Przeczytasz w 2-3 minuty
„Nie u mnie w ogródku”, czyli jak Wieliczka chce S7, ale wyłącznie przez Kraków

Im dłużej trwa dyskusja wokół referendum i przebiegu S7, tym wyraźniej widać, że nie chodzi już wyłącznie o samą drogę. Coraz większe emocje budzi pytanie: kto właściwie próbuje wpływać na decyzje mieszkańców Krakowa i w czyim interesie?

Szczególnie ciekawie wygląda tu rola… Bartłomieja Krzycha. Nie znacie, więc o nim za chwilę. Gość publicznie mówi „tak” dla S7, ale pod jednym warunkiem: droga ma przebiegać przez Kraków, byle nie przez Wieliczkę. Klasyczne „nie u mnie”. Inwestycja jest potrzebna, dopóki jej skutki ponoszą inni.

I właśnie ta postawa rzuca nowe światło na całe referendum.

Urodzony w Lubaczowie na Podkarpaciu Krzych nie jest zwykłym komentatorem z boku. To aktywny gracz, bardzo mocno zaangażowany w referendum w Wieliczce, gdzie lokalni mieszkańcy bronią się przed przebiegiem S7 przez ich teren. Jednocześnie wspiera mechanizmy odwoławcze w Krakowie.

Krzych aktywnie wspiera referendum w Krakowie / źródło: FB

Pojawia się więc naturalne pytanie: dlaczego mieszkaniec Wieliczki tak aktywnie angażuje się w polityczny spór dotyczący Krakowa? Oczywiście każdy ma prawo zabierać głos w sprawach aglomeracji. Problem zaczyna się wtedy, gdy pod hasłem „dobra wspólnego” próbuje się przerzucić cały koszt (i nie chodzi tu o finanse) inwestycji na sąsiada.

Bo dziś coraz bardziej wygląda to tak: u siebie protestujemy przeciwko S7, ale w Krakowie już chętnie opowiadamy o „konieczności rozwoju infrastruktury”.

To nie jest żadna spójna wizja dla metropolii. To zwykłe wtykanie nosa w talerz sąsiada.

Ludzie spoza Krakowa, którzy tak chętnie angażują się w krakowskie referendum odwoławcze, de facto grają przeciwko interesom mieszkańców stolicy Małopolski. Bo łatwo mobilizować emocje przeciwko Krakowowi, kiedy samemu mieszka się kilka kilometrów dalej. Łatwo podgrzewać atmosferę, żyć polityczną awanturą i opowiadać o „ratowaniu demokracji”, gdy rachunek za decyzje mają zapłacić inni.

Cała ta historia doskonale pokazuje problem współczesnej samorządności w aglomeracji: każdy pilnuje własnego podwórka, a problemy próbuje wypchnąć dalej. Nie ma odwagi, by usiąść przy jednym stole i uczciwie rozmawiać o rozwiązaniu dla całego Krakowa i okolic. Zamiast tego mamy referenda, protesty, konferencje prasowe i medialne narracje pod hasłem „bronimy mieszkańców”.

Tylko że bronienie własnych mieszkańców kosztem sąsiadów nie jest żadną odwagą. To wygodnictwo ubrane w piórka obywatelskości.

Protest przeciwko S7 w Krakowie

S7 i tak będzie musiała powstać - to inwestycja o znaczeniu krajowym. Pytanie brzmi wyłącznie: kto zapłaci najwyższą cenę? Kraków czy gminy ościenne? I czy krakowianie pozwolą, by ich miasto stało się infrastrukturalnym buforem dla tych, którzy najgłośniej krzyczą: „tak dla inwestycji… ale nie u nas”.

Bartłomiej Krzych i podobni mu działacze doskonale rozumieją mechanikę tego sporu. Dlatego grają na dwa fronty: u siebie blokują lub łagodzą przebieg inwestycji, a w Krakowie wspierają polityczny chaos i mechanizmy odwoławcze. Bo jeśli Kraków zapłaci rachunek - Wieliczka tylko zyska.

I może właśnie czas nazwać to po imieniu: to nie jest walka o mieszkańców. To walka o to, żeby to inni mieszkańcy ponieśli koszty.

A gdzie w tym wszystkim jest konkret?

ZOBACZ TAKŻE: Pusta urna – najgorszy koszmar Gibały, Berkowicza i Brauna

Do dziś zresztą nie wiemy nawet, jakie stanowisko wobec przebiegu S7 przez Kraków mają sami inicjatorzy referendum w Krakowie. Wiemy, jakie zdanie ma Aleksander Miszalski - protestował przeciwko wariantom uderzającym w miasto. A inicjatorzy? Cisza.

Nie słyszymy wizji rozwoju Krakowa. Nie słyszymy propozycji rozwiązań komunikacyjnych. Nie słyszymy odpowiedzi na pytanie, jak ma wyglądać przyszłość miasta w perspektywie 10 czy 20 lat.

Słyszymy wyłącznie polityczny sprzeciw wobec Miszalskiego.

I właśnie dlatego coraz trudniej traktować to referendum jako merytoryczną debatę o Krakowie. Bo jeśli ktoś chce odwoływać władze miasta, a jednocześnie unika odpowiedzi na podstawowe pytanie: „czy S7 ma przebiegać przez Kraków?” to znaczy, że nie chodzi o żadne rozwiązanie problemu.

Chodzi wyłącznie o politykę.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także