Dziesiątki tysięcy trefnych podpisów, „martwe dusze” na listach i tysiące kart, których nikt nawet nie sprawdził. Tak wyglądają kulisy referendum w Kraków.
To już nie są „błędy”. To jest systemowy problem, który kompromituje ideę referendum w Krakowie! Komisarz wyborczy policzył niespełna 85 tysięcy podpisów. I co zobaczył? Blisko 28 procent nieważnych. Dziesiątki tysięcy wadliwych wpisów. A przecież – przypomnijmy – organizatorzy chwalili się ponad 133 tysiącami podpisów. Około 50 tysięcy… nawet nie zostało sprawdzone. Nie wiemy więc, jakie „kwiatki” kryją się w tej reszcie.
A już to, co wiemy, wystarczy, żeby zapalić wszystkie czerwone lampki.
Fałszywe dane. Błędy. Duble. Braki. I wisienka na torcie – podpisy osób zmarłych. „Martwe dusze” na listach poparcia. To nie jest lapsus. To nie jest przypadek. To jest coś, co powinno uruchamiać natychmiastową i bezwzględną reakcję państwa.
ZOBACZ WIĘCEJ: Podpisy zmarłych i TYSIĄCE błędów! Mamy dokładne dane w sprawie referendum
Dlatego sprawa trafia do Prokuratury Rejonowej w Krakowie. I dobrze. Pytanie tylko: co dalej?
Bo jeśli ktoś ma wrażenie deja vu, to ma rację.
To nie pierwszy raz, kiedy krakowskie referendum kończy się w cieniu podejrzeń o fałszowanie podpisów. W sprawie poprzedniego referendum organizowanego (wtedy jeszcze oficjalnie) przez Łukasza Gibałę również pojawiły się poważne wątpliwości – śledztwo ciągnęło się latami, zarzuty usłyszało kilka osób, a finał? Umorzenie z powodu „znikomej szkodliwości czynu”.
Znikomej.
Czy naprawdę ktoś chce dziś powtórzyć ten scenariusz?
Bo jeśli dziesiątki tysięcy wadliwych podpisów, w tym dane osób nieżyjących, mają być traktowane jako „incydent”, to znaczy, że coś w tym mieście bardzo poważnie się rozjechało. Demokracja lokalna nie polega na hurtowym zbieraniu czegokolwiek, byle dobić do progu. Polega na zaufaniu. A to właśnie zostało tu brutalnie nadszarpnięte.
Nie wiemy też, co znajduje się w tych nieprzeliczonych 50 tysiącach podpisów. A skoro w sprawdzonych materiałach znaleziono tyle nieprawidłowości, to trudno zakładać, że reszta to krystaliczna czystość obywatelskiego zrywu.
Można oczywiście mówić o „sabotażu”, o „prowokacjach”, o „przeciwnikach referendum”. Takie narracje już się pojawiają. Ale fakty są brutalne: ktoś te podpisy zebrał, ktoś je złożył i ktoś odpowiada za ich jakość.
I dopóki nikt za to realnie nie odpowie, dopóty będziemy kręcić się w tym samym, dobrze znanym krakowskim kole: wielkie hasła, jeszcze większe liczby, a potem… prokuratura i zdziwienie.
Tyle że tym razem skala jest taka, że trudno będzie to zamieść pod dywan.











![Najpierw jedność, potem wojna! Co się stanie, gdy padnie Miszalski? [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_311.jpg?fc503faadc9b8a59d342778f9ba3ef4e)
![TYLKO U NAS. Hareńczyk odpala bombę i zdradza kulisy walki o Kraków [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_310.jpg?fc503faadc9b8a59d342778f9ba3ef4e)






![Kto stoi za akcją referendalną i ile naprawdę kosztuje? [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_293.jpg?fc503faadc9b8a59d342778f9ba3ef4e)


![TYLKO U NAS. Hareńczyk odpala bombę i zdradza kulisy walki o Kraków [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_131_310.jpg?b67162cd460aba21ccf5d311cc2f2617)