Przeczytasz w 3-5 minuty
Podsumowanie 2005 roku w wydaniu Łuksza Gibały / źródło: gibala.pl

Czasem w komentarzach zarzucacie nam, że pastwimy się nad wiecznym przegrywem kandydatem na prezydenta Łukaszem Gibałą. Piszecie, że chłop przegrał trzy razy wybory, a my kopiemy leżącego. Otóż, fakt, do tej pory chyba nie znaleźliśmy powodów, by go chwalić. Ale postanowiliśmy zrobić eksperyment: pozwolimy mu samemu się pochwalić. 

Stwierdziliśmy, że zaglądniemy do jego podsumowania roku i tam na pewno znajdziemy coś, co zasługuje na pochwałę. Co więcej, wrzucimy nawet link do jego strony – zupełnie za darmo – i napiszemy, jaki to on jest skuteczny i jak pięknie działa dla Krakowa i jego mieszkańców.

No i… zajrzeliśmy.

Jedno ze zdjęć w "Podsumowaniu 2005 roku" Łukasz Gibały. Tu rozdaje obwarzanki / źródło: gibala.pl

Gdyby „podsumowanie roku” Łukasza Gibały było potrawą, to byłaby to sałatka marketingowa: dużo kolorów, zero mięsa, a po zjedzeniu dalej jesteś głodny. Dokładnie takie wrażenie zostawia lektura jego „raportu z działań radnego”. Raportu w cudzysłowie, bo z raportem ma to tyle wspólnego, co ulotka dewelopera z aktem notarialnym.

To nie jest podsumowanie. To jest kampania wyborcza rozpisana na 12 miesięcy, tylko bez daty wyborów na okładce.

ZOBACZ TAKŻE: Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy?

Kraków w wersji „eventowej”

Z tekstu dowiadujemy się, że radny:

  • był,
  • widział,
  • rozdawał,
  • uczestniczył,
  • wspierał,
  • apelował,
  • interweniował.

Brzmi imponująco. Dopóki nie zapytasz: co z tego wynikło?

Bo realnych efektów brak. Jest za to niekończący się festiwal obecności: tu sprzątanie, tam spacer, tu pszczółki, tam pieski, tu seniorzy, tam obwarzanki. Gibała jest wszędzie. Jak influencer miejski. Tylko Kraków jakoś nie bardzo się zmienia przez tę jego aktywność.

Interpelacje: hurtownia pism bez efektów

146 interpelacji.
1200 interwencji.

Liczby robią wrażenie wyłącznie na kimś, kto nie wie, czym jest interpelacja. Bo interpelacja to nie decyzja. To list. Czasem mail. Czasem uprzejme „czy moglibyście”.

I w tym „podsumowaniu” nie ma ani jednego miejsca, w którym jasno pokazano:

  • co zostało zrealizowane,
  • co zostało odrzucone,
  • co ugrzęzło w urzędniczej szufladzie.

Jest za to klasyczna sztuczka polityczna: ilość zamiast jakości. Jakby radny się chwalił, że wysłał 100 CV, ale już nie powiedział, że żadnej pracy nie dostał.

Łukasz Gibała podczas sesji rady miasta / fot. Łukasz Michalik

Polityka bez sprawczości

Petycje? Są. 

Apele? Są.

Rezolucje? Są.

Efekty? No… są zdjęcia.

To podsumowanie wygląda jak kronika działań radnego, który wie, że nic nie przeforsuje, więc przynajmniej dobrze to opisze. I opisać rzeczywiście potrafi. Momentami aż za dobrze, bo tekst puchnie od słów: „udało się”, „wspólnie”, „zareagowaliśmy”, podczas gdy rzeczywistość miasta pozostaje dokładnie tam, gdzie była.

Radny czy kandydat permanentny?

Największym problemem nie jest to, że Gibała działa. Największym problemem jest to, że on nie przestaje prowadzić kampanii.

Każdy gest jest pod tezę. Każde wydarzenie pod zdjęcie. Każdy problem pod narrację „my kontra oni”.

To nie jest już działalność samorządowa. To ciągły casting na prezydenta Krakowa, w którym miasto jest tłem, a nie celem.

ZOBACZ TAKŻE: Gibała stchórzył przed rozmową z Miszalskim! Jest kolejne zaproszenie

Czego w tym „podsumowaniu” NIE MA?

Odpowiadając krótko: nie ma konkretów.

Jest za to auto-laurka, jaką zwykle pisze się przed wyborami, a nie po roku pracy.

Gdyby ktoś nie wiedział, mógłby pomyśleć, że radny Gibała samotnie walczy z całym systemem, podczas gdy w rzeczywistości jest jednym z wielu aktorów, którzy mówią dużo, a zmieniają niewiele.

To nie jest podsumowanie roku. To jest folder wyborczy bez daty wyborów. 

To nie jest raport z efektów. To jest spis aktywności.

To nie jest rozliczenie. To jest autoprezentacja.

A Kraków? Jak stał, tak stoi dalej.

Tylko zdjęć przybyło, co widać choćby na fotografii tytułowej do tego tekstu, którą Gibała zamieszcza na swojej stronie i w mediach społecznościowych.

10 pytań, na które Łukasz Gibała NIE odpowiada:

  1. Interpelacje: 146 zgłoszeń, 1200 interwencji. A ile z nich zakończyło się realną zmianą w Krakowie?
  2. Efekty vs obecność. Ile spacerów, wręczeń miodu i rozdawania obwarzanków faktycznie przełożyło się na poprawę jakości życia mieszkańców?
  3. Petycje i rezolucje. Ile z nich faktycznie wpłynęło na miejskie decyzje?
  4. Budżet miasta. Jakie konkretne projekty udało się zabezpieczyć, sfinansować lub zmienić dzięki Pana interwencjom?
  5. Przestrzeń publiczna. Ile interwencji faktycznie zakończyło się naprawą chodników, bezpieczeństwem przejść czy zielenią, a ile pozostało tylko w raporcie?
  6. Problemy mieszkańców. Które z zgłoszonych spraw zostały trwale rozwiązane, a które „rozwiązał” Pan tylko poprzez zdjęcie przy okazji wizyty?
  7. Rozliczalność. Dlaczego raport nie zawiera żadnych niedociągnięć, jeśli przecież każdy radny musi mierzyć się z ograniczeniami?
  8. Sukcesy. Które z nich są faktycznie mierzalne i weryfikowalne, a które sprowadzają się do „byłem, zobaczyłem, zrobiłem zdjęcie”?'
  9. Strategia vs marketing. Czy działania radnego są częścią planu na realne zmiany w mieście, czy wyłącznie cyklem PR-owych eventów i autoprezentacji?
  10. Priorytety. Dlaczego w raporcie najwięcej miejsca zajmuje rozdawanie gadżetów i obecność na wydarzeniach, a nie są pokazane projekty o realnym znaczeniu dla Krakowa?
źródło: gibala.pl

Łukasz Gibała powtarza, że „Kraków to dla mnie bardzo osobista sprawa”. I właśnie to widać w jego podsumowaniu roku: miasto nie jest miejscem realnych decyzji ani zmian, tylko tłem do autoprezentacji i prywatnej kampanii. W jego świecie miasto jest prywatnym placem zabaw dla wizerunku, nie wspólną przestrzenią dla obywateli.

ZOBACZ TAKŻE: Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie

***

A tu obiecany link do podsumowania Gibały. Może komuś uda się znaleźć jakiś konkret.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także