W Krakowie są miejsca, które w polityce mają niemal symboliczne znaczenie. Jednym z nich jest hala „Sokoła”. To właśnie tam prezes Jarosław Kaczyński znów zamierza wykonać ruch, który – przynajmniej w zamyśle strategów Prawo i Sprawiedliwość – ma odwrócić polityczne losy partii. W sobotę, 7 marca, w krakowskiej hali ma zostać ogłoszony kandydat tej formacji na przyszłego premiera.
Brzmi jak polityczny rytuał. I w istocie nim jest.
Bo przecież to właśnie w tym miejscu PiS już wcześniej stawiał na „kandydatów z zaskoczenia”. To tutaj przedstawiono najpierw Andrzeja Dudę, a później Karola Nawrockiego – polityków, którzy z pozycji outsiderów ruszyli po najwyższe urzędy w państwie. Obaj wygrali. Nic dziwnego, że dziś partyjni stratedzy znów liczą na odrobinę tej samej magii.
Tyle że magia w polityce działa tylko wtedy, gdy rzeczywistość jej sprzyja.
A ta dla PiS nie jest dziś szczególnie łaskawa. W sondażach partia notuje spadki, a w niektórych badaniach jej poparcie spadło nawet poniżej 20 procent. To wynik, który w partii wywołuje niepokój i zmusza do szukania nowych pomysłów na odzyskanie inicjatywy. Ogłoszenie kandydata na premiera ma być właśnie takim politycznym resetem: nową twarzą, nową narracją i próbą zjednoczenia coraz bardziej podzielonego obozu.
Bo nie jest tajemnicą, że na Nowogrodzkiej od miesięcy trwa cicha rywalizacja frakcji. Jedni patrzą w stronę powrotu dawnych twarzy, inni chcą całkowitego odświeżenia. Sam prezes podkreśla, że wybrany kandydat ma być stosunkowo młody i „nieobciążony błędami poprzednich rządów”.
Dlatego lista nazwisk krążących w kuluarach jest długa: od Przemysława Czarnka, przez Tobiasza Bocheńskiego, aż po kilku samorządowców, którzy w krajowej polityce pozostają niemal anonimowi. Wśród nich najpoważniejszym kandydatem ma być Lucjusz Nadbereżny, prezydent Stalowej Woli.
I być może właśnie o to chodzi.
Bo historia polityczna PiS pokazuje jedno: im mniej ktoś jest znany przed nominacją, tym większy efekt zaskoczenia po ogłoszeniu. A zaskoczenie w polityce bywa czasem najcenniejszą walutą.
Dlatego w sobotę w Krakowie nie chodzi tylko o nazwisko. Chodzi o próbę stworzenia nowej opowieści. Takiej, która pozwoli partii znów uwierzyć, że polityczne scenariusze można pisać od nowa.
A hala „Sokoła”?
Cóż, w tej historii ma zagrać rolę niemal teatralnej sceny. Bo jeśli coś ma się zacząć od nowa, to najlepiej właśnie tam, gdzie kiedyś zaczęły się wcześniejsze zwycięstwa.
Tyle że w polityce – jak w teatrze – sama scena nie wystarczy. Potrzebny jest jeszcze dobry aktor i publiczność gotowa uwierzyć w przedstawienie.






















