Są takie momenty w życiu miasta, gdy słowa „prawo” i „przyzwoitość” zaczynają się rozchodzić. Formalnie wszystko się zgadza. Moralnie – coś tu zgrzyta. I to bardzo.
Szef „Krakowa dla Mieszkańców”, Łukasz Gibała, apeluje o podpisy pod wnioskiem referendalnym. Podpisów „ciągle przybywa”, ale – jak sam przyznaje – „wciąż potrzeba ich o wiele więcej”. I tu zaczyna się akrobacja.
Bo kiedy brakuje krakowskich podpisów, nagle okazuje się, że można – a nawet warto – sięgnąć szerzej. Bez stałego meldunku? Żaden problem. Wystarczy dopisać się do rejestru wyborców, pokazać umowę najmu, rachunek, oświadczenie właściciela i... gotowe. Pięć minut i już można „decydować o przyszłości miasta”.
Pytanie RETORYCZNE brzmi: czy to jeszcze obywatelska mobilizacja, czy już polityczna desperacja?
Referendum w sprawie ewidentnie krakowskiej – dotyczącej przestrzeni, pieniędzy, kierunku rozwoju miasta – powinno być wyrazem woli wspólnoty. Wspólnoty realnej, zakorzenionej, żyjącej tu nie „na papierze”, lecz na co dzień: w korkach, w smogu, w sporach o zabudowę, w walce o zieleń. Jeśli ta wspólnota nie garnie się masowo do podpisywania wniosku, to może warto zadać sobie pytanie: dlaczego?
Zamiast tego dostajemy instruktaż, jak administracyjnie poszerzyć elektorat. Oczywiście, zgodnie z prawem. Nikt tu nie łamie przepisów. Ale czy naprawdę o to chodziło w idei ruchu, który w nazwie ma „mieszkańców”? Czy „mieszkaniec” to ktoś, kto czuje odpowiedzialność za miasto, czy ktoś, kto zdążył wypełnić formularz?
Najbardziej uderza ton moralnej wyższości: „Każdy ma prawo decydować o przyszłości miasta”. To prawda. Ale prawo to nie to samo co legitymacja. Jeśli kampania referendalna musi być ratowana apelem do osób spoza naturalnego kręgu wyborców, to sygnał jest jasny – entuzjazm wśród tych, którzy naprawdę tworzą lokalną tkankę, nie jest wystarczający.
Można powiedzieć: takie są reguły gry. Owszem. Tylko że jeszcze niedawno politycy tego środowiska przekonywali, że są alternatywą dla cynicznej, „technicznej” polityki. Że stawiają na autentyczność, oddolność, realny głos mieszkańców. Dziś zamiast oddolności mamy poradnik administracyjny. Zamiast spontanicznej mobilizacji – instrukcję obejścia problemu braku podpisów.
To nie jest kwestia legalności. To kwestia wiarygodności.
Bo jeśli zbieranie podpisów idzie opornie, może oznacza to, że temat nie rozpala miasta tak, jak chcieliby organizatorzy. A może krakowianie – ci prawdziwi, codzienni – nie są przekonani, że referendum jest im potrzebne.
W demokracji nie wszystko da się „dowypełnić formularzem”. Czasem brak podpisów jest odpowiedzią samą w sobie. I zamiast szukać ich poza naturalnym kręgiem poparcia, warto zastanowić się, czy problem nie leży bliżej niż się wydaje: w samej idei, narracji albo zaufaniu.
Bo miasto to nie rubryka w rejestrze. To wspólnota. A zaufania nie da się dopisać w pięć minut.





















