Przeczytasz w 1-2 minuty
Patologia po krakowsku. Odsłaniamy kulisy referendum i "martwych dusz"

Dziesiątki tysięcy trefnych podpisów, „martwe dusze” na listach i tysiące kart, których nikt nawet nie sprawdził. Tak wyglądają kulisy referendum w Kraków.

To już nie są „błędy”. To jest systemowy problem, który kompromituje ideę referendum w Krakowie! Komisarz wyborczy policzył niespełna 85 tysięcy podpisów. I co zobaczył? Blisko 28 procent nieważnych. Dziesiątki tysięcy wadliwych wpisów. A przecież – przypomnijmy – organizatorzy chwalili się ponad 133 tysiącami podpisów. Około 50 tysięcy… nawet nie zostało sprawdzone. Nie wiemy więc, jakie „kwiatki” kryją się w tej reszcie.

A już to, co wiemy, wystarczy, żeby zapalić wszystkie czerwone lampki.

Fałszywe dane. Błędy. Duble. Braki. I wisienka na torcie – podpisy osób zmarłych. „Martwe dusze” na listach poparcia. To nie jest lapsus. To nie jest przypadek. To jest coś, co powinno uruchamiać natychmiastową i bezwzględną reakcję państwa.

źródło: PKW

ZOBACZ WIĘCEJ: Podpisy zmarłych i TYSIĄCE błędów! Mamy dokładne dane w sprawie referendum

Dlatego sprawa trafia do Prokuratury Rejonowej w Krakowie. I dobrze. Pytanie tylko: co dalej?

Bo jeśli ktoś ma wrażenie deja vu, to ma rację.

To nie pierwszy raz, kiedy krakowskie referendum kończy się w cieniu podejrzeń o fałszowanie podpisów. W sprawie poprzedniego referendum organizowanego (wtedy jeszcze oficjalnie) przez Łukasza Gibałę również pojawiły się poważne wątpliwości – śledztwo ciągnęło się latami, zarzuty usłyszało kilka osób, a finał? Umorzenie z powodu „znikomej szkodliwości czynu”.

Znikomej.

Czy naprawdę ktoś chce dziś powtórzyć ten scenariusz?

Bo jeśli dziesiątki tysięcy wadliwych podpisów, w tym dane osób nieżyjących, mają być traktowane jako „incydent”, to znaczy, że coś w tym mieście bardzo poważnie się rozjechało. Demokracja lokalna nie polega na hurtowym zbieraniu czegokolwiek, byle dobić do progu. Polega na zaufaniu. A to właśnie zostało tu brutalnie nadszarpnięte.

Podpisy / fot. Kanał Krakowski

Nie wiemy też, co znajduje się w tych nieprzeliczonych 50 tysiącach podpisów. A skoro w sprawdzonych materiałach znaleziono tyle nieprawidłowości, to trudno zakładać, że reszta to krystaliczna czystość obywatelskiego zrywu.

Można oczywiście mówić o „sabotażu”, o „prowokacjach”, o „przeciwnikach referendum”. Takie narracje już się pojawiają. Ale fakty są brutalne: ktoś te podpisy zebrał, ktoś je złożył i ktoś odpowiada za ich jakość.

I dopóki nikt za to realnie nie odpowie, dopóty będziemy kręcić się w tym samym, dobrze znanym krakowskim kole: wielkie hasła, jeszcze większe liczby, a potem… prokuratura i zdziwienie.

Tyle że tym razem skala jest taka, że trudno będzie to zamieść pod dywan.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także