Łukasz Gibała znów odkrył, że demokracja bywa brutalna dla „prawie zwycięzców”. Tym razem dramat polega na tym, że państwowa instytucja nie zaprosiła go do stołu. I tak oto przegrany kandydat na prezydenta Krakowa urządził publiczny spektakl oburzenia, bo ktoś ośmielił się podejmować decyzje bez pytania go o zdanie.
Są w polityce ludzie, którzy potrafią przegrywać z klasą. I są tacy, którzy przegraną traktują jak osobistą krzywdę wyrządzoną przez cały świat. Gibała od lat udowadnia, że należy do tej drugiej kategorii.
Ostatnia „drama” rozegrała się wokół powołania zespołu do spraw przebiegu drogi ekspresowej S7 na odcinku Kraków–Myślenice. Zespół powstał, eksperci zaczęli pracę… i okazało się, że nikt nie zaprosił do stołu Łukasza Gibały.
I wtedy zaczęło się przedstawienie.
Zamiast przyjąć sprawę jak dorosły polityk, Gibała wysłał swojego wiernego giermka – radnego Michała Starobrata – żeby na X ogłosił niemal narodową katastrofę. Według tego dramatycznego wpisu decyzja GDDKiA to „ustawka polityczna”, „kpina” i „farsa z mieszkańców”.
Nowo powołany zespół przez centralę w Warszawie @GDDKiA to ustawka polityczna, kpina i farsa z mieszkańców.
— Michał Starobrat (@MStarobrat80) March 12, 2026
GDDKiA odmówiła @LukaszGibala kandydatowi, który uzyskał 49% głosów (128 269 głosów) w II turze wyborów na Prezydenta Miasta Krakowa, udziału przedstawiciela w pracach…
Dlaczego? Bo – jak czytamy – Gibała zdobył w wyborach 49 procent głosów.
No właśnie. Czterdzieści dziewięć.
Problem polega na tym, że demokracja działa w sposób dość brutalny dla wszystkich „prawie zwycięzców”. Liczy się 51 procent. A reszta przechodzi do historii jako przegrani. I nie moja w tym zasługa, że Gibała przeszedł do historii jako przegrany już TRZY razy.
„Prawie wygrać” w polityce, w sporcie i w życiu znaczy dokładnie tyle samo co przegrać. Gibała przegrał. Kraków wybrał kogoś innego.
Ale najwyraźniej w świecie Gibały obowiązują inne zasady. Tam 49 procent to nie porażka, tylko moralne zwycięstwo, które powinno gwarantować miejsce przy każdym stole decyzyjnym. Tyle że państwo nie działa jak szkolna rada samorządu, w której każdy obrażony uczeń musi dostać krzesło, żeby się nie rozpłakał.
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad buduje drogi dla milionów ludzi. Nie jest zobowiązana zapraszać każdego przegranego kandydata na konsultacje tylko dlatego, że ten uważa się za „prawie prezydenta”.
Gdyby przyjąć taką logikę, przegrany w finale Ligi Mistrzów też powinien dostać puchar, bo przecież „był blisko”. A wicemiss Polski mogłaby domagać się reprezentowania kraju na konkursie Miss World, bo „prawie wygrałam”.
Prezydent Karol Nawrocki też nie konsultuje każdego weta z Rafałem Trzaskowskim, bo ten drugi, był… drugi.
W polityce obowiązuje prosta zasada:
Wygrywasz – rządzisz. Przegrywasz – gratulujesz zwycięzcy i robisz swoje w opozycji.
Gibała najwyraźniej tej lekcji wciąż nie odrobił. A prawda jest brutalnie prosta. Nie jest żadnym „drugim prezydentem Krakowa”. Nie jest też trybunem ludu, którego trzeba pytać o zdanie przy każdej inwestycji.
Jest jednym z czterdziestu trzech radnych miasta.
Jednym.
Ot, trybikiem samorządu. Pionkiem w grze, kółkiem w maszynie.
To już nie wygląda jak zwykła polityczna frustracja. To zaczyna przypominać coś znacznie mniej zdrowego: megalomanię w stadium rozwiniętym.
Bo naprawdę trzeba mieć sporo politycznej pychy, żeby uznać, że państwowa instytucja powinna dopraszać się o obecność przegranego kandydata tylko dlatego, że ten uważa się za szczególnie ważnego.
Ciągle we wszystkim byłem drugi. Na 1500 drugi, z polskiego drugi, w nogę drugi, z zielnika drugi…
Panie radny Gibała, Kraków powiedział „NIE”. 128 tysięcy głosów to dużo. Ale to wciąż za mało, żeby zostać prezydentem miasta. I zdecydowanie za mało, żeby domagać się specjalnego traktowania od instytucji państwowych. To mandat do pracy w radzie miasta. Nie do rządzenia krajem z tylnego siedzenia.
Jeśli jednak tak bardzo brakuje panu władzy, zawsze można spróbować czegoś innego. Otworzyć food trucka z zapiekankami, założyć stowarzyszenie „Prawie Prezydent” albo fundację „Kupmy sobie Kraków”.
Tylko może warto przestać publicznie płakać. Bo to nie jest żadna „farsa z mieszkańców”. To jest po prostu farsa z Łukasza Gibały. I z jego politycznej megalomanii.






















