Przeczytasz w 2-4 minuty
Płachta

Milion podpisów – dokładnie tyle obiecali złożyć w Krajowym Biurze Wyborczym organizatorzy referendum w sprawie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Nie udało nam się tej informacji potwierdzić u żadnego wiarygodnego źródła, ale przecież po co psuć sobie tak piękny news faktami?

Od kiedy w Krakowie ruszyła zbiórka, co chwilę pada nowa, okrągła liczba. Najpierw było „kilkadziesiąt”, potem „już kilkaset”, później „pierwsze tysiące”, następnie „dziesiątki tysięcy”, a od kilku dni to… już straciliśmy rachubę.

Początkowo podpisy zbierali głównie ludzie opłacani przez Łukasza Gibałę. Chodzili po ulicach i klatkach schodowych z taką samą determinacją, z jaką świadkowie Jehowy pytają, czy myślałeś o życiu wiecznym. Tylko zamiast Biblii mieli kartę z hasłem „Miszalski musi odejść”. Później dołączyli „zwykli obywatele”, byśmy nie zapomnieli, że to „oddolna inicjatywa”. I nagle zaczęły się cuda.

Organizatorzy ogłosili, że kilkaset podpisów przyniósł jakiś pracownik urzędu miasta – przeciwko własnemu szefowi, którym jest Aleksander Miszalski.

Później stwierdzili, że kolejne kilkaset podpisów przyniósł jakiś działacz Koalicji Obywatelskiej – przeciwko własnemu szefowi, którym w Małopolsce jest Aleksander Miszalski.

Kilkaset podpisów – choć tego już nie jesteśmy pewni, bo nie było tego w oficjalnych komunikatach – przynieśli mieszkańcy Skawiny, Wieliczki, Proszowic i paru przysiółków pod Niepołomicami.

Zbieraczki podpisów

Najlepsze są jednak historie indywidualne. Pani w średnim wieku dostarczyła 53 podpisy i wyjaśniła, że to „cała rodzina, sąsiedzi z klatki i koleżanki z różańca – wszyscy podpisali, bo winda stoi od 2022, a on nic”. Inny wolontariusz chwalił się, że zebrał ponad 940 podpisów… od jednej i tej samej osoby. Człowiek przychodził co kilka dni w innej kurtce, czapce i z innym zarostem. Twierdził, że „to różne wcielenia krakowskiej duszy, która ma serdecznie dość”.

Są też doniesienia (niepotwierdzone, ale bardzo ładne) o busach z napisem „Dar serca – Kraków 2026”, które podjeżdżały pod biuro komitetu referendum. Kierowcy wyładowywali kartony z podpisami i odjeżdżali bez słowa. Najwięcej podobno przyjechało z okolicznych powiatów, ale krążą plotki, że kilka paczek dotarło nawet z… Pruszkowa i Grodziska Mazowieckiego.

Słup

A teraz trzy perełki prosto z krakowskiego frontu podpisowego (wszystkie historie sprawdzone na 0%, ale brzmią zbyt dobrze, żeby je marnować):

  1. Emerytowany pan Zdzisław z Nowej Huty przyniósł 187 podpisów i oświadczył z dumą: „Ja tam podpisałem się 187 razy jako Zdzisław Kowalski, Zdzisław Nowak, Zdzisław Wiśniewski i tak dalej. Bo ja mam 187 różnych charakterów pisma, proszę pana redaktora. Jak mi się znudziło pisać normalnie, to pisałem drukowanymi, jak drukowanymi – to pisałem lewą ręką. Nikt mi nie udowodni, że to nie ja”.
  2. Studentka psychologii z AGH przyszła z 124 podpisami i wyjaśniła: „To są podpisy moich alter ego z testu na zaburzenia dysocjacyjne. Każde z nich nienawidzi Miszalskiego z innego powodu. Jedno za komunikację, drugie za ceny w akademiku, trzecie po prostu z zazdrości, że on wygląda lepiej niż mój chłopak. Proszę przyjąć, to terapia ekspresyjna”. Wolontariusz przyjął, bo bał się, że jak odmówi, to ona zacznie mu analizować traumy z dzieciństwa.
  3. Pan Mirek, taksówkarz z Grzegórzek przyniósł 412 podpisów i powiedział z miną człowieka, który właśnie wygrał totka: „To wszystko klienci z mojej taksówki w ciągu ostatnich trzech tygodni. Jak ktoś wsiada i narzeka na korki, dziury albo ceny biletów, to od razu daję mu długopis i mówię: podpisz się, bracie”. Najwięcej podpisów zebrał od jednej pasażerki, która jeździła codziennie z Kurdwanowa na Rynek, więc podpisywała się codziennie raz, ale za to bardzo emocjonalnie.

No i w końcu nie ma się co dziwić tym opłacanym pracownikom, że zbierali podpisy na potęgę. W końcu za to im płacił – i to nieźle – sam Gibała. A on ponoć nie lubi, jak mu ktoś macha pustymi tabelkami.

Zbieracz podpisów

Chwała Bogu, że ta zbiórka podpisów skończy się przed czasem, wszak tempo przyrostu tychże podpisów było imponujące. Jeśli by się utrzymało jeszcze przez dwa tygodnie, komitet spokojnie zebrałby podpisy wszystkich mieszkańców Krakowa, Małopolski i – przy odrobinie dobrej woli – również kilku sąsiednich województw.

W tym całym systemie nie ma jednak większego znaczenia, ile podpisów organizatorzy ogłoszą w komunikatach. Komisarz wyborczy i tak będzie liczył tylko do wymaganej liczby, czyli do około 60 tysięcy. Reszta jest bardziej elementem marketingu niż matematyki. W praktyce i tak liczy się tylko to, czy wśród nich znajdzie się wymagane minimum.

Zresztą to nie byłby pierwszy raz w polskiej polityce, gdy liczba podpisów ma bardziej charakter dekoracyjny niż księgowy. W końcu wszyscy pamiętamy moment, gdy Rafał Trzaskowski – startując w wyborach prezydenckich – składał w Państwowej Komisji Wyborczej pudła z podpisami, które wyglądały na podejrzanie lekkie. W internecie szybko pojawiły się komentarze, że część z nich mogłaby równie dobrze zawierać powietrze, stare gazety albo foldery z kampanii.

Dlatego gdy dziś ktoś ogłasza milion podpisów, trudno nie przypomnieć sobie tamtej sceny z pudłami. W polskiej polityce liczby często pełnią funkcję rekwizytu. Mają dobrze wyglądać na zdjęciu i w komunikacie prasowym.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także