Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Opinie

Kraków po północy, czyli jak brzmi buractwo

Kraków po północy, czyli jak brzmi buractwo

18 listopada 2025 | 08:39

Kraków śpi źle. Nie przez sumienie, tylko przez Anglika z kuflem, studenta z głośnikiem i turystkę w cekinach. I choć władze powołały już nawet burmistrza nocnego, prawda jest brutalna: z hałasem nie da się wygrać. Można go tylko przebić większym absurdem. Znowu ta sama dyskusja. Wraca jak bumerang co parę miesięcy, zwykle wtedy, gdy komuś w magistracie lub opozycji przypomni się, że oprócz turystów ktoś w tym centrum jednak mieszka. I że ci ludzie – o zgrozo! – chcieliby czasem spać. Każda epoka ma swoich bohaterów, a nasza najwyraźniej potrzebuje urzędnika od ciszy nocnej. I znowu zaczyna się lament: za głośno, za pijani, za tłumnie. A potem kontratak: że przecież Kraków żyje z turystyki, że trzeba rozumieć, że młodzi, że imprezy, że atmosfera. I tak w kółko, od lat. Jak tramwaj na pętli przy Cmentarzu Rakowickim. Nowy prezydent postanowił nawet działać. Spełnił obietnicę wyborczą i powołał burmistrza nocnego. Brzmi jak przełom, choć tak naprawdę przedłużenie godzin otwarcia toalet dałoby się zrobić bez tworzenia nowego etatu. Ale cóż, każda epoka ma swoich bohaterów, a nasza najwyraźniej potrzebuje urzędnika od ciszy nocnej. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zmienia się w poligon. Miastem zaczną rządzić patoaktywiści i krzykacze Wymyślono więc, że z hałasem da się walczyć urzędowo. Takie lekarstwo na kaca przed imprezą. Burmistrz miał – a może nadal ma – „zadbać o równowagę między życiem nocnym a komfortem mieszkańców”. Czyli, w teorii, między dźwiękiem przewracanego kufla a snem dziecka z trzeciego piętra. Pracuje już chyba ponad rok, a ludzie jak darli mordę, tak drą nadal. Bo jak tu realnie walczyć z hałasem? Będzie ten burmistrz chodził po Rynku z decybelomierzem i mówił: „Przepraszam, proszę ciszej śpiewać Don't Stop Me Now, mieszkańcy śpią”? Bo gdzie są ludzie, tam jest buractwo. Jedni je hodują, drudzy znoszą. Nie da się wytępić hałasu z miasta, w którym co wieczór przewala się kilka tysięcy ludzi, którzy przyjechali właśnie po to, żeby się drzeć. Nikt nie jedzie do Krakowa, żeby o północy kontemplować Wawel w ciszy. Przyjeżdżają po tanie piwo, szybkie dziewczyny i wolność od wstydu. I dostają to z dokładką. To nie jest problem Krakowa. To jest problem człowieka w stanie weekendowym. Tego samego, który w Biedronce komentuje głośno tyłek ekspedientki, w samolocie otwiera piwo przed startem, a w sobotę o drugiej w nocy śpiewa „Sto lat” pod cudzym oknem. Nie pomoże burmistrz, nie pomoże straż miejska, nie pomoże nawet święcona woda z mariackiego kościoła. Bo gdzie są ludzie, tam jest buractwo. Jedni je hodują, drudzy znoszą. Nie udawajmy też świętych. Sam kiedyś byłem studentem. Wracałem z Rynku o czwartej nad ranem, a że droga do domu prowadziła akurat ulicą Kopernika, to wydzierałem się tam pod oknami, wtedy jeszcze szpitala. Czy się tego wstydzę? Z perspektywy czasu – tak. Czy wstydziłem się wtedy? Ani trochę. Gdyby ktoś mi powiedział, żebym był ciszej, to może bym się zamknął. Na pięć minut. Jak kierowca, który zwalnia przed fotoradarem, żeby zaraz potem znowu docisnąć. ZOBACZ TAKŻE: Polowanie na prywatne konta. Obrzydliwe praktyki hejterów Władze mówią: trzeba rozmawiać z lokalami, trzeba edukować. Okej. Tylko że lokal chce zarobić, turysta chce wypić, a mieszkaniec chce spać. Spróbuj to pogodzić. I tu pojawia się pomysł, który wraca co chwilę - opłata turystyczna. Miasto od lat próbuje ją wprowadzić jako formę rekompensaty za intensywne korzystanie z przestrzeni i infrastruktury. W 2024 roku Kraków odwiedziło prawie 15 milionów osób, z czego prawie osiem milionów zostało na noc. Przy stawce czterech złotych za noc, czyli symbolicznego euro, wpływy mogłyby sięgnąć nawet stu milionów złotych rocznie – pieniędzy, które mogłyby wrócić do mieszkańców pod postacią czystszych ulic lub... mocniejszych szyb w oknach. Centrum Krakowa to nie dziedziniec klasztoru. To otwarty bar. A każdy bar ma swój zapach, swój dźwięk i swoje buractwo. Problem w tym, że w Polsce wciąż nie ma przepisów pozwalających na wprowadzenie takiej opłaty w miastach. Kraków wraz z innymi metropoliami od lat apeluje do rządu o zmianę prawa. Argument jest prosty: skoro turystyka daje zarobić hotelarzom i restauratorom, niech chociaż trochę odda tym, którzy muszą potem wdychać sobotni smog z kebaba i słuchać „Sweet Caroline” o trzeciej w nocy. Bo w końcu każdy, kto tu przyjeżdża, zostawia po sobie ślad. I nie tylko jest to ślad szminki na kuflu od piwa. ZOBACZ TAKŻE: Co powstanie w miejsce Krokusa? [WYWIAD] Nie ma środka na hałas. Tak jak nie ma środka na głupotę. Można karać, prosić, pisać petycje. A i tak w piątek o 2:47 z ulicy usłyszysz: „Ooooo, jeszcze po jednym!” Można więc tylko pogodzić się z losem. Centrum Krakowa to nie dziedziniec klasztoru. To otwarty bar. A każdy bar ma swój zapach, swój dźwięk i swoje buractwo. Chcesz ciszy? Przeprowadź się do lasu. Ale licz się z tym, że i tam kiedyś ktoś przyjedzie z głośnikiem i odpali Zenka.

Więcej…

Oto zwycięzca w kategorii: Dzban Roku! Najpierw IKEA, a teraz TO

Oto zwycięzca w kategorii: Dzban Roku! Najpierw IKEA, a teraz TO

14 listopada 2025 | 16:37

Są takie chwile w życiu, kiedy człowiek patrzy na otaczającą go rzeczywistość i myśli: "Nie, tego się nie da przebić". A jednak zawsze znajdzie się ktoś, kto udowodni, że można. I tak oto mamy zwycięzcę w kategorii "Dzban Roku". I to nie byle jakiego! Zwycięzcę absolutnego, który postanowił zająć wszystkie trzy miejsca na podium. Złoto, srebro i brąz lecą do jednego zawodnika. Wyobraźmy sobie prostą sytuację: Masz w domu sprzęt, który już ledwo zipie. Ty wymieniasz go na nowy. Stary nadaje się co najwyżej do remontu, ale sąsiad mówi: "Daj, naprawię i będzie mi służyć". No to dajesz. Normalna, ludzka rzecz. Lepsze to, niż wyrzucić na śmietnik. I dokładnie tak było z krakowskimi autobusami. Wycofane z użytku, nienadające się już do regularnych kursów w mieście. Ale po remoncie mogą nadal jeździć gdzie indziej. Kraków więc je przekazał Ukrainie, gdzie mogą realnie pomagać ludziom. Logiczne, sensowne, prospołeczne. A wtedy na scenę wchodzi on – krakowski poseł Konfederacji Konrad Berkowicz.  Pisze, że władze Krakowa “po swojemu” uczciły niepodległość, oddając autobusy Ukrainie. Że nikt nie pytał mieszkańców o zdanie. Że to niby “interes Ukrainy”, a nie Krakowa. źródło: X I tutaj zaczyna się prawdziwa groteska. Bo co niby mieli zrobić urzędnicy? Zorganizować referendum w sprawie wywożenia na złom? Może jeszcze ankieta obywatelska w sprawie starych opon i przepalonych żarówek z autobusów? Najzabawniejsze (albo najsmutniejsze) jest jednak to, że ten gest solidarności – zwykły, praktyczny i ludzki – został przedstawiony jako coś podejrzanego. Jakby przekazanie starych autobusów, które i tak przestałyby jeździć, było jakimś wymierzonym w mieszkańców spiskiem na miarę political fiction. Jakby oddanie starych autobusów było jakimś przestępstwem, niczym kradzież patelni z IKEA. I w tym momencie pojawia się pytanie: czy naprawdę trzeba tak bardzo naciągać rzeczywistość, żeby zaistnieć w głowach potencjalnych wyborców? Bo można się spierać o politykę miejską, o wydatki, o priorytety. Ale robić aferę z tego, że coś, co miało trafić na złom, trafiło tam, gdzie może jeszcze komuś posłużyć to już jest sztuka. I to wysokich lotów. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że Berkowicz i całe jego środowisko – z Gibałą na czele – mają jeden cel: odwołać Miszalskiego. I choć powodów do krytyki jego urzędowania nie brakuje, można wskazać konkretne błędy, których jest tak dużo, że włos na głowie staje dęba, to oni wolą strzelać na oślep jakimiś absurdalnymi argumentami. Przypomina to wyścig dzbanów, w którym liczy się tylko hałas.

Więcej…

Światło oświecenia z „Dzień Dobry TVN”. De Niro w roli zasłony dymnej

Światło oświecenia z „Dzień Dobry TVN”. De Niro w roli zasłony dymnej

13 listopada 2025 | 09:52

Składam samokrytykę. Nie dostrzegłem bowiem walorów nowej inwestycji przy Błoniach, powstającej w miejsce biurowca Miastoprojektu. Poszedłem na lep krzyczącej gawiedzi i uznałem, że chodzi o zniszczenie omalże zabytkowej substancji, o zamknięcie jednej z dwóch dróg przed hotelem, czy też wreszcie o likwidację miejsc parkingowych. Właściwe proporcje przywróciły mi dopiero „Dzień dobry TVN” i  była radna dzielnicy I, aktorka, Alina Kamińska. Do tej pory w medialnym szumie przebijały się jedynie wątki dotyczące protestów mieszkańców w sprawie miejsc parkingowych, czy układu komunikacyjnego wokół hotelu  – jak czytałem – znanego hollywoodzkiego aktora Roberta de Niro. Uważałem, jak wielu moich znajomych, że to znów przykład „not in my backyard”, czyli protestów grupki niezadowolonych najbliższych sąsiadów, no, ale jak to jest w Krakowie w szczególności – każda inwestycja musi być przez lokalsów oprotestowana. ZOBACZ TAKŻE: Przescrollowane. Protestujesz przeciwko S7? Nie wyjdź na frajera! I gdyby nie przyjazd do Krakowa Roberta de Niro, materiał filmowy z wizyty na wyłączność w „Dzień dobry TVN” i słowa krakowskiej aktorki i radnej dzielnicowej Aliny Kamińskiej – nie wiedziałbym jak bardzo się mylę. Otóż SAO Investments (to sprzed ich inwestycji na Królowej Jadwigi wyparował niezamieszkały dom; to ich dziełem jest ciemnoszara kamienica na końcu ulicy Piłsudskiego) nie buduje tylko hotelu. Tam powstaje Nobu Cultural District – innowacyjna przestrzeń kulturalna w sercu Krakowa. Jak wyjaśnił w materiale projektant, jest to innowacyjny obiekt, który prawie  60 proc. przestrzeni ma dedykowane kulturze. A Robert de Niro przyjechał do Krakowa, by odsłonić obraz swego ojca, który stanie się początkiem nowej galerii w sercu Krakowa. Co jeszcze powstanie obok Błoń? Miejsce, które ma powstać, to znacznie więcej niż hotel. To teatr, sala koncertowa, kino i inspirowane twórczością De Niro klub jazzowy, wspomniana galeria sztuki, biblioteka i przestrzeń dla młodych innowatorów z krakowskich uczelni. Robert De Niro będzie ogromną siłą tego projektu. Ze swoim autorytetem, ze swoją rozpoznawalnością będzie tak naprawdę podstawą tego, żeby ten projekt wyszedł szeroko w świat  – uświadomiła mnie i całą Polskę w materiale wspomniana Alina Kamińska. No więc to nie tylko hotel. Bo pani Alina wie, że hotele w Krakowie są złem. Alina Kamińska, jako była radna dzielnicowa np. podczas sesji Rady Miasta Krakowa w maju 2023 roku tak wypowiadała się o swojej dzielnicy: Teraz to bym chętnie uciekła, bo to nie jest miejsce do mieszkania dla ludzi w moim wieku. Nie jestem stara tylko dojrzała, a Kazimierz to świat młodych, knajpa knajpą pogania, więcej, więcej, hotel, hostel, więcej, więcej. (…) Z jednej strony dużo się tu dzieje, ale nikt nie patrzy na nas, zwykłych obywateli, mieszkańców tej dzielnicy. Również w gazecie Wyborczej ta sama Alina Kamińska grzmiała: Plany sprzedaży kamienicy są niepokojące także dlatego, że doświadczenie pokazuje, iż w takim miejscu najprawdopodobniej szybko powstanie kolejny hotel, pogłębiając problemy monofunkcyjności centrum Krakowa. Należy zatem postawić podstawowe pytanie: Czy priorytetem powinno być dobro mieszkańców i rozwój społeczny gminy, czy stawiamy przede wszystkim na turystykę? No ale przypomnijmy, nazwisko de Niro gwarantuje, że swoim autorytetem, ze swoją rozpoznawalnością będzie tak naprawdę podstawą tego, żeby ten projekt wyszedł szeroko w świat. I to nie tylko hotel, bo hotele są złe, a to cultural district.

Więcej…

Krakowska szkoła bezpieczeństwa. Pomalować znak i udawać, że działa

Krakowska szkoła bezpieczeństwa. Pomalować znak i udawać, że działa

12 listopada 2025 | 09:45

W Krakowie odkryto prosty sposób na poprawę bezpieczeństwa – zmienić cyfrę na znaku. Bo przecież jak na Bora-Komorowskiego ludzie jeżdżą za szybko, to wystarczy napisać, by jeździli wolniej. Osiemdziesiąt nie działa? To może siedemdziesiąt. A jak dalej będzie źle – pięćdziesiąt! A jeśli wciąż za szybko, wprowadzimy strefę zamieszkania. To trochę jak leczenie grypy zmianą czcionki w ulotce leku albo jak gaszenie pożaru latarką. Tak przynajmniej wynika z doniesień LoveKraków.pl, które opisują inicjatywę radnego Piotra Moskały. Radny tłumaczy: Obecnie obowiązuje tam ograniczenie do 80 km/h, jednak w praktyce przepisy te są nagminnie łamane. Jest to jeden z najdłuższych prostych odcinków drogowych w mieście, co sprzyja rozwijaniu nadmiernych prędkości. No więc jeśli 80 km/h jest nagminnie łamane, to może… 80 jest w sam raz? Bo gdyby kierowcy się do tego stosowali, problem by nie istniał. A skoro i tak łamią, to znaczy jedno – że mają gdzieś przepisy. I będą mieć nadal, niezależnie od tego, co stoi na znaku. Oczywiście można wymieniać tabliczki i obiecywać zmiany. Tylko że w Krakowie kierowcy nie jadą według tego, co jest napisane na znaku, tylko według tego, co grozi za jego zignorowanie. A skoro nie grozi nic, to jadą, jak chcą. Jakby Bora-Komorowskiego było ostatnią prostą wyścigu Formuły 1. Nie trzeba być geniuszem ruchu drogowego, żeby zrozumieć: prawo działa tylko wtedy, gdy jest egzekwowane. A jest? W całym mieście radary działają głównie na przyjezdnych, bo lokalsi już dawno nauczyli się ich rozmieszczenia na pamięć. Policji drogowej na ulicach tyle, co parówek w pudełku po ciastkach. Mandaty? Zjawisko tak rzadkie, że kiedy ktoś naprawdę dostanie, robi o tym relację na Instagramie z hasztagiem #CudaSięZdarzają. ZOBACZ TAKŻE: Co powstanie w miejsce Krokusa? [WYWIAD] I tu dochodzimy do puenty, którą LoveKraków.pl dorzuca jak łyżkę dziegciu do beczki iluzji. Wiceprezydent Stanisław Kracik wykluczył z przyczyn prawnych użycie radarów, tłumacząc, że są „małe szanse na karanie kierowców w oparciu o dane z urządzenia”. Pięknie, prawda? Czyli nie możemy karać, bo prawo nie pozwala. Lepiej więc zmienić znak. To tak, jakby lekarz powiedział: Nie możemy leczyć pacjenta, bo stetoskop jest niezgodny z ustawą o wyrobach medycznych, ale damy mu plasterek z „Królową Lodu”, podmuchamy trochę po bolącym miejscu i powiemy, że do wesela się zagoi. Więc mamy groteskę idealną: kierowcy łamią ograniczenia, bo nie ma kar. Służby nie mogą karać, bo nie ma radarów. Radary nie mogą działać, bo prawo nie pozwala. I co robimy? Wymieniamy tabliczkę. Polska szkoła myślenia: jak coś nie działa, trzeba to pomalować, jakby samo malowanie miało magiczną moc. A może by tak, zamiast kolejnych cyfr na słupie, spróbować czegoś skutecznego? Jeśli nie można karać przez radar, to może przez drony albo patrole w nieoznakowanych lub oznakowanych radiowozach? Oczywiście można też od razu postawić figurkę św. Krzysztofa z tabliczką „On widzi wszystko”. ZOBACZ TAKŻE: Krakowie, przestań udawać. Patriotyzm nie polega na darciu mordy Kraków jest mistrzem pozorów. Zmieniamy ograniczenia, budujemy iluzję troski i udajemy, że problem zniknie, jeśli zrobimy coś symbolicznego. To tak, jakby sprzątanie pokoju ograniczyć do zamiecenia i wsunięcia wszystkiego pod dywan. Działa, dopóki się nie potkniesz o wybrzuszenia. Symboliczne działania nie ratują życia. Ratuje je strach przed mandatem, nieuchronność kary, a tego w Krakowie już dawno nikt nie czuje. Bo w tym mieście większe są szanse na spotkanie smoka wawelskiego niż patrolu drogówki. Więcej bezpieczeństwa poczujesz w sali z komiksami o superbohaterach niż na Bora-Komorowskiego, gdy akurat nie ma korka. Więc tak – inicjatywa radnego Moskały może być szczera, nawet sensowna w założeniu. Ale w praktyce? To tylko kolejny listek figowy przyklejony taśmą dwustronną do betonu bezradności. Dopóki kara nie będzie nieuchronna, każdy nowy znak jest tylko dekoracją.

Więcej…

Krakowie, przestań udawać. Patriotyzm nie polega na darciu mordy

Krakowie, przestań udawać. Patriotyzm nie polega na darciu mordy

11 listopada 2025 | 12:20

Jeśli krakowski patriotyzm dalej ma polegać na krzyczeniu o Polsce przy jednoczesnym traktowaniu ludzi jak śmieci, to może pora przestać udawać: nie brakuje nam symboli, tylko kultury. I niepodległość nijak się nie liczy, jeśli jesteśmy zniewoleni własnym chamstwem. Kraków potrafi pięknie opowiadać o historii, ale gdy przychodzi do życia tu i teraz, nagle wychodzi nam, że największym wrogiem ojczyzny nie jest żaden zewnętrzny najeźdźca, tylko własna codzienna bylejakość. I dopóki jej nie pokonamy, żadna flaga nie uratuje nam honoru. Co to dziś właściwie znaczy być patriotą? Nie, serio, bez koturnów, werbli i wzniosłych deklaracji na tle magistratu czy tam jakiegoś pomnika. Współczesny patriotyzm wygląda zupełnie inaczej niż w podręcznikach, choć czasem wciąż lubimy udawać, że jest jak na pocztówkach z 1918 roku: sztandar w dłoni, orzeł na piersi, wzrok w dal. Tymczasem prawdziwy test patriotyzmu odbywa się raczej… na przystanku pod Bagatelą, w kolejce do tramwaju, w internecie, a czasem w dyskusji o tym, czy „pół Krakowa stoi, bo znowu coś remontują”. Bo współczesny patriotyzm – przynajmniej taki, który ma sens – zaczyna się od braku hejtu. Tak, wiem, nie brzmi spektakularnie. Żadne dzieje narodu nie zostaną zapisane słowami: „I wtedy, 7 listopada, obywatel Kowalski powstrzymał się od wulgarnego komentarza na Facebooku”. A jednak to właśnie w tym drobnym geście jest dziś więcej troski o wspólnotę niż w machaniu flagą na autopilocie. Patriotyzm codzienny, czyli krakowska wersja minimalizmu W Krakowie współczesny patriota to ktoś, kto: Powstrzymuje się od pokazywania „faków” na drodze innym kierowcom, bo wie, że w Krakowie i tak wszyscy spotkają się chwilę później na tych samych światłach. Więc po co psuć sobie relacje sąsiedzkie na odległość jednego skrzyżowania? Nie wrzuca hejtu pod postami na Facebooku, nawet jeśli to kolejna informacja o remoncie ulicy, która była remontowana w zeszłym roku, a wcześniej w poprzednim. Bo rozumie, że Kraków bez remontów jest jak obwarzanek bez dziury. Czy to jeszcze obwarzanek? Segreguje śmieci naprawdę, bo wie, że wyrzucanie wszystkiego „do zmieszanych” to nie akt buntu wobec systemu, tylko szybka droga do tego, żeby miasto pachniało bardziej „nowocześnie”, niż byśmy chcieli. Nie udaje, że nie widzi starszej pani próbującej wsiąść do tramwaju, tylko po prostu jej pomaga. Zamiast hejtować turystów, pokazuje im, gdzie jest najlepsza zapiekanka na Kazimierzu, bo duma z miasta bierze się też ze świadomości, że warto je komuś polecić. Nie zajmuje pół chodnika, idąc w grupie trzyosobowej ramię w ramię, bo rozumie, że inni też chcą dotrzeć do celu, a nie odbywać slalom gigant między plecakami i zimowymi kurtkami. Odstawia hulajnogę tam, gdzie MA stać, a nie tam, gdzie AKURAT skończył mu się zasięg aplikacji, bo ceni patriotyzm pieszych, którzy też chcą przeżyć dzień bez parkouru. Nie komentuje każdej inwestycji słowami „za moich czasów było lepiej”, bo wie, że „jego czasy” obejmowały śmierdzący szynobus do Wieliczki i dwa krawężniki na krzyż. Więc może dać Krakowowi prawo do zmieniania się, nawet jeśli czasem zbyt ambitnie. To są te drobne, nieinstytucjonalne akty patriotyzmu. Małe cegiełki. Czy raczej drobne krakowskie kamyczki, z których układa się coś znacznie ważniejszego niż deklaracje składane raz w roku. Patriotyzm nie musi krzyczeć Współczesny patriotyzm wcale nie wymaga wielkich słów. Przeciwnie: imposybilizm tego miasta polega na tym, że najgłośniej krzyczą ci, którzy niewiele robią. A najwięcej robią ci, którzy milczą, ale za to potrafią być normalnymi, życzliwymi ludźmi. Bo tak naprawdę Kraków nie potrzebuje patriotów od manifestów – tylko od zdrowego rozsądku, empatii i poczucia, że jesteśmy tu razem. W jednym mieście, które próbuje jednocześnie żyć tradycją, turystami, kulturą, tramwajami, smogiem i niekończącymi się robotami drogowymi. No i jeszcze coś… Jest jeszcze jedna cecha współczesnego patrioty: cierpliwość. To wyjątkowo krakowska odmiana miłości do ojczyzny. Polega na tym, że gdy tramwaj znów utknie, a Google Maps pokaże, że przejazd przez centrum zajmie 47 minut, patriota nie wpada w szał – wie, że to po prostu rytm miasta. Taki trochę wolny, trochę krzywy, ale nie do podrobienia. W skrócie: być patriotą w Krakowie to nie nosić flagę przez cały rok, ale nie być niemiłym człowiekiem przez większość dnia. Może to brzmi banalnie, ale w czasach, gdy hejt stał się sportem masowym, to właśnie brak agresji jest najbardziej niedocenionym gestem miłości do miejsca, w którym się żyje. A Kraków – jak każde miasto z charakterem – odwdzięcza się tym samym. Choćby widokiem Wawelu o zachodzie, zapachem lip na Plantach, dźwiękiem hejnału o pełnej. I to chyba całkiem przyjemna nagroda za odrobinę współczesnego patriotyzmu.

Więcej…

Gdzie sens, gdzie logika? Protest, który trafił kulą w płot

Gdzie sens, gdzie logika? Protest, który trafił kulą w płot

07 listopada 2025 | 17:15

Kraków znowu stanął. Nie dlatego, że mgła, nie dlatego, że wypadek, nie dlatego, że kolejna dziura w jezdni otworzyła się jak brama do innego wymiaru. Nie. Tym razem zrobili to ludzie. Z pełną premedytacją, z transparentami, z hasłami… i z zerową refleksją, kogo właściwie chcą ukarać. „Nie dla S7!” – krzyczeli blokując kierowców na Zakopiance i w Wieliczce. Kierowców, którzy z S7 nie mają nic wspólnego. Którzy nie projektują, nie zatwierdzają i nie budują dróg. Którzy po prostu próbują wrócić po pracy do domu, do dzieci, do obiadu, do własnego życia, albo – o zgrozo! – wyjechać na weekend. I co dostali? Godzinę stania, bo ktoś wpadł na pomysł, że najlepszą metodą nacisku na państwowe instytucje jest… paraliż zwykłego człowieka. Jakby Generalna Dyrekcja miała swoje biuro w pasach na Zakopiance, a minister infrastruktury dojeżdżał do pracy autobusem przez Gaj. To jest właśnie ten polski sport narodowy: protestować tak, żeby utrudnić życie dokładnie tym, którzy o niczym nie decydują. Odbić złość nie w stronę decydentów, tylko najbliższego dostępnego celu – kierowców, którzy mają tyle wspólnego z wariantami S7, co golibroda z budową promu kosmicznego. Jeśli już chcemy walczyć o zmianę decyzji, to może warto ruszyć tam, gdzie decyzje faktycznie zapadają. Przed siedziby instytucji. Przed biura posłów. Przed gabinety urzędników. Tam, gdzie protest coś znaczy. A nie na środku drogi, gdzie jedyne, co osiąga, to kolejny kilometr korka i setki przeklinających ludzi, którzy stali się zakładnikami „obywatelskiej inicjatywy”. Sprawa S7 może być słuszna lub niesłuszna – to osobna dyskusja. Ale sposób protestu? To już czysta absurdologia stosowana. I w tym właśnie problem: logika poszła na urlop, a jej miejsce zajęło przekonanie, że każda forma sprzeciwu jest dobra, byle była głośna i widowiskowa. Tylko że widowisko to jedno. A odpowiedzialność – drugie. Protestować można. Protestować trzeba. Ale może z odrobiną myślenia o tym, kogo faktycznie chcemy przekonać. Czy blokowanie całej okolicy naprawdę sprawi, że decydenci nagle się przestraszą? Bo jeśli ktoś naprawdę wierzy, że minister, dyrektor czy urzędnik zobaczy korek w Gaju i z przerażenia przewróci się na biurko, to jest to czysta polityczna naiwność. Decyzji o S7 nie podejmują ludzie stojący w korku – podejmują je ci, których takie blokady nie dotyczą ani przez minutę. A im dłużej protestujący okładają kijem niewinnych kierowców zamiast uderzyć w źródło problemu, tym bardziej ich akcja wygląda jak desperacka demonstracja bez planu. Jeśli naprawdę chcą coś zmienić, muszą przestać paraliżować codzienność zwykłych ludzi i wreszcie zrobić to, co naprawdę wymaga odwagi: pójść pod drzwi tych, którzy mają władzę, a nie tych, którzy mają tylko pecha stać akurat w drodze do domu.

Więcej…

Zielony absurd przed magistratem. Zasadzą drzewa, wykopią zdrowy rozsądek

Zielony absurd przed magistratem. Zasadzą drzewa, wykopią zdrowy rozsądek

07 listopada 2025 | 10:15

No i proszę bardzo – kolejny triumf „zielonego myślenia” w Krakowie. Miasto ogłasza, że parking przed magistratem zamieni się w zieloną oazę. Ma być ładniej, bardziej ekologicznie, bardziej „dla ludzi”. Beton zniknie, w jego miejscu pojawią się drzewa, krzewy, ławeczki i odrobina miejskiego zen. Wreszcie, jak mawiają urzędnicy, „przestrzeń odzyska reprezentacyjny charakter”. Brzmi pięknie. Jak z katalogu IKEA (przeglądałem ostatnio i dumałem, z czego by tych Szwedów okraść, ale żadna patelnia z pokrywką mi nie pasowała). W ramach projektu odbetonują ponad 200 metrów kwadratowych nawierzchni, wsadzą trochę zieleni, może jakieś donice, i voilà – plac przed urzędem jak z europejskiej pocztówki. Koszt? Około 300 tysięcy złotych. Niby niedużo, ale przynajmniej na papier toaletowy do szkół by wystarczyło, a to teraz ponoć towar pierwszej potrzeby w szeroko pojętej krakowskiej edukacji.  No ale nie, teraz priorytetem jest „symboliczna przemiana”. Parking przed magistratem ma się stać wizytówką miasta. Bo przecież – jak od lat powtarzają patoaktywiści – władza powinna świecić przykładem i oddawać przestrzeń mieszkańcom, nie samochodom. Nie każdy radny jest takim cwaniakiem, żeby wyjechać z domu autem, zaparkować gdzieś przy Błoniach i potem z udawaną skromnością i miną ekologa maszerować na sesję, udając, że przyszedł na piechotę. I tu zaczyna się przedstawienie. Patoaktywiści już krzyczą w ekstazie: „Wreszcie się udało!”, „Zieleń wygrała z betonem!”, „Prezydent posłuchał ludzi!”. No pewnie, że posłuchał – w końcu nic tak nie brzmi dobrze w mediach jak hasło „więcej zieleni w centrum”. Problem w tym, że parking przed urzędem był zwyczajnie praktyczny. Nieładny? Być może. Ale działał. Było gdzie stanąć. Radni, urzędnicy, dygnitarze, dziennikarze – każdy wiedział, że jak trzeba się zjawić w magistracie, to przynajmniej nie trzeba robić czterech kółek wokół Plant. Teraz, zamiast funkcjonalnego placu, będzie ładna scenografia do miejskiego folderu promocyjnego. Tyle że problem parkowania magicznie nie zniknie. ZOBACZ TAKŻE: Polowanie na prywatne konta. Obrzydliwe praktyki hejterów Bo przecież nie wierzmy w to, że teraz nagle radni zaczną przyjeżdżać na sesje czy komisje autobusami lub tramwajami. Co więcej, nie każdy radny jest takim cwaniakiem, żeby wyjechać z domu autem, zaparkować gdzieś przy Błoniach i potem z udawaną skromnością i miną ekologa maszerować na sesję, udając, że przyszedł na piechotę. Większość po prostu przyjedzie jak zawsze – samochodem. Tyle że teraz nie będzie gdzie stanąć. A miasto, w geście „rozsądku”, zapewne zapłaci im za miejsca parkingowe na prywatnych parkingach. Może wykupi te miejsca na pobliskim parkingu "kościelnym", może gdziekolwiek indziej. Parking na Placu Wszystkich Św. podczas sesji rady miasta / fot. KK I tak oto mamy oszczędność po krakowsku: 300 tysięcy na zieleń zamiast betonu i kolejne tysiące na opłacanie parkingów (to jeszcze nie fakt, nawet nie nieoficjalna informacja –  na razie to tylko fanaberia autora, ale o wysokim wskaźniku prawdopodobieństwa), które jeszcze wczoraj mieliśmy za darmo. Ale co tam. Najważniejsze, że na zdjęciach będzie ładnie. Zielono. Europejsko. I nie, nie piszę tych słów dlatego, że sam z parkingu korzystam. Po pierwsze, nie jestem na tyle ważny, by móc wjechać za umowny szlaban. Po drugie, jestem rowerowym "frikiem", który nawet w deszczu, na lodzie i podczas burzy lubi sobie pokręcić pedałami. Będą ławeczki, będą drzewka, będzie para turystów z lodami. Problem jednak w tym, że miasto to nie wystawa ogrodnicza. Miasto ma działać. Ma być wygodne, sensowne i funkcjonalne. Można kochać drzewa, a jednocześnie rozumieć, że nie każde odbetonowanie ma sens. Bo jeśli zieleń służy tylko temu, żeby wstawić ją do raportu albo pochwalić się nią w mediach, to nie jest zieleń – to dekoracja. Z tysiąca pomysłów aktywistów może dwa są dobre. Ten nie jest jednym z tych dwóch. To typowy przykład miejskiego marketingu udającego troskę o mieszkańców. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zmienia się w poligon. Miastem zaczną rządzić patoaktywiści i krzykacze Więc będziemy mieli „zielony plac przed magistratem”, z którego nikt nie skorzysta. Będą ławeczki, będą drzewka, będzie para turystów z lodami. A radni? Będą dalej przyjeżdżać samochodami. Tylko teraz drożej, mniej wygodnie i z większą hipokryzją. Ale przynajmniej aktywiści będą mieli nowe tło do selfie. Bo Kraków tonie w zieleni. Ale rozum gdzieś po drodze wybetonowano. "Zielony magistrat" / źródło: wizualizacja UMK A, winni jesteśmy Wam jeszcze jedną informację: ten parking, co to już parkingiem nie będzie, powstanie w ramach prezydenckiego programu „Da Się!”. Tak, to właśnie ten, w którym wszystko niby „niemożliwe” nagle staje się możliwe. I żeby było uczciwie: nie wszystkie pomysły z tej inicjatywy są tak skopane jak ten. Większość prezentuje się całkiem godnie. A nawet zacnie. Zielone Rondo Mogilskie? OK – i tak jest tylko wielką betonową wyspą, więc każda trawa to plus. Plac Marii Magdaleny? Też spoko. Obecnie pełni głównie funkcję eleganckiego skrótu między kawiarniami, więc dołożenie zieleni nie zburzy żadnego porządku świata. Zielony plac Wielkiej Armii Napoleona u stóp Wawelu? Bosko, bo to teraz bardziej „miejsce, które mija się w drodze na Planty” niż jakakolwiek sensowna przestrzeń. Wszystkie te lokalizacje nie mają praktycznej roli, więc nadanie im wreszcie jakiejś funkcji to świetna decyzja. Ale parking przed magistratem? On akurat funkcję ma. I to bardzo konkretną. I naprawdę nie ma powodu, by zamieniać użyteczność w ładny obrazek pod aktywistyczne prezentacje. Jeśli chcecie sobie poczytać o innych budowach, remontach i "zdaniach" w ramach "Da się", to sobie kliknijcie tutaj: Prezydencka inicjatywa „Da Się!”, czyli w Krakowie niemożliwe staje się możliwe. Macie tu pięknie wymuskaną notkę prasowa przygotowaną przez służby prezydenta. Ale jest tam trochę "mięcha", więc warto się zapoznać.

Więcej…

Kraków zmienia się w poligon. Miastem zaczną rządzić patoaktywiści i krzykacze

Kraków zmienia się w poligon. Miastem zaczną rządzić patoaktywiści i krzykacze

06 listopada 2025 | 09:16

Jeszcze nie opadł kurz po tegorocznej imbie związanej z budżetem obywatelskim, a już mamy kolejny „wystrzałowy” pomysł, który ma sprawić, że władza w mieście będzie w rękach mieszkańców. Szczytna idea. W teorii. W praktyce skończy się tym, że Krakowem naprawdę rządzić będą patoaktywiści i garstka krzykaczy. W obecnych czasach news żyje dwa dni, więc zaraz wszyscy zapomną o gównoburzy związanej z budżetem obywatelskim. W skrócie było... tradycyjnie. Fala oburzenia, oskarżenia o układy, wyliczanki: kto „kupił głosy”, kto „zmanipulował wyniki”, a kto po prostu miał lepszy PR. Miało być obywatelsko, wyszło jak zwykle. Kilka wygranych projektów, masa rozczarowania i jeszcze więcej pretensji. Budżet obywatelski miał zbliżać mieszkańców do decyzji o mieście, a stał się kolejnym polem walki i źródłem nieufności. Zamiast wspólnoty – rywalizacja. Zamiast partycypacji – frustracja. ZOBACZ TAKŻE: Budżet obywatelski. W Krakowie jak zwykle: imba, "łapówka" i święte oburzenie I właśnie w takim momencie, gdy Kraków wciąż nie potrafi dojść do ładu z ideą tak zwanej partycypacji, władze miasta najwyraźniej uznały, że demokracja potrzebuje jeszcze większego zastrzyku adrenaliny. Wpadły więc na pomysł, który jest tak oderwany od rzeczywistości, że aż boli: referenda dzielnicowe w mieście, którego mieszkańcy ledwo pamiętają, że wybory do rad dzielnic w ogóle istnieją. To nie jest innowacja – to eksperyment na ludziach, który skończy się tym, że władzę w mieście przejmie garstka krzykaczy, patoaktywistów i nadaktywnych społeczników. Przypomnijmy sobie frekwencję w wyborach do rad dzielnic – zwykle ledwie zipie. A frekwencja w budżecie obywatelskim? Mieszkańcy mogą decydować, na co pójdzie pierdyliard złotych, a i tak mają to gdzieś. Ludzie nie interesują się lokalnymi sprawami. Są zajęci codziennym życiem, korkami, pracą, szkołą, dziećmi i tym, by przeżyć kolejny miesiąc. A prezydent proponuje, żeby teraz oddać im możliwość decydowania o inwestycjach lokalnych i funkcjonowaniu infrastruktury. To mniej więcej tak, jakby dać dzieciom pilota do samolotu i powiedzieć: „Proszę bardzo, sterujcie!”. ZOBACZ TAKŻE: Najważniejsza ulica w Krakowie tylko dla pieszych. Co planują aktywiści? Bo kto w praktyce pójdzie głosować w takich referendach? Grupa krzykaczy, patoaktywistów i społeczników, którzy zawsze znajdą sposób, żeby narzucić swoją wizję reszcie. A co zrobi reszta? Reszta mieszkańców będzie zajęta scrollowaniem Instagrama albo narzekaniem w kolejce do banku. I tak władza miasta – pozornie oddana ludziom – trafi w ręce wąskiej, bardzo aktywnej, ale absolutnie nie reprezentatywnej grupy. Oczywiście prezydent będzie tłumaczył, że to spełnienie jego obietnicy wyborczej, że to pionierskie rozwiązanie, że „partycypacyjnie” i „demokratycznie”. Ale jeśli obietnica jest niezbyt dobra – jak w tym wypadku – to można się zreflektować i nie ma co jej spełniać tylko po to, żeby brzmiało efektownie. I jeszcze jedno: koszt tego eksperymentu. W rzeczywistości to po prostu drogi teatr dla garstki nadaktywnych. Niech więc prezydent najzwyczajniej w świecie poczeka. Niech najpierw przekona mieszkańców, żeby w ogóle chcieli uczestniczyć w życiu lokalnym, zanim pozwoli im decydować o kreowaniu polityki w dzielnicach Krakowa. Bo na razie jest to robienie z Krakowa laboratorium demokracji. ZOBACZ TAKŻE: Kosek: „Prezydent Miszalski ma zbyt dobre serce” [WYWIAD] Kraków nie potrzebuje referendów dla samej idei, tylko realnych mechanizmów, które faktycznie angażują ludzi. Nie teatru dla patoaktywistów. W przeciwnym razie za chwilę okaże się, że cała polityka miasta jest w rękach garstki krzykaczy, a reszta mieszkańców może jedynie patrzeć, jak ich miasto zmienia się w poligon partycypacyjnych eksperymentów. Czy to jest demokracja, czy już szaleństwo? Osobiście znacznie bardziej podoba mi się styl rządzenia, w którym władza ma konkretne pomysły i po prostu je realizuje. Jak taran, bez oglądania się na garstkę wiecznie niezadowolonych. Dopiero potem można rozliczać, czy te decyzje były dobre, czy złe. Bo jeśli będziemy wszystko konsultować, ważyć każde zdanie i brać pod uwagę wszystkie opinie, to nie tylko i tak znajdzie się wielu niezadowolonych, ale też realizacja czegokolwiek będzie szła jak krew z nosa. Żaden pomysł nigdy nie zyska stuprocentowego poparcia, więc zamiast pytać wszystkich o zgodę, lepiej po prostu działać.

Więcej…

Budżet obywatelski. W Krakowie jak zwykle: imba, "łapówka" i święte oburzenie

Budżet obywatelski. W Krakowie jak zwykle: imba, "łapówka" i święte oburzenie

04 listopada 2025 | 08:27

Znowu się zaczęło. Ktoś wygrał, ktoś przegrał, ktoś się obraził, bo „to nie fair”, a ktoś inny krzyczy, że „to korupcja na skalę dzielnicy”. Budżet obywatelski w Krakowie – nasz lokalny kabaret, który co roku wraca jak katar po Sylwestrze. Jak jagody popite mlekiem. Tym razem poszło o to, że podobno ktoś kogoś zachęcał do głosowania w zamian za jakąś „nagrodę”. Klasyka: pseudo-łapówka w postaci kawy, koszulki albo darmowego treningu. Może też poszło o coś innego, ale – bądźmy szczerzy – nie chciało nam się nawet w to wczytywać. Skoro nikt nie został powalony przez służby i zakuty w kajdanki, to nie ma sensu się w tę gównoburzę wdrażać. Tak czy siak: lokalne media grzmią, aktywiści rwą włosy z głowy, a urzędnicy tradycyjnie udają, że są „zszokowani” i że coś zmienią, by za rok szoku było nieco mniej. Ale wiecie co? To wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Bo prawda jest taka, że ten cały budżet obywatelski interesuje może promil mieszkańców. No dobrze – procent, jeśli chcemy być precyzyjni. Głosuje garstka. Dosłownie garstka. A potem wszyscy udają, że to „głos ludu”. Tymczasem lud siedzi na Kazimierzu, pije kraftowe piwko i ma w dup*e, czy za te kilka milionów miasto zrobi kolejny mural, siłownię pod chmurką czy domek dla jeży. ZOBACZ TAKŻE: Przescrollowane. Gołodupiec Maślona, tropiciel Gibała i wspomnienia z więzienia Oburzą się pewnie lokalni aktywiści, ambasadorzy budżetu, „pisacze” projektów i inni tacy. Ale to tak mała grupa, że w skali miasta wręcz pomijalna. Nie ma się więc co dąsać i udawać, że jesteście ważniejsi i lepsi od tych, którzy nie kojarzą budżetu obywatelskiego nawet z nazwy. Od początku było to samo. Najpierw „Skrzydła Krakowa” – cokolwiek to miało znaczyć. Potem jakieś ścieżki zdrowia, ogródki społeczne, tańce i swawole w parkach, a teraz „Sporty dla mistrzów” czy inne „Mistrzowskie marzenia”. Co roku nowa afera, nowa awantura i to samo pytanie: po co nam to w ogóle? Bo to nie jest żaden „budżet obywatelski”. To budżet aktywistów, lokalnych cwaniaczków i tych, którzy wiedzą, jak ustawić kampanię w internecie, żeby zebrać parę tysięcy klików. Reszta Krakowa ma to totalnie gdzieś. I mogą władze miasta na głowie stawać, żeby to zmienić. Może prezydent Aleksander Miszalski zatańczyć na dachu magistratu w rytm czarnych rapsów. Może wiceprezydent Łukasz Sęk przebrać się za tramwajarza i zabrać wszystkich pasażerów na zielone pastwiska. Może w końcu dyrektor Mateusz Płoskonka wskoczyć na Sukiennice w kostiumie smoka Wawelskiego, żonglować pendrive’ami z wynikami głosowania i rapować o partycypacji do podkładu z hejnału mariackiego. Urząd może wypuścić viralowego TikToka z hasłem: „Twój głos, Twój Kraków, Twój chodnik!” I co? I nic. Ludzie i tak będą mieli to w dup*e. ZOBACZ TAKŻE: Krakowski paradoks. Bezrobotne darmozjady chcą zwalniać urzędników Nawet gdyby prezydent powtarzał co drugie słowo „dialog”, „partycypacja” i „współdecydowanie”, efekt byłby ten sam. Bo krakowianie mają swoje priorytety: ominąć turystów na Grodzkiej, złapać tramwaj przed zamknięciem drzwi i nie dać się rozjechać hulajnodze. Więc może czas w końcu przestać udawać, że to jakieś święto demokracji? Skoro co roku z tego tylko dym i żenada, to zróbmy porządek: skasować, zapomnieć, przestać się kompromitować. Niech kasa idzie tam, gdzie naprawdę jej potrzeba, a nie na kolejną „instalację artystyczną” z palet i farby w sprayu czy inne kopanie się po głowie następców Roberta Lewandowskiego. Zaraz powiecie, że Kraków nie może sobie tak po prostu tego badziewia wyłączyć jak światła na Plantach. Może co najwyżej lobbować, żeby coś się zmieniło. Ale nawet tego lobbowania nie będzie, bo ta władza – i centralna, i lokalna – jest taka super, hiper, mega, giga prospołeczna, że przecież i tak wszyscy będą udawać, że „to dla ludzi”. ZOBACZ TAKŻE: W Krakowie powstanie kolejka gondolowa?! "Wystarczy kilka słupów, lina i odrobina odwagi Tymczasem budżet obywatelski w Krakowie jest jak miejskie gołębie: wszyscy udają, że to część tradycji, a w praktyce tylko brudzą i nikt nie chce za to odpowiadać.

Więcej…

Krakowski paradoks. Bezrobotne darmozjady chcą zwalniać urzędników

Krakowski paradoks. Bezrobotne darmozjady chcą zwalniać urzędników

29 października 2025 | 18:54

W krakowskiej polityce trwa właśnie spektakl, przy którym Monty Python wygląda jak sprawozdanie budżetowe. Na scenie: Łukasz Gibała – filozof, wizjoner i samozwańczy pogromca biurokracji. Za nim jego dzielni giermkowie: radni, którzy z mównicy sypią hasłami jak ryżem na weselu. – "Wywalić na bruk kilkuset urzędników!" – grzmią chórem. Brzmi jak refren rewolucyjnej pieśni. Tyle że zamiast wolności, braterstwa i postępu, czeka nas biurokratyczny paraliż. Bo jeśli wszyscy „leniwi urzędnicy” polecą, to kto zajmie się setkami spraw, które codziennie ciągniemy do urzędu niczym Kinga Gajewska worek ziemniaków do DPS-u? Gibała to człowiek-orkiestra, a raczej filozof na kredyt od ojca. Urodzony w zamożnej rodzinie, wychowany w dostatku, nigdy nie musiał martwić się, czy starczy do pierwszego. Nie zarzut, broń Boże – fakt biograficzny. Ale zamiast pracować jak zwykli śmiertelnicy, woli filozofować – zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym.  ZOBACZ TAKŻE: "Gibała atakuje każdego, kto siedzi w fotelu prezydenta" [WYWIAD] Od dawna nie darzy urzędników szczególnym szacunkiem. W jednej z poprzednich kampanii uczynił z nich bohaterów satyrycznego spotu, przedstawiając ich jak nieudaczników z biurowego skeczu. Przesłanie było jasne: to nie system zawodzi, tylko ludzie w nim pracują. Od tamtej pory nuta pogardy powraca w jego narracji jak refren: łatwa, efektowna, chwytliwa. A jego otoczenie? Cała orkiestra samozwańczych reformatorów. Weźmy Łukasza Maślonę – tego, który „żyje dla miasta”, ale wygląda, jakby to miasto żyło dla niego. Bo żyje wyłącznie z diety radnego. Nie czuje ciężaru prawdziwej pracy, ale wie dokładnie, jak powinna wyglądać efektywna praca innych. Aleksandra Owca – aktywistka, gwiazda lewicy, która również żyje na nasz rachunek, bo „uczciwej pracy” nie ma. Poza byciem radną, oczywiście. A jednak i ona dołącza do chóru: „Mniej urzędników, więcej akcji!”. Brzmi odważnie, tylko że każda taka „akcja” kończy się chaosem, z którego wyłaniają się jedynie populistyczne hasła, konferencje i selfie z sesji. Przyznam się do czegoś. Kiedyś uważałem, że strażnicy miejscy to darmozjady zajmujący się błahymi sprawami. Do momentu, aż ktoś mi powiedział: „Idź do pracy w straży miejskiej – mamy wakaty”. Wtedy zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Że dostaje się nie pieniądze, tylko trud i odpowiedzialność, że trzeba się mierzyć z zarzyganymi żulami i codziennym bałaganem. Ja już, na szczęście, wyszedłem z tej mentalnej piaskownicy. Ale Gibała i całe jego zaplecze nadal w niej tkwią. W Biuletynie Informacji Publicznej co chwilę pojawiają się ogłoszenia o pracę w urzędzie. Wymagania spore, odpowiedzialność ogromna, prestiż żaden, a pensja niższa niż na kasie w Biedronce. Chętnych niewielu. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD] W tym krakowskim cyrku najłatwiej machać szabelką, gdy samemu nie trzeba sprzątać po bitwie. Kraków to nie abstrakcja, tylko żywe miasto – z korkami, śmieciami i tysiącem spraw, które ktoś musi załatwić. A ci, którzy nigdy nie orali ani w biurze, ani w fabryce, teraz uczą nas, jak orać urząd. „Wywalić kilkuset!” – mówią z zapałem, jakby to była gra komputerowa, a nie życie ludzi. Bo za każdą „czystką” stoi setka rodzin z kredytem, dziećmi i lodówką do napełnienia. Szanowni radni, zanim znów wyjdziecie na mównicę, usiądźcie choćby jeden dzień za tym biurkiem, które tak chętnie byście opróżnili. Posłuchajcie telefonu od wkurw***ego mieszkańca, podpiszcie setkę papierów, policzcie błędy w jednym wniosku. Może wtedy zrozumiecie, że populizm nie zastąpi pracy, a miotła to słaby symbol reformy.

Więcej…

Kraków - miasto, które się boi własnych pomysłów. Metro jak igrzyska

Kraków - miasto, które się boi własnych pomysłów. Metro jak igrzyska

28 października 2025 | 06:54

Kraków ma swoją obsesję. Nie smoka, nie lajkonika, nawet nie prezydenta. Tylko metro. Od lat miasto marzy, że gdzieś pod ziemią, w tej samej glinie, w której toną inwestycje i zdrowy rozsądek, popłynie wreszcie nowoczesność. I jak to z marzeniami bywa, najpierw jest entuzjazm, a potem… No właśnie. Pamiętacie, jak wiele lat temu Kraków starał się o organizację Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku? Najpierw były badania, z których wynikało, że 86 procent mieszkańców popiera ten pomysł. Kraków był gotów, by stać się „alpejskim” kurortem z widokiem na Wawel i bobslejami na Plantach. Ale potem przyszła rzeczywistość: akcja „Kraków przeciw igrzyskom”, głosy patoaktywistów, hasła o marnowaniu pieniędzy. Jak już atmosfera całkiem zgęstniała, to bach! Referendum. I co się okazało? Że z tych 86 procent tych samych mieszkańców, co wcześniej tak kochali olimpijski ogień, zdecydowana większość wolałoby jednak nie mieć go pod oknem. Bo wiadomo, dym szkodzi, a kosztuje jeszcze więcej. Tylko że wcześniej wydano kilka milionów, zmarnowano czas i pracę wielu osób. Logo I teraz mamy deja vu. Czyli metro. Najpierw: „Tak, tak, chcemy metra!”. I to dokładnie w tym samym referendum, co to krakowianie zagłosowali przeciw igrzyskom, w większości poparli pomysł budowy podziemnej kolejki. To był młyn na wodę lokalnych polityków. Nawet Jacek Majchrowski, choć sam był przeciwnikiem metra, zmusił swoich ludzi, by zrobili jakieś opracowania. A wszyscy inni (od prawa do lewa, od PiS-u do Lewicy), w każdej kampanii wyborczej obiecywali, że zbudują krakowianom metro. Następca Majchrowskiego rozrysował tunele, zamówił analizy, wydano pieniądze na raporty, mapy, konsultacje i power pointy. Wszystko wyglądało (ba, nadal wygląda) pięknie - jak folder deweloperski: „Nowoczesny Kraków 2040”. No ale teraz jesteśmy akurat w fazie przygotowywania budżetu na kolejny rok. I jak zawsze przy takich okazjach, politycy opozycji (kiedyś PO, teraz PiS) grzmią o dramatycznej sytuacji finansowej miasta, płacząc nad marnym losem miejskiego budżetu i snując apokaliptyczne wizje przyszłości. Po prostu krakowianie powinni być już przyzwyczajeni, że co roku o tej porze polityczne głowy gadają mniej więcej to samo, tylko zmieniają się nazwiska. CZYTAJ TAKŻE: Kraków ma swoją obsesję. Nie smok, nie lajkonik, nawet nie prezydenta.  I teraz ci sami krakowianie, co wcześniej chcieli metra, nagle go nie chcą. Bo za drogie, bo niepotrzebne, bo smog i korki można przecież rozwiązać rowerami i wiatą z fotowoltaiką. Tutaj macie kilka komentarzy z Facebooka. Źródło: FB Słuchać mieszkańców - w Krakowie brzmi to jak żart. Bo gdy się ich nie pyta, to krzyczą, że autorytaryzm. Gdy się zapyta, to zmieniają zdanie szybciej niż influencer poglądy po pierwszym hejcie. A potem zostają tylko rachunki za ekspertyzy i kilka kolorowych map, które trafią do muzeum „Kraków, miasto planów, których nie zrealizowano”. I żeby było śmieszniej - Majchrowski, ten sam, który nie doczekał się igrzysk zimowych, po prostu... zrobił (razem z PiS-em) Igrzyska Europejskie. Nikt nikogo o nic nie pytał, nikt niczego nie konsultował, a impreza się odbyła. Bez referendum, bez protestów, bez plakatów z hasłem „Nie dla sportu!”. I co? Kraków zyskał, według różnych szacunków, od 0,5 do 1,6 miliarda złotych i kilka inwestycji, które zostaną z nami na lata. Czy warto więc pytać mieszkańców o zdanie? Jeśli zadacie to pytanie politykom, każdy odpowie twierdząco i będzie coś bredził o dialogu. To bulshit!  ZOBACZ TAKŻE: Filozof od finansów, czyli kazania Gibały na temat miejskiego budżetu Bo gdyby Kraków przez wieki słuchał wyłącznie głosu większości, to do dziś nie mielibyśmy ani Wawelu, bo „po co komu taka kamienna ruina na wzgórzu”, ani Sukiennic, bo „handel pod dachem to fanaberia”. Teatr Stary pewnie nigdy by nie powstał, bo przecież „kto ma czas na sztukę, jak jest robota w polu”. Zamiast tramwajów jeździłyby konie. Rynek Główny dalej byłby parkingiem, bo „trzeba gdzieś zostawić auto, jak się idzie do knajpy”. I tak wydajemy miliony, żeby się dowiedzieć, że nie chcemy wydawać milionów. I to właśnie nazywa się konsultacjami społecznymi. A metro w Krakowie to takie zimowe igrzyska. Tylko zamiast ognia olimpijskiego mamy ogień podłożony pod dokumenty z planami metra.

Więcej…

Filozof od finansów, czyli kazania Gibały na temat miejskiego budżetu

Filozof od finansów, czyli kazania Gibały na temat miejskiego budżetu

23 października 2025 | 13:22

Łukasz Gibała znów objawił się Krakowowi jako prorok od ekonomii. Głos pewny, mina skupiona, gesty jak z greckiego amfiteatru – oto Mojżesz budżetu, który prowadzi nas ku ziemi obiecanej pełnej nadwyżek! Gdyby jeszcze dziury w budżecie dało się łatać samą gadaniną, Kraków byłby dziś bogatszy niż Dubaj po rekordowej sprzedaży ropy. Bo Gibała ma plan. Ma pomysł. Ma wizję. A przynajmniej lubi tak mówić, co ostatnio przypomniał w kilku wywiadach. Jeden z nich, w którym wcielił się w prezydenta Krakowa (trzy razy nie został wybrany, wieć musiał to sobie zwizualizować) możecie przeczytać w Lovekraków. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD] Każdy prezydent Krakowa to dla Gibały finansowy sabotażysta, każdy budżet to katastrofa. Majchrowski? Dramat. Facet, który doprowadził Kraków na skraj przepaści. Miszalski? Jeszcze gorzej. On pchnął Kraków w tę przepaść. A Gibała? On oczywiście wie najlepiej, jak to wszystko naprawić – z mikrofonem zamiast kalkulatora i miną filozofa, który właśnie odkrył sens podatku VAT. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Tyle że w tej opowieści o „odpowiedzialności finansowej” jest pewien zgrzyt. Taki, którego żaden filozoficzny cytat nie przykryje. Bo zanim Gibała zaczął pouczać świat o ekonomii, sam miał dość poważny rachunek do wyrównania. Nie z Krakowem, nie z wyborcami – tylko z własnym ojcem. Dług. Nie metaforyczny, nie duchowy – twarde 230 milionów złotych. Dwieście trzydzieści milionów! Tyle, ile większość z Was, drodzy biedacy, nie zobaczy nawet w Excelu, chyba że przypadkiem wpisze za dużo zer. Ojciec budował firmy, inwestował, naprawdę liczył pieniądze. Syn liczy słowa. Ojciec prowadził interesy, syn prowadzi wykłady o finansach miasta. Ojciec liczył zyski, syn zlicza konferencje prasowe. A między nimi te 230 milionów, które jak cień idą za każdym jego wystąpieniem o „naprawie budżetu”. I trudno oprzeć się wrażeniu, że całe to prorokowanie o miejskich finansach to raczej próba odkupienia własnych błędów niż realny plan dla Krakowa. Bo jak wierzyć komuś, kto poucza innych o gospodarności, a sam nie potrafił spiąć rachunków we własnym domu? ZOBACZ TAKŻE: Populizm zamiast planu. Recepta Gibały na dług Krakowa nie trzyma się kupy Filozof z wykształcenia, prorok z ambicji, księgowy z wyobraźni. Gibała stał się symbolem tej osobliwej szkoły myślenia, w której wykład z etyki zastępuje tabelę w Excelu. I im więcej mówi o „rozsądnych finansach”, tym bardziej słychać, że to nie Kraków potrzebuje naprawy, tylko jego własne sumienie bilansu. Bo jeśli filozof zaczyna wykładać ekonomię, to zwykle kończy się to rachunkiem, który ktoś inny musi zapłacić.

Więcej…

Populizm zamiast planu. Recepta Gibały na dług Krakowa nie trzyma się kupy

Populizm zamiast planu. Recepta Gibały na dług Krakowa nie trzyma się kupy

22 października 2025 | 17:20

Łukasz Gibała obiecuje „odchudzić urząd”, przestać „rolować dług” i w rok wyprowadzić Kraków na finansową prostą. Brzmi jak plan? Nie. To podręcznikowy przykład populizmu. Zamiast liczb mamy slogany, zamiast strategii medialne hasła. Po latach w samorządzie Gibała wciąż zachowuje się, jakby nie wiedział, jak naprawdę działa miasto, którym chciałby zaczął rządzić. A jego recepta na dług to nie program naprawczy, tylko fantazja polityka, który myli budżet Krakowa z arkuszem w Excelu. Gibała udzielił portalowi LoveKraków wywiadu, w którym ogłosił swoją „receptę na zadłużenie miasta”. Brzmi efektownie: odchudzić urząd, zlikwidować stanowiska polityczne, przestać „rolować dług” i już w pierwszym roku osiągnąć nadwyżkę budżetową. Problem w tym, że pod tymi hasłami nie ma konkretów, liczb ani znajomości prawa, które reguluje funkcjonowanie samorządów. To nie jest plan – to czysty populizm, podszyty niewiedzą o tym, jak naprawdę działa miasto. 1. „Odchudzić urząd” – hasło dobre na ulotkę, fatalne w praktyce Gibała zapowiada redukcję etatów i „likwidację stanowisk politycznych”, co ma dać „oszczędności rzędu setek milionów”. Tyle że każda taka operacja kosztuje. I to sporo. Odprawy, procesy sądowe, koszty reorganizacji, a potem… konieczność zatrudnienia firm zewnętrznych, które wykonają tę samą pracę, tylko drożej. W dodatku ustawa o pracownikach samorządowych nie pozwala na proste „zwolnienie, bo chcemy taniej”. Są procedury, terminy, konsultacje, a każda decyzja może być zaskarżona. Gibała mówi o tym tak, jakby nigdy nie słyszał o istnieniu związków zawodowych ani Regionalnej Izby Obrachunkowej. Po tylu latach w radzie miasta to co najmniej zaskakujące. 2. „Nagrody dla najlepszych urzędników” – prawny zgrzyt Gibała obiecuje, że część „zaoszczędzonych” pieniędzy przeznaczy na nagrody dla urzędników. Brzmi to dość sympatcznie, ale jest niezgodne z zasadami finansów publicznych. Nagrody w urzędzie nie mogą być przyznawane „bo się starali”. Muszą mieć konkretne podstawy w regulaminie i realne osiągnięcia do udokumentowania. Inaczej RIO może takie decyzje zakwestionować. Gibała zdaje się nie wiedzieć, że pieniądze w budżecie miasta nie są prywatną kasą tatusia. W samorządzie nie działa zasada „zabiorę jednym, dam drugim”. Każda złotówka ma paragraf, a nagrody – szczególnie masowe – muszą mieć podstawę prawną i pokrycie w planie finansowym. 3. „Nadwyżka już w pierwszym roku” – magia zamiast matematyki Według Gibały, już po roku od cięć Kraków miałby mieć nadwyżkę. To brzmi tak, jakby ktoś pomylił budżet miasta z domowym portfelem.Nadwyżka operacyjna to nie efekt dobrej woli, tylko różnica między dochodami bieżącymi a wydatkami bieżącymi. Nie da się jej uzyskać jednym cięciem etatów. Do tego dochodzą jednorazowe koszty zwolnień, odpraw i reorganizacji. Nawet gdyby założenia Gibały były możliwe – realny efekt zobaczylibyśmy po kilku latach, nie po kilku miesiącach. To nie wizja ekonomiczna, tylko życzeniowe myślenie. 4. „Nie będziemy rolować długu” – nieporozumienie w czystej postaci Kolejny chwytliwy slogan brzmi: „nie stać nas na dalsze rolowanie długu”. Brzmi odważnie, ale w rzeczywistości refinansowanie zobowiązań to nie fanaberia, tylko normalne narzędzie zarządzania płynnością. Samorządy w całej Polsce z niego korzystają. Inaczej nie byłyby w stanie utrzymać inwestycji i usług publicznych. Zakaz rolowania długu oznaczałby konieczność natychmiastowej spłaty wszystkiego, a to z kolei wymagałoby drastycznych cięć lub podwyżek podatków lokalnych. Innymi słowy: Gibała proponuje rozwiązanie, które mogłoby doprowadzić do zapaści finansowej miasta. Takie deklaracje zdradzają brak zrozumienia dla mechanizmów budżetowych, które – jak na osobę z wieloletnim stażem w samorządzie – są wręcz elementarne. 5. „To wina rządu” – najstarszy trik w podręczniku populizmu Nowy prezydent, zapytany o problemy finansowe Krakowa, wskazuje winnego: Warszawę. Owszem, zmiany podatkowe w ostatnich latach faktycznie uderzyły w dochody miast, ale to nie tłumaczy wszystkiego. Twierdzenie, że „rząd powinien zwracać 100% kosztów edukacji” to hasło polityczne, nie realny plan. System subwencji oświatowej i finansów publicznych nie jest uzależniony od woli premiera, tylko od ustaw i rozporządzeń. Podobnie z VAT-em i środkami z KPO – Gibała mówi o nich tak, jakby premier mógł jednym podpisem przelać miastu miliardy. To kompletne uproszczenie, które dobrze brzmi w mediach, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Podsumowanie: Populizm w czystej postaci W wywiadzie dla Lovekraków.pl, z założenia Gibała miał się wcielić w rolę prezydenta Krakowa. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że Gibała wciąż myśli jak opozycyjny radny, a nie potencjalny prezydent odpowiedzialny za 9-miliardowy budżet. Po tylu latach w samorządzie nie zorientował się, jak naprawdę funkcjonuje miasto, jak działa ustawa o finansach publicznych, jak wygląda procedura zwolnień czy na czym polega nadzór RIO. Jego „recepta” to zestaw medialnych haseł, które mają dobrze brzmieć w nagłówkach, ale nie wytrzymują zderzenia z prawem ani matematyką. Kraków potrzebuje strategii, nie sloganu. Bo miastem nie zarządza się hasłem „odchudzić urząd”. Miastem zarządza się wiedzą, doświadczeniem i liczbami, a tych w planie Łukasza Gibały po prostu nie widać.

Więcej…

"Odkuto z drogi aktywistę i z kawałem asfaltu na dłoni odesłano do lekarza"

"Odkuto z drogi aktywistę i z kawałem asfaltu na dłoni odesłano do lekarza"

22 października 2025 | 12:21

Nie będę oceniał słuszności jakichkolwiek protestów – czy politycznych, czy proklimatycznych. Zauważmy tylko, że zwykle ci, do których protest powinien dotrzeć, są gdzieś daleko. Przywódcy państw, wojskowi dowodzący operacjami militarnymi, ministrowie, szejkowie, czy inni bogacze decydujący o losach świata: raczej nie stoją w korku na drodze po zablokowaniu Wisłostrady, nie ściskają się  przed obrazami w publicznej galerii, czy – przy całym szacunku dla tych placówek – nie tkwią w wąskich rzędach fotelików Opery Krakowskiej, czy w salce teatralnej Cricoteki – pisze nasz publicysta Paweł Królik. Przerwany spektakl w Operze krakowskiej i odwołane spotkanie z niemiecką noblistką Herthą Mueller – to dwie sprawy, które w ostatnim tygodniu poruszyły część Krakowian. Obydwie mają wspólny mianownik, protesty polityczne, które spowodowały, że Bogu ducha winni odbiorcy kultury nie mogli wziąć udziału w zaplanowanych wydarzeniach. Pokrótce: propalestyńska grupa protestujących przerwała spektakl „Ariadna na Naxos”, żeby poinformować wszystkich pozostałych widzów, że powstał on w koprodukcji z operą z Tel Avivu. Protestujący zapłacili za swoje bilety. ZOBACZ TAKŻE: Kraków płacze po Krokusie, czyli jak zabić miasto "troską o miasto" W przypadku niemieckiej pisarki Herthy Mueller wystarczyło, by jedno z jej publicznych wystąpień odebrane zostało jako bezwarunkowe poparcie dla izraelskiego sposobu prowadzenia wojny, co od razu sprowokowało  serię nienawistnych wpisów pod adresem autorki, gdy tylko ogłoszono w mediach społecznościowych wydarzenie z jej udziałem w Krakowie. Dyrektorka Cricoteki ostrzegła więc panię Mueller, że może być niebezpiecznie, a ta przestała odbierać maile i telefony. Od razu przypomniała mi się akcja aktywistów Just Stop Oil, którzy zupą pomidorową oblali „Słoneczniki” van Gogha w galerii w Londynie; kilka akcji z przyklejaniem się w galeriach sztuki, czy też blokowaniem dróg przez Ostatnie pokolenie, występujące również w Warszawie. I chcę tutaj dodać, że nie będę oceniał słuszności jakichkolwiek protestów – czy politycznych, czy proklimatycznych. Bo zawsze można podać tyle samo argumentów za, co i przeciw którejś z postaw. Zauważmy tylko, że zwykle ci, do których protest powinien dotrzeć – są gdzieś daleko. Przywódcy państw, wojskowi dowodzący operacjami militarnymi, ministrowie, szejkowie, czy inni bogacze decydujący o losach świata: raczej nie stoją w korku na drodze po zablokowaniu Wisłostrady, nie ściskają się  przed obrazami w publicznej galerii, czy – przy całym szacunku dla tych placówek – nie tkwią w wąskich rzędach fotelików Opery Krakowskiej, czy w salce teatralnej Cricoteki. ZOBACZ TAKŻE: Wariat czy wizjoner? „W Polsce mnie nie chcą? To pojadę do Ameryki” [WYWIAD] Ale z drugiej strony, kto wie? Może jeden z widzów opery właśnie dzień wcześniej przelał pół wygranej pieniężnej na cel bliski sercom protestujących? Może ktoś czekał na spotkanie z Herthą Mueller by zadać jej tak skomplikowane pytanie, na które nie potrafiłaby odpowiedzieć i musiałaby zmienić swoje zdanie? Może wreszcie ktoś stał w korku w autobusie, bo właśnie jechał do salonu samochodowego odebrać auto wodorowe, tuż po pozbyciu się samochodu spalinowego? Dlatego uważam, że oprócz karania zgodnego z polskim prawem powinno się również kreatywnie podejść do dobitnego uświadamiania protestujących. Widziałem gdzieś, że w Niemczech odkuto z drogi aktywistę i z kawałem asfaltu na dłoni odesłano do lekarza, gdyż stan ten nie zagrażał życiu, by czyścić mu dłoń na miejscu. Rozwinąłbym tę myśl w kierunku chińskiej tortury, i protestującym na koncertach wręczał słuchawki z zapętlonymi utworami, które przerwali – tak na 24 godziny. Albo z nagranymi utworami Herthy Mueller czytanymi przez autorkę w oryginale.

Więcej…

Kraków płacze po Krokusie, czyli jak zabić miasto "troską o miasto"

Kraków płacze po Krokusie, czyli jak zabić miasto "troską o miasto"

22 października 2025 | 08:50

Kraków znów kwitnie, tym razem w histerii. Zakwitł Krokus, a wokół niego tłum, który z wielkim dramatyzmem krzyczy, że „ratuje swoją przestrzeń”. Jaką przestrzeń? Tę między Rossmannem a parkingiem, gdzie połowa ludzi przyjeżdża SUV-em po kapcie z Pepco i sushi z Auchan? Centrum handlowe Krokus przy al. Bora-Komorowskiego zostało sprzedane deweloperowi, który planuje zmienić jego funkcję z handlowej na mieszkaniową. - Grozi nam zarówno potencjalna likwidacja sklepu, jak i bardzo wysoka zabudowa terenów wokół Krokusa. Stąd potrzeba działania – grzmi jakiś człowiek na grupie facebookowej. CZYTAJ TAKŻE: Wariat czy wizjoner? „W Polsce mnie nie chcą? To pojadę do Ameryki” A więc, Moi Drodzy, okazało się, że Krokus to nie jakieś tam zwykłe centrum handlowe. To dobro wspólne, miejsce spotkań pokoleń, symbol lokalności, niemal krakowski Luwr z Carrefourem czy innym Auchanem zamiast Mona Lisy. Bo przecież jak deweloper przychodzi z koparką, to zaraz krzyczą, że to barbarzyństwo, gwałt na miejskim krajobrazie, i że ktoś „chce dysponować naszą przestrzenią”. No ludzie kochani, tam nawet nie ma dwóch krzaków na krzyż, by ich bronić i wmawiać reszcie, że to teren zielony. Tam jest betonowa pustynia. I nie, to nie jest Wasza przestrzeń. To czyjaś działka. Prywatna. Ktoś ją kupił za własne pieniądze, płaci podatki i ma prawo postawić tam choćby piramidę Cheopsa z apartamentów premium i z Żabką w piwnicy. Ale nie, w Polsce najwięcej do powiedzenia o cudzej ziemi mają ci, którzy na własnej nie potrafią utrzymać nawet pelargonii przy oknie. I jak to zwykle bywa, najgłośniej krzyczą ci, którzy już swoje mieszkanie kupili. Kiedy deweloper budował ich blok, to była „inwestycja w przyszłość”. Kiedy teraz buduje sąsiadowi to już „niszczenie krajobrazu i przyrody”. CZYTAJ TAKŻE: Drewnicki pisze do Tuska, Kocurek do Mikołaja. Kabaret żenady w Krakowie W Krakowie deweloperzy to dziś nowi diabli wcieleni. Każdy polityk i każdy samozwańczy aktywista wytarł sobie nimi gębę. I buty. A przecież - paradoksalnie - to oni są jedyną grupą, która faktycznie coś buduje. Dają ludziom dach nad głową, miejsca pracy, czasem nawet park kieszonkowy z fontanną, żeby było co wrzucić na Instagram. Ale nie, to nie wystarczy. Bo „deweloperka zabija duszę miasta”. No tak, lepiej, żeby została ta dusza w postaci pustego parkingu i zamkniętego Auchan, bo na tym się skończy, jak zaczną się sądowe przepychanki. Taki szkieletor, tylko trochę niższy. Wielkopowierzchniowy. Wtedy będzie można mówić, że „kiedyś to było, jak był Krokus”, i wspominać, jak się tam chodziło po bułki w 2003 roku. Ci wszyscy obrońcy Krokusa zachowują się po prostu tak, jakby włamali się komuś do mieszkania i zaczęli mu przestawiać meble. To teraz sobie wyobraźcie: przychodzi sąsiad i mówi, że nie możecie przenieść kibla, bo „on się przyzwyczaił, że wasz stoi w rogu”. I jeszcze zbiera podpisy na Facebooku. CZYTAJ TAKŻE: Przescrollowane. Gibale się kurczy, Miszalskiemu grożą, a Jaśkowiec zasłania dzieci W Polsce każdy zna się na wszystkim: na medycynie, piłce nożnej i planowaniu przestrzennym. I każdy ma coś do powiedzenia o tym, co ktoś inny robi na swojej ziemi. Krokus się kończy, świat idzie dalej. Bloki powstaną, ludzie się wprowadzą, za rok otworzą tam nowy Rossmann, a protestujący pójdą po antyperspirant i nawet nie zauważą, że to już tam. I że to o to robili tyle krzyku. Ktoś kiedyś powiedział, że Polacy nie potrafią się pogodzić ze zmianą. Bzdura! Potrafią. Pod warunkiem, że zmiana nie dotyczy ich ulicy.

Więcej…

Drewnicki pisze do Tuska, Kocurek do Mikołaja. Kabaret żenady w Krakowie

Drewnicki pisze do Tuska, Kocurek do Mikołaja. Kabaret żenady w Krakowie

20 października 2025 | 20:25

Krakowscy radni PiS w końcu odkryli winnego rzekomo dramatycznej sytuacji finansowej miasta. Nie, nie chodzi o wieloletnie zaniedbania, brak reform czy wprowadzenie Polskiego Ładu przez Morawieckiego. Winny jest, oczywiście, Tusk. Bo przecież wiadomo: Tusk odpowiada za wszystko. Inflację, pogodę, korki na Zakopiance i brak kredy w szkołach. Radni PiS grzmią, że sytuacja masta jest dramatyczna i złożyli rezolucję do rządu, ministra finansów i minister edukacji, w której domagają się pilnego zwiększenia subwencji oświatowej i wsparcia finansowego dla samorządów. Jak argumentują, dziś Kraków musi finansować podstawowe wydatki – w tym pensje nauczycieli – z kredytów. – Skoro premier Tusk przysłał nam Miszalskiego, niech teraz bierze za niego odpowiedzialność! – mówił radny Michał Drewnicki (wirtuoz pustosłowia, czarodziej frazesów, guru przemówień, które nic nie znaczą) jakby premier osobiście opróżniał miejską kasę na pierogi w Sukiennicach. Tak, Panie Radny, Tusk gdzieś w KPRM-ie trzyma sobie subwencję oświatową w skarpecie i zastanawia się, czy Kraków zasłużył na prezent. ZOBACZ TAKŻE: Kraków bankrutuje. Sytuacja jest dramatyczna. "Dług wymknął się spod kontroli” Niech Pan nie zapomina, że gdy rząd był „Wasz”, też nie potrafił tych pieniędzy znaleźć. Ale wtedy to była „odpowiedzialna polityka budżetowa”, a dziś mamy „zamach na edukację”. (A tak przy okazji: Kraków tylko raz za rządów Majchrowskiego wziął pożyczkę na bieżące wydatki – dokładnie wtedy, gdy Morawiecki wprowadził Polski Ład i wbijał gwóźdź w trumnę samorządowych budżetów). I wtedy pojawił się Bartłomiej Kocurek – pierwszy fighter krakowskiej PO, Mamed Khalidow lokalnej polityki. Niczym Chuck Norris finansów publicznych, Kocurek nie tłumaczył, on po prostu nokautował absurdem. Wszedł w rezolucję PiS jak Lewandowski w obronę San Marino: z takim luzem i precyzją, że nawet papier musiał łapać oddech. Gdy inni machali sztandarami i krzyczeli o Tusku, on jednym zdaniem przewrócił cały stolik. Nietoperz ironii wleciał do świątyni populizmu i zgasił światło. PiS chciał poważnej debaty. Tymczasem wyszedł kabaret, w którym Kocurek rozdawał role, pisał scenariusz i sprzątał po występie. Jego poprawka to literacki majstersztyk: w miejsce Sejmu, Senatu i ministrów wstawił Świętego Mikołaja, Dziada Mroza i Dobrą Wróżkę. I wiecie co? To wreszcie ma sens. Bo dokładnie tyle samo realnych szans na pieniądze ma Kraków od Tuska, co od Dobrej Wróżki. ZOBACZ TAKŻE: Polityk PiS zapowiada ofensywę: "Wszyscy, byle nie Miszalski i jego klakierzy" [WYWIAD] Kocurek uderzył w sedno i wystawił PiS-owi lustro. Pokazał, że ich „rezolucje” to nie akty prawne, tylko listy do Gwiazdora, z błaganiem o kasę, której i tak nie można wysłać, bo konstytucja, bo przepisy, bo logika. Ale po co logika, skoro są kamery i wyborcy, którzy, najwyraźniej, kupią każdą bajkę, byle miała złego Tuska i dobrego PiS-owca? To nie polityka, to kabaret. A Kocurek wbił im szpilę grubą jak stalówka Montblanca: skoro piszecie listy bez sensu, przynajmniej piszcie je do tych, którzy mają tradycję w spełnianiu życzeń. Owszem, Dziad Mróz nie istnieje. Ale przynajmniej w bajkach pojawia się raz w roku – w przeciwieństwie do rządowego zrozumienia dla samorządów. ZOBACZ TAKŻE: Kto płaci za nagonkę? Kocurek mówi o inwigilacji. Padają nazwiska [WYWIAD] I tak PiS-owska rezolucja, która miała być poważnym apelem do rządu, stała się materiałem na wigilijny skecz. Kocurek, chcąc nie chcąc, zagrał rolę reżysera: wyciągnął ich z politycznej mowy-trawy i ustawił w szeregu razem z dziećmi, które wierzą, że napisanie listu wystarczy, by dostać prezent. Tyle że w tym przypadku nawet Święty Mikołaj nie chce mieć z nimi nic wspólnego.

Więcej…

Ławka dialogu, czyli siedź i mów, że ci źle

Ławka dialogu, czyli siedź i mów, że ci źle

17 października 2025 | 08:42

Są takie pomysły w polityce, które z założenia mają wyglądać dobrze na zdjęciu. Oto prezydent, skromnie, w koszuli, z kubkiem wody, siada na ławeczce. Obok mieszkańcy: zatroskani, autentyczni, z listą problemów w notatniku. I tak oto mamy „dialog”. Brzmi pięknie. Tylko... po co? Bo czym jest ta słynna „Ławka dialogu”? Ot, objazdowy talk-show, w którym prezydent wysłuchuje, że gdzieś na Klinach jest dziura w drodze, że na Kurdwanowie płytki na chodniku klawiszują (czyli stukają, gdy pada deszcz), że na Prądniku trawa w pasie drogowym zbyt wysoka, a na Grzegórzkach ktoś chce więcej koszy na śmieci. W tle błyska aparat urzędowego fotografa, a na Facebooku pojawia się post: „Rozmawiamy z mieszkańcami! Wasz głos jest dla nas ważny”. Na tych spotkaniach jest trochę jak na zebraniach wspólnoty mieszkaniowej – przeważnie ci sami ludzie, zazwyczaj te same tematy. Jedni pytają o parking, drudzy o psy bez smyczy, a trzeci o to, kiedy wreszcie naprawią tę studzienkę, co hałasuje jak dzwon mariacki o szóstej rano. Władze notują, przytakują, tłumaczą i cykl się zamyka. ZOBACZ TAKŻE: Kraków bez serca dla zwierząt. "Nie pochowam żony obok psa" Tylko że ilu mieszkańców naprawdę to obchodzi? Garstkę. Reszta to społecznicy, aktywiści, radni dzielnicowi i paru urzędników, którzy muszą tam być, bo muszą i już. Zwykli ludzie? Oni mają ważniejsze rzeczy do roboty niż siadać na ławce z prezydentem. Oni dialogują z życiem, nie z władzą. Ławka dialogu Właściwie ta cała „Ławka dialogu” przypomina trochę taki miejski konfesjonał. Każdy przychodzi, żeby się wyżalić, a prezydent wysłuchuje i mówi: „Zajmiemy się tym”. I choć wiadomo, że nikt nie oczekuje cudów, to każdy chce, żeby ktoś choć przez chwilę go potraktował poważnie. A potem wraca do domu z poczuciem, że „może coś się ruszy”. Może. Ale paradoks tej ławeczki jest piękny. Bo teraz, gdyby Miszalski nagle przestał jeździć po tych dzielnicach, pierwsze, co by się pojawiło w nagłówkach medialnych, to: „Prezydent odwraca się od mieszkańców! Władza nie chce słuchać ludzi!”. Więc musi siadać. Z uśmiechem, z empatią, z notatnikiem pełnym drobnych spraw, których i tak nie da się załatwić od ręki. Bo teraz jest zakładnikiem własnej ławeczki. ZOBACZ TAKŻE: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] Tym bardziej, że to właśnie na tej ławce Miszalski wypłynął w kampanii wyborczej. To był jego znak rozpoznawczy, jego rekwizyt sceniczny, jego symbol „nowego stylu prezydentury”. Ławka była jednym z kół napędowych kampanii, obietnicą rozmowy, otwartości i bliskości z ludźmi. I wtedy to zadziałało: kamera, słońce, parę uśmiechów, parę cytatów do mediów. Co więcej, działa i teraz. Bo nawet polityczni oponenci obecnego prezydenta chwalą go za otwartość i dialog. – Majchrowski zamknął się w gabinecie za parą drzwi. Miszalski organizuje Ławki dialogu, potrafi rozmawiać z mieszkańcami - przyznał w rozmowie z Kanałem Krakowskim radny Michał Drewnicki z PiS. ZOBACZ TAKŻE: Polityk PiS zapowiada ofensywę: "Wszyscy, byle nie Miszalski i jego klakierzy" [WYWIAD] No i teraz nie ma wyjścia. Trzeba tę Ławeczkę kontynuować. Bo jak się wycofać? Głupio. Bo wtedy tytuły gotowe: „Prezydent już nie siada z mieszkańcami”. Więc trzeba siadać dalej, choćby w śmierdzącej potem salce gimnastycznej, choćby w jesienny wieczór, który lepiej spędzić pod kocem i przy Netfliksie, choćby wśród tych samych osób, mówiących jedno i to samo. Trochę jak muzyk, który stworzył hit i teraz musi go grać na każdym koncercie. Nawet jeśli już dawno ma go serdecznie dość. „Ławka dialogu” stała się taką „Jesteś szalona”. Z tą różnicą, że tu nikt nie tańczy. Aleksander Miszalski podczas Ławki dialogu I może właśnie wtedy, gdy ta ławeczka zniknie, gdy symbolicznie zostanie przeniesiona do magazynu i przykryta plandeką, ktoś powie: „a jednak fajnie było, że ktoś próbował pogadać”. Bo w Polsce dopiero jak coś się skończy, to zaczynamy to doceniać. Więc siedźmy dalej. Słuchajmy. Udawajmy, że od tej rozmowy świat się zmienia. Bo jeśli nie Ławka dialogu, to co nam zostaje? Fotel monologu? Z tego fotela przez dwie dekady przemawiał do ludu Jacek Majchrowski. Zza drzwi gabinetu, zza szeregu dyrektorów i zastępców. I wtedy wszyscy mówili, że to prezydentura zamknięta, odgrodzona, nieprzystępna, głucha na głos mieszkańców. Lud mówił raczej pod nosem, a nie do mikrofonu. ZOBACZ TAKŻE: Kraków bankrutuje. Sytuacja jest dramatyczna. "Dług wymknął się spod kontroli” Więc dziś mamy epokę „ławki”. Otwartości, kontaktu, rozmowy. Zmiana stylu, symbol nowego rozdania. Tyle, że każda skrajność ma swoje cienie. Bo o ile Majchrowski zamknął się w gabinecie, to Miszalski otworzył się chyba za bardzo. I teraz nie może się od tego dialogu uwolnić. Każde spotkanie to godziny słuchania o wszystkim: od psich wybiegów, przez rozkład jazdy, po tajemnicze sygnały świetlne z sygnalizacji, które „migają nie tak jak kiedyś”. Spotkanie z mieszkańcami w ramach Ławki dialogu I wiecie co? Wcale się nie dziwię, że poprzedni prezydent wolał zostać w fotelu i zamknąć się za podwójnymi drzwiami. Czasem to po prostu zdrowsze. Bo kto raz usiądzie na „ławce dialogu”, ten już nie wstanie. Nie dlatego, że mu wygodnie, tylko dlatego, że każda kolejna rozmowa wciąga go głębiej w tę miejską matnię codziennych żalów, próśb i pretensji. Ale może tak właśnie ma wyglądać ta nowa demokracja lokalna? Prezydent jako psycholog, moderator, ksiądz, lekarz i jasnowidz w jednym. Jedni przychodzą, by rozwiązać problem, inni by się po prostu wygadać. A „ławka dialogu” stoi, trwa i czeka, aż znowu ktoś na niej usiądzie, żeby powiedzieć: „panie prezydencie, ja zajmę tylko chwilkę…”. ***  Najbliższa „Ławka dialogu” odbędzie się we wtorek, 21 października, na Prądniku Czerwonym, w Szkole Podstawowej nr 114 przy ul. Łąkowej 31. A gdyby ktoś chciał się przekonać, z jakimi naprawdę sprawami przychodzą mieszkańcy i upewnić się, że w tym felietonie nie ma przesady, może zajrzeć na oficjalną stronę Krakow.pl, gdzie publikowane są pytania padającego podczas spotkań z mieszkańcami oraz odpowiedzi miejskich jednostek. Stanisław Kracik, Aleksander Miszalski i Jakub Kosek Zdjęcia w tekście pochodzą z oficjalnego profilu Aleksandra Miszalskiego na Facebooku.

Więcej…

Bez przyspieszenia. Dokąd płynie krakowska brygantyna?

Bez przyspieszenia. Dokąd płynie krakowska brygantyna?

16 października 2025 | 09:45

– Panie Prezydencie, niech Pan tupnie nogą. Niech Pan uruchomi wszystkich tych ludzi, których ściągnął Pan do urzędu, jednostek i spółek. Przecież brygantyna wciąż leniwie kołysze się na falach, nie zmieniwszy kursu ani o milę. Gdzie nowi ludzie od pomysłów? Gdzie dyrektorzy departamentów? Gdzie radni PO? Brakuje Hawranka, Jantosowej, nawet Stawowego, który przecież jest, a jakby go nie było – pisze nasz publicysta Paweł Królik. Minęły dwa lata od wyborów parlamentarnych. Internet zaroił się od półmetkowych podsumowań rządów koalicji KO–Lewicy–Trzeciej Drogi (kto pamięta, że był taki twór?). Pada trochę pochwał, wiele słów gorzkich, pytań o plany na przyszłość. A ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że większość z nich można przenieść wprost z gruntu ogólnopolskiego do Krakowa: czemu stoimy w miejscu, gdzie sukcesy, czy Aleksander Miszalski ciągnie Platformę w górę, czy w dół? Każdy dziennik, tygodnik, portal nie omieszkał w tym tygodniu wtrącić swoich czterech zdań na temat dwóch lat rządów Platformy Obywatelskiej i jej koalicjantów. Obraz, który się z tego wyłania, nie jest optymistyczny – część wyborców zawiodła się na obozie władzy i odwraca się od niego, zaskoczona marazmem, partyjnymi hulankami oraz brakiem widocznych efektów. Jakichś szczególnych sukcesów w realizacji programu wyborczego nie widać – wskaźnik jego realizacji zatrzymał się na początku skali i nie chce drgnąć do przodu. Piasek w tryby Donaldowi Tuskowi sypie Karol Nawrocki, Jarosław Kaczyński na zapleczu mobilizuje swoich żołnierzy do akcji wywrotowych, bezwzględnie wykorzystując każde, najdrobniejsze potknięcie koalicjantów. Czyż nie brzmi to znajomo? Aleksander Miszalski miał być mężem opatrznościowym Krakowa. Wydawało się, że po Jacku Majchrowskim – człowieku spokojnym, profesorze, uprawiającym politykę według staromodnych reguł – obsadzenie fotela na placu Wszystkich Świętych przez prezydenta młodszego pokolenia będzie jak mocne dmuchnięcie w żagle kołyszącej się statecznie na falach brygantyny pod nazwą Kraków. Mówił o tym zresztą choćby Piotr Kempf we wczorajszym wywiadzie dla Kanału Krakowskiego. Tymczasem nie wydarzyło się nic, co spowodowałoby zmianę kursu. ZOBACZ TAKŻE: "W Krakowie trwa polowanie na Miszalskiego" [WYWIAD] Nie zrozumcie mnie źle. Widzę wszystkie drobne gesty, które wykonują aktorzy tego przedstawienia. Ale nie na tym polega rządzenie. Co z tego, że pan prezydent ciągle kręci się wokół metra, skoro temat ten oddał swojemu – nie bójmy się tego powiedzieć głośno – siedzącemu kilka pokoi obok konkurentowi, Stanisławowi Mazurowi? Póki co wiceprezydent Mazur, z miną Kaszpirowskiego i tonem kaznodziei, po raz tysięczny opowiada o planach i zamierzeniach, jakby co najmniej pierwsze dwa metry łopatą sam już wydrążył. Jeśli planowanie będzie dalej szło dobrze – będzie sukces; jeśli nie – odetnie się od pomysłu i od Miszalskiego, wskazując na nieudolność całej Platformy Obywatelskiej w pozyskiwaniu pieniędzy. Nie przekonuje mnie mówienie o inwestycjach (tych małych i tych mniejszych, bo na duże nie ma pieniędzy), bo jest na to zwyczajnie… za późno. Proces inwestycyjny to minimum rok, półtora, czasem dwa. Może się okazać, że wstęgi przecinane będą po referendum. A właśnie – będzie referendum? Czy nie będzie? Zdaniem wielu – będzie. Nie po to Gibałowie i ich klakierzy pakują tyle pieniędzy w jego przygotowanie, by temat zarzucić. Dla „sportu” tego nie robią. ZOBACZ TAKŻE: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] Panie Prezydencie, niech Pan tupnie nogą. Niech Pan uruchomi wszystkich tych ludzi, których ściągnął Pan do urzędu, jednostek i spółek. Przecież brygantyna wciąż leniwie kołysze się na falach, nie zmieniwszy kursu ani o milę. Nowi oficerowie, nowi funkcyjni, a wymiernych efektów brak. Otwiera Pan inwestycje, które rozpoczął Majchrowski (ostatnio dom kultury na Ruczaju, za chwilę kładka Kazimierz–Ludwinów), ale one wkrótce się skończą. I co dalej? Gdzie nowi ludzie od pomysłów? Gdzie dyrektorzy departamentów? Mieli zajmować się budżetem, a widzę, że bywają na imprezach, uświetniają, przemawiają, ale… czy tworzą nową jakość? Gdzie są wreszcie radni Platformy Obywatelskiej? Ostatnio, gdzie nie spojrzę, widzę aktywności ludzi od Gibały albo z PiS-u. Radnych z PO nie ma. Brakuje Hawranka, Jantosowej, nawet Stawowego, który przecież jest, a jakby go nie było. ZOBACZ TAKŻE: Przescrollowane. Owca nie razem, Gibała bez baru, a "białe ludziki" jak zwykle... Proszę wyjść z bańki pochlebców, przyjaciół, członków partii. Jeśli zapyta Pan ludzi, których spotka, czy odbędzie się referendum – większość odpowie, że jest o tym przekonana. A nawet jeśli referendum nie dojdzie do skutku, jeśli dotrwa Pan spokojnie do końca kadencji – i jeśli dotrwa do niej również Donald Tusk, a jego koalicja zachowa spójność – trudno będzie mówić o pełnej satysfakcji. Bo jeśli Pańscy (i Tuska) współpracownicy i Wasza partia nie zdołają wyjść z obecnego marazmu, nie pokażą spójnego, przekonującego planu na kolejne miesiące, to o następną kadencję może być trudno. A wybór między Gibałą, PiS-em, Konfederacją i Mazurem to słaby wybór dla Krakowa.

Więcej…

Czy z tej wizyty pozostanie tylko zdjęcie? Umieralnia tuż obok Krakowa

Czy z tej wizyty pozostanie tylko zdjęcie? Umieralnia tuż obok Krakowa

14 października 2025 | 21:25

Prezydent Tarnowa Jakub Kwaśny pochwalił się na Facebooku kolejną wizytą u Aleksandra Miszalskiego w Krakowie. Zdjęcia, uśmiechy, podpisy: rozmowa o finansach samorządowych, agencjach najmu, budownictwie społecznym, sprawach komunalnych. Brzmi oficjalnie, schludnie i bardzo „samorządowo”. A w praktyce? Kolejna wizyta, kolejny komunikat. I to by było na tyle. Bo właśnie tyle Tarnów potrafi pokazać dziś na zewnątrz. Piszę to złośliwie, ale trochę z sentymentu. Częściowo dorastałem w Tarnowie. Chodziłem tu do szkoły średniej, znałem jego nocne życie (tak, kiedyś istniało!) i pamiętam rynek tętniący energią. Dziś, kiedy tam wracam, mam wrażenie, że wchodzę do muzeum wspomnień: ciche ulice, puste lokale, kilka ogródków piwnych, które tylko udają, że ktokolwiek tam przesiaduje. Tarnów jest dziś umieralnią. Był moment, kiedy miasto mogło pójść w dobrą stronę. Ostatni prezydent, który w miarę spełniał oczekiwania mieszkańców, skończył w więzieniu. Tak, paradoks losu – gość, który miał wyciągnąć Tarnów z marazmu, wyciągnął rękę po coś, po co nie powinien. Potem było już tylko gorzej. U sterów stanął Roman Ciepiela, który zamieniał miasto w katalog projektów bez efektu. I teraz pojawia się Kwaśny. Mówi o współpracy z Krakowem, o synergii, wspólnych projektach i wykorzystywaniu położenia Tarnowa jako atutu. Brzmi pięknie. Ale każdy tarnowianin słyszy te słowa od lat i wie, że problem miasta nie leży w braku rozmów z Krakowem, tylko w tym, że Tarnów od dawna nie żyje własnym życiem. Bo prawda jest brutalna: Tarnów nie jest już regionalnym centrum Małopolski Wschodniej. Jest przystankiem między Krakowem a Rzeszowem – miejscem, gdzie zatrzymuje się pociąg, ale już nikt nie chce wysiąść. Rynek, który kiedyś tętnił życiem, dziś wygląda jak scenografia z filmu postapokaliptycznego: kamienie, kilka ogródków, puste ławki. Czy Kwaśny może to zmienić? Może. Ale jeśli Tarnów nie zacznie ratować samego siebie, żadne wizyty w Krakowie, uśmiechy do aparatów ani projekty „współpracy” nie sprawią, że miasto ożyje. Bo prawda jest taka, że Tarnów od dawna nie krąży wokół Krakowa. On po prostu powoli spada z orbity. I dopóki nikt nie odważy się przyznać, że trzeba najpierw naprawić podstawy – życie miejskie, infrastrukturę, relacje z mieszkańcami – dopóty wizyty w Krakowie pozostaną tylko kolejnymi zdjęciami na Facebooku.

Więcej…

Kraków bankrutuje. Sytuacja jest dramatyczna. "Dług wymknął się spod kontroli”

Kraków bankrutuje. Sytuacja jest dramatyczna. "Dług wymknął się spod kontroli”

10 października 2025 | 12:48

W tym tygodniu wszyscy odmieniają przez przypadki słowo „dług”. Dziś, zamiast klasycznego felietonu, rodzaj zabawy, związanej z przekrzykiwaniem się radnych na ten temat. Zwłaszcza, że ostatnio radni PIS zrobili konferencję w tej sprawie, a radni PO tłumaczyli, że wcale tak źle nie jest. Przeczytaj zatem poniższy tekst, a potem, w odpowiednie miejsca, wstaw liczby i nazwiska. Może będziesz zaskoczony. A może nie. "Na koniec roku zadłużenie Krakowa może wynosić (wstaw kwotę1) mld zł. To koszt budowy trzech Stadionów Narodowych. (…) – Dotarliśmy do momentu, w którym Kraków nie może się już dalej zadłużać. Brakuje pieniędzy na podstawowe wydatki – mówi Interii (wstaw nazwisko2). Prezydent Krakowa (wstaw nazwisko3) przygotował dokument, z którego wynika, że miasto chce wziąć pożyczkę na (wstaw kwotę4)mln zł. Wstępną akceptację na takie działanie wyraził bank, a zielone światło dali miejscy radni. Interia przeanalizowała dokumenty finansowe Krakowa z ostatnich miesięcy. Wynika z nich, że miasto stanęło nad finansową przepaścią. - Z finansami miasta nigdy nie było tak źle, jak jest obecnie. Jako radni wielokrotnie zgadzaliśmy się na powiększanie długu miasta. Jednak kiedy dostawaliśmy od prezydenta dokumenty, z których wynikało, że jeśli nie zgodzimy się na kolejne zobowiązania, to zabraknie np. pieniędzy na funkcjonowanie domów pomocy społecznej czy będzie problem z wypłatami dla nauczycieli, to byliśmy podstawieni pod ścianą – mówi w rozmowie z Interią (wstaw nazwisko5). - Trudno zagłosować przeciwko takiej sytuacji – dodaje. Uzupełnienie (rozwiązanie):  1 – 6 mld zł; 2 – Dominik Jaśkowiec, wieloletni przewodniczący rady miasta; 3 – Jacek Majchrowski; 4 – 220 mln zł; 5 – Grzegorz Stawowy, wieloletni radny miejski. Wszystkie powyższy cytaty pochodzą z tekstu opublikowanego w portalu Interia 14 listopada 2023 roku. A w pierwszej chwili brzmiało prawie jak zapis ostatniej konferencji radnych PiS, prawda? I tak się zastanawiam, czy rzeczywiście sytuacja Krakowa jest tak dramatyczna od wielu, wielu lat (to radni PO obwieścili światu w jednej z kampanii wyborczych, że Kraków jest tak bliski zagłady finansowej, że nie ma co zbierać), czy jednak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Wszak Dominik Jaśkowiec i Grzegorz Stawowy to najznamienitsi synowie Platformy Obywatelskiej, którzy walili w Jacka Majchrowskiego, a teraz radni Prawa i Sprawiedliwości walą w Aleksandra Miszalskiego, który przecież reprezentuje konkurencyjny obóz polityczny. I tak trwać będzie coroczny chocholi taniec nad budżetem i pieniędzmi…

Więcej…

Strona 6 z 7

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Na fali

  • Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!

    Wydarzenia

    Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do...

    Informacja
    18 czerwca 2026
  • Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

    Opinie

    Polityczne samobójstwo czy brutalny...

    Informacja
    15 czerwca 2026
  • Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY]

    Wydarzenia

    Znamy plan Gibały: nie wystartuje,...

    Informacja
    15 czerwca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.