W krakowskiej radzie miasta trwa wyprzedaż mandatów z rabatem. Agnieszka Łętocha właśnie sprzedała swoje członkostwo w KO za obietnicę jedynki na liście Razem. - Nie była to decyzja pochopna – powiedziała Łętocha. Oczywiście, że nie. To była decyzja ostatniej szansy. Gdy w KO zabrakło dla niej miejsca na liście wyborczej, nagle odkryła duszę opozycjonistki.
W krakowskiej polityce lokalnej znów pachnie wiosennym przesileniem. Tym razem nie z powodu kwitnących kasztanów na Plantach, ale z powodu kwitnącego handlu mandatami i obietnicami.
Radna Łętocha, dotychczasowa członkini klubu Koalicji Obywatelskiej w radzie miasta, postanowiła spakować walizki i opuścić wygodne ławy większości. Zrobiła to z hukiem. Na wspólnej konferencji z Aleksandrą Owcą ogłosiła przejście do opozycji i współpracę z partią Razem. Gest odważny? Zdeterminowany? A może po prostu ostatni dzwonek przed politycznym niebytem?
Bo prawda jest mniej heroiczna, niż się wydaje.
Łętocha od początku kadencji nie cieszyła się szczególną estymą wśród partyjnych kolegów z KO. Była tą radną, którą się toleruje, ale nie zaprasza na nieoficjalne spotkania. W wewnętrznym układzie sił Platformy w Krakowie po prostu nie było dla niej miejsca na liście wyborczej w kolejnej kampanii. Zero perspektyw, zero realnej szansy na reelekcję. Klasyczny przypadek „radnej na wylocie”.
I wtedy pojawiła się Owca, była współpracowniczka Łukasza Gibały, która sama niedawno odeszła z jego klubu, bo „wspólny kierunek się wyczerpał”. Owca, jako współprzewodnicząca Razem, miała coś, czego Łętocha rozpaczliwie potrzebowała: listę i miejsce na niej. W zamian za przejście do opozycji i wzmocnienie lewicowego skrzydła, Łętocha dostała obietnicę jedynki na liście do rady miasta.
To nie jest sojusz dusz. To jest klasyczna transakcja w stylu „ty dasz mi głosy, ja dam ci twarz i mandat”. Łętocha musiała wziąć ten deal, bo alternatywą był polityczny koniec – powrót do szarej codzienności bez diet radnych i konferencji prasowych. Owca z kolei zyskała kolejną twarz do swojego projektu, który próbuje zbudować coś na gruzach rozpadającego się sojuszu z Gibałą.
Cała ta historia pięknie pokazuje mechanizm krakowskiej polityki ostatnich lat. Kluby pękają jak stare spodnie na wiosnę. Radni przeskakują z kwiatka na kwiatek w poszukiwaniu lepszej pozycji startowej przed ewentualnymi przyspieszonymi wyborami.
Lojalność wobec wyborców? Ideologia? Spójna wizja dla miasta? To wszystko brzmi pięknie w kampanijnych spotach. W rzeczywistości liczy się tylko jedno: czy będziesz na liście i czy będziesz miał jedynkę.
Łętocha wybrała przetrwanie. Zamiast walczyć o pozycję wewnątrz KO (co najwyraźniej było niemożliwe), wolała zostać „odważną i zdeterminowaną” w oczach lewicy. Gratulacje. Bo polityka to nie harcerski obóz, gdzie nagradza się za wierność. To rynek, na którym mandat jest towarem, a jedynka na liście – walutą.
ZOBACZ TAKŻE: Wygrywasz wybory? To dopiero początek problemów. Przegrani paraliżują miasto
Tylko czy krakowianie naprawdę na tym zyskają? Czy sojusz dwóch radnych, które odeszły z większych formacji, bo „kierunek się wyczerpał”, naprawdę stworzy coś wartościowego dla Dębnik, Zwierzyńca czy Bronowic? Czy może po prostu będziemy świadkami kolejnego rozdziału w serialu pt. „Jak przetrwać w radzie za wszelką cenę”?
Na razie wygląda to na typowy krakowski targ. Z tym, że zamiast oscypków i korali handluje się miejscami na listach wyborczych. I jakoś nikt nie chce przyznać, że pachnie to nie kwiatami, a czymś znacznie mniej przyjemnym.






















