Są w polityce momenty, kiedy nawet najwierniejsi kibice zaczynają się wiercić niespokojnie. Nie dlatego, że zmienili poglądy. Nie dlatego, że nagle „przejrzeli na oczy”. Ale dlatego, że coś zwyczajnie przestaje im się podobać. Ostatnia akcja referendalna Łukasza Gibały wywołała właśnie taki moment.
Po trupach do prezydentury
- brzmi jeden z komentarzy pod postem, w którym Gibała namawia, by dopisywać się do listy wyborów w Krakowie.
I pod tym postem nie widać wyłącznie głosów przeciwników. Wprost przeciwnie, gorzkie komentarze piszą ludzie, którzy jeszcze niedawno bronili go w każdej internetowej dyskusji. I nie chodzi już o sam pomysł referendum. Chodzi o sposób.
A konkretniej chodzi o to, że Gibała namawia ludzi, by ci dopisywali się do spisu wyborców w Krakowie. Więcej pisaliśmy o tym tutaj: Referendalna desperacja. Gibała otwiera drzwi dla "nowych" wyborców.
I zostało to bardzo źle przyjęte zarówno przez przeciwników, jak i zwolenników trzykrotnego przegrywa kandydata na prezydenta.
Zarzut jest poważny: nieczysta gra. Zachęcanie ludzi do dopisywania się do spisu wyborców – formalnie zgodne z przepisami – dla wielu przekracza granicę przyzwoitości politycznej. Bo jedno to mobilizować własnych sympatyków, a drugie tworzyć wrażenie, że liczy się każdy trik, każda luka, każdy sposób na „dociągnięcie” wyniku.
Polityka lokalna zawsze miała w sobie coś bardziej osobistego. Tu ludzie się znają, spotykają w tych samych miejscach, żyją obok siebie. Dlatego tak silnie działa poczucie, że gra powinna być czysta. Jeśli ktoś budował swoją markę na haśle przejrzystości i uczciwości, to każde odejście od tej narracji boli podwójnie. Bo rozczarowuje nie przeciwników – ich trudno zawieść – lecz własnych wyborców.
I właśnie to jest dziś najbardziej wymowne. Krytyka nie płynie z „drugiej strony barykady”. Ona płynie z wnętrza obozu. Z miejsca, które dotąd było bezpieczne.
Władza bywa kusząca. Walka o nią – brutalna. Ale moment, w którym sympatycy zaczynają pytać, czy cel uświęca środki, to sygnał alarmowy. Bo polityk może przegrać wybory i wrócić za kilka lat. Trudniej odzyskać wrażenie, że gra się fair.
A gdy nawet własny elektorat mówi: „nie tak miało być” – to znaczy, że granica została przekroczona. I że cena tej taktyki może okazać się wyższa, niż ktokolwiek zakładał.
ZOBACZ TAKŻE: Lider krakowskiego PSL-u: "Miszalski sam dolewa oliwy do ognia" [WYWIAD]





















