Przeczytasz w 3-5 minuty
Bartłomiej Kocurek i Łukasz Gibała

– Gibała już przesądził o mojej winie, a od tego jest sąd, a nie radny. Nawet jeśli wydaje mu się, że jest najpotężniejszy i wszechmogący – mówi nam Bartłomiej Kocurek i zapowiada kontratak. – Rozważam własny pozew – przyznaje radny w rozmowie z Łukaszem Mordarskim.

– Najpierw mnie śledzili, potem opluwali w sieci, teraz chcą mnie ciągać po sądach – uważa polityk Koalicji Obywatelskiej. I uderza w Łukasza Gibałę bez żadnych hamulców. Twierdzi, że wokół referendum w Krakowie zaczyna się robić naprawdę brudno.

***

Kanał Krakowski: Doigrał się Pan wreszcie.

Bartłomiej Kocurek: No tak. W końcu będę pozwany przez najpotężniejszego krakowskiego radnego.

Pan sobie robi heheszki, a sąd to poważna sprawa. Nie boi się Pan?

Cały czas się boję, ale głównie dlatego, że najpierw ktoś opłacił osoby, by mnie śledziły. Później ktoś opłacił osoby, które notorycznie obrażają mnie w internecie. A teraz, cóż… w sumie można się było spodziewać, że pan Gibała będzie chciał mnie pozwać, bo do tej pory szukał na mnie haków i nic nie znalazł.

Może nie może zdzierżyć, że jest Pan jednostką wybitną, czy – jak określił to Gibała – „zdolnym gościem, który ma dużo fuch w instytucjach publicznych”.

No cóż, na pewno nie mam takich źródeł dochodów jak pan Gibała i pewnie w życiu mu w tym nie dorównam. Niemniej, bez względu na to, czy mi uwierzy, czy nie, staram się wykonywać swoje obowiązki tam, gdzie pracuję, w sposób rzetelny i nie biorę pieniędzy za darmo.

Gibała pozwał Pana, bo – jak twierdzi – skłamał Pan w sprawie podpisów pod listą referendalną. Napisał Pan, że co czwarty jest sfałszowany.

Musiałem to sobie „odświeżyć”, bo pan Gibała ma trochę spóźniony refleks, gdyż ja ten post wrzuciłem ze dwa tygodnie temu. Mam wrażenie, że wszyscy już o tym zapomnieli. Nie wiem, co Gibała robił w tym czasie…

…pracował ku chwale Krakowa i jego mieszkańców. Chociaż cofam to zdanie, bo jeszcze mnie pozwie, że kłamię, a nie będę mógł udowodnić w sądzie, że Gibała pracuje dla dobra Krakowa.

No, no panie redaktorze, bo pomyślę, że uprawia pan fantastykę. (uśmiech)

A tak serio, to okazało się, że około 27 czy 28 procent podpisów jest nieprawidłowych. Czyli nie minąłem się z prawdą, pisząc, że co czwarty. Co więcej, pan Jan Hoffman z komitetu organizacyjnego sam złożył zawiadomienie do prokuratury, że coś jest nie tak w podpisach, które… sam zbierał. Z kolei komisarz wyborczy podał do wiadomości publicznej, że część podpisów ma nieprawidłowy PESEL, są nieczytelne, czy nawet na listach są podpisy osób zmarłych. Trudno więc, by podpisy zmarłych pojawiły się na listach przez przypadek.

Bartłomiej Kocurek / fot. archiwum prywatne

Trzeba wziąć też pod uwagę, że komisarz wyborczy weryfikował tylko niespełna 90 tysięcy podpisów, bo tyle wystarczyło. Pozostałe około 50 tysięcy nie było weryfikowanych, a więc tych sfałszowanych mogło być znacznie więcej niż te, które zostały ujawnione.

No więc nie wiem, gdzie Gibała dopatrzył się kłamstwa. Skądinąd wreszcie oficjalnie przyznał, że jest twarzą referendum. Do tej pory opłacał ludzi zbierających podpisy, finansował słupy reklamowe, a teraz wreszcie powiedział, że tak naprawdę to on stoi za tym całym przedsięwzięciem.

Dostał Pan już pozew?

Nie i jestem ciekaw, czy w ogóle go dostanę. Tak naprawdę to dopiero z niego będzie wynikać, o co dokładnie mnie pozywa, bo teraz nie sposób tego określić. Nie jestem jednak przekonany, czy ten pozew kiedykolwiek do mnie dotrze, czy skończy się wyłącznie na medialnych zapowiedziach. Widać bowiem, że zwolennikom referendum skończyło się paliwo i nie za bardzo mają pomysł na to, jak dalej podgrzewać emocje mieszkańców. No więc odgrzewają stare, lekko zapleśniałe już kotlety.

Nie wiem też, czy będzie mnie pozywał w szybkim trybie referendalnym, czy zwykłym, bo czasem nie zawsze chodzi przecież o to, by mieć wyrok, ale by pozwać.

A propos wyroku – nie zdziwiło Pana, że Gibała w swojej krótkiej rolce już ten wyrok wydał? Powiedział, że będzie Pan musiał przepraszać.

Czyli de facto przesądził o mojej winie, a od tego jest sąd, a nie Gibała. Nawet jeśli wydaje mu się, że jest wszechmogący. Proszę też zwrócić uwagę, że pan radny – w tej samej rolce – wydał też drugi wyrok. Powiedział, że nie mieszkam w Krakowie.

Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik

A mieszka Pan?

Gdybym nie mieszkał, nie mógłbym być radnym. Mieszkam w Krakowie, jestem zameldowany w Krakowie, głosuję w Krakowie, płacę podatki w Krakowie. Ale posiadam też nieruchomości poza Krakowem.

Złoży Pan pozew przeciwko Gibale?

Rozważam to. Rozmawiam na ten temat z mecenasem.

ZOBACZ TAKŻE: Jaśkowiec: "To Gibała napędza krakowski hejt. Jaśko jest tylko wykonawcą jego frustracji" [WYWIAD]

Bez względu na to, gdzie Pan przykłada głowę do poduszki, śpi Pan spokojnie przed 24 maja?

Względnie spokojnie. Jedyne, co lekko spędza mi sen z powiek, to to, że pozakładałem się honorowo z kilkoma znajomymi o to, że do referendum pójdzie mniej niż 100 tysięcy ludzi.

Optymistycznie, skoro do odwołania prezydenta potrzeba prawie 160 tysięcy, a rady miasta około 190.

Uważam, że głosować pójdzie około 100 tysięcy osób i nawet jeśli będzie to niewiele ponad tę liczbę, to na pewno będzie to kolejna ogromna klęska Gibały.

Do tej pory miał Pan szczęście w tego typu zakładach?

Z reguły tak.

ZOBACZ TAKŻE: Kraków zalewają referendalne śmieci! Gibała szuka frajerów do jeszcze większego zaśmiecania

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także