– W obszarze Strefy Czystego Transportu miasto powinno zapewnić bezpłatną komunikację miejską – proponuje poseł PiS Łukasz Kmita. Brzmi dobrze. Nawet bardzo dobrze. Bo jeśli już ograniczamy wjazd samochodów, to uczciwie byłoby dać mieszkańcom realną, a nie tylko teoretyczną alternatywę.
Do tego chóru dołącza także były premier Mateusz Morawiecki, który pisze niemal tym samym tonem:
Myślę, że to uczciwa i sprawiedliwa propozycja, która znacząco zmniejsza dyskryminację ekonomiczną związaną z wprowadzeniem tych stref.
Trudno się z tym zdaniem nie zgodzić. Bo dziś SCT to nie tylko kwestia ekologii, ale też portfela. A ten, jak wiadomo, nie wszystkim waży tyle samo.
Warto jednak przypomnieć pewien kontekst, o którym w tych wypowiedziach mówi się ciszej. To właśnie rząd PiS, gdy premierem był Mateusz Morawiecki, wprowadził przepisy zobowiązujące miasta takie jak Kraków do tworzenia Stref Czystego Transportu.
Ustawa została uchwalona w Warszawie, a jej praktyczne konsekwencje – jak zwykle – spadły na samorządy i mieszkańców. To lokalne władze muszą dziś tłumaczyć zasady, mierzyć się z protestami i szukać pieniędzy na rozwiązania łagodzące skutki tych decyzji.
Dlatego propozycja darmowej komunikacji brzmi dziś jak spóźniona korekta do własnych ustaw. Najpierw obowiązek, potem refleksja, że może jednak warto było pomyśleć o ludziach, którzy na ekologiczne zmiany zwyczajnie nie są gotowi finansowo. Kraków znów znalazł się w sytuacji, w której musi gasić pożar wzniecony daleko od Rynku Głównego.






















