To nie jest tekst o demokracji. To jest tekst o obrażonych ambicjach, pieniądzach i politycznej zemście. O ludziach, którzy przegrali wybory, ale nie potrafią przegrać. O tych, którzy uznali, że skoro krakowianie nie zagłosowali „jak trzeba”, to trzeba im zafundować poprawkę. Referendum w Krakowie nie rodzi się z gniewu ulicy ani z realnego kryzysu miasta. Rodzi się w gabinetach, excelach i portfelach. I im szybciej to zrozumiemy, tym mniejsze będzie zdziwienie, gdy okaże się, że to nie mieszkańcy chcą zmiany, tylko kilku polityków chce władzy za wszelką cenę.
Na przełomie roku media w Krakowie, jak jeden mąż, informują: „Są grupy, które zastanawiają się nad referendum”. Zastanawiają się. Jak filozofowie w zadymionym salonie. Jakby to była akademicka debata, a nie ordynarny plan politycznej zemsty.
Dziś już nikt nie udaje: referendum za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego ma się odbyć.
Powód? Oficjalnie: troska o miasto. Nieoficjalnie, ale prawdziwie: Łukasz Gibała nie może pogodzić się z trzecią porażką z rzędu w wyborach na prezydenta Krakowa. Trzy razy wyborcy powiedzieli „nie”. Demokracja zadziałała. Problem w tym, że wynik demokracji nie spodobał się kandydatowi. Więc zamiast poczekać jeszcze trzy lata, pogodzić się z losem albo – nie daj Boże – zaproponować coś nowego, mamy plan B: odwołać zwycięzcę bokiem.
Do tego chóru natychmiast dołączyła Konfederacja. Bo Konfederacja w Krakowie dziś nie może nic. Zero sprawczości, zero wpływu, za to dużo frustracji. Ale po odwołaniu prezydenta, a być może nawet i rady miasta? O, to już zupełnie inna gra. Poczuli krew. A jak Konfederacja czuje krew, to nie pyta o program, tylko biegnie w stronę jatki.
Jest też trzeci akt tego spektaklu: Michał Drewnicki, jeden z liderów lokalnego PiS. Oficjalnie PiS, jako całość, entuzjastą referendum nie jest. I słusznie, bo jeśli przy okazji poleci też rada miasta, PiS straci mandaty na rzecz Konfederacji. A sensownego (czyt. wygrywającego) kandydat na prezydenta i tak nie ma. Ale co tam interes partii, co tam matematyka wyborcza. Ci mniej myślący logicznie, a bardziej emocjonalnie politycy PiS już szykują się, żeby pomóc gibałowcom i konfederatom. Bo liczy się tu i teraz, nie jutro.
A teraz pieniądze. Bo bez pieniędzy ten numer by się nie udał. Wydano już pierdyliardy złotych na kampanię antymiszalską. Gazetki, ulotki, portale, plakaty, billboardy, nowe media, stare media, social media i jeszcze pewnie dymne sygnały nad Wisłą. Miliony. I nie, nie po to, żeby wygrać wybory za trzy lata. W polityce trzy lata to wieczność. To jest kasa wydana na akcję natychmiastową. Na teraz. Na destabilizację.
Dlaczego to się opłaca? Bo kampania referendalna nie ma limitów finansowych. Nie ma sufitu. Kto ma kasę – a Gibała kasę ma – ten może pompować narrację bez końca. Demokracja? Nie. Portfelokracja.
ZOBACZ TAKŻE: Kampania na grobach, gołębiach i pierogach. Staruszki dają więcej lajków niż program wyborczy
A na deser: paraliż miasta. Referendum to nie jest weekendowa zabawa z urną i konfetti. To około pięciu miesięcy kompletnego politycznego zastoju: zbieranie podpisów, weryfikacja, kampania, głosowanie. Pięć miesięcy, w których prezydent jest kulawy, urzędnicy patrzą na zegarek, a decyzje odkłada się „do po referendum”. I właśnie o to chodzi przeciwnikom Miszalskiego. Bo jak miasto nie jedzie, to łatwiej krzyczeć, że kierowca jest do wymiany.
Nie łudźmy się. To nie jest żaden zryw obywatelski. To polityczna zemsta przegranych, cynicznie opakowana w hasła o demokracji bezpośredniej. Demokracja działa tylko wtedy, gdy wynik nam pasuje. Gdy nie pasuje – robimy referendum.
Kraków nie potrzebuje dziś awantury, tylko spokoju i pracy. Ale spokój jest nudny, a praca nie daje satysfakcji tym, którzy trzeci raz przegrali i wciąż nie mogą się z tym pogodzić. Więc szykujcie popcorn. Referendalny cyrk właśnie przyjechał do miasta. A za bilety, jak zwykle, zapłacimy wszyscy.
A więc co się stanie? Już tłumaczę, bez ściemy i bez tej medialnej waty cukrowej. Na przełomie stycznia i lutego ruszy akcja referendalna. Nie dlatego, że komuś tak wyszło z kalendarza, tylko dlatego, że tak się to najlepiej liczy. Polityka to dziś księgowość emocji, a nie żadna misja.
Dlaczego akurat wtedy? Bo wtedy idealnie spina się terminarz:
- luty i marzec – zbieranie podpisów,
- kwiecień – PKW ma miesiąc na weryfikację tychże podpisów,
- maj/czerwiec – głosowanie.
I teraz najważniejsze: głosowanie wypada po długim weekendzie majowym, ale jeszcze przed wakacjami. Dlaczego to takie istotne? Bo nie chodzi o rację, tylko o frekwencję. I to jest pięta achillesowa całej tej operacji.
Bo wszystko inne da się kupić.
Podpisy? Proszę bardzo. Zamiast 50 znudzonych wolontariuszy z poczuciem misji, wysyła się w miasto 500 zajebiście opłacanych „wolontariuszy”. Umówmy się: to już się dzieje. Już teraz ludzie są nagabywani, „w trosce o miasto”, żeby podać dane: imię, nazwisko, telefon, mail. Oficjalnie – przeciwko kolesiostwu. W praktyce – baza danych pod akcję referendalną.
Potem wystarczy klik, telefon, dzwonek do drzwi. Jak się ma pieniądze, to można wysłać człowieka do człowieka. A jak ktoś już raz podpisał, to podpisze drugi raz. Podpisy się zbierze. Za zbieranie podpisów można zapłacić. I się zapłaci.
Ale jest jedna rzecz, której kupić się nie da.
Nie da się zapłacić ludziom za to, żeby poszli do urn.
I tu zaczyna się prawdziwa gra. Bo jeśli dojdzie do referendum, to do głosowania pójdą niezadowoleni. Ci wkurzeni, rozemocjonowani, napędzeni narracją o „katastrofie”, „zdradzie”, „układach”. Czyli – w ogromnej większości – przeciwnicy Miszalskiego.
A co zrobią jego wyborcy? Albo ludzie, którzy mają prezydenta w głębokim poważaniu? Zostaną w domu. Bo „nie chce mi się”, bo „to nic nie zmieni”, bo „mam ważniejsze sprawy”. Więc cała operacja sprowadza się do jednego pytania: czy da się dobić do wymaganej frekwencji? Bo wynik głosowania jest przesądzony – sęk w tym, czy będzie wiążący.
Dlatego termin jest kluczowy. Po majówce, gdy ludzie wrócą z grilla i działki, ale jeszcze przed wakacjami, gdy nie będą na wyjazdach. Teoretycznie idealne warunki, żeby wyciągnąć ludzi z domów. To jest bezcenne. Tego się nie da dokupić żadnym billboardem.
Za wszystko inne można zapłacić. Za ulotki, portale, influencerów, „oddolne inicjatywy”, „oburzonych obywateli” i „wolontariuszy z misją”. Za wszystko. Alkozłotówkami.
Ale frekwencja? Frekwencja to jedyne, czego nie da się wrzucić w koszty kampanii. I właśnie dlatego Kraków szykowany jest nie na debatę, tylko na polityczną zasadzkę.
ZOBACZ TAKŻE: Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy?
Dlaczego frekwencja jest jedną wielką niewiadomą? Bo w Krakowie nie wydarzyło się kompletnie nic – absolutnie nic – co realnie oburzałoby mieszkańców na tyle, żeby masowo ruszyć do urn i wyrzucać prezydenta jeszcze zanim dotarł do półmetka kadencji. Nie było afery, nie było skandalu, nie było katastrofy, nie było „momentu przełomowego”. Jak to się mówi w politycznych kuluarach: nie ma atmosfery do referendum za odwołaniem prezydenta.
Jest za to coś innego. Jest chęć wąskich grupek interesów, jest frustracja przegranych i jest chory na władzę polityk, który po trzeciej porażce wyborczej dalej nie potrafi zrozumieć prostego faktu: Kraków go nie chciał. I teraz pytanie brzmi: czy to wystarczy? Czy ambicje kilku środowisk, kupa pieniędzy i perfekcyjnie rozpisany kalendarz wystarczą, żeby rozpędzić 30 procent krakowian do urn? Bo jeśli nie – to całe to referendum zapisze się nie jako obywatelski zryw, tylko jako najdroższy polityczny foch w historii miasta.
I jeszcze jedno, o czym absolutnie nie wolno zapominać, bo pamięć w tym mieście bywa krótka, a cynizm długi. To nie jest pierwszy raz, gdy Gibała próbuje bawić się w referendum. Już raz chciał robić plebiscyt przeciwko odwołaniu Jacka Majchrowskiego. Skończyło się kompromitacją: podpisy zostały zebrane, złożone w PKW, a potem prokuratura ustaliła, że część z nich była sfałszowana. Sprawa śmierdziała na kilometr i rozpadła się z hukiem, zostawiając po sobie polityczny wstyd.
Dlatego dziś Gibała jest „mądrzejszy”. Nie chce ryzykować kolejnej kompromitacji, nie chce firmować ewentualnej klęski własnym nazwiskiem. Więc oficjalnie inicjatorem będzie „ktoś inny”. Jakaś komitetowa wydmuszka, jacyś „zatroskani mieszkańcy”, jakaś „oddolna inicjatywa”. Mówiono o Konradzie Berkowiczu z Konfederacji, ale po tym, jak się skompromitował kradzieżą patelni w IKEA, trzeba szukać innej „twarzy”. A Gibała? Gibała się tylko podłączy. Będzie opowiadał bajki o spontanicznym buncie ludu, o obywatelskim gniewie i demokracji bezpośredniej. Tyle że to nie będzie żadna oddolność. To będzie ta sama ręka, tylko schowana głębiej pod stołem.
I właśnie dlatego ta cała operacja tak śmierdzi. Bo to nie jest odwaga cywilna. To nie jest ryzyko. To jest polityka robiona na cudzy rachunek, z cudzym szyldem, ale z tym samym celem: wywrócić wynik wyborów, których nie udało się wygrać uczciwie.
ZOBACZ TAKŻE: Gibała stchórzył przed rozmową z Miszalskim! Jest kolejne zaproszenie
To referendum nie jest testem dla prezydenta. To jest test na to, czy Kraków da się kupić i zmanipulować. Czy da się wmówić mieszkańcom, że wybory to tylko sugestia, a nie werdykt. Jeśli ten numer przejdzie, każdy kolejny przegrany kandydat dostanie jasny sygnał: nie musisz wygrać – wystarczy, że będziesz bogaty, cierpliwy i bezczelny. A jeśli nie przejdzie, i tak przegramy wszyscy, bo miasto zostanie użyte jak poligon do leczenia cudzych kompleksów.
W obu wariantach to nie jest demokracja. To jest brutalna próba sił, w której Kraków ma być tylko tłem. I właśnie dlatego ten cyrk trzeba nazywać po imieniu, zanim ktoś ogłosi, że to obywatelski zryw, a nie najdroższa kampania ratowania czyjegoś ego.







![Zbudował fundamenty nowoczesnego Krakowa. Teraz ostrzega przed przyszłością [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_218.jpg?882cefd753d6b6f9a509ab6b3cf1269e)












