W PiS od lat powtarza się jedną zasadę: dyscyplina, mobilizacja i pełna gotowość do działania. Kiedy jest konwencja – działacze mają być na sali. Kiedy lider przemawia – działacze mają klaskać. A kiedy partia wzywa – działacze mają przyjechać.
Chyba że… wcześniej zaplanowali urlop z żoną.
Taką właśnie strategię polityczną zaprezentował lider małopolskiego PiS, były kandydat na prezydenta Krakowa, Łukasz Kmita, który nie pojawił się na partyjnej konwencji w Krakowie, na której Jarosław Kaczyński ogłaszał nazwisko potencjalnego premiera. Zamiast tego Kmita wybrał wypoczynek.
Miałem zaplanowany urlop z żoną.
– tłumaczył w rozmowie z Radiem Kraków.
Trzeba przyznać: szczerość godna podziwu. Kiedy inni politycy produkują elaboraty o „obowiązkach parlamentarnych” albo „spotkaniach z wyborcami”, Kmita postawił na prostotę. Urlop to urlop.
W tej samej rozmowie przekonywał też, że wszystko było zaplanowane wcześniej.
Ten wyjazd był zaplanowany wcześniej, jeszcze przed ogłoszeniem terminu konwencji.
Czyli klasyczny konflikt kalendarzy: partia kontra małżeństwo. I – jak się okazuje – nawet w partii słynącej z żelaznej dyscypliny ktoś potrafi powiedzieć: stop, najpierw wakacje.
To zresztą dość symboliczny obrazek polskiej polityki. Na scenie – wielkie słowa o odpowiedzialności za państwo, mobilizacji i historycznej misji. A za kulisami – zwykły dylemat: czy bardziej opłaca się konwencja partyjna, czy jednak spokojny urlop z żoną.
Lider małopolskiego PiS dokonał wyboru.
I jeśli ktoś zastanawiał się, kto ma w tej historii większą siłę polityczną niż partia – wygląda na to, że odpowiedź jest prosta: żona!



















