaczęto o mnie mówić, wszyscy mieli nietęgie miny. Nie zgadzam się z wersją, która padła później. Nie można zrezygnować z kogoś, kto już sam wcześniej zrezygnował. I to boli najbardziej. Bo na tej konferencji padły informacje niezgodne z tym, jak faktycznie przebiegały wydarzenia. A ja nie zamierzam budować swojej działalności na czymś, co nie odpowiada faktom. Rozumiem, że nie udzieliłaby Pani poparcia Klimkowi ani Braunowi? Nie. Nie udzieliłabym poparcia ani jednemu, ani drugiemu. Gdybym chciała poprzeć pana Brauna, po prostu pojechałabym na tę konferencję i zrobiła to otwarcie. Zamiast tego odmówiłam i zrezygnowałam. To była jasna decyzja. Natomiast pana Klimka nie popieram z powodów programowych. Moim priorytetem było metro i nowoczesny transport, a tu mamy zupełnie różne podejścia. Nie chciała Pani startować z własnego komitetu, a nie z Bezpartyjnych?  Rozważałam różne możliwości, ale własny komitet to ogromna logistyka i koszty. Zgodziłam się na start z Bezpartyjnych, bo miało to zapewnić zaplecze techniczne, ale pod warunkiem pełnej niezależności. Gdy zobaczyłam, że tej niezależności może nie być, wycofałam się. Już sama zapowiedź Pani startu w wyborach była niespodziewana. Jest Pani w zarządzie Rady Dzielnicy I Stare Miasto, gdzie przewodniczącym jest Jan Hoffman, też kandydat na prezydenta. Rozmawialiście o tym?  Mówiłam jasno, że startuję samodzielnie i nikogo nie reprezentuję poza sobą i wyborcami. Dziś go Pani popiera?  Nie udzielam formalnego poparcia żadnemu kandydatowi. Mogę tylko powiedzieć, że pana Hoffmana oceniam jako człowieka merytorycznego i dobrego prawnika, ale to nie jest wskazanie wyborcze. Pan Hoffman to osoba z dużą klasą, inteligentny, szarmancki – całuje kobiety po rękach Jan Hoffman, lider akcji referendalnej i przewodniczący rady Dzielnicy I Stare Miasto To na kogo Pani zagłosuje?  Na dziś nie podjęłam decyzji. Naprawdę. Żałuje Pani, że nie będzie mogła zagłosować na siebie?  Tak, bo przynajmniej wiedziałabym dokładnie za czym stoję. Ale skoro podjęłam taką decyzję, biorę za nią odpowiedzialność i uważam, że była w tej sytuacji uczciwa. ZOBACZ TAKŻE: 500 mln zł na Trasę Pychowicką. Kosiniak-Kamysz i Piątkowska ogłaszają przełom dla Krakowa

Więcej…

„Nie chcę być takim prezydentem jak Miszalski. On upokarzał różne środowiska” [ROZMOWA]

„Nie chcę być takim prezydentem jak Miszalski. On upokarzał różne środowiska” [ROZMOWA]

26 sierpnia 2026 | 17:33

- Kracik jest poprawny. Nie ma zachwytów, ale nie ma też większych uwag. Czy lepszy niż Miszalski? Przynajmniej nie tańczy na dachu - mówi nam radny Michał Drewnicki. Polityk PiS jako pierwszy złożył dziś podpisy wymagane do tego, by zarejestrować kandydata w wyborach na prezydenta Krakowa. - Jako prezydent nie mam zamiaru nikogo nigdy pytać o to, na kogo głosował - zapewnia nasz rozmówca. *** Kanał Krakowski: Zrezygnuje Pan z członkostwa w PiS, gdy zostanie Pan prezydentem Krakowa? Michał Drewnicki: Nie zamierzam. Ale to nie legitymacja rozstrzyga o tym, jakim się jest prezydentem. Rozstrzyga to, przed kim się odpowiada. Ja będę odpowiadał przed mieszkańcami Krakowa. Czyli będzie Pan partyjnym prezydentem? Jestem członkiem partii, każdy o tym wie. Nie chcę być jak Monika Piątkowska, która w mojej ocenie politycznie oszukuje mieszkańców Krakowa, gdy dzisiaj nie startuje z komitetu partyjnego, ale ukrywa się pod własnym komitetem wyborczym, jednocześnie używając nawet logo bliźniaczo podobnego do logo Koalicji Obywatelskiej. Michał Drewnicki Podkreśla jednak w wywiadach, że nie wstydzi się poparcia premiera Donalda Tuska i wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza. Ja natomiast jestem dumny, że mam poparcie Prawa i Sprawiedliwości. Natomiast moja droga, moja rekomendacja i start w wyborach nie wynikają z poparcia prominentnych polityków z Warszawy, jak u Moniki Piątkowskiej, lecz z wieloletniej pracy radnego. Moją gwarancją nie jest polityk centralny, jak Donald Tusk, ale moją gwarancją są mieszkańcy Krakowa, konkretne decyzje, konkretne głosowania w Radzie Miasta Krakowa, 12 lat pracy jako samorządowiec. Byłem autorem projektów uchwał o ochronie zieleni np. w Czyżynach czy Mistrzejowicach, czy teraz poprawki dla Ruczaju. Dwa razy głosowałem przeciwko Strefie Czystego Transportu - wtedy, kiedy to było niewygodne, a nie wtedy, kiedy stało się modne. I to ja zgłosiłem spółkę Kraków5020 do Najwyższej Izby Kontroli. Kontrola potwierdziła nieprawidłowości. To jest różnica między mówieniem, a robieniem. Powiem tak: mieszkałem tutaj przed kampanią, mieszkam w trakcie i nie wyjadę zaraz po wyborach. Czyli nie wstydzi się Pan tego, że jest Pan partyjnym kandydatem? Jestem członkiem Prawa i Sprawiedliwości i oczywiście jestem z tego dumny. A powie Pan, że jest Pan partyjnym kandydatem, żebym mógł zrobić z tego tytuł? Moim zdaniem to jest złe określenie, bo można być członkiem partii, ale można być też partyjnym kandydatem i są to dwie różne rzeczy. Moim zdaniem kandydatem stricte partyjnym był na przykład Aleksander Miszalski. Ja, będąc członkiem partii, chcę być kandydatem krakowskim, wszystkich mieszkańców, także tych, którzy głosują na inne opcje. No to co stoi na przeszkodzie, by po tym, jak zostanie Pan prezydentem Krakowa, zrezygnował Pan z bycia członkiem partii? Formalnie nic. Natomiast ja nie chcę robić takich sztuczek. Legitymacja niczego nie rozstrzyga. Rozstrzyga to, jakim się jest prezydentem, przed kim się odpowiada i co robi. Jestem człowiekiem stąd, jestem osobą, która jest bardzo koncyliacyjna w różnych działaniach. Potrafię współpracować z różnymi osobami i środowiskami. Tutaj, w radzie miasta, potrafimy współpracować niezależnie od barw politycznych i takim też chcę być prezydentem. Nie mam zamiaru nikogo nigdy pytać o to, na kogo głosował. Wyciągam też wnioski. Widzę, że prezydent Miszalski poległ w referendum między innymi na tym, że on był kandydatem stricte partyjnym, czyli realizował głównie agendę Platformy, a inne środowiska tak naprawdę lekceważył, czasami wręcz próbował upokarzać – czy to w sprawie Strefy Czystego Transportu, czy w czasie odrzucania zadań zgłaszanych przez inne opcje czy środowiska w ramach budżetu. Ja takim prezydentem nie chcę być. To żeby zakończyć ten temat, proszę odpowiedzieć tak lub nie: wystąpi Pan z partii po tym, jak wygra Pan wybory na prezydenta Krakowa? Nie zamierzam. Sondaż We wtorek pojawiały się wyniki sondażu, w którym uzyskał Pan zaledwie 7,6 procent poparcia. Czuje się Pan niedoszacowany? Nie ufam sondażom. Pamiętam badanie sprzed kilku tygodni, gdy miałem w okolicach 20%. Jeżeli jeden sondaż mówi, że mam 20%, a drugie, że mam 7%, to sądzę, że te badania są w ogóle niewiarygodne i mało warte. Znam jedno badanie, w którym ludzie musieli wyjść z domu, podać imię i nazwisko i się podpisać. To były podpisy pod moją kandydaturą - złożyłem je pierwszy ze wszystkich kandydatów. A co wychodzi w Waszych badaniach? Własne badania mamy w toku, ale kampanii nie prowadzę by zadowolić sondażownie. A który sondaż jest bliższy prawdy: ten, w którym ma Pan 20%, czy ten, w którym ma Pan 7%? Nie chcę się skupiać na sondażach. Moja kampania jest jedną z najbardziej aktywnych, przedstawiam konkretne propozycje, jak choćby prezentacja hasła „Ambitny Kraków bliski ludziom” i konkretnych postulatów. Z jednej strony dbam o rozwój gospodarczy miasta, zmianę modelu gospodarczego, widząc choćby problem z rozpoczynającym się procesem masowych zwolnień grupowych w centrach usług wspólnych. Potrzebujemy terenów inwestycyjnych pod nową produkcję, przemysł niskoemisyjny, centra badawczo-rozwojowe. To wszystko, co m.in. robi Wrocław, powinno być zrealizowane także w Krakowie, dlatego też deklaruję przygotowanie 200 ha gruntów pod takie inwestycje. Nie pod hale, magazyny czy sklepy, ale pod inwestycje, by mieszkańcy Krakowa mieli fajną, dobrze płatną pracę, a przy tym Kraków mógł się rozwijać. Z drugiej strony to jest właśnie bliskość tych spraw ludzi – żeby na przykład deweloperzy odpowiadali za inwestycje, a nie budowali tak jak dzisiaj: blok, zarabiają pieniądze, wyjeżdżają, a potem mieszkańcy muszą jeździć samochodem do parku. Ja zaproponuję standardy urbanistyczne w planie ogólnym i strategii związane właśnie z tym, że nowe osiedle będzie mogło powstać, jeśli będzie zadbana szkoła, przystanek komunikacji miejskiej, miejsce pod kulturę, park, punkt opieki zdrowotnej. To jest możliwe już dzisiaj do wprowadzenia i ja to po prostu zrobię. A zresztą też byłem wielokrotnie inicjatorem miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego i cywilizowaliśmy taką zabudowę, choćby w Mistrzejowicach. Skoro jest to możliwe do wprowadzenia, tak jak Pan mówi, to dlaczego nikt do tej pory tego nie zrobił? Bo ustawa zmieniła się w 2023 roku i prezydent Miszalski niestety bardzo opieszale realizował plan ogólny i strategię. Te dokumenty powinny być już dzisiaj tak naprawdę przyjęte, a nie są. Według informacji z urzędu harmonogram prac jest taki, że dopiero w przyszłym roku uda się to przyjąć. Więc już nowy prezydent – mam nadzieję, że nim będę – będzie mógł te dokumenty przyjąć. I ja gwarantuję, że zmienię obecny projekt w taki sposób, by deweloperzy mieli twarde wymagania, a nie tylko zarabiali pieniądze i żyli kosztem Krakowian. Michał Drewnicki Stanisław Kracik jest dobrym pełniącym obowiązki prezydenta? Poprawnym. To znaczy? Nie ma zachwytów, ale nie ma też większych uwag. Jest lepszy niż Aleksander Miszalski? Przynajmniej nie tańczy na dachu. ZOBACZ TAKŻE: Czarzasty płakał, jak to zobaczył! Niesamowity fikołek „partyjnej dziewicy”

Więcej…

„Dwór kruszył jego zaufanie do mnie”. Kulig o kulisach relacji z Majchrowskim [ROZMOWA]

„Dwór kruszył jego zaufanie do mnie”. Kulig o kulisach relacji z Majchrowskim [ROZMOWA]

24 sierpnia 2026 | 14:21

– Majchrowski znał swoje wyniki i wiedział, że przy jego poparciu wprost, to będzie raczej pocałunek śmierci. Że pójdę na dno tak, jak on by poszedł, gdyby startował – mówi nam Andrzej Kulig, były zastępca prezydent Krakowa. To jego Jacek Majchrowski "namaścił" na swojego następcę w poprzednich wyborach. Tamto wydarzenia obrosło wieloma legendami. W Kanale Krakowskim, po raz pierwszy tak szczerze, Kulig zdecydował się opowiedzieć o tym z własnej perspektywy. – Nasze relacje z Majchrowskim są dziś żadne – przyznaje w rozmowie z Łukaszem Mordarskim. *** Kanał Krakowski: Kto jest najlepszym kandydatem na prezydenta Krakowa? Andrzej Kulig: Myślę, że wszyscy reprezentują podobny poziom. Podobny wysoki czy podobny niski? Odpowiem panu w ten sposób: jak słyszę, gdy jedna z kandydatek mówi, że jej największym problemem jest kiepska promocja miasta, to tak sobie myślę, że mówienie takich rzeczy w przypadku Krakowa – który jest najbardziej rozpoznawalnym miastem w Europie, ale i na świecie – świadczy właśnie o jej poziomie. Generalnie, hasła – bo nie program – rzucane przez kandydatów są mieleniem tego samego przez ostatnie kilka lat. Jakby wszyscy kierowali się tym, co miłe dla ucha wyborcy, a nie wskazaniem tego, co krytycznie ważne dla trwania i rozwoju miasta. Andrzej Kulig Patrząc na to z punktu widzenia, w którym teraz jestem, mogę powiedzieć tak: Kraków znajduje się w przededniu ogromnego kryzysu. Kryzysu, o którym żaden z kandydatów nie mówi. Czekam, aż ktoś wreszcie nie tylko powie o tym wprost, ale także zaproponuje rozwiązania, które nas uchronią przed tym kryzysem albo przynajmniej uczynią go mniej dotkliwym. O jakim kryzysie Pan mówi? O gigantycznym kryzysie ekonomicznym i społecznym. Aczkolwiek ekonomia jest nauką społeczną, więc metodologicznie brzmi to trochę niewłaściwie, ale chodzi o kryzys ekonomiczny i finansowy, który dramatycznie wpływa na życie społeczne. To jest to, co jest przed nami. A na razie mamy tylko zabawę – przepraszam, że tak powiem – wokół kompletnie bzdurnych tematów typu nowy skwerek czy kolejny dokupienie jakiegoś lasku i tego typu historie z konferencjami prasowymi w parkach, żeby pokazać, że Kraków będzie zielony. To wszystko są tak straszliwie uboczne tematy, że jestem po prostu wstrząśnięty tym, iż o prawdziwych problemach w ogóle się nie mówi. Trochę to przypomina zabawę na Titanicu w sytuacji, gdy jesteśmy niebezpiecznie blisko ogromnej kolizji. Specjalnie nie mówię szczegółowo o przyczynach tego kryzysu, choć one są widoczne gołym okiem, bo czekam na kogoś, kto ten rzeczywisty problem nie tylko nazwie, ale też – poza zwykłą paplaniną – podejmie się zmiany kursu tego statku. O prawdziwych problemach mówi Łukasz Gibała i proponuje skrócenie kolejek na SOR-ze oraz skrócenie kolejek do lekarzy specjalistów. I co Pan na to, jako były dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego? Wrócę do pańskiego wcześniejszego pytania, bo to właśnie dowodzi, że mam rację mówiąc, iż wszyscy kandydaci są na podobnym poziomie. Sam fakt, że ktoś tego typu tematy podejmuje na poziomie samorządowym, jest dla mnie niebywały. Nie tylko z tego względu, że jest to kompletnie nierealne, ale że ktoś w ogóle bierze na siebie ryzyko prezentowania wizji, które, co z góry widać – nie są do zrealizowania. Po co „podkładać” się wyborcom, którzy na drugi dzień po wyborach zaczną oczekiwać, że ten postulat będzie zrealizowany od ręki? A on nie będzie zrealizowany przez jakiegokolwiek prezydenta miasta ani „od ręki” ani nigdy. Prezydent Krakowa nie ma żadnych, ale to ŻADNYCH uprawnień do tego, żeby zmniejszać kolejki na SOR-ze. Żadnych! Ale może zbudować miejskie przychodnie. Miejskich przychodni się nie buduje, bo one powstają dzisiaj w zależności od woli lekarzy, którzy zakładają spółkę lub indywidualnie prowadzą praktyki. Miasto zrezygnowało z bycia organem tworzącym dla przychodni za czasów prezydenta Gołasia – człowieka ideowo bliskiego panu Gibale. Podjęto decyzję o ich „prywatyzacji” i dzisiaj miasto nie ma możliwości powrotu do tej roli. Po tamtej decyzji zostały tylko budynki dawnych przychodni, w których te spółki wynajmują powierzchnie. I tyle. Nie sądzę, żeby prezydent Krakowa zaryzykował decyzję o wybudowaniu nowego, pustego budynku przychodni, a raczej ze względu na skalę miasta licznych budynków dla nowych przychodni i powiedział: „a teraz, kto ma ochotę, niech się tutaj zagnieździ, bo są preferencje w czynszu”. Jeśli dadzą preferencyjne stawki, to dzisiejsza obsada starej przychodni przeniesie się do nowego budynku, ale na pewno nie powstanie z tego nowy podmiot. Miasto ma problem z byciem podmiotem tworzącym dla dwóch krakowskich szpitali, a co dopiero dla zespołu przychodni. Problem ochrony zdrowia jest problemem nie tylko Polski. Powiem coś, czego Polacy nie lubią słuchać: przy tych kwotach, które wydajemy na ochronę zdrowia i przy fatalnych decyzjach kolejnych zarządzających systemem, ten system naprawdę nie jest zły. Polacy nie lubią tego słuchać, bo zderzają się z tym, że do specjalisty czekają dwa albo trzy lata. Ten problem akurat można bardzo prosto rozwiązać. Po prostu za wizytę u specjalisty pacjent płaci 20 złotych i problem kolejek znika na drugi dzień. Bo znika problem wizyt, które się nie odbywają? Tak, oraz znika problem wizyt umawianych ze względów towarzyskich – żeby wygadać się lekarzowi lub innym pacjentom, bo ktoś jest samotny i w domu nie ma z kim rozmawiać, podzielić się swoimi problemami. Czyli uważa Pan, że Gibała, jako prezydent miasta, nie rozwiąże problemu ochrony zdrowia w Krakowie? To jest zaskakujące, że on w ogóle obiecuje tego typu rzeczy. Wybory pokazują, że po jakimś czasie ludzie zaczynają mówić: „sprawdzam”. Akurat przy tym pomyśle to „sprawdzam” na pewno wypadnie negatywnie. Obserwowałem funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia przez wiele lat. Poza faktem, że byłem dyrektorem szpitala, moi rodzice również uczestniczyli w tym systemie będąc lekarzami. Wiem, jak on funkcjonuje na przestrzeni bardzo wielu lat. Pan jest sceptykiem, a może warto wreszcie dać Łukaszowi Gibale szansę i pozwolić mu pokazać, co tak naprawdę potrafi? Ja nie mam nic przeciwko. Nie jestem z definicji przeciwnikiem pana Łukasza Gibały. Myślę, że skoro tyle razy się starał, to rzeczywiście ma pan rację – trzeba dać mu szansę. A jeżeli spotkałby się w drugiej turze z Moniką Piątkowską, bo wiele na to wskazuje, to na kogo by Pan zagłosował? Pozwolę sobie chyba po raz pierwszy w moim życiu nie zagłosować w ogóle. Ani w pierwszej, ani w drugiej turze. Andrzej Kulig podczas głosowania w 2024 roku W pierwszej turze też Pan nie ma „swojego” kandydata? Znam niektórych z tych kandydatów, o niektórych mogę powiedzieć całkiem nieźle jako o człowieku. Natomiast dla mnie krytycznie ważna nie jest ani uroda kandydatów, ani ich ubiór, ani to, czy jeżdżą na hulajnodze. Ważne jest przekonanie mnie, że wchodzą do gabinetu prezydenta miasta, przekręcają kluczyk w stacyjce, a my mamy świadomość, że ruszamy z wykwalifikowanym kierowcą. Jak dotąd jedno mogę powiedzieć z ręką na sercu – i to jest moim zdaniem największy dramat Krakowa, który nie został rozwiązany w sensowny sposób: oni nie mają pojęcia o zarządzaniu miastem. Proszę mi wierzyć, a łatwo to potwierdzić na faktach, że ani funkcja radnego, ministra, posła czy prezesa nie daje pojęcia o rządzeniu miasta. A przypominam, że jest mało czasu do końca kadencji i nie stać nas na danie kolejnemu lokatorowi gabinetu prezydenckiego czasu na naukę kierowania miastem. Najprostszą rzeczą, którą można zrobić – i pewnie każdy z nich to zrobi – jest zwolnienie wszystkich domniemanych czy prawdziwych wrogów. Kierowałem w życiu kilkoma dobrymi firmami, mniejszymi i większymi, i proszę mi wierzyć: nigdy nie zaczynałem od zwalniania. Uważam, że należy najpierw wyrobić sobie punkt widzenia, siedząc w tej firmie. Każdy prezydent przez pierwszy okres powinien się przyglądać i uczyć miasta, problem jest tylko taki, że tego czasu nie ma. Mogę podpowiedzieć jedną rzecz, bo to była najbardziej dla mnie zaskakująca i nieprawidłowa decyzja prezydenta Miszalskiego. Nie mam zamiaru go w żaden sposób krytykować, bo robi to już tylu ludzi – nawet z jego dawnego, najbliższego otoczenia – że nie będę się do tego chóru przyłączał. Natomiast z punktu widzenia uczenia się miasta zrobił rzecz katastrofalną: zrezygnował z zaznajamiania się z codziennie przychodzącą do prezydenta pocztą. To jest bardzo zajmująca czynność, szczególnie w pierwszych miesiącach urzędowania, ale nigdy nie pozna się miasta lepiej niż poprzez pocztę wpływająca do urzędu. Poznaje się nie tylko to, co prezydent może, ale orientuje się też w tym, czego nie może, co ujawnia się jako potrzeba społeczna, co jest sygnałem, że jakiś obszar źle funkcjonuje, jakie mechanizmy czy instytucje zawodzą. Gdy czymś się zbulwersuje, powinien zaprosić kogoś z urzędu, poprosić o wyjaśnienia i poznać całą złożoność problemu. Jeśli będzie wiedział z kim rozmawiać, usłyszy prawdę, jeśli nie – ktoś go wprowadzi na niewłaściwą drogę. Jedno jest pewne – nie dowie niczego „do spodu” od osób, które dopiero co zatrudnił, bo one nie będą miały pojęcie o co chodzi. Proszę mi wierzyć, w mieście nie ma prostej decyzji – nawet przesunięcie przystanku autobusowego czy tramwajowego nie jest proste. A z drugiej strony trzeba podejmować szybko decyzje, i to dużo poważniejsze niż przesunięcie przystanku. Chce Pan powiedzieć, że przez to, że Miszalski zrezygnował z robienia poczty, oderwał się od codziennych problemów mieszkańców? Nie chcę powiedzieć, że się oderwał, bo skoro robił te „ławeczki dialogu”, to pewnie nasłuchał się od ludzi różnych rzeczy i wiedział, co ich bulwersuje choć one też miały swoje wady. Natomiast nie nauczył się miasta. Zrezygnował z nauki miasta. Muszę oddać sprawiedliwość prezydentowi Majchrowskiemu: czytał pocztę, umiał ją czytać i stosunkowo szybko nauczył się miasta. Podam anegdotę. Nie wiem, czy prezydent pisał o tym w swojej książce, ale ja tego nigdy nie zapomnę. Siedziałem jako dyrektor magistratu w swoim gabinecie. Było dość późno, może 20 albo 20:30. Przeglądałem swoją pocztę. Prezydent robił to samo u siebie, bo w ciągu dnia się tego nie da zrobić przez natłok bieżących spraw. Przyszedł do mnie – to był chyba luty lub marzec, a przypominam, że wszedł do urzędu po raz pierwszy jako prezydent w drugiej połowie listopada. Popatrzył na stos teczek u mnie, a wcześniej u siebie, po czym mówi: „Robisz to samo co ja?”. Odpowiedziałem, że tak. A on na to: „Andrzej, co myśmy najlepszego zrobili?”. Tak podsumował tę udrękę, która musi towarzyszyć każdemu prezydentowi w pierwszych miesiącach pracy. Dopiero wtedy, kiedy się wchodzi do gabinetu i naprawdę chce się być rzeczywistym prezydentem, czuje się gigantyczny ciężar odpowiedzialności. A proszę pamiętać, że przychodził i tak zaznajomiony z wieloma problemami miasta jako były wojewoda, który z perspektywy dzisiejszych obowiązków władz był jednocześnie wojewodą i marszałkiem jednocześnie. Uważa Pan, że żaden z obecnych kandydatów nie udźwignie tego ciężaru? Może się okazać, że udźwignie – życie zaskakuje. Dzisiaj jednak żaden z nich nie ma świadomości ogromu zadań i odpowiedzialności i żaden nie posiada umiejętności rządzenia tym miastem. Po prostu, nigdzie nie ma szkoły uczącej zarządzania miastem, tego trzeba się samemu nauczyć. I to nawet wtedy, gdy wcześniej naukowo zajmowało się administracją publiczną, co łatwo udowodnić na konkretnych przykładach. Dzisiaj naturalnym wyborem Jacka Majchrowskiego, o którym Pan wspomniał, jest Monika Piątkowska. Rozumie Pan to poparcie? Oczywiście. Dlaczego? Tego nie powiem. Andrzej Kulig / fot. UMK To przypomnę, że pierwotnie Jacek Majchrowski chciał „namaścić” także Pana. To było zupełnie inne namaszczenie. I w moim przypadku równolegle prowadził rozmowy z kilkoma osobami, które mniej lub bardziej bezpośrednio zachęcał do kandydowania. I niektóre z nich kandydowały. Co więcej, przynajmniej jeden z nich organizował od dawna cykliczne spotkania o charakterze seminariów, na które zapraszał miejskich urzędników. U wielu zaproszonych budziło to zdziwienie i pytali szefa czy mają chodzić na te imprezy. I otrzymali jednoznaczną rekomendację. Rzucę cytatem z Jacka Majchrowskiego: „Miałem odczucie, że oczekiwał mojego poparcia”. Ja raczej oczekiwałem tego poparcia na początku jego ostatniej kadencji. Powiedziałem mu wtedy – bo on sam od tego wyszedł, mówiąc, że chciałby, abym był jego następcą – że z racji moich doświadczeń podchodzę do tego sceptycznie i zapytałem, czy nie ma innych kandydatur. Kiedy odpowiedział, że nie, odparłem, że o tym pomyślę. Ale jakiś czas po tej rozmowie, w obecności naszego wspólnego znajomego, padła propozycja, żeby mi przekazał w jakimś zakresie realną władzę, żebym mógł pokazać na jakimś obszarze, że rzeczywiście potrafię zarządzać miastem. Na co mi odpowiedział: „Nie, bo jak ci to przekażę, to wszyscy będą chodzili do twojego gabinetu, a nie do mojego”. Znalazłem się więc pod koniec kadencji w sytuacji, kiedy za późno ogłosiłem swój start. Nie chciałem jednak tego robić, dopóki prezydent ostatecznie nie zadeklarował, że nie będzie kandydował, co wcale nie było takie pewne. Myślę, że zaważyły przede wszystkim wyniki sondażowe – poparcie nie tylko było złe, ale i systematycznie spadało. Przypomnę, że wynosiło wówczas, czyli trzy lata temu, poniżej 18%. I dane te dostawał prezydent z w pełni wiarygodnego źródła, które go nigdy nie zawiodło. Znajdowałem się w trudnej sytuacji z prozaicznego powodu: pod koniec kadencji było już widoczne zmęczenie Jackiem Majchrowskim i oczekiwanie na coś nowego. Gdybym realnie na to spojrzał, zdałbym sobie sprawę, że ja tym „nowym” nie jestem. Ludzie oczekiwali rzeczywistej zmiany i kogoś na Placu Wszystkich Świętych, kto nie będzie starszą osobą. Niestety, jestem bliżej rocznika prezydenta Majchrowskiego niż pan Miszalski czy pan Gibała. Po drugie, byłem w niezręcznej sytuacji z jeszcze jednego powodu. Było wiele rzeczy dokonanych przez Jacka Majchrowskiego, które bardzo szanuję i uważam, że zmieniły jakość życia w mieście. Niestety młodzi mieszkańcy – czy nawet 40-latkowie – nie są sobie w stanie dzisiaj wyobrazić i nie pamiętają, że w Krakowie nie było Tauron Areny czy Centrum ICE, że najlepsze zespoły muzyczne omijały Kraków, a jeśli już grały, to w hali Wisły z fatalną akustyką. To samo dotyczyło wielkich wydarzeń sportowych. Do tego dochodzi rozbudowa linii tramwajowych czy budowa wielu obiektów publicznych jak Spalarnia, szkoły, przedszkola, obiekty sportowe, czy ośrodki kultury, modernizacja i budowa nowych dróg itd. Cieszę się, że dołożyłem do tego swój mały palec. Natomiast były też rzeczy, z którymi nie mogłem się zgodzić i których byłem absolutnym przeciwnikiem. Oddaję hołd prezydentowi Majchrowskiemu, że mimo iż byłem jego zastępcą, godził się z tym, co też świadczy o jego klasie. Postępowałem jawnie, mówiąc mu wprost, co mi się nie podoba. I nie żeby kontestować, lecz aby nakłonić go  do przemyślenia decyzji. Jedna z zastępczyń byłego prezydenta powiedziała mi kiedyś, że świetnie być wiceprezydentem u Majchrowskiego, bo jak przekazuje określony zakres spraw, to się w to nie wtrąca. Moim zdaniem nie była to najlepsza i najtrafniejsza ocena prezydenta. Powinien był się wtrącać? Uważam, że ludzi należy kontrolować. Odpowiedzialność za działania miasta można próbować zrzucić na wiceprezydenta czy obecnie na dyrektora departamentu, ale tak naprawdę wszyscy pracują na konto prezydenta – od pani na dzienniku podawczym po wiceprezydenta. Prezydent musi obdarzyć zaufaniem określone osoby, a przy takiej skali to zaufanie w dużym stopniu jest niesprawdzalne codziennie. Dlatego na kluczowych stanowiskach muszą być ludzie dający gwarancję umiarkowanego spokoju – tacy, którym można zaufać, którzy myślą podobnie i nie trzeba ich codziennie kontrolować. Jacek Majchrowski / fot. UMK Było zaufanie między Panem a prezydentem Majchrowskim? To bardzo osobisty temat. Współpracowałem z nim od początku lat 1990 tych, jeszcze gdy był dziekanem na Uniwersytecie Jagiellońskim, a ja asystentem. Myślę, że ocenił mnie wtedy jako człowieka sprawnego. Był bardzo dobrym dziekanem w trudnych czasach przełomu (1987–1993). Starał się przeprowadzić wydział w sposób sprawny i delikatny ze starych czasów do nowej rzeczywistości, mimo że środowisko, wcześniej mocno upartyjnione, dokonało w czasach Solidarności głębokiej transformacji ideowej. Sam Jacek Majchrowski należał do tych członków partii do 1981 r., którzy byli raczej bierni niż aktywni. Później, od 1996 r. bardzo dobrze współpracowało nam się w Urzędzie Wojewódzkim. Nauczył mnie wielu rzeczy. Podziwiałem, jak potrafił oddzielać rzeczy błahe od kluczowych – w mgnieniu oka oceniał, co ma sens, a co jest bezużytecznym gadaniem. Był też człowiekiem potrafiącym przekonująco  zmienić poglądy u innych. Miałem dosyć stanowcze zdanie na temat grobów żołnierzy radzieckich, uważając, że jego poprzednik, wojewoda Piekarz, miał rację nie przenosząc ich z Plant. Ale kiedy porozmawialiśmy o tym w urzędzie, Majchrowski zadał mi dwa pytania: „Czy wyobrażasz sobie, żeby na jakimkolwiek cmentarzu stały flaszki na grobach, bo miejscowi pijaczkowie je tam tłuką?” oraz „Czy znasz jakiś park, w którym są groby?”. Sposób, w jaki to rozegrał, patrząc na leżących tam ludzi nie przez pryzmat obywatelstwa wielkiego Związku Radzieckiego, lecz poprzez ich aktualną przynależność państwową był kluczowy, dzięki czemu uzyskał jednomyślne zgody. Widziałem w nim bardzo sprawnego wojewodę. Jego wielką ambicją, o którą niezwykle się starał, była kwestia stworzenia strefy ekonomicznej, która dała początek lokacji dużych firm w Krakowie i Małopolsce. Podjął już wtedy, bardzo trudne starania o uzyskanie terenu pod budowę w Krakowie Centrum Kongresowego. Kiedy Majchrowski odchodził z urzędu, złożyłem rezygnację tego samego dnia, bo uznałem, że to nie będzie już miejsce dla mnie. Mogłem wszak pracować jako dyrektor jego gabinetu, bo miałem świetną relację ze swoim szefem i rozumieliśmy się bez słów. Co było niezwykle ważne – a o czym jeszcze nie powiedziałem – szef był otwarty na krytykę. Był człowiekiem, który nie machał na nią ręką, nie obrażał się. Czasami dyskutował, przedstawiał swoje racje, czasami się zgadzał, ale zawsze pozwalał wyrazić swoje stanowisko. To było świetne i nawiązywało do tradycji akademickich. Dlatego zgodziłem się zostać szefem jego pierwszej kampanii wyborczej – a była to niezwykle trudna kampania, choćby ze względu na tuzy, które w niej startowały. Miałem okazję wspierać go w różnych trudnych momentach, w tym wsparciem dla decyzji o kandydowaniu. Nie będę szczegółowo o nich mówił, ale nigdy nie zapomnę, jak „Dziennik Polski” pod koniec sierpnia opublikował pierwszy sondaż prezydencki, w którym Jacek Majchrowski miał 2% poparcia. Zamieszczono wtedy wywiad z Hieronimem Kubiakiem, socjologiem, skądinąd przyjacielem prezydenta Majchrowskiego, który powiedział, że jego zdaniem Jacek Majchrowski powinien wycofać się z tych wyborów, bo nie ma najmniejszych szans na wygraną, a przynajmniej się nie skompromituje. A jednak okazało się, że dało się wygrać te wybory. Potem zostałem dyrektorem magistratu i przez jakiś czas też było bardzo dobrze, podobnie jak w Urzędzie Wojewódzkim. Ale wokół  każdego, kto sprawuje jakąś władzę wytwarza się pewien dwór. To jest naturalne. Natomiast w sytuacji, kiedy dwór zaczął w sposób umiejętny kruszyć jego zaufanie do mnie, nie mogłem tego w żaden sposób aprobować, ani podlizywać się dworowi. Nigdy wcześniej, gdy współpracowaliśmy, nie doświadczyłem z jego strony czegoś takiego. Uważam, że to było wobec mnie niesprawiedliwe. Dlatego złożyłem rezygnację i odszedłem z urzędu. Wtedy, chyba mimo wszystko, jeszcze mu trochę zależało, bo jestem chyba jedyną osobą, która złożyła rezygnację, po której Jacek Majchrowski powiedział: „A może byś został?”. W innych przypadkach, jak ktoś składał prezydentowi Majchrowskiemu rezygnację, to ten ją po prostu przyjmował bez słowa. Jednak potem wrócił Pan do urzędu. Wie pan co… po pierwsze nastąpiła dla mnie niezwykle sympatyczna okoliczność – zostałem zwolniony ze Szpitala Uniwersyteckiego. Było to miłe, bo robiłem wszystko, żeby rektorzy, którzy mnie nadzorowali, wpadli w szał albo zaakceptowali reguły kierowania szpitalem. Pisałem z premedytacją do nich pisma, w których wykazywałem im nieznajomość reguł funkcjonowania szpitala. To jest właśnie to, o czym panu powiedziałem: dopóki szef nie pozna funkcjonowania swojego „gospodarstwa”, to po prostu nie powinien się wypowiadać, a przynajmniej nie podejmować kluczowych decyzji. Nie miałem w sobie odwagi, żeby samemu złożyć rezygnację, bo cały czas uważałem, że ten szpital jeszcze mnie potrzebuje, że jest tyle zaawansowanych procesów, iż moje odejście zaszkodzić tej dobrze rozwijającej się jednostce. Uważałem więc: albo niech zaakceptują to, co robię, albo niech mnie zwolnią. Do kontekstu tego zwolnienia świetnie pasuje sytuacja, w której dzień wcześniej wynegocjowałem gigantyczny wzrost kontraktu dla Szpitala Uniwersyteckiego. Praktycznie kosztem wszystkich szpitali małopolskich uzyskaliśmy chyba 85% środków, o które zwiększył się w owym roku budżet Małopolskiego NFZ. I kontrakt, uzyskany wtedy przez Szpital był największy w jego historii. Kiedy na drugi dzień mnie zwolnili, byłem chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, bo po raz pierwszy odczułem, że zrzuciłem z siebie gigantyczny ciężar. Wreszcie miałem spokojną noc, w której nie musiałem obawiać się telefonu. Nie musiałem też walczyć każdego dnia o to, żeby ten szpital się w dobrym kierunku rozwijał, przecinając także mniejsze czy większe dla niego zagrożenia. Nie musiałem dźwigać odpowiedzialności za tak gigantyczną liczbę pracowników – wtedy to było ponad 4 tysiące osób. Postanowiłem napisać książkę. Pisałem ją, siedząc w katedrze na uczelni. Kiedyś, idąc do katedry, spotkałem Jacka Majchrowskiego, który też miał katedrę w tym samym budynku. Zaczęła się rozmowa: „Co robisz? Może byś wrócił?”. Mówię: „Dziękuję bardzo, już tam byłem”. Chyba ze dwa razy tak rozmawialiśmy, a potem prezydent przysłał osobę, która w jego imieniu zaczęła mnie nakłaniać do powrotu. Zostałem pełnomocnikiem do spraw polityki społecznej. To była jedyna działka, którą mogłem przyjąć bez większego problemu, bo będąc dyrektorem szpitala, widziałem, jak rzeczywiste problemy ludzkie ujawniają się w sposób niezwykle jaskrawy właśnie w szpitalu. Widać było braki po stronie miasta – przede wszystkim związane z opieką nad ludźmi starszymi, ale nie tylko. Także w przypadku ludzi, którzy po wyjściu potrzebują rekonwalescencji czy solidnej rehabilitacji, a ich po prostu na to nie stać. Pomyślałem, że przy takim zakresie rzeczywiście mogę się przydać i zostałem pełnomocnikiem, chyba w randze młodszego wiceprezydenta, bo od samego początku, jako jedyny z pełnomocników, uczestniczyłem w kolegiach prezydenckich. Po jakimś czasie wiceprezydent Magda Sroka została  dyrektorem PISF-u i dostałem po niej spadek. Magdalena Sroka, Andrzej Kulig i Jacek Majchrowski / fot. UMK Przyjął Pan to z zadowoleniem? Bez jakiejś euforii, ale skoro prezydent zaproponował, bym zajął się bliską mi tematyką to przyjąłem propozycję. Zresztą współpraca nieźle nam się układała. Generalnie nie było już tej chemii, co za pierwszym razem, ale nie mogę powiedzieć, żeby układała się źle. Nastąpił nawet pewien moment zbliżenia, kiedy doszło do kandydowania w 2018 roku, czyli na ostatnią kadencję. Odbyła się taka rozmowa w jego gabinecie, niestety przy otwartym oknie. On palił cygaro, a pod oknem przed budynkiem siedzieli dziennikarze, bo w pewnym momencie ktoś wpadł do nas z prośbą, żebyśmy zamknęli okno, bo na dole wszystko słychać. Dziennikarze wynieśli z tego absolutnie fałszywy pogląd, że zmuszałem Jacka Majchrowskiego do kandydowania. Pamiętam, że Jacek Majchrowski był wtedy pytany, głównie przez dziennikarzy, czy będzie kandydował, czy nie, i  kilkakrotnie przesuwał w czasie odpowiedź na to pytanie. Był chyba czerwiec. Jacek Majchrowski nas zaprosił – byli tam chyba: Tadeusz Trzmiel, Paweł Stańczyk, Monika Chylaszek, Anka Frankiewicz i ja. Prezydent mówi: „Nie wiem, biję się z myślami, przesuńmy to na wrzesień”. Odpowiedziałem: „Panie prezydencie, jak na wrzesień, to nie ma pan już po co wychodzić, bo wtedy będzie po wszystkim. Nikt w Krakowie nie będzie czekał do września na Pańską decyzję. Proszę albo powiedzieć, że pan nie kandyduje, albo że pan kandyduje. Jak pan wyjdzie we wrześniu, to pan się ośmieszy, publiczność wybuchnie śmiechem”. Powiedziałem mu wyraźnie przy wszystkich: „Jest mi obojętne, czy pan kończy karierę prezydencką, czy będzie pan kandydował, ale skończmy ten brazylijski serial, bo to zaczyna być niepoważne”. Poparła mnie wtedy na pewno Monika i chyba nawet wszyscy pozostali. Wtedy ogłosił, że będzie kandydował. W naturalny sposób zostałem szefem jego kampanii. Obserwowałem poprzednie kampanie i wiedziałem, co było w nich dobre, a co słabe. Osobiście uważam, że ta ostatnia kampania była równie dobra jak pierwsza. Na pewno była skuteczna. Tak, prezydent dostał bardzo przyzwoity wynik. A Pan z automatu został jego zastępcą. I to w dodatku pierwszym zastępcą. Wcześniej byłem trzecim. Czuł Pan wtedy, że jest przygotowywany na urząd prezydenta? Odbierałem to raczej jako formę docenienia naszej pracy na koniec współpracy. To w którym momencie zdecydował Pan, że będzie startował w wyborach? Cały czas biłem się z myślami. Miałem najgłupszą argumentację za kandydowaniem, jaką można mieć: uważałem, że tyle rzeczy zacząłem i tylu środowiskom obiecałem, że będą dokończone, iż byłbym świnią, gdybym nagle powiedział: „Dziękuję, zostawiam was z tym”. To nie były jakieś wielkie rzeczy, ale sprawy, na które ludzie utyskiwali i czekali latami. Zderzyłem się z tym, że za wielkimi inwestycjami nie szły te mniejsze dla ludzi mieszkających na obrzeżach Krakowa – gdzie nie ma chodnika, a dzieci chodzą do szkoły drogą, na której samochody pędzą jak szalone. Uważałem, że trzeba tym ludziom pokazać, iż też mieszkają w Krakowie. Skoro przyłączono ich w latach 70. do miasta, to są takimi samymi mieszkańcami jak ci w centrum. To samo dotyczyło tworzenia różnych instytucji  społecznego wsparcia czy kwestii odwodnienia miasta… Kiedy podjął Pan ostateczną decyzję: „Tak, będę startował”? W wakacje 2023 roku. Andrzej Kulig podczas inauguracji swojej kampanii w 2024 roku To było po rozmowie z Jackiem Majchrowskim czy przed? W tym czasie mieliśmy już rozjazd. Nie rozmawialiśmy na ten temat, bo stosunki były dużo chłodniejsze. Myślę, że znowu zaczął działać dwór. Niektórzy moi rozmówcy tak się deklarowali: szli do Jacka Majchrowskiego, a kiedy on nie załatwił czegoś, do czego się zobowiązał, mówili: „Do ciebie nie warto przychodzić, trzeba iść do Kuliga, on to rozwiąże, bo jest skuteczny”. Jeśli tak było, albo jeśli mówili to do kogoś innego w urzędzie lub jego otoczeniu, to dwór szybko zaczął to „meldować”. Myślę, że to go drażniło. I tu mam żal, bo po tylu latach znajomości powinien wiedzieć, że nigdy nie podważałem jego roli, nigdy się nie pchałem. To samo zresztą dotyczyło pomysłu z miejską telewizją, kiedy uważał, że organizuję jakiś opór przeciwko temu projektowi. Tymczasem ja jasno wyraziłem swój pogląd na ten temat, bo byłem zawsze przekonany, że mogę szczerze z nim  rozmawiać, natomiast małym palcem u nogi nie ruszyłem w tej sprawie. A jednak myślę, że nadal mnie uważa za sprawcę upadku tego projektu i ma do mnie o to żal. Tutaj trochę Wasze opowieści się rozjeżdżają. Majchrowski twierdzi, że ustalił z Panem, że będzie Pan startował. Pan z kolei powiedział dziennikarzom, że to nieprawda i że nie jest Pan meblem, by Pana przestawiać. Zacytuję słowa Majchrowskiego z książki Byłem prezydentem miasta Krakowa”: Byłem zaskoczony tym, co powiedział mediom. Nie chcę mówić, że te słowa nie ubodły, ale zrobiło mi się jakoś tak… dziwnie. To było trochę nieeleganckie. Potem jeszcze mówił nieprawdę o tym, że nie rozmawialiśmy wcześniej na temat tego, że wystartuje i że go poprę. Dla mnie to była trochę taka szopka, przecież on sam chciał wystartować, chciał mojego poparcia, umówiliśmy się na to, a nagle zaczął jakieś gierki. Każdy ma swoją wersję. Powiedziałbym, że każdy, kto pisze wspomnienia, będzie pisał je w pewnym sensie subiektywnie. Gdybyśmy zebrali wspomnienia różnych ludzi uczestniczących w tym samym wydarzeniu, okazałoby się, że te opowieści się różnią. A jaka jest Pana wersja? Ja nie mam „wersji” – mam taką prawdę, jaka była, a prezydent ma swoją prawdę. Jaka jest „Pańska prawda”? Prawda jest taka, że prezydent Majchrowski powiedział mi już na początku kadencji, w 2018 roku, że chciałby, abym kandydował. Był wtedy mocno rozluźniony i zadowolony po wygranych wyborach. Wtedy zapytałem, czy nie ma jakiegoś innego kandydata, a kiedy okazało się, że nie, to odpowiedziałem, że pomyślę. Kolejna rozmowa na ten temat odbyła się w połowie kadencji i wtedy – o czym już wspominałem – powiedziałem mu, by oddał mi jakiś obszar, w którym będę decydował. Tak się jednak nie stało. Inaczej zrobił to były prezydent Katowic Piotr Uszok i w efekcie rządy po nim objął równie bardzo sprawny obecny prezydent Katowic Marcin Krupa. I stąd ta Pańska wypowiedź o tym, że nie jest Pan meblem, którego można przestawiać? Być może poszedłem o krok za daleko, ale wyraziłem to w ten sposób. To nie była kwestia rozgoryczenia ani decyzja podjęta w sekundę. Kiedy dowiedziałem się, co powiedział, czyli że mnie popiera i niejako „namaszcza” na swojego następcę, i że dziennikarze chcą do mnie w tej sprawie przyjść, zastanawiałem się, co mam odpowiedzieć. Wolałbym, żeby Jacek Majchrowski powiedział mi wprost: „Andrzej, chcę cię poprzeć w jakimś zakresie”. I tyle. Nie oczekiwałem jego oficjalnego poparcia. Znał swoje wyniki i wiedział, że przy jego poparciu wprost to będzie raczej pocałunek śmierci. Że pójdę na dno tak jak on by poszedł, gdyby startował. Chciałem więc, żeby to odbyło się inaczej, żebyśmy uzgodnili przekazanie jakiejś działki. Nic takiego jednak nie padło. Prezydent Majchrowski myślał, że jego poparcie będzie wystarczające, żebym wygrał wybory. Ja natomiast byłem wewnętrznie przekonany, że tak się nie stanie, bo gdziekolwiek się nie pojawiłem, było krytykowanie Jacka Majchrowskiego, zresztą rzadko zasłużone. Być może z mojej strony to była delikatność, że mu nigdy o tym nie powiedziałem. Ale widziałem, co się dzieje. Miałem taką gorzką refleksję, że Jacek Majchrowski poparł mnie najpóźniej, jak się tylko dało i chyba w najmniej stosownym momencie i najmniej oczekiwanej formie. Powinien był mnie faktycznie popierać bez głośnego mówienia o tym i oddziaływać poprzez swoje środowisko. Ale nie powinien ogłaszać tego publicznie, bo na to było już za późno przy tych spadających sondażach. Czyli oczekiwał Pan cichego poparcia? Oczekiwałem raczej, że się ode mnie nie odetnie. Nie oczekiwałem oficjalnego poparcia z tego prostego powodu, że widziałem, jak tym kugluje – mówiąc brutalnie. Co Pan ma na myśli? Długo unikał ostatniego słowa w tej sprawie. A nie można niestety w takich kwestiach czegokolwiek domniemywać, trzeba ustalić jasne zasady. Jak powiedziałem prowadził rozmowy także z innymi osobami, co mnie konfundowało, bo mówiąc jasno, nie wiedziałem „co jest grane”. Wszystko to odbywało się w atmosferze jego nieufności do mnie. Sądzę, że wątpił czy wejdę w jego buty jako jego następca, że wszystko będzie tak szło jak za jego czasów. Dotyczyło to także kwestii personalnych, przecież nie bez przyczyny pod koniec swoich rządów przedłużył gremialnie na kolejną kadencję urzędowanie wszystkim dyrektorom instytucji kultury. Nawet korytarze mówiły, że robił to z obawy, że miałbym do niektórych krytyczne uwagi. Podobnie było, gdy - mimo moich próśb, także na piśmie - zwolnił dyrektora Zarządu Dróg, powołując osobę, co do której zgłaszałem mu swoje zastrzeżenia. To wszystko raczej skłaniało do różnych refleksji. Stąd też moje powiedzenie o meblach miało wyrazić pogląd, że zostałem dość przedmiotowo potraktowany. Uważał Pan, że jego poparcie bardziej szkodziło, niż pomagało? Jego poparcie mogło mi dać jakieś dodatkowe punkty, gdyby nie robił tego publicznie. Publiczne deklaracje sprawiały, że co prawda  jakiś procent jego zwolenników zagłosowałaby na mnie, ale wszyscy pozostali postrzegaliby mnie jako kontynuację. A wiedziałem doskonale, że jeśli padnie słowo „kontynuacja”, to jestem zamieciony, bo widać było, że ludzie chcą zmiany. To nie była awersja do Jacka Majchrowskiego, że źle rządzi – ludzie byli nim po prostu znudzeni, zmęczeni i chcieli kogoś młodszego. Taka jest prawda. Chcieli po prostu kogoś kto był zaprzeczeniem wizerunku dotychczasowego prezydenta. Motywacja, dla której mieszkańcom odechciało się Jacka Majchrowskiego, była dziwna – taka „wychowana” na Instagramie i mediach społecznościowych, gdzie wszyscy są młodzi, piękni, podnoszą ciężary i biegają po tysiąc kilometrów dziennie. Jacek Majchrowski do tego nie pasował, był z tego punktu widzenia „passe”. Gdyby ludzie chcieli mądrego zarządzania i umieli wyważyć błędy i sukcesy, to nadal by go popierali. On nie stracił poparcia dlatego, że dopuścił się czegoś dramatycznego czy nastąpiła wyraźna zapaść w zarządzaniu miastem. Zaważyły obrazki pokazujące prezydenta, jak idzie ciężkim krokiem albo przysypia. Oczekiwano kogoś dynamicznego i energicznego. Co do dynamiki i energii – mnie ich nie brakowało, byłem chyba bardziej energiczny niż obaj główni kandydaci. Zaważył jednak element wizerunkowy i obawa, że będę kontynuował styl prezydenta Majchrowskiego. Zachowałem się niezwykle porządnie – gdy Jacek Majchrowski mówi, że się od niego odcinałem, to przesadza. Nigdy się nie odcinałem. Mówiłem co najwyżej, że pewne rzeczy poprowadziłbym inaczej. Bo jak to możliwe, że dbając o duże arterie i torowiska, zapomniano choćby o skanalizowaniu wschodniego Krakowa? Mówienie o tym uważał za odcinanie się, a to było po prostu wskazanie zaniedbania, które w następnej kadencji trzeba usunąć. Podobnie z Trasą Łagiewnicką – mówiłem, że jest przewymiarowana, a on uważał to za uderzenie w siebie. A przecież nie projektował tej trasy, oddawał to w ręce tych, których uważał za kompetentnych. To samo dotyczyło metra. Co najmniej dystansował się od tego pomysłu, choć co trzeba mu koniecznie oddać – nigdy nie zatrzymał prac przygotowawczych. Ale przecież widać, że centralnym obszarem dla komunikacji tramwajowej i w mniejszym autobusowej, jest obwodnica wokół Plant. Wystarczy usiąść na Plantach przez kwadrans, żeby zobaczyć, jaki tworzy się korek z samych tramwajów, po prostu one się nie mieszczą. A właśnie ta obwodnica koncentruje i rozprowadza tramwaje na wszystkie kierunki miasta. Więc konieczny jest co najmniej jakiś odcinek podziemnego przejazdu. Nota bene, czytałem wywiad w którym pewien dziennikarz porównuje Kraków z Łodzią, mówiąc, że u nas też grozi to zapadaniem się kamienic. I to jest poziom debaty publicznej. Rzucamy takie byle coś w eter, bo trudno to nazwać myślą, zamiast wcześniej udać się do źródła i zapytać się kompetentnej osoby czy tak byłoby rzeczywiście. Ale pewnie tak jest efektowniej, bo zwiększa się klikalność. Więc było kilka kwestii, które prezydenta Majchrowskiego ze mną różniły, ale żadna nie była negacją czegokolwiek. Zresztą, że tak się nie da pokazała poprzednia kadencja. Jak na razie nie znalazłem ani jednej inwestycji lub przedsięwzięcia w mieście, którego nie zainicjował Jacek Majchrowski. Powiem więcej, nawet sytuacja na Rynku Głównym pogorszyła się od jego czasów, a wiem ile działań już było podjętych. Zresztą uważam, że jeszcze kilka ruchów i można było uzyskać bardzo przyzwoity stan. Dlaczego nigdy o tym szczerze nie porozmawialiście? Bo nasze relacje były coraz bardziej suche, a ja uważałem, że nie będę podejmował tematu, bo wyglądałoby to jak dopominanie się o władzę. Wbrew opinii dworu, nie tylko nie przebierałem nogami, ale w istniejącej sytuacji mój zapał do dalszej pracy na rzecz miasta malał. A jakie relacje macie dziś? Żadne. Jak się spotkamy, to oczywiście rozmawiamy. Ale znowu wchodzimy w rzeczy, o których nie będę mówił publicznie. Andrzej Kulig Uważa Pan, że Jacek Majchrowski, a właściwie jego poparcie Moniki Piątkowskiej może mieć wpływ na wynik zbliżających się wyborów? Na pewno jakiś wpływ będzie miało, ale nie wiem, czy można to zmierzyć. Czyj głos w Krakowie waży dziś więcej: Jacka Majchrowskiego czy Donalda Tuska? W ostatecznym rozrachunku korzystniejsze będzie poparcie Majchrowskiego. Uważam, że jeśli Donald Tusk będzie chciał powtórzyć to osiągnięcie, które uzyskał z Miszalskim, to naprawdę jest w błędzie. Niech mieszkańcy trochę zapomną o tym nieudanym epizodzie zarządzania miastem przez ekipę Aleksandra Miszalskiego. * Andrzej Kulig – prezes Krakowskiego Parku Technologicznego. Wieloletni współpracownik Jacka Majchrowskiego, zastępca prezydenta Krakowa w latach 2015 - 2024. Dyrektor Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie w latach 2005 - 2014. Doktor habilitowany nauk prawnych, prof. UJ, wykładowca akademicki, pracownik naukowy UJ. W 2024 kandydował na urząd prezydenta Krakowa, nie dostał się do drugiej tury. ZOBACZ TAKŻE: Wicepremier i kobiety. Wojewoda ujawnia szokującą hierarchię! [ROZMOWA]

Więcej…

Wicepremier i kobiety. Wojewoda ujawnia szokującą hierarchię! [ROZMOWA]

Wicepremier i kobiety. Wojewoda ujawnia szokującą hierarchię! [ROZMOWA]

21 sierpnia 2026 | 08:29

– Na liście kobiet w życiu Władysława Kosiniaka-Kamysza Monika Piątkowska na pewno ustępuje miejsca małżonce Paulinie i na pewno ustępuje też miejsca mamusi. Nie wiem, jak jest z teściową u szefa – mówi nam wojewoda małopolski Krzysztof Jan Klęczar. Szef Polskiego Stronnictwa Ludowego w Małopolsce zapewnia, że wicepremier na pewno pojawi się w Krakowie na spacerze z kandydatką popieraną przez KO i PSL. – Kraków jest dla nas miastem niezwykle ważnym. Nie ma drugiego miasta wojewódzkiego, gdzie od lat Polskie Stronnictwo Ludowe odgrywa ważną rolę w kreowaniu, w budowaniu tego, co się w tym mieście dzieje – uważa nasz rozmówca i ujawnia, kto mógłby wystartować w wyborach uzupełniających do Senatu. W rozmowie z Łukaszem Mordarskim polityk nie patyczkuje się także z byłymi partyjnymi działaczami. – To zdrajcy, którzy sprzedali ideały Witosa! *** Kanał Krakowski: Panie Wojewodo, wyleczył już Pan zakwasy po ubiegłotygodniowym spacerze z Moniką Piątkowską? Krzysztof Jan Klęczar: Choć moja powierzchowność tego nie sugeruje, to ja troszkę spaceruję, więc ten krótki spacer nie zmęczył mnie fizycznie. (uśmiech) Jak Krakowianie reagowali na kandydatkę? Nie spotkaliśmy się z żadnym przejawem agresji czy nieprzyjaznego odbioru. Troszkę tych spacerów okołopolitycznych, i to z różnymi ludźmi już odbyłem, więc wiem, co to znaczy, kiedy atmosfera jest gęsta. Tutaj tej atmosfery nie wyczułem. Pojawił się jeden mieszkaniec, który po prostu zadawał pytania. Pytania trudne, ale uzyskał odpowiedź i nie było żadnych nerwowych sytuacji. Monika Piątkowska i Krzysztof Klęczar Jakie trudne pytania można zadać kandydatce? Zależy od tego, co dla kogo jest istotne. W samorządzie proste nie są sprawy, które polaryzują, czyli głównie te światopoglądowe czy finansowe. Trzeba o tych sprawach umieć rozmawiać, umieć słuchać, i Monika to potrafi. Dla samorządowca ważne jest to, by potrafił wyjść poza swoje prywatne, osobiste zdanie, ponieważ reprezentuje ogół społeczeństwa, a nie samego siebie. Troszkę inaczej to wygląda w polityce partyjnej. Ja jestem szefem struktur partyjnych Polskiego Stronnictwa Ludowego. Jeśli ktoś do nas przystępuje, to podpisuje się pod tym, że kierunek partii, normy etyczne i światopoglądowe, są zbieżne z tym, co ta osoba chciałaby robić i wdrażać. Więc tu jesteśmy jakoś ukierunkowani. Piątkowska jest bardziej partyjna czy bardziej niepartyjna? Biorąc pod uwagę jej przeszłość i teraźniejszość, w mojej opinii Monika Piątkowska jest osobą ponadpartyjną. Współpracowała z różnymi partiami politycznymi, również z Polskim Stronnictwem Ludowym. Ale proszę zobaczyć, że dziś w Polskim Stronnictwie Ludowym, nie mamy do niej pretensji. Gdyby chcieli startować pan Wojciechowski, pan Kuźmiuk, czyli inni zdrajcy, którzy byli w Polskim Stronnictwie Ludowym, a następnie zdradzili ideały ruchu ludowego i Wincentego Witosa i poszli za swoimi interesami, nikt by ich nie poparł. Natomiast Monika jest osobą otwartą, patrzy szeroko i dlatego, pomimo że już na przykład do Polskiego Stronnictwa Ludowego nie należy, my ją popieramy. Popieraliśmy ją w wyborach do Senatu, popieramy ją w wyborach na prezydenta Krakowa, ponieważ uważamy, że jest dobrym kandydatem, jest właściwą osobą. Jest bardziej kandydatką KO, czy bardziej kandydatką PSL-u? Mam wrażenie, że to jest kandydatka mieszkańców, obywateli. Ciężko powiedzieć, czy ona jest bardziej nasza, czy bardziej Koalicji. Liderzy – pan premier Tusk, pan premier Kosiniak-Kamysz – wspólnie ją poparli. Na szczeblu wojewódzkim też nie mieliśmy z tym problemu. Pani marszałek Niedziela, która obecnie jest komisarzem struktur Koalicji w Małopolsce, i ja, też nie mieliśmy problemu z tym, żeby się pod tą kandydaturą podpisać. Ona jest ponad tym partyjnym sporem. Monika Piątkowska i Donald Tusk Wszyscy żyją przyjazdem Donalda Tuska do Krakowa, natomiast kiedy w Krakowie pojawi się Władysław Kosiniak-Kamysz i pójdzie z Moniką Piątkowską na spacer? Władysław Kosiniak-Kamysz w Krakowie pojawia się bardzo często, ale trzeba przyznać, że i premier Tusk, i premier Kosiniak naprawdę dużo teraz pracują i naprawdę zajmują się trudnymi rzeczami. Myślę, że obaj się pojawią. Co do premiera Kosiniaka, wiem, że on ma taką wolę i się pojawi. Kiedy? Data nie jest jeszcze wpisana na sztywno w kalendarz pana premiera. A zostanie wpisana? Jestem głęboko przekonany, że tak. Przed pierwszą czy przed drugą turą? Nie zajmuję się tym, nie potrafię na to odpowiedzieć. Pan premier ma służby, które odpowiadają za jego kalendarz. Ja też nie jestem sztabowcem pani Moniki Piątkowskiej, w związku z tym nie uczestniczę w tych rozmowach. Wiem z rozmów z premierem Kosiniakiem, że on taką wolę i gotowość wyraża. Na razie ograniczył się do tej jednej konferencji prasowej w Warszawie i potem nie zabierał głosu w tej sprawie. Jak szef raz mówi, że coś jest, to tak jest. I on nie musi 15 razy tego samego potwierdzać. Czyli trochę zgodnie z zasadą, że jak mężczyzna raz powie kobiecie, że ją kocha, to kocha aż tego nie odwoła? Dokładnie tak. (uśmiech) Choć co do miłości, to ja nie wiem, czy aż tak głęboko powinniśmy tutaj wchodzić, ale na pewno pan premier ceni, szanuje i będzie wspierał Monikę. Pojawi się w Krakowie. Proszę zobaczyć, że ta aktywność polityczna Władysława Kosiniaka-Kamysza jest generalnie mniejsza niż ta aktywność merytoryczna. Jesteśmy w okolicach Święta Wojska Polskiego, dzieją się historyczne rzeczy w tym momencie. Jest program SAFE, jest wiele innych działań, jest ciągła sytuacja permanentnego zagrożenia, jeżeli chodzi o różnego rodzaju prowokacje, w tym prowokacje na granicach. Więc po prostu szef ma tyle obowiązków tych merytorycznych, a on tu jednak idzie w tym duchu Witosa. Jest bardzo mocno zapatrzony w te ideały Wincentego Witosa – tam, gdzie zaczyna się interes państwa, tam się kończy interes partii. Więc w tym momencie tą partyjną polityką może mniej się zajmuje. Która na liście priorytetów jest więc dla niego Monika Piątkowska? Na liście kobiet w życiu Władysława Kosiniaka-Kamysza na pewno ustępuje miejsca małżonce Paulinie i na pewno ustępuje też miejsca mamusi. Nie wiem, jak jest z teściową u szefa. Natomiast wiem, że Kraków jest dla Władysława Kosiniaka-Kamysza ważny. Szef wyraził wolę i gotowość poparcia kandydatury Moniki Piątkowskiej, tak samo jak w przypadku wyborów do Senatu, które Monika wygrała. Natomiast jest takie stare przysłowie, że po coś kowal ma kleszcze. I myślę, że pan redaktor dostrzega duże zaangażowanie struktur Polskiego Stronnictwa Ludowego w tę kampanię. Władysław Kosiniak-Kamysz, Monika Piątkowska, Donald Tusk Jak wysoko na liście priorytetów dla PSL-u jest Kraków? Kraków jest dla nas miastem niezwykle ważnym. Przyzna pan, że nie ma drugiego miasta wojewódzkiego, gdzie od lat Polskie Stronnictwo Ludowe odgrywa ważną rolę w kreowaniu, w budowaniu tego, co się w tym mieście dzieje. Przecież w czasie kadencji profesora Jacka Majchrowskiego choćby Piotrek Kempf odpowiadał za całą politykę związaną z zielenią i robił to bardzo dobrze. To jest dla nas ważne miasto. Jak wygląda procentowo poparcie PSL-u w Krakowie i Małopolsce? Bardzo nie lubię tymi procentami operować, bo one w mojej opinii nie do końca są obiektywne. Co warto wspomnieć: w Małopolsce w tym momencie wspólna lista PSL i Polski 2050 zrobiła mandaty we wszystkich okręgach. 50 tysięcy głosów Władysława Kosiniaka-Kamysza w Tarnowie to jest wynik absolutnie imponujący. To czasy zamierzchłe. I wtedy padły słowa Tuska: „albo Trzecia Droga, albo trzecia kadencja PiS-u”. Dzisiaj już to się nie wydarza. Więc gdybyśmy mieli oszacować to poparcie dla PSL-u w Krakowie i Małopolsce, to jak by Pan to oszacował? Panie redaktorze, pośród różnych studiów, które kończyłem, politologii nie ukończyłem, natomiast pośród różnych przedmiotów, które miałem na studiach i szły mi lepiej lub gorzej, mistrzem statystyki też nigdy nie byłem. W związku z powyższym w tej kwestii nie chciałbym się wypowiadać, natomiast proszę zwrócić uwagę, że nawet 1% poparcia w milionowym Krakowie, gdyby przyrównać choćby do 25, 30 czy nawet 40%, które miewamy w niektórych niedużych gminach ościennych powiatów – liczbowo ma ogromne znaczenie. Finalnie przy obliczaniu progów wyborczych liczą się liczby, a nie procenty. Więc ja bym do tego podchodził tak, że faktycznie w Krakowie jest sporo ludzi popierających PSL. I proszę zwrócić uwagę, że Kraków nie jest rolniczy. Nam się przypisuje to rolnictwo, ale jest sporo intelektualistów popierających Polskie Stronnictwo Ludowe, są przedstawiciele świata nauki, świata kultury, bo my cały czas staramy się budować na prawdzie i jesteśmy tymi, którzy są – przepraszam za to słowo, ale ono dzisiaj jest tak niedoceniane – normalni. My nie lubimy skrajności. W mojej osobistej opinii skrajności z prawej strony są również niebezpieczne jak skrajności z lewej strony. One powodują niepokoje, nerwy, nerwową atmosferę. My jesteśmy normalni! My chcemy łączyć, budować i tego też ludzie potrzebują nie tylko na wsi, ale i w miastach. Krzysztof Jan Klęczar Czy wspomniany przez Pana Kempf będzie kandydatem do Senatu w razie, gdyby Piątkowska wygrała wybory? Nie wiem. Nie mogę odpowiedzieć tak lub nie, bo szanuję moich koalicjantów. Mogę panu powiedzieć, że nie było takiej rozmowy, nie rozmawialiśmy jeszcze o personaliach, jeżeli o to chodzi. Kiedy pojawił się wakat po panu ambasadorze Klichu, siedliśmy do rozmów na poziomie Krakowa, następnie była rozmowa na poziomie Warszawy i wspólnie wypracowaliśmy, że tą kandydatką będzie Monika Piątkowska. Nieoczywista wtedy, bardzo nieoczywista. Natomiast ja też mam jeszcze jedną ludową mądrość, której staram się trzymać: nie dzielmy skóry na niedźwiedziu. Nie wierzy Pan w wygraną Piątkowskiej? Głęboko wierzę! Proszę pana, ja się nigdy nie angażuję w coś, w co bym nie wierzył. Ja mogę się zaangażować w coś, co może być trudne, ale nigdy się nie angażuję w coś, w co bym nie wierzył. Szczerze panu powiem, głęboko wierzę w zwycięstwo Moniki Piątkowskiej. Nie wierzę, że taki wytrawny polityk jak Pan nie ma planu, mówiąc o kandydacie do Senatu. Ale Piotr Kempf jest w tym momencie bardzo dobrym dyrektorem Lasów Państwowych. Będziecie lansować jego kandydaturę? Nie jest to powiedziane. Słyszałem, że będziemy lansować jego kandydaturę na prezydenta Krakowa i tak się nie stało. To niech Pan rzuci jakąś alternatywę dla Kempfa. Wojciech Kozak. Krzysztof Jan Klęczar i Piotr Kempf PSL pójdzie samodzielnie do wyborów parlamentarnych w przyszłym roku? Taka jest w tym momencie decyzja Naczelnego Komitetu Wykonawczego, taka jest decyzja Rady Naczelnej, taka jest rekomendacja prezesa Kosiniaka-Kamysza. Natomiast bardzo ważne, co trzeba powiedzieć: samodzielnie to nie znaczy samotnie. To nie znaczy w osamotnieniu. My zapraszamy środowiska samorządowe. Jednym z takich naszych flagowych postulatów jest zniesienie tej niesprawiedliwej, nieuczciwej i w mojej opinii niekonstytucyjnej zasady ograniczenia kadencyjności wójtów i burmistrzów. To jest absolutnie dla mnie niezgodne z zapisami Konstytucji. Tam jest jasno napisane – bierne prawo wyborcze jednak nam wszystkim przysługuje, a wyłączenie dotyczy Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej po dwóch kadencjach. A tutaj ustawą próbujemy doprecyzować Konstytucję – tak się nie robi. Więc będziemy zapraszać środowiska samorządowe, będziemy też rozmawiać z wszystkimi, którzy mają podobną wizję Polski do naszej. Na czym opieracie nadzieję, że przekroczycie próg wyborczy? To nie jest kwestia opierania nadziei... Sondaże są bezwzględne. A kiedy pan widział przychylny sondaż dla PSL-u? Zdradzę panu moją osobistą teorię. Założę się, że gdyby pan pojechał w rejon mojej gminy Kęty, mojej ojczystej gminy, i zapytał takiego statystycznego mieszkańca, czy odda głos na Polskie Stronnictwo Ludowe, pewnie ta osoba by powiedziała, że nie. Ale jeśli by pan zapytał, czy odda głos na Klęczara, to już by się zastanowiła. I tak jest w bardzo wielu przypadkach. Czyli jest Pan większy niż partia? W tych regionach, gdzie mamy niskie poparcie – tak. Ale tu nie mówię tego, żeby siebie nobilitować, tylko dokładnie tak samo to wygląda z prezesem Kosiniakiem, dokładnie tak samo to wygląda z innymi naszymi lokalnymi liderami. Jak pan inaczej wytłumaczy to, że są wioski w gminie Kęty, gdzie PiS potrafił robić 80% w wyborach parlamentarnych, a ja w tej wiosce z kandydatem PiS-u wygrałem 90 do kilku procent w wyborach samorządowych? To jest kwestia człowieka. I teraz oczywiście ten elektorat często pozostanie wierny swoim partyjnym ideałom, natomiast bardzo często sondaże nas nie doceniają, ponieważ na etapie tych sondaży nie widać kandydatów, a ludzie na ostatniej prostej są gotowi iść poprzeć swoich lokalnych liderów. Krzysztof Jan Klęczar Będzie Pan walczył o to, żeby zwiększyć liczbę okręgów senatorskich w Małopolsce? Z matematyki wynika, że to właśnie pana okręg powinien zostać podzielony na dwa odrębne. A ja bardzo lubię mój okręg. To jest największy okręg w Polsce, on ma 600 tysięcy mieszkańców, ale mi się ten okręg podoba. Czyli nie powinien zostać podzielony na dwa? Tak byłoby sprawiedliwie i zgodnie z prawem, gdzie jest zapisane, że okręgi powinny być proporcjonalne. Sprawiedliwie to nie zawsze znaczy po równo. Walczyłem w tym okręgu, słyszałem, że w tym okręgu nie da się wygrać z kandydatem Prawa i Sprawiedliwości. Stoczyliśmy bardzo równy bój – 152 tysiące do 146 tysięcy głosów, przy kilkudziesięciu tysiącach głosów oddanych na innych kandydatów. To była uczciwa walka, przyjmuję jej wynik, pogratulowałem senatorowi Pająkowi. Tak szczerze panu powiem: fajna kampania była, bo ani ja na jego temat, ani on na mój temat nie powiedzieliśmy ani jednego złego słowa. To jest porządny chłop. Ja go znam mnóstwo lat, on się wywodzi z samorządu, był wójtem, był starostą, ma swoje zasady. Podałem mu rękę po wyborach, wypiliśmy kawę, porozmawialiśmy. Kto wie, może Bóg da, że zmierzymy się jeszcze raz. I ja osobiście uważam, że okręg jest, jaki jest. I wolałby Pan, żeby zostało tak, jak jest teraz? Jest mi to obojętne. Podzielenie go byłoby uczciwsze, dałoby mieszkańcom większą szansę tego, że później ten senator po wyborze mógłby się nimi realnie zaopiekować. Bo po to też jest ten parlamentarzysta – to nie tylko chodzi o to, że masz go wybrać, ale on potem ma mieć stały kontakt z wyborcami. Ja znam ten okręg, jest ogromny: od Myślenic, przez Wadowice, Chrzanów, Suchą Beskidzką, Oświęcim. I ciężko znaleźć później możliwość, żeby go, mówiąc kolokwialnie, pilnować. Więc jeżeli zostałby podzielony, pewnie byłoby to uczciwsze, natomiast jeżeli zostanie taki, jaki jest – od lat tak było. Nie można odmówić Andrzejowi Pająkowi troski o ten okręg – jeździ, stara się, jest często obecny, interweniuje, nawet tu podejmował interwencje w sprawach okręgu, więc się da. No to konkretnie: gdyby miał Pan autorytarnie podjąć decyzję, to zostawiłby Pan ten okręg, czy go podzielił? Ja bym się innymi rzeczami zajmował, okręg bym zostawił w spokoju. Krzysztof Jan Klęczar I ostatni temat. Ile pieniędzy w ramach programu OLiOC dostał w Małopolsce Kościół Katolicki? Nie jestem w stanie podać tej kwoty. Kościół jako taki nie dostał nic. Natomiast wiem, że są planowane w kilku obiektach miejsca ukrycia, które byłyby zlokalizowane w budynkach należących do Kościoła. Takie projekty były rekomendowane do dofinansowania. Nie jest to wielka skala, natomiast z kilkoma takimi projektami się spotkałem. Ten podział środków jest uznaniowy? Nie. To jest dość skomplikowane. Program określa, na co wolno dawać środki. Program daje też wojewodom pewną dowolność rekomendacji i ja się z tego bardzo cieszę. On jest wdrożony subregionalnie. Minimum 90% tych środków trafia za pośrednictwem jednostek samorządu terytorialnego. To jest taka prawdziwa decentralizacja, bo nasi oponenci dużo mówią o decentralizacji, a państwo centralizują, my to rzeczywiście wdrażamy. I teraz jak to wygląda: jest otwarty nabór, w którym są konkretne kryteria. Po tym naborze te wnioski są formalnie oceniane przez Urząd Wojewódzki bez wchodzenia w merytorykę – czy zostały złożone w terminie, czy ich kosztorysy są rzeczywiste itd. Potem jest zwoływany w pełnym składzie Wojewódzki Zespół Zarządzania Kryzysowego. Tam są przedstawiciele wszystkich instytucji, tam są również przedstawiciele samorządu, w tym samorządu województwa, przedstawiciele formacji mundurowych. Zespół opiniuje każdy wniosek, następnie idzie to do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Oprócz tego zdecydowana większość wniosków trafia jeszcze do Ministerstwa Obrony Narodowej. I dopiero potem, gdy mamy te opinie, ostateczna decyzja o podpisaniu umowy należy do wojewody. Natomiast nie zdarzyło mi się podpisać umowy, jeśli miałbym negatywną rekomendację któregoś z ministerstw, ponieważ tam są eksperci, którzy oceniają. Więc ta ocena jest wielostopniowa, tu uznaniowości praktycznie nie ma. Zapytałem o Kościół, bo jak to się też ma do likwidacji Funduszu Kościelnego? Premier Kosiniak-Kamysz jest przewodniczącym Zespołu do spraw Funduszu Kościelnego. Kościół Katolicki odgrywa w polskim społeczeństwie ważną rolę. I teraz: ja też jestem zwolennikiem tego, żeby nie mieszać nadmiernie państwa i Kościoła, bardzo nie lubię polityki w Kościele, ale trzeba sobie też odpowiedzieć na pytanie, czym jest polityka. Jeżeli zdarzały się takie sytuacje, że wychodzi osoba duchowna, odprawia Mszę świętą i autorytarnie, wskazując palcem, wypowiada się na temat konkretnego polityka, że ten jest dobry, a ten jest zły, na tego można głosować, na tego nie, na tę partię można głosować, na tę nie – to budzi we mnie naturalny sprzeciw i pretensje. Natomiast absolutnie nie mam pretensji, jeżeli Kościół głosem swoich hierarchów i swoich duchownych wypowiada się o sprawach takich jak aborcja, takich jak małżeństwa, takich jak szacunek do tej tradycji narodowościowej. Kościół ma prawo się w tej sprawie wypowiadać, ponieważ jego to bezpośrednio dotyczy. Osobiście, jeśli chodzi o kwestie współpracy z Kościołem, nigdy nie miałem problemów. W mojej opinii ta linia jest dosyć jasna, gdzie jest ten podział. Jeśli zaś chodzi o ochronę ludności, obronę cywilną, były przecież oficjalne rozmowy Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z Konferencją Episkopatu Polski. My również tutaj na przykład bardzo blisko współpracujemy z Caritasem Archidiecezji Krakowskiej. Więc ja uważam, że tu trzeba po prostu dobrej, mądrej współpracy. Ciężko mi sobie wyobrazić lepszego człowieka do tych zadań niż premier Kosiniak, który jest człowiekiem głęboko wierzącym. Tutaj Wincenty Witos dość jasno daje nam wytyczne – my często sięgamy do tej jego mądrości: „w sprawach wiary będziemy słuchać każdego wikarego, w sprawach polityki nie ugniemy się przed żadnym biskupem”. Krzysztof Jan Klęczar Jakie ma Pan relacje z lokalnym proboszczem? Moim? Znakomite. Ja byłem, proszę pana, dwie kadencje członkiem Rady Parafialnej. Jako burmistrz współpracowaliśmy – proboszcz miał kościół, ja miałem cmentarz, więc ta współpraca była nieunikniona. I znakomita. Natomiast mój proboszcz, kiedy obejmował parafię wiele lat temu, powiedział mi tak: „Dopóki ja tu jestem proboszczem, w tym kościele nie będzie ani słowa polityki w żadną stronę”. Minęło kilka lat, ksiądz proboszcz dotrzymał słowa. Mamy proboszcza, świetnych wikarych, dużo mówią o sprawach narodu, dużo mówią o pamięci, o tożsamości, o tradycji, natomiast ja się nigdy źle w kościele swoim nie poczułem. Rozmawiałem niegdyś ze świętej pamięci już senatorem Kogutem i mówił mi, że u siebie we wsi jest drugi po proboszczu. Jak to wygląda u Pana? Ja nie próbuję się tutaj pozycjonować z proboszczem, natomiast mam taką zasadę, że nie należy się rozpychać i wtrącać w nie swoje sprawy. Tyle ma w mojej opinii świecki do wymądrzania się na ambonie czy na plebanii, co duchowny do urzędu. ZOBACZ TAKŻE: Tusk nagle pojawił się w Krakowie i zapowiedział wagon z pieniędzmi. „Ona jak się uprze...”

Więcej…

„Wybierają życie w środowisku, które nazywa ich zdrajcami i oszustami” [ROZMOWA]

„Wybierają życie w środowisku, które nazywa ich zdrajcami i oszustami” [ROZMOWA]

20 sierpnia 2026 | 08:00

Koalicja Obywatelska czeka, aż „patologiczna rodzina PiS” w Małopolsce sama się pogrąży, bo na własną większość w sejmiku nie ma szans. Grzegorz Małodobry (KO) w mocnej rozmowie z Kanałem Krakowskim uderza w marszałka Łukasza Smółkę i wytyka radnym Prawa i Sprawiedliwości otwartą pogardę w swoich szeregach. Małodobry przyznaje też wprost, w czym kandydatka na prezydenta Monika Piątkowska ustępuje Łukaszowi Gibale. - Na pewno nie ma takich pieniędzy od tatusia - mówi. *** Kanał Krakowski: Czy Koalicja Obywatelska przejmie władzę w Małopolsce? Grzegorz Małodobry: W 2029 oku są wybory samorządowe i wtedy na pewno. A w tej kadencji? Cały czas próbujemy wziąć odpowiedzialność za Małopolskę. PiS jest tak podzielony, że bardziej już się nie da… Grzegorz Małodobry To co stoi na przeszkodzie? Na pewno to, że władza dla Prawa i Sprawiedliwości jest spoiwem – Małopolską rządzą. Stracili, chociażby 200 milionów złotych na pociągi, które marszałek Smółka mógł kupić z KPO, które otrzymał od rządu. To na ile frakcji musi się podzielić PiS, byście odzyskali władzę w sejmiku? W jednej z frakcji rzekomo była pani Barbara Nowak. Z całym szacunkiem, mam dość umiarkowaną zdolność koalicyjną z panią kurator. Chociaż czasami w samorządzie są projekty, które możemy wspólnie zrealizować. Dzisiaj przejmowanie władzy to wzięcie odpowiedzialności. Jesteśmy gotowi zawsze, ale nie patrzymy na to w taki sposób, żeby zdobywać szable i szukać większości za wszelką cenę, tylko po to, by zdobyć władzę w jakiejkolwiek konfiguracji – właśnie chociażby z panią Barbarą Nowak czy z Bogdanem Pękiem. To są skrajne przykłady. Jest przecież nowa frakcja Mateusza Morawieckiego. Nie będę tego ukrywał, że na korytarzach sejmikowych u części PiS-u mówi się o tym, że jest chęć odwołania pana Ryszarda Pagacza z funkcji wicemarszałka. Są radni, którzy o tym mówią wprost: radni związani z panią premier Szydło czy radni bardziej „bezpańscy” w tych różnych frakcjach. Taka sytuacja może mieć miejsce. Nie ukrywam też, że dwudziestu jeden radnych z PiS, którzy tworzą dzisiaj większość, po prostu nie przepada za sobą. Bardzo często widzę, że rywalizują ze sobą w okręgach i szukają wsparcia przy poszczególnych głosowaniach. Ale na zbudowanie większości trzeba mieć dwudziestu radnych, żeby wziąć poważną odpowiedzialność, a nie od sesji do sesji bujać się z brakiem większości w sejmiku, tak, jak dziś to wygląda. Łatwiej, jako Koalicja, mieć już nie będziecie. Łatwiej na pewno będzie przy wyborach, kiedy zdobędziemy więcej mandatów i będziemy mieli większy potencjał. Czyli tę kadencję spisujecie na straty? Nie, nie spisujemy na straty, ponieważ jesteśmy w stanie wywalczyć i wywalczyliśmy dobre rzeczy dla Małopolski, dzięki działalności rządu, a to jest najważniejsze. Prawie miliard złotych na inwestycje w szpitale, czy 400 mln na zakup pociągów, z czego Zarząd wykorzystał tylko niecałe 200… No to będzie marszałek z Koalicji w tej kadencji? Jest to bardzo trudne, ponieważ nie mamy tych 20 mandatów i swoich głosów, żeby takiego marszałka wybrać. Zmiany konfiguracji rządzącej w Małopolsce są możliwe, gdy Polska 2050, PSL, my i część radnych wybranych z list Prawa i Sprawiedliwości, zacznie myśleć o Małopolsce dużo poważniej niż obecnie, kiedy rozrywają budżet województwa na strzępy. Zobaczymy. Chciałbym też zwrócić uwagę na obecną sytuację w PiS-ie. Widzę coś w pewien sposób przykrego: gdy poseł Łukasz Kmita startował na Marszałka, wspierało go 17 radnych. Dzisiaj, jak święty Tomasz, udają, że go nie znają. Przykładem jest ostatnio pan marszałek Pagacz, który odcina się od pana Kmity. Zastanawiam się, jak zachowają się pan wojewoda Małodziński, pani kurator Nowak, pan Pęk czy osoby, które wspierały Łukasza Kmitę i Ryszarda Terleckiego. To się okaże w najbliższym czasie. Grzegorz Małodobry Próbuje Pan udowodnić, że środowisko PiS jest podzielone – to wiemy, dowiódł Pan tego. Tylko pytanie brzmi: co jeszcze musiałoby się stać, żeby Koalicja Obywatelska w Małopolsce przejęła władzę? Musielibyśmy mieć te 20 czy 21 głosów. Dzisiaj w tym konkretnym momencie tego nie ma, ale taka opcja może pojawić się za tydzień, dwa czy trzy. Były przecież głosowania, gdzie osiągaliśmy 20 lub 21 głosów przy poszczególnych sytuacjach. Pamiętajmy też, że ustawa o samorządzie województwa jest skonstruowana tak, że do odwołania marszałka potrzeba 24 głosów, a nie 21. Do odwołania reszty zarządu, gdyby pan marszałek zaproponował odwołanie, wystarczy 20 głosów. Podobnie z prezydium. Pan marszałek próbuje budować wizję bezpartyjnego samorządowca. Sam się zastanawiam, czy on ma w ogóle coś wspólnego z Prawem i Sprawiedliwością. Można prześledzić jego profil na Facebooku – nie widziałem, żeby wspierał kandydata na Premiera pana Czarnka czy pana Kaczyńskiego. Cały czas odcina się od PiS, co widać w jego codziennej pracy. Choćby dziś, gdy kandydat PiS na Premiera wspiera kandydata na Prezydenta, Marszałka nie widać na tym spotkaniu, może też już z Morawieckim.  Rozumiem, że się wstydzi, ale... Moglibyście rządzić z tym marszałkiem? Nie wiem. To, że odcina się wizerunkowo, to jedno. Ale są sprawy programowe, dotyczące transportu zbiorowego, dystrybucji środków europejskich, kultury oraz ważnych inwestycji, które absolutnie są realizowane nie tak, jak powinny. Spójrzmy na kontekst: w polskim parlamencie i we wszystkich samorządach, gdzie Koalicja Obywatelska ma większość, największy klub opozycyjny, czyli Prawo i Sprawiedliwość, zawsze ma swoje miejsce w prezydium. W drugą stronę to nie działa. My jako największy klub opozycyjny nie mamy swojego miejsca w prezydium sejmiku, bo pan marszałek Smółka nie respektuje podstawowych zasad demokracji. Stara się udawać, że nas nie ma, mimo że Koalicja Obywatelska rządzi w kraju i do Małopolski płyną miliardy złotych z funduszy rządowych. Pamiętamy, że gdy my rządziliśmy w sejmiku, a PiS w kraju, blokowano inwestycje samorządu województwa choćby stacja napraw Kolei Małopolskich przy dworcu w Krakowie. Wiemy, że to działało tylko w jedną stronę. Zakładamy jednak, że na końcu przyzwoitość – jeśli nie dzisiaj, to najpóźniej w 2029 roku – zwycięży. Czyli ciągle mówimy o tym 29 roku? Wtedy mamy wybory. A dziś potrzeba zdolności negocjacyjnych. Zdolności negocjacyjne dzisiaj są. Mamy na stole poważne podejście do odpowiedzialności za Małopolskę. Zakup 50 pociągów, jak robią to inne województwa, koordynacja rozkładów jazdy w Małopolsce, czy projekty inwestycji sportowych mogą połączyć ludzi. Jesteśmy gotowi jako Koalicja Obywatelska budować te rozwiązania. To ciągle za mało, bo trzeba się jeszcze z kimś dogadać. Mamy do zaproponowania wspólną odpowiedzialność za Małopolskę w postaci budowy wspólnego zarządu. Mówimy o naprawie transportu zbiorowego, kulturze, ograniczeniu ogromnych wydatków promocyjnych na rzecz realnych inwestycji, a nie tylko projektów. Marszałek Smółka i zarząd uwielbiają odpalać projekty czy robić pozwolenia na budowę, a potem tego nie realizować, przeciągać itd.  Sprawdziliśmy to w ostatnich latach. Obiecują rzeczy, z których się wycofują, jak giełda rolna. Natomiast spoiwem dla nich jest władza, bo pospawali Urząd Marszałkowski. Cała ta rodzina pisowska – pani premier Szydło, minister Adamczyk, pan Kmita czy pan Terlecki – oszukiwała się nawzajem, ale tę koalicję zbudowali razem dla władzy. Jesteśmy gotowi wziąć odpowiedzialność, ale czekamy, czy część radnych Prawa i Sprawiedliwości dojrzeje do tego, by zmienić Małopolskę na poważnie, zamiast drzeć to czerwone sukno i dzielić je między pisowskie rodziny. Chciałbym jednak porozmawiać o Koalicji: czy premier Tusk wybaczył Wam już to, że przegraliście marszałka i województwo? W czterech województwach w Polsce – lubelskim, podkarpackim, świętokrzyskim i małopolskim – Prawo i Sprawiedliwość osiągnęło samodzielną większość. Tam cały czas była kłótnia w tej patologicznej rodzinie Prawa i Sprawiedliwości, gdzie ojciec wracał w sobotę w ciężkim stanie, kłócił się z matką, ale do rozwodu nie doszło. W trzech województwach udało się tę pisowską zawieruchę pogodzić wcześniej. W województwie podlaskim marszałek zaproponował dwóm członkom Prawa i Sprawiedliwości wspólne funkcjonowanie w zarządzie. U nas ten serial trwał dwa miesiące, kiedy Łukasz Kmita był pięciokrotnie oszukiwany przez radnych Prawa i Sprawiedliwości. Uważam zresztą, że dla PiS Łukasz Kmita byłby lepszym marszałkiem, bo jest dużo bardziej charyzmatyczny niż marszałek Smółka. Stawiałby na swoim. Sejmik Województwa Małopolskiego. Przemawia marszałek Łukasz Smółka I nawet tego nie potrafiliście wykorzystać? Okazało się, że ta pisowska rodzina – grupa kilku radnych – blokowała Łukasza Kmitę i ostatecznie mniejszość narzuciła swoją wolę większości. Jednak zrobili to w ramach PiS. Odpowiadając na pytanie: czy Donald Tusk już wam wybaczył? Nie wiem, czy miał co wybaczać. Straciliście sejmik. Nie wygraliśmy go w wyborach. PiS miał 21 mandatów na 20 potrzebnych do większości. Razem z partnerami z PSL i Polski 2050 staraliśmy się budować alternatywę. Dzisiaj, jak Klub KO pokazujemy, że jesteśmy opozycją, która zawsze mierzy się z Prawem i Sprawiedliwością, bo uważamy, że choćby transport zbiorowy zasługuje na lepsze zarządzanie. Byłem wielokrotnie publicznym świadkiem zdarzeń, gdy parlamentarzysta Prawa i Sprawiedliwości, niezwykle ważny wicemarszałek Sejmu, krzyczał do radnych PiS, że są zdrajcami, oszustami i kłamcami. Ja nigdy w ten sposób nie zwróciłem się do radnych PiS. To była rozmowa między radnymi Ćwikiem i Gawronem, a posłem Terleckim. Ten pierwszy już dawno opuścił PiS. Ale nadal chce trwać w tym środowisku. Jeśli oni wybierają życie w środowisku, które nazywa ich zdrajcami i oszustami... Ja mówię, że źle rozwijają Małopolskę, ale nie nazywam ich zdrajcami Polski. Nie mam też zamiaru robić niczego na siłę. Nic mi do tego, że ci ludzie wolą współpracować z kimś, kto mówi do nich „zdrajco”. Ja wolę powiedzieć: „zbudujmy razem obiekty sportowe, kupmy pociągi” i od tego zacząć współpracę. Generalnie tam lubią się obrażać, wcześniej obrażano tych, którzy blokowali posła Kmitę na Marszałka, teraz obrażają w drugą stronę, jest to płynne. Czyli na dzisiaj wygląda to tak, że marszałek Smółka dojedzie do końca kadencji przy Waszym pokrzykiwaniu i na tym się skończy. Nie obstawiałbym tego na 100 procent, dałbym 50 na 50. Jak mówiłem, marszałek Smółka sam dystansuje się od swojej partii – nie wiem nawet, czy wspiera posła Czarnka. Podczas dyskusji nad raportem o stanie województwa mówili o wielkim wzroście gospodarczym, ale udział Urzędu Marszałkowskiego w tym rozwoju był umiarkowany. Chwalili ogólny rozwój Polski, więc sam nie wiem, na ile oni czują się częścią Prawa i Sprawiedliwości. W przekazie medialnym niespecjalnie ich wspierają. Zastanawiam się, czy będą głosować na kandydatów PiS, czy może przejdą do projektu Mateusza Morawieckiego. Te przetasowania trwają. To dziś Morawiecki łowi w samorządach. Ale nie przekłada się to na utratę władzy w Małopolsce. Wszystko przed nami. Mateusz Morawiecki popełnił pewne błędy strategiczne – poparł Michała Drewnickiego, jednocześnie próbując wyjść z pewnego układu, ale tak naprawdę z niego nie wyszedł. Nie dał nikomu sygnału, że to jakaś prawdziwa zmiana. Nie wyszedł, bo grupa ludzi związana z Morawieckim jest zatrudniona w spółkach należących do województwa małopolskiego. Brak poparcia dla Drewnickiego oznaczałby, że ta grupa traci pracę. Stoją w rozkroku. Jeśli buduje się nowy projekt polityczny, to stojąc jedną nogą w starym, skończą jak Gowin, Ziobro, czy PJN. Jeśli chcą robić politykę na poważnie, powinni pokazać odrębność w samorządzie. Mam poczucie, że ci, którzy byli z Łukaszem Kmitą, szybko zapomnieli o dawnych relacjach przyjacielskich, przykre to ale prawdziwe. Radni KO w sejmiku województwa małopolskiego Pan cały czas o PiS-ie, a ja chciałem porozmawiać o KO. I postawię tezę, że kwintesencją nieudolności małopolskiej Koalicji Obywatelskiej są jej ostatnie porażki. Dziś nie macie ani województwa ani Krakowa. To jest wynik wyborów. Można na to patrzeć szerzej i historycznie, różne były czasy Koalicja Obywatelska samodzielnie nigdy nie wygrała Krakowa aż do 2024 roku. W wielu powiatach od lat nie rządziła, a dziś jest inaczej. Ale współrządziła z Jackiem Majchrowskim. Bywały różne czasy. Pamiętam start Stanisława Kracika, kiedy była mocna kontra. W 2018 roku była wspólna lista. Dzisiaj są powiaty, gdzie zdobywamy władzę i mamy wójtów czy starostów. Wypada przypomnieć, że prezydent Ludomir Handzel w Nowym Sączu czy Janusz Chwierut w Oświęcimiu mieli nasze poparcie, Prezydent Kwaśny w Tarnowie. Jest cała masa miejsc, gdzie wygrywamy. Sytuacja w sejmiku wynika ze zmiany rozkładu poparcia. PiS ma mniej mandatów niż wcześniej w 2018 roku, My więcej Mapa polityczna będzie się zmieniać wraz z wyborami parlamentarnymi i zachowaniem Konfederacji oraz tym, czy w PiS dojdzie do prawdziwego rozwodu, czy pozostanie separacja z opieką naprzemienną nad Marszałkiem Łukaszem Smółką i zarządem Województwa. To, że Monika Piątkowska nie startuje z komitetu Koalicji Obywatelskiej, też nie jest prób separacji od KO? Nie, to poszerzenie komitetu. Ma choćby wsparcie Polskiego Stronnictwa Ludowego. Chodzi o budowanie szerszego porozumienia obejmującego PSL, Inicjatywę Polską, Nowoczesną czy bezpartyjnych szefów i radnych dzielnic. Wybory prezydenckie to wybory personalne, gdzie formuły startu bywają różne. W czym Monika Piątkowska jest lepsza od Łukasza Gibały? Znam Łukasza Gibałę tylko z mediów społecznościowych. Na pewno Monika nie ma takich pieniędzy od taty, jakie ma Gibała. A lepsza jest w tym, że ma większe doświadczenie w zarządzaniu i ma zdecydowanie wyższą inteligencję społeczną oraz emocjonalną w relacjach z ludźmi. ZOBACZ TAKŻE: Piątkowska zapowiada wprowadzenie opłaty turystycznej W TYM ROKU i krytykuje Kracika

Więcej…

Szef Klastra Rybitwy: „Śpię spokojnie. Czasem gramy twardo, ale zawsze fair ” [ROZMOWA]

Szef Klastra Rybitwy: „Śpię spokojnie. Czasem gramy twardo, ale zawsze fair ” [ROZMOWA]

14 sierpnia 2026 | 08:20

– Śpię jak niemowlak i nie boję się, że ktoś zapuka o 6 rano – mówi nam Remigiusz Tytuła, prezes Klastra Rybitwy. Zapewnia, że po tym, jak złożono doniesienie do prokuratury, zrobił rachunek sumienia. – Przeanalizowałem sobie, czy w jakimś ferworze działań czegoś nie pominąłem, przeanalizowałem własną działalność, posprawdzałem komunikatory, przypomniałem sobie rozmowy… – Sedno problemu z mojego punktu widzenia jest takie, że z normalnej działalności organizacji społecznej, z normalnej działalności przedstawicieli samorządu, próbuje się zrobić jakąś podejrzaną sprawę. Rozmowa przez telefon? Zgroza! Wysłanie wiadomości? Podejrzane! Prośba o informację? Zbrodnia! – mówi prezes Tytuła. *** Kanał Krakowski: Panie Prezesie, jednak rozmawiamy w Pańskim biurze, a nie w areszcie śledczym. Remigiusz Tytuła: (śmiech) I zawsze tak będziemy rozmawiać! No chyba, że pan redaktor ma coś na sumieniu? Żyjemy wciąż w kraju, w którym można rzucać różne oskarżenia, natomiast faktycznie liczy się to, co na koniec dnia jest „zaksięgowane” w aktach sądowych. Co szczególnie przykre i kłopotliwe – choć ja, Klaster i opinia publiczna nie zna treści zawiadomienia, nie zna zawiadamiającego, nie zna zarzutów i nie może ich ocenić – to wytwarza się wrażenie, że „może coś jest na rzeczy”, obciąża reputację.      Remigiusz Tytuła podczas protestu przed magistratem Najważniejsze jednak, że nic to nie zmienia w naszym modelu działania. W tym, co mówimy, jak mówimy, do kogo mówimy i z pomocy jakich narzędzi komunikacji korzystamy. Zawsze wygląda to dokładnie w ten sposób: komunikujemy się ze wszystkimi, z tymi nam przychylnymi ale również z naszymi przeciwnikami w sferze publicznej. A kto jest dziś Waszym przeciwnikiem w sferze publicznej? Naszym przeciwnikiem jest zawsze ten, kto ustawia się naprzeciwko miejscom pracy i podatkom. Naszym przeciwnikiem jest ten, kto chce iść na skróty i osiągać zysk nie wysiłkiem, zaangażowaniem, innowacją; ale prostą spekulacją – jak choćby administracyjną zmianą możliwości zagospodarowania  danego gruntu. Naszym przeciwnikiem są też wszyscy Ci, którzy sekundują takim postawom.    Czyli kto? Bo na teraz narrację mamy taką, że może Pan być zamieszany w jakąś gigantyczną aferę. Zacytuję LoveKraków: "Bartłomiej Talaga złożył do Małopolskiego Wydziału Prokuratury Krajowej zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez dwóch przedstawicieli Klastra oraz przez radnego miejskiego". Niech Pan przeczyta ostatni akapit tego materiału. "Od Redakcji: Podkreślamy, że opisane wyżej zarzuty pochodzą z zawiadomienia Bartłomieja Talagi i na moment publikacji nie zostały potwierdzone przez organy ścigania ani przez CBA. Nie przesądzamy o ich prawdziwości ani o odpowiedzialności konkretnych osób". No właśnie. To jest dość specyficzne i pokazuje, że ktoś, za tym stoi, ma cel tylko i wyłącznie podkopania naszej pozycji, naszej roli w dialogu społecznym. A redakcja to publikuje, ale jednocześnie wiary chyba brak… To jaki motyw miał zawiadamiający? Trudno jest mi się wczuć w rolę pana Bartłomieja Talagi. Powiem tyle: jako przedsiębiorca w Krakowie jest osobą dość anonimową, swoją działalność biznesową prowadzi poza naszym miastem, a Klaster to jest kilkudziesięciu przedsiębiorców zatrudniających tysiące osób, mających swoją markę, mających swój wizerunek. No i de facto mówimy tutaj właśnie o takiej rozbieżności, gdzie następuje uderzenie w naszą organizację, w ludzi, w całe to zaplecze. Czy przedstawiciele Klastra otrzymywali niejawne materiały planistyczne od radnego Grzegorz Stawowego? Nie. Z panem Grzegorzem Stawowym, tak samo jak z panem Włodzimierzem Pietrusem, z panem Michałem Starobratem, czy z panami: Łukaszem Gibałą, Aleksandrem Miszalskim, Stanisławem Mazurem, Jerzym Muzykiem, czy Stanisławem Kracikiem, mieliśmy wielokrotnie kontakty, braliśmy udział w różnego rodzaju spotkaniach i przepływ informacji miał charakter jawny. Korzystaliśmy tylko i wyłącznie z oficjalnych kanałów komunikacji i zawsze staraliśmy się robić w ten sposób, żeby nie wyróżniać nikogo w procesie komunikacyjnym. Radny Grzegorz Stawowy Sednem całego problemu jest to, że próbuje się wytworzyć wrażenie, jakoby kontakt z radnym czy spotkanie z prezydentem, było czymś obciążającym, jakąś podejrzaną okolicznością. Tymczasem rolą takich organizacji jak nasza, a także rolą samorządu i jego przedstawicieli, jest przecież uczestniczyć w dialogu społecznym, czyli spotykać się z różnymi środowiskami, wysłuchiwać ich głosu, otrzymywać od nich materiały, poddawać je pod analizę i tak dalej. Tak działa społeczeństwo otwarte. To jest też istota naszego działania od początku i my z tego działania absolutnie się nie wycofamy. Uważa Pan, że cała ta sprawa jest „dęta” i jest zwykłą nagonką? Może kampania wyborcza jest mało emocjonująca? Może w sezonie ogórkowym ktoś chce jakoś zapunktować? Ja przeanalizowałem sobie, czy w jakimś ferworze działań czegoś nie pominąłem, przeanalizowałem własną działalność, posprawdzałem komunikatory, przypomniałem sobie rozmowy… Czyli zrobił Pan rachunek sumienia? No oczywiście, że zrobiłem rachunek sumienia, robię go zresztą codziennie myjąc zęby przed lustrem. Jesteśmy tylko ludźmi i czasami może się zdarzyć jakaś pomyłka. I co Panu wyszło? Tak jak mówiłem, sedno problemu z mojego punktu widzenia jest takie, że z normalnej działalności organizacji społecznej, z normalnej działalności przedstawicieli samorządu, próbuje się zrobić jakąś podejrzaną sprawę. Rozmowa przez telefon? Zgroza! Wysłanie wiadomości? Podejrzane! Prośba o informację? Zbrodnia! Śpi Pan spokojnie? Nie boi się Pan, że o godzinie 6 rano ktoś zapuka do drzwi i nie będą to mili panowie? Śpię jak niemowlak, ale za to chrapię jak dziadek, taka już jest moja uroda. (śmiech) Ale jak będą wyważać drzwi, to Pan usłyszy? Powiem tak: zarówno ja, jak i organizacja, którą reprezentuję, gramy czasem może twardo, ale zawsze staramy się grać fair. Dlatego śpię spokojnie, traktuję tą akcję jako atak typowo wizerunkowy, mający na celu zamrożenie pewnego procesu, w którym Klaster uczestniczy. A procesem tym jest komunikowanie publiczne, edukowanie, rozmowa z przedstawicielami samorządu i opinią publiczną o tym czym są Rybitwy i Płaszów, o pracy i podatkach. Teraz w kampanii tym procesem jest na przykład rozmowa z każdym kandydatem na prezydenta. Prezes Klastra Remigiusz Tytuła i członek zarządu Łukasz Janeczek Komuś to chyba przeszkadza, że jakoś sobie radzimy, że ludzie zamiast zachwycać się makietami i wizualizacjami, zaczynają rozumieć, że sukcesem Krakowa nie będzie to że będzie miał więcej mieszkań i mieszkańców, tylko to, że będą środki, by tym mieszkańców dostarczyć usługi publiczne na dobrym poziomie, że będą reinwestowane podatki w budowę, a potem utrzymanie infrastruktury, że nie będziemy musieli rokrocznie zastanawiać się z czego zapłacimy motorniczym czy nauczycielom. Komu najbardziej nie leży narracja, którą promuje Klaster? Nie będę bawił się w jasnowidza i psychologa. Nie znam zawiadomienia, z oczywistych względów nie mam aktualnie kontaktu z osobą wskazaną przez redakcję Lovekraków jako autora zawiadomienia, nie siedzę w jego głowie ergo nie znam jego motywów, zaplecza i inspiracji. Z logiki postępowania wynika jednak, że teraz takie pytania zadane zostaną mu nie przeze mnie, czy dziennikarzy, ale funkcjonariuszy państwowych weryfikujących to zgłoszenie.      ZOBACZ TAKŻE: Owca i stado baranów pchają się do magistratu. Nie ma już żadnych hamulców!

Więcej…

Wantuch: „Za te dwie rzeczy oddałbym duszę i cały majątek nawet diabłu” [WYWIAD]

Wantuch: „Za te dwie rzeczy oddałbym duszę i cały majątek nawet diabłu” [WYWIAD]

11 sierpnia 2026 | 08:40

– Problem z panią Darią Gosek-Popiołek jest taki, że ona jest bardzo sympatyczną osobą, ale to nie są wybory na „Najlepszą sąsiadkę”, ale na prezydenta Krakowa, który czasami musi być twardym draniem – mówi nam Łukasz Wantuch. Były radny zbiera podpisy pod swoją kandydaturą oraz bez ogródek mówi, za co "się sprzeda" jeszcze przed wyborami. – Gdyby w tym momencie tutaj, na środku Plant, wylądował statek kosmiczny, a w środku był diabeł, to za te dwie rzeczy oddałbym duszę i cały majątek – zapewnia Wantuch. *** Kanał Krakowski: Czy to koniec Pańskiej przygody z wyborami w Krakowie? Łukasz Wantuch: Nie wiem, dlatego że dla mnie wybory nie są celem samym w sobie. Każdy, kto mnie obserwuje od ponad dekady, wie doskonale, że są pewne rzeczy, na których mi zależy… Są też rzeczy, które trzeba zrobić, np. zebrać trzy tysiące podpisów. Mam w tym momencie ponad tysiąc podpisów, więc to idzie całkiem dobrze, mimo że jest trudno. Kto zbiera te podpisy? Znajomi, osoby z Facebooka, rodzina, przyjaciele… Robią to za darmo czy za 50 złotych netto za godzinę, bo tyle Pan oferował? Część osób robi za darmo, ale część to tak zwani „płatni wolontariusze”. Łukasz Wantuch To pojęcie, które weszło do języka dzięki Łukaszowi Gibale. Opłacał ludzi, jednocześnie nazywając ich wolontariuszami. No jest to sprzeczność sama w sobie. To tak jakby mówić, "sucha woda". Albo "merytoryczna kandydatka lewicy". (śmiech) To prawda, ale to się wytnie przy autoryzacji. To jaka jest największa trudność w tym zbieraniu podpisów? Po pierwsze, mamy okres wakacyjny, bardzo wielu Krakowian wyjechało z miasto. Po drugie, wielu ludzi nawet nie wie, kiedy są wybory.  Po trzecie problemem jest podanie numeru PESEL. Większość ludzi ma zastrzeżony PESEL i myśli, że to w jakiś sposób przeszkadza. A po czwarte, moim największym problemem jest to, że jestem niezależny. Ta niezależność ma swoje zalety, ale ma też gigantyczną wadę, że w postaci tego, że nie jestem częścią żadnej struktury partyjnej, która może mi zebrać podpisy. Próbował się Pan dogadać m.in. z Joanną Senyszyn, ale ona stwierdziła, że jest Pan bezczelny, bo od razu zobowiązał ją Pan do zebrania trzech tysięcy podpisów dla Pana. To było bardzo miłe spotkanie, ale jestem osobą, która mówi rzeczy prostu z mostu. Jeżeli coś daję, a to też oczekuję. Co jej Pan zaoferował? Jeżeli jest partia myśli poważnie o wyborach parlamentarnych w przyszłym roku, to mogę jej pomóc w budowaniu struktur w Krakowie i pomogę w promocji ugrupowania. Joanna Senyszyn ZOBACZ TAKŻE: Senyszyn: „Gibała może wygrać już w pierwszej turze” [WYWIAD] A za co – poza podpisami – Pan mógłby się sprzedać innym kandydatom? Są dwie takie rzeczy, na punkcie których mam obsesję: wymiana opraw sodowych na ledowe i montaż kamer bezprzewodowych. Rozpocząłem sześć lat temu program wymiany opraw sodowe na ledowe, który daje miastu 20 milionów w oszczędności. Gdyby było to zrobione tak, jak ja proponowałem, a nie tak, jak wymyśliło to ZDMK, to już dzisiaj wszystkie lampy w Krakowie byłyby ledowe. Jeśli chodzi o kamery bezprzewodowe, dam banalny przykład. To, że udało się złapać sprawców ostatnich głośnych ataków, wynika z tego, że ktoś posłużył się telefonem komórkowym i nagrywał zdarzenie. Gdybyśmy w mieście mieli kamery instalowane tam, gdzie chce rada dzielnicy, to byłoby bezpieczniej. Siedzimy tutaj teraz w Bunkrze Sztuki. Jeśli w tym momencie ktoś upadnie na ulicy, to AI, które obserwuje te kamery, zauważa, że ktoś upada i przesyła informację do operatora. Operator decyduje, czy ktoś się po prostu potknął czy to jest np. zawał serca. I za te dwie rzeczy sprzeda Pan swoje 0,3% poparcia? To jest tak bardzo dobry wynik, jak na początek. 0,3% poparcia to jest kilkaset głosów przy niskiej frekwencji. Nie obawia się Pan, że stanie się kandydatem-memem? Jeżeli ktoś nie ryzykuje, to bez próby nie ma sukcesu. Lepiej żałować, że coś się zrobiło i to się nie udało, niż żałować, że się nie próbowało w ogóle. Będzie Pan większym memem niż Daria Gosek-Popiołek, a to spore osiągnięcie przebić ją akurat w tej kategorii. Jeżeli chodzi o znajomość tego miasta, jestem najbardziej merytorycznym kandydatem, bo mam ponad 10-letnie doświadczenie samorządowe. Od rady dzielnicy po Radę Miasta Krakowa. Daria Gosek-Popiołek A problem z panią Darią Gosek-Popiołek jest taki, że ona jest bardzo sympatyczną osobą, ale to nie są wybory na „Najlepszą sąsiadkę”, ale na prezydenta Krakowa, który czasami musi być twardym draniem. I nie wyobrażam sobie pani Darii Gosek-Popiołek mówiącej do mieszkańców: słuchajcie, niestety zrobimy tak, jak jest dobrze dla miasta, a nie tak, jak wy chcecie. Pani Daria będzie chciała zrobić tak, żeby zadowolić i tych, którzy coś chcą i tych, którzy chcą coś innego. To jest przekleństwo w ogóle wszystkich polityków, którzy boją się ludziom powiedzieć prawdę. Ja nie będę miał z tym problemu. Gosek-Popiołek powinna wystartować na „najsympatyczniejszą kandydatkę roku 2026”, ale to jest wszystko. Jest to ciepła, urocza osoba. Wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie pod względem takim ludzkim. Ale jak patrzę na jej program wyborczy, to widzę, że proponuje rzeczy, których nie da się załatwić na podstawie prawa lokalnego i muszą być załatwione ustawami. Przypominam, że ona jest posłanką… Może ona tego po prostu nie wie?  Tego się obawiam. Albo nie wie, albo jest niezwykle wyrachowana. Jeżeli nie wiedziała, ilu jest posłów w Sejmie i jakie jest budżet Krakowa, to obawiam się, że to pierwsze. Ale ona ma taki typ osobowości, że próbuje być panną młodą na każdym ślubie. Chce, żeby wszyscy byli szczęśliwi. To jest bardzo mądra taktyka, bo mówi ludziom to, co chcą usłyszeć, na zasadzie: „idą wybory, więc wam to obiecam, a co będzie po wyborach, to jest inna życie”. Problem jednak polega na tym, że ona nie ma kompletnie wiedzy o naszym mieście ii widać to już na samym starcie kampanii. Obawiam się, że z każdym dniem będzie coraz gorzej. Jak zaczniemy ją pytań o konkretne rzeczy, o Zakrzówek, o Wesołą, o komunikację miejską, to ona nie będzie znała odpowiedzi. Może ludzie chcą, żeby politycy byli infantylni, głupkowaci? Tak się robi kampanię. Jeżeli popatrzymy na postulaty niektórych kandydatów, to na przykład Michał Drewnicki obiecał już chyba wszystko. Na przykład nowe miejsca pracy. To bardzo dobry postulat, ale gdzie będą te miejsca pracy i kto je stworzy? Michał Drewnicki Mój program jest konkretny. Mówię konkretnie, co chcę zrobić, gdzie chcę zrobić, w jaki sposób chcę co zrobić. I o tym chcę robić tę kampanię. Nie będę się posuwał do obrzydliwych rzeczy,  personalnych wycieczek typu, że Gibała jest synem przedsiębiorcy i bratem dewelopera, a Miszalski miał dyskotekę w budynku, gdzie była siedziba Gestapo. To obrzydliwe! W swojej analizie napisał Pan, że dobrze ocenia Bartosza Bocheńczka z Konfederacji. Spotkałem się z nim tylko raz i zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Do tej pory Konfederacja kojarzyła mi się tylko z Konradem Berkowiczem, z którym miałem nieprzyjemność kiedyś się spotkać. Zrobił na mnie straszne wrażenie. Straszne. Czyli jakie? Prymitywne. Prymitywny człowiek. Jakbym miał określić go jednym przymiotnikiem, to jest po prostu prymitywny. A jeśli chodzi o Bocheńczaka, ma bardzo logiczny, analityczny i chłodny umysł. Wiadomo, że prezydentem Krakowa nie będzie, ale zrobi dobry wynik, ponieważ on ma podejście, które lubię: problem, analiza, rozwiązanie. Bartosz Bocheńczak Jest w Krakowie polityk, który przed drugą turą wyborów prezydenckich Gibała-Miszalski mówił, że dla niego nie ma różnicy, u kogo będzie wiceprezydentem. Dla Pana też? Jak wspomniałem o tych dwóch obsesjach, gdyby w tym momencie tutaj, na środku Plant, wylądował statek kosmiczny, a w środku był diabeł, to za te dwie rzeczy oddałbym duszę i cały majątek. To są rzeczy, które wiem, że są dobre dla miasta. Ale nie startuję po to, by się sprzedawać, ale by zostać prezydentem! Odważne słowa, jak na kogoś, kto ma 0,3% poparcia. Zohran Mamdani miał jeszcze mniej, a trzy miesiące później został burmistrzem Nowego Jorku. Zabawne, bo Pan ani nie jest Mamdanim, ani nie ma trzech miesięcy. Liczę na mądrość mieszkańców Krakowa. Liczę na to, że mój program, który daje konkretne rozwiązania problemów, będzie na tyle atrakcyjny dla mieszkańców, że na mnie zagłosują. Nie jestem pozbawiony wad, ale po erze polityków, którzy są infantylni i obiecują wszystko, może ludzie w końcu zaczną doceniać tych, którzy potrafią przedstawić konkretny program i potrafią czasem powiedzieć: nie. A jeśli Pan nie zbierze podpisów i jednak nie wystartuje? Wtedy najlepszą kandydatką będzie Monika Piątkowska. Biorąc pod uwagę cały jej dorobek i znajomość naszego miasta, jestem przekonany, że jest w stanie zrobić najwięcej dla Krakowa. Monika Piątkowska ZOBACZ TAKŻE: „Start Gibały to połączenie ambicji, ego i żądzy władzy. W końcu się dodrapie” [WYWIAD]

Więcej…

„Start Gibały to połączenie ambicji, ego i żądzy władzy. W końcu się dodrapie” [WYWIAD]

„Start Gibały to połączenie ambicji, ego i żądzy władzy. W końcu się dodrapie” [WYWIAD]

10 sierpnia 2026 | 08:26

– Wychowany był w cieplarnianych warunkach, pod kloszem, w rodzinie mającej pieniądze. Potrzebuje chyba mieć tylko tytuł. Inaczej nie da się tego wytłumaczyć. No chyba że jest uzależniony od pewnego narkotyku, który nazywa się żądza władzy – tak czwarty start Łukasza Gibały w wyborach na prezydenta Krakowa komentuje Patryk Salamon, redaktor naczelny LoveKraków.pl. W rozmowie z Kanałem Krakowskim dziennikarz mówi, kto przeprowadzi najbardziej brudną kampanię, kto jest najbardziej merytorycznym kandydatem i kto zaliczy największą porażkę. *** Kanał Krakowski: Kto zostanie prezydentem Krakowa? Patryk Salamon: Myślę, że nikt nie jest w stanie dziś racjonalnie odpowiedzieć na to pytanie. Są badania, sondaże… Na ich podstawie widziałem już Rafała Trzaskowskiego, który przez trzy godziny był prezydentem Polski. Tu możemy mieć więc ten sam kazus: być może Łukasz Gibała myśli, że już jest prezydentem Krakowa. Pamiętajmy, że trzy lata temu też był już prezydentem, a przynajmniej na to wskazywały wszystkie sondaże. Tymczasem w trakcie kampanii nastąpiło przełamanie, Aleksander Miszalski zaczął iść do przodu. Zresztą to, że Miszalski wygrał pierwszą turę też było niespodziewane i sondaże na to nie wskazywały. Na dziś nie można więc stwierdzić, kto zostanie prezydentem Krakowa. Patryk Salamon Skąd się bierze taka dysproporcja między sondażami a wynikami, głównie u Łukasza Gibały? Sondaże w rękach polityków są po to, żeby kreować wizerunek. Często są sztucznie pompowane. Już w tej pre-kampanii mieliśmy do czynienia z absurdalnym sondażem, w którym Daria Gosek-Popiołek osiągała jakiś niebotyczny wynik i tak naprawdę brakowało milimetra, żeby została prezydentem Krakowa. Kandydaci wypuszczają więc takie sondaże, żeby pokazać, że mają silną pozycję. Co im to daje? Stawiam tezę, że niektórzy kandydaci wypuszczają badania z dobrymi wynikami w momencie, gdy robią zbiórkę finansową na kampanię wyborczą. Wtedy przychodzi jeden z drugim kandydatem do biznesmena i mówi: „Zobacz, mam szansę wygrać”. Żaden racjonalnie myślący prywatny przedsiębiorca nie da pieniędzy kandydatowi, który będzie miał czwarte czy piąte miejsce. Ktoś, kto chce sobie kupić polisę ubezpieczeniową, daje pieniądze pierwszemu albo drugiemu. Albo i jednemu, i drugiemu, bo wtedy ta polisa jest pewniejsza. Gdybyś miał luźne pół miliona złotych, komu byś dał na kampanię? Nikomu bym nie dał, bo to jest idiotyzm, żeby dawać komukolwiek. Później kandydat, który zostanie prezydentem i tak cię oszuka i zrobi po swojemu. Może jednak nie oszuka? W polityce? Ja to się w ogóle zastanawiam, po co ktoś chce zostać prezydentem Krakowa. No to po co Łukasz Gibała startuje po raz czwarty? Myślę, że on tylko realizuje swoje ambicje. Zobaczmy na jego życiorys. Wychowany był w cieplarnianych warunkach, pod kloszem, w rodzinie mającej pieniądze. Tam nie było sytuacji, że jego ojciec musiał się zastanawiać, czy kupić w tym miesiącu buty synowi, czy pojadą na wakacje, czy będzie co wsadzić do garnka. Łukasz Gibała nie przeżył ciężkich lat 90., gdzie połowa Polski była na bezrobociu. Oni po prostu mieli pieniądze. Start w dorosłe życie Łukasz też miał taki, że dostał pieniądze na mieszkanie, na apartament na Woli Justowskiej. Więc myślę, że on po prostu szuka spełnienia jakichkolwiek ambicji. Pieniądze ma, wygodne życie ma, więc potrzebuje chyba mieć tylko tytuł. Inaczej nie da się tego wytłumaczyć. No chyba że jest uzależniony od pewnego narkotyku, który nazywa się żądza władzy. To kwestia ambicji czy ego? Myślę, że połączenie jednego i drugiego. Kto zrobi najbardziej brudną kampanię? Do tej pory słynęła z tego Koalicja Obywatelska. Wiemy, co zrobili Łukaszowi Gibale, a on nie potrafił się odgryźć. Więc przypuszczam, że teraz Gibała odebrał dużą lekcję od Koalicji Obywatelskiej i nauczył się po prostu, jak hejtować i jak robić politykę. Preludium mieliśmy w referendum. Wyciągnął lekcję z tego, jak w poprzednich wyborach przeorała jego i jego rodzinę Koalicja Obywatelska, więc zastosuje jej metody. Na pewno będzie więc brudno, tylko oczywiście kandydaci będą to robić czyimiś rękami, a nie swoimi. Wiemy przecież, że wszyscy kandydaci w kampanii wyborczej to dziewice i żadnych brudnych rzeczy nie robili, plakatów nielegalnie nie wieszali, nie mają nielegalnego finansowania i tak dalej. Czyli te brudne rzeczy będą robić skazani prawomocnymi wyrokami bandyci, którzy wcześniej bili kobiety na ulicach? Pytanie, po której stronie? Czy po stronie Łukasza Gibały, czy może jednak po stronie Konfederacji? (uśmiech) Kto jest najbardziej merytorycznym kandydatem? Tu jest bardzo trudne pytanie. Według mnie merytorycznie przygotowanych jest kilku kandydatów. Pierwszym jest Jan Hoffmann, tylko on jest przesadnie elokwentny, przesadnie ułożony w tym wszystkim i nie potrafi sprzedać swojej wiedzy, bo staje się w pewnym momencie bardzo nudny. Drugim kandydatem jest Michał Drewnicki. Trochę harcuje, trochę idzie w populizm, ale jest przygotowany merytorycznie. Jak się z nim rozmawia prywatnie, to naprawdę ma bardzo dobre spojrzenie na Kraków. Jan Hoffman Na pewno w gronie merytorycznych kandydatów nie wymieniłbym Łukasza Gibały, bo widać, że jest martwy w Radzie Miasta Krakowa. Tak naprawdę uaktywnił się dopiero przed referendum albo nawet chwilę po nim. Pierwsze jego uaktywnienie to było starcie z Łukaszem Sękiem na mównicy, gdzie po raz pierwszy w ogóle było widać, że Łukasz Gibała ma jakiekolwiek emocje. A dlaczego wyborcy lewicy mogą wybierać w zasadzie między kandydatką infantylną a głupkowatą? (po dłuższej chwili) Jest bardzo długa cisza, bo nie znam odpowiedzi. Ja nie widzę żadnej różnicy między Darią Gosek-Popiołek a Aleksandrą Owcą. Jak dla mnie one są nadal jednym teamem, bo zawsze się tak kreowały, zawsze ze sobą współpracowały. Nie rozumiem, o co się pokłóciły. Stawiam tezę, że Daria Gosek-Popiołek myślała wtedy, kiedy opuszczała Partię Razem, że Razem nie będzie rosło i z ich listy nie dostanie się do Sejmu. Koniunkturalnie wybrała Lewicę, ale za nic nie pasuje do tej Lewicy. Nie pasuje do otoczenia Włodzimierza Czarzastego czy do tych wszystkich postkomunistów. Kobieta, która mentalnie ma poglądy Partii Razem, w Lewicy zniknęła z mediów – przynajmniej tych lokalnych – bo jest w ogóle niewyrazista. Poza tym nosi na sobie ciężar współrządzenia w państwie i odpowiedzialności za cały wcześniejszy okres. To na kogo powinien oddać swój głos wyborca lewicy w Krakowie, skoro to są bardzo podobne kandydatki, wywodzące się z tego samego środowiska? Jeżeli chcieliby zagłosować ideowo, to powinni na Aleksandrę Owcę. Daria Gosek-Popiołek i Aleksandra Owca Kto w takim razie powinien zagłosować na Gosek-Popiołek? Powinna do siebie przyciągać kandydatów tak zwanego dawnego, kawiarnianego SLD… …od którego się odcina. Tak, i to jest niewiarygodne. Mnie to trochę przypomina to, co robił Andrzej Kulig w trakcie kampanii prezydenckiej. Wiemy, że był ze środowiska Jacka Majchrowskiego, Jacek Majchrowski do pewnego momentu go popierał, a później Kulig odcinał się od Majchrowskiego. To było niewiarygodne. Więc u Darii Gosek-Popiołek też będzie niewiarygodne to, że odcina się od starego SLD. Nie może się odciąć, bo jej ugrupowanie znajduje się teraz w rozbracie i powinna myśleć tak, jak myśleli w SLD. A poparcie Moniki Piątkowskiej przez Jacka Majchrowskiego to woda na jej młyn, czy raczej jej zaszkodzi? Jacek Majchrowski bardzo mocno zyskał po referendum. Wizerunek upadającego i źle ocenianego prezydenta na samą końcówkę jego rządów mocno się zmienił, bo ludzie porównywali Jacka Majchrowskiego do Aleksandra Miszalskiego. W tym zestawieniu Majchrowski wypadał sto razy lepiej. Nie znam wyników badań, ale myślę, że ocena prezydentury Majchrowskiego jest w tym momencie pozytywna. Więc może to pomóc Monice Piątkowskiej, tylko pamiętajmy: poparcie Majchrowskiego powoduje, że Piątkowska ma na sobie cały ciężar pontyfikatu Jacka Majchrowskiego i to ona będzie musiała się tłumaczyć ze wszystkich rzeczy. Ona się zresztą teraz pozycjonuje po części jako kandydatka Majchrowskiego. Jeżeli prezentuje inwestycje, o których najstarsi Krakowianie już nie pamiętają, to jest to przypominanie czasów Majchrowskiego. Może dzięki temu trudniej będzie przykleić jej łatkę, że to jest kandydatka „z Warszawy”? Według mnie ta cała narracja z tym, że została zaprezentowana w Warszawie, jest przesadzona. Myślę, że zrobiła słusznie. Po pierwsze, miała wtedy posiedzenie Senatu. Gdyby tak, jak Daria Gosek-Popiołek w trakcie posiedzenia Sejmu, goniła po Starym Kleparzu z ulotkami, to byśmy wszyscy mówili, że powinna siedzieć w Warszawie i pracować. Monika Piątkowska miała też od razu zainteresowanie mediów ogólnopolskich. Wiadomo, że w Warszawie lepiej przejechać 5 km niż jechać 300 km do Krakowa. Nie byłaby też w stanie zorganizować w Krakowie wspólnej konferencji z premierem i wicepremierem. Więc to jest na plus. Oczywiście w kampanii będą to wałkować, ale to są didaskalia, o których ludzie nie będą pamiętać. Monika Piątkowska Kto zaliczy największą porażkę po tych wyborach? Jeżeli Łukasz Gibała nie wygra tych wyborów, to myślę, że będzie już skazany na zapomnienie. Po trzeciej porażce wydawało się dokładnie to samo, a odrodził się jak feniks z popiołów. Przez to, że doprowadził do referendum. Zorganizował referendum, bo taka jest prawda – był nieformalnym organizatorem referendum i odwołał Aleksandra Miszalskiego. Coś, co wydawało się na pewnym etapie nie do pomyślenia: że można odwołać prezydenta wielkiego miasta z gigantycznym budżetem, zapleczem i super działającą strukturą partyjną w milionowym mieście. To jest coś niewyobrażalnego i to jest rekord. Za tym poszły też gigantyczne pieniądze. Myślę, że dwie strony miały podobny budżet i walczyły podobnymi środkami. Tylko strona prezydencka obudziła się za późno i nie mieli już czasu, żeby działania, które zaczęli robić, były skuteczne. Gibała ma większy elektorat pozytywny czy negatywny? Myślę, że jak dojdzie do drugiej tury, to może zebrać więcej elektoratu prawicowego i przez to delikatnie przechylić szalę na swoją stronę. Niezależnie od tego, że chciał otoczyć PiS kordonem sanitarnym? A ktoś pamięta w ogóle, że istniała jeszcze taka partia jak Ruch Palikota, w której był? Wyborcy mają bardzo krótką pamięć. Patryk Salamon Kto w takim razie powiesi na drzwiach gabinetu numer 107 w magistracie tabliczkę ze swoim nazwiskiem i dopiskiem: „Prezydent Miasta Krakowa”? W tym momencie myślę, że w końcu Gibała dodrapie się do tego stanowiska. Ale realna kampania rozpocznie się we wrześniu i ona może sporo zmienić. Różne rzeczy mogą wybuchnąć w trakcie tej kampanii. Kiedyś wydawało się, że Karol Nawrocki nie zostanie prezydentem, a jednak został. Łukasz Gibała ma jednak taki problem, że jest charakterologicznie specyficzny w odbiorze ludzkim. Skupia się na tym, żeby chodzić po barach mlecznych, pokazywać kotleta i pierogi, odwiedzać psy w schronisku... Dopiero teraz zaangażował się w politykę, żeby pokazać, że w ogóle chce rządzić Krakowem, a nie być intendentem baru mlecznego. ZOBACZ TAKŻE: W czym Piątkowska jest lepsza od Miszalskiego? Odpowiada szef jej sztabu [WYWIAD]

Więcej…

W czym Piątkowska jest lepsza od Miszalskiego? Odpowiada szef jej sztabu [WYWIAD]

W czym Piątkowska jest lepsza od Miszalskiego? Odpowiada szef jej sztabu [WYWIAD]

07 sierpnia 2026 | 08:37

– To jest pytanie, które tak naprawdę powinni sobie zadać Krakowianie: o co chodzi, jeśli ktoś od kilkunastu lat próbuje wygrać wybory, wydaje na to miliony złotych i cały czas próbuje, i próbuje, i próbuje? – zastanawia się Piotr Moskała, szef sztabu wyborczego Moniki Piątkowskiej. – Czy mamy dać mu wygrać dla świętego spokoju? Nie zaryzykowałbym! – dodaje. Czy kandydatka KO i PSL zdoła zatrzymać polityka, który wydaje miliony na swoją czwartą próbę przejęcia miasta? Moskała zdradza, jaki Piątkowska ma plan na kampanię oraz czy będzie kontynuatorką rządów Jacka Majchrowskiego i Aleksandra Miszalskiego. *** Kanał Krakowski: Gdyby mógł Pan autorytarnie wskazać kandydata Koalicji Obywatelskiej na prezydenta Krakowa, to kto by nim był? Piotr Moskała: Senator Monika Piątkowska. Rozumiem, że mówi to Pan jako szef jej sztabu. Przede wszystkim mówię to jako mieszkaniec Krakowa. Uważam, że Monika Piątkowska jest najlepszą kandydatką – nie tylko w naszym ugrupowaniu, ale również spośród wszystkich osób, które zgłosiły chęć startu w tych wyborach. Jestem o tym głęboko przekonany. Piotr Moskała Jeśli ktoś ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, wierzę, że kampania rozwieje je całkowicie. To kandydatka, która zyskuje przy bliższym poznaniu – zarówno dzięki swojej wiedzy i doświadczeniu, jak i autentyczności oraz sposobowi prowadzenia dialogu z ludźmi. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że udowodni, iż była najlepszym wyborem. Została już zaakceptowana przez lokalne struktury KO? Odbyło się spotkanie naszych członków z panią senator, które zostało bardzo dobrze odebrane. Monika Piątkowska pracowała wcześniej w Urzędzie Miasta Krakowa, co widać w jej merytorycznym podejściu i doskonałej znajomości miasta. Zarządzała dużymi organizacjami, jest osobą świetnie zorganizowaną i przekonującą, co było wyraźnie widoczne w reakcjach uczestników spotkania. Przedstawiła również swoje pomysły na prowadzenie kampanii. Jakie? Ma konkretne pomysły na prowadzenie kampanii, jednak z oczywistych względów nie ujawnia ich na tym etapie. To element strategii, który zostanie przedstawiony we właściwym czasie. Zdąży dotrzeć z tymi pomysłami do mieszkańców Krakowa, skoro kampania będzie tak krótka? Nie ma innego wyjścia – musi zdążyć. Wszyscy kandydaci dysponują takim samym czasem na prowadzenie kampanii. Oczywiście część z nich pracowała na swoją rozpoznawalność przez wiele lat, ale wierzę, że ostatecznie mieszkańcy Krakowa zagłosują na kandydata merytorycznego, który ma konkretną wizję rozwoju miasta i wie, jak ją zrealizować, a nie tylko potrafi o niej atrakcyjnie opowiadać. W czym Piątkowska jest lepsza od pozostałych kandydatów? Trzy konkrety proszę. Po pierwsze – skuteczność w zarządzaniu. Potrafi podejmować decyzje szybko i odpowiedzialnie. A w samorządzie to kluczowe, bo dobra decyzja nie zawsze jest tą najpopularniejszą. Czasami trzeba mieć odwagę zrobić to, co po prostu jest właściwe. Po drugie – doświadczenie w pracy w magistracie. Zna urząd od podszewki i wie, jak funkcjonuje administracja. Rozumie procedury, przepisy i mechanizmy podejmowania decyzji. Dzięki temu nie będzie tracić czasu na naukę – od pierwszego dnia może skutecznie działać. To przewaga, której żaden z pozostałych kandydatów nie ma w takim stopniu. Po trzecie – umiejętność współpracy z ludźmi. Potrafi rozmawiać z bardzo różnymi środowiskami i szukać porozumienia tam, gdzie inni widzą podziały. Nie patrzy na to, kto ma jakie poglądy. Jeśli jest sprawa ważna dla mieszkańców, po prostu dąży do jej załatwienia. W czym jest lepsza od Aleksandra Miszalskiego? Przede wszystkim ma doświadczenie w pracy w urzędzie i zna samorząd od strony praktycznej. Senator Monika Piątkowska Miszalski wcześniej był radnym. Aleksander Miszalski wcześniej był radnym, więc znał funkcjonowanie samorządu od strony politycznej i społecznej. Jednak objęcie funkcji prezydenta miasta oznacza zupełnie inny zakres odpowiedzialności: codzienne zarządzanie rozbudowanym aparatem urzędniczym, procedurami i strukturami administracji. W tym obszarze zetknął się z problemami typowymi dla każdego nowego gospodarza urzędu. Nie oznacza to jednak, że źle oceniam Aleksandra Miszalskiego. Doświadczenie samorządowe jest jego mocną stroną, a okres sprawowania funkcji prezydenta pozwala mu zdobywać praktyczną wiedzę, której wcześniej nie mógł mieć. Różnica polega raczej na rodzaju doświadczenia: ktoś z wieloletnią pracą w urzędzie może lepiej znać mechanizmy administracyjne. Ale źle go ocenili mieszkańcy w referendum. Piątkowska będzie lepszym prezydentem? Problem Aleksandra Miszalskiego polegał na tym, że mieszkańcy ocenili jego prezydenturę po zaledwie dwóch latach. Każdy, kto zna realia samorządu, wie, że jest to stosunkowo krótki okres – często wystarczający na realizację tylko części zaplanowanych działań. Wiele decyzji, inwestycji i procesów administracyjnych wymaga po prostu więcej czasu, zanim przyniesie widoczne efekty. Nie oznacza to, że prezydent Miszalski nie popełniał błędów. Każdy, kto kieruje dużą organizacją, podejmuje zarówno trafne, jak i nietrafne decyzje. Ważna jest jednak umiejętność wyciągania wniosków i korygowania działań. Wróćmy więc do pytania, czy Piątkowska będzie lepsza. Będzie bardzo dobrym prezydentem. Lepszym? Jesteśmy dziś dokładnie w połowie kadencji – zostało jeszcze około 2,5 roku. I właśnie to jest jedna z największych przewag Moniki Piątkowskiej nad innymi kandydatami: obejmie urząd, który już zna, więc nie będzie musiała poświęcać czasu na jego poznawanie. Drugim atutem jest to, że będzie miała za sobą radę miasta. Te dwa elementy mogą w dużej mierze zdecydować o sprawności zarządzania w najbliższych latach. To zadam jeszcze jedno wartościujące pytanie: w czym lepszy od Moniki Piątkowskiej jest Łukasz Gibała? W propagandzie – zdecydowanie. Natomiast poza tym nie widzę obszaru, w którym miałby wyraźną przewagę. Warto też zauważyć, że Łukasz Gibała już trzykrotnie przegrywał wybory. To również jest pewien sygnał, który wyborcy i społeczeństwo mogą brać pod uwagę przy ocenie jego kandydatury. Przegrał, bo uważał, że walka była nieuczciwa. To jest jego zdanie, każdy z nas może mieć swoje. Przecież miał prawo odwołać się do sądu. Nie zrobił tego z jakichś powodów, więc oczywiście każdy może powiedzieć wszystko, ale często jest tak, że przegrani kwestionują wyniki wyborów. Przegra po raz czwarty? Tak, wygra Monika Piątkowska. To po co startuje, skoro ma przegrać? To już jest pytanie do Łukasza Gibały. I właśnie to jest też pytanie, które tak naprawdę powinni sobie zadać krakowianie: o co chodzi, jeśli ktoś od kilkunastu lat próbuje wygrać wybory, wydaje na to miliony złotych i cały czas próbuje, i próbuje, i próbuje? Może dla świętego spokoju pozwolić mu wygrać te wybory, żeby już więcej nie próbował i żeby zamienił Kraków w krainę mlekiem i miodem płynącą? Mimo wszystko ja bym nie zaryzykował. Jako rodowity mieszkaniec Krakowa, ani sobie ani innym mieszkańcom Krakowa tego nie życzę. Piotr Moskała To będzie brudna kampania? Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję, że to będzie bardzo merytoryczna kampania, która tak naprawdę pokaże konkretne rozwiązania. Bo dziś, jeśli przyjrzymy się profilowi Łukasza Gibały, to on oczywiście bardzo często coś neguje, ale nie przedstawia konkretnych rozwiązań. To jest bardzo łatwe i nęcące, bo fajnie jest pokazać palcem, że ktoś robi coś źle, ale ja jednak mimo wszystko wolałbym usłyszeć: „Okej, to było zrobione źle, ale można to zrobić lepiej”. I nie mówię tu o populistycznych rzeczach, tylko o systemowych rozwiązaniach. Pamiętam, jak na nadzwyczajnej sesji rady miasta dotyczącej budżetu Gibała wyszedł na mównicę, powiedział, że miasto jest w opłakanym stanie, a zapytany, co zrobić, żeby było lepiej, odpowiedział: „Dajcie nam rządzić, to zobaczycie”. Mnie to jednak nie przekonuje. Jak ma pomysły, to niech je przedstawi. Powiedzenie w ciemno „dajcie nam rządzić, a my sobie poradzimy” to dla mnie typowe podejście na zasadzie: wszystko jest źle, rozwiązania nie mam, ale jak mnie wybierzecie, to wam pokażę. A Piątkowska ma rozwiązania? Jak najbardziej, tak. Kiedy je przedstawi? W trakcie kampanii wyborczej przedstawiona zostanie większość rozwiązań i pokazany zostanie kierunek, w którym chciałaby, żeby miasto zmierzało przez najbliższe lata. Będzie kontynuatorką prezydentury Jacka Majchrowskiego i Aleksandra Miszalskiego, czy to będzie zupełnie nowe otwarcie? To będzie zdecydowanie nowe otwarcie. To kandydatka, która wnosi świeże spojrzenie, a jednocześnie dysponuje bardzo dużym doświadczeniem. Wyraźnie widać, że ma własną wizję rozwoju miasta oraz konkretną koncepcję zarządzania magistratem. Nie mam wątpliwości, że będzie to autorska kandydatura i autorska prezydentura, oparta na jej własnych pomysłach i priorytetach, a nie na prostym kontynuowaniu wcześniejszych kierunków. ZOBACZ TAKŻE: Senyszyn: „Gibała może wygrać już w pierwszej turze” [WYWIAD]

Więcej…

Kracik: „Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin…” [WYWIAD]

Kracik: „Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin…” [WYWIAD]

06 sierpnia 2026 | 07:49

– Zastanawiam się, co się dzieje z człowiekiem, który posuwa się do takich metod – tak o Łukaszu Gibale mówi dziś Stanisław Kracik. Obaj panowie niegdyś ze sobą współpracowali. Ale ostrze krytyki tymczasowego gospodarza Krakowa sięga znacznie dalej. W rozmowie z Kanałem Krakowskim pełniący funkcję prezydenta nie gryzie się w język. Ocenia nie tylko kandydatów na prezydenta, ale i byłego włodarza miasta. Przy okazji stawia sprawę jasno: nie wystartuje w wyborach, nawet jeśli zadzwoni sam Donald Tusk. *** Kanał Krakowski: Wystartuje Pan w wyborach na prezydenta Krakowa? Stanisław Kracik: Nie, nie wystartuję. Mówię to już kolejny raz… Może poprzednie nie wybrzmiały zbyt dobrze, skoro temat funkcjonuje w przestrzeni publicznej. Nie wystartuję. Powtarzam to publicznie nie wiem który raz. A nie wspominam nawet, ile razy to mówiłem w prywatnych rozmowach. Miło słyszeć takie pytanie, ale nie, nie wystartuję. Stanisław Kracik / fot. Łukasz Michalik Czyli ludzie namawiają Pana do startu? Tak, ale myślę, że częściowo jest to grzecznościowe. Niemniej decyzja zapadła i nie ma do czego wracać. Ile razy przemknęło Panu przez myśl, żeby jednak wystartować? Ani raz. Spowodowane jest to głównie tym, że start w wyborach wiąże się z przechodzeniem przez całą kampanię wyborczą, która nie będzie ani merytoryczna, ani czysta. A gdyby nie ta kampania? Sprawa jest przesądzona. Oczywiście wiem, czego moim zdaniem miasto potrzebuje teraz najpilniej, więc po zakończeniu obecnej służby pozostanie pewien niedosyt, bo ja się identyfikuję z tym co robię. Ale to moja prywatna rozterka. Z deklaracji o niekandydowaniu się nie wycofam. Czego Kraków potrzebuje najpilniej? Jedna rzecz jest taka generalna, kierunkowa. Trzeba zmienić sposób myślenia o mieście tak, aby długofalowa perspektywa finansowa Krakowa stała się priorytetem, wyprzedzając podejście skoncentrowane przede wszystkim na realizacji kolejnych inwestycji. Wracam do tego, że środki europejskie były pokusą do tworzenia i budowania inwestycji, takich jak ICE czy TAURON Arena Kraków – ważnych z prestiżowego punktu widzenia, potrzebnych i użytecznych – ale bardzo kosztownych w utrzymaniu. Takich inwestycji poczyniono sporo, ale trzeba je mieć także z czego utrzymać. I taki też powinien być kierunek myślenia. Druga sprawa to strategia rozwoju miasta i plan ogólny. Należy położyć silny nacisk na to, że miasto musi budować bazę dochodową, budżet, inwestować w pozyskiwanie i przygotowanie terenów, by mieć inwestorów, którzy tworzą miejsca pracy i płacą podatki. Przykładem niech będą decyzje, które podejmowałem 20-30 lat temu, a dziś z dużą satysfakcją patrzę na niepołomicką strefę przemysłową, która ma 650 ha, czyli połowę terenu nowohuckiego kombinatu. Ten teren pracuje dla gminy Niepołomice. Stanisław Kracik / fot. UMK Czyli jest Pan za tym, żeby ograniczać wydatki czy wręcz przeciwnie? Jestem za tym, żeby prowadzić politykę proinwestycyjną. Przy tworzeniu planu ogólnego mamy takie dylematy, że z jednej strony mamy presję deweloperów, bo oni patrzą na demografię i wiedzą, że jeżeli mogą kiedyś jeszcze zarobić, to teraz. Ale nie tylko oni. Właściciele tej części Krakowa poza centrum, w dzielnicach peryferyjnych, jak Wolica na przykład, też chcą przekształcić działki w tereny budowlane. Z drugiej zaś strony mamy presję tych, którzy chcą, by jak najwięcej terenów pozostało zielonych. Pytanie, jak ten kompromis w planie ogólnym zbudować. Czy na pewno myślenie na zasadzie „wszędzie musi być zielono, także tam gdzie jest przemysł, czy usługi” – a jest ono nierzadkie  wśród radnych – jest odpowiednie? Czy nie powinno się z takim myśleniem nieco przyhamować, bo ma ono konsekwencje finansowe dla miasta? Mamy już trzy wezwania do wypłaty odszkodowań. Ta rekompensata, która musimy zapłacić z tytułu zmiany planu zagospodarowania przekracza już 220 milionów złotych. Widzi Pan jakiegoś kandydata na prezydenta, który ma podobny sposób myślenia do Pańskiego? Nie znam wszystkich kandydatów. Na razie miałem możliwość rozmowy z jedną kandydatką i jednym kandydatem, który był liderem referendum. Jan Hoffman. To była taka miła, kurtuazyjna rozmowa. Dotyczyła między innymi Starowiślnej, więc pewnie dlatego była miła, bo obaj myślimy podobnie. A jak wyglądała rozmowa z Moniką Piątkowską? Pani senator pytała mnie, co moim zdaniem jest istotne. Wiem, że przygotowuje się do kampanii,. Przekazałem jej to, co wydawało mi się warte podkreślenia. Gdybyśmy zostawili tylko tę kandydatkę i tego kandydata, kto wypadł lepiej? Oczywiście, że dama! I mówię to nie tylko dlatego, że jestem dżentelmenem. (uśmiech) Monika Piątkowska Zna Pan też głównego faworyta tych wyborów, czyli Łukasza Gibałę. Dziś jest radnym, ale wiele lat temu wspierał Pana, gdy startował Pan w wyborach na prezydenta Krakowa. Wspierał mnie Łukasz Gibała, wspierał mnie Jarosław Gowin… [wujek Gibały – dop. autor]. Mam nawet jego książkę o Krakowie, z dedykacją. Ale to było w 2010 roku. Nie śledziłem, co się działo od tamtego momentu aż do 2024 roku, ale – będąc już wiceprezydentem – widziałem kampanię referendalną i muszę powiedzieć, że te gazetki, te insynuacje, te komiksy to jest coś, co nie tylko jest mi obce, ale w ogóle zastanawiam się nad tym, co się dzieje z człowiekiem, który posuwa się do tego typu metod. Jak taki człowiek może się zachowywać jeśli zdobędzie władzę? Muszę więc zaprzeczyć tezie z pańskiego pytania. Nie znam Gibały, który jest dzisiaj. Znałem takiego, który był kiedyś. Zastanawiam się, jak zadać to pytanie, żeby nie było wartościujące, ale chyba mi się nie uda znaleźć właściwszego słowa. Ten dzisiejszy Gibała jest „gorszy”? Niech Pan sam sobie odpowie na to pytanie. Strona główna „Gazety Wyborczej” po I turze wyborów prezydenckich w 2010 roku. Stanisław Kracik w otoczeniu Róży Thun i Łukasza Gibały. Z premierem Donaldem Tuskiem jesteście „na ty”? Jesteśmy, trudno żebyśmy nie byli. Gdyby zadzwonił i powiedział: "Staszek, wystartuj na prezydenta", to co by pan odpowiedział? Powiedziałbym to, co odpowiedziałem też panu ministrowi Domańskiemu, gdy zapytał, czy zgodziłbym się być pełniącym funkcję prezydenta. Powiedziałem mu wtedy, że potrzebuję moment, by się zastanowić. Daliśmy sobie godzinkę i odpowiedziałem, że podejmę się tego zdania, jeśli nie oznacza to propozycji kandydowania. A gdyby to była transakcja wiązana? Wtedy odmówiłbym. Mógłbym rozważać kandydowanie, gdyby taka propozycja padła, ale absolutnie nie z tej pozycji, na której dzisiaj tutaj jestem. To byłoby granie nie fair wobec miasta. Nie jest to mój sposób funkcjonowania w życiu publicznym. Godzinę zastanawiał się Pan nad tym, czy zostać pełniącym obowiązki prezydenta? Tak. I jak to jest mieć na drzwiach tabliczkę z napisem: "Prezydent Miasta Krakowa"? Może to być uznawane przez tych, którzy mnie nazywają komisarzem, za nadużycie. Nie ja tę tabliczkę sobie wymyśliłem. Tabliczkę wymyślili prawnicy, którzy wiedzą, że gdyby odwołano i radę miasta i prezydenta, byłby potrzebny komisarz. Natomiast jeżeli rada zostaje, to drugim organem statutowym miasta jest prezydent. W przypadku odwołania wyłącznie prezydenta, podpisuję się jako pełniący funkcję prezydenta. I muszę teraz w pojedynkę „ogarnąć” miasto. Mam wrażenie, że ono funkcjonuje normalnie i wszystkie sprawy we wszystkich dziedzinach idą tak, jak iść powinny. Drzwi gabinetu Stanisława Kracika Lepiej się ogarnia miasto z tej pozycji, czy z pozycji wiceprezydenta? Lepiej z tej obecnej, nie ma co ukrywać. Podejmujesz decyzje i bierzesz za nie odpowiedzialność. Nie ma też takiej sytuacji, w której ten, kto otrzymuje polecenie, czy do kogo ta decyzja jest kierowana, może  jeszcze powiedzieć: "A to ja pójdę do głównego". Działo się tak? W Krakowie się podobno tak działo. I tu mówimy o całym ćwierćwieczu. Czyli także w czasach, gdy był Pan zastępcą Aleksandra Miszalskiego? Na początku pan prezydent Aleksander Miszalski był przebodźcowany informacjami. Każdy chciał przyjść i wyłuszczyć mu swoje racje. On z kolei miał potrzebę poznania tych spraw w szczegółach, a to było niewykonalne. W efekcie był niekiedy problem z podejmowaniem decyzji, a nieraz decyzje miały zadowolić różne strony. Czyli nie podejmował decyzji szybko? To wydłużało czas, ale każdy ma swój sposób i styl sprawowania funkcji. To zapytam inaczej: kto był lepszym prezydentem – Miszalski czy Majchrowski? Na to pytanie mnie pan nie nabierze. (śmiech) Jacek Majchrowski i Aleksander Miszalski / fot. UMK Mówi Pan o sporo o podejmowaniu decyzji. Tymczasem otwieram KrkNews i czytam: "Kracik rozwiązał wszystkie problemy Krakowa w 8 tygodni. Po co nam wybory?". Nie no, nie zgadzam się absolutnie. Z którego rozwiązanego problemu jest Pan najbardziej dumny? To w ogóle nie o to chodzi, by być dumny, bo to nie były takie problemy, które miałbym rozstrzygać jak jakiś wielki strateg. Chyba najbardziej medialny spór dotyczył Starowiślnej, bo tylko na sesji rady miasta trzy razy była próba odwrócenia decyzji i spowodowania, by ta ulica jednak nie była jednokierunkowa. Podjąłem więc decyzję, by zachować ruch w dwóch kierunkach, a jednocześnie nie straciliśmy 82 milionów złotych dotacji z Unii. Starowiślna będzie zielona, infrastruktura torowa i drogowa będzie zupełnie nowa, a remont będzie tańszy… Zdenerwował Pan tą decyzją chyba całą lewicę. Powiem tak: nie mogę wyjść z podziwu dla pani radnej Owcy, która wie doskonale, że jeżeli decyzja o jednokierunkowym ruchu na Starowiejskiej byłaby utrzymana, to jedną z alternatywnych dróg dostania się do miasta byłaby ulica, przy której ona mieszka. Natomiast, jeśli mam być z czegoś w tej sprawie  dumny, to cieszę się, że udało się dojść do porozumienia z aktywistami. Mieliśmy dwa spotkania, ich podpowiedzi i sugestie bierzemy pod uwagę. Sądzę, że będzie to po prostu taki kompromis, dzięki któremu uzyskamy zadowalający efekt, a uciążliwości zostaną zredukowane. Niemniej wywołał Pan burzę w social mediach. Nie bardzo wiem, jak te sprawy wyglądają w social mediach, bo świadomie postanowiłem żyć bez nich. Pewnie dla niektórych ludzi, którzy dzisiaj tak się komunikują ze światem i tak przeżywają rzeczywistość, są one czymś takim jak powietrze do oddychania. Ale istnieje też życie poza social mediami, a ja jestem tego dowodem. Stanisław Kracik i Maria Klaman / fot. Łukasz Michalik Z czego przyszły prezydent Krakowa nie zdaje sobie jeszcze sprawy i zaskoczy go to dopiero wtedy, gdy usiądzie w gabinecie? Zaskoczą go chyba trzy rzeczy. Po pierwsze: złożoność materii. Tę złożoność rozumiem jako spektrum  zagadnień i problemów, które trzeba rozwiązywać. W samorządzie nie ma rzeczy nieważnych. To znaczy, że jak zaniecha się jedną rzecz, to ona i tak wyjdzie i będzie bardzo bolesna i dla mieszkańców i dla prezydenta. W związku z tym trzeba przypilnować wszystkiego, a to jest naprawdę gigantyczne wyzwanie . Druga rzecz, a właściwie pytanie, to kiedy i w jakim tempie prezydent przekona do siebie załogę: czy urzędnicy będą się z nim identyfikować i realizować jego pomysły, czy też pomysły władz będą realizować bez przekonania. No i wreszcie trzecia sprawa, czyli zderzenie z kasą, a właściwie to z kasą pancerną, o którą można rozbić sobie głowę, bo budżet jest trudny, a oczekiwania wielkie. Na tym wszystkim poległ Aleksander Miszalski? (długa cisza) Nie na tym. ZOBACZ TAKŻE: Reorganizacja magistratu. Co dalej z departamentami?

Więcej…

Senyszyn: „Gibała może wygrać już w pierwszej turze” [WYWIAD]

Senyszyn: „Gibała może wygrać już w pierwszej turze” [WYWIAD]

31 lipca 2026 | 10:57

– Między nami a Wantuchem zbrakło chemii. Miał przesadne oczekiwania – mówi Joanna Senyszyn, liderka Nowej Fali. Zapowiada, że jej ugrupowanie aktywnie włączy się w wybory w Krakowie. W rozmowie z Kanałem Krakowskim polityczka analizuje krakowską scenę polityczną i mówi o gigantycznych problemach na lewicy. – Daria odeszła z Razem do Czarzastego, czym zaprzeczyła ideałom, którym rzekomo hołdowała i zdradziła partię, dzięki której została posłanką. Czarzasty na nią postawił, bo nie ma kogo wystawić w Krakowie – przyznaje rozmówczyni Łukasza Mordarskiego. *** Kanał Krakowski: Wystartuje Pani w wyborach na prezydenta Krakowa? Joanna Senyszyn: Nie planuję, ale będzie kandydat, którego poprzemy. Kogo? Ogłosimy to podczas konferencji prasowej. O Wasze poparcie zabiegał Łukasz Wantuch.   Wszyscy chcieliby mieć poparcie Nowej Fali, ale dostanie je tylko jeden kandydat. Z Łukaszem spotkaliśmy się w Krakowie, jest bardzo dobrze zorientowany w sprawach miasta, ale chyba zabrakło między nami chemii, więc raczej nie włączymy się w jego kampanię. Dlaczego? Oczekiwał na przykład, że zbierzemy dla niego wszystkie podpisy potrzebne do rejestracji. Uznaliśmy to za przesadne wymagania. Joanna Senyszyn A co z innymi kandydatkami, które – tak jak Pani – deklarują, że mają serce po lewej stronie, czyli Daria Gosek-Popiołek z Nowej Lewicy i Aleksandra Owca z Razem? Serce to nie wszystko. Daria odeszła z Razem do Czarzastego, czym zaprzeczyła ideałom, którym rzekomo hołdowała i zdradziła partię, dzięki której została posłanką. Czarzasty na nią postawił, bo nie ma kogo wystawić w Krakowie. Boi się do wyborów wystawiać kandydatów, którzy, w razie dobrego wyniku, stanowiliby zagrożenie dla jego partyjnego przywództwa. Woli kandydatów spoza partii. W 2015 roku była to Magdalena Ogórek, w 2020 Robert Biedroń. Taką ma politykę. Wystawił więc Gosek-Popiołek na pożarcie? To jest bardzo dziwna rozgrywka. Bo jeżeli wystartuj ten odwieczny kandydat na prezydenta Krakowa… Gibała. Jeżeli wystartuje Łukasz Gibała, pewnie on będzie w drugiej turze lub nawet wygra w pierwszej. Natomiast ciągle się nie zdeklarował, bo chyba się zastanawia, czy jest sens wchodzić na prezydenckie stanowisko na pół kadencji, kiedy w mieście jest stajnia Augiasza. Myśli Pani, że Gibała jest naprawdę w stanie wygrać już w pierwszej turze? Bardzo możliwe, bo pozostali kandydaci nie są z pierwszego partyjnego garnituru. To wróćmy do dwóch lwic krakowskiej Lewicy. No właśnie, dziwna to będzie rozgrywka. Gosek-Popiołek w 2023 roku zrobiła bardzo dobry wynik do Sejmu, przeskoczyła jedynkę, bo w kampanii pomagała jej partyjna wówczas koleżanka Ola Owca i właśnie Łukasz Gibała. Teraz są konkurentami. Sytuacja obu kandydatek jest trudna. W dodatku krakowskie środowisko starej lewicy nie jest zachwycone kandydaturą spoza swojego grona. To zresztą także problem kandydatki KO, narzuconej przez Warszawę. Na lewicy przypomina to trochę walkę w kisielu. Tu się nie zgodzę, bo to nie są kandydatki do tego rodzaju walki. A trudno powiedzieć, czy wystartuje pani Schreiber. (śmiech) Kto w takim razie skorzysta na wewnętrznej wojnie na lewicy? Radziłabym głosować na kandydata, którego poprze Nowa Fala. Wybory uzupełniające są zawsze wielką niewiadomą, bo nie wiadomo, jaka będzie frekwencja. A właśnie frekwencja może zdecydować o wygranej. Przykładowo: jeżeli wybory będą we wrześniu, to jeszcze nie wrócą studenci, którzy mają prawo głosować. Młodzi wyborcy są i anty PO i anty PiS.  W dodatku kobiety są raczej lewicowe, a mężczyźni, przynajmniej częściowo za konfederacją. To było wyraźnie widać w wyborach prezydenckich rok temu. Trzaskowski wśród wyborców do 29. roku życia w pierwszej turze uzyskał jedynie 13%, Nawrocki 12%. To znaczy, że POPiS mia łącznie tylko 25% poparcia wśród młodych. Najprawdopodobniej Tusk będzie kombinował, żeby dać bardzo krótki czas na zbieranie podpisów. PO i PiS zbiorą podpisy bez trudu, jeżeli będzie na to na przykład półtora czy dwa tygodnie, ale kandydaci mniejszych partii mogą mieć z tym kłopoty.  Zwłaszcza, źe wiele osób podaje miejsce zamieszkania lub zameldowania, a liczy się tylko wpis do rejestru wyborców. Automatycznie jest się w rejestrze wyborców według stałego miejsca zamieszkania. W związku z tym ci wszyscy, którzy mają zameldowanie tymczasowe w Krakowie – nawet jeżeli na 5 lat – a nie zmienili wpisu w rejestrze wyborców, zostaną przez PKW odrzuceni. Jednym słowem, jak studenci przyjeżdżają do Krakowa, to jest duża szansa, że po prostu głosują w swojej wsi i ich podpisy poparcia na listach kandydatów będą nieważne? Będą nieważne. Jest też dużo osób przyjezdnych, mieszkających w Warszawie czy Krakowie, które się zadomowiły w tych miastach, ileś lat w nich mieszkają, ale nie zmieniły wpisu w rejestrze wyborców. Na ile wybory w Krakowie są tak naprawdę o Krakowie, a na ile jest to preludium do ogólnopolskiej kampanii i do wyborów przyszłorocznych? Jest to oczywiście preludium do przyszłorocznych wyborów. Jeżeli KO ich nie wygra, będzie to już jej trzecia klęska, która potwierdzi, że nie jest w stanie obronić Polski przed powrotem PiS-u do władzy, oczywiście w jakimś układzie koalicyjnym. Myśli Pani, że jeżeli KO nie wygra w Krakowie, to rządy PiS-u za rok w Polsce są niemal pewne? Są prawdopodobne, ale na szczęście nie pewne, bo powstała nasza partia, Nowa Fala, która odpowiada na zapotrzebowanie społeczne, by wyborcy mogli głosować nie przeciwko komuś i nie na mniejsze zło. Dla bardzo wielu Polek i Polaków mniejszym złem jest albo PiS, albo Platforma. A Nowa Fala to wybór większego dobra. Nie jesteśmy ani trzecią, ani czwartą drogą – jesteśmy jedyną właściwą drogą. Czyli jest Pani po prostu uosobieniem dobra? Na to wygląda. (śmiech) ZOBACZ TAKŻE: UWAGA! Prezydent Krakowa wyśle Wam SMS! Rozkodowaliśmy „4 zasady” Gosek-Popiołek

Więcej…

„Po Klaman odetchnąłem z ulgą, a za Gosek-Popiołek nie będę się wstydził” [WYWIAD]

„Po Klaman odetchnąłem z ulgą, a za Gosek-Popiołek nie będę się wstydził” [WYWIAD]

30 lipca 2026 | 08:39

– Polityka schodzi na psy. Każdy może wyjść na Planty czy Błonia, pokrzyczeć, że coś zrobi i próbować zbierać poparcie, a potem przychodzi brutalne zderzenie z rzeczywistością – ocena Ryszard Śmiałek, szef Nowej Lewicy w Małopolsce. Nasz wywiad z rozdającym karty w małopolskiej Lewicy odsłania kulisy brutalnej gry o władzę. Wicewojewoda nie gryzie się w język. Szczerze ocenia wpadki, komentuje kompromitujące nagrania i ujawnia, czy w ostatniej chwili dojdzie do drastycznej podmiany kandydatki na prezydenta Krakowa. *** Kanał Krakowski: Odetchnął Pan z ulgą, że nie musi się już wstydzić za Marię Klaman? Ryszard Śmiałek: Odetchnąłem, na pewno. Myślę, że odetchnęli też mieszkańcy Krakowa, nauczyciele oraz osoby związane ze środowiskami emerytów i rencistów – wszyscy ci, którzy mieli problem z załatwieniem jakichkolwiek spraw życia codziennego w tym mieście. Z tego, z czym spotykałem się na bieżąco jako wicewojewoda małopolski, wynikało, że decyzyjność pani wiceprezydent była bardzo słaba i wynikała moim zdaniem z braku jakiegokolwiek doświadczenia w zarządzaniu. Jej CV było naprawdę słabiutkie. Ryszard Śmiałek Maria Klaman była zastępczynią Aleksandra Miszalskiego wskazaną przez Nową Lewicę. Pan twierdził, że namaścił ją Maciej Gdula. Bo krakowska Nowa Lewica nie miała w tym udziału, ani tego nigdy nie wsparła. I utarło się, że pani wiceprezydent nie była najostrzejszą kredką w piórniku, ale – jak widać – Nowa Lewica ma słabość do nieostrych kredek. Na kandydatkę na prezydenta Krakowska wystawiliście Darię Gosek-Popiołek. Daria Gosek-Popiołek to naturalny wybór przede wszystkim zarządu wojewódzkiego Nowej Lewicy, w konsultacji z władzami krajowymi partii. Przypomnę, że Gosek-Popiołek formalnie członkiem Nowej Lewicy nie jest, a i tak jest Waszą kandydatką. Daria Gosek-Popiołek była członkinią partii Razem, z której odeszła i założyła stowarzyszenie z panią wicemarszałek Magdaleną Biejat oraz innymi koleżankami, które kiedyś tworzyły tę partię. Nie podobała im się droga konfrontacyjna, którą wybrało Razem, zamiast próby załatwienia jakichkolwiek postulatów, z którymi jako lewica szliśmy do wyborów w 2023 roku. Ale przede wszystkim Daria Gosek-Popiołek jest osobą bardzo zaangażowaną w sprawy krakowskie. Jest też jedną z najlepiej ocenianych posłanek, jeśli chodzi o liczbę interpelacji… Pan osobiście był jej orędownikiem jeśli chodzi o kandydatkę na prezydenta? Jeśli chce się sprawdzić, jeśli jej marzeniem jest bycie prezydentem Krakowa… A jest? Rozmawiając z nią parokrotnie miałem okazję niewerbalnie tego doświadczyć – uważam, że jej większym marzeniem jest bycie prezydentem miasta Krakowa niż bycie posłanką. Czyli Nowa Lewica pomaga w spełnianiu marzeń? Daria Gosek-Popiołek przede wszystkim zrobiła bardzo dobry wynik na liście Nowej Lewicy do Sejmu. Zdeklasowała na przykład Macieja Gdulę, który był liderem tej listy. Warto to podkreślić i o tym pamiętać. To jest wynik jej pracy w pierwszej kadencji Sejmu i tego, jak została potem oceniona. Zobaczymy, jaki wynik osiągnie teraz. Będzie się Pan za nią wstydził, jeśli zrobi gorszy wynik niż Aleksandra Owca z Razem? Na pewno nie będę się wstydził, bo jestem pewien, że nie zrobi gorszego wyniku od Aleksandry Owcy! Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Uważam, że zrobi dobry wynik. Start kampanii ma fatalny. Mówi na przykład o obniżeniu cen biletów na komunikację miejską, ale „zapomina”, że to radni Nowej Lewicy głosowali za podwyżką.  Kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami. Mnie najbardziej bawią postulaty Aleksandry Owcy – to jest naprawdę skandaliczna rzecz, gdy osoba będąca prawnikiem chce wprowadzić umowę najmu regulowaną przepisami miejskimi. To jest złamanie kilku fundamentalnych zasad, choćby z Kodeksu cywilnego czy wręcz z Konstytucji, która daje nam swobodę i wolność. To dowodzi, że w kampanii można powiedzieć wszystko. Ale prowadzi to do jakichś kuriozów! Pamięta pan ostatnią akcję Owcy związaną z wielką krytyką prezydenta Kracika za to, że zdecydował się zmienić koncepcję remontu ulicy Starowiślnej? Ja u siebie mam około 400 petycji, by Starowiślna pozostała dwukierunkowa! Kiedy Aleksander Miszalski był jeszcze prezydentem, rozmawiałem z nim wielokrotnie, prosząc i tłumacząc, że jednokierunkowa Starowiślna to nie jest dobre rozwiązanie. Gosek-Popiołek nie chce przypadkiem jednokierunkowej Starowiślnej? Nie znam jej stanowiska, ale w tej sprawie trzeba po prostu mieć wiedzę, a nie działać na zasadzie, że wystąpimy i coś powiemy. Wie pan kto był autorem jednokierunkowej Starowiślnej? Łukasz Franek! Ten sam, który zrobił ścieżkę rowerową na ulicy Grzegórzeckiej. Stałem tam kiedyś na rogu przy ulicy Rzeźniczej i przez godzinę obserwowałem, ile rowerów przejechało po tej ścieżce, która de facto jest autostradą dla rowerów. Naliczyłem siedmiu rowerzystów! W tej chwili trwa remont ulicy Grzegórzeckiej ale na co dzień osoby jadące samochodami czy taksówkami muszą blokować torowisko przez co ludzie jadący komunikacją miejską muszą stać w korkach. Czy to są racjonalne rozwiązania? A czy to nie jest tak, że Gosek-Popiołek wystartowała tylko dlatego, że swój start ogłosiła Owca? Obie walczą o ten sam elektorat. Daria Gosek-Popiołek, z którą rozmawialiśmy razem z Włodzimierzem Czarzastym, sama wyraziła chęć i wolę, że chce spróbować i zawalczyć o prezydenturę miasta. Na bazie swoich wyników, swoich kampanii i działania na rzecz miasta chce się sprawdzić. Podniosła rękawicę i stanęła do boju. Daria Gosek-Popiołek Gdyby mógł Pan autorytarnie wskazać kandydata Nowej Lewicy w Krakowie, to kto by to był?  Daria Gosek-Popiołek. (uśmiech) Błagam. Jeśli zapyta Pan o moją osobę, to ja bym nie wystartował na pewno. Mówię to z góry. Dlaczego by Pan nie wystartował? Taka propozycja padła, zanim jeszcze odbyła się rozmowa w ścisłym kierownictwie partii o Darii Gosek-Popiołek Powiedziałem, że mam dużo zajęć jako wicewojewoda, a do tego mam na głowie przygotowanie partii do wyborów parlamentarnych, które są przecież za nieco ponad rok. Nie jestem więc zainteresowany startem na prezydenta. Czyli nie będzie „podmianki” kandydatki? Na moją osobę na pewno nie będzie podmianki. A bierzecie pod uwagę zamianę kandydata, choćby ze względu na te wpadki, które zrobiła Gosek-Popiołek już na starcie? Myślę, że na pewno nie zrobimy podmianki kandydata. Każdemu, kto chce coś zrobić, zdarza się popełniać błędy – mnie się zdarza, panu się zdarza, zapewne Darii Gosek-Popiołek też. Teraz jest czas na to, żeby wskazać jej trochę lepszych doradców. Wiem, że jest bardzo aktywna, zabiega o spotkania w różnych środowiskach, więc spokojnie – dajmy jej szansę. Rządzenie miastem nie polega na byciu miłą, fajną dziewczyną z sąsiedztwa i spotykaniu się w parkach z aktywistami. Być może ma pan rację, natomiast przypomnę, że jesteśmy na etapie pre-kampanii. Daria Gosek-Popiołek wywodzi się właśnie z tego środowiska – ze środowiska aktywistów, z którymi kiedyś współtworzyła różne inicjatywy i jest z nimi w bliskim kontakcie. Przyjdzie jeszcze moment na spotkania biznesowe i oficjalne, w które również się włączę i będę w nich pomagał. Prezydent Miszalski też był blisko z aktywistami i widzimy, jak to się skończyło.  Muszę odbić piłeczkę: Łukasz Gibała też jest blisko ze środowiskami aktywistycznymi i dzisiaj jest chyba najpoważniejszym kandydatem, choć oficjalnie się nie ogłosił kandydatem na Prezydenta Miasta Krakowa. Ryszard Śmiałek i Aleksander Miszalski / fot. archiwum prywatne Ryszarda Śmiałka Łukasz Gibała to nie wiadomo, z kim jest blisko – zabiega o głosy środowisk i Konfederacji, i Konfederacji Korony Polskiej, i PiS-u, więc... (uśmiech) No tak. Ale aktywiści zawsze mają swoje postulaty i stanowiska – nie zawsze do końca słuszne czy reprezentujące ogół mieszkańców. Trzeba czasem popatrzeć, czy to wszystko, co proponują, ma sens. Ja bardzo wspieram środowiska aktywistyczne, ale lubię rozmawiać na argumenty. W państwie prawa wszystko musi opierać się na prawie: jeśli chcemy coś zrobić, musimy najpierw zbadać możliwości prawne, procedury i dokumentację, a dopiero potem deklarować działania. Dzisiaj niestety polityka schodzi na psy – każdy może wyjść na Planty czy Błonia, pokrzyczeć, że coś zrobi i próbować zbierać poparcie, a potem przychodzą brutalne zderzenie z rzeczywistością prawną, że po prostu tego nie da się zrobić. Muszę odbić piłeczkę: Daria Gosek-Popiołek wychodzi na Planty i mówi: „obniżymy ceny biletów komunikacji miejskiej”, podczas gdy kilka miesięcy temu jej radni głosowali za podwyżką. Przecież to jest hipokryzja w najczystszej postaci. Rozmawiałem z radnymi na temat tych podwyżek. W momencie, kiedy prezydentem był jeszcze Aleksander Miszalski i odbywało się to głosowanie, istniała konieczność podniesienia cen, bo miasto musi przecież realizować politykę budżetową i pilnować dyscypliny finansów, a na tamtą chwilę nie było uwzględnionych alternatywnych dochodów dla miasta. Myślę jednak, że gdyby dzisiaj doszło do takiego głosowania, radni Lewicy na pewno nie zagłosowaliby za podwyżką. Mogę pana o tym zapewnić. Załóżmy na potrzeby tej rozmowy, że jestem hipotetycznym wyborcą Lewicy. Dlaczego miałbym zagłosować na Darię Gosek-Popiołek, a nie na Aleksandrę Owcę? Warto posłuchać, co mówi Aleksandra Owca, jakie ma postulaty... Słucham, co mówi Gosek-Popiołek i jestem załamany poziomem jej elementarnej wiedzy. Myślę, że na pewno dobrze przygotuje się do kampanii. W pewnym momencie trzeba jednak zmienić podejście, jeśli myśli się poważnie o wygraniu wyborów – nie można opierać się tylko i wyłącznie na środowiskach aktywistycznych. Na marginesie: były w Europie miasta, w których aktywiści wygrywali wybory, choćby w Barcelonie, ze swoimi hasłami „Barcelona dla mieszkańców, nie dla turystów”. Zwykle kończy się to na jednej kadencji lub szybciej, ponieważ środowisko aktywistów funkcjonuje według swojego wyobrażenia świata. Gdy Barcelona próbowała ograniczyć turystykę, okazało się, że wpływy do budżetu drastycznie spadły, a firmy powiązane z turystyką zaczęły masowo upadać. Ludzie tracili pracę i większość mieszkańców doszła do wniosku, że postulaty były miłe, ale brutalne zderzenie z ekonomią wymaga stanięcia pośrodku. Nie możemy skręcać drastycznie w żadną ze stron. Przyzna pan uczciwie, że Kraków ma problem, który trzeba rozwiązać: np. małżeństwo nauczycieli z dwójką dzieci, patrząc na ceny w krakowskich lokalach na Rynku, nie bardzo może sobie pozwolić na wspólny obiad na mieście. Miasto musi znaleźć rozwiązania, aby atrakcje turystyczne były dostępne nie tylko dla przyjezdnych, ale również dla mieszkańców. Ale to nie miasto będzie ustalać ceny w restauracjach. Miasto nie ustala cen w restauracjach, ale ma wpływ na atrakcje turystyczne, muzea czy wystawy. Mamy Krakowską Kartę Mieszkańca, która daje niektóre ulgi np. w parkowaniu. Patrząc na ceny związane z atrakcjami turystycznymi w Naszym mieście, wielu mieszkańców po prostu na to nie stać. Uważa Pan, że kandydatka Nowej Lewicy będzie lepszym prezydentem niż Aleksander Miszalski? Pytanie jest trudne. Aleksander Miszalski jest moim bliskim znajomym. Daria Gosek-Popiołek jest mi bliska, bo jesteśmy z tej samej rodziny lewicowej. Myślę, że na bazie doświadczeń i błędów Aleksandra Miszalskiego, gdyby została prezydentem, wyciągnęłaby wnioski i nie powtórzyła tych błędów. Będzie jej łatwiej również poprzez odpowiedni dobór współpracowników – uważam bowiem, że jednym z głównych powodów odwołania Miszalskiego był właśnie dobór najbliższych współpracowników, i nie mam tu na myśli tylko pani Marii Klaman. Myśli Pan, że Gosek-Popiołek już wie, ilu jest posłów? (śmiech) Myślę, że na pewno. Co Pan pomyślał, jak zobaczył ten filmik? Proszę o inny zestaw pytań. Czy Daria Gosek-Popiołek będzie lepszym prezydentem, niż Maria Klaman była wiceprezydentem? O to jestem spokojny prawie na 100 procent! Po co Nowej Lewicy kandydatka na prezydenta w Krakowie, skoro i tak nie ma szans na wygraną? To pytanie padało często, pojawiło się też w mojej długiej rozmowie z Włodzimierzem Czarzastym. Jesteśmy przed wyborami parlamentarnymi. Schowanie szyldu przez jakąkolwiek partię skazuje ją na niebyt, tak kiedyś zrobiła choćby Unia Wolności, której już nie ma. W poprzedniej kadencji mieliśmy dwóch posłów, w tej chwili mamy jedną posłankę, która zrobiła bardzo dobry wynik – niewiele brakowało, parę tysięcy głosów, i byłby drugi mandat. Z naszych wewnętrznych sondaży wynika, że w okręgu krakowskim jesteśmy w stanie zrobić dwa mandaty w najbliższych wyborach parlamentarnych. Chodzi więc o to, żeby ten szyld pokazać, zaprezentować działaczy, którzy włączą się w kampanię. Kraków będzie dla nas sprawdzianem i prawyborami przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku. Chcemy zobaczyć nasze realne poparcie, ocenić, jak Lewica jest odbierana, co możemy zmienić i jakie są oczekiwania społeczne. To wpłynie też na dalszą, prawie trzyletnią pracę naszych radnych. Czy Gosek-Popiołek to jest osoba, która powinna nieść ten szyld Lewicy? Jest członkiem klubu parlamentarnego Nowej Lewicy, choć formalnie członkiem partii nie jest – działa w stowarzyszeniu. Jest jedną z twarzy Lewicy, która dzisiaj współtworzy rząd. Włodzimierz Czarzasty jest w niej „zakochany”? Myślę, że bardzo ceni ją za pracowitość. Ma z nią bezpośredni kontakt w parlamencie, rozmawiał z nią wielokrotnie i ocenia ją dobrze, jako osobę zaangażowaną w swoją pracę I co z tej pracowitości wynika konkretnie dla Krakowa? Mógłby Pan podać jedną, konkretną rzecz? Na pewno była bardzo zaangażowana w sprawę ustawy o opłacie turystycznej. Ale to się nie wydarzyło. Widzi pan, wiele spraw dotyczyło też kwestii ochrony środowiska czy ochrony gatunków ryb przy inwestycjach, sprawy mieszkań komunalnych…. Czyli działania aktywistyczne. Ale na twardo to, o co zabiegała, na razie po prostu nie zostało zrealizowane. A opłatę turystyczną, która jeszcze nawet nie została wprowadzona, przypisują sobie wszyscy: od lewa do prawa. Warto sprawdzić, kto był autorem i kto złożył projekt jako pierwszy, bo po sukcesie każdy mówi, że był jego ojcem. Daria była w to naprawdę zaangażowana. Jest też zaangażowana w prace zespołu parlamentarnego dotyczącego umów najmu krótkoterminowego… Ryszard Śmiałek Pochwalił ją Pan za sprawy, które nie zostały doprowadzone do końca. Taka jest kolej rzeczy. Gdybyśmy uczciwie popatrzyli na wszystkich polityków z Małopolski, to niewielu z nich udało się cokolwiek doprowadzić do końca, bo w znacznej mierze decyduje wielka polityka warszawska. Ale pani poseł jest w obozie rządzącym, przypominam. Jest. Ale popatrzmy: czy innym parlamentarzystom z Koalicji, z PSL-u czy Polski 2050 udały się te rzeczy? Czyli na razie jest nieskuteczna, takie są fakty. Nie powiem, że jest nieskuteczna. Powiem, że jest ambitna. ZOBACZ TAKŻE: Czy to KONIEC PiS w Małopolsce?! Wyciekły kulisy planu KO!

Więcej…

Hoffman wbił nóż w plecy Gibały?! „Nie byliśmy jego pacynkami” [WYWIAD]

Hoffman wbił nóż w plecy Gibały?! „Nie byliśmy jego pacynkami” [WYWIAD]

24 lipca 2026 | 10:44

Zaprzyjaźnione z Aleksandrem Miszalskim media próbowały kreować i narzucić sympatykom odwołanego prezydenta narrację, w której jest jakiś złowrogi Łukasz Gibała i pacynki, które grają w jego teatrze. Świat okazał się bardziej złożony - mówi nam Jan Hoffman, kandydat na prezydenta Krakowa i lider akcji referendalnej. W rozmowie z Kanałem Krakowskim zdradza kulisy swoje startu w wyborach oraz opowiada o swoich relacjach z Łukaszem Gibałą i... Aleksandrem Miszalskim. *** Kanał Krakowski: Skąd u pana taki brak lojalności? Jan Hoffman: Wobec kogo? Nie uprzedził pan Łukasza Gibały o swoim starcie w wyborach. Myślę, że mój start w wyborach jest naturalną konsekwencją wydarzeń majowych. I myślę, że nie ma też zwyczaju, żeby wszystko konsultować. Jan Hoffman Ale referendum jednak konsultowaliście. I to nie tylko konsultowaliście, ale to Łukasz Gibała płacił za różne akcje referendalne. Wspierał outdoor. Jego stowarzyszenie wspierało. Działaliście wspólnie i w porozumieniu.  To tak brzmi jak z Kodeksu karnego, trochę jak opis czynu zabronionego, a nasze działania referendalne były korzystaniem z demokratycznego prawa. I 25 maja wasze drogi się rozeszły? Weszliśmy w kolejną fazę – fazę kampanii wyborczej, a właściwie pre-kampanii. Świat do 24 maja wyglądał zero-jedynkowo, czyli byli zwolennicy Aleksandra Miszalskiego i jego przeciwnicy. Teraz kandydatów mamy kilkunastu. Siłą rzeczy każda z tych osób stała po którejś ze stron rzeki.  Ponoć Łukasz Gibała dowiedział się o pańskim starcie w wyborach na prezydenta Krakowa z konferencji prasowej. Trudno mi powiedzieć, skąd się dowiedział. Zgodnie z przyjętym zwyczajem i zasadami savoir-vivre'u, mówiłem o moim starcie w gronie moich najbliższych przyjaciół i współpracowników. Nie jest to pewien nietakt nie poinformować o starcie swojego byłego współpracownika, który wspomagał was finansowo? Widocznie, panie redaktorze, czytamy inne poradniki savoir-vivre'u. Jan Hoffman Poróżniliście się z Łukaszem Gibałą po tym referendum, czy po prostu tylko nie rozmawiacie? Nie poróżniliśmy się z panem Łukaszem Gibałą, bo też nie ma podstaw, żeby się różnić. Tak naprawdę to zaprzyjaźnione z Aleksandrem Miszalskim media próbowały kreować i narzucić sympatykom odwołanego prezydenta narrację, w której jest jakiś złowrogi Łukasz Gibała i pacynki, które grają w jego teatrze. Świat okazał się bardziej złożony i dlatego teraz te osoby czują dysonans poznawczy. Może po prostu pacynki się usamodzielniły? Może nigdy nie były pacynkami. Po referendum Gibała przyznał się do tego, że stał za całą ta akcją, więc trudno teraz mówić, że tak nie było. Udział Łukasza Gibały w akcji referendalnej jest niezaprzeczalny, co nie znaczy, że to się odbywało na zasadzie wasalizacji. My, jako grupa referendalna – czyli zwykli mieszkańcy, którzy chcieli i nadal chcą naprawić Kraków, nigdy nie byliśmy wasalami. Jestem i będę wdzięczny panu Łukaszowi Gibale za wsparcie, które włożył w tę akcję. Skoro Gibała finansował outdoor referendalny, to czy nadal finansuje outdoor, tylko tym razem już kandydata na prezydenta Jana Hoffmana? Takiej propozycji nie dostałem. Liczę, panie redaktorze, że zapyta pan też o outdoor panią Monikę Piątkowską i innych kandydatów, gdy ich banery się pojawią. W tym mieście panuje takie założenie, że jak ktoś wydaje pieniądze, to musi to być Łukasz Gibała. A za chwilę będziemy mieli kampanię wyborczą i wszyscy będą te pieniądze wydawać. W 2024 roku nie wiem, kto wydawał najwięcej pieniędzy, ale przypomnę, że najwięcej outdooru miał Aleksander Miszalski. No właśnie, słowa klucze: kampania wyborcza. Ta kampania jeszcze formalnie się nie zaczęła i na razie mamy outdoor tylko jednego kandydata. Więc tym bardziej pytanie o to, kto finansuje pańskie bilbordy, jest zasadne. Zawsze z dużym uśmiechem podchodzę do zupełnego zaskoczenia, że prawnika, który od ponad 10 lat prowadzi własną kancelarię, stać na wykupienie kilku plakatów. To nie jest kilka plakatów, nie spłycajmy tego. Pańska kampania outdoorowa jest bardzo duża. No ale nie jest tak duża, żeby przekraczała moje możliwości majątkowe. Rozumiem więc, że za dotychczasową kampanię płaci pan sam z własnej kieszeni i nie ma w tym udziału między innymi Łukasza Gibały? Tak. Z tym zastrzeżeniem, że nie jest to kampania, tylko pre-kampania. Jeden z bilbordów Jana Hoffman Niektórzy mają wątpliwości, czy jest ona zgoda z prawem. Według mojej interpretacji, skonsultowanej też z prawnikami, jest to dopuszczalna forma, dlatego że przepisy, które limitują pewne kwestie, pojawiają się i mogą mieć zastosowanie dopiero wtedy, kiedy zaczyna się kampania wyborcza. A kampania, z woli pana Edwarda Nowaka, jeszcze się nie zaczęła. W tej interpretacji każdy może sobie dzisiaj powiesić billboard i napisać, że jest kandydatem obywatelskim albo nieobywatelskim na prezydenta Krakowa? Tak samo, jak może sobie napisać, że będzie w 2030 roku startował na prezydenta Polski. Nie wiem czy Pan zauważył, ale są i tacy kandydaci, a w zasadzie kandydatki, które również pojawiają się na plakatach – tylko formalnie nie piszą, że planują start. A są to przedstawicielki partii, które otrzymują subwencje z publicznych pieniędzy.  Po co panu ta kosztowna pre-kampania, skoro kampania jeszcze się nie zaczęła? To jest tańsze. Właśnie dlatego, że gdy przyjdzie do kampanii właściwej, wszyscy kandydaci będą prezentować swoje billboardy. Zauważył pan redaktor moją kampanię, czyli efekt został osiągnięty. Zapewniam pana redaktora, że gdybym identyczne środki wydał w kampanii, to nawet by pan nie zauważył tych nośników, bo wiodący kandydaci, tacy z największymi środkami finansowymi wspierani przez partie polityczne, pewnie będą ich mieli kilka razy tyle. Tylko że w momencie, kiedy zacznie się kampania, to wszyscy już zapomną o tym, co wisiało na billboardach podczas pre-kampanii. Gdybym uważał, że zapomną, to bym oczywiście się na to nie decydował. Natomiast mam przekonanie, że budowanie rozpoznawalności i docieranie z pewnym przekazem do mieszkańców to jest proces długofalowy.Na tej zasadzie partie polityczne, ruchy, organizacje mogłyby nic nie robić przez cztery lata, bo to by się nie liczyło, liczyłby się tylko ostatni miesiąc kampanii. Ja wierzę jednak, że pamięć wyborców jest dłuższa. W związku z czym warto wykorzystać ten martwy z pozoru okres. W zasadzie, gdyby kandydaci nic nie robili, to jedyną osobą widoczną teraz w mieście byłby Stanisław Kracik, który w przyszłości kandydatem też może być... Zakłada pan, że Kracik wystartuje? Ciężko mi to ocenić. Uważam, że jest wiele sygnałów świadczących o tym, że taki scenariusz, przynajmniej w otoczeniu pana prezydenta Kracika, może być rozważany. Kompletnie nie wiem, na ile on jest realny z punktu widzenia Warszawy. Poprze pan Kracika, gdyby ten wystartował? Kandydatem, do którego na ten moment jest mi zdecydowanie najbliżej, jestem ja sam. To zapytam tak: po co ta kosztowna pre-kampania, skoro na końcu – i to jest pytanie z tezą – i tak poprze pan Łukasza Gibałę? Zacznijmy od tego, że startuję by wygrać, zostać prezydentem i naprawić Kraków. O tym kto będzie popierany przez kogo przed drugą turą zdecydują przede wszystkim mieszkańcy. Oczywiście nie mogę też powiedzieć, że nie poprę żadnego kandydata, gdybym się nie dostał do drugiej tury, choć, jak powiedziałem, swój start traktuję serio i walcze po to, by wygrać. Łukasz Gibała  Czyli nie poprze pan Gibały jeszcze przed wyborami? Przypominam, że na dziś nie znamy nawet daty wyborów. Mógłby mnie pan podpiąć do wariografu i nic by nie zapikało, gdybym powiedział: nie wiem. Głęboko jednak wierzę, że do tego nie dojdzie, bo wierzę w sens swojego startu i w to, że wejdę do drugiej tury i zostanę prezydentem.  Zabawne. To samo słyszałem, gdy rozpoczynaliśmy zbiórkę podpisów pod wnioskiem o referendum, a potem po wyznaczeniu daty głosowania za odwołaniem prezydenta. Konsekwentnie z pokorą podchodzę do procesu wyborczego, wiem, że to ogrom pracy, ale to, co udało nam się w ostatnich miesiącach osiągnąć, utwierdza we mnie wiarę w takie powiedzenie, że sky is the limit. Jak długo jeszcze będzie pan udawał, że jest pan niezależnym i obywatelskim kandydatem i kiedy zobaczymy wreszcie prawdziwą twarz Jana Hofmanna?  Mogę prosić o jakieś pytanie bez tezy? To jest tak, jakbym zadał panu pytanie, czy przestał pan już bić żonę, a dopuszczalna odpowiedź to „tak” lub „nie”. Nie przypominam sobie, żebym cokolwiek udawał. Nie jestem członkiem partii politycznej, jestem obywatelem, bezpartyjnym, lokalnym, skromnym samorządowcem. No i nie ukrywam, człowiekiem dumnym z tego, że ma swój wkład w uruchomieniu wielkiej fali ponad 170 tysięcy Krakowian, którzy powiedzieli „dość” psuciu naszego miasta przez odwołanego prezydenta. Teraz będzie pytanie bez tezy: o co pokłócił się pan z Aleksandrem Miszalskim, gdy ten był jeszcze prezydentem? Myślałem, że nie doczekam. (śmiech) Sprowadzenie sporu między mną, a Aleksandrem Miszalskim do kwestii „pokłócenia się”, to było takie łatwe narzędzie retoryczne w okresie referendum. Wywodzicie się z tego samego środowiska politycznego. Tak, ale mamy kompletnie inne spojrzenie na miasto. Co więcej, te różnice zaczęły się uwidaczniać wtedy, kiedy Aleksander Miszalski został już prezydentem. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z jego spojrzenia, z jego filozofii. Musiał być jakiś punkt zapalny, jakaś kropla, która przepełniła czarę. Kwestie relacji personalnych całkowicie nie miały wpływu na decyzję o referendum. Można się z kimś lubić lub nie lubić, ale sprowadzanie do tego poważnego sporu politycznego jest… niepoważne. Istota sporu politycznego powinna dotyczyć kwestii kierunkowych, programowych i tego, jak się żyje ludziom, za których na danym szczeblu odpowiadamy – mieszkańcom Krakowa, mieszkańcom Polski, mieszkańcom Małopolski, w zależności od szczebla władzy. Za prezydentury Miszalskiego żyło się Krakowianom aż tak źle? A twierdzi Pan, że żyło się lepiej? Kierunki, które obrał były prezydent, były dla mnie nieakceptowalne. Wszystkie te powody, z otwartą przyłbicą, prezentowaliśmy w trakcie referendum. Aleksander Miszalski Równie dobrze mogę powiedzieć, jako hipotetyczny mieszkaniec dzielnicy Stare Miasto, że żyje mi się w tej dzielnicy źle i zrzucić to na karb tego, że jest pan przewodniczącym rady tej dzielnicy. Ale ja mówię o kierunkach i o decyzjach, które podejmował Aleksander Miszalski. O kwestiach długofalowych, które bezpośrednio na odczuwanie życia dzisiaj się nie przekładają. Czyli? Choćby kwestia finansowa, chociaż ona już zaczynała się przekładać ze względu na podwyżki, które były planowane i częściowo wprowadzone. Do tego kwestie rozwiązań nieakceptowalnych dla wielu mieszkańców, w tym Strefa Czystego Transportu czy kwestie kierunkowe. Prezydent Kracik jakoś trochę próbuje zmienić kurs i nadać mu bardziej zdroworozsądkowy charakter. Ale to właśnie te kwestie spowodowały powszechne niezadowolenie. Najlepszym dowodem jest wynik referendum. Używając dokładnie tego samego argumentu mogę powiedzieć, że nadmierna turystyfikacja, hałas czy mieszkania na krótkoterminowy wynajem to wina przewodniczącego Rady Dzielnicy Stare Miasto. Co prawda byłem liderem komitetu referendalnego, ale przypisywanie mi aż takiej sprawczości na wieloletnią politykę miasta, a zwłaszcza decyzje Aleksandra Miszalskiego, byłoby mocnym nadużyciem. (śmiech)  Ale na poważnie: w tematach, które pan wymienił, rada dzielnicy ma do powiedzenia dokładnie tyle samo, co Aleksander Miszalski w kwestii cen ropy na świecie – czyli niewiele, bo nie mamy takich kompetencji. Żeby zakończyć wątek Aleksandra Miszalskiego: jakie dzisiaj żywi pan uczucia wobec niego?  Szczerze mówiąc, ani pozytywnych, ani negatywnych. Uważam, że był bardzo złym prezydentem, ale nie uważam, żeby był złym człowiekiem. Więc życzę mu życiowo dobrze. To stało się takim wytrychem po jego odwołaniu. Ja myślę, że to nie jest wytrych, tylko to jest normalne ludzkie zachowanie i dowód na to, że autorzy takich słów są dojrzali i zdolni do odrobiny empatii. Niewątpliwie Aleksander Miszalski życiowo znalazł się na zakręcie, ale nie mam z tego osobistej satysfakcji. Uważam jednak, iż bardzo dobrze stało się dla Krakowa, że nie jest prezydentem. Odróżniam natomiast prezydenta Aleksandra Miszalskiego od Olka Miszalskiego. Olkowi Miszalskiemu życzę dobrze. Nie chciałbym jednak, żeby kiedykolwiek zafunkcjonowała jeszcze zbitka: prezydent Aleksander Miszalski. Jan Hoffman To jakie są trzy konkretne rzeczy, które prezydent Jan Hoffman zrobi lepiej niż prezydent Aleksander Miszalski? Po pierwsze, finanse publiczne, czyli audyt, ograniczenie wydatków oraz realny plan wyjścia z długu. Po drugie, reorganizacja ruchu w mieście, i to szeroko rozumiana. Czyli to wszystko, co się wiąże z ruchami w kwestiach Strefy Czystego Transportu. Tak naprawdę to była czara, która przelewała się od ponad 10 lat, gdy wprowadzano niekorzystne zmiany, pozornie zmierzające do uspokojenia ruchu, a tak naprawdę uniemożliwiające mieszkańcom normalne przemieszczanie się po mieście i generujące korki w miejscach, w których ich nie było. Przykładem jest ulica Grzegórzecka, kiedy zdecydowano się wpuścić ruch samochodowy na tory tramwajowe po to, żeby zrobić osobny pas dla rowerów. W efekcie tramwaje stoją w korkach, samochody stoją w korkach, a po tej dość nieprzyjemnej trasie z punktu widzenia, że tak to ujmę cywilnych rowerzystów, przemieszczają się głównie dostawcy jedzenia.  Po trzecie, powrót do rozsądnych planów inwestycyjnych w zakresie infrastruktury, czyli na przykład rozwój sieci tramwajowych. A ma pan jakieś pomysły na Kraków, których nie mają inni kandydaci? Pytam dlatego, że niemal od wszystkich słyszymy mniej więcej o tych samych problemach i podobnych rozwiązaniach. Oczywiście, i będziemy je konsekwentnie prezentować, gdy w końcu poznamy datę wyborów. Jestem przekonany, że chociaż część spodoba się panu redaktorowi. My pewne założenia zaprezentowaliśmy zaraz po referendum i nie mam z tym problemu, że inni kandydaci powtarzają sformułowane przez nas postulaty. Żartobliwie współpracownicy i część komentujących nazywa to zjawisko „efektem Hoffmana”. Mnie naprawdę cieszy, że także inni kandydaci chcą słuchać tego, co mówią mieszkańcy. Stąd tak naprawdę wyrasta nasza baza programowa – wiemy, co chcemy zrobić inaczej niż Aleksander Miszalski.  Skoro wszyscy programowo mówią mniej więcej to samo, to te wybory mogą się sprowadzić do konkursu piękności. Czas na prezentacje programu jeszcze przyjdzie, nasze postulaty naprawienia Krakowa będą kompleksową formułą odpowiedzi na to, co mieszkańcy chcą w naszym mieście zmienić. Ale poza kwestiami programowymi każde wybory to kwestia nie tyle konkursu piękności, co również wiarygodności kandydata, no i, nazwijmy to – pewnego „dostojeństwa”. To był częsty zarzut wobec Aleksandra Miszalskiego, gdy porównywano go z poprzednikiem. Czy kluczowa? Pewnie nie, ale dla wielu osób ważna.  Czyli zakłada pan, że w kwestii wiarygodności i dostojeństwa ma pan przewagę nad innymi kandydatami? Zaprzeczyłbym tej tezie, gdybym potwierdził pańskie słowa. (śmiech) ZOBACZ TAKŻE: Chciał zastąpić Miszalskiego po cichu, teraz idzie po pełnię władzy

Więcej…

To zapowiedź potężnej awantury! Te słowa przejdą do historii kampanii [WYWIAD]

To zapowiedź potężnej awantury! Te słowa przejdą do historii kampanii [WYWIAD]

20 lipca 2026 | 08:44

– Gdybym chciał porozmawiać z rosyjską prostytutką, to pojechałbym do domu publicznego w Moskwie! – tymi słowami Łukasz Wantuch, kandydat na prezydenta Krakowa, odrzuca możliwość debaty z przedstawicielem Konfederacji Korony Polskiej.  W bezpardonowej i niezwykle szczerej rozmowie były krakowski radny tłumaczy, dlaczego nie boi się łatki wariata, co jest jego największą wadą oraz jak będzie sprawował urząd prezydenta. – Nie bawię się w trzymanie za rączkę i mówienie słodkich słówek – deklaruje. *** Kanał Krakowski: Były prezydent jeździł rowerem. Pan przyjeżdża na nasze spotkanie hulajnogą. Nie uwłacza to powadze kandydata i potencjalnego prezydenta? Łukasz Wantuch: Nie, dlatego że korzystam z różnych środków transportu: z hulajnogi, z roweru, z komunikacji miejskiej, z samochodu. Wszystko w zależności od dystansu i warunków pogodowych. Oczywiście, gdyby to było jakieś oficjalne spotkanie, to wiadomo, że nigdy bym nie przyjechał hulajnogą. Łukasz Wantuch Jako prezydent będzie pan jeździł hulajnogą? Prywatnie tak, oczywiście. Ale na pewno nie na oficjalne spotkania. Niestety słynny filmik z dachu nauczył nas, że pewnych rzeczy, które można robić prywatnie, prezydentowi robić po prostu nie wypada. Urząd – tak jak mówił prezydent Majchrowski – musi mieć określoną dignitas. To nie oznacza, że trzeba być cały czas w krawacie i w garniturze, ale jest to stanowisko, które wymaga odpowiedniej prezentacji. Zmierzam trochę do tego, czy jest pan poważnym kandydatem. Oczywiście, ale jestem też oryginalną czy wręcz według niektórych specyficzną osobą.  „Specyficzna osoba” to ładne określenie na niepoważnego kandydata. Nie. Ja zaczynałem od zera. Moja mama pochodzi z małej wioski w województwie świętokrzyskim, mój tata z małej wioski w Małopolsce. Wszystko w życiu osiągnąłem sam. Nie urodziłem się ze srebrną łyżką w ustach. Nie dostałem 50 milionów od ojca. Wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam wyłącznie sobie. Pana największy życiowy sukces? Wiadomo, że na pierwszym miejscu jest sukces rodzinny, czyli moi synowie. To jest oczywiste. Gdybym jednak miał wymienić taki sukces samorządowy, to wystarczy, że wejdę do dowolnej szkoły w Krakowie, i to nie tylko z mojego okręgu wyborczego, i widzę tam kamery, oczyszczacze powietrza, ozonatory. Mogę wejść do dowolnej placówki edukacyjnej – szkoły samorządowej czy niesamorządowej – i widzę, ile udało mi się osiągnąć jako radnemu dzielnicowemu, a potem jako radnemu miasta. To, co mnie strasznie irytuje u obecnych radnych, to fakt, że dbają tylko o swój okręg wyborczy i wszystkie inwestycje kierują wyłącznie tam. Ja robiłem wszystko dla całego Krakowa. Więc tak, jestem osobą trochę niekonwencjonalną, trochę oryginalną. Wychowałem się na specyficznym, brytyjskim poczuciu humoru. Uwielbiam Monty Pythona. Lubię sarkastyczny, cyniczny humor, a moje poczucie humoru – przez które miałem zresztą wiele problemów – jest tego odzwierciedleniem. Ale jestem też osobą, która twardo stąpa po ziemi. Nie osiągnąłbym tego wszystkiego, gdybym był wyłącznie jakimś barwnym kwiatkiem. Ale trudno brać na poważnie kandydata, który wysyła maila do mieszkańców i pisze, że chce wygrać wybory, ale jego – i tutaj cytuję – „największym wyzwaniem jest zebranie trzech tysięcy podpisów”. ZOBACZ: Wyborcza „łapanka” Wantucha. Kandydat na prezydenta szuka frajerów do czarnej roboty Tak, dlatego że ja nie mam struktur. Ja się nie boję kampanii wyborczej, bo wiem, jak ją robić i już to robiłem. Ale jeśli ktoś siedzi w polityce i zna te realia, to doskonale wie, że dla kandydata bez struktur – a ja nie jestem członkiem żadnej partii politycznej – największym wyzwaniem jest właśnie zebranie podpisów. Ludzie po prostu boją się podawać swój numer PESEL. To może się wydawać dziwne, ale o wiele łatwiej jest nakłonić kogoś, żeby zagłosował na ciebie przy urnie, bo to jest anonimowe, niż nakłonić go do podania PESEL-u na liście.  Zebranie podpisów to po prostu ten etap, na którym odpada połowa kandydatów. Ja tego nie ukrywam. Dla mnie to było wyzwanie, ale po tym mailu zgłosiło się do mnie mnóstwo ludzi, więc te podpisy na pewno zbiorę. Wiele osób traktuje pański start jako kolejny performance. Byłem radnym miasta Krakowa przez dwie kadencje, wcześniej byłem radnym dzielnicowym. Byłem wiceprzewodniczącym Rady Miasta Krakowa. Jestem osobą niekonwencjonalną i nie mam zamiaru tego ukrywać, ale stoi za mną mnóstwo konkretnych osiągnięć. Wspomniałem już o oczyszczaczach w szkołach, ale jest tego więcej. Łukasz Wantuch w 2018 roku / źródło: BIP Taki najprostszy przykład: Kraków jako jedyna gmina w Polsce udostępnia możliwość zbierania podpisów pod obywatelskimi projektami uchwał przez internet. To była moja inicjatywa. I takich rzeczy mógłbym wymienić setki. Więc pomimo to, że mam w duszy tę przekorną, "brytyjską" część, to kiedy przychodzi do merytorycznej dyskusji, bardzo ciężko będzie mnie zagiąć. Dlatego tak bardzo liczę na debaty i rozmowy w kampanii. Ja na przykład wiem, ilu jest posłów w Sejmie i ilu jest radnych w Krakowie – w przeciwieństwie do niektórych kandydatów. Jeżeli ktoś w trakcie kampanii będzie mówił o panu per „wariat”, to będzie go pan pozywał, czy nie? Gdybym chciał być powszechnie lubiany i popularny, to założyłbym zespół rockowy. W polityce trzeba mieć grubą skórę. Ja koncentruję się na zadaniach. Mam cel do wykonania i go analizuję. To, co ktoś inny o mnie myśli, to nie jest mój problem. To jego prywatna sprawa. Wiele osób radziło mi na przykład, żebym na czas kampanii przestał pomagać Ukrainie, bo to może być źle odebrane. Powiedziałem wyraźnie: nie. Wtedy czułbym, że zdradziłem samego siebie. Jeżdżę na Ukrainę od marca 2022 roku. Niedawno wróciłem z kolejnego wyjazdu. Byłem w miejscach oddalonych o parę kilometrów od linii frontu, gdzie nad naszymi głowami latały drony. I będę to robił nadal. To, czy komuś się to podoba, czy nie, nie ma wpływu na moje działania. Mam też swoją konkretną wizję miasta. Jestem na przykład przeciwnikiem budowy metra. Uważam, że nie ma alternatywy dla kolei aglomeracyjnej przechodzącej przez Kraków. Myślę, że wielu ludzi w tym mieście doskonale wie, że nie mamy 20 miliardów złotych na budowę metra. Czytam teraz, że mamy wydać 188 milionów złotych z budżetu miasta na przygotowania do budowy. Przecież to będzie kolejny przekręt i marnowanie pieniędzy – kolejne „dwie wieże w Ostrołęce”. Marnujemy środki, bo politycy boją się mówić ludziom prawdę. Uważam też, że obszar „Wesoła” trzeba sprzedać, a przeznaczone na to pieniądze przeznaczyć na uzbrojenie terenów i inne ważne cele. Jest mnóstwo rzeczy, które dostrzegam jako mieszkaniec bloku. Na przykład przepełnione kosze na śmieci albo to, że już piąty rok wymieniamy oprawy sodowe na ledowe – co zresztą też było moją inicjatywą, bo składałem w tej sprawie projekty uchwał.  Udało mi się wiele rzeczy w tym mieście zmienić, a start na prezydenta to nie jest żaden performance. Mam jasną wizję Krakowa. To, że część osób odbiera mnie jako niekonwencjonalnego czy wręcz „wariata”, wynika tylko z tego, że ja po prostu mówię prawdę bez owijania w bawełnę.  Nie bawię się w dyplomację, w trzymanie za rączkę i mówienie słodkich słówek. Gdy patrzę na programy innych kandydatów, to wszyscy powtarzają: „ma być zielono, pięknie, bogato”. A jak przychodzi do konkretów, to wszystko leży. Ja się nie boję powiedzieć ludziom wprost: Krakowa po prostu nie stać na metro. A nawet gdyby było nas stać, to lepszym i tańszym rozwiązaniem jest rozbudowa sieci tramwajowej. I ktoś wtedy powie: „wariat, bo nie chce metra”? Nie, to jest zdrowy rozsądek i liczę, że przekonam do tego większość mieszkańców. Po co w ogóle pan startuje? Jestem w polityce od ponad dekady. Startuję po to, żeby realnie zmienić nasze miasto. Część spraw to tematy strukturalne – jak metro, sprzedaż Wesołej czy rozwój kolei aglomeracyjnej. Ale jest też mnóstwo mniejszych, codziennych problemów. Weźmy na przykład graffiti. Mam gotowy pomysł, jak skutecznie usuwać graffiti z budynków, które nie należą do miasta. Albo wraki samochodowe. Kiedy przyjeżdżam wieczorem na osiedle, krążę czasami przez 20 minut i mijam po drodze po 10–15 samochodów, które stoją tam tak długo, że zaraz zarosną mchem. Można je usunąć w bardzo prosty sposób, tylko potrzebna jest wola. Będąc radnym przez ponad dziesięć lat, nauczyłem się jednej rzeczy: problemem w samorządzie zazwyczaj nie są pieniądze. Problemem są ludzie. W polityce panuje przekonanie, że jak już się okopiesz na stanowisku, to musisz być jak najmniej kontrowersyjny i unikać konkretów – bo jak jesteś konkretny, to zawsze kogoś urazisz i ktoś będzie niezadowolony. Ja przyjąłem zupełnie inną zasadę: być sobą, być autentycznym i mówić ludziom prawdę. No to proszę powiedzieć, jak usuwać graffiti z budynków, które nie należą do miasta? Na podstawie artykułu 18 ustęp 2 punkt 6 ustawy o samorządzie gminnym możemy tworzyć programy gospodarcze. Rada Miasta Krakowa przyjmuje odpowiednią uchwałę, a zadanie zleca się jednostkom takim jak MPO. Kluczem jest to, że nie traktujemy tego jako walki o estetykę, tylko jako kwestię bezpieczeństwa. A bezpieczeństwo i porządek publiczny są wprost wymienione w ustawie o samorządzie gminnym jako zadania własne gminy. Jeśli potraktujemy usuwanie graffiti jako walkę o bezpieczeństwo – co możemy mocno podeprzeć naukową „teorią rozbitej szyby” – to możemy legalnie przeznaczyć na to pieniądze z budżetu gminy. To jest ta fundamentalna zmiana: nie możemy finansować estetyki na prywatnych budynkach, ale bezpieczeństwo już tak. A jak usuwać wraki z terenów spółdzielczych czy dróg wewnętrznych? Tutaj podstawowym problemem jest to, że możemy bez problemu usuwać wraki z dróg publicznych, ale z dróg niepublicznych już nie. Moim zdaniem należy stworzyć specjalny program miejski i zacząć traktować te auta jako mienie porzucone w rozumieniu Kodeksu cywilnego. Oczywiście nie robimy tego tak, że od razu wjeżdżamy i zabieramy auto. Najpierw naklejamy na taki wrak wyraźne ostrzeżenie. Jeśli samochód stoi bez ruchu przez miesiąc czy dwa, nie ma ważnych badań technicznych ani ubezpieczenia OC, a właściciel nie reaguje na wezwania, to bierzemy taki wrak i przestawiamy go... na drogę publiczną. A tam już straż miejska może go odholować zgodnie ze standardową procedurą. Ale to jest falandyzacja prawa! Tak, to jest falandyzacja prawa. Ale ja jestem przeciwnikiem mówienia: „tego się nie da zrobić”. Miasto ma potężne narzędzia. Niektóre z tych działań będą na granicy prawa – mówię to zupełnie otwarcie. Bardzo bym chciał, żeby powstała jasna ustawa, która mówi: „gmina może usuwać wraki i graffiti z każdego terenu”. Ale dopóki nie mamy takich narzędzi ustawowych na poziomie krajowym, musimy kombinować. Trzeba wziąć dobrych prawników i szukać rozwiązań, które być może naginają istniejące przepisy. Mamy dwie opcje: albo nie robimy nic i akceptujemy to, że w Krakowie zalegają tysiące wraków, albo podejmujemy ryzyko, naciągamy prawo i korzystamy z kruczka pod tytułem „rzecz porzucona”. Oczywiście najpierw ostrzegamy właściciela. Jeśli przez  30 dni nikt auta nie przestawi, to my je przestawiamy na drogę publiczną i uruchamiamy procedurę. Skoro to takie proste, to dlaczego nikt do tej pory tego nie zrobił? Może jednak się nie da, a nie dlatego, że nikt na to nie wpadł. Dlatego, że urzędnicy boją się ryzyka. Większość wójtów czy prezydentów wychodzi z założenia: „po co mi ten problem, to nie moja sprawa”. A wszystko w życiu wiąże się z ryzykiem. Ta konstrukcja prawna z mieniem porzuconym jest dziurawa jak szwajcarski ser, zgadzam się. I właśnie dlatego potrzebny jest prezydent, który ma odwagę powiedzieć: „okej, bierzemy to na klatę, ryzykujemy dla dobra publicznego”. Jeśli wprowadzimy takie odważne rozwiązanie, z ulic zniknie pięć, może nawet dziesięć tysięcy wraków. Brakuje po prostu odwagi. Ale jeśli to rozwiązanie jest na granicy prawa, to właściciele zaczną pozywać miasto, miasto będzie przegrywać sprawy w sądach i wypłacać odszkodowania. To jest ryzyko, oczywiście, i ja to mówię otwarcie. Ale miasto ma świetnych prawników i dobrego sekretarza. To jest konstrukcja prawna, która może nie jest w stu procentach „koszerna”, ale działa. Jakie mamy inne rozwiązanie? Czekać w nieskończoność, aż Sejm coś uchwali? To jest czekanie na Godota. Możemy nie robić nic albo zaryzykować. Ja nie podejmuję decyzji bezmyślnie. Wszystko kalkuluję, zlecimy ekspertyzy prawne. Jeśli ktoś pójdzie z tym do sądu – w porządku, nie ma problemu. Tylko w sądzie padnie pierwsze i podstawowe pytanie: dlaczego ten samochód stał bezużytecznie przez 5 lat? Mówię tutaj oczywiście o przypadkach ekstremalnych. Nie o sytuacji, gdy ktoś zostawi auto na tydzień czy dwa. Zresztą na to też mam rozwiązanie. Chciałbym stworzyć na obrzeżach Krakowa bezpłatne parkingi długoterminowe. Mam setki takich gotowych projektów. Wyobraźmy sobie sytuację: ktoś ma samochód, z którego korzysta bardzo rzadko, na przykład raz w miesiącu, żeby pojechać na zakupy czy do rodziny. I takie auta blokują miejsca na osiedlach. Jeśli stworzymy bezpłatny, strzeżony parking na obrzeżach miasta, to każdy mieszkaniec, który płaci w Krakowie podatki i ma ważne OC, będzie mógł tam zostawić auto za darmo. Zamiast blokować deficytowe miejsca pod blokiem w centrum, odwozisz auto na strzeżony parking. Nikt ci go nie porysuje, nikt nie ukradnie, może tam stać legalnie nawet trzy miesiące. Dojedziesz tam wygodnie komunikacją miejską. I w ten sposób uwalniamy kolejne tysiące miejsc parkingowych na osiedlach. Czy to jest kontrowersyjne? Czy to jest zły pomysł? To czysty pragmatyzm. Łukasz Wantuch Skoro wspomina pan o ryzyku, jaka była najbardziej ryzykowna rzecz, którą zrobił pan w życiu? Nie ma jednej takiej rzeczy. Kiedy podejmuję decyzje, które z boku mogą wydawać się irracjonalne, ja zawsze wcześniej przeprowadzam dokładną analizę SWOT. Analizuję mocne i słabe strony, szanse i zagrożenia. Zastanawiam się, jakie jest ryzyko, a jakie są korzyści. Moje myślenie zawsze działa według schematu: problem – analiza – rozwiązanie. Jeśli zostanę prezydentem i przyjdzie do mnie urzędnik czy mieszkaniec ze słowami: „panie prezydencie, mamy problem”, to ja mu odpowiem: „nie przychodź do mnie tylko z problemem. Przyjdź z problemem i od razu z propozycją jego rozwiązania”. Tak powinien działać nowoczesny urząd. Chętnie więc przyjdę z problemem oraz jego rozwiązaniem, tylko że dobre rozwiązanie dla mnie, może nie być dobre dla mojego sąsiada. Co wtedy, panie prezydencie? Wszystko trzeba traktować indywidualnie. Jestem na przykład zwolennikiem tego, aby w końcu wprowadzić w naszym mieście prawdziwe konsultacje społeczne. Mieliśmy chociażby jaskrawy przykład Parku Bednarskiego, gdzie przychodziło tysiąc pism wypełnionych dokładnie tym samym charakterem pisma – czyli fikcja. Powinniśmy stworzyć jedną, porządną aplikację miejską o nazwie mKraków – stabilne i nowoczesne narzędzie, a nie to, co mamy w telefonach teraz. Jeśli pojawia się kontrowersyjny temat, na przykład rozszerzenie Strefy Czystego Transportu, przeprowadzamy rzetelne konsultacje społeczne właśnie za pomocą tej aplikacji. Uważam, że każdy mieszkaniec Krakowa powinien ją mieć. Świetnie, mamy SCT, mamy aplikację. W ankiecie 301 osób opowiada się za rozszerzeniem strefy, 298 przeciw, a reszta milczy. I co dalej? Żeby te wyniki były w pełni wiarygodne, musimy wprowadzić odpowiednie mechanizmy zabezpieczające. Przede wszystkim, aby móc zagłosować w aplikacji, musisz być zweryfikowanym mieszkańcem Krakowa, który tu płaci podatki. Dążymy do tego, aby aplikacja miała setki tysięcy użytkowników. Możemy to łatwo osiągnąć, oferując przez nią załatwianie spraw urzędowych, systemy rabatowe, darmowe wejścia do miejskich muzeów czy inne benefity. Wtedy baza użytkowników staje się w pełni reprezentatywna i wiarygodna. Dziś przy konsultacjach społecznych może głosować dosłownie każdy, nawet ludzie z drugiego końca Polski. Podobnie musimy zrobić porządek z Budżetem Obywatelskim. Obecnie w krakowskim Budżecie Obywatelskim może zagłosować nawet... trzyletni mieszkaniec Gdańska. Nie ma progu wiekowego, wystarczy mieć PESEL – a PESEL może mieć nawet niemowlę. I w ten sposób osoby spoza Krakowa decydują o podziale milionów złotych wypracowanych przez naszych podatników. Ale wracając do mojego pytania: co jeśli w aplikacji zagłosuje tylko po 300 osób z każdej strony? Wprowadzimy próg frekwencyjny, na wzór referendum lokalnego – na przykład na poziomie 30% uprawnionych mieszkańców danej dzielnicy czy obszaru. Jeśli ten próg zostanie przekroczony, to choćby decydował jeden jedyny głos przewagi – decyduje większość. Na tym polega demokracja. Jeśli frekwencja jest odpowiednia, wynik jest wiążący, bez względu na to, czy różnica wynosi jeden głos, czy pięć tysięcy. Nie przeszkadza panu to, że niektórzy komentatorzy zaliczają pana do grupy tak zwanego „wyborczego folkloru”, a nawet „politycznego szrotu”? Kiedy startowałem po raz pierwszy do Rady Miasta Krakowa, zdobyłem 700 głosów. W kolejnych wyborach miałem już cztery razy więcej. Finis coronat opus – koniec wieńczy dzieło. A jaki wynik w tych wyborach prezydenckich będzie dla pana sukcesem? Jeżeli podczas tej kampanii będę w stanie zainicjować ogólnomiejską, poważną dyskusję na temat kluczowych problemów Krakowa – na przykład o tym, że metro jest nam niepotrzebne i za drogie – i jeśli uda mi się przekonać do tych argumentów mieszkańców, to bez względu na to, czy zdobędę 1%, czy 99%, uznam to za swój sukces. Natomiast startuję po to, żeby wygrać. Kandydatów jest wielu, a różnice poparcia między pierwszym a czwartym miejscem mogą zamknąć się w granicach 5%. Może się okazać, że mój merytoryczny program przekona krakowian, tak jak to miało miejsce w innych miastach na świecie – na przykład w przypadku Zohrana Mamdaniego w Nowym Jorku, który startował z zerowym poparciem, zrobił świetną kampanię i wygrał. Chcę dokładnie tego samego: wejść do drugiej tury i w niej zwyciężyć, pokazując ludziom, że zmiana jest możliwa. Że mogą rządzić ludzie, którzy mówią prawdę o metrze czy o sprzedaży gruntów na Wesołej. Mieszkańcy są już śmiertelnie zmęczeni kandydatami, którzy obiecują gruszki na wierzbie – baseny w Parku Jordana, baseny nad Wisłą i tak dalej. A na koniec pojawia się proste pytanie: skąd wziąć na to wszystko pieniądze? Czy jest jakiś kandydat z obecnie startujących, z którym na pewno się pan nie dogada? Kandydat z Konfederacji Korony Polskiej. Dla mnie działalność tego ugrupowania to czysta agentura Moskwy. Ale to legalnie działająca w Polsce organizacja. Legalna, ale ich program wygląda tak, jakby pisał go sam Putin. Zapowiadam od razu: jeśli będzie organizowana debata prezydencka i weźmie w niej udział ich kandydat, pan Klimek, to ja w takiej debacie nie wezmę udziału. Gdybym chciał porozmawiać z rosyjską prostytutką, to pojechałbym do domu publicznego w Moskwie! Michał Klimek i Grzegorz Braun Dla mnie Korona Polska to agenci wpływu Moskwy, którzy realizują w Polsce politykę Putina. Ktoś powie, że jestem kontrowersyjny, bo mówię to tak ostro. Mogą mnie podawać do sądu, mogą robić, co chcą. Dla mnie to jest współczesna Targowica. Kiedy patrzę na to, co ta partia robi – na przykład nawołuje do wyjścia z Unii Europejskiej – to uważam, że trzeba być niespełna rozumu albo półgłówkiem, żeby nie dostrzegać, jak gigantyczny sukces odniosła Polska dzięki obecności w Unii. A który z pozostałych zgłoszonych kandydatów, według pana, prezentuje wysoki poziom merytoryczny? Będę tu w pełni obiektywny i nie będę kierował się sympatiami politycznymi. Merytoryczni są wszyscy ci kandydaci, którzy mają realne doświadczenie samorządowe. To na przykład Michał Drewnicki czy Łukasz Gibała. Ja również mam za sobą ponad dekadę pracy w samorządzie. Duże doświadczenie jako urzędnik i dyrektor ma Monika Piątkowska, więc ona również wie, jak działa ten mechanizm. Pozostali kandydaci musieliby się dopiero uczyć, a to byłaby nauka na własnych błędach kosztem miasta przez pierwsze dwa lata prezydentury. Przekleństwem współczesnej polityki jest to, że kupując pralkę czy lodówkę, dokonujemy głębszej analizy technicznej niż przy wyborze kandydata. Sprawdzamy klasę energetyczną, zużycie wody, czytamy opinie. A kiedy przychodzi do głosowania na radnego, posła czy prezydenta, to patrzymy tylko na to, czy ktoś ma ładny uśmiech na plakacie, czy powiesił ich więcej w okolicy albo czy wrzucił nam gadżet do skrzynki pocztowej. A potem się dziwimy, że rządzący nami ludzie nie radzą sobie z rzeczywistością. Jeśli wybiera się kandydata na podstawie obietnic bez żadnych konkretów, to potem nie miejmy pretensji, że nic z tego nie zostało zrealizowane. Kto za to ponosi odpowiedzialność? My, wyborcy. Tych ludzi nie wybierają komputery ani ślepy los. To są nasze decyzje. Dlatego moją jedyną szansą jest przekonanie ludzi, że pomimo moich wad, mam merytoryczny program, a wybory samorządowe to nie są wybory parlamentarne. Wybierzmy człowieka, który zna to miasto od podszewki, ma konkretną wizję i program składający się z precyzyjnych rozwiązań. Jaka jest pana największa wada? Specyficzne poczucie humoru. To brzmi jak wymijająca odpowiedź na rozmowie kwalifikacyjnej. Dokładnie o to chodzi. ZOBACZ TAKŻE: „Nie będę robił z siebie idioty”. Kandydat Konfederacji idzie na noże z krakowskim układem [WYWIAD]

Więcej…

Strona 1 z 5

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Na fali

  • „Żenada i obciach”, czyli awantura w Lewicy! Gosek-Popiołek wzywa na pomoc, działacze mówią: NIE!

    Wydarzenia

    „Żenada i obciach”, czyli awantura w...

    Informacja
    01 września 2026
  • „Dwór kruszył jego zaufanie do mnie”. Kulig o kulisach relacji z Majchrowskim [ROZMOWA]

    Rozmowy

    „Dwór kruszył jego zaufanie do mnie”....

    Informacja
    24 sierpnia 2026
  • Gosek-Popiołek może odpaść z wyścigu! Nieoficjalne ustalenia Kanału Krakowskiego

    Wydarzenia

    Gosek-Popiołek może odpaść z wyścigu!...

    Informacja
    07 września 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Weekend
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.