Organizatorzy krakowskiego referendum najwyraźniej uznali, że demokracja jest ważna, ale tylko do momentu, w którym zaczyna przeszkadzać w szybkim odwołaniu prezydenta. Trudno o lepszą definicję politycznego hasła: po nas choćby potop.
Organizatorzy referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa i rady miasta ogłosili swój sukces: ponad 130 tysięcy podpisów złożonych szybciej, niż wymaga tego prawo. Można? Można. Nikt im tego nie zabraniał. Ich wola, ich decyzja.
Tyle że wraz z tą decyzją ogłosili coś jeszcze, choć może nie wszyscy to od razu zauważyli. Ogłosili zasadę: po nas choćby potop.
Referendum jest świętem demokracji. Tu nie ma sporu. Tak samo jak świętem demokracji są wybory. Jedno i drugie opiera się na tym samym fundamencie: jak największej liczbie obywateli, którzy mogą wziąć udział w decydowaniu o przyszłości swojej wspólnoty.
Tymczasem organizatorzy referendum z pełną świadomością wybrali taki moment złożenia podpisów, który w razie odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego sprawi, że pierwsza tura wyborów prezydenckich w Krakowie na pewno wypadnie… w wakacje.
A wakacje, jak wiadomo każdemu nawet średnio ogarniętemu obywatelowi, to najgorszy możliwy termin na wybory. Ludzie wyjeżdżają na urlopy, są poza miastem, poza krajem. Widać to wyraźnie choćby po braku korków na ulicach i mniejszym tłoku w tramwajach i autobusach. Zresztą chyba nie muszę przytaczać argumentów na potwierdzenie tej oczywistej tezy. Dlatego wyborów w środku lata się po prostu nie robi. Chyba że naprawdę nie ma wyjścia.
W tym przypadku wyjście było.
Ale organizatorzy referendum postanowili je zamknąć.
Posłuchajmy zresztą samych autorów tego pomysłu. Piotr Kubiczek z komitetu referendalnego tłumaczy:
Nam chodziło o termin referendum. Gdybyśmy czekali do końca, to referendum mogłoby wypaść być może w weekend przed Bożym Ciałem. Nie byłoby to dobre, ponieważ krakowianie mogliby wziąć urlop, wyjechać na przedłużony weekend. Mając tego świadomość składamy dokumenty 16 dni wcześniej.
Nawet, jeśli wybory będą na przełomie sierpnia i września, to najważniejsze jest odwołać prezydenta i radę miasta. Pamiętajmy, że prezydent ma większość w radzie miasta, więc samo odwołanie prezydenta niewiele pomoże.
Czyli w wolnym tłumaczeniu: najpierw odwołajmy Miszalskiego. A potem niech się pali i wali.
To nie jest już polityczna kalkulacja. To jest polityczny cynizm w czystej postaci.
Bo jeśli ktoś naprawdę wierzy w demokrację, to nie manipuluje kalendarzem w taki sposób, by zmniejszyć frekwencję w kolejnych wyborach. Nie tworzy sytuacji, w której tysiące mieszkańców miasta mogą zostać de facto pozbawione realnej możliwości udziału w wyborze nowego prezydenta.
Można być przeciwnikiem prezydenta. Można chcieć jego odwołania. W demokracji to rzecz absolutnie normalna.
Ale demokracja nie polega na tym, by cel uświęcał środki.
Powiedzenie „po nas choćby potop”, według słownikowej definicji, oznacza skrajny egoizm i całkowity brak odpowiedzialności za to, co będzie dalej. I trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie taką logiką kierują się dziś organizatorzy referendum.
Najważniejsze, żeby wygrać swoją bitwę.
A to, czy przy okazji osłabi się demokratyczny mandat przyszłych władz miasta, czy tysiące krakowian nie będzie mogło zagłosować, czy całe miasto zostanie wciągnięte w chaos wyborczy w środku wakacji – to już najwyraźniej sprawa drugorzędna.
Najpierw rewolucja.
A potem?
Potem, jak wiadomo.
Po nas choćby potop.
ZOBACZ TAKŻE: Gibała pobił kolejny rekord! Czy ktoś jeszcze sprawdza efekty?




















