Kiedyś nauczył Krakowian, jak skutecznie wbić nóż w plecy wielkim projektom za pomocą referendum. Dziś ten sam nóż wraca i celuje prosto w jego własne krzesło w Radzie Miasta. Karma nie tylko istnieje – ona ma świetną pamięć i poczucie humoru.
Pamiętacie te czasy, kiedy Kraków chciał organizować Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2022? Miasto szumiało od plakatów, haseł i obietnic wielkich inwestycji.
Ale na czele krucjaty przeciwko imprezie stanął wtedy taki jeden młokos – energiczny, gniewny aktywista – Tomasz Leśniak. Wtedy jeszcze szczupły w argumentach i szeroki w ambicjach, grzmiał, że Kraków nie może dać się wciągnąć w olimpijską awanturę. Walczył, agitował, pokazywał koszty, ryzyko i rzekomo megalomańskie wizje. Metodami nie zawsze eleganckimi, acz skutecznymi.
Protestował nie tylko przeciwko igrzyskom, ale także przeciwko gigantycznym pieniądzom, jakie miały spłynąć do Krakowa (a na które były już przeciez gwarancje rządowe!) i niezwykle potrzebnym inwestycjom (nie tylko tym sportowym, ale głównie transportowym), które na zawsze miały zostać w naszym regionie.
Prezydent Jacek Majchrowski, widząc, co się święci, z miną męczennika ogłosił referendum. I co? Krakowianie poszli i powiedzieli gromkie NIE. Igrzyska spakowały manatki, a młody Leśniak spakował sukces i popłynął na polityczne salony.
Dla Leśniaka był to bilet do polityki. Z aktywisty miejskiego zrobił się radny, działacz Lewicy, członek komisji, głos w radzie miasta.
Aż tu nagle – bum. Rok 2026. Kraków ma nowe referendum. Tym razem nie przeciwko igrzyskom, tylko przeciwko obecnemu prezydentowi i całej radzie miasta, w tym przeciwko Leśniakowi osobiście. Frekwencja musi być wysoka, żeby było ważne, ale samo to, że się odbędzie, już jest symbolem.
Ten sam Leśniak, który kiedyś krzyczał „głos mieszkańców jest święty!”, dziś patrzy na inicjatywę referendalną z niechęcią.
No proszę. Kiedyś niezbyt eleganckie metody były w porządku, bo służyły – w jego mniemaniu – słusznej sprawie. Dziś, gdy sprawa jest przeciwko niemu, już nie bardzo.
Bo jeśli referendum się powiedzie i rada miasta poleci, to Leśniak poleci razem z nią. A dla przedstawiciela Lewicy miejsca na listach KO przed przyspieszonymi wyborami już nie będzie. Koniec mandatu, koniec komisji, koniec pozycji. Polityczny niebyt.
Karma, drodzy państwo. Karma wraca. Tylko szkoda, że inni przy okazji dostają rykoszetem.
Dwanaście lat temu Leśniak uczył Krakowian, że referendum to potężna broń w rękach mieszkańców. Uczył ich, że można powiedzieć „nie” wielkim projektom władzy. I to nawet nie tej samorządowej, ale centralnej. I to nawet nie tylko naszej, krajowej, ale wychodzącej poza granice Polski, wszak igrzyska miały być organizowane wspólne ze Słowacją. Uczył ich, że głos z ulicy ma znaczenie. I proszę, Krakowianie najwyraźniej zapamiętali lekcję. Tylko że tym razem cel jest inny.
Młody Leśniak walczył o to, by mieszkańcy mieli głos. Dojrzały radny Leśniak odkrywa, że mieszkańcy nadal chcą mieć głos – tylko akurat przeciwko niemu.
Jak to mówią: żyj tak, żeby twoje dawne zwycięstwa nie wróciły do ciebie jako referenda odwoławcze.
Bo referendum, tak jak bumerang, ma to do siebie, że czasem wraca z większą siłą. I tym razem Leśniak stoi po drugiej stronie barykady.
ZOBACZ TAKŻE: Handel miejscami na listach wyborczych. Radna kupiła jedynkę za cenę zdrady
Smacznego, Tomku.
Karma podana na zimno. Jak olimpijski śnieg, który do Krakowa – głównie przez Twoje niezbyt eleganckie "akcje" – nigdy nie dotarł.






















