Referendum miało być falą, która zaleje Kraków. Tymczasem przypomina raczej kałużę po deszczu – coraz płytszą i coraz bardziej ignorowaną. Tempo wyraźnie siadło, bo ludzie połapali się, że jedną z twarzy jest między innymi wielokrotnie skazany przez sąd gangus Mateusz Jaśko, a mózgiem operacji trzykrotny przegryw Łukasz Gibała. Teraz ten drugi zaczyna reanimację trupa i... zaprasza na "burzę mózgów".
Kiedy entuzjazm krakowian wyraźnie siada, a hasło samo się nie niesie, uruchamia się dobrze znany mechanizm ratunkowy: mobilizacja zaplecza. Łukasz Gibała rozsyła pilne wezwania, zwołuje „ekspertki i ekspertów”, radnych, wiernych sympatyków i wszystkich, którzy jeszcze nie odłączyli powiadomień. Oficjalnie – „żeby porozmawiać o frekwencji i przyszłości Krakowa”. Nieoficjalnie – żeby ratować inicjatywę, która wyraźnie zaczyna charczeć i tracić tętno.
Na środę, 29 kwietnia, Gibała zwołuje posiedzenie sztabu kryzysowego. W zaproszeniu pisze wprost, bez owijania w bawełnę:
To dobry moment, żeby zebrać Wasze pomysły na poprawienie frekwencji, a najciekawsze z nich wdrożyć w życie.
Czyli klasycznie: mieszkańcy nie kupili, więc trzeba im to wcisnąć inaczej. Podkręcić temperaturę. Wymyślić nowy wrzód. Znaleźć wroga, ustawić konflikt, bo nic tak nie ciągnie ludzi do urn jak dobrze nakręcona wojenka „my kontra oni”.
Tyle że im więcej takich spotkań, narad i brainstormów trzeba organizować, tym wyraźniej widać: to nie jest żaden oddolny zryw mieszkańców. To projekt, który wymaga coraz cięższego „zarządzania odgórnego”. Im mniej autentycznego zainteresowania, tym więcej koordynatorów, strategii i kreatywnych sposobów na to, żeby ludzie jednak przyszli.
A w tle wisi niemiła prawda – presja, żeby to wszystko nie poszło na marne. Czas, nerwy, pieniądze, obietnice, wizerunek. Kiedy już tyle włożono, trudno powiedzieć szczerze: „wiecie co… znowu nie wyszło”. Zamiast tego trzeba dalej udawać, że to wielka, spontaniczna, obywatelska sprawa.
Tylko im więcej wysiłku wkłada się w udowadnianie tej „spontaniczności”, tym gorzej ona pachnie.
Tempo wyraźnie siada, bo krakowianie zaczynają się łapać, z kim naprawdę mają do czynienia. Jedną z najbardziej widocznych twarzy całego przedsięwzięcia jest bowiem Mateusz Jaśko – wielokrotnie skazany lokalny gangus zamieszany w aferę kryptowalut, ten sam, który prawomocnie dostał wyrok za grożenie dziennikarzowi TVN i oferowanie mu miliona złotych łapówki.
ZOBACZ TAKŻE: Kiedyś chodził po ulicach Krakowa i bił ludzi. Dziś pajacuje w służbie referendum
Obok niego Konrad Berkowicz z Konfederacji i Grzegorz Braun, także z Konfederacji, ale Korony Polskiej. A dalej cały PiS w komplecie – z Barbarą Nowak, Ryszardem Terleckim i Łukaszem Kmitą na czele. Im bardziej ta ekipa wychodzi na pierwszy plan, tym szybciej obywatelom opada szczęka i gaśnie ochota na „wielki głos mieszkańców”.
ZOBACZ TAKŻE: Grzegorz Braun powalczy o fotel prezydenta Krakowa!
I tak z wielkiej idei „głosu mieszkańców” robi się coś znacznie bardziej przyziemnego: projekt, który za wszelką cenę trzeba dowieźć. Nawet jeśli Kraków coraz głośniej i coraz wyraźniej pokazuje, że po prostu nie ma na niego ochoty.






















