Nie ma mieszkania, nie ma oszczędności, ma długi. A mimo to jest jednym z najbardziej niewygodnych, ale i najlepiej ubranych krakowskich radnych. Z czego żyje? Czy bierze pieniądze od Łukasza Gibały? Jak się zaczęły jego kłopoty finansowe? Dlaczego Aleksander Miszalski ma problem? W tej rozmowie padają nazwiska, kwoty i oskarżenia.
Łukasz Maślona, radny z klubu Kraków dla Mieszkańców, odpowiada na pytania Łukasza Mordarskiego. I zdradza, czy w referendum zagłosuje za odwołaniem prezydenta i rady miasta.
Robienie z siebie ofiary przez Koalicję Obywatelską trochę mi przypomina sytuację takiego szkolnego rzezimieszka, który biegał na przerwach i wszystkich zaczepiał. A jak w końcu ktoś się postawił i mu oddał, to pobiegł do wychowawczyni się poskarżyć, że został uderzony.
***
Kanał Krakowski: Z czego Pan żyje?
Łukasz Maślona: Rozumiem, że to pytanie jest pokłosiem tego, co od lat sufluje dziennikarzom na mój temat jeden z radnych Koalicji Obywatelskiej, który do tej pory nie może znieść faktu pozbawienia go przewodnictwa w jednej z ważnych komisji.
Kogo konkretnie ma Pan na myśli?
Myślę, że nawet bez podawania nazwiska każdy, kto się orientuje w lokalnej polityce, wie o kogo chodzi. Zauważam też dziwną koincydencję zdarzeń, że ten wątek wraca zawsze wtedy, gdy zajmuję się terenami na Klinach.
W poprzedniej kadencji, właśnie w okresie walki o ochronę tamtejszych cennych przyrodniczo łąk przed zabudową, pojawiły się doniesienia do prokuratury składane przez deweloperów. Były także anonimy wysyłane do rady miasta, by przyjrzeć się mojej aktywności związanej z życiem codziennym i działalnością zarobkową. Nie dziwi mnie więc pańskie pytanie. A ja nie mam nic do ukrycia.
Dlaczego przypuszcza Pan, że chodzi o Kliny?
Bo sprawa dotyczy terenów o wartości ponad miliarda złotych. Ktoś je nabył w niejasnych okolicznościach za bezcen – w tym część wraz z wydanymi pozwoleniami na budowę – od syndyka masy upadłościowej spółki Leopard. Mieszkańcy i lokalne organizacje dążyły do unieważnienia tych pozwoleń, jednak jakimś dziwnym trafem wszystkie dokumenty spłonęły wraz z archiwum miejskim.
Jak pan wie, działka z pozwoleniem na budowę kilku tysięcy mieszkań jest nieporównywalnie więcej warta, niż działka, na której stwierdza się cenne przyrodniczo siedliska i kwalifikuje się jako użytek ekologiczny. Osobiście opowiadam się za tym drugim rozwiązaniem, na co nie wszyscy radni chcą się zgodzić, a już z pewnością nie godził się na to prezydent Majchrowski. Teraz ten temat wraca na agendę i pojawiają się tematy zastępcze, czyli kwestia moich zarobków czy sugestie o „lewych” dochodach.
No to z czego Pan żyje?
W zeszłej kadencji, gdy zostałem radnym, zawiesiłem działalność gospodarczą. Już wtedy budziło to pytania, natomiast ja chciałem być radnym na sto procent. Żyłem więc z oszczędności oraz korzystałem z wyrozumiałości żony, która wspierała nasze gospodarstwo domowe. Do tego dochodziła jeszcze dieta radnego. Teraz powoli wracam do aktywności zawodowej.
Dlaczego akurat teraz?
Zakładałem, że inaczej potoczą się ostatnie wybory samorządowe i będziemy mieć zupełnie inne zdania oraz inny wpływ na to, co dzieje się w naszym mieście. Wygrał jednak ktoś inny, opozycja jest całkowicie marginalizowana, przez co moje starania nie przynoszą takich efektów, jak w poprzedniej kadencji. Doszedłem do wniosku, że trzeba odbudować sferę zawodową.
Ma Pan 44 lata, jest Pan specjalistą do spraw marketingu. Z Pańskich oświadczeń majątkowych wynika, że nie ma Pan domu, mieszkania, żadnych nieruchomości ani oszczędności w gotówce.
Przez wiele lat pracowałem w finansach. Prowadziłem też działalność gospodarczą, jednak – nie chcąc narażać rodziny na ryzyko z tym związane – zrobiliśmy z żoną rozdzielność majątkową. Konsekwencją tego jest choćby to, że nie mam na siebie żadnych nieruchomości.
Gdzie Pan mieszka?
Szczęśliwie, zanim zostałem radnym, spłaciliśmy z żoną cały kredyt hipoteczny zaciągnięty jeszcze w czasie studiów. W związku z tym nie mieszkam pod mostem, jak niektórzy sugerują. Mam dach nad głową.
Czyli mieszka Pan w mieszkaniu żony?
W mieszkaniu, które należy do mojej rodziny.
Ile pieniędzy ma Pan w tym momencie na koncie?
Nie więcej niż tysiąc złotych w środkach bieżących.
Dieta radnego to niewiele ponad 4 tysiące złotych miesięcznie. Da się za to wyżyć w Krakowie?
Oczywiście, że nie. Dlatego jestem wdzięczny mojej rodzinie, że mnie wspiera.
A żona dobrze zarabia?
Żona nie jest osobą publiczną, więc proszę zwolnić mnie z odpowiedzi na to pytanie. Myślę, że nasza rodzina żyje na normalnym poziomie.
Ile dzieci macie na utrzymaniu?
Jedno.
W kuluarach mówi się o Pańskich problemach finansowych. Skąd one się wzięły?
Z prowadzenia działalności gospodarczej. Było to jeszcze w 2017 roku, zanim zostałem radnym. W sposób niewłaściwy zawiesiłem moją działalność i z tego tytułu pojawiły się zobowiązania, na przykład względem ZUS. Spłacam je i mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wyprostować tę sytuację.
To ile ma Pan długów na dzisiaj?
Mam zobowiązania z tytułu działalności gospodarczej i jest to około 20 tysięcy złotych.
Ponoć miał Pan też problem ze spłatą jakiegoś kredytu.
Miałem problem, gdyż nieroztropnie i w dobrej wierze poręczyłem komuś kredyt. Dopiero po fakcie dowiedziałem się, że ten kredyt przeszedł na mnie i musiałem spłacać cudzy dług. A że doszły do tego jeszcze kłopoty zdrowotne to wszystko spowodowało, że straciłem płynność finansową
Spłacił Pan już ten kredyt?
Praktycznie tak. Zostało mi już niewiele zobowiązań z tego tytułu.
A ile prawdy jest w plotce, że bierze Pan pieniądze „do ręki”?
Brakuje w tym pytaniu drugiej części tej plotki, czyli że biorę pieniądze do ręki od Łukasza Gibały. Bo tak też próbuje się mnie dyskredytować.
Nie chciałem tego mówić, bo to już chyba „procesowe”.
Ale wspomniał pan o tym kiedyś w innej naszej rozmowie. W związku z tym mogę jasno i klarownie powiedzieć: nigdy w życiu nie wziąłem od Łukasza Gibały ani złotówki!
Do ręki czy w ogóle?
W ogóle.
Pytam o to, bo z jednej strony ma Pan problemy finansowe i dość skromne oświadczenia majątkowe, z drugiej zaś – nie mieszka Pan pod mostem, nie przymiera głodem, nosi eleganckie garnitury, modne krawaty, dobre buty…
Widzę, że jestem obiektem czyjegoś dużego zainteresowania. Natomiast ja nikomu nie wypominam tego, jak i za ile się ubiera. Miałem wcześniej pracę, w której garnitur i dobra prezencja były jednymi z podstawowych warunków działania. Pracowałem w bankowości, w finansach, często w kontakcie z klientami. W związku z tym elegancki ubiór to była podstawa. Wtedy też rzeczywiście można było powiedzieć, że żyłem powyżej średniej. A jak zawiesiłem tę aktywność, to przecież nie wyrzuciłem ubrań, nie oddałem do Caritasu, tylko korzystam z nich do tej pory.
Z jednej strony powinno mnie cieszyć, że jestem obiektem zainteresowań ze strony radnych. Z drugiej jednak wolałbym, by moi koledzy z rady wykazywali większe zainteresowanie sprawami miasta niż tym, w co się kto ubiera.
To, żeby trochę rozluźnić atmosferę, kto – według Pana – jest najlepiej ubranym radnym?
Michał Starobrat i Łukasz Gibała.
A spoza Pańskiego klubu?
W PiS dobrze ubiera się Michał Drewnicki. W KO – Grzegorz Stawowy. Nie można też zapominać, że w tej kadencji jest wiele kobiet w radzie, więc one na pewno bardziej zwracają uwagę na ten aspekt. Natomiast to chyba źle świadczy o radnych, że rozmawiamy o nich w kontekście ich ubioru. Wolałbym rozmawiać merytorycznie.
Jak więc Pan ocenia poziom tej rady?
Nie będę tak radykalny w osądzie, jak radna Szczepańska, która w rozmowie z panem stwierdziła, że jej obecni koledzy są dużo słabsi niż ci z poprzedniej kadencji.
[Rozmowa z Alicją Szczepańską dostępna jest tutaj: Agresja, krzyk i brak szacunku. "Ludzie boją się zabierać głos’"]
Faktem jest jednak, że obecnie w radzie jest wiele nowych i młodych osób, bez doświadczeń samorządowych, które wcześniej nie zasiadły nawet w radzie dzielnicy. Naturalną rzeczą jest więc, że przynajmniej rok czy dwa muszą się wdrożyć w skomplikowane procedury. Pewne zagadnienia wymagają niezbędnego doświadczenia i wiedzy merytorycznej.
W kontekście tych słów, dlaczego nie chcecie – jako opozycja – dać tego czasu prezydentowi i już po półtora roku organizujecie referendum w sprawie jego odwołania?
Jeśli dojdzie do referendum, to wypadnie ono w połowie kadencji. To jest trochę tożsame z tym, co mówiliśmy w kampanii. Wówczas kandydat na prezydenta Łukasz Gibała zapowiadał, że on jest za tym, żeby zorganizować przynajmniej jedno referendum w trakcie kadencji, by zadać mieszkańcom pytania o ważne kwestie i o to, jak oceniają władze Krakowa.
Nie wierzę, że prezydent Gibała organizowałby referendum, by mieszkańcy wypowiedzieli się, czy chcą go odwołać. Przecież to absurd.
Bardziej chodziło o to, by dowiedzieć się, jaka jest opinia mieszkańców na temat władz miasta i kierunków jego rozwoju.
Łukasz Gibała byłby dziś najlepszym prezydentem Krakowa?
Na pewno byłby lepszym prezydentem niż Aleksander Miszalski.
A jest ktoś, kto byłby lepszy od Łukasza Gibały?
W jakim sensie?
Gdyby mógł Pan autorytarnie wskazać prezydenta Krakowa, to kto by nim był?
Obecnie nie widzę takiej osoby, która poświęciła tyle uwagi i energii dla tego miasta i jego mieszkańców, co Łukasz Gibała. On daje gwarancje, że jak zostanie prezydentem, to rzeczywiście będzie realizował program, ale będzie też słuchał krakowian.
Prezydent Miszalski składał bardzo wiele obietnic. Niektóre z nich były mi też bliskie. Ale teraz pozoruje jakieś działania i zasadniczo nie widzimy większej zmiany. Jego największą bolączką jest to, że stał się zakładnikiem swojej partii politycznej i całych szeregów działaczy. Rażący nepotyzm przy obsadzaniu stanowisk bije po oczach.
Łukasz Gibała, gdyby został prezydentem, nie zatrudniałby ludzi, z którymi teraz współpracuje? To byłoby aż dziwne.
Nie odbieram prezydentowi możliwości zatrudniania ludzi, których jest pewny. Natomiast mówimy tu o najbliższych współpracownikach i to powinna być grupa kilku, może kilkunastu osób. Tymczasem teraz epidemia kolesiostwa to już ponad 70 przypadków zatrudnienia po znajomości lub po linii partyjnej, nie tylko w urzędzie miasta, ale także w innych instytucjach. I gdyby te nominacje chociaż broniły się merytorycznie, to nie byłoby problemu. Zamiast awansować osoby, które sumiennie pracują w samorządzie, to niestety często widać brak kompetencji i to, że jedynym warunkiem zatrudnienia na dane stanowisko była znajomość z prezydentem.
Podpisał się już Pan pod listą referendalną?
Jeszcze nikt do mnie z nią nie dotarł, ale na pewno się podpiszę. Uważam, że władza nie powinna się bać oceny ze strony mieszkańców. Jak ktoś jest aktywny, spotyka się z mieszkańcami, angażuje się w rozwiązywanie ich problemów i jest uczciwy to nie ma się czego obawiać.
Jeśli dojdzie do referendum, to zagłosuje Pan za odwołaniem prezydenta i rady miasta?
Jak dojdziemy do etapu, że podpisy zostaną zebrane, to wówczas podejmę decyzję.
Dzisiaj jakby Pan zagłosował?
Za odwołaniem prezydenta Miszalskiego.
A co z radą miasta?
Nie lubię być sędzią we własnej sprawie. Nie wziąłbym udziału w tym głosowaniu. Niech mieszkańcy sami ocenią tę radę.
Jeżeli rada miasta zostanie odwołana, to straci Pan jedyne źródło dochodu. Nie przeraża to Pana?
Nie. Po kilkunastu latach aktywności zawodowej podjąłem decyzję, że zostaję radnym i zrobiłem to na sto procent. Nigdy nie czułem się przyspawany do żadnego stołka ani do funkcji radnego. Jeśli więc mieszkańcy zdecydują, by odwołać radę, i w kolejnych wyborach na mnie nie zagłosują, to uszanuję ich decyzję.
I z czego będzie Pan żył?
Wrócę do swojej aktywności zawodowej.
Czyli co Pan będzie konkretnie robił?
Przez 12 lat pracowałem w finansach. Nawet kilka dni temu spotkałem mojego kolegę z byłej pracy i powiedział mi, że w miejscu, w którym pracowałem, biurko nadal na mnie czeka. Więc jeśli wrócę do działalności w finansach, to zapewne nie będzie problemu z tym, żeby znaleźć zatrudnienie w sektorze bankowym, doradztwie inwestycyjnym czy też marketingu, co robiłem wcześniej.
Czy Pańskim zdaniem uda się przeprowadzić referendum i spowodować, by jego wynik był wiążący?
Plotki o tym, że ma być referendum, słyszałem już latem zeszłego roku. Wtedy byłem zdecydowanym zwolennikiem stwierdzenia, że nie ma szans zebrać takiej liczby podpisów. Te pół roku spowodowało jednak, że nagromadziła się tak duża liczba spraw, które mogą irytować krakowian, że teraz szansę na zebranie podpisów oceniam na pewno powyżej 50 procent.
Natomiast drugim wyzwaniem będzie frekwencja w samym głosowaniu. Najbliższe miesiące przesądzą, czy mieszkańcy wezmą w nim udział. Nie jestem pewien, czy narracja, w którą weszła teraz Platforma, bardziej im pomaga czy szkodzi. Robienie z siebie ofiary trochę mi przypomina sytuację takiego szkolnego rzezimieszka, który biegał na przerwach i wszystkich zaczepiał. A jak w końcu ktoś się postawił i mu oddał, to pobiegł do wychowawczyni się poskarżyć, że został uderzony.
Mam wrażenie, że Koalicja straciła kontakt z rzeczywistością. A jeśli wyborcy uznają, że rządzący przekroczyli granicę śmieszności, odzyskanie ich zaufania i zmiana tego wizerunku będą niezwykle trudne. Paradoksalnie więc, to od samej Koalicji zależeć będzie, czy ludzie zostaną w domach czy pójdą głosować. Jeśli nadal władze Krakowa nie będą słuchać i patrzeć na nikogo innego, tylko na swoich partyjnych kolegów, to daleko na tym nie zajadą.
ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]






![Zbudował fundamenty nowoczesnego Krakowa. Teraz ostrzega przed przyszłością [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_218.jpg?882cefd753d6b6f9a509ab6b3cf1269e)













