– Patrząc na to, jak Miszalski wycofuje się rakiem ze swoich postulatów i jak zmienia zdanie z tygodnia na tydzień, jestem skłonny uwierzyć, że jeśli uzbieramy 100 tysięcy podpisów, to rzeczywiście poda się do dymisji – śmieje się Michał Drewnicki, krakowski radny PiS.
– Prezydent nie zrozumiał przyczyn swojej porażki. No, może zrozumiał jedno i za to chcę go pochwalić: od pewnego czasu nie pojawił się już żaden głupi filmik z jego udziałem, które do tej pory tak chętnie kręcił – mówi polityk w rozmowie z Łukaszem Mordarskim.
Drewnicki jest wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów PiS na prezydenta Krakowa. – Najpierw musiałbym się skonsultować z żoną. Miszalski najprawdopodobniej z nikim się nie konsultował i po dwóch latach mieszkańcy chcą go odwołać – twierdzi wiceprzewodniczący rady miasta.
***
Kanał Krakowski: Ile podpisów zebrał Pan do tej pory pod listą referendalną?
Michał Drewnicki: W tych akcjach, w których brałem udział, było to około 400. Wkrótce dostarczę do biura kolejne 100, które na razie mam jeszcze w domu. Część z nich należy do mojej rodziny i znajomych.
Zaskoczyła Pana skala tego przedsięwzięcia?
Byłem bardzo zaskoczony, bo myślałem, że poparcie referendum będzie mniejsze. Tymczasem wystarczyło stanąć na chodniku pośrodku skrzyżowania lub na placu targowym i ludzie sami podchodzili i się podpisywali. Nie trzeba było ich do tego namawiać, przekonywać ani tłumaczyć, o co chodzi. Zaskakiwały mnie też sytuacje, gdy ktoś zatrzymywał samochód tylko po to, by się podpisać.
Co jeszcze Pana zaskoczyło?
To, że nie było żadnych bluzgów w naszą stronę. Jak się zbiera podpisy na listach partyjnych przed wyborami, to często słyszymy obelgi i wyzwiska. Na porządku dziennym są teksty w stylu: „ty złodzieju” albo „ty oszuście”. Tutaj – poza jednym incydentem, gdy zostałem zaatakowany przez pewnego mężczyznę – właściwie tego nie było.
Z czego prezydent Miszalski musiałby się jeszcze wycofać, żeby nie poparł Pan organizacji referendum?
Musiałby zrezygnować z mandatu prezydenta. I, patrząc po tym, jak wycofuje się rakiem ze swoich postulatów, jak zmienia zdanie z tygodnia na tydzień, jestem skłonny uwierzyć, że jak uzbieramy 100 tysięcy podpisów, to – w duchu wielkiej korekty, którą sam zapoczątkował – rzeczywiście poda się do dymisji. (śmiech)
Jak pierwszy raz zobaczyłem, że prezydent dokonuje wielkiej korekty, to nie uwierzyłem, że to jest na serio. Rozumiem, że można się wycofać z pewnych rzeczy, ale trzeba to robić w jakiś wiarygodny sposób. Natomiast tutaj Miszalski dał jasny, czytelny sygnał, że zrobi wszystko, żeby utrzymać władzę. Czyli nie chodzi o żaden program, o idee, przemyślenia, badania czy racjonalne argumenty, tylko chodzi wyłącznie o dalsze rządzenie. Jego wiarygodność jest zerowa.
Trochę to przypomina działania Komorowskiego z tym referendum po przegranej pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2015 roku. Albo, by nie szukać tak daleko, działania Trzaskowskiego w ostatniej kampanii wyborczej, gdy co chwilę zmieniał zdanie. W jednym tygodniu mówił, że trzeba zdelegalizować Konfederację i Marsz Niepodległości, a – gdy sondaże leciały w dół – to w kolejnym tygodniu deklarował, że sam weźmie udział w tym marszu, a Konfederacja to jest w sumie fajna i można z nimi rozmawiać.
No to, jeżeli na potrzeby tej rozmowy nazwiemy prezydenta Miszalskiego diabłem, to wcielę się teraz w rolę adwokata tegoż diabła i rzucę taką tezę, że wycofuje się on z pewnych decyzji, bo słucha głosu mieszkańców.
W czasie, gdy nie było referendum, prezydent w ogóle nie brał tego głosu pod uwagę. I nagle, gdy sparaliżował go strach, że rzeczywiście może zostać odwołany, zaczął się wycofywać ze swoich decyzji. To tylko pokazuje, że naprawdę boi się o stołek. Chyba nikt normalny nie uwierzy, że nagle prezydent przemyślał temat, zaufał innym głosom. To ma ewidentny związek z referendum! I ja się obawiam, że – jakby się to referendum nie udało – znowu wróci do tej starej polityki niesłuchania nikogo. Dzisiaj sprawy zaszły tak daleko, że jedyną opcją jest odwołanie Miszalskiego.
Przecież nawet jego oponenci przyznają, że jest prezydentem dialogu. Że wyszedł z gabinetu, otworzył się na mieszkańców.
Z jednej strony rzeczywiście tak jest, bo konfrontuje się z mieszkańcami choćby na Ławkach Dialogu. Za to należy mu się szacunek. Z drugiej zaś strony zamknął się kompletnie na innych radnych, czyli przedstawicieli mieszkańców z innych klubów niż Koalicja i Lewica. Majchrowski był, jaki był, ale takiego lekceważenia głosu radnych opozycyjnych w Krakowie nigdy nie było! Przez to, że Miszalski tak bardzo się zradykalizował, pozbawił wpływu na miasto pewną grupę mieszkańców, którzy nie głosują na Koalicję czy Lewicę.
Po co miałby słuchać radnych opozycyjnych, skoro – zamiast konstruktywnej krytyki – najczęściej słyszy od nich hejt, chamstwo i pogardę?
Kompletnie się z tym nie zgodzę. My, jako opozycja, naprawdę daliśmy Miszalskiemu spory kredyt zaufania i dość długo go nie atakowaliśmy. W wakacje zeszłego roku, niedługo po zaprzysiężeniu, było spotkanie prezydenta z naszym klubem radnych i wtedy obiecał nam współpracę. Mówił, że chce rozmawiać, a partyjniactwo go nie interesuje. Wzięliśmy to za dobrą monetę. Natomiast później, gdy zaczęliśmy zgłaszać swoje pomysły, projekty i zadania, nagle wszystkie były odrzucane, atakowane, a nawet wyśmiewane.
Dziś Miszalski robi wszystko, by utrzymać władzę, stąd podejmuje różne działania według tego, co mu się bardziej opłaca. Wycofywanie się okrakiem z kolejnych rzeczy nie jest efektem przemyśleń czy wyciągania wniosków, ale cyniczną próbą utrzymania się na stanowisku. Prezydent nie zrozumiał więc przyczyn swojej porażki. No, może zrozumiał jedno i za to chcę go pochwalić: od pewnego czasu nie pojawił się już żaden głupi filmik z jego udziałem, które do tej pory tak chętnie kręcił.
Wierzy Pan, że w referendum weźmie udział 160 tysięcy krakowian i będzie ono ważne?
Wierzę, ale przed nami bardzo dużo pracy. Gdyby to było takie łatwe, to w Polsce wszystkie referenda by się udawały. Tymczasem historia pokazuje, że nie udało się odwołać choćby Gronkiewicz-Waltz w Warszawie w 2013 roku…
…nie udało się też odwołać Karnowskiego w Sopocie. Z naszego podwórka i to z ostatnich dni, nie udało się zebrać wymaganej liczby podpisów pod referendum za odwołaniem burmistrza Bochni czy rady miasta w Andrychowie. Dlaczego w Krakowie miałoby się udać?
Bo Kraków, a właściwie Miszalski jest wyjątkowy! Nie spodziewałem się, że swoją postawą zmobilizuje tyle ludzi. De facto już dziś, a mija dopiero trzeci tydzień zbiórki, mamy wymaganą liczbę podpisów. W miastach, które pan wymienił, nie zebrano podpisów przez ustawowe dwa miesiące. Natomiast, by odwołać Miszalskiego, potrzeba jeszcze sporej frekwencji podczas głosowania.
W zeszłym roku było referendum w Zabrzu, po którym odwołano panią prezydent związaną z Platformą. Udało się to jednak „na styk”. Finalnie do głosowania poszło zaledwie 41,5% osób, które deklarowały w sondażach, że wezmą udział w referendum.
Dwa miesiące temu w Krakowie także przeprowadzono sondaż, z którego wynikało, że do referendum pójdzie ponad 60% mieszkańców. Zachowując więc proporcje z Zabrza, można przypuszczać, że realnie frekwencja wyniesie około 27%. Czyli będzie na granicy tego, by referendum było ważne. Dlatego nie można zasypiać gruszek w popiele i trzeba aktywnie działać przez następne tygodnie.
Czyli, jako radny, może Pan spać spokojnie, bo aby odwołać radę miasta frekwencja musi być jeszcze wyższa.
Uczciwie mówiąc, nie podejrzewam, by się udało odwołać radę miasta.
Czyli cel jest jeden: odwołać prezydenta.
Największym wyzwaniem będzie frekwencja, bo zakładam, że wymagana liczba podpisów zostanie złożona ze sporym zapasem i referendum się odbędzie. Nastąpi to na przełomie maja i czerwca, a więc mamy jeszcze trochę czasu. W polityce lokalnej wszystko może się zdarzyć. Czasem czyjeś poparcie może przechylić szalę na jedną lub drugą stronę. Czasem jedno zdanie lub słowo może odwrócić sytuację.
Jeśli Miszalski zostanie odwołany, zostanie Pan kandydatem PiS na prezydenta?
Nie mam na ten temat żadnych informacji ani decyzji.
A chciałby Pan?
Nie wiem.
Gdyby Pan dostał taką propozycję?
Musiałbym się skonsultować z żoną. (długi śmiech)
Mówi Pan jak Jacek Majchrowski. On także przed każdymi wyborami twierdził, że najpierw musi porozmawiać z żoną.
I widzi pan, on był prezydentem Krakowa blisko 22 lata. A Miszalski najprawdopodobniej z nikim się nie konsultował i po dwóch latach mieszkańcy chcą go odwołać. (śmiech)
ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]





















