Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Opinie

Kraków właśnie dostał NAJGŁUPSZY start kampanii wyborczej. „Wychodzę na pole”

Kraków właśnie dostał NAJGŁUPSZY start kampanii wyborczej. „Wychodzę na pole”

28 maja 2026 | 12:32

Kraków znów wszedł w sezon wyborczy. Można było mieć nadzieję, że po latach smogu, chaosu komunikacyjnego, betonowania przestrzeni, kryzysu mieszkaniowego i turystycznego przeciążenia miasta kandydaci zaczną wreszcie rozmawiać z mieszkańcami jak z dorosłymi ludźmi. Że usłyszymy coś o planie dla miasta, o wizji, o tym, jak zatrzymać odpływ młodych, jak odzyskać przestrzeń dla mieszkańców, jak pogodzić interesy centrum i peryferii. Ale nie. Jeden z kandydatów postanowił rozpocząć kampanię od intelektualnego salta w tył i oznajmił światu, że jest bardziej krakowski niż smok wawelski, bo… „wychodzi na pole”. I to ma być ten wielki polityczny komunikat otwarcia. X Naprawdę trudno wymyślić coś bardziej infantylnego. Miasto z problemami godnymi europejskiej metropolii dostaje dyskusję rodem z podstawówki i odwiecznego sporu kolonijnego między dziećmi z Krakowa i reszty Polski. „Na pole” kontra „na dwór” jako polityczny manifest. To już nie jest nawet kabaret. To jest desperacka próba grania lokalnym stereotypem w nadziei, że mieszkańcy wzruszą się regionalnym memem i uznają: „o, swój chłop”. Tego typu komunikaty pokazują, jak wielu polityków nadal postrzega wyborców. Jak grupę ludzi, której wystarczy wrzucić prosty plemienny kod kulturowy, regionalny żarcik, kilka emocjonalnych mrugnięć okiem i już można uniknąć poważnej rozmowy. To jest polityka sprowadzona do poziomu gadżetu z Cepelii. Krakowskość jako folklor, nie odpowiedzialność za miasto. Paweł Śliz, kandydat Polski 2050 / fot. wikimedia Bo przecież łatwiej mówić o „wychodzeniu na pole” niż o tym, dlaczego młodzi nie mogą kupić mieszkania. Łatwiej wrzucić tweet o regionalizmie niż odpowiedzieć, czy miasto ma jeszcze jakąkolwiek kontrolę nad patodeweloperką. Łatwiej produkować internetowe memy niż powiedzieć mieszkańcom, jak długo jeszcze będą stać w korkach i oddychać powietrzem, które zimą przypomina eksperyment chemiczny. To jest właśnie współczesna polityka w pigułce: marketing zamiast treści. Kandydaci nie próbują już nawet udawać, że prowadzą debatę o przyszłości miasta. Liczy się viral, chwytliwy tekst, plemienna identyfikacja. Masz się uśmiechnąć, kliknąć serduszko i poczuć wspólnotę z kandydatem, bo używa tego samego regionalizmu co ty. A potem wrócić do codzienności w mieście, które nadal tonie w tych samych problemach. ZOBACZ TAKŻE: Jeszcze niedawno były nierozłączne. Dziś idą na polityczną wojnę Jeśli kampania wyborcza naprawdę ma się sprowadzać do ustalania, kto „wychodzi na pole”, a kto „na dwór”, to znaczy, że część klasy politycznej nadal uważa mieszkańców za kompletnych idiotów. I być może największym problemem nie jest już nawet infantylność kandydatów, tylko ich przekonanie, że taka infantylność wciąż działa.

Więcej…

Jeszcze niedawno były nierozłączne. Dziś idą na polityczną wojnę

Jeszcze niedawno były nierozłączne. Dziś idą na polityczną wojnę

27 maja 2026 | 14:18

Kanibalizm polityczny zwykle zaczyna się od wielkich słów o wartościach, wspólnocie i „nowej jakości”. A kończy się na brutalnej walce o ten sam kawałek elektoratu. W Krakowie właśnie oglądamy taki spektakl na lewicy. I to w wydaniu szczególnie widowiskowym, bo osobistym. We wtorek start w wyborach na prezydenta Krakowa zadeklarowała współprzewodnicząca partii Razem i radna miejska Aleksandra Owca. Dzień wcześniej w Krakowie Włodzimierz Czarzasty zapowiadał, że Nowa Lewica również wystawi własnego kandydata. Wszystko wskazuje na to, że będzie nim posłanka Daria Gosek-Popiołek. Aleksandra Owca podczas konwencji partii Razem w Krakowie / fot. materiały prasowe A więc dwie kandydatki. Dwie polityczki tego samego pokolenia. Dwie twarze progresywnej lewicy. Dwie osoby, które jeszcze chwilę temu politycznie praktycznie funkcjonowały w duecie. Bo przecież w krakowskim środowisku lewicowym Owca i Gosek-Popiołek przez lata były niemal politycznymi siostrami. Wspierały się, promowały nawzajem, budowały wspólny obóz. Symboliczny był choćby moment pierwszej sesji nowej Rady Miasta Krakowa – obie przyszły razem. I wszyscy wiedzieli dlaczego. Aleksandra Owca doskonale zdawała sobie sprawę, że bez politycznego wsparcia Darii Gosek-Popiołek jej miejsca w radzie mogłoby po prostu nie być. Daria Gosek-Popiołek / fot. materiały prasowe Dziś jednak dawne partnerki stoją po dwóch stronach barykady. I to barykady szczególnej, bo zbudowanej nie na różnicach programowych, lecz ambicjonalnych. Problem polega bowiem na tym, że obie polityczki są do siebie niemal bliźniaczo podobne politycznie. Obie adresują przekaz do tego samego miejskiego, progresywnego, lewicującego wyborcy. Obie mówią językiem aktywizmu, praw kobiet, transportu publicznego, mieszkalnictwa i miejskiej wrażliwości społecznej. Obie celują dokładnie w ten sam elektorat: młody, wielkomiejski, ideowy, antykonserwatywny. To nie jest więc sytuacja, w której jedna kandydatka odbiera głosy centrum, a druga walczy o twardą lewicę. Tu mamy klasyczny polityczny kanibalizm. Dwie kandydatki będą podgryzać dokładnie ten sam tort. I bardzo możliwe, że żadna nie będzie miała z tego realnych korzyści. Aleksandra Owca weszła do Rady Miasta Krakowa z list Łukasza Gibały. Obecnie jest poza jego klubem / fot. Łukasz Michalik Bo polityka bywa bezlitosna dla środowisk, które bardziej koncentrują się na własnych podziałach niż na budowie realnej siły. Szeroko pojęta lewica w Krakowie od lat cierpi właśnie na tę przypadłość: ogromne ambicje przy chronicznym braku zdolności do długotrwałego współdziałania. Każda frakcja chce być „tą prawdziwą”. Każda chce mieć własną twarz, własny szyld i własną opowieść. Efekt? Rozdrobnienie i wzajemne osłabianie. Paradoks polega na tym, że Owca i Gosek-Popiołek politycznie istnieją dziś głównie dzięki sobie nawzajem. Są trochę jak PiS i Platforma – definiują się poprzez konflikt z dawnym sojusznikiem. Jak Tusk i Kaczyński, którzy od lat są swoim politycznym paliwem. Tyle że tamten konflikt opiera się na realnym podziale społecznym i gigantycznych elektoratach. Tutaj mówimy o walce o stosunkowo niewielką grupę bardzo podobnych wyborców. Daria Gosek-Popiołek / fot. materiały prasowe A Kraków nie jest miastem, w którym lewica ma nieograniczony sufit poparcia. Tutaj każdy procent będzie na wagę złota. Rozbicie głosów może więc sprawić, że obie kandydatki finalnie bardziej sobie zaszkodzą, niż komukolwiek zagrożą. Obie, łącznie, wykręcą pewnie wynik w okolicach 7 procent. Najciekawsze w tej historii jest jednak coś innego. Jeszcze niedawno obie polityczki przekonywały, że  lewica ma być inna niż stare partie: mniej ego, więcej współpracy; mniej personalnych wojen, więcej wspólnotowości. Dziś okazuje się, że polityczne prawa grawitacji działają także na najbardziej progresywnych idealistów. I być może właśnie dlatego krakowska lewica znów bardziej przypomina rodzinę skłóconą o spadek niż ruch gotowy do przejęcia miasta. ZOBACZ TAKŻE: To ONI są największymi przegranymi krakowskiego referendum!

Więcej…

To ONI są największymi przegranymi krakowskiego referendum!

To ONI są największymi przegranymi krakowskiego referendum!

25 maja 2026 | 20:40

Jeszcze wczoraj witali się z gąską. Dziś zostali bez szansy na radę miasta, bez rozpoznawalnego kandydata i z wyborami w terminie, w którym ich elektorat jest poza Krakowem. Mieszkańcy odwołali prezydenta, ale pogrzebali marzenia Konfederacji. Zamiast triumfu są nerwy, chaos i coraz bardziej realna wizja kompromitująco niskiego wyniku. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że referendum w Krakowie otwiera Konfederacji drzwi do politycznego skoku. Od miesięcy środowiska związane z partią angażowały się w mobilizację przeciwko Strefie Czystego Transportu i budowały narrację wokół „buntu mieszkańców” wobec miejskich elit. W kuluarach mówiło się wręcz o historycznej szansie: jeśli uda się odwołać radę miasta, Konfederacja mogłaby po raz pierwszy realnie wejść do krakowskiego samorządu z kilkoma mandatami. Straciłby PiS, a zyskałaby właśnie ona. Tymczasem rzeczywistość okazała się brutalna. ZOBACZ TAKŻE: Chcieli odwołać samych siebie. Czy mają resztki honoru i teraz złożą mandaty? Krakowianie odwołali prezydenta miasta, ale nie odwołali rady. A to właśnie ten drugi element był dla Konfederacji kluczowy. Nowe wybory do rady dawałyby jej szansę na polityczne wejście do gry i zbudowanie trwałej pozycji w Krakowie. Bez nich cały impet referendum nagle wyparował. Bo Konfederacja z kilkoma mandatami mogłaby stać się prawdziwym „języczkiem u wagi” w krakowskiej radzie miasta. Ostatecznie została jednak i bez wagi, i bez języczka. To pierwszy cios. Sławomir Mentzen rozdaje karty w krakowskiej Konfederacji / fot. wikimedia Drugi dotyczy wyborów prezydenckich. Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że naturalnym kandydatem Konfederacji będzie Piotr Bartosz - młody, dynamiczny, dobrze przygotowany merytorycznie, jeden z najbardziej rozpoznawalnych organizatorów protestów przeciw SCT. Człowiek, który właściwie politycznie zbudował się na tym referendum. Dobrze wypadał medialnie, był nową twarzą i miał potencjał, by przyciągnąć część młodych wyborców zmęczonych starymi nazwiskami. I nagle... Sławomir Mentzen postawiła na Bartosza Bocheńczaka. Kogo?, zapytacie. No właśnie. Bocheńczak jest członkiem Rady Liderów Konfederacji, kierował także kampanią prezydencką Sławomira Mentzena. ZOBACZ TAKŻE: Mentzen ogłasza kandydata na prezydenta Krakowa. To nie Berkowicz! Problem polega na tym, że poza ścisłym środowiskiem Konfederacji jest to kandydat praktycznie anonimowy. Nie ma rozpoznawalności Berkowicza, nie ma świeżości i charyzmy Bartosza, nie ma też czasu, by zbudować silną kampanię od zera. A tego czasu jest tak mało, bo pierwsza tura wyborów odbędzie się najpóźniej 23 sierpnia, czyli w samym środku akademickich wakacji. To dla Konfederacji fatalna wiadomość. W sierpniu Kraków pustoszeje. Wyjeżdżają studenci, uczniowie, młodzi pracownicy - dokładnie ci wyborcy, wśród których Konfederacja osiąga najlepsze wyniki. Frekwencja w tej grupie będzie prawdopodobnie bardzo niska, a starszy, bardziej zdyscyplinowany elektorat tradycyjnych partii pójdzie głosować niezależnie od terminu. W efekcie ugrupowanie, które jeszcze chwilę temu widziało w referendum wielką polityczną trampolinę, dziś zostaje właściwie z niczym. Nie udało się doprowadzić do nowych wyborów do rady miasta, a wybory prezydenckie odbędą się w warunkach skrajnie niekorzystnych dla ich elektoratu i z kandydatem, którego większość mieszkańców dopiero będzie musiała poznać. ZOBACZ TAKŻE: Niech żyje KRÓL! Oto najlepszy kandydat na prezydenta Krakowa Z wielkich planów może więc zostać symboliczny wynik i niewykorzystana szansa. Referendum miało być początkiem marszu Konfederacji po Kraków. Coraz bardziej wygląda jednak na to, że stanie się jedną z jej największych lokalnych porażek.

Więcej…

Niech żyje KRÓL! Oto najlepszy kandydat na prezydenta Krakowa

Niech żyje KRÓL! Oto najlepszy kandydat na prezydenta Krakowa

25 maja 2026 | 08:52

Możecie sobie gratulować komu chcecie, ale prawdziwy zwycięzca krakowskiego referendum właśnie dopija szampana i uśmiecha się jak człowiek, który dowiódł, że cierpliwość połączona z grubym portfelem w końcu zwycięża. Mowa oczywiście o Łukaszu Gibale – wybitnym strategu naszych czasów, mecenasie demokracji bezpośredniej i człowieku, który udowodnił, że nawet najdroższa lekcja w końcu się zwraca. Przez lata patrzyliśmy na to z lekkim niedowierzaniem. Trzy razy startował na prezydenta Krakowa. Za każdym razem efekt był mniej więcej taki sam – solidny wynik, szacunki, wywiady, memy i… nic. Prezydent zostawał prezydentem. Gibała zostawał prezydentem na niby. Potem przyszła pierwsza próba odwołania prawdziwego prezydenta - Jacka Majchrowskiego. Też nie wyszło. Gibała wydał wówczas majątek, a Kraków powiedział mu grzecznie „jeszcze nie teraz, dzięki”. I tu właśnie objawia się wielkość tego człowieka. Gibała jest obecnie najlepszym kandydatem na prezydenta Krakowa! Bo zwykły śmiertelnik po takiej serii niepowodzeń sprzedałby mieszkanie, wyjechał na Bali i pisałby gorzkie wpisy o tym, jak system jest zepsuty. A Gibała? Gibała po prostu powiedział: Dobra, jeszcze raz. Ale tym razem z większym rozmachem. I wiecie co? Udało się. Za drugim podejściem referendum przeszło. Gigantyczne pieniądze wydane na kampanie, billboardy, ulotki, spoty, analityków, doradców, sondaże i Bóg wie co jeszcze – wreszcie przyniosły efekt. Jak inwestycja w startup, który przez osiemnaście lat palił kasę, a w dziewiętnastym roku nagle wypalił. I to jest piękne. To jest wręcz poetyckie. To jest dowód na to, że w Polsce da się. Trzeba tylko mieć wystarczająco głębokie kieszenie i wystarczająco twardy tyłek, żeby siedzieć na tym krześle dłużej niż inni. Pan prezydent. I jego zastępcy? / fot. Łukasz Michalik Gibała nie wygrał wyborów prezydenckich. Ale znalazł sposób, żeby i tak decydować o losie prezydenta. To poziom mistrzowski. To już nie jest polityka lokalna, to jest performance art z budżetem godnym wielkiej partii parlamentarnej. Wszyscy ci, którzy przez lata śmiali się z jego uporu, mogą teraz klaskać. Bo to nie jest klęska. To jest zwycięstwo strategii „jeśli nie wejdę drzwiami, to wyważę je referendami”. Gratuluję, Panie Łukaszu! Niech żyje Król! Teraz, gdy referendum wreszcie poszło po jego myśli, stało się jasne, że Gibała nie jest już tylko konsekwentnym pretendentem. On jest po prostu najlepszym możliwym kandydatem na prezydenta Krakowa. Bo kto inny może pochwalić się takim życiorysem? Trzy kampanie prezydenckie, dwie referendalne, perdyliardy złotych wydanych z własnej(?) kieszeni – to nie jest polityk, to jest człowiek, który naprawdę chce tego miasta. Inni startują, bo mają ambicję czy tam wizję ozwoju miasta. Gibała startuje, bo ma misję i budżet, żeby ją zrealizować. ZOBACZ TAKŻE: Chcieli odwołać samych siebie. Czy mają resztki honoru i teraz złożą mandaty? Po tylu latach walki nikt nie zna Krakowa lepiej od niego. Wie, gdzie są słabe punkty systemu, gdzie leżą bolączki mieszkańców, a przede wszystkim – wie, jak ich zmobilizować. Kiedy inni kandydaci dopiero budują rozpoznawalność, Gibała ma już za sobą epicką sagę godną Netflixa. Jeśli ktoś zasłużył na to, żeby w końcu zasiąść w gabinecie na placu Wszystkich Świętych, to właśnie on. Bo w przeciwieństwie do reszty, on naprawdę zapłacił za ten fotel. I to słono.

Więcej…

Chcieli odwołać samych siebie. Czy mają resztki honoru i teraz złożą mandaty?

Chcieli odwołać samych siebie. Czy mają resztki honoru i teraz złożą mandaty?

25 maja 2026 | 02:17

To być może największy polityczny paradoks tego referendum. Niektórzy radni sami przekonywali mieszkańców, że Rada Miasta Krakowa nie zasługuje na dalsze rządzenie. Mieszkańcy ich nie odwołali, bo zabrakło frekwencji, by głosowanie było ważne. Ale skoro sami uznali, że rada powinna odejść, czy teraz sami złożą swoje mandaty? Jeszcze wczoraj przekonywali mieszkańców, że Rada Miasta Krakowa powinna zostać odwołana. Publicznie deklarowali udział w referendum, niektórzy wręcz z dumą zapowiadali, że zagłosują za rozwiązaniem rady. Czyli - mówiąc brutalnie - także przeciwko sobie. I ponoć zagłosowali. Ba, niektórzy już się nawet pożegnali z radą i wyborcami. Jak choćby Eliza Dydyńska-Czeska z klubu Łukasza Gibały. źródło: X Dziś referendum w ich sprawie okazało się nieważne. Frekwencja nie została osiągnięta, mandaty zostały, dieta dalej będzie wpływać na konto, klubowe pokoje przy placu Wszystkich Świętych nadal pozostaną dla nich otwarte. I pojawia się pytanie, którego chyba nikt z zainteresowanych nie chce dziś usłyszeć: skoro sami mówiliście, że ta rada powinna odejść, to czy teraz złożycie mandaty? Jeśli ktoś publicznie mówi mieszkańcom: „ta rada nie ma już mandatu społecznego”, „powinna zostać odwołana”, „trzeba ją rozwiązać” - to trudno potem udawać, że nic się nie stało tylko dlatego, że zabrakło kilku procent frekwencji. Łukasz Gibała i Eliza Dydyńska-Czeska / fot. Łukasz Michalik Oczywiście zaraz usłyszymy klasyczne tłumaczenia. Że referendum było „głosem sprzeciwu”, że chodziło o „symbol”, że „mieszkańcy pokazali żółtą kartkę”. Problem polega na tym, że część radnych nie nawoływała do symboli. Oni nawoływali do własnego odwołania. A skoro tak, to logiczną konsekwencją byłoby dziś powiedzieć: „skoro uważałem, że ta rada powinna odejść, ja również odchodzę”. Tyle że polityczna odwaga często kończy się tam, gdzie zaczyna się perspektywa utraty mandatu. Dlatego najbliższe dni będą ciekawym testem wiarygodności. Czy którykolwiek z radnych, którzy aktywnie wspierali referendum przeciwko własnej radzie, zachowa się konsekwentnie? Czy usłyszymy choć jedno: „tak, uważałem, że rada powinna zostać rozwiązana, więc składam mandat”? ZOBACZ TAKŻE: Krakowianie odwołali prezydenta. Co wydarzy się teraz? Czy może jednak okaże się, że referendum było świetnym politycznym narzędziem… dopóki nie trzeba ponieść osobistych konsekwencji własnych deklaracji? ZOBACZ TAKŻE: Referendum. Oto komentarze

Więcej…

Referendalna hucpa za gigantyczne pieniądze. Gdzie są faktury i rozliczenia?

Referendalna hucpa za gigantyczne pieniądze. Gdzie są faktury i rozliczenia?

19 maja 2026 | 08:16

Ile kosztuje cała ta referendalna impreza? To pytanie w Krakowie krąży już od miesięcy. I do dziś nie padła na nie konkretna odpowiedź. A właściwie ŻADNA. Zamiast liczb mamy klasyczny repertuar lokalnej polityki: uniki, kluczenie i opowieści o „społeczeństwie obywatelskim”, „oddolnym ruchu” i „demokracji”. Czyli dużo słów, mało faktów. Na razie wiadomo tylko tyle, że za całą „zabawę” płaci Łukasz Gibała i jego stowarzyszenie. Przyznał to sam Gibała, a potwierdził Jan Hoffman z komitetu referendalnego. Ale kiedy pada pytanie: „ile dokładnie?”, nagle zapada cisza. Ani Gibała, ani Hoffman nie podali konkretnych kwot. Obaj zaczęli mówić bardzo ostrożnie, omijać temat i odpowiadać tak, żeby przypadkiem niczego nie powiedzieć. W kuluarach mówi się o wydanych od kilku do kilkudziesięciu milionów. Ostrożnym szacunkiem rzucił publicznie poseł Jerzy Meysztowicz. W Radiu Kraków stwierdził, że: Wydano kilka milionów złotych I szczerze? To to nie tylko wcale nie brzmi absurdalnie, ale może być kwotą zaniżoną. ZOBACZ TAKŻE: Meysztowicz: „Rozsądne jest zignorowanie tego referendum” Mateusz Jaśko jeszcze wczoraj wydzierał się na rolce, że jedna z referendalnych gazetek w formie komiksu trafiła niemal do wszystkich skrzynek pocztowych w Krakowie. Czyli około pół miliona adresów. Do tego dochodzą kolejne tysiące egzemplarzy rozdawanych na ulicach. Nakład jest tak duży, że nawet opłacani kolporterzy nie są w stanie wszystkiego rozprowadzić, dlatego Jaśko apelował o pomoc do „zwykłych mieszkańców”. – Weźcie wolne i rozdawajcie – darł się jak opętany. A przecież to tylko wycineczek całej kampanii. Bo poza komiksami są jeszcze: różnego rodzaju gazety, ulotki, plakaty, billboardy, grafiki w internecie, posty, filmy, czapeczki, materiałowe torby, koszulki, listy rozsyłane do mieszkańców. To wszystko kosztuje. I to bardzo konkretne pieniądze. Referendalne słupy Dlatego „kilka milionów” może być raczej ostrożnym minimum niż przesadzoną kwotą. Poza tym, gdyby Meysztowicz naprawdę przestrzelił z tymi szacunkami, można się założyć, że już dawno skończyłoby się pozwem i konferencją prasową o „kłamstwach i manipulacjach”. Tym bardziej, że sądy w trybie referendalnym mają 24 godziny na rozpatrzenie sprawy i – jak na razie – organizatorzy referendum chętnie z tego trybu korzystają. Gibała formalnym organizatorem nie jest, ale jest stroną tego referendum, bo i o jego odwołaniu będą decydować mieszkańcy. Tymczasem nie wydarzyło się nic. Zero pozwów. Zero faktur. Zero transparentności. A przecież wystarczyłoby pokazać liczby i zamknąć temat. Tyle że wtedy mogłoby się okazać, ile naprawdę kosztuje ta „oddolna obywatelska inicjatywa”. Na razie mamy więc klasyczny krakowski model polityczny: dużo moralizowania, dużo wielkich haseł i zero konkretów. ZOBACZ TAKŻE: Lider z tylnego fotela ucieka przed pytaniami. Gibała boi się rozmawiać A pytanie „ile kosztuje ta cała referendalna hucpa?” nadal pozostaje bez odpowiedzi. I chyba właśnie dlatego coraz więcej osób zaczyna je zadawać.

Więcej…

Lider z tylnego fotela ucieka przed pytaniami. Gibała boi się rozmawiać

Lider z tylnego fotela ucieka przed pytaniami. Gibała boi się rozmawiać

18 maja 2026 | 14:17

Są politycy, którzy idą do studia, siadają naprzeciw dziennikarza i biorą odpowiedzialność za swoje działania. Rozmawiają z oponentami politycznymi i borą udział w debatach. I jest Łukasz Gibała - człowiek, który chce rządzić Krakowem, ale nawet na zwykły wywiad wysyła odpowiedzi mailem. Ten wielki „obrońca mieszkańców”, „lider zmiany” i wieczny kandydat na prezydenta Krakowa, znowu pokazał klasę. Tym razem nie stawił się nawet na zwykły wywiad. Odpowiedzi wysłał mailem. Dziennikpolski24.pl i Gazeta Krakowska zaprosiły go na rozmowę o referendum. Tym „obywatelskim”, które niby samo z siebie wybuchło, a pod którym podpisało się 130 tysięcy ludzi (oczywiście bez żadnej politycznej machiny za plecami, jasne). Odmówił. Poprosił o pytania mailem. I wysłał odpowiedzi, które brzmią tak, jakby pisał je cały sztab PR-owców po trzech kawach i z ChatGPT w tle. To nie kwestia ambicji jednego polityka... Twarzami są obywatele... Nie kieruję z tylnego fotela... Klasyka. Gdyby Gibała był jeszcze bardziej wykrętny, to by napisał, że referendum to w ogóle nie jego pomysł, tylko głos ludu spadł z nieba prosto na biurko mecenasów. A on tylko tak... przechodził obok i podpisał się z nudów. Najbardziej wymowne było jednak to, jak wykręcająco odpowiadał na najbardziej palące pytanie - o finansowanie akcji referendalnej. Po raz kolejny przyznał, że wspiera i finansuje działania związane z referendum, ale nadal nie odpowiedział na najważniejsze: ile pieniędzy faktycznie na to wydał. Zamiast konkretów znowu były uniki, ogólniki i wygodne przemilczenia. A przecież jeśli ktoś chce uchodzić za wzór transparentności, to powinien umieć jasno powiedzieć, jakie środki angażuje w polityczną akcję prowadzoną na tak ogromną skalę. Łukasz Gibała - mistrz uników / fot. Łukasz Michalik Gibała od lat gra w tę samą grę: z przodu „Kraków dla Mieszkańców”, z tyłu – pieniądze, kontakty, media zaprzyjaźnione i dyskretne sterowanie. Referendum? Obywatelska inicjatywa. Finansowanie? Przekażcie pytania mecenasowi. Współpraca z kontrowersyjnymi środowiskami? „Hipokryzja KO!”. A jak przychodzi co do czego – cisza, mail i dystans tylnego fotela. Gość chce rządzić Krakowem, ale nie chce odpowiadać na pytania. Marzy o fotelu prezydenta, ale woli kampanię prowadzić z cienia. Woła „do boju!” rękami innych, a sam woli bezpieczną pozycję „kibica z trybuny VIP”. Jak referendum wyjdzie – super, będzie miał kolejną szansę. Jak nie wyjdzie – no cóż... „to nie była kwestia ambicji jednego polityka”. Zawsze można umyć ręce. ZOBACZ TAKŻE: Pusta urna – najgorszy koszmar Gibały, Berkowicza i Brauna Bo najłatwiej jest kreować się na lidera wtedy, gdy nie trzeba spojrzeć nikomu w oczy. Trudniej zrobić to wtedy, gdy pada pytanie: „kto za to płaci?”. I trzeba odpowiedzieć konkretnie, a nie PR-ową formułką.

Więcej…

Pusta urna – najgorszy koszmar Gibały, Berkowicza i Brauna

Pusta urna – najgorszy koszmar Gibały, Berkowicza i Brauna

14 maja 2026 | 20:19

Słyszycie to już wszędzie: „Idź do urny! Zagłosuj przeciwko! Nie bądź obojętny!” Brzmi szlachetnie, prawda? Jak apel do obywatelskiej odpowiedzialności. Tylko że to największe kłamstwo tej całej krakowskiej awantury i klasyczna pułapka zastawiona przez Gibałę, Berkowicza i Brauna. Oni nie potrzebują Twojego „tak” ani „nie”. Oni potrzebują Ciebie w lokalu wyborczym. Potrzebują frekwencji. Bo bez niej ich referendalna bomba nie wybuchnie – po prostu nie zostanie zdetonowana. Prawo jest w tym względzie bezlitosne: nie ma wymaganej frekwencji – nie ma odwołania. Koniec, kropka. Dlatego tak desperacko walą w bębny: idźcie, idźcie, idźcie. Nawet jeśli zagłosujesz przeciwko odwołaniu prezydenta – i tak ich ratujesz. Twój podpis w spisie, Twój dowód w komisji, Twój udział w tej szopce – to dla nich sukces. Każdy oddany głos, niezależnie od treści, to kropla, która może podnieść frekwencję na tyle, by cała ich akcja nabrała sensu. ZOBACZ TAKŻE: PiS robi z Krakowa poligon dla swoich kolesi i chce oddać miasto Gibale! To nie jest walka o dobro Krakowa. To jest walka o ich polityczny byt, o nagłówki, o pozycję i o pieniądze. Klasyczna polityczna piramida, w której Ty masz być cegiełką w fundamentach ich ambicji. Urna Nie dajmy się nabrać na ten cyniczny trik. Najskuteczniejszą odpowiedzią na tę awanturę nie jest wielki kontrmanifest, wielka kolejka do urn ani wielka awantura w mediach. Najskuteczniejszą odpowiedzią jest kanapa. Sofa. Dom. Grill. Cokolwiek, tylko nie lokal wyborczy w tę niedzielę. Pusta urna to dla nich najgorszy możliwy scenariusz. To nie przegrana – to brak meczu. To polityczna śmierć przez uduszenie ciszą i obojętnością. To komunikat: Kraków nie chce tej cyrkowej wersji demokracji, w której trzech panów w garniturach próbuje rozstrzygać o losie miasta w trybie awaryjnym, bo im się nie podoba wynik poprzednich wyborów. Zostajemy w domu. Nie z lenistwa. Nie z apatii. Z czystej politycznej kalkulacji i szacunku dla zdrowego rozsądku. Bo czasem najmocniejszym głosem obywatela jest ten, którego po prostu nie ma w spisie frekwencji. Bo czasem najmocniejszym głosem obywatela jest ten, którego po prostu nie ma w spisie frekwencji. To już 5 nieudane referendum w Małopolsce‼️W Lanckoronie poszła za mała liczba mieszkańców by odwołać włodarza.#referendum2026 #Małopolska Stan referendalny ⬇️ pic.twitter.com/PWgdjFWKFi — Michał Ciechowski (@M_Ciechowski) May 10, 2026 Warto pamiętać, że taki sygnał wyborcy już w tym roku wybrzmiał w kilku małopolskich gminach, gdzie referenda zakończyły się fiaskiem właśnie z powodu zbyt niskiej frekwencji. Mieszkańcy nie musieli organizować wielkich protestów ani toczyć medialnych wojen - wystarczyło, że nie dali się wciągnąć w polityczną mobilizację. Puste lokale wyborcze stały się wtedy czytelnym komunikatem: nie każda polityczna awantura zasługuje na mandat społecznego zainteresowania, a brak udziału również może być świadomą decyzją obywatelską. Do zobaczenia po drugiej stronie tej referenda ZOBACZ TAKŻE: Miał rozliczać innych, sam usłyszał wyrok! Członek grupy referendalnej skazany

Więcej…

Mateusz? Jaki Mateusz? Wszyscy go porzucili. Został mu tylko Borejza i dres

Mateusz? Jaki Mateusz? Wszyscy go porzucili. Został mu tylko Borejza i dres

09 maja 2026 | 10:20

Jeszcze chwilę temu temu był „naszym wojownikiem”, „tym co nie boi się brudnej roboty” i ozdobą referendalnych wystąpień. Dziś stał się persona non grata, od którego każdy „referendziarz” odcina się szybciej niż od zakażonego szczura. Klasyczna polska polityka: dopóki kopie za nas – bohater. Jak kopnie w gówno – nagle „nigdy go nie znaliśmy”. Gdy był użyteczny – wdeptujący w ziemię, nagrywający, hejtujący i robiący show – klaskano mu na stojąco. Gdy zrobiło się niewygodnie i wyszło, z kim naprawdę się zadawał – nagle wszyscy odkryli, że to „kryminalista”. Magia. Jeszcze wczoraj „nasz brutal”, dziś „nie mamy z nim nic wspólnego”. Biedny Mateusz Jaśko. Ach, jak szybko potrafi się zmienić świat. Jeszcze niedawno Mateusz Jaśko był gwiazdą referendum, ozdobą tej inicjatywy, ulubieńcem zwolenników odwołania prezydenta, bohaterem w dresie. Ten, który z wprawą wdeptuje ludzi w ziemię, rozdaje moralne ciosy i robi kontrowersję na zawołanie, był mile widziany. Bo był użyteczny. Bo ciągnął wózek, bo robił hałas, bo „nasza strona” potrzebowała kogoś, kto nie boi się brudnej roboty. ZOBACZ TAKŻE: Jaśkowiec: "To Gibała napędza krakowski hejt. Jaśko jest tylko wykonawcą jego frustracji" [WYWIAD] A teraz? Cisza. Grobowa cisza przerywana jedynie dźwiękiem nożyczek, którymi kolejni „referendziarze” odcinają się od niego jak od kawałka skażonego materiału. Biedny Mateusz Jaśko. Na posterunku został mu już tylko jeden wierny giermek – Tomasz Borejza. To ten były „aktywista”, który razem z Jaśko współtworzy Rynek Hejterski. Chodzi za nim jak cień, filmuje te same miejsca co kiedyś, zadaje te same pytania, kręci te same filmiki. Tyle że teraz już nie ma tłumu wokół, nie ma fleszy, nie ma oklasków. Jest tylko lojalny giermek, który mentalnie poklepuje po ramieniu i mówi: „Trzymaj się, ‘szefie’, my wiemy, że jesteś niewinny”. To wzruszające. Prawie jak scena z dramatu Szekspira, tylko zamiast dworu i szat – bluza z kapturem i telefon na selfie sticku. Jaśko i jego wierny giermek Borejza, czyli dwie twarze referendalnej propagandy. Uliczny bandyta i pseudo-erudyta Organizatorzy referendum, jego inicjatorzy i zwolennicy – nagle wszyscy odkryli, że Jaśko to jednak kryminalista. Jakież to dziwne. Kiedy wygodnie było mieć go pod ręką, gdy trzeba było kogoś posłać na pierwszą linię hejtu, nikt nie zadawał niewygodnych pytań. Nikt nie robił tak kategorycznych oświadczeń. Wręcz przeciwnie – zapraszano go na scenę, uśmiechano się do zdjęć, udostępniono jego twórczość z dumą. Bo wtedy był „naszym brutalem”. Teraz stał się „tym kryminalistą, z którym nie mamy nic wspólnego”. Klasyka gatunku. ZOBACZ TAKŻE: Dwie twarze referendalnej propagandy. Uliczny bandyta i pseudo-erudyta Biedny Mateusz Jaśko. Jaśko chętnie paradował po spotkaniach prasowych, konferencjach i eventach. Był widoczny, głośny, rozpoznawalny. A teraz? Trudno go spotkać w towarzystwie „referendziarzy”. Jakby nagle wyparował. Jakby ktoś wydał ciche polecenie: „Nie tagujcie go, nie oznaczajcie, nie róbcie z nim wspólnych zdjęć”. Magia polityki w najczystszej postaci. Dopóki jesteś użyteczny, jesteś „kontrowersyjnym działaczem”. Gdy stajesz się balastem – stajesz się tym, od którego trzeba się odciąć szerokim łukiem. Podczas piątkowej konferencji prasowej organizatorzy referendum publicznie i stanowczo odcięli się Jaśki Biedny Mateusz Jaśko. Najzabawniejsze jest to, że nikt nawet nie udaje zaskoczenia. Wszyscy grają w tę samą grę i udają, że reguły są oczywiste. Było wygodnie – „brawo, Mateusz, walcz dalej”. Zrobiło się niewygodnie – „Mateusz? Jaki Mateusz? Nie znamy takiego”. Biedny Mateusz Jaśko. Został mu tylko Borejza i garstka tych, którzy jeszcze nie zdążyli odciąć ostatniej nitki. Reszta już dawno wyprasowała sobie wizerunek i poszła dalej. Czysta, pachnąca, bez żadnych niewygodnych skojarzeń. Bo w polskiej polityce i aktywizmie lojalność jest jak bilet okresowy – ważna tylko do następnego przystanku. A potem… no cóż. Potem trzeba znaleźć nowego twardziela, który „będzie kopał za nas”. ZOBACZ TAKŻE: Jaśko, gdzie są pieniądze Polaków? Krakowski radny nabrał wody w usta Tylko tym razem lepiej postawić na kogoś, kto nie ma kryminalnej przeszłości, nie bił ludzi na ulicach Krakowa i nie zastraszał dziennikarza, oferując mu przy okazji milion złotych łapówki, i nie miał ścisłych powiązań z krakowskim światem przestępczym. Biedny Mateusz Jaśko.

Więcej…

Dwie twarze referendalnej propagandy. Uliczny bandyta i pseudo-erudyta

Dwie twarze referendalnej propagandy. Uliczny bandyta i pseudo-erudyta

07 maja 2026 | 14:50

Propaganda Gibały działa jak dwutorowy system dystrybucji znaczeń: z jednej strony krzyk i frustracja, z drugiej elegancka publicystyka. W obu przypadkach chodzi o to samo – tylko zmienia się sposób podania, żeby nikt nie poczuł, że właśnie dostał gotową narrację. Bo w dzisiejszych czasach nie trzeba już zakładać partii ani kupować gazet. Wystarczy mieć jednego sprytnego reżysera i kilku aktorów w różnych stylach. I voilà – masz gotowe „zbrojne ramię medialne”. Wyobraźcie sobie taki schemat. Najpierw na ekran wpada skazany prawomocnie bandyta Jaśko – lekko nadpobudliwy, mówi jak chłopak z osiedla, co właśnie „wjechał w temat”. Gestykuluje, przeklina pod nosem, używa prostych słów: „ludzie”, „elity”, „złodziejstwo”, „oni nas mają za frajerów”. Plebs chłonie. Bo to swój. Bo mówi tak, jak gada się przy piwie. Zero lania wody, same konkrety – oczywiście te konkrety, które akurat pasują do narracji. Tło to samo. Muzyka ta sama. Montaż ten sam. Tylko chwilę później pojawia się Borejza. Ten sam tekst, te same tezy, tylko opakowane w ładniejszy garnitur słowny. „W kontekście systemowej dekonstrukcji suwerenności narodowej przez globalne ośrodki wpływu…”, „mechanizmy oligarchizacji mediów mainstreamowych…”, „asymetria informacyjna”. Inteligentny widz kiwa głową z uznaniem: „no proszę, jaki mądry gość”. To samo tło, ten sam temat. I tu jest cała magia. Ten sam reżyser – Gibała – siedzi sobie z tyłu i się uśmiecha. Bo wie, że Polak jest podzielony nie tylko politycznie, ale też językowo i klasowo. Jednemu dasz „kur*a mać, złodzieje”, drugiemu „strukturalna patologia elit”. Oba przekazy wiozą dokładnie tę samą ciężarówkę z towarem. Tylko etykiety inne. To nie jest przypadek. To jest przemyślana strategia segmentacji rynku. Jaśko trafia w emocje tych, co czują się zostawieni w tyle. Borejza daje intelektualne alibi tym, co nie chcą uchodzić za „moherowych” czy „wulgarnych”, ale chętnie kupują tę samą teorię spiskową – tylko w wersji light premium. Razem tworzą idealny lejek: od mema na TikToku po „poważną” analizę na YouTube. I wiecie co jest najśmieszniejsze? Że obaj mogą sobie zaprzeczać w szczegółach, kłócić się o styl, a i tak grają do tej samej bramki. Bo scenariusz jest jeden. Reżyser jeden. Cel jeden. Bandyta Jaśko grożący prezydentowi Krakowa na jednej ze swoich rolek To nie jest dziennikarstwo. To nie jest nawet klasyczna propaganda. To jest nowoczesny marketing polityczny w czystej postaci – jak sprzedawanie tego samego proszku do prania w dwóch opakowaniach: jedno z napisem „dla zwykłych ludzi”, drugie „dla wymagających”. Kraków, jako miasto, które widziało już niejednego cwaniaka w pięknym płaszczu, powinien mieć na to szczególnie dobre oko. Bo tu zawsze ceniono inteligencję, ale nie znoszono fałszu. A tu mamy do czynienia z klasycznym fałszem – tylko w dwóch wersjach językowych. Plakat filmowy ZOBACZ TAKŻE: Gibała sam się zgruzował. Ile jeszcze można sprzedawać tę samą bajkę o „betonozie”? Następnym razem, jak zobaczycie Jaśkę wściekającego się na „system”, a chwilę później Borejzę spokojnie tłumaczącego „strukturalne mechanizmy”, pamiętajcie: to nie są dwie niezależne opinie. To jeden scenariusz. Dwa charaktery. Jeden producent. I ten producent dobrze wie, co robi. A więcej o ulicznym bandycie przeczytacie tutaj: Ten skazany bandyta jest twarzą krakowskiego referendum! Jego historia szokuje

Więcej…

Czy Zbigniew Ziobro chronił bandytę z Krakowa?! Afera zatacza coraz szersze kręgi

Czy Zbigniew Ziobro chronił bandytę z Krakowa?! Afera zatacza coraz szersze kręgi

07 maja 2026 | 07:56

Współpraca z gangsterami terroryzującymi Kraków, milionowa łapówka, groźby i... zablokowana nagle akcja służb. Mateusz Jaśko – człowiek, o którym sąd mówi wprost: "działał na zlecenie przestępców" – miał zostać złapany na gorącym uczynku. Nie został. Dlaczego w ostatniej chwili ktoś zatrzymał operację, która mogła ujawnić znacznie większy układ? Czy mamy do czynienia z jedną z najbardziej niepokojących historii ostatnich lat? Sprawa Mateusza Jaśki, krakowskiego patoaktywisty z kryminalną przeszłością, współtwórcą hejterskiego "Rynku Krowoderskiego" i – o zgrozo – wciąż jeszcze radnego dzielnicowego z Krowodrzy (!), zaczyna układać się w znacznie szerszy obraz, obejmujący służby, prokuraturę i wielkie pieniądze. Mateusz Jaśko to współtwórca hejterskiego kanału Rynek Krowoderski i założyciel profilu Co jest nie tak z Krakowem / źródło: YT Rynek Krowoderski Przypomnijmy: sąd potwierdził, że Jaśko działał na zlecenie środowisk kryminalnych. To nie są już podejrzenia czy medialne spekulacje – to ustalenia, które znalazły odzwierciedlenie w prawomocnym wyroku. Najpierw oferował gigantyczną, milionową łapówkę dziennikarzowi TVN, Michałowi Fuji, a później – gdy to nie przyniosło efektu – perfidnie go zastraszał. Co więcej, prób przekupstwa było kilka. W końcu zaplanowano przeprowadzenie kontrolowanego przekazania miliona złotych w gotówce. Jednak – jak ujawnił w wywiadzie dla Kanału Krakowskiego sam dziennikarz, Michał Fuja – operacja była przygotowana, ale w ostatniej chwili została zablokowana przez służby. Miałem wziąć udział w akcji CBŚP związanej z kontrolowanym przyjęciem łapówki od Jaśki, ale finalnie do tego nie doszło. Politycznie to były inne czasy i zostałem w ostatnim momencie wystawiony. Cały wywiad tutaj: Po spotkaniach z Jaśką musiał mieć ochronę! "Ukrywałem się razem z rodziną" [WYWIAD] To kluczowy moment tej historii. Dlaczego służby się wycofały? Kto podjął taką decyzję? I czy był to przypadek? Te pieniądze Mateusz Jaśko miał wręczyć Michałowi Fuji w ramach łapówki Dziś – po latach – pojawiają się nowe fakty, które każą spojrzeć na tę sprawę w zupełnie innym świetle. Media ujawniają, że prokuratorzy związani z ekipą Zbigniewa Ziobry przez lata umarzali postępowania dotyczące giełdy kryptowalut Zondacrypto (wcześniej BitBay), mimo sygnałów od Komisji Nadzoru Finansowego. Śledztwa były nie tylko umarzane raz, ale wielokrotnie, nawet po kolejnych zażaleniach. W praktyce oznaczało to, że sprawy, które mogły mieć poważne konsekwencje karne, były przez lata „wyciszane”. źródło: OKO.PRESS Cały tekst tutaj: Ujawniamy: zaufani prokuratorzy Ziobry przez 4 lata seryjnie ukręcali łeb śledztwu ws. Zondacrypto I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy ten sam mechanizm nie zadziałał wcześniej w sprawie Jaśki? Czy decyzja o rezygnacji z kontrolowanego przekazania łapówki była wyłącznie kwestią bezpieczeństwa, czy też elementem szerszego układu, w którym niewygodne sprawy po prostu nie miały ujrzeć światła dziennego? Zwłaszcza że – jak wynika z relacji – Fuja został pozostawiony sam sobie wobec realnych gróźb: Zostałem z tym sam. Sam przeciwko Jaśce i jego kolegom. Michał Fuja Dziś, gdy na jaw wychodzą kolejne informacje o działaniach prokuratury w sprawach powiązanych z wielkimi pieniędzmi i środowiskami kryminalnymi, historia współtwórcy "Rynku Krowoderskiego" przestaje wyglądać jak odosobniony incydent. Zaczyna przypominać fragment większej układanki. A pytanie, które jeszcze niedawno brzmiało jak teoria – dziś wraca z pełną mocą: kto i dlaczego zatrzymał działania służb wtedy, gdy mogły doprowadzić do przełomu? Bo jeśli Jaśko: działał na zlecenie przestępców (co potwierdził sąd), brał udział w operacji, która mogła ujawnić poważny mechanizm korupcyjny, a mimo to całość zakończyła się relatywnie niskim wyrokiem i niedomkniętymi wątkami, to trudno nie zapytać, czy ktoś nie zdecydował, że ta historia nie powinna zostać wyjaśniona do końca? Zwłaszcza że dziś widzimy, iż w sprawach powiązanych z dużymi pieniędzmi i wrażliwymi środowiskami prokuratura potrafiła latami „zamykać oczy”. Czy więc Jaśka był tylko wykonawcą, czy też elementem większego układu, którego nikt nie chciał ruszyć? Warto też przypomnieć, że Jaśko współpracował z krakowskimi kibolami w czasach, gdy bandyci Wisły Kraków terroryzowali miasto. Jaki to ma związek z giełdą kryptowalut? Michał Fuja wyjaśnia: Po analizie pewnych portfeli kryptowalutowych przelewał on [Sylwester Suszek] około 3 mln złotych krakowskim pseudokibicom i gangsterom, którzy mieli się tą sprawą zająć. To właśnie z tych pieniędzy łapówkę miał dostać redaktor TVN. A o współpracy Jaśki z kibolami w wywiadzie opowiadał także sędzia Tomasz Szymański, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Apelacyjnego w Krakowie: Sąd pierwszej instancji ustalił także, że J. w ramach swojej działalności współpracował także z pseudokibicami Wisły, a to się kojarzy jednoznacznie. Cała rozmowa tutaj: Współtwórca Rynku Krowoderskiego współpracował z bandytami [WYWIAD] I wreszcie: czy fakt, że dziś występuje jako publiczna twarz lokalnej inicjatywy politycznej w Krakowie, czyli referendum odwoławczego prezydenta miasta i współtworzy hejterski "Rynek Krowoderski", nie powinien skłonić do ponownego zadania pytań o jego rolę w aferze Zondacrypto oraz o to, kto naprawdę zamknął tamtą sprawę? ZOBACZ TAKŻE: Jaśko, gdzie są pieniądze Polaków? Krakowski radny nabrał wody w usta

Więcej…

Gibała sam się zgruzował. Ile jeszcze można sprzedawać tę samą bajkę o „betonozie”?

Gibała sam się zgruzował. Ile jeszcze można sprzedawać tę samą bajkę o „betonozie”?

06 maja 2026 | 14:54

Łukasz Gibała od lat sprzedaje krakowianom prostą historię: źli deweloperzy, bezradne miasto i on – jedyny, który mówi prawdę. Szkoda tylko, że ta opowieść ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. To nie „betonoza” jest największym problemem Krakowa. Jest nim polityk, który od lat opowiada tę samą historię, ignorując fakty, które do niej nie pasują. W debacie o Krakowie Gibała od lat konsekwentnie gra jedną, dobrze znaną rolę: strażnika „moralnej czystości” miasta, który z równą łatwością wskazuje winnych, co pomija niewygodne fakty. I właśnie tu zaczyna się problem z jego przekazem. Bo im głośniej mówi o „betonozie” i „deweloperskim eldorado”, tym trudniej nie zauważyć sprzeczności w jego narracji. Kiedy prezydenturę sprawował Jacek Majchrowski, Gibała stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych krytyków polityki przestrzennej miasta. Wymyślone przez dobrze opłacanych pijarowców hasło „betonoza” weszło do obiegu publicznego i dobrze oddawało społeczne emocje wobec intensywnej zabudowy. Wtedy przekaz był prosty: deweloperzy mają w Krakowie zbyt łatwo, a miasto nie potrafi ich kontrolować. Z drugiej strony ówczesne władze – niezależnie od oceny ich decyzji – wskazywały na twarde ramy prawa: jeśli inwestycja spełnia warunki planistyczne i prawne, odmowa pozwolenia może skończyć się kosztownymi odszkodowaniami, które gmina musiałaby płacić inwestorom. Aleksander Miszalski i Jacek Majchrowski / fot. KPMK Piotr Wojnarowski Zmiana władzy i pojawienie się Aleksandra Miszalskiego nie przyniosły zmiany w retoryce Gibały. Przeciwnie – ton stał się jeszcze bardziej alarmistyczny. Znów słyszymy o „deweloperskim eldorado”, o rzekomej bezradności miasta i o systemie, który ma sprzyjać inwestorom kosztem mieszkańców. Problem w tym, że sedno mechanizmu decyzyjnego w urbanistyce nie zmieniło się wraz z personalną zmianą na stanowisku prezydenta. Prawo nadal działa tak samo: jeśli inwestor spełnia wymagania wynikające z przepisów, administracja nie ma swobody uznaniowej, by po prostu powiedzieć „nie, bo nie”. I tu właśnie pojawia się zarzut, który wobec Gibały powraca regularnie: że jego diagnozy są bardziej politycznym sloganem niż spójną analizą systemu. Bo jeśli problemem jest „eldorado deweloperów”, to nie da się go redukować wyłącznie do nazwisk prezydentów miasta. Jest to efekt konstrukcji prawa planistycznego w Polsce i ograniczonej swobody gmin w odmawianiu inwestycji spełniających warunki formalne. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Do tego dochodzi jeszcze jeden wątek: powiązania rodzinne Gibałów z branżą deweloperską. Z jednej strony Gibała krytykuje betonoze, z drugiej zaś jego rodzina sama te betonowe kloce stawia. I nie, nie sugerujemy tu, że deweloperzy to zło. Piszemy wprost, że ktoś mieszkania budować musi, a Gibała [Łukasz] to hipokryta. W efekcie mamy obraz polityka, który z jednej strony buduje swoją rozpoznawalność na ostrej krytyce rynku deweloperskiego, a z drugiej funkcjonuje w rzeczywistości prawno-gospodarczej, której podstawowe zasady pozostają niezmienne niezależnie od tego, kto rządzi miastem. I to napięcie między politycznym przekazem a systemową rzeczywistością jest w tej historii najważniejsze. Bo można oczywiście powtarzać, że Kraków jest „zalewany betonem”. Można też domagać się bardziej rygorystycznej polityki przestrzennej. Ale trudniej jest jednocześnie konsekwentnie pomijać fakt, że w ramach obowiązującego prawa administracja nie działa jak filtr ideologiczny, tylko jak organ stosujący przepisy. I właśnie na tym rozjeździe między politycznym przekazem a prawną rzeczywistością buduje się największa słabość tej narracji – niezależnie od tego, kto ją wygłasza i jak głośno. ZOBACZ TAKŻE: Zestawienie wyjazdów. Krakowianie bezwzględni dla manipulacji Gibały Gdyby to Gibała został prezydentem, pewne jest jedno: albo – jak jego poprzednicy – będzie wydawał pozwolenia na budowę zgodnie z obowiązującym prawem, albo narazi miasto na wielomilionowe odszkodowania. Trzeciej drogi po prostu nie ma. Jeśli twierdzi inaczej, to albo nie rozumie podstawowych mechanizmów, którymi rządzi się administracja, albo bezczelnie Was okłamuje, robiąc z Was cymbałów. Sami oceńcie co gorsze.

Więcej…

Ci ludzie nie mają litości! Sparaliżują wyjazd z Krakowa, bo nie chcą S7

Ci ludzie nie mają litości! Sparaliżują wyjazd z Krakowa, bo nie chcą S7

29 kwietnia 2026 | 12:52

Jest taka scena w filmie „Upadek”. Facet stoi w korku, upał, nic się nie rusza. W pewnym momencie po prostu wysiada z samochodu, zostawia wszystko i odchodzi. Bo coś w nim pęka. To oczywiście kino, przesada, metafora. Ale każdy, kto choć raz utknął w wielogodzinnym korku, wie, że ta granica frustracji naprawdę istnieje. I że w takich warunkach ludziom potrafią puścić nerwy szybciej, niż by chcieli przyznać. Będziecie stać w jeszcze większych korkach niż zwykle. Tak, to możliwe. Nawet w Krakowie podczas majówki. Czwartek, 30 kwietnia, godzina 15:00. Moment, w którym pół miasta rusza na wyjazd, bo piątek już wolny. I dokładnie wtedy ktoś postanawia dorzucić do tego jeszcze jedną warstwę chaosu. Protest hybrydowy – jednocześnie w dwóch miejscach: węzeł Opatkowice (okolice Mogilan i Myślenic), węzeł Łagiewniki (styk Krakowa, Świątnik Górnych, Wieliczki i Sieprawia). To nie są przypadkowe punkty. To kluczowe wyloty z miasta na południe – dokładnie tam, gdzie i tak wszystko się korkuje, gdy zaczyna się majówkowy exodus. Wystarczy spowolnienie ruchu, chwilowa blokada, kilkadziesiąt osób na jezdni i cały układ siada. Korek nie kończy się na węźle. Cofka idzie kilometrami w głąb miasta. Hasło protestu: NIE DLA S7. Mieszkańcy mówią o bezradności, o tym, że decyzje zapadają ponad ich głowami, że nikt ich nie słucha. I to jest realny problem, trudno go zbyć wzruszeniem ramion. Tylko że sposób, który wybrano, uderza dokładnie w tych, którzy z tą decyzją nie mają nic wspólnego. Kadr z filmu Upadek / fot. materiały prasowe Bo po drugiej stronie są ludzie. Tysiące ludzi. Zamkniętych w samochodach, próbujących wydostać się z miasta albo po prostu przez nie przejechać. Bez wpływu na przebieg S7. Bez wpływu na protest. Za to z bardzo realnym wpływem korka na ich życie tu i teraz. I wtedy zaczyna się coś, o czym nikt na transparentach nie pisze. Narastająca frustracja. Zmęczenie. Nerwy. Sytuacje, które robią się niebezpieczne, bo ktoś po dwóch godzinach stania przestaje myśleć racjonalnie. Uważajcie na siebie. Naprawdę. Bo w takich warunkach niewiele trzeba, żeby emocje wystrzeliły. Majówka w Krakowie od lat wygląda tak samo: wszyscy wyjeżdżają naraz i wszyscy stoją. W tym roku różnica jest taka, że ktoś świadomie dokłada do tego kolejną blokadę w najbardziej wrażliwych punktach. I znowu: jedni powiedzą, że nie mają innego wyjścia. Drudzy też go nie mają. Tyle że jedni stoją z wyboru, a drudzy, bo ktoś im właśnie zamknął drogę. Efekt? Miasto sparaliżowane, ludzie wściekli, problem nierozwiązany. Protest przeciwko S7 przed siedzibą GDDKiA w Krakowie Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Kraków sam sobie funduje ten spektakl absurdu, a potem jeszcze dorzuca do niego reżyserię konfliktu. Jedni blokują, drudzy trąbią, wszyscy stoją i nikt nie dojeżdża. Jeśli to ma być sposób na pokazanie bezradności, to działa perfekcyjnie: właśnie udowadniamy, że potrafimy sparaliżować wszystko, poza rozwiązaniem problemu. ZOBACZ TAKŻE: Dziura jak krater i cierpliwość na granicy! Mieszkańcy alarmują: ta droga to koszmar To już nie jest spór o drogę. To jest pokaz tego, jak łatwo w tym mieście zablokować wszystko i wszystkich. I jak szybko zwykli ludzie płacą za cudze decyzje i cudze protesty. Bo najkrótsza droga od „bezradności” do „wściekłości” prowadzi przez korek.

Więcej…

Krakowa nie stać już na to, by Gibała nie był prezydentem! Oto najlepszy kandydat

Krakowa nie stać już na to, by Gibała nie był prezydentem! Oto najlepszy kandydat

28 kwietnia 2026 | 10:19

Łukasz Gibała. Tak, to właśnie on jest najlepszym kandydatem na prezydenta Krakowa. Dlaczego? Bo tylko on jest w stanie załatwić to, czego to miasto naprawdę od lat najbardziej potrzebuje – całkowitego wyciszenia politycznego cyrku, który od dawna truje nam życie. Nie stać nas już na to, żeby Gibała dalej nie rządził. Wyobraźcie to sobie. Gibała wygrywa wybory, wchodzi do gabinetu na placu Wszystkich Świętych, siada za biurkiem, a największe źródło hałasu, awantur, hejtu, manipulacji, oskarżeń, fake newsów i permanentnego oburzenia w tym mieście nagle znajduje się… dokładnie po jego stronie biurka. Koniec przedstawienia. Kurtyna opada. Światła gasną. Na razie jest najpotężniejszym radnym. Oby wkrótce został prezydentem! / fot. Łukasz Michalik Nie będzie już codziennych medialnych wojen, bo najgłośniejsi krakowscy awanturnicy i ich oddane internetowe zaplecze hejterów i gołodupców marzących o alko-złotówkach w końcu znajdą się po stronie władzy. Po co dalej szczekać, skoro "swoi" są u steru? Po co wymyślać kolejne afery dnia, skoro można je teraz współtworzyć od środka? Po co organizować wściekłe wpisy, protesty i happeningi, skoro główny przywódca starej opozycji siedzi już przy korycie? Znacie drugiego tak zajadłego, mściwego, zdesperowanego i chorego na władzę człowieka? Ja nie znam. Właśnie dlatego paradoksalnie tylko on jest w stanie ten mechanizm zatrzymać. Bo gdy już dopnie swego i wreszcie usiądzie w fotelu prezydenta, nie będzie miał po co dalej napędzać tej maszyny nienawiści i ciągłego konfliktu. Cała jego energia, która przez lata szła w niszczenie innych, zostanie przekierowana na utrzymanie władzy. A to oznacza koniec wiecznego wojowania. Do tej pory wygrywał tylko w sondażach / fot. Łukasz Michalik Korków pewnie nie rozładuje. Smogu nie rozgoni. Deweloperów nie powstrzyma. Ale przynajmniej magistrat będzie mógł wreszcie pracować w spokoju. Bez codziennego teatru emocji, bez internetowych histerii, bez kolejnego „skandalu”, który żyje krócej niż kawa w urzędowej ekspresie. Bo Krakowem od wielu lat nie rządzi ani spokój, ani strategia, ani zdrowy rozsądek. Rządzi nim permanentna awantura. Napędzana politycznymi napięciami, medialnymi przepychankami i garstką bardzo głośnych krzykaczy, którzy zrobili sobie karierę na roli wiecznych oburzonych. I właśnie Gibała jest tym człowiekiem, który ten mechanizm potrafi wyłączyć. Nie dlatego, że nagle zamieni politykę miasta w złoto, ale dlatego, że sam ten układ włączył i napędza. Jest jego motorem. Oczywiście ktoś zaraz powie, że to cyniczne. Że władza potrzebuje silnej opozycji. Teoretycznie tak. Tyle że w krakowskiej praktyce „silna opozycja” zbyt często oznacza po prostu maszynkę do produkcji emocji, w której każda decyzja – dobra czy zła – jest jedynie pretekstem do kolejnej wojny. Co prawda miał 234 mln zł długu, ale Kraków ma potężny budżet Krakowa nie stać już na to, żeby dalej tkwić w nieustannym konflikcie. Nie stać go na politykę wiecznej wojny o narrację. Nie stać go na to, żeby miasto było ciągle przedstawiane jako serialowa katastrofa, grana głównie na Facebooku, Twitterze i w lokalnych, hejterskich portalikach. Krakowa nie stać na to, by Gibała nadal nie był prezydentem! Bo może się okazać, że największą i najbardziej rewolucyjną zmianą nie będzie żadna nowa inwestycja, żadna strategia ani obietnica. Największą zmianą będzie… zwykła cisza. Taka, która na początku może się wydać wręcz podejrzana. ZOBACZ TAKŻE: Maślona: "Gibała jest lepiej przygotowany do bycia prezydentem niż Miszalski" [WYWIAD] Krakowie, witaj w erze Gibały. A Wy, drodzy mieszkańcy, przygotujcie się na ciszę. Może być ogłuszająca.

Więcej…

Gibała przekroczył kolejną granicę! Dziwny "zbieg okoliczności" wokół referendum

Gibała przekroczył kolejną granicę! Dziwny "zbieg okoliczności" wokół referendum

24 kwietnia 2026 | 13:20

Są granice politycznej walki. I są też momenty, kiedy ktoś te granice przekracza z pełną świadomością, bo władza zaczyna smakować bardziej niż przyzwoitość. Na światło dzienne wychodzi sprawa, która powinna zapalić w Krakowie wszystkie czerwone lampki. Gazeta Wyborcza opisała historię mieszkańca, który kilka lat temu zwrócił się o pomoc w drobnej sprawie do Łukasza Gibały, a dziś - zupełnie niespodziewanie - odbiera telefon w sprawie politycznego referendum. Telefon od ludzi związanych z Gibałą. Przypadek? Trudno w to uwierzyć. Cały tekst jest tutaj: Pięć lat temu prosił o pomoc w sprawie krawężnika. Teraz zadzwonili do niego ws. referendum w Krakowie Tu nie chodzi tylko o jedną rozmowę. Chodzi o mechanizm. O sposób myślenia. O przekonanie, że skoro ktoś kiedyś zaufał, to jego dane można dziś wykorzystać w zupełnie innym celu: politycznym, wygodnym, aktualnym. To już nie jest aktywizm społeczny. To zaczyna przypominać polityczny recykling danych i zaufania. Gibała łapie się każdej metody, by zostać prezydentem Krakowa / fot. Łukasz Michalik A cel jest jasny: odwołać obecnego prezydenta miasta i zająć jego miejsce. W tej logice wszystko wydaje się dozwolone. Nawet metody, które jeszcze niedawno kojarzyły się wyłącznie z najgorszymi praktykami telemarketingu. Bo czym to się różni? Dzwoni telefon. Nieznany numer. Odbierasz. I wtedy słyszysz głos, którego nie chcesz słyszeć. Głos, który nie pojawia się przypadkiem. Głos, który nie pyta, czy chcesz rozmawiać. Głos, który ma jeden cel: wpłynąć na ciebie. To nie jest rozmowa. To jest nagabywanie. I właśnie w tym miejscu polityka przestaje być debatą, a zaczyna przypominać nachalną sprzedaż. Tyle że „produktem” jest decyzja wyborcza mieszkańców. Jeśli ktoś buduje swoją drogę do władzy na takich fundamentach, to warto zadać sobie pytanie: co będzie dalej? Bo jeśli dziś bez skrupułów sięga się po stare dane i nadużywa zaufania ludzi, to jutro granice mogą przesunąć się jeszcze dalej. ZOBACZ TAKŻE: Jaśko, gdzie są pieniądze Polaków? Krakowski radny nabrał wody w usta Kraków zasługuje na coś więcej niż politykę w stylu „call center”.

Więcej…

Gibała znów „wygrywa” wszystko. Problem w tym, że to tylko sondaż

Gibała znów „wygrywa” wszystko. Problem w tym, że to tylko sondaż

22 kwietnia 2026 | 07:23

Grupa badawcza OGB znów rozpala emocje. Tym razem robi badanie pod tytułem "Gibała kontra kandydat, który nie startuje". A media sprzedają to jako sensacyjny sondaż. Sugeruje on, że mieszkańcy „na pewno” odwołaliby Aleksandra Miszalskiego, a jego miejsce miałby zająć Łukasz Gibała. Czy jednak nie oglądamy tu równoległej, bardziej sondażowej niż realnej rzeczywistości? Bo o tym, że Gibała wygra w opublikowanym we wtorek (21 kwietnia) sondażu pisaliśmy już... 26 marca! Gdyby wierzyć kolejnym sondażom publikowanym w przestrzeni publicznej, Łukasz Gibała powinien już co najmniej trzykrotnie zasiadać w fotelu prezydenta Krakowa. Mało tego , wcześniej zdążyłby jeszcze doprowadzić do politycznego „przewrotu” i odwołania Jacka Majchrowskiego. A jednak rzeczywistość, ta uparcie mniej spektakularna niż wykresy, konsekwentnie pisze własny scenariusz. Król sondaży - Łukasz Gibała Najnowszy raport OGB ponownie stawia Gibałę na prowadzeniu, a w drugiej turze każe mu mierzyć się z Bogdanem Klichem. Problem w tym, że sam Klich wielokrotnie i jednoznacznie zaprzeczał, jakoby miał zamiar startować w wyborach na prezydenta Krakowa. Trudno więc udawać, że ta deklaracja nie istnieje. Zwłaszcza, gdy staje się fundamentem jednego z najbardziej medialnych wariantów wyborczych. W efekcie otrzymujemy obraz, w którym bardziej niż realną scenę polityczną oglądamy jej sondażową wersję „co by było, gdyby”. W tej wersji kandydaci pojawiają się i znikają nie według realnych decyzji politycznych, lecz według założeń modeli statystycznych. I tu pojawia się zasadniczy problem: w takich symulacjach brakuje tego, co kluczowe – realnych, potwierdzonych kandydatur. Zamiast tego dostajemy zestawienia, które budują emocje, ale niekoniecznie odzwierciedlają faktyczny układ sił. Sondaże to często "równoległa rzeczywistość" Można więc odnieść wrażenie, że mamy do czynienia nie tyle z badaniem preferencji wyborczych, ile z projekcją potencjalnych scenariuszy oderwanych od politycznych deklaracji i decyzji. A wtedy trudno oprzeć się wrażeniu, że całość traci swoją analityczną wartość i zaczyna przypominać bardziej publicystyczną fantazję niż narzędzie diagnozy. Bo jeśli w centrum analizy stawia się kandydatów, którzy nie deklarują startu (ba, jednoznacznie i publicznie zaprzeczają!), a pomija tych, którzy faktycznie będą na kartach wyborczych, to trudno traktować takie zestawienia jako rzetelny obraz sytuacji. ZOBACZ TAKŻE: Kiedyś chodził po ulicach Krakowa i bił ludzi. Dziś pajacuje w służbie referendum W takim ujęciu sondaż przestaje być mapą politycznego terenu, a staje się jedynie jego uproszczonym szkicem, który niewiele mówi o tym, jak naprawdę mogą wyglądać przyszłe wybory w Krakowie. *** I jeszcze jedno: o tym, że - według sondażu - Gibała zostanie prezydentem Krakowa, pisaliśmy już 26 marca. Nie dlatego, że mamy szklaną kulę albo potrafimy wróżyć z fusów, lecz dlatego, że dobrze znamy niektóre polityczne ustawki mechanizmy. źródło: Kanał Krakowski Tutaj przypominamy nasz tekst z końca marca: Znamy wyniki sondaży, zanim zostały opublikowane! To ON zostanie prezydentem

Więcej…

Katoprawica okłamuje Krakowian przed referendum! Absurd roku

Katoprawica okłamuje Krakowian przed referendum! Absurd roku

21 kwietnia 2026 | 09:40

Hej, nie masz nogi. Serio. Stoisz, chodzisz, kopiesz piłkę, a ja Ci mówię: nie masz nogi! Dokładnie tak wygląda narracja krakowskiej prawicy w sprawie „konwentu satanistów” w ICE Kraków. Zwolennicy referendum dwoją się i troją, żeby obrzydzić mieszkańcom Krakowa ich własne miasto. Podają ohydne kłamstwa, celowo rozprowadzają fake newsy i próbują zrobić z Krakowa satanistyczną stolicę Polski tylko po to, żeby kilka dni przed referendum wywołać tanią, obrzydliwą histerię. „Konwent satanistów w ICE Kraków!” – z pianą na ustach grzmi cała prawica. Od Republiki, przez wPolsce24, Do Rzeczy, TRWAM, po wszystkie mniejsze katoprawicowe portaliki – wszyscy ochoczo podchwycili ten smród i rozdmuchali go na całą Polskę. Fejk news Mimo wyraźnego dementi miasta, mimo że ICE nigdy nie podpisało żadnej umowy – fakty nie przeszkadzają im w narracji. To takie kłamstwo, jakby ktoś Wam powiedział, że nie macie jednej nogi. A Wy wiecie, że ją macie, stoicie na niej, chodzicie. A oni dalej upierają się, że jej nie macie. A na czele tego cyrku stoi Barbara Nowak, była kurator oświaty, która miała bezpośredni wpływ na nasze dzieci, nadal dumnie udostępnia i podtrzymuje tę kłamliwą narrację. Nie ściągnęła postów, nie przeprosiła, tylko dalej sieje panikę i obrzydzenie. Barbara Nowak / fot. wikimedia Jak nisko można upaść? Żeby tylko robić polityczną awanturę, gotowi są obrzucić Kraków gów*em, straszyć mieszkańców czarnymi mszami i robić z normalnego miasta scenę z horroru klasy B. ZOBACZ TAKŻE: Wymyślili satanistów, żeby straszyć ludzi. I poszło w eter To nie jest kampania. To jest zwykłe, plugawe obrzydlistwo. I krakowianie doskonale widzą, kto naprawdę brudzi ich miasto – nie sataniści, tylko ci, którzy tak ochoczo tym fejkiem karmią ludzi.

Więcej…

Wymyślili satanistów, żeby straszyć ludzi. I poszło w eter

Wymyślili satanistów, żeby straszyć ludzi. I poszło w eter

20 kwietnia 2026 | 13:00

Gdyby ktoś szukał podręcznikowego przykładu degrengolady debaty publicznej, historia o „konwencie satanistów” w ICE Kraków powinna trafić do pierwszego rozdziału. Nie jako ciekawostka. Jako ostrzeżenie. Bo to nie jest zwykła wpadka. To nie jest nawet klasyczny fake news, który ktoś niechcący podał dalej. To jest świadomie rozdmuchana bzdura, której jedynym paliwem jest polityczny interes i pogarda dla inteligencji odbiorcy. Znana dystrybutorka fejk newsów - Barbara Nowak / źródło: FB Barbary Nowak Mechanizm jest prosty jak konstrukcja cepa: ktoś wrzuca do sieci informację opartą na błędnym wpisie. Ktoś inny – zamiast sprawdzić – zaczyna krzyczeć. A potem wchodzą politycy i robią z tego „sprawę publiczną”. I nagle mamy „skandal”, „zagrożenie”, „atak na wartości”. Tyle że zbudowane na niczym. Bo fakty są kompromitująco banalne: ICE Kraków nie organizuje żadnego „zlotu satanistów”. Nie ma wydarzenia, nie ma umowy, nie ma tematu. Jest dementi. Twarde, jednoznaczne i kompletnie ignorowane przez tych, którzy już zdążyli odpalić emocjonalną machinę. I tu dochodzimy do sedna. To nie jest polityka oparta na błędzie. To jest polityka oparta na cynizmie. Bo nie chodzi o to, czy coś jest prawdą. Chodzi o to, czy się klika. Czy wywołuje strach. Czy pozwala znowu ustawić świat w wygodnym schemacie: „my – obrońcy” kontra „oni – zagrożenie”. Nawet jeśli to „zagrożenie” trzeba sobie najpierw wymyślić. Pismo Najbardziej żenujące w tej historii jest jednak tempo, w jakim część prawicy przechodzi od „informacji” do histerii. Bez weryfikacji. Bez refleksji. Bez cienia odpowiedzialności. Jakby standardy były luksusem, na który nie mogą sobie pozwolić. Nie, to nie jest brak kompetencji. To jest wybór. Wybór, żeby zamiast rzeczywistości sprzedawać emocjonalny teatr. Wybór, żeby zamiast faktów oferować insynuacje. Wybór, żeby zamiast uczciwej debaty uprawiać tanią, podszytą lękiem propagandę. I nazwijmy to wreszcie po imieniu: to nie jest „ostry język”, to nie jest „polityczna przesada”. To jest perfidne kłamstwo. Takie, które nie ma nawet ambicji udawać prawdy – wystarczy, że działa. A działa, bo ktoś wciąż uważa, że odbiorca nie zasługuje na rzetelność. Wystarczy mu strach. ZOBACZ TAKŻE: Kiedyś chodził po ulicach Krakowa i bił ludzi. Dziś pajacuje w służbie referendum Problem w tym, że każdy taki przypadek przesuwa granicę. Dziś „satanistyczny konwent”, jutro coś jeszcze bardziej absurdalnego. Aż w końcu przestaniemy odróżniać rzeczywistość od politycznej fantazji. I może właśnie o to chodzi.

Więcej…

O tym, jak chłopiec, który pokonał igrzyska odkrył, że referendum działa w dwie strony

O tym, jak chłopiec, który pokonał igrzyska odkrył, że referendum działa w dwie strony

19 kwietnia 2026 | 18:37

Kiedyś nauczył Krakowian, jak skutecznie wbić nóż w plecy wielkim projektom za pomocą referendum. Dziś ten sam nóż wraca i celuje prosto w jego własne krzesło w Radzie Miasta. Karma nie tylko istnieje – ona ma świetną pamięć i poczucie humoru. Pamiętacie te czasy, kiedy Kraków chciał organizować Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2022? Miasto szumiało od plakatów, haseł i obietnic wielkich inwestycji. Ale na czele krucjaty przeciwko imprezie stanął wtedy taki jeden młokos – energiczny, gniewny aktywista – Tomasz Leśniak. Wtedy jeszcze szczupły w argumentach i szeroki w ambicjach, grzmiał, że Kraków nie może dać się wciągnąć w olimpijską awanturę. Walczył, agitował, pokazywał koszty, ryzyko i rzekomo megalomańskie wizje. Metodami nie zawsze eleganckimi, acz skutecznymi. Protestował nie tylko przeciwko igrzyskom, ale także przeciwko gigantycznym pieniądzom, jakie miały spłynąć do Krakowa (a na które były już przeciez gwarancje rządowe!) i niezwykle potrzebnym inwestycjom (nie tylko tym sportowym, ale głównie transportowym), które na zawsze miały zostać w naszym regionie. 12 lat temu Leśniak niezbyt elegancko przekonywał, by dopisywać się do spisu wyborców. Dziś tego typu metody już mu się nie podobają Prezydent Jacek Majchrowski, widząc, co się święci, z miną męczennika ogłosił referendum. I co? Krakowianie poszli i powiedzieli gromkie NIE. Igrzyska spakowały manatki, a młody Leśniak spakował sukces i popłynął na polityczne salony. Dla Leśniaka był to bilet do polityki. Z aktywisty miejskiego zrobił się radny, działacz Lewicy, członek komisji, głos w radzie miasta. źródło: X Leśniaka Aż tu nagle – bum. Rok 2026. Kraków ma nowe referendum. Tym razem nie przeciwko igrzyskom, tylko przeciwko obecnemu prezydentowi i całej radzie miasta, w tym przeciwko Leśniakowi osobiście. Frekwencja musi być wysoka, żeby było ważne, ale samo to, że się odbędzie, już jest symbolem. Ten sam Leśniak, który kiedyś krzyczał „głos mieszkańców jest święty!”, dziś patrzy na inicjatywę referendalną z niechęcią. No proszę. Kiedyś niezbyt eleganckie metody były w porządku, bo służyły – w jego mniemaniu – słusznej sprawie. Dziś, gdy sprawa jest przeciwko niemu, już nie bardzo. Bo jeśli referendum się powiedzie i rada miasta poleci, to Leśniak poleci razem z nią. A dla przedstawiciela Lewicy miejsca na listach KO przed przyspieszonymi wyborami już nie będzie. Koniec mandatu, koniec komisji, koniec pozycji. Polityczny niebyt. Karma, drodzy państwo. Karma wraca. Tylko szkoda, że inni przy okazji dostają rykoszetem. Sesja RMK / fot. Łukasz Michalik Dwanaście lat temu Leśniak uczył Krakowian, że referendum to potężna broń w rękach mieszkańców. Uczył ich, że można powiedzieć „nie” wielkim projektom władzy. I to nawet nie tej samorządowej, ale centralnej. I to nawet nie tylko naszej, krajowej, ale wychodzącej poza granice Polski, wszak igrzyska miały być organizowane wspólne ze Słowacją. Uczył ich, że głos z ulicy ma znaczenie. I proszę, Krakowianie najwyraźniej zapamiętali lekcję. Tylko że tym razem cel jest inny. Młody Leśniak walczył o to, by mieszkańcy mieli głos. Dojrzały radny Leśniak odkrywa, że mieszkańcy nadal chcą mieć głos – tylko akurat przeciwko niemu. Jak to mówią: żyj tak, żeby twoje dawne zwycięstwa nie wróciły do ciebie jako referenda odwoławcze. Bo referendum, tak jak bumerang, ma to do siebie, że czasem wraca z większą siłą. I tym razem Leśniak stoi po drugiej stronie barykady. ZOBACZ TAKŻE: Handel miejscami na listach wyborczych. Radna kupiła jedynkę za cenę zdrady Smacznego, Tomku. Karma podana na zimno. Jak olimpijski śnieg, który do Krakowa – głównie przez Twoje niezbyt eleganckie "akcje" – nigdy nie dotarł.

Więcej…

Wygrywasz wybory? To dopiero początek problemów. Przegrani paraliżują miasto

Wygrywasz wybory? To dopiero początek problemów. Przegrani paraliżują miasto

16 kwietnia 2026 | 14:50

51 procent wystarczyło, żeby wygrać wybory. Ale, jak się okazuje, nie wystarczy, żeby rządzić w spokoju. W Polsce zaczyna się era demokracji bez końca. Z wyborami, które nigdy się nie kończą. Jeśli ten trend się utrzyma, przegrani już nigdy naprawdę nie przegrają. Kraków lubi myśleć o sobie jako o mieście rozsądku. Takim, które nie ulega gwałtownym nastrojom, tylko waży racje jak aptekarz proszki. A jednak ostatnie wybory i to, co się dzieje po nich, pokazały coś innego: emocje są tu żywsze niż gdziekolwiek indziej. Najpierw fakty. Miszalski wygrał. Skromnie, na granicy, coś około 51 procent. I dobrze, bo demokracja nie polega na wynikach rodem z Białorusi, gdzie 99,9 procent brzmi bardziej jak komunikat propagandowy niż werdykt obywateli. Ale prawdziwa historia zaczyna się po wyborach. Bo przegrani, a w Krakowie bywa, że jest ich naprawdę sporo, coraz częściej nie chcą czekać do następnego rozdania. Demokracja przedstawicielska wymaga cierpliwości, a cierpliwość nie jest dziś towarem pierwszej potrzeby. Zamiast niej mamy natychmiastowość: szybkie komentarze, szybkie sądy, szybką krytykę i, jak się okazuje, coraz chętniej – szybkie referenda. Referendum I nie jest to tylko krakowska specyfika. W całej Polsce referenda mnożą się dziś jak grzyby po deszczu. W samej Małopolsce, tylko w ostatnich miesiącach, próbowano zorganizować ich sześć czy siedem. Zdecydowana większość z nich kończy się fiaskiem. Albo nie udaje się nawet zebrać podpisów, albo frekwencja nie dopisuje, bo mieszkańcy nie widzą powodu, by iść do urn. To ważny sygnał, świadczący o tym, że trudno tu mówić o autentycznych, oddolnych zrywach obywatelskich. Częściej są to inicjatywy wąskich grup, lokalnych frustratów czy przegranych środowisk politycznych, które próbują jeszcze raz rozegrać tę samą partię, tylko innymi środkami. Referendum brzmi niewinnie. Nawet szlachetnie. Ot, głos ludu, korekta decyzji, wentyl bezpieczeństwa. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestaje być wyjątkiem, a staje się narzędziem politycznej codzienności. Gdy przegrana nie oznacza już końca kampanii, tylko jej drugą, a najczęściej nawet trzecią turę, prowadzoną innymi metodami. Referendum Bo przecież zawsze coś się znajdzie. Szczególnie w tych niespokojnych czasach. Wojna, wysokie ceny paliwa, kryzysy gospodarcze, a więc i podwyżki lokalnych podatków czy niepopularne decyzje, które trzeba podjąć, bez względu na to, kto jest akurat u władzy. I każdą z tych decyzji można przedstawić jako skandaliczną, choć realnie jest konieczna i oczywista. Nie trzeba jednak wiele, by zbudować narrację: „sprawdźmy ich jeszcze raz”, „oddajmy głos ludziom”, „nie bójmy się demokracji”. I tu zaczyna się pułapka. Bo jeśli każde rozstrzygnięcie wyborcze można natychmiast podważyć referendalną próbą sił, to władza przestaje być stabilna. A bez stabilności nie ma odpowiedzialności. Rządzenie zamienia się w nieustanne gaszenie pożarów i kampanię permanentną. W takich warunkach wygrywa nie ten, kto ma lepszy program, ale ten, kto ma więcej pieniędzy, lepsze zaplecze i większą zdolność mobilizacji emocji. Zbieranie podpisów pod referendum Najgroźniejsze jest jednak coś innego: odwrócenie pojęć. Bo za chwilę ktoś powie – a zresztą już mówi – że sprzeciw wobec referendum jest sprzeciwem wobec demokracji. Że namawianie do jego bojkotu to zamach na głos obywateli. Naprawdę?! Demokracja to nie tylko głosowanie. To także UZNANIE WYNIKU głosowania. To zgoda na to, że przez określony czas rządzą wybrani, nawet jeśli się z nimi nie zgadzamy. Referendum jako narzędzie wyjątkowe może tę demokrację wzmacniać. Ale referendum jako broń polityczna – używana zawsze wtedy, gdy wynik się nie podoba – zaczyna ją podkopywać. Może więc warto odwrócić argument. Referendum Nie każde referendum jest świętem demokracji. Czasem jest jej objawem zmęczenia. A czasem pierwszym sygnałem, że zamiast wspólnoty decyzji zaczynamy mieć wspólnotę permanentnego sporu. Kraków stoi dziś nie tylko przed wyborem prezydenta. Stoi przed wyborem stylu polityki. I dobrze by było, żebyśmy nie zamienili miasta debaty w miasto niekończących się plebiscytów. ZOBACZ TAKŻE: Referendum w Krakowie: kiedy się odbędzie, dlaczego, warunki, procedura, kontrowersje, koszty

Więcej…

Strona 2 z 7

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Na fali

  • Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!

    Wydarzenia

    Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do...

    Informacja
    18 czerwca 2026
  • Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

    Opinie

    Polityczne samobójstwo czy brutalny...

    Informacja
    15 czerwca 2026
  • Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY]

    Wydarzenia

    Znamy plan Gibały: nie wystartuje,...

    Informacja
    15 czerwca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.