Logo Kanał Krakowski
  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale

Obserwuj nas na:

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Reklama - duża
  1. Strona główna

Głos z kanału

Gibała znów odkrywa Amerykę! Ta wypowiedź komentuje się sama

Gibała znów odkrywa Amerykę! Ta wypowiedź komentuje się sama

03 grudnia 2025 | 17:27

Wprawni czytelnicy Kanału Krakowskiego mogli zauważyć, że nabijamy się z Łukasza Gibały. To fakt, nie będziemy dyskutować.  Robimy to regularnie, ale... to nie jest żadne mobbingowe hobby. Ktoś musi robić za clowna w miejskim cyrku. A rolą clowna jest zabawianie publiczności, w tym wypadku – krakowian. My tylko relacjonujemy show. Gibała trzy razy przegrał wybory na prezydenta miasta, więc ma dużo wolnego czasu i może sobie pozwolić na takie występy. No a skoro od lat powtarza te same frazesy i od lat krakowianie się nie dali na nie złapać, to trudno z gościem dyskutować na poważnie. No więc nie pozostało nam nic innego, jak się trochę ponabijać, trochę powyzłośliwiać i wrócić do poważnych zajęć. Ale dziś znowu będzie zabawnie.  ZOBACZ TAKŻE: Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD] Tym razem bowiem Gibała wszedł na mównicę podczas sesji budżetowej, a jego wystąpienie wyglądało jak... nagranie rolki na sociale. Pan radny wygłosił kopię tego, co kilka minut wcześniej powiedział jego klubowy kolega, Michał Starobrat. I to nie kopię w sensie „trochę podobne”. Nie. Gibała trzy razy powołał się na Starobrata i trzy razy powtórzył to, co ten powiedział kilka sekund wcześniej. I to wszystko w dwuminutowej wypowiedzi. To już nie jest inspiracja – to zrzynka na żywo. Ale lecimy po kolei. „Chciałem podkreślić dwie rzeczy, które też padły w tych wystąpieniach moich przedmówców…” No cudownie, wreszcie szczerość!Czyli: „Nie mam nic nowego do powiedzenia, więc powtórzę to, co już powiedzieli inni, ale powiem, że ja to uwypuklam.”Łukasz, od 15 lat uwypuklasz te same rzeczy. To już nie są „punkty programu”, to są mantry medytacyjne. „Po pierwsze, to jest budżet myślenia życzeniowego i kreatywnej księgowości.” Klasyk gatunku.Wyjmujesz to co roku, jak ozdoby choinkowe z piwnicy.„Kreatywna księgowość” to u Gibały odpowiednik „dzień dobry” – używa tego zawsze, nic nie znaczy, ale brzmi poważnie. „Pamiętam, jak rok temu Michał Starobrat mówił…” Oczywiście, że pamiętasz.Skoro w tym samym wystąpieniu powiesz jego imię jeszcze dwa razy, trudno zapomnieć. Swoją drogą: piękna relacja. Trochę jak związek, w którym jedna strona powtarza wszystko, co powiedziała druga:– Michał, a mogę ja też to powiedzieć?– No mów.– A mogę to wkleić na Facebooka jako moje?– No wklej. Michał Starobrat i Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik „No i co się okazało? Trzeba było nowelizować budżet!” Wyobraźmy sobie dramatyczną muzykę.Tymczasem: każde miasto w Polsce nowelizuje budżet.To nie jest sensacja. To nie jest nawet news.To jak oburzać się, że latem jest ciepło. „W tym roku robicie dokładnie to samo!” Czyli… znowu będzie nowelizacja?Naprawdę?W samorządzie?Niewiarygodne.Proszę państwa, Gibała odkrył istnienie cyklu budżetowego. „To co to innego jest, jeśli nie pijarowa ściema?” Łukasz, Ty jesteś ostatnią osobą, która powinna mówić o „pijarowej ściemie”.Twoje wystąpienie było tak oczywiście przygotowane pod social media, że brakowało tylko dźwięku „klik” i napisu „ZOBACZ DO KOŃCA – RADA MIASTA NIE CHCE, ŻEBYŚ TO WIEDZIAŁ”. „Jak mamy z wami dyskutować?” No właśnie: jak?Skoro przychodzisz bez żadnej własnej treści, powtarzasz zdania swojego radnego i od 15 lat mówisz to samo?Dyskusja polega na wymianie argumentów, a nie na kserowaniu od kolegi z ławy obok. Tym bardziej, że poza krytykowaniem nie prezentujesz ŻADNYCH własnych pomysłów. Kiedyś stwierdziłeś na sesji rady miasta, że pokażesz jak naprawić budżet, jak już zaczniesz rządzić. Serio? Łukaszu... „To jest budżet ściemy!” To jest ulubione słowo Gibały – obok „kreatywna księgowość”, „dramat”, „zapaść”, „gigantyczne zadłużenie” i „niekompetencja”.Cały jego słownik polityczny to sześć słów i podniesiony głos. „Mówicie, że będzie nadwyżka operacyjna, a nie będzie!” Tak, jak mówiłeś od lat, że Kraków zaraz się zawali, zbankrutuje i wybuchnie jak supernowa.I jakoś się nie zawalił.Ale doceniamy konsekwencję.Czarne scenariusze sprzedajesz z takim przekonaniem, że można by pomyśleć, iż masz w tym interes. „Wydatki bieżące rosną szybciej niż dochody! To fatalny kierunek!” No proszę, wreszcie coś prawdziwego.Ale powiedzmy to wprost:To nie jest odkrycie, tylko google-fakt.Każde większe miasto w Polsce ma ten sam problem, bo taki jest system finansowania samorządów, taki jest wzrost kosztów usług, a inflacja nie pyta o pozwolenie. Poza tym Ty, Łukasz, naprawdę nie jesteś osobą, która powinna pouczać kogokolwiek o finansach.230 milionów długu wobec własnego ojca – przypomnijmy, to nie legenda miejska, to oficjalna informacja – nie pozwala Ci prezentować się jako Szekspir polskiej księgowości. Łukasz Gibała i jego dług Biznesowa kariera?Mówmy uprzejmie: nie wydarzyła się, mimo startu w życie, jakiego 99% ludzi może Ci tylko pozazdrościć. PodsumowanieMoglibyśmy się pastwić dalej, ale… ta wypowiedź naprawdę komentuje się sama. Powtórzenia, brak nowych treści, lament w pętli i dramatyzm na potrzeby Facebooka. ZOBACZ TAKŻE: Filozof od finansów, czyli kazania Gibały na temat miejskiego budżetu Cała ta dwuminutowa tyrada jest jak skecz: Gibała cytuje Starobrata, Gibała powtarza, że Starobrat to powiedział, po czym powtarza to, co Starobrat powiedział, a potem powtarza, że powtórzył. I to wszystko w poważnym tonie człowieka, który właśnie odkrył spisek budżetowy. Cóż.W krakowskim cyrku każdy ma swoją rolę. Clowna też ktoś musi zagrać. Niestety, nie znam Łukasza Gibały prywatnie, więc nie potrafię stwierdzić, czy na co dzień zrzuca kostium.

Więcej…

Hot dogi niszczą sacrum stadionu Cracovii

Hot dogi niszczą sacrum stadionu Cracovii

02 grudnia 2025 | 17:43

W Krakowie istnieje pewna szczególna zależność: im bardziej błaha rzecz, tym większa drama. W mieście, które potrafi obojętnie przejść obok walących się kamienic, zdewastowanych chodników i planów budowy kolejnego biurowca wyglądającego jak pudełko po czajniku, nagle wybucha emocjonalna superbomba. Wystarczy iskra. A teraz tą iskrą okazała się… Żabka przy stadionie Cracovii. Tak, sklep. Spożywczak. Lokal z kanapkami, hot dogami i lodami Ekipy. W mieście przerabiającym architektoniczne koszmary jak na taśmie produkcyjnej, otwarcie Żabki urosło do rangi katastrofy narodowej. Kraków, który z kamienną twarzą znosił wszystkie swoje inwestycyjne potworki, nagle dostał tików nerwowych, spazmów i moralnego oburzenia, bo przy stadionie Cracovii stanie sobie… Żabka. I co gorsza – wygląda jak Żabka. Herezja w zielonym Od razu posypały się komentarze o „oszpeceniu”, „niszczeniu przestrzeni” i „komercjalizacji sacrum stadionowego”. Jakby ktoś na elewacji Stadionu Cracovii umieścił neon z Las Vegas, a nie zwyczajny szyld sklepu, który każdy Krakus widzi średnio pięć razy dziennie między domem a przystankiem. Afera się rozkręciła, bo Żabka – o zgrozo – postanowiła być zielona. Czyli dokładnie taka, jak wszystkie Żabki od czasu prehistorycznych początków tej sieci. CZYTAJ TAKŻE: Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie W Krakowie, mieście legend, tradycji i tysiąca lat historii, najwyraźniej nie przewidziano, że sklep będzie miał… kolor sklepu. Niektórzy chyba oczekiwali, że zostanie pomalowany w biało-czerwone paski, a na wejściu witać będzie macierzysty duch Józefa Kałuży, błogosławiący klientów kupujących hot doga na małą przerwę. Widok na stadion z Błoń / fot. Mateusz Giełczyński, wikimedia Stadion czy galeria? Najbardziej komiczne jest oczywiście to, gdzie ta Żabka powstała. Nie w historycznym centrum, nie na Rynku, nie na Kanoniczej, nie na terenie wykopalisk gdzie archeolodzy drapią się po głowie nad każdą skorupą sprzed czterystu lat. Ona stoi przy stadionie, który od początku wyglądał jak wielki obiekt handlowy z trybunami. W miejscu, gdzie architektura nigdy nie miała ambicji zostania arcydziełem, a estetyka od lat balansuje między „nowoczesna bryła” a „galeria handlowa, tylko bez logotypów”. Ale fakt powstania Żabki wywołał reakcję jak po ogłoszeniu, że na płycie stadionu powstanie osiedle deweloperskie, a murawa będzie miejscem na plenerowe targi kasz. Carrefour w Sukiennicach Dawniej w Krakowie też bywało wesoło. Pamiętam, jak w październiku 2012 roku w samym sercu Rynku, w zabytkowych arkadach Sukiennic, otwarto Carrefour Express. Lokal miał 27 metrów kwadratowych, w podcieniach od strony pomnika Mickiewicza. Wszystko niby zgodnie z planem, wszak Sukiennice od wieków służyły handlowi. CZYTAJ TAKŻE: Miszalski w akcji. Decyzje, które bardziej śmieszą niż pomagają [RANKING] Ale w Krakowie nic nie jest proste. Urzędnicy i konserwatorzy uznali: „sieciówka w zabytku? Niewłaściwe!”. W ciągu kilku zaledwie kilku dni umowę wypowiedziano. Jeszcze raz: Sukiennice, miejsce handlowe od setek lat, nagle stały się zbyt „święte” na batoniki, napoje i hot dogi. Krakowska moralność I cóż z tego wszystkiego wynika? Że w Krakowie można wybudować wszystko, ale postawić Żabkę przy stadionie albo Carrefour Express w Sukiennicach, to mamy narodową tragedię, lamenty, wypowiedzi dyrektorów i burzę w mediach. Bo w Krakowie handel w zabytku albo przy świętym klubie to nie tylko sprzedaż batonów, to atest moralności, estetyki i historii. Sukiennice od wieków służyły handlowi, a stadion istnieje, żeby sprzedawać bilety i kiełbaski. Ale dla krakowskiej wrażliwości każda sieciówka jest bluźnierstwem. W Krakowie nic nie jest za duże ani za małe, żeby nie wywołało afery. Zielone szyldy, limonkowe loga, batoniki w podcieniach Sukiennic...

Więcej…

Wiejscy krzykacze. Jak anonimowość metropolii wzmacnia głos

Wiejscy krzykacze. Jak anonimowość metropolii wzmacnia głos

01 grudnia 2025 | 16:26

W Krakowie nawet gdyby magistrat ogłosił, że funduje każdemu mieszkańcowi darmowy tydzień w sanatorium w Krynicy, połowa miasta uznałaby to za spisek, a druga połowa za prowokację. Nawet gdyby Aleksander Miszalski zapewnił, że płaci za te wczasy z własnej kieszeni i jeszcze pokazał rachunki, i tak zrobiłby się chaos na pół miasta, bo ktoś musiałby być przeciw. Bo tu nic nie może po prostu być. Ostatnio Radio Kraków wrzuciło na Facebooka informację, że na Rynku pojawią się betonowe zapory i wzmożone patrole. I… oczywiście, że wywołało to burzę. „Krakowianie podzieleni” – grzmiało Radio Kraków. źródło: FB Radia Kraków Jedni łapali się za głowę, jakby chciano im odebrać klucze do Wawelu, drudzy twierdzili, że to kropla w morzu i najlepiej byłoby otoczyć cały Rynek fosą, mostem zwodzonym, strażnikami uzbrojonymi w paralizatory oraz strażniczką do kontroli nastroju turystów. Jak komuś mogą przeszkadzać wzmożone patrole i większa uwaga służb? – zapytacie. Mogą. I oczywiście przeszkadzają. Bo tu przeszkadza wszystko. Hałas przeszkadza. Cisza przeszkadza. Tłum przeszkadza, ale jak go nie ma, to też źle, bo „umarł klimat”. Blokady przeszkadzają, ale jak ich nie ma, zaraz ktoś powie, że „miasto nic nie robi, by zwiększyć bezpieczeństwo”. ZOBACZ TAKŻE: Wantuch miażdży hipokryzję. "Wszyscy wiedzą, że S7 pojedzie przez Kraków, ale wolą kłamać" Kraków jest jak wielka, kamienna maszyna do dzielenia ludzi. Wrzucasz tam jakiekolwiek wydarzenie, jakąkolwiek decyzję – hop! – i już masz dwie frakcje, trzy petycje i siedem komentarzy w stylu „za moich czasów…”. I naprawdę nie ma od tego ucieczki. Jak nie debata o zaporach, to kłócimy się o to, czy gołębie są symbolem miasta, czy bioterroryzmem na piórach, albo czy obwarzanki powinny być podawane z makiem czy solą. A żeby było jeszcze zabawniej, większość tych krzyków pochodzi od wieśniaków, którzy przybyli do Krakowa z okolicznych wsi i dają sobie prawo do marudzenia, próbując urabiać miasto po swojemu. Gdyby spróbowali krzyczeć tak w tych swoich wsiach, to najpierw sołtys by się uśmiał, a później cała reszta patrzyłaby na nich jak na błaznów.  A tu – w anonimowości metropolii – mogą krzyczeć, protestować, wyrzucać z siebie durnowate pomysły i udawać, że świat ich słucha. ZOBACZ TAKŻE: Sąd zajmie się sprawą ataku w urzędzie. "Posunęli się za daleko" [WYWIAD] A cała reszta? Milczy, patrzy i czeka, aż kolejny „wiejski krzykacz” odkryje, że w Krakowie nie ma bata na głupotę. I że im większy krzyk, tym większa satysfakcja.

Więcej…

Referendalna hucpa Gibały, sfałszowane podpisy i kompromitacja prokuratury

Referendalna hucpa Gibały, sfałszowane podpisy i kompromitacja prokuratury

28 listopada 2025 | 17:57

Krakowska afera referendalna Łukasza Gibały to nie wpadka, lecz podręcznikowy przykład, jak rozmontowuje się zaufanie do demokratycznych procedur. Dziesiątki tysięcy wadliwych podpisów, niemal dekada śledztwa i finał, który prokuratura zamyka magiczną formułką „znikoma szkodliwość”. Jeśli to ma być standard państwa prawa, to trudno się dziwić, że obywatele coraz częściej patrzą władzy – i samozwańczym społecznym aktywistom – na ręce. – Kiedy w 2016 roku nieistniejące już stowarzyszenie Łukasza Gibały „Logiczna Alternatywa” ruszało z akcją odwołania ówczesnego prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego. Miało to być wielkim aktem obywatelskiej mobilizacji. Skończyło się jednak na spektakularnym organizacyjnym potknięciu, klapie i kompromitacji – przypomina poseł Dominik Jaśkowiec w swoim felietonie dla Kuriera Krakowskiego. Jak się okazało, znaczna część zebranych przez Gibałę podpisów była... sfałszowana. – W końcu – po niemal dziewięciu latach (!) – prokuratura postanowiła całą sprawę umorzyć. Powód? Znikoma społeczna szkodliwość czynu. Co oznacza decyzja prokuratury? Przyzwolenie na fałszerstwa wyborcze? Są one jak rozumiem czynem nieszkodliwym, jak przysłowiowe rozlanie herbaty na obrus. A że było tego kilkadziesiąt tysięcy? Cóż, szczegół – pisze poseł Jaśkowiec. Poseł Dominik Jaśkowiec – Co więcej, prokuratura uznała, że zatrudnienie biegłego grafologa byłoby stratą czasu. Cytuję: „Opinia grafologiczna trwałaby 21 lat i kosztowała 2 mln zł”. Taka decyzja prokuratury jest tym bardziej niezrozumiała, że w toku śledztwa pięć osób zaangażowanych w zbiórkę podpisów usłyszało zarzuty ich fałszowania! –  czytamy na stronie Kuriera Krakowskiego. Polityk ostrzega przed rozdawaniem swoich podpisów przypadkowym ludziom spotkanym na ulicy. – Obserwując dzisiejszą aktywność ekipy Łukasza Gibały zbierających na ulicach nasze dane osobowe przy okazji różnego rodzaju petycji, akcji społecznych, aktywności w budżecie obywatelskim, możemy mieć uzasadnione wątpliwości co się z nimi stanie? Do czego wbrew naszej woli zostaną wykorzystane? – pyta retorycznie. Cały felieton znajdziecie tutaj: Dominik Jaśkowiec: Krakowski thriller. Dziewięć lat śledztwa i finał, który szokuje [FELIETON]    

Więcej…

Miszalski w akcji. Decyzje, które bardziej śmieszą niż pomagają [RANKING]

Miszalski w akcji. Decyzje, które bardziej śmieszą niż pomagają [RANKING]

26 listopada 2025 | 08:51

Też macie wrażenie, że w Krakowie – zamiast realnych, stanowczych i zdecydowanych działań – dostajecie pijarową papkę? No właśnie. Od pierwszego dnia urzędowania prezydent Aleksander Miszalski serwuje nam decyzje, które wyglądają raczej jak konkurencja w kategorii „Najbardziej PR-owa Zmiana Roku” niż jako realne reformy, które miałyby szansę poprawić codzienne życie krakowian. Skoro jednak spektakl trwa, a bilety są bezzwrotne, siadamy w pierwszym rzędzie, bierzemy popcorny i przedstawiamy nasz subiektywny ranking posunięć, które wstrząsnęły Krakowem niczym żuk gnojnik świeżo usypanym kretowiskiem. 1. Pożegnanie z Lexusem, czyli „luksus won!” Jedna z pierwszych decyzji: sprzedać służbowego Lexusa po poprzedniku, bo „kojarzy się z luksusem”. Kraków odetchnął. Koniec moralnego zgorszenia związanego z podgrzewanymi fotelami, sprawnymi hamulcami i imitacją skóry na podłokietniku.  Tylko… to ruch czysto wizerunkowy. Bo choć prezydent kocha rower – i super – to: rano Balice, po południu Swoszowice, a wieczorem Nowa Huta. I co? Hulajnogą? No bez żartów. Ale PR-owo – złoto. Zdjęcia prezydenta na rowerze? Jeszcze więcej złota. 2. Likwidacja parkingu przed magistratem Hasło brzmiało dumnie: „Koniec z samochodami pod oknami urzędu! Stawiamy na zieleń!” Rzeczywistość? Parking zostanie zamieniony w… parking bez samochodów. Z donicami. Z symbolicznymi krzaczkami. Z odrobiną zieleni „na pokaz”. Efekt społeczny? Zachwyt kilku najbardziej zaangażowanych aktywistów. Frustracja radnych, którym miasto i tak zapewne zapłaci za parking prywatny. Pytania ważnych osobistości, czy do prezydenta to mają dojechać tramwajem i ewentualnie którą linią. Ale PR? Sztos. Wizualizacje piękne. A internet pełen zachwytów. ZOBACZ TAKŻE: Zielony absurd przed magistratem. Zasadzą drzewa, wykopią zdrowy rozsądek 3. Fajerwerki? W Krakowie? A skąd! Zakaz fajerwerków w Krakowie. Brzmi pięknie. Odpowiedzialnie. Proekologicznie. A teraz realia. Po pierwsze, lekka hipokryzja, bo miasto od dekad robiło pokazy pirotechniczne, na które przychodziły setki tysięcy mieszkańców i turystów. Po drugie, to będzie martwe prawo, bo kto ten zakaz wyegzekwuje? Straż Miejska na patrolu antypetardowym? No ale psy i koty są szczęśliwe, więc nie ma co przytaczać innych argumentów. ZOBACZ TAKŻE: Branża pirotechniczna wściekła. "Hipokryzja na pełną skalę" [WYWIAD] 4. Odpisywanie na każdy komentarz, czyli „Prezydent 24/7” Miszalski w trybie social-media-ninja: Grażyna: „Ładny dzień!”Prezydent: „Pozdrawiam, pani Grażynko!” Dżesika: „A tramwaje?”Prezydent: „Już tłumaczę, Dżesiko!” Janusz wrzuca emotki.Prezydent: „Serdeczności, panie Januszu!” Dzieci kiedyś pisały listy do Mikołaja. Dziś wystarczy komentarz i odpisuje sam prezydent. Najważniejsza osoba w mieście. Lol, iksde. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik 5. Wielka Rewia Flag Nowe zasady: więcej flag Krakowa, więcej Polski, więcej Unii. Zdecydowanie więcej.  Praktyczne znaczenie? Mniej więcej takie, jak kupienie dziewczynie zakochanej w balecie… karabinu AK. Niby prezent, niby gest, niby coś tam znaczy, ale każdy czuje, że coś jest tu dziwnie. No i zasadnicze pytanie: po co? 6. Pakt dla krakowskich osiedli Hasło brzmi jak rewolucja! „Nowy pakt!”, „Nowe priorytety!”, „Więcej inwestycji w dzielnicach!”. Problem? Takie środki były w budżecie odkąd istnieją dzielnice. Od lat. Bez wyjątku. Różnica? Teraz ma to nazwę, logo i prezentację z muzyką w tle. 7. Partycypacja na sterydach W Krakowie konsultuje się już wszystko. Absolutnie wszystko. Za chwilę będziemy głosować nad kolorem prezydenckiego krawata, który powinien włożyć na konferencje prasową lub otwarcie kanału. Efekt? W konsultacjach biorą udział te same cztery osoby, czyli lokalny kwartet patoaktywistów, który opiniuje wszystko z zapałem godnym komisji sejmowej. A realne decyzje? Zawieszone gdzieś między ankietą, formularzem i badaniem satysfakcji. ZOBACZ TAKŻE: Konsultacje o konsultacjach, czyli jak Kraków gada sam ze sobą 8. Referenda dzielnicowe, czyli „zapytamy was o wszystko, by nic nie zdecydować samemu” Nowy krakowski wynalazek: referenda w dzielnicach. Brzmi jak demokracja deluxe. W praktyce: wersja XXL punktu 7. Każda sprawa, nawet najmniejsza, ma być przedmiotem głosowania. Ba, referendum! Efekt? decyzje rozmyte, odpowiedzialność też, mieszkańcy pogubieni. Ale za to potem można powiedzieć: „To nie my. To mieszkańcy tak chcieli!” Czyli wszyscy. Czyli nikt. ZOBACZ TAKŻE: Kraków - miasto, które się boi własnych pomysłów. Metro jak igrzyska

Więcej…

Kraków po północy, czyli jak brzmi buractwo

Kraków po północy, czyli jak brzmi buractwo

18 listopada 2025 | 08:39

Kraków śpi źle. Nie przez sumienie, tylko przez Anglika z kuflem, studenta z głośnikiem i turystkę w cekinach. I choć władze powołały już nawet burmistrza nocnego, prawda jest brutalna: z hałasem nie da się wygrać. Można go tylko przebić większym absurdem. Znowu ta sama dyskusja. Wraca jak bumerang co parę miesięcy, zwykle wtedy, gdy komuś w magistracie lub opozycji przypomni się, że oprócz turystów ktoś w tym centrum jednak mieszka. I że ci ludzie – o zgrozo! – chcieliby czasem spać. Każda epoka ma swoich bohaterów, a nasza najwyraźniej potrzebuje urzędnika od ciszy nocnej. I znowu zaczyna się lament: za głośno, za pijani, za tłumnie. A potem kontratak: że przecież Kraków żyje z turystyki, że trzeba rozumieć, że młodzi, że imprezy, że atmosfera. I tak w kółko, od lat. Jak tramwaj na pętli przy Cmentarzu Rakowickim. Nowy prezydent postanowił nawet działać. Spełnił obietnicę wyborczą i powołał burmistrza nocnego. Brzmi jak przełom, choć tak naprawdę przedłużenie godzin otwarcia toalet dałoby się zrobić bez tworzenia nowego etatu. Ale cóż, każda epoka ma swoich bohaterów, a nasza najwyraźniej potrzebuje urzędnika od ciszy nocnej. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zmienia się w poligon. Miastem zaczną rządzić patoaktywiści i krzykacze Wymyślono więc, że z hałasem da się walczyć urzędowo. Takie lekarstwo na kaca przed imprezą. Burmistrz miał – a może nadal ma – „zadbać o równowagę między życiem nocnym a komfortem mieszkańców”. Czyli, w teorii, między dźwiękiem przewracanego kufla a snem dziecka z trzeciego piętra. Pracuje już chyba ponad rok, a ludzie jak darli mordę, tak drą nadal. Bo jak tu realnie walczyć z hałasem? Będzie ten burmistrz chodził po Rynku z decybelomierzem i mówił: „Przepraszam, proszę ciszej śpiewać Don't Stop Me Now, mieszkańcy śpią”? Bo gdzie są ludzie, tam jest buractwo. Jedni je hodują, drudzy znoszą. Nie da się wytępić hałasu z miasta, w którym co wieczór przewala się kilka tysięcy ludzi, którzy przyjechali właśnie po to, żeby się drzeć. Nikt nie jedzie do Krakowa, żeby o północy kontemplować Wawel w ciszy. Przyjeżdżają po tanie piwo, szybkie dziewczyny i wolność od wstydu. I dostają to z dokładką. To nie jest problem Krakowa. To jest problem człowieka w stanie weekendowym. Tego samego, który w Biedronce komentuje głośno tyłek ekspedientki, w samolocie otwiera piwo przed startem, a w sobotę o drugiej w nocy śpiewa „Sto lat” pod cudzym oknem. Nie pomoże burmistrz, nie pomoże straż miejska, nie pomoże nawet święcona woda z mariackiego kościoła. Bo gdzie są ludzie, tam jest buractwo. Jedni je hodują, drudzy znoszą. Nie udawajmy też świętych. Sam kiedyś byłem studentem. Wracałem z Rynku o czwartej nad ranem, a że droga do domu prowadziła akurat ulicą Kopernika, to wydzierałem się tam pod oknami, wtedy jeszcze szpitala. Czy się tego wstydzę? Z perspektywy czasu – tak. Czy wstydziłem się wtedy? Ani trochę. Gdyby ktoś mi powiedział, żebym był ciszej, to może bym się zamknął. Na pięć minut. Jak kierowca, który zwalnia przed fotoradarem, żeby zaraz potem znowu docisnąć. ZOBACZ TAKŻE: Polowanie na prywatne konta. Obrzydliwe praktyki hejterów Władze mówią: trzeba rozmawiać z lokalami, trzeba edukować. Okej. Tylko że lokal chce zarobić, turysta chce wypić, a mieszkaniec chce spać. Spróbuj to pogodzić. I tu pojawia się pomysł, który wraca co chwilę - opłata turystyczna. Miasto od lat próbuje ją wprowadzić jako formę rekompensaty za intensywne korzystanie z przestrzeni i infrastruktury. W 2024 roku Kraków odwiedziło prawie 15 milionów osób, z czego prawie osiem milionów zostało na noc. Przy stawce czterech złotych za noc, czyli symbolicznego euro, wpływy mogłyby sięgnąć nawet stu milionów złotych rocznie – pieniędzy, które mogłyby wrócić do mieszkańców pod postacią czystszych ulic lub... mocniejszych szyb w oknach. Centrum Krakowa to nie dziedziniec klasztoru. To otwarty bar. A każdy bar ma swój zapach, swój dźwięk i swoje buractwo. Problem w tym, że w Polsce wciąż nie ma przepisów pozwalających na wprowadzenie takiej opłaty w miastach. Kraków wraz z innymi metropoliami od lat apeluje do rządu o zmianę prawa. Argument jest prosty: skoro turystyka daje zarobić hotelarzom i restauratorom, niech chociaż trochę odda tym, którzy muszą potem wdychać sobotni smog z kebaba i słuchać „Sweet Caroline” o trzeciej w nocy. Bo w końcu każdy, kto tu przyjeżdża, zostawia po sobie ślad. I nie tylko jest to ślad szminki na kuflu od piwa. ZOBACZ TAKŻE: Co powstanie w miejsce Krokusa? [WYWIAD] Nie ma środka na hałas. Tak jak nie ma środka na głupotę. Można karać, prosić, pisać petycje. A i tak w piątek o 2:47 z ulicy usłyszysz: „Ooooo, jeszcze po jednym!” Można więc tylko pogodzić się z losem. Centrum Krakowa to nie dziedziniec klasztoru. To otwarty bar. A każdy bar ma swój zapach, swój dźwięk i swoje buractwo. Chcesz ciszy? Przeprowadź się do lasu. Ale licz się z tym, że i tam kiedyś ktoś przyjedzie z głośnikiem i odpali Zenka.

Więcej…

Oto zwycięzca w kategorii: Dzban Roku! Najpierw IKEA, a teraz TO

Oto zwycięzca w kategorii: Dzban Roku! Najpierw IKEA, a teraz TO

14 listopada 2025 | 16:37

Są takie chwile w życiu, kiedy człowiek patrzy na otaczającą go rzeczywistość i myśli: "Nie, tego się nie da przebić". A jednak zawsze znajdzie się ktoś, kto udowodni, że można. I tak oto mamy zwycięzcę w kategorii "Dzban Roku". I to nie byle jakiego! Zwycięzcę absolutnego, który postanowił zająć wszystkie trzy miejsca na podium. Złoto, srebro i brąz lecą do jednego zawodnika. Wyobraźmy sobie prostą sytuację: Masz w domu sprzęt, który już ledwo zipie. Ty wymieniasz go na nowy. Stary nadaje się co najwyżej do remontu, ale sąsiad mówi: "Daj, naprawię i będzie mi służyć". No to dajesz. Normalna, ludzka rzecz. Lepsze to, niż wyrzucić na śmietnik. I dokładnie tak było z krakowskimi autobusami. Wycofane z użytku, nienadające się już do regularnych kursów w mieście. Ale po remoncie mogą nadal jeździć gdzie indziej. Kraków więc je przekazał Ukrainie, gdzie mogą realnie pomagać ludziom. Logiczne, sensowne, prospołeczne. A wtedy na scenę wchodzi on – krakowski poseł Konfederacji Konrad Berkowicz.  Pisze, że władze Krakowa “po swojemu” uczciły niepodległość, oddając autobusy Ukrainie. Że nikt nie pytał mieszkańców o zdanie. Że to niby “interes Ukrainy”, a nie Krakowa. źródło: X I tutaj zaczyna się prawdziwa groteska. Bo co niby mieli zrobić urzędnicy? Zorganizować referendum w sprawie wywożenia na złom? Może jeszcze ankieta obywatelska w sprawie starych opon i przepalonych żarówek z autobusów? Najzabawniejsze (albo najsmutniejsze) jest jednak to, że ten gest solidarności – zwykły, praktyczny i ludzki – został przedstawiony jako coś podejrzanego. Jakby przekazanie starych autobusów, które i tak przestałyby jeździć, było jakimś wymierzonym w mieszkańców spiskiem na miarę political fiction. Jakby oddanie starych autobusów było jakimś przestępstwem, niczym kradzież patelni z IKEA. I w tym momencie pojawia się pytanie: czy naprawdę trzeba tak bardzo naciągać rzeczywistość, żeby zaistnieć w głowach potencjalnych wyborców? Bo można się spierać o politykę miejską, o wydatki, o priorytety. Ale robić aferę z tego, że coś, co miało trafić na złom, trafiło tam, gdzie może jeszcze komuś posłużyć to już jest sztuka. I to wysokich lotów. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że Berkowicz i całe jego środowisko – z Gibałą na czele – mają jeden cel: odwołać Miszalskiego. I choć powodów do krytyki jego urzędowania nie brakuje, można wskazać konkretne błędy, których jest tak dużo, że włos na głowie staje dęba, to oni wolą strzelać na oślep jakimiś absurdalnymi argumentami. Przypomina to wyścig dzbanów, w którym liczy się tylko hałas.

Więcej…

Światło oświecenia z „Dzień Dobry TVN”. De Niro w roli zasłony dymnej

Światło oświecenia z „Dzień Dobry TVN”. De Niro w roli zasłony dymnej

13 listopada 2025 | 09:52

Składam samokrytykę. Nie dostrzegłem bowiem walorów nowej inwestycji przy Błoniach, powstającej w miejsce biurowca Miastoprojektu. Poszedłem na lep krzyczącej gawiedzi i uznałem, że chodzi o zniszczenie omalże zabytkowej substancji, o zamknięcie jednej z dwóch dróg przed hotelem, czy też wreszcie o likwidację miejsc parkingowych. Właściwe proporcje przywróciły mi dopiero „Dzień dobry TVN” i  była radna dzielnicy I, aktorka, Alina Kamińska. Do tej pory w medialnym szumie przebijały się jedynie wątki dotyczące protestów mieszkańców w sprawie miejsc parkingowych, czy układu komunikacyjnego wokół hotelu  – jak czytałem – znanego hollywoodzkiego aktora Roberta de Niro. Uważałem, jak wielu moich znajomych, że to znów przykład „not in my backyard”, czyli protestów grupki niezadowolonych najbliższych sąsiadów, no, ale jak to jest w Krakowie w szczególności – każda inwestycja musi być przez lokalsów oprotestowana. ZOBACZ TAKŻE: Przescrollowane. Protestujesz przeciwko S7? Nie wyjdź na frajera! I gdyby nie przyjazd do Krakowa Roberta de Niro, materiał filmowy z wizyty na wyłączność w „Dzień dobry TVN” i słowa krakowskiej aktorki i radnej dzielnicowej Aliny Kamińskiej – nie wiedziałbym jak bardzo się mylę. Otóż SAO Investments (to sprzed ich inwestycji na Królowej Jadwigi wyparował niezamieszkały dom; to ich dziełem jest ciemnoszara kamienica na końcu ulicy Piłsudskiego) nie buduje tylko hotelu. Tam powstaje Nobu Cultural District – innowacyjna przestrzeń kulturalna w sercu Krakowa. Jak wyjaśnił w materiale projektant, jest to innowacyjny obiekt, który prawie  60 proc. przestrzeni ma dedykowane kulturze. A Robert de Niro przyjechał do Krakowa, by odsłonić obraz swego ojca, który stanie się początkiem nowej galerii w sercu Krakowa. Co jeszcze powstanie obok Błoń? Miejsce, które ma powstać, to znacznie więcej niż hotel. To teatr, sala koncertowa, kino i inspirowane twórczością De Niro klub jazzowy, wspomniana galeria sztuki, biblioteka i przestrzeń dla młodych innowatorów z krakowskich uczelni. Robert De Niro będzie ogromną siłą tego projektu. Ze swoim autorytetem, ze swoją rozpoznawalnością będzie tak naprawdę podstawą tego, żeby ten projekt wyszedł szeroko w świat  – uświadomiła mnie i całą Polskę w materiale wspomniana Alina Kamińska. No więc to nie tylko hotel. Bo pani Alina wie, że hotele w Krakowie są złem. Alina Kamińska, jako była radna dzielnicowa np. podczas sesji Rady Miasta Krakowa w maju 2023 roku tak wypowiadała się o swojej dzielnicy: Teraz to bym chętnie uciekła, bo to nie jest miejsce do mieszkania dla ludzi w moim wieku. Nie jestem stara tylko dojrzała, a Kazimierz to świat młodych, knajpa knajpą pogania, więcej, więcej, hotel, hostel, więcej, więcej. (…) Z jednej strony dużo się tu dzieje, ale nikt nie patrzy na nas, zwykłych obywateli, mieszkańców tej dzielnicy. Również w gazecie Wyborczej ta sama Alina Kamińska grzmiała: Plany sprzedaży kamienicy są niepokojące także dlatego, że doświadczenie pokazuje, iż w takim miejscu najprawdopodobniej szybko powstanie kolejny hotel, pogłębiając problemy monofunkcyjności centrum Krakowa. Należy zatem postawić podstawowe pytanie: Czy priorytetem powinno być dobro mieszkańców i rozwój społeczny gminy, czy stawiamy przede wszystkim na turystykę? No ale przypomnijmy, nazwisko de Niro gwarantuje, że swoim autorytetem, ze swoją rozpoznawalnością będzie tak naprawdę podstawą tego, żeby ten projekt wyszedł szeroko w świat. I to nie tylko hotel, bo hotele są złe, a to cultural district.

Więcej…

Krakowska szkoła bezpieczeństwa. Pomalować znak i udawać, że działa

Krakowska szkoła bezpieczeństwa. Pomalować znak i udawać, że działa

12 listopada 2025 | 09:45

W Krakowie odkryto prosty sposób na poprawę bezpieczeństwa – zmienić cyfrę na znaku. Bo przecież jak na Bora-Komorowskiego ludzie jeżdżą za szybko, to wystarczy napisać, by jeździli wolniej. Osiemdziesiąt nie działa? To może siedemdziesiąt. A jak dalej będzie źle – pięćdziesiąt! A jeśli wciąż za szybko, wprowadzimy strefę zamieszkania. To trochę jak leczenie grypy zmianą czcionki w ulotce leku albo jak gaszenie pożaru latarką. Tak przynajmniej wynika z doniesień LoveKraków.pl, które opisują inicjatywę radnego Piotra Moskały. Radny tłumaczy: Obecnie obowiązuje tam ograniczenie do 80 km/h, jednak w praktyce przepisy te są nagminnie łamane. Jest to jeden z najdłuższych prostych odcinków drogowych w mieście, co sprzyja rozwijaniu nadmiernych prędkości. No więc jeśli 80 km/h jest nagminnie łamane, to może… 80 jest w sam raz? Bo gdyby kierowcy się do tego stosowali, problem by nie istniał. A skoro i tak łamią, to znaczy jedno – że mają gdzieś przepisy. I będą mieć nadal, niezależnie od tego, co stoi na znaku. Oczywiście można wymieniać tabliczki i obiecywać zmiany. Tylko że w Krakowie kierowcy nie jadą według tego, co jest napisane na znaku, tylko według tego, co grozi za jego zignorowanie. A skoro nie grozi nic, to jadą, jak chcą. Jakby Bora-Komorowskiego było ostatnią prostą wyścigu Formuły 1. Nie trzeba być geniuszem ruchu drogowego, żeby zrozumieć: prawo działa tylko wtedy, gdy jest egzekwowane. A jest? W całym mieście radary działają głównie na przyjezdnych, bo lokalsi już dawno nauczyli się ich rozmieszczenia na pamięć. Policji drogowej na ulicach tyle, co parówek w pudełku po ciastkach. Mandaty? Zjawisko tak rzadkie, że kiedy ktoś naprawdę dostanie, robi o tym relację na Instagramie z hasztagiem #CudaSięZdarzają. ZOBACZ TAKŻE: Co powstanie w miejsce Krokusa? [WYWIAD] I tu dochodzimy do puenty, którą LoveKraków.pl dorzuca jak łyżkę dziegciu do beczki iluzji. Wiceprezydent Stanisław Kracik wykluczył z przyczyn prawnych użycie radarów, tłumacząc, że są „małe szanse na karanie kierowców w oparciu o dane z urządzenia”. Pięknie, prawda? Czyli nie możemy karać, bo prawo nie pozwala. Lepiej więc zmienić znak. To tak, jakby lekarz powiedział: Nie możemy leczyć pacjenta, bo stetoskop jest niezgodny z ustawą o wyrobach medycznych, ale damy mu plasterek z „Królową Lodu”, podmuchamy trochę po bolącym miejscu i powiemy, że do wesela się zagoi. Więc mamy groteskę idealną: kierowcy łamią ograniczenia, bo nie ma kar. Służby nie mogą karać, bo nie ma radarów. Radary nie mogą działać, bo prawo nie pozwala. I co robimy? Wymieniamy tabliczkę. Polska szkoła myślenia: jak coś nie działa, trzeba to pomalować, jakby samo malowanie miało magiczną moc. A może by tak, zamiast kolejnych cyfr na słupie, spróbować czegoś skutecznego? Jeśli nie można karać przez radar, to może przez drony albo patrole w nieoznakowanych lub oznakowanych radiowozach? Oczywiście można też od razu postawić figurkę św. Krzysztofa z tabliczką „On widzi wszystko”. ZOBACZ TAKŻE: Krakowie, przestań udawać. Patriotyzm nie polega na darciu mordy Kraków jest mistrzem pozorów. Zmieniamy ograniczenia, budujemy iluzję troski i udajemy, że problem zniknie, jeśli zrobimy coś symbolicznego. To tak, jakby sprzątanie pokoju ograniczyć do zamiecenia i wsunięcia wszystkiego pod dywan. Działa, dopóki się nie potkniesz o wybrzuszenia. Symboliczne działania nie ratują życia. Ratuje je strach przed mandatem, nieuchronność kary, a tego w Krakowie już dawno nikt nie czuje. Bo w tym mieście większe są szanse na spotkanie smoka wawelskiego niż patrolu drogówki. Więcej bezpieczeństwa poczujesz w sali z komiksami o superbohaterach niż na Bora-Komorowskiego, gdy akurat nie ma korka. Więc tak – inicjatywa radnego Moskały może być szczera, nawet sensowna w założeniu. Ale w praktyce? To tylko kolejny listek figowy przyklejony taśmą dwustronną do betonu bezradności. Dopóki kara nie będzie nieuchronna, każdy nowy znak jest tylko dekoracją.

Więcej…

Krakowie, przestań udawać. Patriotyzm nie polega na darciu mordy

Krakowie, przestań udawać. Patriotyzm nie polega na darciu mordy

11 listopada 2025 | 12:20

Jeśli krakowski patriotyzm dalej ma polegać na krzyczeniu o Polsce przy jednoczesnym traktowaniu ludzi jak śmieci, to może pora przestać udawać: nie brakuje nam symboli, tylko kultury. I niepodległość nijak się nie liczy, jeśli jesteśmy zniewoleni własnym chamstwem. Kraków potrafi pięknie opowiadać o historii, ale gdy przychodzi do życia tu i teraz, nagle wychodzi nam, że największym wrogiem ojczyzny nie jest żaden zewnętrzny najeźdźca, tylko własna codzienna bylejakość. I dopóki jej nie pokonamy, żadna flaga nie uratuje nam honoru. Co to dziś właściwie znaczy być patriotą? Nie, serio, bez koturnów, werbli i wzniosłych deklaracji na tle magistratu czy tam jakiegoś pomnika. Współczesny patriotyzm wygląda zupełnie inaczej niż w podręcznikach, choć czasem wciąż lubimy udawać, że jest jak na pocztówkach z 1918 roku: sztandar w dłoni, orzeł na piersi, wzrok w dal. Tymczasem prawdziwy test patriotyzmu odbywa się raczej… na przystanku pod Bagatelą, w kolejce do tramwaju, w internecie, a czasem w dyskusji o tym, czy „pół Krakowa stoi, bo znowu coś remontują”. Bo współczesny patriotyzm – przynajmniej taki, który ma sens – zaczyna się od braku hejtu. Tak, wiem, nie brzmi spektakularnie. Żadne dzieje narodu nie zostaną zapisane słowami: „I wtedy, 7 listopada, obywatel Kowalski powstrzymał się od wulgarnego komentarza na Facebooku”. A jednak to właśnie w tym drobnym geście jest dziś więcej troski o wspólnotę niż w machaniu flagą na autopilocie. Patriotyzm codzienny, czyli krakowska wersja minimalizmu W Krakowie współczesny patriota to ktoś, kto: Powstrzymuje się od pokazywania „faków” na drodze innym kierowcom, bo wie, że w Krakowie i tak wszyscy spotkają się chwilę później na tych samych światłach. Więc po co psuć sobie relacje sąsiedzkie na odległość jednego skrzyżowania? Nie wrzuca hejtu pod postami na Facebooku, nawet jeśli to kolejna informacja o remoncie ulicy, która była remontowana w zeszłym roku, a wcześniej w poprzednim. Bo rozumie, że Kraków bez remontów jest jak obwarzanek bez dziury. Czy to jeszcze obwarzanek? Segreguje śmieci naprawdę, bo wie, że wyrzucanie wszystkiego „do zmieszanych” to nie akt buntu wobec systemu, tylko szybka droga do tego, żeby miasto pachniało bardziej „nowocześnie”, niż byśmy chcieli. Nie udaje, że nie widzi starszej pani próbującej wsiąść do tramwaju, tylko po prostu jej pomaga. Zamiast hejtować turystów, pokazuje im, gdzie jest najlepsza zapiekanka na Kazimierzu, bo duma z miasta bierze się też ze świadomości, że warto je komuś polecić. Nie zajmuje pół chodnika, idąc w grupie trzyosobowej ramię w ramię, bo rozumie, że inni też chcą dotrzeć do celu, a nie odbywać slalom gigant między plecakami i zimowymi kurtkami. Odstawia hulajnogę tam, gdzie MA stać, a nie tam, gdzie AKURAT skończył mu się zasięg aplikacji, bo ceni patriotyzm pieszych, którzy też chcą przeżyć dzień bez parkouru. Nie komentuje każdej inwestycji słowami „za moich czasów było lepiej”, bo wie, że „jego czasy” obejmowały śmierdzący szynobus do Wieliczki i dwa krawężniki na krzyż. Więc może dać Krakowowi prawo do zmieniania się, nawet jeśli czasem zbyt ambitnie. To są te drobne, nieinstytucjonalne akty patriotyzmu. Małe cegiełki. Czy raczej drobne krakowskie kamyczki, z których układa się coś znacznie ważniejszego niż deklaracje składane raz w roku. Patriotyzm nie musi krzyczeć Współczesny patriotyzm wcale nie wymaga wielkich słów. Przeciwnie: imposybilizm tego miasta polega na tym, że najgłośniej krzyczą ci, którzy niewiele robią. A najwięcej robią ci, którzy milczą, ale za to potrafią być normalnymi, życzliwymi ludźmi. Bo tak naprawdę Kraków nie potrzebuje patriotów od manifestów – tylko od zdrowego rozsądku, empatii i poczucia, że jesteśmy tu razem. W jednym mieście, które próbuje jednocześnie żyć tradycją, turystami, kulturą, tramwajami, smogiem i niekończącymi się robotami drogowymi. No i jeszcze coś… Jest jeszcze jedna cecha współczesnego patrioty: cierpliwość. To wyjątkowo krakowska odmiana miłości do ojczyzny. Polega na tym, że gdy tramwaj znów utknie, a Google Maps pokaże, że przejazd przez centrum zajmie 47 minut, patriota nie wpada w szał – wie, że to po prostu rytm miasta. Taki trochę wolny, trochę krzywy, ale nie do podrobienia. W skrócie: być patriotą w Krakowie to nie nosić flagę przez cały rok, ale nie być niemiłym człowiekiem przez większość dnia. Może to brzmi banalnie, ale w czasach, gdy hejt stał się sportem masowym, to właśnie brak agresji jest najbardziej niedocenionym gestem miłości do miejsca, w którym się żyje. A Kraków – jak każde miasto z charakterem – odwdzięcza się tym samym. Choćby widokiem Wawelu o zachodzie, zapachem lip na Plantach, dźwiękiem hejnału o pełnej. I to chyba całkiem przyjemna nagroda za odrobinę współczesnego patriotyzmu.

Więcej…

Gdzie sens, gdzie logika? Protest, który trafił kulą w płot

Gdzie sens, gdzie logika? Protest, który trafił kulą w płot

07 listopada 2025 | 17:15

Kraków znowu stanął. Nie dlatego, że mgła, nie dlatego, że wypadek, nie dlatego, że kolejna dziura w jezdni otworzyła się jak brama do innego wymiaru. Nie. Tym razem zrobili to ludzie. Z pełną premedytacją, z transparentami, z hasłami… i z zerową refleksją, kogo właściwie chcą ukarać. „Nie dla S7!” – krzyczeli blokując kierowców na Zakopiance i w Wieliczce. Kierowców, którzy z S7 nie mają nic wspólnego. Którzy nie projektują, nie zatwierdzają i nie budują dróg. Którzy po prostu próbują wrócić po pracy do domu, do dzieci, do obiadu, do własnego życia, albo – o zgrozo! – wyjechać na weekend. I co dostali? Godzinę stania, bo ktoś wpadł na pomysł, że najlepszą metodą nacisku na państwowe instytucje jest… paraliż zwykłego człowieka. Jakby Generalna Dyrekcja miała swoje biuro w pasach na Zakopiance, a minister infrastruktury dojeżdżał do pracy autobusem przez Gaj. To jest właśnie ten polski sport narodowy: protestować tak, żeby utrudnić życie dokładnie tym, którzy o niczym nie decydują. Odbić złość nie w stronę decydentów, tylko najbliższego dostępnego celu – kierowców, którzy mają tyle wspólnego z wariantami S7, co golibroda z budową promu kosmicznego. Jeśli już chcemy walczyć o zmianę decyzji, to może warto ruszyć tam, gdzie decyzje faktycznie zapadają. Przed siedziby instytucji. Przed biura posłów. Przed gabinety urzędników. Tam, gdzie protest coś znaczy. A nie na środku drogi, gdzie jedyne, co osiąga, to kolejny kilometr korka i setki przeklinających ludzi, którzy stali się zakładnikami „obywatelskiej inicjatywy”. Sprawa S7 może być słuszna lub niesłuszna – to osobna dyskusja. Ale sposób protestu? To już czysta absurdologia stosowana. I w tym właśnie problem: logika poszła na urlop, a jej miejsce zajęło przekonanie, że każda forma sprzeciwu jest dobra, byle była głośna i widowiskowa. Tylko że widowisko to jedno. A odpowiedzialność – drugie. Protestować można. Protestować trzeba. Ale może z odrobiną myślenia o tym, kogo faktycznie chcemy przekonać. Czy blokowanie całej okolicy naprawdę sprawi, że decydenci nagle się przestraszą? Bo jeśli ktoś naprawdę wierzy, że minister, dyrektor czy urzędnik zobaczy korek w Gaju i z przerażenia przewróci się na biurko, to jest to czysta polityczna naiwność. Decyzji o S7 nie podejmują ludzie stojący w korku – podejmują je ci, których takie blokady nie dotyczą ani przez minutę. A im dłużej protestujący okładają kijem niewinnych kierowców zamiast uderzyć w źródło problemu, tym bardziej ich akcja wygląda jak desperacka demonstracja bez planu. Jeśli naprawdę chcą coś zmienić, muszą przestać paraliżować codzienność zwykłych ludzi i wreszcie zrobić to, co naprawdę wymaga odwagi: pójść pod drzwi tych, którzy mają władzę, a nie tych, którzy mają tylko pecha stać akurat w drodze do domu.

Więcej…

Zielony absurd przed magistratem. Zasadzą drzewa, wykopią zdrowy rozsądek

Zielony absurd przed magistratem. Zasadzą drzewa, wykopią zdrowy rozsądek

07 listopada 2025 | 10:15

No i proszę bardzo – kolejny triumf „zielonego myślenia” w Krakowie. Miasto ogłasza, że parking przed magistratem zamieni się w zieloną oazę. Ma być ładniej, bardziej ekologicznie, bardziej „dla ludzi”. Beton zniknie, w jego miejscu pojawią się drzewa, krzewy, ławeczki i odrobina miejskiego zen. Wreszcie, jak mawiają urzędnicy, „przestrzeń odzyska reprezentacyjny charakter”. Brzmi pięknie. Jak z katalogu IKEA (przeglądałem ostatnio i dumałem, z czego by tych Szwedów okraść, ale żadna patelnia z pokrywką mi nie pasowała). W ramach projektu odbetonują ponad 200 metrów kwadratowych nawierzchni, wsadzą trochę zieleni, może jakieś donice, i voilà – plac przed urzędem jak z europejskiej pocztówki. Koszt? Około 300 tysięcy złotych. Niby niedużo, ale przynajmniej na papier toaletowy do szkół by wystarczyło, a to teraz ponoć towar pierwszej potrzeby w szeroko pojętej krakowskiej edukacji.  No ale nie, teraz priorytetem jest „symboliczna przemiana”. Parking przed magistratem ma się stać wizytówką miasta. Bo przecież – jak od lat powtarzają patoaktywiści – władza powinna świecić przykładem i oddawać przestrzeń mieszkańcom, nie samochodom. Nie każdy radny jest takim cwaniakiem, żeby wyjechać z domu autem, zaparkować gdzieś przy Błoniach i potem z udawaną skromnością i miną ekologa maszerować na sesję, udając, że przyszedł na piechotę. I tu zaczyna się przedstawienie. Patoaktywiści już krzyczą w ekstazie: „Wreszcie się udało!”, „Zieleń wygrała z betonem!”, „Prezydent posłuchał ludzi!”. No pewnie, że posłuchał – w końcu nic tak nie brzmi dobrze w mediach jak hasło „więcej zieleni w centrum”. Problem w tym, że parking przed urzędem był zwyczajnie praktyczny. Nieładny? Być może. Ale działał. Było gdzie stanąć. Radni, urzędnicy, dygnitarze, dziennikarze – każdy wiedział, że jak trzeba się zjawić w magistracie, to przynajmniej nie trzeba robić czterech kółek wokół Plant. Teraz, zamiast funkcjonalnego placu, będzie ładna scenografia do miejskiego folderu promocyjnego. Tyle że problem parkowania magicznie nie zniknie. ZOBACZ TAKŻE: Polowanie na prywatne konta. Obrzydliwe praktyki hejterów Bo przecież nie wierzmy w to, że teraz nagle radni zaczną przyjeżdżać na sesje czy komisje autobusami lub tramwajami. Co więcej, nie każdy radny jest takim cwaniakiem, żeby wyjechać z domu autem, zaparkować gdzieś przy Błoniach i potem z udawaną skromnością i miną ekologa maszerować na sesję, udając, że przyszedł na piechotę. Większość po prostu przyjedzie jak zawsze – samochodem. Tyle że teraz nie będzie gdzie stanąć. A miasto, w geście „rozsądku”, zapewne zapłaci im za miejsca parkingowe na prywatnych parkingach. Może wykupi te miejsca na pobliskim parkingu "kościelnym", może gdziekolwiek indziej. Parking na Placu Wszystkich Św. podczas sesji rady miasta / fot. KK I tak oto mamy oszczędność po krakowsku: 300 tysięcy na zieleń zamiast betonu i kolejne tysiące na opłacanie parkingów (to jeszcze nie fakt, nawet nie nieoficjalna informacja –  na razie to tylko fanaberia autora, ale o wysokim wskaźniku prawdopodobieństwa), które jeszcze wczoraj mieliśmy za darmo. Ale co tam. Najważniejsze, że na zdjęciach będzie ładnie. Zielono. Europejsko. I nie, nie piszę tych słów dlatego, że sam z parkingu korzystam. Po pierwsze, nie jestem na tyle ważny, by móc wjechać za umowny szlaban. Po drugie, jestem rowerowym "frikiem", który nawet w deszczu, na lodzie i podczas burzy lubi sobie pokręcić pedałami. Będą ławeczki, będą drzewka, będzie para turystów z lodami. Problem jednak w tym, że miasto to nie wystawa ogrodnicza. Miasto ma działać. Ma być wygodne, sensowne i funkcjonalne. Można kochać drzewa, a jednocześnie rozumieć, że nie każde odbetonowanie ma sens. Bo jeśli zieleń służy tylko temu, żeby wstawić ją do raportu albo pochwalić się nią w mediach, to nie jest zieleń – to dekoracja. Z tysiąca pomysłów aktywistów może dwa są dobre. Ten nie jest jednym z tych dwóch. To typowy przykład miejskiego marketingu udającego troskę o mieszkańców. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zmienia się w poligon. Miastem zaczną rządzić patoaktywiści i krzykacze Więc będziemy mieli „zielony plac przed magistratem”, z którego nikt nie skorzysta. Będą ławeczki, będą drzewka, będzie para turystów z lodami. A radni? Będą dalej przyjeżdżać samochodami. Tylko teraz drożej, mniej wygodnie i z większą hipokryzją. Ale przynajmniej aktywiści będą mieli nowe tło do selfie. Bo Kraków tonie w zieleni. Ale rozum gdzieś po drodze wybetonowano. "Zielony magistrat" / źródło: wizualizacja UMK A, winni jesteśmy Wam jeszcze jedną informację: ten parking, co to już parkingiem nie będzie, powstanie w ramach prezydenckiego programu „Da Się!”. Tak, to właśnie ten, w którym wszystko niby „niemożliwe” nagle staje się możliwe. I żeby było uczciwie: nie wszystkie pomysły z tej inicjatywy są tak skopane jak ten. Większość prezentuje się całkiem godnie. A nawet zacnie. Zielone Rondo Mogilskie? OK – i tak jest tylko wielką betonową wyspą, więc każda trawa to plus. Plac Marii Magdaleny? Też spoko. Obecnie pełni głównie funkcję eleganckiego skrótu między kawiarniami, więc dołożenie zieleni nie zburzy żadnego porządku świata. Zielony plac Wielkiej Armii Napoleona u stóp Wawelu? Bosko, bo to teraz bardziej „miejsce, które mija się w drodze na Planty” niż jakakolwiek sensowna przestrzeń. Wszystkie te lokalizacje nie mają praktycznej roli, więc nadanie im wreszcie jakiejś funkcji to świetna decyzja. Ale parking przed magistratem? On akurat funkcję ma. I to bardzo konkretną. I naprawdę nie ma powodu, by zamieniać użyteczność w ładny obrazek pod aktywistyczne prezentacje. Jeśli chcecie sobie poczytać o innych budowach, remontach i "zdaniach" w ramach "Da się", to sobie kliknijcie tutaj: Prezydencka inicjatywa „Da Się!”, czyli w Krakowie niemożliwe staje się możliwe. Macie tu pięknie wymuskaną notkę prasowa przygotowaną przez służby prezydenta. Ale jest tam trochę "mięcha", więc warto się zapoznać.

Więcej…

Kraków zmienia się w poligon. Miastem zaczną rządzić patoaktywiści i krzykacze

Kraków zmienia się w poligon. Miastem zaczną rządzić patoaktywiści i krzykacze

06 listopada 2025 | 09:16

Jeszcze nie opadł kurz po tegorocznej imbie związanej z budżetem obywatelskim, a już mamy kolejny „wystrzałowy” pomysł, który ma sprawić, że władza w mieście będzie w rękach mieszkańców. Szczytna idea. W teorii. W praktyce skończy się tym, że Krakowem naprawdę rządzić będą patoaktywiści i garstka krzykaczy. W obecnych czasach news żyje dwa dni, więc zaraz wszyscy zapomną o gównoburzy związanej z budżetem obywatelskim. W skrócie było... tradycyjnie. Fala oburzenia, oskarżenia o układy, wyliczanki: kto „kupił głosy”, kto „zmanipulował wyniki”, a kto po prostu miał lepszy PR. Miało być obywatelsko, wyszło jak zwykle. Kilka wygranych projektów, masa rozczarowania i jeszcze więcej pretensji. Budżet obywatelski miał zbliżać mieszkańców do decyzji o mieście, a stał się kolejnym polem walki i źródłem nieufności. Zamiast wspólnoty – rywalizacja. Zamiast partycypacji – frustracja. ZOBACZ TAKŻE: Budżet obywatelski. W Krakowie jak zwykle: imba, "łapówka" i święte oburzenie I właśnie w takim momencie, gdy Kraków wciąż nie potrafi dojść do ładu z ideą tak zwanej partycypacji, władze miasta najwyraźniej uznały, że demokracja potrzebuje jeszcze większego zastrzyku adrenaliny. Wpadły więc na pomysł, który jest tak oderwany od rzeczywistości, że aż boli: referenda dzielnicowe w mieście, którego mieszkańcy ledwo pamiętają, że wybory do rad dzielnic w ogóle istnieją. To nie jest innowacja – to eksperyment na ludziach, który skończy się tym, że władzę w mieście przejmie garstka krzykaczy, patoaktywistów i nadaktywnych społeczników. Przypomnijmy sobie frekwencję w wyborach do rad dzielnic – zwykle ledwie zipie. A frekwencja w budżecie obywatelskim? Mieszkańcy mogą decydować, na co pójdzie pierdyliard złotych, a i tak mają to gdzieś. Ludzie nie interesują się lokalnymi sprawami. Są zajęci codziennym życiem, korkami, pracą, szkołą, dziećmi i tym, by przeżyć kolejny miesiąc. A prezydent proponuje, żeby teraz oddać im możliwość decydowania o inwestycjach lokalnych i funkcjonowaniu infrastruktury. To mniej więcej tak, jakby dać dzieciom pilota do samolotu i powiedzieć: „Proszę bardzo, sterujcie!”. ZOBACZ TAKŻE: Najważniejsza ulica w Krakowie tylko dla pieszych. Co planują aktywiści? Bo kto w praktyce pójdzie głosować w takich referendach? Grupa krzykaczy, patoaktywistów i społeczników, którzy zawsze znajdą sposób, żeby narzucić swoją wizję reszcie. A co zrobi reszta? Reszta mieszkańców będzie zajęta scrollowaniem Instagrama albo narzekaniem w kolejce do banku. I tak władza miasta – pozornie oddana ludziom – trafi w ręce wąskiej, bardzo aktywnej, ale absolutnie nie reprezentatywnej grupy. Oczywiście prezydent będzie tłumaczył, że to spełnienie jego obietnicy wyborczej, że to pionierskie rozwiązanie, że „partycypacyjnie” i „demokratycznie”. Ale jeśli obietnica jest niezbyt dobra – jak w tym wypadku – to można się zreflektować i nie ma co jej spełniać tylko po to, żeby brzmiało efektownie. I jeszcze jedno: koszt tego eksperymentu. W rzeczywistości to po prostu drogi teatr dla garstki nadaktywnych. Niech więc prezydent najzwyczajniej w świecie poczeka. Niech najpierw przekona mieszkańców, żeby w ogóle chcieli uczestniczyć w życiu lokalnym, zanim pozwoli im decydować o kreowaniu polityki w dzielnicach Krakowa. Bo na razie jest to robienie z Krakowa laboratorium demokracji. ZOBACZ TAKŻE: Kosek: „Prezydent Miszalski ma zbyt dobre serce” [WYWIAD] Kraków nie potrzebuje referendów dla samej idei, tylko realnych mechanizmów, które faktycznie angażują ludzi. Nie teatru dla patoaktywistów. W przeciwnym razie za chwilę okaże się, że cała polityka miasta jest w rękach garstki krzykaczy, a reszta mieszkańców może jedynie patrzeć, jak ich miasto zmienia się w poligon partycypacyjnych eksperymentów. Czy to jest demokracja, czy już szaleństwo? Osobiście znacznie bardziej podoba mi się styl rządzenia, w którym władza ma konkretne pomysły i po prostu je realizuje. Jak taran, bez oglądania się na garstkę wiecznie niezadowolonych. Dopiero potem można rozliczać, czy te decyzje były dobre, czy złe. Bo jeśli będziemy wszystko konsultować, ważyć każde zdanie i brać pod uwagę wszystkie opinie, to nie tylko i tak znajdzie się wielu niezadowolonych, ale też realizacja czegokolwiek będzie szła jak krew z nosa. Żaden pomysł nigdy nie zyska stuprocentowego poparcia, więc zamiast pytać wszystkich o zgodę, lepiej po prostu działać.

Więcej…

Budżet obywatelski. W Krakowie jak zwykle: imba, "łapówka" i święte oburzenie

Budżet obywatelski. W Krakowie jak zwykle: imba, "łapówka" i święte oburzenie

04 listopada 2025 | 08:27

Znowu się zaczęło. Ktoś wygrał, ktoś przegrał, ktoś się obraził, bo „to nie fair”, a ktoś inny krzyczy, że „to korupcja na skalę dzielnicy”. Budżet obywatelski w Krakowie – nasz lokalny kabaret, który co roku wraca jak katar po Sylwestrze. Jak jagody popite mlekiem. Tym razem poszło o to, że podobno ktoś kogoś zachęcał do głosowania w zamian za jakąś „nagrodę”. Klasyka: pseudo-łapówka w postaci kawy, koszulki albo darmowego treningu. Może też poszło o coś innego, ale – bądźmy szczerzy – nie chciało nam się nawet w to wczytywać. Skoro nikt nie został powalony przez służby i zakuty w kajdanki, to nie ma sensu się w tę gównoburzę wdrażać. Tak czy siak: lokalne media grzmią, aktywiści rwą włosy z głowy, a urzędnicy tradycyjnie udają, że są „zszokowani” i że coś zmienią, by za rok szoku było nieco mniej. Ale wiecie co? To wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Bo prawda jest taka, że ten cały budżet obywatelski interesuje może promil mieszkańców. No dobrze – procent, jeśli chcemy być precyzyjni. Głosuje garstka. Dosłownie garstka. A potem wszyscy udają, że to „głos ludu”. Tymczasem lud siedzi na Kazimierzu, pije kraftowe piwko i ma w dup*e, czy za te kilka milionów miasto zrobi kolejny mural, siłownię pod chmurką czy domek dla jeży. ZOBACZ TAKŻE: Przescrollowane. Gołodupiec Maślona, tropiciel Gibała i wspomnienia z więzienia Oburzą się pewnie lokalni aktywiści, ambasadorzy budżetu, „pisacze” projektów i inni tacy. Ale to tak mała grupa, że w skali miasta wręcz pomijalna. Nie ma się więc co dąsać i udawać, że jesteście ważniejsi i lepsi od tych, którzy nie kojarzą budżetu obywatelskiego nawet z nazwy. Od początku było to samo. Najpierw „Skrzydła Krakowa” – cokolwiek to miało znaczyć. Potem jakieś ścieżki zdrowia, ogródki społeczne, tańce i swawole w parkach, a teraz „Sporty dla mistrzów” czy inne „Mistrzowskie marzenia”. Co roku nowa afera, nowa awantura i to samo pytanie: po co nam to w ogóle? Bo to nie jest żaden „budżet obywatelski”. To budżet aktywistów, lokalnych cwaniaczków i tych, którzy wiedzą, jak ustawić kampanię w internecie, żeby zebrać parę tysięcy klików. Reszta Krakowa ma to totalnie gdzieś. I mogą władze miasta na głowie stawać, żeby to zmienić. Może prezydent Aleksander Miszalski zatańczyć na dachu magistratu w rytm czarnych rapsów. Może wiceprezydent Łukasz Sęk przebrać się za tramwajarza i zabrać wszystkich pasażerów na zielone pastwiska. Może w końcu dyrektor Mateusz Płoskonka wskoczyć na Sukiennice w kostiumie smoka Wawelskiego, żonglować pendrive’ami z wynikami głosowania i rapować o partycypacji do podkładu z hejnału mariackiego. Urząd może wypuścić viralowego TikToka z hasłem: „Twój głos, Twój Kraków, Twój chodnik!” I co? I nic. Ludzie i tak będą mieli to w dup*e. ZOBACZ TAKŻE: Krakowski paradoks. Bezrobotne darmozjady chcą zwalniać urzędników Nawet gdyby prezydent powtarzał co drugie słowo „dialog”, „partycypacja” i „współdecydowanie”, efekt byłby ten sam. Bo krakowianie mają swoje priorytety: ominąć turystów na Grodzkiej, złapać tramwaj przed zamknięciem drzwi i nie dać się rozjechać hulajnodze. Więc może czas w końcu przestać udawać, że to jakieś święto demokracji? Skoro co roku z tego tylko dym i żenada, to zróbmy porządek: skasować, zapomnieć, przestać się kompromitować. Niech kasa idzie tam, gdzie naprawdę jej potrzeba, a nie na kolejną „instalację artystyczną” z palet i farby w sprayu czy inne kopanie się po głowie następców Roberta Lewandowskiego. Zaraz powiecie, że Kraków nie może sobie tak po prostu tego badziewia wyłączyć jak światła na Plantach. Może co najwyżej lobbować, żeby coś się zmieniło. Ale nawet tego lobbowania nie będzie, bo ta władza – i centralna, i lokalna – jest taka super, hiper, mega, giga prospołeczna, że przecież i tak wszyscy będą udawać, że „to dla ludzi”. ZOBACZ TAKŻE: W Krakowie powstanie kolejka gondolowa?! "Wystarczy kilka słupów, lina i odrobina odwagi Tymczasem budżet obywatelski w Krakowie jest jak miejskie gołębie: wszyscy udają, że to część tradycji, a w praktyce tylko brudzą i nikt nie chce za to odpowiadać.

Więcej…

Krakowski paradoks. Bezrobotne darmozjady chcą zwalniać urzędników

Krakowski paradoks. Bezrobotne darmozjady chcą zwalniać urzędników

29 października 2025 | 18:54

W krakowskiej polityce trwa właśnie spektakl, przy którym Monty Python wygląda jak sprawozdanie budżetowe. Na scenie: Łukasz Gibała – filozof, wizjoner i samozwańczy pogromca biurokracji. Za nim jego dzielni giermkowie: radni, którzy z mównicy sypią hasłami jak ryżem na weselu. – "Wywalić na bruk kilkuset urzędników!" – grzmią chórem. Brzmi jak refren rewolucyjnej pieśni. Tyle że zamiast wolności, braterstwa i postępu, czeka nas biurokratyczny paraliż. Bo jeśli wszyscy „leniwi urzędnicy” polecą, to kto zajmie się setkami spraw, które codziennie ciągniemy do urzędu niczym Kinga Gajewska worek ziemniaków do DPS-u? Gibała to człowiek-orkiestra, a raczej filozof na kredyt od ojca. Urodzony w zamożnej rodzinie, wychowany w dostatku, nigdy nie musiał martwić się, czy starczy do pierwszego. Nie zarzut, broń Boże – fakt biograficzny. Ale zamiast pracować jak zwykli śmiertelnicy, woli filozofować – zarówno w sensie dosłownym, jak i metaforycznym.  ZOBACZ TAKŻE: "Gibała atakuje każdego, kto siedzi w fotelu prezydenta" [WYWIAD] Od dawna nie darzy urzędników szczególnym szacunkiem. W jednej z poprzednich kampanii uczynił z nich bohaterów satyrycznego spotu, przedstawiając ich jak nieudaczników z biurowego skeczu. Przesłanie było jasne: to nie system zawodzi, tylko ludzie w nim pracują. Od tamtej pory nuta pogardy powraca w jego narracji jak refren: łatwa, efektowna, chwytliwa. A jego otoczenie? Cała orkiestra samozwańczych reformatorów. Weźmy Łukasza Maślonę – tego, który „żyje dla miasta”, ale wygląda, jakby to miasto żyło dla niego. Bo żyje wyłącznie z diety radnego. Nie czuje ciężaru prawdziwej pracy, ale wie dokładnie, jak powinna wyglądać efektywna praca innych. Aleksandra Owca – aktywistka, gwiazda lewicy, która również żyje na nasz rachunek, bo „uczciwej pracy” nie ma. Poza byciem radną, oczywiście. A jednak i ona dołącza do chóru: „Mniej urzędników, więcej akcji!”. Brzmi odważnie, tylko że każda taka „akcja” kończy się chaosem, z którego wyłaniają się jedynie populistyczne hasła, konferencje i selfie z sesji. Przyznam się do czegoś. Kiedyś uważałem, że strażnicy miejscy to darmozjady zajmujący się błahymi sprawami. Do momentu, aż ktoś mi powiedział: „Idź do pracy w straży miejskiej – mamy wakaty”. Wtedy zrozumiałem, jak bardzo się myliłem. Że dostaje się nie pieniądze, tylko trud i odpowiedzialność, że trzeba się mierzyć z zarzyganymi żulami i codziennym bałaganem. Ja już, na szczęście, wyszedłem z tej mentalnej piaskownicy. Ale Gibała i całe jego zaplecze nadal w niej tkwią. W Biuletynie Informacji Publicznej co chwilę pojawiają się ogłoszenia o pracę w urzędzie. Wymagania spore, odpowiedzialność ogromna, prestiż żaden, a pensja niższa niż na kasie w Biedronce. Chętnych niewielu. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD] W tym krakowskim cyrku najłatwiej machać szabelką, gdy samemu nie trzeba sprzątać po bitwie. Kraków to nie abstrakcja, tylko żywe miasto – z korkami, śmieciami i tysiącem spraw, które ktoś musi załatwić. A ci, którzy nigdy nie orali ani w biurze, ani w fabryce, teraz uczą nas, jak orać urząd. „Wywalić kilkuset!” – mówią z zapałem, jakby to była gra komputerowa, a nie życie ludzi. Bo za każdą „czystką” stoi setka rodzin z kredytem, dziećmi i lodówką do napełnienia. Szanowni radni, zanim znów wyjdziecie na mównicę, usiądźcie choćby jeden dzień za tym biurkiem, które tak chętnie byście opróżnili. Posłuchajcie telefonu od wkurw***ego mieszkańca, podpiszcie setkę papierów, policzcie błędy w jednym wniosku. Może wtedy zrozumiecie, że populizm nie zastąpi pracy, a miotła to słaby symbol reformy.

Więcej…

Kraków - miasto, które się boi własnych pomysłów. Metro jak igrzyska

Kraków - miasto, które się boi własnych pomysłów. Metro jak igrzyska

28 października 2025 | 06:54

Kraków ma swoją obsesję. Nie smoka, nie lajkonika, nawet nie prezydenta. Tylko metro. Od lat miasto marzy, że gdzieś pod ziemią, w tej samej glinie, w której toną inwestycje i zdrowy rozsądek, popłynie wreszcie nowoczesność. I jak to z marzeniami bywa, najpierw jest entuzjazm, a potem… No właśnie. Pamiętacie, jak wiele lat temu Kraków starał się o organizację Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2022 roku? Najpierw były badania, z których wynikało, że 86 procent mieszkańców popiera ten pomysł. Kraków był gotów, by stać się „alpejskim” kurortem z widokiem na Wawel i bobslejami na Plantach. Ale potem przyszła rzeczywistość: akcja „Kraków przeciw igrzyskom”, głosy patoaktywistów, hasła o marnowaniu pieniędzy. Jak już atmosfera całkiem zgęstniała, to bach! Referendum. I co się okazało? Że z tych 86 procent tych samych mieszkańców, co wcześniej tak kochali olimpijski ogień, zdecydowana większość wolałoby jednak nie mieć go pod oknem. Bo wiadomo, dym szkodzi, a kosztuje jeszcze więcej. Tylko że wcześniej wydano kilka milionów, zmarnowano czas i pracę wielu osób. Logo I teraz mamy deja vu. Czyli metro. Najpierw: „Tak, tak, chcemy metra!”. I to dokładnie w tym samym referendum, co to krakowianie zagłosowali przeciw igrzyskom, w większości poparli pomysł budowy podziemnej kolejki. To był młyn na wodę lokalnych polityków. Nawet Jacek Majchrowski, choć sam był przeciwnikiem metra, zmusił swoich ludzi, by zrobili jakieś opracowania. A wszyscy inni (od prawa do lewa, od PiS-u do Lewicy), w każdej kampanii wyborczej obiecywali, że zbudują krakowianom metro. Następca Majchrowskiego rozrysował tunele, zamówił analizy, wydano pieniądze na raporty, mapy, konsultacje i power pointy. Wszystko wyglądało (ba, nadal wygląda) pięknie - jak folder deweloperski: „Nowoczesny Kraków 2040”. No ale teraz jesteśmy akurat w fazie przygotowywania budżetu na kolejny rok. I jak zawsze przy takich okazjach, politycy opozycji (kiedyś PO, teraz PiS) grzmią o dramatycznej sytuacji finansowej miasta, płacząc nad marnym losem miejskiego budżetu i snując apokaliptyczne wizje przyszłości. Po prostu krakowianie powinni być już przyzwyczajeni, że co roku o tej porze polityczne głowy gadają mniej więcej to samo, tylko zmieniają się nazwiska. CZYTAJ TAKŻE: Kraków ma swoją obsesję. Nie smok, nie lajkonik, nawet nie prezydenta.  I teraz ci sami krakowianie, co wcześniej chcieli metra, nagle go nie chcą. Bo za drogie, bo niepotrzebne, bo smog i korki można przecież rozwiązać rowerami i wiatą z fotowoltaiką. Tutaj macie kilka komentarzy z Facebooka. Źródło: FB Słuchać mieszkańców - w Krakowie brzmi to jak żart. Bo gdy się ich nie pyta, to krzyczą, że autorytaryzm. Gdy się zapyta, to zmieniają zdanie szybciej niż influencer poglądy po pierwszym hejcie. A potem zostają tylko rachunki za ekspertyzy i kilka kolorowych map, które trafią do muzeum „Kraków, miasto planów, których nie zrealizowano”. I żeby było śmieszniej - Majchrowski, ten sam, który nie doczekał się igrzysk zimowych, po prostu... zrobił (razem z PiS-em) Igrzyska Europejskie. Nikt nikogo o nic nie pytał, nikt niczego nie konsultował, a impreza się odbyła. Bez referendum, bez protestów, bez plakatów z hasłem „Nie dla sportu!”. I co? Kraków zyskał, według różnych szacunków, od 0,5 do 1,6 miliarda złotych i kilka inwestycji, które zostaną z nami na lata. Czy warto więc pytać mieszkańców o zdanie? Jeśli zadacie to pytanie politykom, każdy odpowie twierdząco i będzie coś bredził o dialogu. To bulshit!  ZOBACZ TAKŻE: Filozof od finansów, czyli kazania Gibały na temat miejskiego budżetu Bo gdyby Kraków przez wieki słuchał wyłącznie głosu większości, to do dziś nie mielibyśmy ani Wawelu, bo „po co komu taka kamienna ruina na wzgórzu”, ani Sukiennic, bo „handel pod dachem to fanaberia”. Teatr Stary pewnie nigdy by nie powstał, bo przecież „kto ma czas na sztukę, jak jest robota w polu”. Zamiast tramwajów jeździłyby konie. Rynek Główny dalej byłby parkingiem, bo „trzeba gdzieś zostawić auto, jak się idzie do knajpy”. I tak wydajemy miliony, żeby się dowiedzieć, że nie chcemy wydawać milionów. I to właśnie nazywa się konsultacjami społecznymi. A metro w Krakowie to takie zimowe igrzyska. Tylko zamiast ognia olimpijskiego mamy ogień podłożony pod dokumenty z planami metra.

Więcej…

Filozof od finansów, czyli kazania Gibały na temat miejskiego budżetu

Filozof od finansów, czyli kazania Gibały na temat miejskiego budżetu

23 października 2025 | 13:22

Łukasz Gibała znów objawił się Krakowowi jako prorok od ekonomii. Głos pewny, mina skupiona, gesty jak z greckiego amfiteatru – oto Mojżesz budżetu, który prowadzi nas ku ziemi obiecanej pełnej nadwyżek! Gdyby jeszcze dziury w budżecie dało się łatać samą gadaniną, Kraków byłby dziś bogatszy niż Dubaj po rekordowej sprzedaży ropy. Bo Gibała ma plan. Ma pomysł. Ma wizję. A przynajmniej lubi tak mówić, co ostatnio przypomniał w kilku wywiadach. Jeden z nich, w którym wcielił się w prezydenta Krakowa (trzy razy nie został wybrany, wieć musiał to sobie zwizualizować) możecie przeczytać w Lovekraków. ZOBACZ TAKŻE: Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD] Każdy prezydent Krakowa to dla Gibały finansowy sabotażysta, każdy budżet to katastrofa. Majchrowski? Dramat. Facet, który doprowadził Kraków na skraj przepaści. Miszalski? Jeszcze gorzej. On pchnął Kraków w tę przepaść. A Gibała? On oczywiście wie najlepiej, jak to wszystko naprawić – z mikrofonem zamiast kalkulatora i miną filozofa, który właśnie odkrył sens podatku VAT. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Tyle że w tej opowieści o „odpowiedzialności finansowej” jest pewien zgrzyt. Taki, którego żaden filozoficzny cytat nie przykryje. Bo zanim Gibała zaczął pouczać świat o ekonomii, sam miał dość poważny rachunek do wyrównania. Nie z Krakowem, nie z wyborcami – tylko z własnym ojcem. Dług. Nie metaforyczny, nie duchowy – twarde 230 milionów złotych. Dwieście trzydzieści milionów! Tyle, ile większość z Was, drodzy biedacy, nie zobaczy nawet w Excelu, chyba że przypadkiem wpisze za dużo zer. Ojciec budował firmy, inwestował, naprawdę liczył pieniądze. Syn liczy słowa. Ojciec prowadził interesy, syn prowadzi wykłady o finansach miasta. Ojciec liczył zyski, syn zlicza konferencje prasowe. A między nimi te 230 milionów, które jak cień idą za każdym jego wystąpieniem o „naprawie budżetu”. I trudno oprzeć się wrażeniu, że całe to prorokowanie o miejskich finansach to raczej próba odkupienia własnych błędów niż realny plan dla Krakowa. Bo jak wierzyć komuś, kto poucza innych o gospodarności, a sam nie potrafił spiąć rachunków we własnym domu? ZOBACZ TAKŻE: Populizm zamiast planu. Recepta Gibały na dług Krakowa nie trzyma się kupy Filozof z wykształcenia, prorok z ambicji, księgowy z wyobraźni. Gibała stał się symbolem tej osobliwej szkoły myślenia, w której wykład z etyki zastępuje tabelę w Excelu. I im więcej mówi o „rozsądnych finansach”, tym bardziej słychać, że to nie Kraków potrzebuje naprawy, tylko jego własne sumienie bilansu. Bo jeśli filozof zaczyna wykładać ekonomię, to zwykle kończy się to rachunkiem, który ktoś inny musi zapłacić.

Więcej…

Populizm zamiast planu. Recepta Gibały na dług Krakowa nie trzyma się kupy

Populizm zamiast planu. Recepta Gibały na dług Krakowa nie trzyma się kupy

22 października 2025 | 17:20

Łukasz Gibała obiecuje „odchudzić urząd”, przestać „rolować dług” i w rok wyprowadzić Kraków na finansową prostą. Brzmi jak plan? Nie. To podręcznikowy przykład populizmu. Zamiast liczb mamy slogany, zamiast strategii medialne hasła. Po latach w samorządzie Gibała wciąż zachowuje się, jakby nie wiedział, jak naprawdę działa miasto, którym chciałby zaczął rządzić. A jego recepta na dług to nie program naprawczy, tylko fantazja polityka, który myli budżet Krakowa z arkuszem w Excelu. Gibała udzielił portalowi LoveKraków wywiadu, w którym ogłosił swoją „receptę na zadłużenie miasta”. Brzmi efektownie: odchudzić urząd, zlikwidować stanowiska polityczne, przestać „rolować dług” i już w pierwszym roku osiągnąć nadwyżkę budżetową. Problem w tym, że pod tymi hasłami nie ma konkretów, liczb ani znajomości prawa, które reguluje funkcjonowanie samorządów. To nie jest plan – to czysty populizm, podszyty niewiedzą o tym, jak naprawdę działa miasto. 1. „Odchudzić urząd” – hasło dobre na ulotkę, fatalne w praktyce Gibała zapowiada redukcję etatów i „likwidację stanowisk politycznych”, co ma dać „oszczędności rzędu setek milionów”. Tyle że każda taka operacja kosztuje. I to sporo. Odprawy, procesy sądowe, koszty reorganizacji, a potem… konieczność zatrudnienia firm zewnętrznych, które wykonają tę samą pracę, tylko drożej. W dodatku ustawa o pracownikach samorządowych nie pozwala na proste „zwolnienie, bo chcemy taniej”. Są procedury, terminy, konsultacje, a każda decyzja może być zaskarżona. Gibała mówi o tym tak, jakby nigdy nie słyszał o istnieniu związków zawodowych ani Regionalnej Izby Obrachunkowej. Po tylu latach w radzie miasta to co najmniej zaskakujące. 2. „Nagrody dla najlepszych urzędników” – prawny zgrzyt Gibała obiecuje, że część „zaoszczędzonych” pieniędzy przeznaczy na nagrody dla urzędników. Brzmi to dość sympatcznie, ale jest niezgodne z zasadami finansów publicznych. Nagrody w urzędzie nie mogą być przyznawane „bo się starali”. Muszą mieć konkretne podstawy w regulaminie i realne osiągnięcia do udokumentowania. Inaczej RIO może takie decyzje zakwestionować. Gibała zdaje się nie wiedzieć, że pieniądze w budżecie miasta nie są prywatną kasą tatusia. W samorządzie nie działa zasada „zabiorę jednym, dam drugim”. Każda złotówka ma paragraf, a nagrody – szczególnie masowe – muszą mieć podstawę prawną i pokrycie w planie finansowym. 3. „Nadwyżka już w pierwszym roku” – magia zamiast matematyki Według Gibały, już po roku od cięć Kraków miałby mieć nadwyżkę. To brzmi tak, jakby ktoś pomylił budżet miasta z domowym portfelem.Nadwyżka operacyjna to nie efekt dobrej woli, tylko różnica między dochodami bieżącymi a wydatkami bieżącymi. Nie da się jej uzyskać jednym cięciem etatów. Do tego dochodzą jednorazowe koszty zwolnień, odpraw i reorganizacji. Nawet gdyby założenia Gibały były możliwe – realny efekt zobaczylibyśmy po kilku latach, nie po kilku miesiącach. To nie wizja ekonomiczna, tylko życzeniowe myślenie. 4. „Nie będziemy rolować długu” – nieporozumienie w czystej postaci Kolejny chwytliwy slogan brzmi: „nie stać nas na dalsze rolowanie długu”. Brzmi odważnie, ale w rzeczywistości refinansowanie zobowiązań to nie fanaberia, tylko normalne narzędzie zarządzania płynnością. Samorządy w całej Polsce z niego korzystają. Inaczej nie byłyby w stanie utrzymać inwestycji i usług publicznych. Zakaz rolowania długu oznaczałby konieczność natychmiastowej spłaty wszystkiego, a to z kolei wymagałoby drastycznych cięć lub podwyżek podatków lokalnych. Innymi słowy: Gibała proponuje rozwiązanie, które mogłoby doprowadzić do zapaści finansowej miasta. Takie deklaracje zdradzają brak zrozumienia dla mechanizmów budżetowych, które – jak na osobę z wieloletnim stażem w samorządzie – są wręcz elementarne. 5. „To wina rządu” – najstarszy trik w podręczniku populizmu Nowy prezydent, zapytany o problemy finansowe Krakowa, wskazuje winnego: Warszawę. Owszem, zmiany podatkowe w ostatnich latach faktycznie uderzyły w dochody miast, ale to nie tłumaczy wszystkiego. Twierdzenie, że „rząd powinien zwracać 100% kosztów edukacji” to hasło polityczne, nie realny plan. System subwencji oświatowej i finansów publicznych nie jest uzależniony od woli premiera, tylko od ustaw i rozporządzeń. Podobnie z VAT-em i środkami z KPO – Gibała mówi o nich tak, jakby premier mógł jednym podpisem przelać miastu miliardy. To kompletne uproszczenie, które dobrze brzmi w mediach, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Podsumowanie: Populizm w czystej postaci W wywiadzie dla Lovekraków.pl, z założenia Gibała miał się wcielić w rolę prezydenta Krakowa. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że Gibała wciąż myśli jak opozycyjny radny, a nie potencjalny prezydent odpowiedzialny za 9-miliardowy budżet. Po tylu latach w samorządzie nie zorientował się, jak naprawdę funkcjonuje miasto, jak działa ustawa o finansach publicznych, jak wygląda procedura zwolnień czy na czym polega nadzór RIO. Jego „recepta” to zestaw medialnych haseł, które mają dobrze brzmieć w nagłówkach, ale nie wytrzymują zderzenia z prawem ani matematyką. Kraków potrzebuje strategii, nie sloganu. Bo miastem nie zarządza się hasłem „odchudzić urząd”. Miastem zarządza się wiedzą, doświadczeniem i liczbami, a tych w planie Łukasza Gibały po prostu nie widać.

Więcej…

"Odkuto z drogi aktywistę i z kawałem asfaltu na dłoni odesłano do lekarza"

"Odkuto z drogi aktywistę i z kawałem asfaltu na dłoni odesłano do lekarza"

22 października 2025 | 12:21

Nie będę oceniał słuszności jakichkolwiek protestów – czy politycznych, czy proklimatycznych. Zauważmy tylko, że zwykle ci, do których protest powinien dotrzeć, są gdzieś daleko. Przywódcy państw, wojskowi dowodzący operacjami militarnymi, ministrowie, szejkowie, czy inni bogacze decydujący o losach świata: raczej nie stoją w korku na drodze po zablokowaniu Wisłostrady, nie ściskają się  przed obrazami w publicznej galerii, czy – przy całym szacunku dla tych placówek – nie tkwią w wąskich rzędach fotelików Opery Krakowskiej, czy w salce teatralnej Cricoteki – pisze nasz publicysta Paweł Królik. Przerwany spektakl w Operze krakowskiej i odwołane spotkanie z niemiecką noblistką Herthą Mueller – to dwie sprawy, które w ostatnim tygodniu poruszyły część Krakowian. Obydwie mają wspólny mianownik, protesty polityczne, które spowodowały, że Bogu ducha winni odbiorcy kultury nie mogli wziąć udziału w zaplanowanych wydarzeniach. Pokrótce: propalestyńska grupa protestujących przerwała spektakl „Ariadna na Naxos”, żeby poinformować wszystkich pozostałych widzów, że powstał on w koprodukcji z operą z Tel Avivu. Protestujący zapłacili za swoje bilety. ZOBACZ TAKŻE: Kraków płacze po Krokusie, czyli jak zabić miasto "troską o miasto" W przypadku niemieckiej pisarki Herthy Mueller wystarczyło, by jedno z jej publicznych wystąpień odebrane zostało jako bezwarunkowe poparcie dla izraelskiego sposobu prowadzenia wojny, co od razu sprowokowało  serię nienawistnych wpisów pod adresem autorki, gdy tylko ogłoszono w mediach społecznościowych wydarzenie z jej udziałem w Krakowie. Dyrektorka Cricoteki ostrzegła więc panię Mueller, że może być niebezpiecznie, a ta przestała odbierać maile i telefony. Od razu przypomniała mi się akcja aktywistów Just Stop Oil, którzy zupą pomidorową oblali „Słoneczniki” van Gogha w galerii w Londynie; kilka akcji z przyklejaniem się w galeriach sztuki, czy też blokowaniem dróg przez Ostatnie pokolenie, występujące również w Warszawie. I chcę tutaj dodać, że nie będę oceniał słuszności jakichkolwiek protestów – czy politycznych, czy proklimatycznych. Bo zawsze można podać tyle samo argumentów za, co i przeciw którejś z postaw. Zauważmy tylko, że zwykle ci, do których protest powinien dotrzeć – są gdzieś daleko. Przywódcy państw, wojskowi dowodzący operacjami militarnymi, ministrowie, szejkowie, czy inni bogacze decydujący o losach świata: raczej nie stoją w korku na drodze po zablokowaniu Wisłostrady, nie ściskają się  przed obrazami w publicznej galerii, czy – przy całym szacunku dla tych placówek – nie tkwią w wąskich rzędach fotelików Opery Krakowskiej, czy w salce teatralnej Cricoteki. ZOBACZ TAKŻE: Wariat czy wizjoner? „W Polsce mnie nie chcą? To pojadę do Ameryki” [WYWIAD] Ale z drugiej strony, kto wie? Może jeden z widzów opery właśnie dzień wcześniej przelał pół wygranej pieniężnej na cel bliski sercom protestujących? Może ktoś czekał na spotkanie z Herthą Mueller by zadać jej tak skomplikowane pytanie, na które nie potrafiłaby odpowiedzieć i musiałaby zmienić swoje zdanie? Może wreszcie ktoś stał w korku w autobusie, bo właśnie jechał do salonu samochodowego odebrać auto wodorowe, tuż po pozbyciu się samochodu spalinowego? Dlatego uważam, że oprócz karania zgodnego z polskim prawem powinno się również kreatywnie podejść do dobitnego uświadamiania protestujących. Widziałem gdzieś, że w Niemczech odkuto z drogi aktywistę i z kawałem asfaltu na dłoni odesłano do lekarza, gdyż stan ten nie zagrażał życiu, by czyścić mu dłoń na miejscu. Rozwinąłbym tę myśl w kierunku chińskiej tortury, i protestującym na koncertach wręczał słuchawki z zapętlonymi utworami, które przerwali – tak na 24 godziny. Albo z nagranymi utworami Herthy Mueller czytanymi przez autorkę w oryginale.

Więcej…

Kraków płacze po Krokusie, czyli jak zabić miasto "troską o miasto"

Kraków płacze po Krokusie, czyli jak zabić miasto "troską o miasto"

22 października 2025 | 08:50

Kraków znów kwitnie, tym razem w histerii. Zakwitł Krokus, a wokół niego tłum, który z wielkim dramatyzmem krzyczy, że „ratuje swoją przestrzeń”. Jaką przestrzeń? Tę między Rossmannem a parkingiem, gdzie połowa ludzi przyjeżdża SUV-em po kapcie z Pepco i sushi z Auchan? Centrum handlowe Krokus przy al. Bora-Komorowskiego zostało sprzedane deweloperowi, który planuje zmienić jego funkcję z handlowej na mieszkaniową. - Grozi nam zarówno potencjalna likwidacja sklepu, jak i bardzo wysoka zabudowa terenów wokół Krokusa. Stąd potrzeba działania – grzmi jakiś człowiek na grupie facebookowej. CZYTAJ TAKŻE: Wariat czy wizjoner? „W Polsce mnie nie chcą? To pojadę do Ameryki” A więc, Moi Drodzy, okazało się, że Krokus to nie jakieś tam zwykłe centrum handlowe. To dobro wspólne, miejsce spotkań pokoleń, symbol lokalności, niemal krakowski Luwr z Carrefourem czy innym Auchanem zamiast Mona Lisy. Bo przecież jak deweloper przychodzi z koparką, to zaraz krzyczą, że to barbarzyństwo, gwałt na miejskim krajobrazie, i że ktoś „chce dysponować naszą przestrzenią”. No ludzie kochani, tam nawet nie ma dwóch krzaków na krzyż, by ich bronić i wmawiać reszcie, że to teren zielony. Tam jest betonowa pustynia. I nie, to nie jest Wasza przestrzeń. To czyjaś działka. Prywatna. Ktoś ją kupił za własne pieniądze, płaci podatki i ma prawo postawić tam choćby piramidę Cheopsa z apartamentów premium i z Żabką w piwnicy. Ale nie, w Polsce najwięcej do powiedzenia o cudzej ziemi mają ci, którzy na własnej nie potrafią utrzymać nawet pelargonii przy oknie. I jak to zwykle bywa, najgłośniej krzyczą ci, którzy już swoje mieszkanie kupili. Kiedy deweloper budował ich blok, to była „inwestycja w przyszłość”. Kiedy teraz buduje sąsiadowi to już „niszczenie krajobrazu i przyrody”. CZYTAJ TAKŻE: Drewnicki pisze do Tuska, Kocurek do Mikołaja. Kabaret żenady w Krakowie W Krakowie deweloperzy to dziś nowi diabli wcieleni. Każdy polityk i każdy samozwańczy aktywista wytarł sobie nimi gębę. I buty. A przecież - paradoksalnie - to oni są jedyną grupą, która faktycznie coś buduje. Dają ludziom dach nad głową, miejsca pracy, czasem nawet park kieszonkowy z fontanną, żeby było co wrzucić na Instagram. Ale nie, to nie wystarczy. Bo „deweloperka zabija duszę miasta”. No tak, lepiej, żeby została ta dusza w postaci pustego parkingu i zamkniętego Auchan, bo na tym się skończy, jak zaczną się sądowe przepychanki. Taki szkieletor, tylko trochę niższy. Wielkopowierzchniowy. Wtedy będzie można mówić, że „kiedyś to było, jak był Krokus”, i wspominać, jak się tam chodziło po bułki w 2003 roku. Ci wszyscy obrońcy Krokusa zachowują się po prostu tak, jakby włamali się komuś do mieszkania i zaczęli mu przestawiać meble. To teraz sobie wyobraźcie: przychodzi sąsiad i mówi, że nie możecie przenieść kibla, bo „on się przyzwyczaił, że wasz stoi w rogu”. I jeszcze zbiera podpisy na Facebooku. CZYTAJ TAKŻE: Przescrollowane. Gibale się kurczy, Miszalskiemu grożą, a Jaśkowiec zasłania dzieci W Polsce każdy zna się na wszystkim: na medycynie, piłce nożnej i planowaniu przestrzennym. I każdy ma coś do powiedzenia o tym, co ktoś inny robi na swojej ziemi. Krokus się kończy, świat idzie dalej. Bloki powstaną, ludzie się wprowadzą, za rok otworzą tam nowy Rossmann, a protestujący pójdą po antyperspirant i nawet nie zauważą, że to już tam. I że to o to robili tyle krzyku. Ktoś kiedyś powiedział, że Polacy nie potrafią się pogodzić ze zmianą. Bzdura! Potrafią. Pod warunkiem, że zmiana nie dotyczy ich ulicy.

Więcej…

Strona 2 z 4

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4

Social Media

Reklama - sidebar

Na fali

  • Majchrowski:

    W nurcie rozmowy

    Majchrowski: "Gibała od 17 lat...

    Informacja
    28 stycznia 2026 | 16:26
  • Ujawniamy plan Koalicji na wypadek odwołania Miszalskiego! To ONA może go zastąpić

    Fala faktów

    Ujawniamy plan Koalicji na wypadek...

    Informacja
    30 stycznia 2026 | 07:11
  • Odszedł nagle i niespodziewanie. Teraz buduje nową siłę polityczną

    Fala faktów

    Odszedł nagle i niespodziewanie. Teraz...

    Informacja
    13 stycznia 2026 | 06:00

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.