• Pozycja: Box 3
Przeczytasz w 2-4 minuty
Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik

Gibała i jego ekipa znowu robią cyrk z rowerami na minuty. Analizy ekspertów, raporty, ekonomia, finanse – wszystko krzyczy: to cholernie drogie, nieopłacalne, trzeba do tego sporo dopłacać. Ale co tam liczby, zdrowy rozsądek, logika czy jakiekolwiek doświadczenie. Gibałowcy krzyczą tylko jedno: „Chcemy lizaka! Chcemy lizaka! TERAZ!”, tupią nogami, machają rączkami i patrzą na świat jak dziecko w cukierni, które myśli, że cały sklep należy tylko do niego.

Kiedyś Kraków miał system miejskich rowerów na minuty. Jakoś działał. Do czasu. Potem padł. I oto wraca – ta sama bajka o rowerowym eldorado, ale tym razem za sprawą Gibały i spółki. Sprawa będzie omawiana na środowej sesji rady miasta, a emocje w politycznych kuluarach już gotują się jak woda na herbatę.

Taniej dopłacać do... Ubera

Gibałowcy oczywiście przypomnieli, że Aleksander Miszalski jeszcze w kampanii wyborczej obiecywał powrót do miejskiej wypożyczalni rowerów na minuty. Tak, to fakt. Nie można z tym dyskutować. Tylko że rzeczywistość, jak zwykle, jest bardziej brutalna niż polityczne slogany. Bo rzeczywistość nie krzyczy, nie tupie, nie macha rączkami. Ona po prostu pokazuje liczby i fakty.

Stacja rowerów miejskich „Wavelo” w 2016 roku / fot. UMK

Miszalski powołał zespół ekspertów – ludzi z różnych miejskich jednostek oraz organizacji społecznych i środowisk rowerowych. Zespół ten zgodnie orzekł, że pomysł wypożyczalni na minuty jest kompletnie bez sensu.

Powodów jest kilka. A główny daje się streścić tak, że koszty wdrożenia takiego systemu są nieadekwatne do zysków, podczas gdy te same środki można wykorzystać znacznie bardziej efektywnie

czytamy w portalu LoveKrakow.pl. Cytuje on także Jarosława Tarańskiego, eksperta rowerowego zajmującego się projektem VeloMałopolska:

W Polsce nie ma żadnego systemu roweru na minuty, który by sam na siebie zarabiał. Najlepszy dowód jest taki, że wszystkie komercyjne firmy, które próbowały z rowerami na minuty, ostatecznie się z tego wycofywały.

Samorządowcy lubią się chwalić rowerem publicznym, ale mamy przykłady z Polski, gdzie pojedyncze wypożyczenie przekładało się na koszt kilkudziesięciu złotych. Taniej byłoby dopłacić komuś do Ubera.

Jak Kraków stanie się kiedyś na tyle bogatym miastem, że nie będzie wiadomo już na jakie kolejne inwestycje rowerowe przeznaczać dużą część budżetu, to wtedy możemy do tego wrócić, ale teraz to dla mnie przepalanie publicznych pieniędzy

Nie można powiedzieć tego bardziej wprost. Po prostu nie można.

A tu jeszcze szczegółowe wyliczenia z portalu KR24.pl:

Miasto przeanalizowało wariant powrotu do klasycznego systemu stacyjnego. Wyliczenia wykazały, że cztery lata funkcjonowania roweru na minuty kosztowałyby od 100 do 190 milionów złotych. Tymczasem model długoterminowy generuje znacznie mniejsze straty – różnica między kosztami a przychodami wynosi 51,5 miliona złotych.

Władze Krakowa zdecydowały, że zaoszczędzone środki przeznaczą na budowę nowej infrastruktury rowerowej. Łączna wartość planowanych inwestycji przekracza 100 milionów złotych.

Polityczna zabawka

A teraz wyobraźcie sobie te całe analizy, raporty, scenariusze, liczby, rekomendacje ekspertów i… gibałowców, którzy i tak to mają w głębokim poważaniu. Bo dla nich liczy się jedno: kaprys, iluzja władzy i poczucie, że mogą „coś zrobić dla miasta”. Typowa mieszanka infantylizmu i politycznej arogancji – jeśli ja chcę, to inni mają dać.

Nie ma znaczenia, że miasto nie jest prywatną firmą, a publiczną instytucją finansowaną z naszych podatków. Nie liczą się koszty, efektywność ani zdrowy rozsądek. Liczy się polityczny pokaz siły i autoprezentacja. Domniemam, że mieszkańcy Krakowa chcieliby, żeby ich pieniądze były wydawane sensownie, a nie na kolejną polityczną zabawkę, która kosztuje dziesiątki złotych za każde pojedyncze wypożyczenie.

Udaje głupiego?

Nie oszukujmy się. Biorąc pod uwagę te wszystkie argumenty, Gibała nie walczy o rowery dla ludzi. Walczy o symboliczną wygraną w politycznej grze. O to, żeby móc powiedzieć: „Patrzcie, ja zrobiłem coś dla mieszkańców”, nawet jeśli oznacza to, że miasto dopłaci dziesiątki złotych za każdy rower, który ktoś wypożyczy.

Gibałowcy / fot. Łukasz Michalik

A gdzieś w tle pozostaje gorzka ironia: w Polsce nie ma żadnego systemu roweru na minuty, który by się sam utrzymał. Każdy, kto myśli inaczej, albo nie rozumie ekonomii, albo po prostu udaje.

Dziecko w sklepie z lizakami

Kraków potrzebuje przemyślanej infrastruktury, a nie politycznej histerii. Potrzebuje rowerów, które faktycznie będą służyły mieszkańcom, a nie tylko sprawiały, że jeden polityk może poczuć się bohaterem. Potrzebuje rozsądku, planowania i odpowiedzialności – nie cyrku, lizaków i dziecinnych zachowań.

ZOBACZ TAKŻE: Gibała zapłakał, bo GDDKiA nie zaprosiła go na piwo do Warszawy. "Całe życie drugi"

I dopóki ktoś będzie decydował na zasadzie: „bo ja chcę” zamiast: „bo tak jest rozsądnie”, nasze miasto będzie tonęło w wydumanych pomysłach, marnowaniu publicznych pieniędzy i politycznych przedstawieniach.

Łukaszu Gibało, miasto nie jest prywatną firmą, a Ty nie jesteś dzieckiem w sklepie z lizakami. Czas dorosnąć. I zostawić krakowian w spokoju, zanim rozkręcisz kolejny cyrk.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także