Logo Kanał Krakowski
  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale

Obserwuj nas na:

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Reklama - duża
  1. Strona główna

Głos z kanału

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?

18 lutego 2026 | 18:41

W krakowskim tramwaju objawienie. Nie fatimskie, nie maryjne – budżetowe. A dokładniej: objawienie pod tytułem „czy opuścił was Bóg?”. Pytanie padło publicznie, dramatycznie i z właściwą sobie emfazą. Autorką była krakowska radna i przyszła posłanka, Aleksandra Owca. Adresatem – wiceprezydent Łukasz Sęk. Scena jak z apokryfu samorządowego. Owca wchodzi na ambonę serwisu społecznościowego X i pyta: Panie Prezydencie, czy Was Bóg opuścił? Powód? Dwanaście dni wcześniej magistrat ogłosił, że motorniczy i kierowcy mają obowiązek zgłaszać do dyspozytorni zbiórki podpisów pod referendum w tramwajach. Zakaz agitacji politycznej. Absolutny, bezwzględny, święty niczym dogmat. Panie Prezydencie @Sek_Lukasz czy Was Bóg opuścił? Dokładnie 12 dni temu w mediach pojawiła się informacja, że motorniczy i kierowcy mają obowiązek zgłaszć zbiórki podpisów pod referendum w tramwajach do dyspozytorni. MPK trąbiło, że jest całkowity zakaz "prowadzenia… pic.twitter.com/LVa9C96BNw — Aleksandra Owca (@owca_aleksandra) February 18, 2026 A tu nagle – o zgrozo! – do tramwaju wchodzi wiceprezydent. Nie z kadzidłem. Nie z tacą. Z budżetem obywatelskim. I zaczyna się lament. Pycha! Brak umiaru! Brak instynktu samozachowawczego! Brak myślenia! Problem w tym, że tego typu akcja to nie nowość i gdyby pani radna doczytała, to już w rok temu Sęk przebierał się za „kanara” czy tam motorniczego i reklamował BO. Chodzi więc nie o agitację polityczną, a akcję informacyjną nudnego, proceduralnego i mało sexy budżetu obywatelskiego, w którym mieszkańcy decydują, czy wolą ławkę, czy lampę, czy może trzecią fontannę w miejscu, gdzie nie ma wody. ZOBACZ TAKŻE: Hipokryzja Gibały. "Nie zależy mi na wygraniu wyborów" Czy to polityka? Oczywiście, że tak. Wszystko jest polityką. Ale czy to agitacja w rozumieniu „zbieramy podpisy, głosujcie na mnie, tu macie ulotkę czy tam kalendarz z moją twarzą” (tak, to aluzja do Gibały rozdającego kalendarze z własną podobizną)? No nie. Pytanie Owcy „czy opuścił was Bóg?” brzmi efektownie. Nadaje się na pasek w telewizji, na mema, na dramatyczny wpis. Tylko że w tej historii Bóg milczy, tramwaj jedzie dalej, a mieszkańcy Krakowa zastanawiają się raczej, czy zdążą do pracy, niż czy wiceprezydent właśnie popełnił herezję proceduralną.

Więcej…

Polityka Franka, czyli wieloletnie, etapowe i systemowe zniechęcanie kierowców

Polityka Franka, czyli wieloletnie, etapowe i systemowe zniechęcanie kierowców

18 lutego 2026 | 17:42

Odwołanie Łukasza Franka ze stanowiska dyrektora Zarząd Transportu Publicznego w Krakowie budzi skrajne emocje. Jedni płaczą, inni otwierają szampana, a jeszcze inni – jak ja – mają w sobie mieszankę sympatii, złości i zwyczajnego zmęczenia. Być może niewiele osób dziś pamięta, że Franek trafił do urzędu jako przedstawiciel tak zwanych aktywistów. W czasach, gdy aktywiści dawali ostro w kość ówczesnemu prezydentowi Jackowi Majchrowskimu, ten – w przypływie politycznej intuicji – postanowił wykonać ruch rodem ze wschodnich sztuk walki: wykorzystać impet przeciwnika. Wziął jednego z nich i powierzył mu kierowanie sprawami transportowymi miasta. Sprytne? Być może. Ryzykowne? Na pewno. Potem Franek przekonywał kolejnych przełożonych – Majchrowskiego, Andrzeja Kuliga, a na końcu Aleksandra Miszalskiego – że jest wybitnym fachowcem. Może jest. A może to tylko PR. Nie wiem. Nie znam się na transporcie. Ale nie muszę umieć robić pizzy, by ocenić, czy jest dobra. Nie muszę być fotografem, by stwierdzić, czy zdjęcie mi się podoba. ZOBACZ TAKŻE: Hipokryzja Gibały. "Nie zależy mi na wygraniu wyborów" Wracając do Franka, dla mnie pana dyrektora Franka, lubię go. To sympatyczny człowiek. Odpowiadał na „dzień dobry”, gdy się mijaliśmy na sesji rady miasta. Raczej nie zadzierał nosa. Nie był bufonem. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. No i, muszę to przyznać, był (i nadal jest) dość przystojnym facetem z niezłym gustem, jeśli chodzi o stylówkę. Jako urzędnik grał o pełną pulę. Nie stosował półśrodków. Zawsze chciał być pierwszy. W Polsce. W Europie. Na świecie. Nieprzypadkowo w swoim opisie na portalu Linkedin ma: the best or nothing. linkedin.com Ale jednocześnie – w sensie ideologicznym – był dla mnie kimś w rodzaju metodycznego, konsekwentnego, ideologicznego szkodnika.  I nie chodzi nawet o Strefę Czystego Transportu, którą co do zasady popieram, choć mierzi mnie sposób jej wprowadzenia. To tylko przelało czarę goryczy. Problemem było coś znacznie bardziej długofalowego: wieloletnie, etapowe i systemowe zniechęcanie kierowców. Nielogiczne zmiany w centrum. Zwężenia dróg przypominające eksperyment społeczny. Ulice zamieniane w jednokierunkowe labirynty. Ciągłe reorganizacje sprawiające wrażenie, jakby ich jedynym celem było utrudnić życie zmotoryzowanym: i w centrum, i poza nim. Chociaż... to nie było wrażenie. Bo właśnie o to chodziło: maksymalnie zniechęcić do wsiadania do samochodu. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem Oczywiście są tacy, którzy się z tą polityką zgadzają. Uważają, że kierowców trzeba „wychować”, że im trudniej, tym lepiej dla miasta. Ja do nich nie należę. Uważam, że miasto powinno być dla wszystkich. Także dla tych, którzy z różnych powodów wybierają samochód. Po odwołaniu Franka czytam, że w jego obronie stanęli aktywiści. AKTYWIŚCI. Środowisko, z którego się wywodzi. I dla mnie to najlepsze potwierdzenie, że decyzja o jego odwołaniu była słuszna (choć bardzo spóźniona). Bo jeśli najgłośniej protestuje ta sama grupa, która od lat forsuje jedną, jedynie słuszną wizję miasta, to znaczy, że ta wizja właśnie straciła swojego najważniejszego wykonawcę. Jeśli aktywiści mówią, że coś jest dobre, to – co do zasady – jest to złe. I odwrotnie.

Więcej…

Hipokryzja Gibały. "Nie zależy mi na wygraniu wyborów"

Hipokryzja Gibały. "Nie zależy mi na wygraniu wyborów"

18 lutego 2026 | 11:22

Siedemnaście lat. Trzy starty. Lata budowania zaplecza. Setki spotkań. Druga tura. Tysiące plakatów. A potem jedno zdanie na Facebooku: „Nie zależy mi na funkcjach i wygraniu wyborów”. Jeśli to prawda, to właśnie jesteśmy świadkami najbardziej kosztownego hobby w historii krakowskiej polityki. Bo wierzycie, że to prawda, prawda? Mnie nie zależy na funkcjach i wygraniu wyborów – ogłosił na Facebooku Łukasz Gibała. I nie, to nie jest fejk. On serio tak napisał. SERIO! źródło: FB Gibały Ach. Ulga. Wreszcie ktoś startuje w wyborach nie po to, żeby je wygrać. To musi być nowa filozofia polityki. Startować trzy razy na prezydenta Krakowa, prowadzić kampanie, budować zaplecze, tworzyć komitet, zbierać podpisy, inwestować czas, energię, pieniądze i… robić to wszystko „dla sportu”. Z czystej rekreacji. Może to odpowiednik maratonu? Jedni biegają w Cracovia Maraton, inni startują w wyborach samorządowych. Hobby jak każde inne. Gibała od 17 lat przebiera nogami, by zostać prezydentem  – to Jacek Majchrowski w tym wywiadzie. Fotel prezydenta Krakowa od zawsze był jego celem – to Anna Grodzka, była koleżanka partyjna Gibały w tej rozmowie. Kandydowanie to nie jest spontaniczny spacer po Plantach. To miesiące organizacji, strategii, spotkań, sztabów, billboardów, debat. To pierdyliady wydanych pieniędzy. To budowanie marki politycznej przez lata. To – akurat w przypadku Gibały – aktywność publiczna wykraczająca daleko poza ustawowy czas kampanii. Ale nie, to nie dlatego, że komuś zależy na funkcji. To zapewne projekt terapeutyczny. Może chodzi o rozwój osobisty? O hart ducha po przegranej w drugiej turze? O trening odporności na stres? Bo przecież nikt rozsądny nie startuje trzy razy (a z chwilę może i czwarty) w wyborach po to, żeby wygrać. Prawda? PRAWDA?! Możliwe, że mamy do czynienia z nową szkołą politycznej ascezy: kandydowanie bez pragnienia zwycięstwa. Wchodzenie do drugiej tury przez przypadek. Mobilizowanie dziesiątek tysięcy wyborców ot tak, for fun. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem A może to najwyższy poziom minimalizmu? "Funkcje są nieważne". W końcu prezydentura miasta to tylko detal. Taki drobiazg jak zarządzanie budżetem miliardów złotych i kierowanie jednym z największych miast w Polsce. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Być może powinniśmy docenić tę nową jakość. Polityk, który nie chce władzy, ale konsekwentnie o nią zabiega. Kandydat, który nie zabiega o wygraną, ale robi wszystko, by zdobyć jak najwięcej głosów. To już nie jest zwykła sprzeczność. To poziom mistrzowski. Hipokryzja level master? Nie. Powiedzmy elegancko: retoryczny freestyle. ZOBACZ TAKŻE: O jeden most za daleko. "Po trupach do prezydentury" Bo jeśli naprawdę nie chodzi o funkcję i wygraną, to pozostaje jedno pytanie: Po co w ogóle startować? Dla sportu? Dla adrenaliny? Dla piękna demokracji? A może po prostu brzmi to lepiej na Facebooku niż: "Zależy mi bardzo, ale tym razem się nie udało"? Tylko czy jest w Krakowie jeszcze ktoś, kto się na to nabierze?

Więcej…

O jeden most za daleko. "Po trupach do prezydentury"

O jeden most za daleko. "Po trupach do prezydentury"

17 lutego 2026 | 08:52

Są w polityce momenty, kiedy nawet najwierniejsi kibice zaczynają się wiercić niespokojnie. Nie dlatego, że zmienili poglądy. Nie dlatego, że nagle „przejrzeli na oczy”. Ale dlatego, że coś zwyczajnie przestaje im się podobać. Ostatnia akcja referendalna Łukasza Gibały wywołała właśnie taki moment. Po trupach do prezydentury - brzmi jeden z komentarzy pod postem, w którym Gibała namawia, by dopisywać się do listy wyborów w Krakowie. źródło: FB Gibały I pod tym postem nie widać wyłącznie głosów przeciwników. Wprost przeciwnie, gorzkie komentarze piszą ludzie, którzy jeszcze niedawno bronili go w każdej internetowej dyskusji. I nie chodzi już o sam pomysł referendum. Chodzi o sposób. A konkretniej chodzi o to, że Gibała namawia ludzi, by ci dopisywali się do spisu wyborców w Krakowie. Więcej pisaliśmy o tym tutaj: Referendalna desperacja. Gibała otwiera drzwi dla "nowych" wyborców. I zostało to bardzo źle przyjęte zarówno przez przeciwników, jak i zwolenników trzykrotnego przegrywa kandydata na prezydenta. źródło: FB Gibały Zarzut jest poważny: nieczysta gra. Zachęcanie ludzi do dopisywania się do spisu wyborców – formalnie zgodne z przepisami – dla wielu przekracza granicę przyzwoitości politycznej. Bo jedno to mobilizować własnych sympatyków, a drugie tworzyć wrażenie, że liczy się każdy trik, każda luka, każdy sposób na „dociągnięcie” wyniku. źródło: FB Gibały Polityka lokalna zawsze miała w sobie coś bardziej osobistego. Tu ludzie się znają, spotykają w tych samych miejscach, żyją obok siebie. Dlatego tak silnie działa poczucie, że gra powinna być czysta. Jeśli ktoś budował swoją markę na haśle przejrzystości i uczciwości, to każde odejście od tej narracji boli podwójnie. Bo rozczarowuje nie przeciwników – ich trudno zawieść – lecz własnych wyborców. źródło: FB Gibały I właśnie to jest dziś najbardziej wymowne. Krytyka nie płynie z „drugiej strony barykady”. Ona płynie z wnętrza obozu. Z miejsca, które dotąd było bezpieczne. źródło: FB Gibały Władza bywa kusząca. Walka o nią – brutalna. Ale moment, w którym sympatycy zaczynają pytać, czy cel uświęca środki, to sygnał alarmowy. Bo polityk może przegrać wybory i wrócić za kilka lat. Trudniej odzyskać wrażenie, że gra się fair. A gdy nawet własny elektorat mówi: „nie tak miało być” – to znaczy, że granica została przekroczona. I że cena tej taktyki może okazać się wyższa, niż ktokolwiek zakładał. ZOBACZ TAKŻE: Lider krakowskiego PSL-u: "Miszalski sam dolewa oliwy do ognia" [WYWIAD]

Więcej…

Gdzie jest Śpiewak?! Kraków czeka na instrukcje z Warszawy

Gdzie jest Śpiewak?! Kraków czeka na instrukcje z Warszawy

13 lutego 2026 | 10:53

W Krakowie trwa festiwal politycznej hipokryzji. Na pomoc gibałowej inicjatywie referendalnej ruszyli już wszyscy: od skrajnej lewaczki Aleksandry Owcy po skrajnego prawaka Konrada Berkowicza. I trzeba to uczciwie powiedzieć: to jest sukces. Sukces Aleksandra Miszalskiego polega na tym, że zjednoczył przeciwko sobie tak skrajne środowiska, że gdyby posadzić ich przy jednym stole, to sztućce służyłyby za broń białą. Z drugiej zaś strony – to równie piękny dowód na to, że referendum nie jest żadnym oddolnym zrywem ludu krakowskiego, tylko cyniczną, polityczną ustawką, której celem jest obalenie demokratycznie wybranego prezydenta. Tyle w temacie romantycznych bajek o „mieszkańcach”. Ale dziś nie o tym. ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem Do tej układanki dołączają kolejni gracze. Jedni z przekonania, inni z wyrachowania, jeszcze inni z czystej potrzeby atencji. A my najbardziej tęsknimy za… Janem Śpiewakiem. Tak, tym samym, który latami bratał się ze środowiskiem Łukasza Gibały i z pasją godną rewolucjonisty krytykował Jacka Majchrowskiego. Naparzając się z nim po sądach, moralizując, pouczając, ustawiając Kraków do pionu z pozycji warszawskiego trybuna ludowego. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że bardziej ciągnie go pod Wawel niż nad Wisłę w stolicy. Gdyby Lenin żył, pewnie nazwałby go „pożytecznym idiotą”. Z czułością, rzecz jasna. źródło: Onet A teraz? Cisza. Janku, gdzie jesteś? Czyżbyś nie wiedział, kogo poprzeć? Czyżby krakowska układanka okazała się zbyt skomplikowana nawet dla specjalisty od wszystkiego? Bo sytuacja jest wyśmienita. Zwolennicy SCT kontra przeciwnicy z Krowoderskiej, którzy stanowią bezpośrednie zaplecze Gibały. Jeszcze wczoraj graliście w jednej, proekologicznej, antysmogowej drużynie. Artykuły, apele, oburzenie. Smog, trucizna, dramat miasta. Na portalu SmogLab można było regularnie czytać artykuły Tomasza Borejzy, że Kraków się dusi A dziś? Nagle ten sam Borezja odkrywa, że walka o czyste powietrze jest mniej ważna niż polityczna okazja do przywalenia Miszalskiemu. Borejza przestaje publikować o zanieczyszczeniach, za to zaczyna publikować polityczne filmiki. Smog już tak nie gryzie w gardło, gdy można komuś przyłożyć. I tu zaczyna się prawdziwy kabaret. Janku, nie wiesz już, kto jest twoim kolegą, a kto chwilowym sojusznikiem? Zauważyłeś te połamane koalicje specjalistów od wszystkiego, co w mieście się rusza lub stoi? Po latach monotonii pojawili się „aktywiści” i „aktywiszcza”. Jedni bardziej radykalni od drugich. Jedni krzyczą o demokracji, drudzy o zdradzie ideałów. Każdy z megafonem, nikt z odpowiedzialnością. ZOBACZ TAKŻE: Najdłuższa kampania wyborcza świata. Na pomoc Gibale przychodzi brat I bądź tu mądry. Jesteś aktywistą czy aktywiszczem? Reformatorem czy politycznym turystą? Bo dzisiaj w Krakowie nie wystarczy krzyczeć. Trzeba się określić. Czy jesteś z tymi, którzy chcą realnie zmieniać miasto – nawet jeśli to boli – czy z tymi, którzy każdą zmianę wykorzystają jako pretekst do politycznej rozróby? Janku, naprawdę brakuje twojego głosu w tej debacie. Daj znać, gdzie stoisz. Choćby po to, żebym wiedział, że trzeba zrobić dokładnie odwrotnie niż mówisz.

Więcej…

Franek wylatuje z ZTP! Za późno, panie prezydencie

Franek wylatuje z ZTP! Za późno, panie prezydencie

11 lutego 2026 | 11:57

Łukasz Fanek przestał być dyrektorem Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie. I dobrze. Tyle że ta decyzja pachnie bardziej spóźnioną refleksją niż odważnym przywództwem. Bo to nie jest ruch z kategorii „nowe otwarcie”. To raczej klasyczne „trzeba było tak od razu”. Półtora roku temu? Zdecydowanie. Pięć lat temu? Jeszcze lepiej. Krakowski transport (nie tylko ten publiczny) nie zaczął przecież skrzypieć wczoraj. Problemy narastały, napięcia rosły, decyzje budziły kontrowersje, a mieszkańcy coraz częściej zadawali pytanie: kto nad tym wszystkim panuje? Nowa administracja w magistracie miała komfort świeżego mandatu i politycznej energii. To był moment, by zrobić porządek, wyznaczyć nowe standardy, pokazać, że kończy się epoka dryfowania. Tymczasem w krakowskim urzędzie miasta decyzje personalne rozciągają się jak remonty – niby coś się dzieje, ale końca nie widać. Nie chodzi o personalne wycieczki. Chodzi o odpowiedzialność. Transport to krwioobieg miasta. Jeśli ten system kuleje, cierpią tysiące ludzi. Codziennie. Każde nietrafiona decyzja zostawia ślad. Owszem, można dziś powiedzieć: „lepiej późno niż wcale”. To prawda. Ale prawdą jest też to, że straconego czasu nikt Krakowowi nie odda. Zaufanie mieszkańców odbudowuje się latami, a traci w kilka miesięcy. Łukasz Fanek powinien być jak ten słynny Lexus Jacka Majchrowskiego. "Sprzedany" na początku kadencji, jako wyraźny sygnał zerwania z przeszłością. Ale stało się inaczej. Samochód-symbol zniknął szybko, bo łatwo było pokazać, że to znak poprzedniej epoki. Z ludźmi okazało się trudniej. A przecież dyrektor ZTP stał się symbolem znacznie poważniejszym niż służbowa limuzyna. Symbolem stylu zarządzania, który dla wielu mieszkańców oznaczał chaos, kontrowersyjne decyzje i poczucie, że nikt nie bierze realnej odpowiedzialności za skutki. Bo transport w Krakowie to nie akademicka dyskusja o modelach mobilności. To codzienność setek tysięcy ludzi. Jeśli coś przez lata budziło frustrację, to właśnie wrażenie, że eksperymentuje się na żywym organizmie miasta. Dlatego dzisiejsza decyzja jest dobra. Ale powinna była zapaść znacznie wcześniej. Na początku kadencji, kiedy nowa władza mogła jasno powiedzieć: zmieniamy kierunek, bierzemy odpowiedzialność, kończymy z tym, co budziło największe emocje. Dziś pozostaje pytanie, czy to początek realnych zmian, czy tylko korekta wizerunkowa. Bo jeśli symbol znika dopiero wtedy, gdy presja staje się zbyt duża, to trudno mówić o zdecydowanym przywództwie.

Więcej…

Opłacani "wolontariusze" chodzą po domach i proszą o PESEL

Opłacani "wolontariusze" chodzą po domach i proszą o PESEL

09 lutego 2026 | 07:47

Dziś zacznę niczym Karol Strasburger, choć nie mam oczywiście zamiaru porównywać się do mistrza sucharów. Puk. Puk.– Kto tam?– Sąsiadki.– Nie ma siatek. Ten dowcip przypomniał mi się, gdy do drzwi moich zapukali… płatni, hehe, wolontariusze. Swoją drogą „płatni wolontariusze” to takie samo logiczne cudo jak dietetyczny pączek z boczkiem albo cichy remont u sąsiada. Niby słowa znane, a razem tworzą byt metafizyczny. No ale ci wybrańcy Gibały oddolnego ruchu obywatelskiego zapukali. A żeby być całkiem precyzyjnym: zadzwonili domofonem. Nieopatrznie podniosłem słuchawkę i usłyszałem, że zbierają podpisy za odwołaniem prezydenta. Zdziwiłem się, bo organizatorzy co rusz donoszą o sukcesach z taką emfazą, że gdyby podpisy były walutą, moglibyśmy już spłacić dług publiczny Polski i dorzucić coś Grekom. ZOBACZ TAKŻE: Demolka miasta na zlecenie. Kto naprawdę stoi za niszczeniem Krakowa? Najpierw było dziesięć tysięcy. Potem dwadzieścia. Chwilę później – milion tysięcy. Licznik kręci się szybciej niż… no nie znajduję porównania. Kolejki – mówią – ustawiają się jak po lody w upale. Społeczne poruszenie, obywatelski zryw. Tylko że jest jeden drobiazg. Skoro idzie tak dobrze, to dlaczego akcja przypomina wizytę Świadków Jehowy w niedzielny poranek? Puk. Puk.– Dzień dobry, czy moglibyśmy prosić Pana PESEL? Najlepiej od razu. Chodzenie po mieszkaniach, klatkach schodowych i osiedlach ma w sobie coś ujmująco staroświeckiego. Ale… jeśli kolejki naprawdę się ustawiają, to po co pukać? Po co ten domofonowy small talk, to nerwowe „to tylko chwileczka”, to szybkie skanowanie korytarza, czy sąsiedzi patrzą? Masowy ruch społeczny raczej nie musi pytać, czy ktoś ma chwilę i dowód osobisty pod ręką. On po prostu jest. Widoczny. Głośny. Nie potrzebuje wizjera. Kraków zna takie sceny. Zna też wielkie słowa, które potem okazują się… roboczą hipotezą. Referendalną wersją „już prawie”, „na pewno” i „mamy więcej, niż trzeba, tylko jeszcze zbieramy”. I tak miasto żyje w dwóch rzeczywistościach jednocześnie. W pierwszej – historyczne kolejki, setki tysięcy podpisów i ludzkie tsunami. W drugiej – puk, puk, poproszę PESEL, najlepiej teraz, bo jutro idziemy na inne piętro. Swoją drogą. Do tej pory było mi sobie trudno wyobrazić – a wyobraźnię mam bujną – że ktoś zapuka do mych drzwi, wsadzi w nie głowę i poprosi o… PESEL. Czekam jeszcze tylko na: „a numer karty i kod z SMS-a też Pan poda, bo demokracja się spieszy”. Jeśli rewolucja musi chodzić po domach i dzwonić domofonem, to może problem nie leży w drzwiach, tylko w liczbach. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD] A propos drzwi: już raz w Krakowie facet, który chciał obalić prezydenta, odbił się od drzwi i zamiast prezydenta, mógł obalić sobie flaszkę. Z kolegami z Krowoderskiej.

Więcej…

Demolka miasta na zlecenie. Kto naprawdę stoi za niszczeniem Krakowa?

Demolka miasta na zlecenie. Kto naprawdę stoi za niszczeniem Krakowa?

08 lutego 2026 | 16:06

Próbują od lat przekonać do siebie krakowian. Próbują wmówić nam, że Jacek Majchrowski był zły. Że zły jest Aleksander Miszalski. Że złe jest jego otoczenie, złe są metody działania. Że sukcesy nie mają znaczenia. Od lat budują – wbrew faktom – wizję miasta toczonego jakimś nowotworem. Korzystają z ciągłego zasilania finansowego, bo nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że kilku facetów pracujących dzień w dzień w maszynie destrukcji, robi to za darmo.  Mają pewnie kredyty, które trzeba spłacać. Mają rodziny, które trzeba wyżywić. Wykorzystają każdą okazję, każdy "prezent", aby poniewierać, niszczyć, podważać zaufanie. Korzystają ze wsparcia i zaangażowania zwykłego bandyty-patoblogera, który stosując swoisty "social activist washing" próbuje z pełną bezwzględnością destabilizować krakowską rzeczywistość: medialną i publiczną. ZOBACZ TAKŻE: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj Demolowanie Majchrowskiego, jego dokonań dla miasta i jego otoczenia? Proszę bardzo. Gnojenie Miszalskiego (wybranego w demokratycznych wyborach prezydenta Krakowa)? Jestem na posterunku. Antagonizowanie mieszkańców miasta, podważanie zaufania do władzy i do miejskich projektów? Zawsze do usług. Mówimy tu o facecie, który ma wyroki za pobicia, próby korupcyjne, zaangażowanym gdzieś blisko bardzo, ale to bardzo “śmierdzących” spraw (zniknięcie "króla kryptowalut"). Więcej o tym piszemy tutaj: Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie Bezwzględny typ i manipulant, wyzuty z jakichkolwiek wartości, cyngiel do wynajęcia. Fragment tekstu "Kryptowaluty, groźby wobec dziennikarza i próba korupcji. Niedoszły prezydent Krakowa skazany" z portalu Wirtualna Polska / źródło: WP CAŁY TEKST SZYMONA JADCZAKA I PAWŁA FIGURSKIEGO PRZECZYTACIE TUTAJ: Kryptowaluty, groźby wobec dziennikarza i próba korupcji. Niedoszły prezydent Krakowa skazany Do tego kilku facetów – gołodupców prowadzących od lat dzieło destrukcji w postaci portaliszcza krowoderska i różnych jego odłamów. Na pełny etat, przy zaangażowaniu znacznych środków finansowych. Dziś dodatkowo dziesiątki ludzi opłaconych i wypuszczonych “w miasto”, gazetki, kampanie w mediach społecznościowych. Oszustwo na gigantyczną skalę. Oszustwo polegające na próbie wmówienia ludziom, że to "obywatelski zryw", "głos mieszkańców". ZOBACZ TAKŻE: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] Do tego koalicja faszystów i zwykłych frustratów, jak ten promowany, niczym Stachanow, nieszczęsny "Pan Piotr" – niczym osioł ze Shreka – próbujący wyskoczyć gdzieś ponad tłum, doklejając się do różnych partii i stowarzyszeń. ZOBACZ TAKŻE: Kamraci z mocnym wsparciem dla referendum. „Zaangażowane 3 grupy” To wszystko patologiczny, bezwzględny, paramafijny układ. Układ, który ma nam, mieszkańcom miasta, odebrać dumę z tego, gdzie mieszkamy. Sponiewierać, zniszczyć, zabronić komentowania, zastraszyć. Tak, zastraszyć. Zastraszenie i szantaż to normalne praktyki ludzkich trybików tej maszyny. Maszyny, za którą stoją olbrzymie pieniądze, idące w dziesiątki, a czasami i setki tysięcy miesięcznie, od wielu lat. Maszyny, za którą stoi jedna rodzina, która w tej mafijnej grze o Kraków "wtopiła" kilka dobrych majątków. Przejrzyjmy na oczy i nie dajmy się nabrać. ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Kulisy referendum: 10 milionów podpisów, 5 tysięcy botów. Jak upada „powstanie krakowskie”

Kulisy referendum: 10 milionów podpisów, 5 tysięcy botów. Jak upada „powstanie krakowskie”

02 lutego 2026 | 21:00

Zaledwie 8 tysięcy podpisów mieli do tej pory zebrać inicjatorzy referendum – wynika z nieoficjalnych informacji do których dotarła redakcja Kanału Krakowskiego. Akcja wyraźnie zwolniła, a trwające mrozy i reakcje ludzi nie wróżą przełomu. „Mamy problem, ale nie składamy broni” – mówią nieoficjalnie osoby związane z inicjatorami akcji. Po początkowym impecie i entuzjazmie nie ma już śladu, a formalny lider komitetu referendalnego dążącego do odwołania prezydenta Miszalskiego i miejskich radnych od kilku dni studzi emocje. W piątek Jan Hoffman przekonywał, że zbiórka potrwa do ustawowego terminu, czyli 30 marca, zastrzegając, że w przypadku zebrania 100 lub 120 tysięcy podpisów złożenie ich do komisarza wyborczego nastąpi wcześniej. Podkreślał, że tempo zbiórki będzie spadać. - Janek, choć oficjalnie tryska entuzjazmem, to waży słowa, bo wie, że idzie średnio, a nie chce wyjść na tego, który przelicytowuje. To jednak mecenas, wiarygodność jest dla niego bardzo ważna. Informacje o 20 czy nawet 25 tysiącach zebranych podpisów wrzucają nieoficjalnie różne osoby na X, sprzedają to dziennikarzom. Przecież oni nie są w stanie tego zweryfikować - wyjaśnia jedna z osób blisko związana z akcją referendalną. I śmieje się, że gdy ktoś z Warszawy napisał na X (dawniej Twitter - dop red.), że pierwszego dnia zebrano 5 tysięcy podpisów, wszyscy potraktowali tę informację jako pewnik. - Śmialiśmy się nawet, że podejrzeń co do wiarygodności mogliby nabrać pewnie przy napisaniu, że podpisów jest już 10 milionów. Ale „podbijanie” stawki w przekazach od początku było naszą strategią - zdradza rozmówca, który od blisko pół roku brał udział w przygotowaniach do akcji referendalnej. Czuje się oszukany zaangażowaniem partii i rozgoryczony polityczną „ustawką” w jaką przerodziło się referendum. Przewiduje, że próba organizacji zakończy się po przeliczeniu podpisów w kwietniu. W internecie szał  Inicjatorzy referendum wyraźnie dominują w internecie. Według naszego rozmówcy, od kilku miesięcy blisko 5 tysięcy specjalnych kont na Facebooku i  X-ie tworzyło odpowiednią narrację, a dziś komentarzami i nieprzychylnymi reakcjami bombardują kilkadziesiąt kont osób związanych z krakowską i małopolską Koalicją Obywatelską, PSL-e oraz prezydentem Miszalskim. - W internet poszło mnóstwo pieniędzy, boty, grupy, kilka fanpage’y, Hoffman miał swój portal, ale główną robotę „kibolską” robią oczywiście „Krowoderscy”, którym wyobraźni i bezczelności nie brakuje. Nie mają nic do stracenia, wiedzą, że bez „nowego rozdania” na zawsze będą już uzależnieni od kaprysów rodziny alkoholowego oligarchy - tłumaczy nasz rozmówca, nie wymieniając jednak oficjalnie nazwiska nieformalnego sponsora działań referendalnych - Borejza  (Tomasz, jeden z współtwórców kontrowersyjnego i słynącego z hejterskich publikacji kanału Rynek Krowoderski – dop. red.) był dziennikarzem naukowym, stale pisał do takich portali jak SmogLab. Przecież po tych filmikach w których podważał sens istnienia SCT żaden poważny portal nie będzie chciał z nim już współpracować - zauważa nasze źródło, tłumacząc zaangażowanie i determinację niektórych paramedialnych tworów w referendum. Działania bez wątpienia przynoszą rezultat – to kanały komunikacyjne „referendarzy” nadają codziennie ton debacie w krakowskim internecie. Urząd Miasta i działacze Koalicji są w głębokiej defensywie. Ulica weryfikuje, ludzie boją się… ukraińskiego? Tym większe zdziwienie wywołuje mizerny efekt zbiórki na ulicach. Pomimo zaangażowania dziesiątek dobrze opłacanych wolontariuszy, podpisów zdobywanych na ulicach jest znacznie mniej niż zakładano. - Naprawdę spora część ludzi w ogóle nie wie o zbiórce i unikają podawania PESEL-ów, a z tych którzy wiedzą o zbiórce, jest część mocno „antypisowska”. Gdy zobaczyli Wasserman i Bochenka w telewizji, zdanie już sobie wyrobili. PiS przyniesie swoje 10-15 tysięcy zebranych w kościołach i po prawicowych klubach, ale na ulicy nam to nie pomogło - wyjaśnia nasz rozmówca podkreślając, że od początku przestrzegał przed zaangażowaniem znanych politycznych twarzy w działania referendalne. Jednak największym problemem dla opłacanych wolontariuszy ma być fakt, że mówią… z akcentem. - Tego nie przewidzieliśmy. Zgłosiło się mnóstwo fajnych, młodych i kontaktowych ludzi. Część z nich to Ukraińcy, dla których stawki wydają się naprawdę atrakcyjne. Nie przewidzieliśmy jednak co zostało „zasiane” w głowach ludzi, nawet w dużych miastach. Ludzie wprost mówią, że osobom ze wschodu swoich danych nie przekażą. Wyciągnąć od kogoś PESEL przy takim podejściu jest naprawdę ciężko - zdradza osoba związana ze zbiórką, dodając, że stąd szybka reakcja organizatorów i zdjęcia „z kolejkami do wolontariuszy” oraz pokazywanie, że podpisy zbierają członkowie komitetu referendalnego. Aby nieco przyspieszyć i „odczarować” wolontariuszy do zbierania podpisów zaangażowano nawet struktury Konfederacji z całej Małopolski i Śląska. - Niektórzy żartowali, że oni są bardziej strawni, bo co prawda myślą po rosyjsku, ale mówią bez akcentu. A do zdobycia PESEL-u to wystarczy - śmieje się nasz rozmówca. Powstanie krakowskie skończy się rabacją? - Na początku suflowaliśmy hasło, że to prawdziwe „powstanie krakowskie”, ale w końcu dotarło do nas, jak „powstanie krakowskie” się skończyło. Lud wzgardził powstańcami, a równocześnie wybuchła rabacja galicyjska, która obróciła się przeciwko inicjatorom zrywu. - przypomina nasz rozmówca, ujawniając że używanie tego hasła skończyło się sporą awanturą ze strony osób odpowiadających za PR przedsięwzięcia. - Znajomy podesłał mi nawet mema: Kocurek (Bartłomiej, radny KO, który stał się jednym z celów ataków środowisk związanych z referendum) w stroju Jakuba Szeli goni z pałką za „możnowładcami”, którym z worków wypadają złote monety, patelnia i gaśnica - z uśmiechem opowiada jeden z organizatorów. Wierzy jednak, że ten obrazek pozostanie tylko ironicznym komentarzem chwilowego zwątpienia w gronie „referendarzy”.

Więcej…

Serce bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to wiadomo – od Gibały

Serce bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to wiadomo – od Gibały

30 stycznia 2026 | 12:04

W Krakowie nawet demokracja przestała być darmowa. Podpis pod referendum, który miał być obywatelskim aktem sprzeciwu, zaczyna pachnieć umową-zleceniem. Oficjalnie – wszyscy działają z potrzeby serca. Nieoficjalnie – serce podobno bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to widomo – od Gibały. Referendum, z definicji, ma być szczytem demokracji bezpośredniej. Obywatel wychodzi na ulicę, składa podpis, bo chce zmiany, bo ma dość, bo „tak dalej być nie może”. Tymczasem krakowska rzeczywistość jak zwykle zadaje pytania niewygodne. Czy podpis zebrany za darmo waży więcej niż podpis zebrany za stawkę godzinową? I czy demokracja na minimalnej krajowej nadal jest demokracją, czy już tylko kolejnym zleceniem? Jedni mówią: „normalna sprawa, kampania jak kampania”. Inni oburzają się: „halo, to referendum, nie promocja karty lojalnościowej”. Jeszcze inni wzruszają ramionami i pytają najbardziej krakowsko-praktycznie: a ile za podpis? źródło: KR24.pl I tu dochodzimy do sedna lokalnego absurdu. Bo jeśli rzeczywiście ktoś płaci za zbieranie podpisów – podkreślmy: za zbieranie, nie za składanie – to formalnie wszystko się zgadza. Paragrafy milczą. Wolontariat to piękna idea, ale – jak dobrze wiedzą bywalcy Kazimierza – idea nie zapłaci ani za bilet MPK, ani za kawę, ani za czynsz. Gibała też to wie. ZOBACZ TAKŻE: News KR24.pl! Za zbieranie podpisów pod referendum można dobrze zarobić? Płaci… Gibała Problem zaczyna się w momencie, gdy obywatel przestaje być obywatelem, a staje się targetem. A podpis – walutą. Bo jeśli ktoś zbiera podpisy, bo ma normę do wyrobienia, to pytanie przestaje brzmieć „czy pan/pani popiera?”, a zaczyna: „czy ma pan/pani PESEL?”. I nagle demokracja bezpośrednia skręca w stronę demokracji hurtowej. źródło: Kurier Krakowski Kanał Krakowski zapytałby pewnie wprost: czy to jeszcze obywatelskie poruszenie, czy już outsourcing demokracji? A sam Gibała? Jak to w Krakowie bywa – jedni widzą w nim sprawnego organizatora, inni cynicznego gracza, jeszcze inni tylko wygodny symbol większego problemu. Bo prawda jest taka, że nawet jeśli dziś „płaci Gibała”, to jutro płacić będzie ktoś inny. Rynek jest chłonny, demokracja zaskakująco elastyczna, a Kraków wiecznie zdziwiony, choć nigdy naprawdę zaskoczony. źródło: Radio Kraków I może właśnie o to chodzi najbardziej. Że zamiast oburzać się na stawki za podpis, warto zapytać, dlaczego bez stawek prawie nikt tych podpisów zbierać nie chce. Bo odpowiedź na to pytanie mówi o stanie miasta więcej niż tysiąc referendów i milion haseł o obywatelskości.  ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

Więcej…

Łom zamiast mózgu. Znak drogowy jako wróg publiczny numer jeden

Łom zamiast mózgu. Znak drogowy jako wróg publiczny numer jeden

23 stycznia 2026 | 13:39

To nie wojna z systemem. To publiczna prezentacja własnej intelektualnej bezradności. Kiedy myślenie boli, bierze się łom. Dlatego znaki Strefy Czystego Transportu przegrywają z ludźmi, którzy mylą wandalizm z odwagą. To jest krzyk ludzi, których myślenie boli bardziej niż hemoroidy, mandaty i świadomość własnej przeciętności razem wzięte. Co jakiś czas różne profile na Facebooku z dumą godną zwycięzców spod Grunwaldu informują: kolejny znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie zniszczony. I zawsze jest to samo: zdjęcie, komentarze, rechot w internecie. „Hehe, aleśmy pokazali urzędasom”. No, pokazaliście. Pokazaliście, że myślenie boli was bardziej niż życie, w którym nigdy niczego nie zrozumieliście, więc wszystko musicie rozwalić. Nazwijmy ich po imieniu – to są durnie. Oszołomy. Turbokretyni. Ludzie, którzy mylą wandalizm z buntem, a łom z argumentem. I co najlepsze: oni się tym chwalą. Jakby właśnie odkryli ogień, a nie odkręcili śrubę z rury. To trochę tak, jakby ktoś się publicznie chwalił, że: zdefekował do Paczkomatu, bo „InPost to korporacja” wybił szybę w tramwaju, bo „i tak jeżdżą za wolno” odłączył światła na skrzyżowaniu, bo „sam wie lepiej, kiedy jechać” Absurd? Dokładnie ten sam poziom logiki. Ale idźmy dalej tym tokiem „myślenia”. Nie podoba ci się ograniczenie prędkości do 50? Wyrwij znak i jedź 150, bo przecież fizyka to lewacki wymysł, a droga publiczna to twój prywatny tor testowy. Nie podoba ci się strefa zamieszkania? Wyrwij znak, i wjedź rozpędzony w grupkę bawiących się tam dzieci. Nie podoba ci się zakaz palenia w knajpie? Spal stolik. Nie podoba ci się podatek? Podpal urząd. Nie podoba ci się prawo? Zniszcz alfabet, bo litery są systemowe. To nie jest bunt. To dziecinada przebrana za odwagę. Najśmieszniejsze (czytaj: najsmutniejsze) jest to, że ci sami ludzie krzyczą potem o „wolności” i „zdrowym rozsądku”. Strefa Czystego Transportu może się komuś nie podobać. Można z nią dyskutować. Można ją krytykować. Można protestować. I w końcu można głosować. Ale niszczenie znaków to nie jest sprzeciw. To tylko publiczne ogłoszenie: „Nie ogarniam świata, więc go psuję”. I jeszcze jedno, na koniec, specjalnie dla bohaterów nożyc do blachy: znak wróci. Jedyny trwały ślad zostanie na was, czyli łatka gości, którzy myślą, że są antysystemowi, a zachowują się jak chamy z przystanku. I to jest właśnie najbardziej ironiczne.

Więcej…

Miszalski już spakowany! Taczki gotowe, a Gibała odzyskał sens życia

Miszalski już spakowany! Taczki gotowe, a Gibała odzyskał sens życia

22 stycznia 2026 | 09:04

To nie był sondaż. To było paliwo rakietowe. Lokalny portal dolał benzyny do ogniska, a banda chętnych do odwoływania Aleksandra Miszalskiego zaczęła się nakręcać jak nastolatkowie na dopalaczach, kręcąc się w kółko i krzycząc, że „JUŻ PO NIM”. W środę jeden z lokalnych portali „ujawnił” (hehe) sondaż, z którego wynika, że – tu cytat – referendum w Krakowie możliwe. 64 proc. Krakowian deklaruje udział, większość za odwołaniem prezydenta miasta. Koniec cytatu. Czytając to, można było odnieść wrażenie, że oto przemówiła historia, duch miasta i Wawel jednocześnie. Badanie zostało przeprowadzone na zlecenie – werble, fanfary, konfetti – Łukasza Gibały! Tego samego, który – wciąż nie możemy o tym zapomnieć – już TRZY razy przegrał wybory na prezydenta Krakowa, a raz tak bardzo chciał odwołać w referendum Jacka Majchrowskiego, że złożył w Państwowej Komisji Wyborczej podpisy, które okazały się sfałszowane, czym musiała się zająć prokuratura. Łukasz Gibała wpatrzony w ekran / fot. Łukasz Michalik Ale do sedna. Bo nie chodzi tu ani o metodologię, ani o prawdę, ani nawet o Kraków. Chodzi o emocjonalny fast food dla ludzi, którzy od dawna żyją w stanie permanentnego „zaraz go obalimy”, a każdy wykres traktują jak znak zesłany z nieba. To środowisko funkcjonuje dokładnie tak: wrzuć im wykres – dostaną orgazmu. Jeden słupek w górę i już widzą siebie w oknie magistratu, machających tłumom jak Jan Paweł II, tylko bez sutanny i z komentarzem na Facebooku. Ten sondaż to dla nich jak relikwia. Całują ekran, udostępniają z dopiskiem „NO I CO TERAZ KOLESIE??”, tłumaczą, że „LUD PRZEMÓWIŁ”, chociaż lud to głównie dwudziestu komentatorów z awatarami psów, orłów i krzyczących emotek. Nakręcają się nawzajem, pompują, podbijają, aż robi się z tego zbiorowa masturbacja polityczna. Internet zapłonął jak znicz pod Smoleńskiem, tylko szybciej i głupiej. Jeden z radnych PiS (ten, co to jedną nogą jest już chyba u Gibały) dostał takiego wylewu ze szczęścia, że literówki w komentarzach sugerują, iż faktycznie prawa ręka odmówiła współpracy. Człowiek jeszcze nie wie, czy to udar, czy po prostu klawiatura marki „Entuzjazm”. ZOBACZ TAKŻE: Duda: "Kraków wymaga jakiegoś poziomu intelektualnego od włodarza miasta" Psy szczekają. Dosłownie: PSY SZCZEKAJĄ W INTERNECIE. Każdy z nickiem typu „Krakus_Prawdziwy_1984” albo inny „BŁAZEN123” wyjaśnia, że „LUD SIE OBUDZIŁ”, „KONIEC UKŁADU” i „TERAZ TO JUŻ NA PEWNO”. Każdy z nich nagle jest ekspertem od demokracji bezpośredniej, referendum i konstytucji, chociaż jeszcze wczoraj mylił radę miasta z radą osiedla i pytał, czy prezydent Krakowa podlega papieżowi. Ale dziś wiedzą wszystko. Bo portal powiedział. I oczywiście pojawia się klasyczne: „TO JEST KONIEC” „MISZALSKI JUŻ SPAKOWANY” „WYWIEZIEMY GO NA TACZKACH” „KRAKOWIANIE GO ROZLICZĄ” „Krakowianie”, czyli grupa wzajemnej adoracji, która bez tego sondażu nie wiedziałaby, po co wstaje z łóżka. Teraz mają sens życia. Screenshot. Link. Caps lock. Pięć wykrzykników. To nie jest żadna analiza nastrojów społecznych. To jest emocjonalna paśnikownia dla ludzi, którzy odwołują Miszalskiego w internecie odkąd tylko został prezydentem. A wcześniej próbowali obalić poprzedniego. I za każdym razem są „o krok od zwycięstwa”. Jak hazardziści, co właśnie przegrali wszystko, ale jeszcze wierzą, że następny rzut kostką odmieni los. A portal? Portal się cieszy. Kliknięcia lecą, psy szczekają, internetowi fanatycy się nakręcają, radny PiS znów na granicy udaru ze szczęścia. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik I tak to się kręci: przegrane wybory, sondaż, euforia, komentarze, a potem cisza i kolejne „tym razem się uda”. Krakowska opozycja to nie ruch polityczny – to koło fortuny, w którym zawsze wypada „spróbuj jeszcze raz”. A rewolucja? Rewolucja w Krakowie już się odbyła. W komentarzach. Zwycięstwo było totalne, lud obudzony, władza obalona. Jedyny problem polega na tym, że po wylogowaniu nic się nie wydarzyło. Miszalski nadal siedzi w fotelu, Gibała nadal liczy wykresy, a portal nadal żyje z klików. Jedynym trwałym skutkiem tego sondażu jest to, że kilku ludzi uwierzyło, iż znowu są kimś. Choć jutro znów obudzą się dokładnie tam, gdzie byli wczoraj: w komentarzach, z klawiaturą jako jedynym narzędziem władzy. ZOBACZ TAKŻE: To ON stoi na czele protestów przeciwko SCT. W towarzystwie kryminalisty

Więcej…

Protesty przed domami polityków. Ekspert: „To przesada”

Protesty przed domami polityków. Ekspert: „To przesada”

16 stycznia 2026 | 18:16

– Decydent pracuje na co dzień w urzędzie i to tam jest miejsce do protestowania przeciwko jego decyzjom. Dom to przestrzeń prywatna. Miejsce, w którym chce się czuć bezpiecznie i spędzać czas z rodziną. Zaburzanie tego poczucia bezpieczeństwa jest problematyczne – tymi słowami Mateusz Wojcieszak, prezes Fundacji Pole Dialogu, komentuje zapowiadane protesty, które mają odbyć się przed domem prezydenta i krakowskich radnych. Protestować mają oczywiście przeciwnicy Strefy Czystego Transportu, którzy – już po raz kolejny – udowadniają, że normalna, cywilizowana i merytoryczna rozmowa jest z nimi niemożliwa. Po wyroku Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego przeciwnicy strefy czystego transportu zapowiadają protesty przed domami polityków, w tym prezydenta Krakowa. Pojawia się pytanie, czy taka forma sprzeciwu mieści się w granicach demokratycznego państwa prawa. Sprawę skomentował Mateusz Wojcieszak, prezes Fundacji Pole Dialogu, w rozmowie z Radio Kraków. Dla mnie wyznacznikiem prawa do protestu - podstawowego prawa każdej obywatelki i każdego obywatela, w tym przypadku mieszkańców Krakowa - jest zasada, że nasze prawa kończą się tam, gdzie zaczynają się prawa drugiej osoby.  W ocenie eksperta zapowiadane działania są nieadekwatne do charakteru sporu. Jest to przesada. Zwłaszcza w sprawie, która - w przeciwieństwie do protestów klimatycznych - nie dotyczy bezpośrednio prawa do życia czy przetrwania. Rozumiem, że protestujący nie zgadzają się z polityką publiczną, że obawiają się kosztów, konieczności dostosowania się do nowych przepisów albo kierują się motywacjami politycznymi. Natomiast sięganie po narzędzia protestu totalnego wydaje mi się w tym przypadku nieuzasadnione. Jak podkreśla, granica sprzeciwu przebiega tam, gdzie naruszane jest poczucie bezpieczeństwa w sferze prywatnej. Decydent pracuje na co dzień w urzędzie i to tam jest miejsce do protestowania przeciwko jego decyzjom. Dom to przestrzeń prywatna - miejsce, w którym chce się czuć bezpiecznie i spędzać czas z rodziną. Zaburzanie tego poczucia bezpieczeństwa jest problematyczne. Na stwierdzenie, że w internecie widać duże poparcie dla takich działań, odpowiada: To, co widzimy w internecie, nie jest rzeczywistością. Nie wiemy, ile komentarzy pochodzi od botów ani ile generują te same osoby. Dla mnie realnym wyznacznikiem siły i legitymizacji protestu jest liczba osób, które są gotowe poświęcić swój czas i fizycznie pojawić się na demonstracji. Całą rozmowę znajdziecie tutaj: Granice sprzeciwu. Czy wszystko wolno w proteście przeciwko SCT? To nie pierwszy raz, gdy przeciwnicy SCT posuwają się do kuriozalnych form sprzeciwu, Wcześniej pisaliśmy między innymi o tym, jak na profilu Zarządu Transportu Publicznego n Facebooku, grozili urzędnikom śmiercią, a zwolennikom SCT życzyli "złośliwego raka odbytu".  Żebyście skurwysyny zdechli na złośliwego raka odbytu, a wasze córki kurwiły się z czarnuchami – pisał jeden z nich. Cały tekst, groźby śmierci i  komentarze przeciwników SCT, przeczytacie tutaj: Przeciwnicy SCT grożą urzędnikom śmiercią, a zwolennikom życzą "złośliwego raka odbytu"  

Więcej…

SCT jako trampolina do politycznej kariery. Rodzą się nowe "gwiazdy"

SCT jako trampolina do politycznej kariery. Rodzą się nowe "gwiazdy"

10 stycznia 2026 | 13:28

To nie był protest. To była polityczna próba generalna. Z megafonami zamiast programu, z SCT jako pretekstem i z referendum jako prawdziwą stawką. Na ulicę nie wyszli oburzeni mieszkańcy, tylko przyszli kandydaci: skrajna prawica, zaplecze Gibały, kryminalista i świeżo wyciągnięte z kapelusza nazwiska, które dziś krzyczą „wolność”, a jutro zapukają po władzę. Kraków stał się planem zdjęciowym, a miasto paliwem do robienia kariery. Nie był to żaden „protest przeciwko SCT”. To było polityczne karaoke, w którym hasła o samochodach służyły tylko za podkład muzyczny. Mikrofon trzymali dobrze znani wokaliści: skrajna prawica, kryminalista i zwolennicy Gibały, śpiewający wspólnie, których łączy mniej więcej tyle, co węgiel z rowerem miejskim. SCT była tu tylko rekwizytem. Takim dmuchanym balonikiem z napisem „wolność”, który każdy mógł chwycić i nadmuchać do własnych rozmiarów. Jedni dmuchali strachem przed „ekologicznym terrorem”, drudzy ambicją polityczną. Bo nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg, nawet jeśli jest nim abstrakcyjna strefa na mapie. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK To nie była manifestacja mieszkańców, tylko regularna pikieta partyjna, tyle że bez logo na banerach. Zamiast programu – krzyk. Zamiast argumentów – facebookowe memy skandowane na głos. Ktoś krzyczał o biednych kierowcach, ktoś inny o zamachu na wolność, a w tle cicho pobrzmiewało: „patrzcie na nas, jesteśmy, liczycie się z nami?”. Klasyka. I dlatego nie oszukujmy się: to nie był głos „zwykłych ludzi”. To był głos politycznych interesów przebranych za obywatelski bunt. Trochę jak wilk w owczej skórze, tylko że skóra była z poliestru, a wilk nawet nie udawał, że jest owcą. Kraków widział już wiele demonstracji. Ta zapisze się jako przykład, jak łatwo temat miejski zamienić w polityczny transparent. Bez rozmowy, bez odpowiedzialności, za to z głośnikiem i kamerą. Bo dziś nie chodzi o miasto. Dziś chodzi o to, kto głośniej krzyczy i kto zbierze więcej lajków pod hasłem „jestem przeciwko”. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK I jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym nie wypada mówić głośno, więc powiedzmy to głośno: to jest oczywista podwalina pod referendum. Nie pod debatę, tylko pod klasyczne polityczne „sprawdzam”. Najpierw krzyk, potem emocja, potem urna. Mechanizm stary jak demokracja, tylko opakowanie coraz bardziej krzykliwe. Bo tu nie chodzi o SCT. Chodzi o zbijanie kapitału politycznego. O to, żeby na gniewie, frustracji i niechęci do „władzy” – jakiejkolwiek – wyhodować nowe twarze i nowe nazwiska. Taki polityczny inkubator: trochę oburzenia, trochę megafonu i już wyrasta „lider społeczny”. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK Do wczoraj nikt nie słyszał o jakimś Piotrze Bartoszu z Konfederacji czy innej Korony Polskiej. Ot, zwyczajny nołnejm. Postać z marginesu lokalnego Facebooka. A dziś? Jedna z twarzy protestu. Mikrofon, kamera, cytaty. Jutro – ekspert od wolności. Pojutrze – kandydat. A za chwilę, kto wie, może przyszły poseł, który będzie opowiadał w Sejmie, jak to „zwykli ludzie wyszli na ulice”. I takich Bartoszów jest więcej. Cały peleton. Ludzie, którzy nagle „się pojawili”, bo polityka w Polsce nie polega już na pracy, tylko na widoczności. Nie na kompetencjach, tylko na tym, kto stanie bliżej kamery. SCT stała się dla nich trampoliną. Nie do rozwiązań, tylko do kariery. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK Dlatego ta manifestacja była tak gładko wyreżyserowana. Emocja – jest. Wróg – jest. Prosty przekaz – jest. A na końcu drogi: referendum jako wielki plebiscyt popularności, w którym nie wygrywa argument, tylko rozpoznawalność nazwiska. To nie był bunt oddolny. To była próba rozgrzewki przed kampanią. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK Miasto znów zostało tłem. Scenografią dla politycznego castingu. A stawką nie jest czyste powietrze, tylko czyste konto polityczne: zasięgi, nazwisko i pierwszy krok do „czegoś więcej”. W Krakowie, jak widać, niektórym wystarczy jeden protest, żeby z nikogo stać się „kimś”. I to jest w tej historii najbardziej niepokojące.

Więcej…

SCT. "Kraków karze nauczycieli i lekarzy za to, że dojeżdżają tutaj do pracy"

SCT. "Kraków karze nauczycieli i lekarzy za to, że dojeżdżają tutaj do pracy"

08 stycznia 2026 | 06:18

Do krakowskiej Strefy Czystego Transportu wjeżdżają codziennie z gmin ościennych ludzie, którzy są nauczycielami w krakowskich szkołach i lekarzami w krakowskich szpitalach. Jej wprowadzenie urąga wszelkiej logice - uważa Angelika Kuczaj, radna Dzielnicy X Swoszowice. To jej odpowiedź na argumenty za wprowadzeniem SCT, które wytoczył były krakowski radny Łukasz Wantuch. Wczoraj zamieściliśmy tekst Wantucha, w którym były radny napisał "krótką i brutalną prawdę. Bez przytulanie i gry wstępnej". Możecie przeczytać go tutaj: Ostro o SCT: "Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać do Krakowa". Do sprawy odniosła się Angelika Kuczaj. Poniżej przedstawiamy stanowisko radnej ze Swoszowic, która punktuje zwolenników wprowadzenia SCT. Kraków nie jest pępkiem świata, a mieszkańcy gmin ościennych bynajmniej nie wjeżdżają tu aby podziwiać codziennie Sukiennice. Wjeżdżają, bo są nauczycielami w naszych szkołach, lekarzami w naszych szpitalach, kelnerami w krakowskich barach itd. Czy Kraków jest samowystarczalny? Nie, nie jest! Mieszkańcy osiedli peryferyjnych korzystają z infrastruktury gmin ościennych i nikt na nas tam pułapek ani opłat nie nakłada. A Kraków? Słowo daję, czuje się zażenowana jadąc na codzienne zakupy do Skawiny mimo że SCT nie było moim pomysłem i jestem przeciwna wprowadzeniu strefy.  Powiadasz, że mieszkańców Krakowa SCT nie dotknie, bo są zwolnieni z opłat do technicznej śmierci pojazdu? A to, że ich samochody, które nie spełniają wymogów SCT z dnia na dzień warte są tyle, ile ważą, bo kupca na nie próżno szukać, to co? Faktycznie, może ktoś sprzedałby swoje stare auto, dołożył troszkę grosza i zakupił drogie spełniające wymogi. Tylko komu on go sprzeda? Za grosze gdzieś na Pomorze, bo nawet nie na Śląsk (bo ze Śląska też potrzebują do Krakowa przyjechać, jak nie do pracy, to na zakupy). I tu już straty idą nie na stówki, ale na tysiące. Nagle coś warte samochody krakusów są warte tyle, co złom. Czy nie zapominamy w tym wszystkim po co wprowadza się strefy? Aby poprawić jakość powietrza! Czy mieszkańcy gmin ościennych płacąc 100 zł za miesiąc lub 5 zł za dzień poprawiają jakość powietrza? Nie. Tyle, że ściąga się z nich kase. Przypominam nieśmiało, że nasi politycy krakowscy wnioskują o związek metropolitalny, wskazując że polepszy to współpracę w regionie i pomoże pozyskać lepsze finansowanie. No to ja dziękuję za taki związek metropolitalny, gdzie narzucamy opłaty dla tych, z którymi chcemy ten związek metropolitalny tworzyć. Było zapatrzyć się na Warszawę i objąć strefą centralną część miasta. Ale Kraków bardziej święty niż sam Papież. Nie chce mi się pisać o Niemcach, którzy wycofali się ze stref w niektórych miastach, i o Francji, która czeka na rozstrzygnięcie tematu, bo przegłosowali ograniczenie wdrażania stref. I tak jestem przeciwna wprowadzaniu SCT w Dzielnicy X i głosowałam PRZECIW! To urąga wszelkiej logice, aby w Opatkowicach, przez którą biegnie A4 (wyłączona z SCT) i Zakopianka (wyłączona z SCT), a małe osiedlowe ulice prowadzą do granicy gmin Mogilany i Skawina (nieobjętych strefą), opowiadać komuś, że powietrze się nam poprawi. SCT nie ma zasadności na tych terenach, bo biegną przez nie najbardziej ruchliwe drogi, które są emitentami spalin. Tak, pragnę być zdrowa i chcę oddychać czystym powietrzem. Wnioskuję zatem, aby zwinąć autostradę A4 i przenieść w inne miejsce. Z dala od mojego osiedla. ZOBACZ TAKŻE: Za kradzież znaków zapłacimy wszyscy. "To jest narażanie obywateli na koszty" Zdaniem radnej Kuczaj, wprowadzanie SCT w obecnym kształcie ani nie poprawia powietrza ani nie pomaga mieszkańcom, za to świetnie zasysa pieniądze z portfeli tych, którzy codziennie przyjeżdżają tu pracować.

Więcej…

Ostro o SCT: "Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać do Krakowa"

Ostro o SCT: "Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać do Krakowa"

07 stycznia 2026 | 17:52

Wszyscy mieszkańcy Krakowa są zwolnieni z zasad Strefy Czystego Transportu do śmierci technicznej samochodu - przypomina Łukasz Wantuch. Były krakowski radny uważa, że jak się komuś nie podoba SCT, to nie musi przyjeżdżać do Krakowa. W swoim wpisie na Facebooku Wantuch napisał "krótką i brutalną prawdę. Bez przytulanie i gry wstępnej". To jest nasze miasto. Mamy prawo ustalać takie zasady, jakie uważamy za słuszne. Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać. Wszyscy mieszkańcy Krakowa są zwolnieni z zasad Strefy Czystego Transportu do śmierci technicznej samochodu. Osoby spoza Krakowa płacą w najgorszym razie 5 zł za cały dzień wjazdu do miasta. Nie mam nic przeciwko, aby Wieliczka czy Myślenice wprowadziły identyczne zasady u siebie. Osoby niszczące znaki powinny zapłacić za ich ponowny montaż. Jeszcze nie urodził się taki, który by zadowolił wszystkich. Ale nikt z zewnątrz nie będzie nam mówił, co możemy robić a czego nie w naszym mieście - kończy były radny.

Więcej…

Gibała przygotował folder wyborczy. Kraków jako prywatny plac zabaw

Gibała przygotował folder wyborczy. Kraków jako prywatny plac zabaw

05 stycznia 2026 | 11:29

Czasem w komentarzach zarzucacie nam, że pastwimy się nad wiecznym przegrywem kandydatem na prezydenta Łukaszem Gibałą. Piszecie, że chłop przegrał trzy razy wybory, a my kopiemy leżącego. Otóż, fakt, do tej pory chyba nie znaleźliśmy powodów, by go chwalić. Ale postanowiliśmy zrobić eksperyment: pozwolimy mu samemu się pochwalić.  Stwierdziliśmy, że zaglądniemy do jego podsumowania roku i tam na pewno znajdziemy coś, co zasługuje na pochwałę. Co więcej, wrzucimy nawet link do jego strony – zupełnie za darmo – i napiszemy, jaki to on jest skuteczny i jak pięknie działa dla Krakowa i jego mieszkańców. No i… zajrzeliśmy. Jedno ze zdjęć w "Podsumowaniu 2005 roku" Łukasz Gibały. Tu rozdaje obwarzanki / źródło: gibala.pl Gdyby „podsumowanie roku” Łukasza Gibały było potrawą, to byłaby to sałatka marketingowa: dużo kolorów, zero mięsa, a po zjedzeniu dalej jesteś głodny. Dokładnie takie wrażenie zostawia lektura jego „raportu z działań radnego”. Raportu w cudzysłowie, bo z raportem ma to tyle wspólnego, co ulotka dewelopera z aktem notarialnym. To nie jest podsumowanie. To jest kampania wyborcza rozpisana na 12 miesięcy, tylko bez daty wyborów na okładce. ZOBACZ TAKŻE: Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy? Kraków w wersji „eventowej” Z tekstu dowiadujemy się, że radny: był, widział, rozdawał, uczestniczył, wspierał, apelował, interweniował. Brzmi imponująco. Dopóki nie zapytasz: co z tego wynikło? Bo realnych efektów brak. Jest za to niekończący się festiwal obecności: tu sprzątanie, tam spacer, tu pszczółki, tam pieski, tu seniorzy, tam obwarzanki. Gibała jest wszędzie. Jak influencer miejski. Tylko Kraków jakoś nie bardzo się zmienia przez tę jego aktywność. Interpelacje: hurtownia pism bez efektów 146 interpelacji.1200 interwencji. Liczby robią wrażenie wyłącznie na kimś, kto nie wie, czym jest interpelacja. Bo interpelacja to nie decyzja. To list. Czasem mail. Czasem uprzejme „czy moglibyście”. I w tym „podsumowaniu” nie ma ani jednego miejsca, w którym jasno pokazano: co zostało zrealizowane, co zostało odrzucone, co ugrzęzło w urzędniczej szufladzie. Jest za to klasyczna sztuczka polityczna: ilość zamiast jakości. Jakby radny się chwalił, że wysłał 100 CV, ale już nie powiedział, że żadnej pracy nie dostał. Łukasz Gibała podczas sesji rady miasta / fot. Łukasz Michalik Polityka bez sprawczości Petycje? Są.  Apele? Są. Rezolucje? Są. Efekty? No… są zdjęcia. To podsumowanie wygląda jak kronika działań radnego, który wie, że nic nie przeforsuje, więc przynajmniej dobrze to opisze. I opisać rzeczywiście potrafi. Momentami aż za dobrze, bo tekst puchnie od słów: „udało się”, „wspólnie”, „zareagowaliśmy”, podczas gdy rzeczywistość miasta pozostaje dokładnie tam, gdzie była. Radny czy kandydat permanentny? Największym problemem nie jest to, że Gibała działa. Największym problemem jest to, że on nie przestaje prowadzić kampanii. Każdy gest jest pod tezę. Każde wydarzenie pod zdjęcie. Każdy problem pod narrację „my kontra oni”. To nie jest już działalność samorządowa. To ciągły casting na prezydenta Krakowa, w którym miasto jest tłem, a nie celem. ZOBACZ TAKŻE: Gibała stchórzył przed rozmową z Miszalskim! Jest kolejne zaproszenie Czego w tym „podsumowaniu” NIE MA? Odpowiadając krótko: nie ma konkretów. Jest za to auto-laurka, jaką zwykle pisze się przed wyborami, a nie po roku pracy. Gdyby ktoś nie wiedział, mógłby pomyśleć, że radny Gibała samotnie walczy z całym systemem, podczas gdy w rzeczywistości jest jednym z wielu aktorów, którzy mówią dużo, a zmieniają niewiele. To nie jest podsumowanie roku. To jest folder wyborczy bez daty wyborów.  To nie jest raport z efektów. To jest spis aktywności. To nie jest rozliczenie. To jest autoprezentacja. A Kraków? Jak stał, tak stoi dalej. Tylko zdjęć przybyło, co widać choćby na fotografii tytułowej do tego tekstu, którą Gibała zamieszcza na swojej stronie i w mediach społecznościowych. 10 pytań, na które Łukasz Gibała NIE odpowiada: Interpelacje: 146 zgłoszeń, 1200 interwencji. A ile z nich zakończyło się realną zmianą w Krakowie? Efekty vs obecność. Ile spacerów, wręczeń miodu i rozdawania obwarzanków faktycznie przełożyło się na poprawę jakości życia mieszkańców? Petycje i rezolucje. Ile z nich faktycznie wpłynęło na miejskie decyzje? Budżet miasta. Jakie konkretne projekty udało się zabezpieczyć, sfinansować lub zmienić dzięki Pana interwencjom? Przestrzeń publiczna. Ile interwencji faktycznie zakończyło się naprawą chodników, bezpieczeństwem przejść czy zielenią, a ile pozostało tylko w raporcie? Problemy mieszkańców. Które z zgłoszonych spraw zostały trwale rozwiązane, a które „rozwiązał” Pan tylko poprzez zdjęcie przy okazji wizyty? Rozliczalność. Dlaczego raport nie zawiera żadnych niedociągnięć, jeśli przecież każdy radny musi mierzyć się z ograniczeniami? Sukcesy. Które z nich są faktycznie mierzalne i weryfikowalne, a które sprowadzają się do „byłem, zobaczyłem, zrobiłem zdjęcie”?' Strategia vs marketing. Czy działania radnego są częścią planu na realne zmiany w mieście, czy wyłącznie cyklem PR-owych eventów i autoprezentacji? Priorytety. Dlaczego w raporcie najwięcej miejsca zajmuje rozdawanie gadżetów i obecność na wydarzeniach, a nie są pokazane projekty o realnym znaczeniu dla Krakowa? źródło: gibala.pl Łukasz Gibała powtarza, że „Kraków to dla mnie bardzo osobista sprawa”. I właśnie to widać w jego podsumowaniu roku: miasto nie jest miejscem realnych decyzji ani zmian, tylko tłem do autoprezentacji i prywatnej kampanii. W jego świecie miasto jest prywatnym placem zabaw dla wizerunku, nie wspólną przestrzenią dla obywateli. ZOBACZ TAKŻE: Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie *** A tu obiecany link do podsumowania Gibały. Może komuś uda się znaleźć jakiś konkret.

Więcej…

Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie

Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie

03 stycznia 2026 | 12:47

To nie jest tekst o demokracji. To jest tekst o obrażonych ambicjach, pieniądzach i politycznej zemście. O ludziach, którzy przegrali wybory, ale nie potrafią przegrać. O tych, którzy uznali, że skoro krakowianie nie zagłosowali „jak trzeba”, to trzeba im zafundować poprawkę. Referendum w Krakowie nie rodzi się z gniewu ulicy ani z realnego kryzysu miasta. Rodzi się w gabinetach, excelach i portfelach. I im szybciej to zrozumiemy, tym mniejsze będzie zdziwienie, gdy okaże się, że to nie mieszkańcy chcą zmiany, tylko kilku polityków chce władzy za wszelką cenę. Na przełomie roku media w Krakowie, jak jeden mąż, informują: „Są grupy, które zastanawiają się nad referendum”. Zastanawiają się. Jak filozofowie w zadymionym salonie. Jakby to była akademicka debata, a nie ordynarny plan politycznej zemsty. Dziś już nikt nie udaje: referendum za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego ma się odbyć. Powód? Oficjalnie: troska o miasto. Nieoficjalnie, ale prawdziwie: Łukasz Gibała nie może pogodzić się z trzecią porażką z rzędu w wyborach na prezydenta Krakowa. Trzy razy wyborcy powiedzieli „nie”. Demokracja zadziałała. Problem w tym, że wynik demokracji nie spodobał się kandydatowi. Więc zamiast poczekać jeszcze trzy lata, pogodzić się z losem albo – nie daj Boże – zaproponować coś nowego, mamy plan B: odwołać zwycięzcę bokiem. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Do tego chóru natychmiast dołączyła Konfederacja. Bo Konfederacja w Krakowie dziś nie może nic. Zero sprawczości, zero wpływu, za to dużo frustracji. Ale po odwołaniu prezydenta, a być może nawet i rady miasta? O, to już zupełnie inna gra. Poczuli krew. A jak Konfederacja czuje krew, to nie pyta o program, tylko biegnie w stronę jatki. Jest też trzeci akt tego spektaklu: Michał Drewnicki, jeden z liderów lokalnego PiS. Oficjalnie PiS, jako całość, entuzjastą referendum nie jest. I słusznie, bo jeśli przy okazji poleci też rada miasta, PiS straci mandaty na rzecz Konfederacji. A sensownego (czyt. wygrywającego) kandydat na prezydenta i tak nie ma. Ale co tam interes partii, co tam matematyka wyborcza. Ci mniej myślący logicznie, a bardziej emocjonalnie politycy PiS już szykują się, żeby pomóc gibałowcom i konfederatom. Bo liczy się tu i teraz, nie jutro. A teraz pieniądze. Bo bez pieniędzy ten numer by się nie udał. Wydano już pierdyliardy złotych na kampanię antymiszalską. Gazetki, ulotki, portale, plakaty, billboardy, nowe media, stare media, social media i jeszcze pewnie dymne sygnały nad Wisłą. Miliony. I nie, nie po to, żeby wygrać wybory za trzy lata. W polityce trzy lata to wieczność. To jest kasa wydana na akcję natychmiastową. Na teraz. Na destabilizację. Dlaczego to się opłaca? Bo kampania referendalna nie ma limitów finansowych. Nie ma sufitu. Kto ma kasę – a Gibała kasę ma – ten może pompować narrację bez końca. Demokracja? Nie. Portfelokracja. ZOBACZ TAKŻE: Kampania na grobach, gołębiach i pierogach. Staruszki dają więcej lajków niż program wyborczy A na deser: paraliż miasta. Referendum to nie jest weekendowa zabawa z urną i konfetti. To około pięciu miesięcy kompletnego politycznego zastoju: zbieranie podpisów, weryfikacja, kampania, głosowanie. Pięć miesięcy, w których prezydent jest kulawy, urzędnicy patrzą na zegarek, a decyzje odkłada się „do po referendum”. I właśnie o to chodzi przeciwnikom Miszalskiego. Bo jak miasto nie jedzie, to łatwiej krzyczeć, że kierowca jest do wymiany. Nie łudźmy się. To nie jest żaden zryw obywatelski. To polityczna zemsta przegranych, cynicznie opakowana w hasła o demokracji bezpośredniej. Demokracja działa tylko wtedy, gdy wynik nam pasuje. Gdy nie pasuje – robimy referendum. Kraków nie potrzebuje dziś awantury, tylko spokoju i pracy. Ale spokój jest nudny, a praca nie daje satysfakcji tym, którzy trzeci raz przegrali i wciąż nie mogą się z tym pogodzić. Więc szykujcie popcorn. Referendalny cyrk właśnie przyjechał do miasta. A za bilety, jak zwykle, zapłacimy wszyscy. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik A więc co się stanie? Już tłumaczę, bez ściemy i bez tej medialnej waty cukrowej. Na przełomie stycznia i lutego ruszy akcja referendalna. Nie dlatego, że komuś tak wyszło z kalendarza, tylko dlatego, że tak się to najlepiej liczy. Polityka to dziś księgowość emocji, a nie żadna misja. Dlaczego akurat wtedy? Bo wtedy idealnie spina się terminarz: luty i marzec – zbieranie podpisów, kwiecień – PKW ma miesiąc na weryfikację tychże podpisów, maj/czerwiec – głosowanie. I teraz najważniejsze: głosowanie wypada po długim weekendzie majowym, ale jeszcze przed wakacjami. Dlaczego to takie istotne? Bo nie chodzi o rację, tylko o frekwencję. I to jest pięta achillesowa całej tej operacji. Bo wszystko inne da się kupić. Podpisy? Proszę bardzo. Zamiast 50 znudzonych wolontariuszy z poczuciem misji, wysyła się w miasto 500 zajebiście opłacanych „wolontariuszy”. Umówmy się: to już się dzieje. Już teraz ludzie są nagabywani, „w trosce o miasto”, żeby podać dane: imię, nazwisko, telefon, mail. Oficjalnie – przeciwko kolesiostwu. W praktyce – baza danych pod akcję referendalną. Potem wystarczy klik, telefon, dzwonek do drzwi. Jak się ma pieniądze, to można wysłać człowieka do człowieka. A jak ktoś już raz podpisał, to podpisze drugi raz. Podpisy się zbierze. Za zbieranie podpisów można zapłacić. I się zapłaci. Ale jest jedna rzecz, której kupić się nie da. Nie da się zapłacić ludziom za to, żeby poszli do urn. I tu zaczyna się prawdziwa gra. Bo jeśli dojdzie do referendum, to do głosowania pójdą niezadowoleni. Ci wkurzeni, rozemocjonowani, napędzeni narracją o „katastrofie”, „zdradzie”, „układach”. Czyli – w ogromnej większości – przeciwnicy Miszalskiego. A co zrobią jego wyborcy? Albo ludzie, którzy mają prezydenta w głębokim poważaniu? Zostaną w domu. Bo „nie chce mi się”, bo „to nic nie zmieni”, bo „mam ważniejsze sprawy”. Więc cała operacja sprowadza się do jednego pytania: czy da się dobić do wymaganej frekwencji? Bo wynik głosowania jest przesądzony – sęk w tym, czy będzie wiążący. Dlatego termin jest kluczowy. Po majówce, gdy ludzie wrócą z grilla i działki, ale jeszcze przed wakacjami, gdy nie będą na wyjazdach. Teoretycznie idealne warunki, żeby wyciągnąć ludzi z domów. To jest bezcenne. Tego się nie da dokupić żadnym billboardem. Za wszystko inne można zapłacić. Za ulotki, portale, influencerów, „oddolne inicjatywy”, „oburzonych obywateli” i „wolontariuszy z misją”. Za wszystko. Alkozłotówkami. Ale frekwencja? Frekwencja to jedyne, czego nie da się wrzucić w koszty kampanii. I właśnie dlatego Kraków szykowany jest nie na debatę, tylko na polityczną zasadzkę. ZOBACZ TAKŻE: Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy? Dlaczego frekwencja jest jedną wielką niewiadomą? Bo w Krakowie nie wydarzyło się kompletnie nic – absolutnie nic – co realnie oburzałoby mieszkańców na tyle, żeby masowo ruszyć do urn i wyrzucać prezydenta jeszcze zanim dotarł do półmetka kadencji. Nie było afery, nie było skandalu, nie było katastrofy, nie było „momentu przełomowego”. Jak to się mówi w politycznych kuluarach: nie ma atmosfery do referendum za odwołaniem prezydenta. Jest za to coś innego. Jest chęć wąskich grupek interesów, jest frustracja przegranych i jest chory na władzę polityk, który po trzeciej porażce wyborczej dalej nie potrafi zrozumieć prostego faktu: Kraków go nie chciał. I teraz pytanie brzmi: czy to wystarczy? Czy ambicje kilku środowisk, kupa pieniędzy i perfekcyjnie rozpisany kalendarz wystarczą, żeby rozpędzić 30 procent krakowian do urn? Bo jeśli nie – to całe to referendum zapisze się nie jako obywatelski zryw, tylko jako najdroższy polityczny foch w historii miasta. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik I jeszcze jedno, o czym absolutnie nie wolno zapominać, bo pamięć w tym mieście bywa krótka, a cynizm długi. To nie jest pierwszy raz, gdy Gibała próbuje bawić się w referendum. Już raz chciał robić plebiscyt przeciwko odwołaniu Jacka Majchrowskiego. Skończyło się kompromitacją: podpisy zostały zebrane, złożone w PKW, a potem prokuratura ustaliła, że część z nich była sfałszowana. Sprawa śmierdziała na kilometr i rozpadła się z hukiem, zostawiając po sobie polityczny wstyd. Dlatego dziś Gibała jest „mądrzejszy”. Nie chce ryzykować kolejnej kompromitacji, nie chce firmować ewentualnej klęski własnym nazwiskiem. Więc oficjalnie inicjatorem będzie „ktoś inny”. Jakaś komitetowa wydmuszka, jacyś „zatroskani mieszkańcy”, jakaś „oddolna inicjatywa”. Mówiono o Konradzie Berkowiczu z Konfederacji, ale po tym, jak się skompromitował kradzieżą patelni w IKEA, trzeba szukać innej „twarzy”. A Gibała? Gibała się tylko podłączy. Będzie opowiadał bajki o spontanicznym buncie ludu, o obywatelskim gniewie i demokracji bezpośredniej. Tyle że to nie będzie żadna oddolność. To będzie ta sama ręka, tylko schowana głębiej pod stołem. I właśnie dlatego ta cała operacja tak śmierdzi. Bo to nie jest odwaga cywilna. To nie jest ryzyko. To jest polityka robiona na cudzy rachunek, z cudzym szyldem, ale z tym samym celem: wywrócić wynik wyborów, których nie udało się wygrać uczciwie. ZOBACZ TAKŻE: Gibała stchórzył przed rozmową z Miszalskim! Jest kolejne zaproszenie To referendum nie jest testem dla prezydenta. To jest test na to, czy Kraków da się kupić i zmanipulować. Czy da się wmówić mieszkańcom, że wybory to tylko sugestia, a nie werdykt. Jeśli ten numer przejdzie, każdy kolejny przegrany kandydat dostanie jasny sygnał: nie musisz wygrać – wystarczy, że będziesz bogaty, cierpliwy i bezczelny. A jeśli nie przejdzie, i tak przegramy wszyscy, bo miasto zostanie użyte jak poligon do leczenia cudzych kompleksów. W obu wariantach to nie jest demokracja. To jest brutalna próba sił, w której Kraków ma być tylko tłem. I właśnie dlatego ten cyrk trzeba nazywać po imieniu, zanim ktoś ogłosi, że to obywatelski zryw, a nie najdroższa kampania ratowania czyjegoś ego.

Więcej…

Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy?

Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy?

30 grudnia 2025 | 16:01

Drogie Krakowianki, Drodzy Krakowianie, w imieniu redakcji Kanału Krakowskiego składamy Wam najserdeczniejsze życzenia na Nowy Rok 2026. Niech będzie dokładnie taki, jakiego nauczyliście się już spodziewać: pełen korków pojawiających się szybciej niż sensowne decyzje, podwyżek wprowadzanych sprawniej niż jakiekolwiek konsultacje społeczne oraz obietnic, które nawet nie próbują udawać, że mają termin realizacji. Prezydentowi Aleksandrowi Miszalskiemu życzymy przekroczenia magicznej bariery dziesięciu miliardów złotych zadłużenia, bo to już jakoś brzmi, a i okrągła liczba lepiej się prezentuje. Niech premie dla zastępców płyną szerokim strumieniem, bo 38 tysięcy złotych na kwartał to dziś ledwie kilka piw na Rynku i symboliczna nagroda za konsekwentną realizację „tematów” w imię zasady: albo wolno albo wcale. Niech podwyżki biletów, podatków i opłat za śmieci spotykają się z dokładnie takim samym entuzjazmem, z jakim krakowianie słuchają kolejnych konferencji prasowych – czyli z westchnieniem, wzruszeniem ramion i rezygnacją graniczącą z apatią. ZOBACZ TAKŻE: Miszalski w akcji. Decyzje, które bardziej śmieszą niż pomagają [RANKING] Życzymy też, aby referendum w sprawie odwołania dało się skutecznie rozmyć, zagadać i przeczekać, bo przecież demokracja demokracją, ale komfort władzy musi być zachowany. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik Radnym Koalicji życzymy, aby opozycja pozostała tak absolutnie żałosna, jak tylko żałosna być może (i jest obecnie): dramatycznie słaba, kompletnie niemerytoryczna, żenująco nieumiejąca liczyć i tak nieszkodliwa, że można ją pokazywać dzieciom bez ostrzeżenia i bez ryzyka, że coś z tego wyniosą. Dzięki takiej opozycji możecie dalej głosować za wszystkim, co wpadnie na stół: kolejnymi podwyżkami, kolejną dziurą budżetową i planami miejscowymi pisanymi wprost pod deweloperskie potrzeby. Bez stresu, bez refleksji i bez obawy, że coś nie przejdzie. Niech ta bezradna, godna politowania opozycja trwa wiecznie, bo z nią rządzicie jak monarchowie absolutni, a mieszkańcy dostają darmowy kabaret na transmisjach sesji, obserwując, jak większość głosuje szybciej, niż zdąży pomyśleć – o ile w ogóle czuje taką potrzebę. ZOBACZ TAKŻE: Miał mieć pomysły, nie przyszedł na spotkanie. "Boi się" [WYWIAD] Radnym opozycji życzymy natomiast, by w 2026 roku ktoś wreszcie przeczytał Wasze interpelacje do końca, a nie tylko machnął ręką z prezydenckiego fotela, oraz by okrzyki „hańba”, „wstyd” i „referendum” przestały ginąć w charakterystycznym dźwięku automatycznego liczenia głosów. Na razie Wasz realny wpływ na miasto jest porównywalny z wpływem kiboli na wynik meczu, w którym sprzedajny sędzia zna jego rezultat jeszcze przed rozpoczęciem. Trwajcie jednak dzielnie, bo bez Was sesje rady byłyby jak komunikacja miejska bez korków: szybkie, sprawne, podejrzanie zgodne i efektywne. ZOBACZ TAKŻE: Polityk PiS zapowiada ofensywę: "Wszyscy, byle nie Miszalski i jego klakierzy" [WYWIAD] Radnemu Łukaszowi Gibale, wiecznemu kandydatowi na prezydenta, życzymy, aby wreszcie udało się zebrać podpisy pod referendum bez prokuratorskich przygód, bo choć stare sprawy umorzono, to zawsze miło byłoby nie dostarczać nowych tematów do medialnych pasków. Niech sondaże rosną jak ceny parkowania, a Twoi wyznawcy niech dalej wierzą, że następnym razem to już naprawdę, bo teraz to już naprawdę wszyscy mają dość. A gdy znów wystartujesz w wyborach, niech znowu będzie drugie miejsce – najlepiej o włos – żeby legenda wiecznego pretendenta mogła żyć dalej. Bo Kraków bez Gibały byłby jak ogród botaniczny bez szkodników – po prostu zbyt piękny. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik ZOBACZ TAKŻE: Kampania na grobach, gołębiach i pierogach. Staruszki dają więcej lajków niż program wyborczy Niech kwiaty dla staruszek rozdawane w ramach kampanii pachną tak, jakbyś naprawdę pamiętał o potrzebach seniorów, a nie tylko o ujęciach wideo. Niech pierogi zjadane w barach mlecznych i zdjęcia z pieskami dają choć cień poczucia autentyczności, nawet jeśli w praktyce merytoryka leży odłogiem, a każde Twoje medialne gesty są tak sztuczne, jak plastikowe kwiaty w miejskim parku. Wojewodzie małopolskiemu Krzysztofowi Janowi Klęczarowi życzymy, aby w 2026 roku udało się wreszcie wygrać jakąś batalię z miastem, bo bez sporów kompetencyjnych, zakazów i uchyleń Kraków traci połowę swojego administracyjnego folkloru, a sądy administracyjne muszą przecież mieć co robić. Bo Kraków bez konfliktu z wojewodą to jak Wawel bez smoka – niby stoi, niby piękny, ale czegoś jednak dramatycznie brakuje. Jego Eminencji kardynałowi Grzegorzowi Rysiowi życzymy, aby ta deklarowana „duża determinacja” w sprawie niezależnej komisji ds. nadużyć seksualnych wreszcie przełożyła się na realne decyzje, a dialog, otwartość i świeżość nie skończyły się wyłącznie na ładnych hasłach. Niech na Kraków zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi. ZOBACZ TAKŻE: Przewrót pałacowy w krakowskim Kościele. Bogu niech będą dzięki Jego Ekscelencji arcybiskupowi seniorowi Markowi Jędraszewskiemu życzymy, by 2026 rok był czasem błogiego odpoczynku w krakowskim „Castel Gandolfo”, z emeryturą rzędu 25 tysięcy złotych miesięcznie i pełnym pakietem kurialnych udogodnień, bo po latach heroicznej walki z „tęczową zarazą”, „gender” i wszystkimi innymi zagrożeniami cywilizacji Zachodu należy się cisza, ogród i brak mikrofonów. Niech historia oceni, a teraźniejszość nie przeszkadza w zasłużonym relaksie, opłacanym – jak zawsze – przez wiernych. ZOBACZ TAKŻE: Czym zajmował się abp Jędraszewski? "Po śniadaniu siadał tam ze swoimi ludźmi i..." Abp Marek Jędraszewski (po prawej) i kard. Grzegorz Ryś (tyłem) / fot. Archidiecezja Krakowska Janowi Tajsterowi, znanemu też jako Jan T., życzymy, by 2026 rok przyniósł wreszcie spokój, najlepiej w warunkach odosobnienia. Ruskiej onucy Posłowi Konradowi Berkowiczowi życzymy wszystkiego najgorszego! Niech każdy Twój ruch publiczny będzie tak kompromitujący, jak kradzież patelni w IKEA, a Twoja prorosyjska postawa niech świeci przykładem, jak można bezrefleksyjnie stać po złej stronie historii. Niech Twój rok będzie tak spektakularnie nieudany, jak Twoje medialne popisy. ZOBACZ TAKŻE: Oto zwycięzca w kategorii: Dzban Roku! Najpierw IKEA, a teraz TO Deweloperom, całej tej betonowej rodzinie od Atalu po resztę alfabetu, życzymy, by w 2026 roku średnia cena mieszkań wreszcie przebiła 20 tysięcy złotych za metr, bo 18 tysięcy to dziś przecież promocja dla ubogich. Niech plany miejscowe dalej zmieniają się pod Wasze inwestycje szybciej, niż mieszkańcy zdążą złożyć protest, a zieleń ustępuje miejsca „nowoczesnym osiedlom” z widokiem na kolejne nowoczesne osiedla. A gdy ktoś znów krzyknie „betonoza”, niech to będzie tylko wyraz czystej zazdrości, że nie kupił wcześniej. ZOBACZ TAKŻE: Płaszów i Rybitwy. Będą dymy, awantury i przepychanki. Bierzcie popcorn Monice Bogdanowskiej życzymy, aby w 2026 roku nadal mogła funkcjonować w pełnym rozkwicie jako lokalny szkodnik – z zapałem krytykując wszystkich, którym cokolwiek się udało, przyjmując mentorski ton eksperta od wszystkiego, mimo że jej realny wpływ na miasto jest porównywalny z cieniem na Rynku o północy. Niech jej aktywność jako patoaktywistki dalej utwierdza ją samą i otoczenie w przekonaniu, że każdy wpis, każde zdjęcie i każdy performatywny protest są absolutnie kluczowe dla przyszłości Krakowa, podczas gdy w rzeczywistości miasto toczy się swoim torem, dokładnie tak samo, jakby jej nie było. ZOBACZ TAKŻE: Teatr oburzenia. Aktywistka atakuje: jak to się stało?! Drut kolczasty / fot. Pixabay Kryminalistom życzymy, aby w 2026 roku nadal mogli korzystać z tej samej cudownej tarczy bezkarności. Takiej, w której pobicie kobiety, zastraszanie dziennikarza czy proponowanie milionowej łapówki (potwierdzone prawomocnym wyrokiem skazującym), nadal będzie tylko drobnostką, która nie przeszkadza ani w pełnieniu „funkcji publicznej”, ani w grzaniu stołka w radzie dzielnicy, bo w tym mieście granica między kryminalistą a lokalnym działaczem bywa cieńsza niż papier w uchwałach o etyce. I niech system dalej udaje, że wszystko jest w porządku, bo przecież najważniejsze, żeby ręce do głosowania były, a kręgosłup moralny i tak nie jest wymagany. ZOBACZ TAKŻE: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj

Więcej…

Czym zajmował się abp Jędraszewski? "Po śniadaniu siadał tam ze swoimi ludźmi i..."

Czym zajmował się abp Jędraszewski? "Po śniadaniu siadał tam ze swoimi ludźmi i..."

21 grudnia 2025 | 17:05

Gdyby zadać pytanie, jakie jest jego konkretne dzieło, anegdotycznie księża odpowiadają: altanka na dziedzińcu krakowskiej kurii. Przyznam, nie wiem, jak wygląda ta altanka – tak jak wielu księży, bo od dawna prawie nikt tam już nie chodzi. Znam tylko opowieści, że w ciepłe dni po śniadaniu siadał tam arcybiskup ze swoimi ludźmi i snuli różnego rodzaju plany – pisze ks. Jacek Stryczek. Znany krakowski duchowny, m.in. twórca Szlachetnej Paczki, w swoich ostatnich wpisach na Facebooku bardzo krytycznie odnosi się działalności i posługi arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. Teraz nie pozostawia na nim suchej nitki. *** Diecezja krakowska ma swojego ducha, którego widać w kolejnych pokoleniach biskupów.​ Nasz biskup i kardynał Karol Wojtyła został papieżem. Jego następca, kardynał Franciszek Macharski, wspierał powstanie dziesiątek nowych kościołów i kaplic oraz ponad 200 nowych parafii w archidiecezji, a na końcu zbudował sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Kardynał Stanisław Dziwisz ogromnym wysiłkiem i kosztem własnego zdrowia doprowadził do powstania Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się!”.​ Po nich wszystkich przyszedł do nas arcybiskup Marek Jędraszewski. Zasłynął tym, że bardzo mocno obciążał finansowo różne formy działalności w diecezji; wielu z nas było zaskoczonych skalą „podatków” i zbiórek. Swoich ludzi umieszczał zwłaszcza w parafiach, w których spodziewano się większych przychodów, np. z wynajmu.​ Gdyby zadać pytanie, jakie jest jego konkretne dzieło, anegdotycznie księża odpowiadają: altanka na dziedzińcu krakowskiej kurii. Przyznam, nie wiem, jak wygląda ta altanka – tak jak wielu księży, bo od dawna prawie nikt tam już nie chodzi. Znam tylko opowieści, że w ciepłe dni po śniadaniu siadał tam arcybiskup ze swoimi ludźmi i snuli różnego rodzaju plany.​ Podsumowując te informacje, w imieniu wielu krakowskich księży wyrażam nadzieję, że dowiemy się, co stało się z tymi wszystkimi pieniędzmi. Jest wiele wymiarów, w których należałoby rozliczyć arcybiskupa Jędraszewskiego; ten finansowy jest najbardziej mierzalny. Potrzebujemy specjalnej kontroli. Potrzebujemy wiedzieć, gdzie trafiały te – nieprawdopodobnie duże – środki. Ta diecezja jest dziś znacznie uboższa.​ Wróćmy jeszcze raz do poprzedników. Ks. Karol Wojtyła nie zajmował się pieniędzmi – żył życiem duchowym i sprawami Kościoła. Kardynał Macharski był znany z ascetycznego podejścia do życia i z pewnością oburzyłby się, gdyby ktoś go posądził o przywłaszczanie środków. Kardynał Dziwisz jeździł po całym świecie, co nie było proste, aby pozyskać fundusze na budowę Centrum Jana Pawła II – dziś jednego z najważniejszych nowych obiektów religijnych w Krakowie.​ Ks. Jacek Stryczek Czym zajmował się arcybiskup Jędraszewski? Dlaczego tak walczył o wpływy przy Bazylice Mariackiej, na Wawelu, w kapitule wawelskiej i innych miejscach? Chcielibyśmy się tego dowiedzieć. Ten tekst jest głosem wielu, wielu księży z diecezji krakowskiej. ZOBACZ TAKŻE: Chanuka w Krakowie wywołała burzę. Hejt, propaganda i strach na ulicach miasta [WYWIAD]

Więcej…

Strona 2 z 5

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Social Media

Reklama - sidebar

Na fali

  • Gibała finansuje akcję przeciwko Miszalskiemu, czyli jak radny kupuje sobie Kraków

    Fala faktów

    Gibała finansuje akcję przeciwko...

    Informacja
    06 marca 2026 | 15:40
  • PiS wybiera kandydata na prezydenta Krakowa. Trzy nazwiska, jedna BOMBA!

    Głos z kanału

    PiS wybiera kandydata na prezydenta...

    Informacja
    13 marca 2026 | 08:47
  • Tak ostro jeszcze nie było.

    Głos z kanału

    Tak ostro jeszcze nie było. "Utopił...

    Informacja
    03 marca 2026 | 11:49

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Fala faktów
  • Głos z kanału
  • W nurcie rozmowy
  • Ściek medialny
  • Luźne fale
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.