Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Opinie

SCT jako trampolina do politycznej kariery. Rodzą się nowe "gwiazdy"

SCT jako trampolina do politycznej kariery. Rodzą się nowe "gwiazdy"

10 stycznia 2026 | 13:28

To nie był protest. To była polityczna próba generalna. Z megafonami zamiast programu, z SCT jako pretekstem i z referendum jako prawdziwą stawką. Na ulicę nie wyszli oburzeni mieszkańcy, tylko przyszli kandydaci: skrajna prawica, zaplecze Gibały, kryminalista i świeżo wyciągnięte z kapelusza nazwiska, które dziś krzyczą „wolność”, a jutro zapukają po władzę. Kraków stał się planem zdjęciowym, a miasto paliwem do robienia kariery. Nie był to żaden „protest przeciwko SCT”. To było polityczne karaoke, w którym hasła o samochodach służyły tylko za podkład muzyczny. Mikrofon trzymali dobrze znani wokaliści: skrajna prawica, kryminalista i zwolennicy Gibały, śpiewający wspólnie, których łączy mniej więcej tyle, co węgiel z rowerem miejskim. SCT była tu tylko rekwizytem. Takim dmuchanym balonikiem z napisem „wolność”, który każdy mógł chwycić i nadmuchać do własnych rozmiarów. Jedni dmuchali strachem przed „ekologicznym terrorem”, drudzy ambicją polityczną. Bo nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg, nawet jeśli jest nim abstrakcyjna strefa na mapie. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK To nie była manifestacja mieszkańców, tylko regularna pikieta partyjna, tyle że bez logo na banerach. Zamiast programu – krzyk. Zamiast argumentów – facebookowe memy skandowane na głos. Ktoś krzyczał o biednych kierowcach, ktoś inny o zamachu na wolność, a w tle cicho pobrzmiewało: „patrzcie na nas, jesteśmy, liczycie się z nami?”. Klasyka. I dlatego nie oszukujmy się: to nie był głos „zwykłych ludzi”. To był głos politycznych interesów przebranych za obywatelski bunt. Trochę jak wilk w owczej skórze, tylko że skóra była z poliestru, a wilk nawet nie udawał, że jest owcą. Kraków widział już wiele demonstracji. Ta zapisze się jako przykład, jak łatwo temat miejski zamienić w polityczny transparent. Bez rozmowy, bez odpowiedzialności, za to z głośnikiem i kamerą. Bo dziś nie chodzi o miasto. Dziś chodzi o to, kto głośniej krzyczy i kto zbierze więcej lajków pod hasłem „jestem przeciwko”. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK I jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym nie wypada mówić głośno, więc powiedzmy to głośno: to jest oczywista podwalina pod referendum. Nie pod debatę, tylko pod klasyczne polityczne „sprawdzam”. Najpierw krzyk, potem emocja, potem urna. Mechanizm stary jak demokracja, tylko opakowanie coraz bardziej krzykliwe. Bo tu nie chodzi o SCT. Chodzi o zbijanie kapitału politycznego. O to, żeby na gniewie, frustracji i niechęci do „władzy” – jakiejkolwiek – wyhodować nowe twarze i nowe nazwiska. Taki polityczny inkubator: trochę oburzenia, trochę megafonu i już wyrasta „lider społeczny”. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK Do wczoraj nikt nie słyszał o jakimś Piotrze Bartoszu z Konfederacji czy innej Korony Polskiej. Ot, zwyczajny nołnejm. Postać z marginesu lokalnego Facebooka. A dziś? Jedna z twarzy protestu. Mikrofon, kamera, cytaty. Jutro – ekspert od wolności. Pojutrze – kandydat. A za chwilę, kto wie, może przyszły poseł, który będzie opowiadał w Sejmie, jak to „zwykli ludzie wyszli na ulice”. I takich Bartoszów jest więcej. Cały peleton. Ludzie, którzy nagle „się pojawili”, bo polityka w Polsce nie polega już na pracy, tylko na widoczności. Nie na kompetencjach, tylko na tym, kto stanie bliżej kamery. SCT stała się dla nich trampoliną. Nie do rozwiązań, tylko do kariery. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK Dlatego ta manifestacja była tak gładko wyreżyserowana. Emocja – jest. Wróg – jest. Prosty przekaz – jest. A na końcu drogi: referendum jako wielki plebiscyt popularności, w którym nie wygrywa argument, tylko rozpoznawalność nazwiska. To nie był bunt oddolny. To była próba rozgrzewki przed kampanią. Polityczny wiec przed siedzibą ZDMK Miasto znów zostało tłem. Scenografią dla politycznego castingu. A stawką nie jest czyste powietrze, tylko czyste konto polityczne: zasięgi, nazwisko i pierwszy krok do „czegoś więcej”. W Krakowie, jak widać, niektórym wystarczy jeden protest, żeby z nikogo stać się „kimś”. I to jest w tej historii najbardziej niepokojące.

Więcej…

SCT. "Kraków karze nauczycieli i lekarzy za to, że dojeżdżają tutaj do pracy"

SCT. "Kraków karze nauczycieli i lekarzy za to, że dojeżdżają tutaj do pracy"

08 stycznia 2026 | 06:18

Do krakowskiej Strefy Czystego Transportu wjeżdżają codziennie z gmin ościennych ludzie, którzy są nauczycielami w krakowskich szkołach i lekarzami w krakowskich szpitalach. Jej wprowadzenie urąga wszelkiej logice - uważa Angelika Kuczaj, radna Dzielnicy X Swoszowice. To jej odpowiedź na argumenty za wprowadzeniem SCT, które wytoczył były krakowski radny Łukasz Wantuch. Wczoraj zamieściliśmy tekst Wantucha, w którym były radny napisał "krótką i brutalną prawdę. Bez przytulanie i gry wstępnej". Możecie przeczytać go tutaj: Ostro o SCT: "Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać do Krakowa". Do sprawy odniosła się Angelika Kuczaj. Poniżej przedstawiamy stanowisko radnej ze Swoszowic, która punktuje zwolenników wprowadzenia SCT. Kraków nie jest pępkiem świata, a mieszkańcy gmin ościennych bynajmniej nie wjeżdżają tu aby podziwiać codziennie Sukiennice. Wjeżdżają, bo są nauczycielami w naszych szkołach, lekarzami w naszych szpitalach, kelnerami w krakowskich barach itd. Czy Kraków jest samowystarczalny? Nie, nie jest! Mieszkańcy osiedli peryferyjnych korzystają z infrastruktury gmin ościennych i nikt na nas tam pułapek ani opłat nie nakłada. A Kraków? Słowo daję, czuje się zażenowana jadąc na codzienne zakupy do Skawiny mimo że SCT nie było moim pomysłem i jestem przeciwna wprowadzeniu strefy.  Powiadasz, że mieszkańców Krakowa SCT nie dotknie, bo są zwolnieni z opłat do technicznej śmierci pojazdu? A to, że ich samochody, które nie spełniają wymogów SCT z dnia na dzień warte są tyle, ile ważą, bo kupca na nie próżno szukać, to co? Faktycznie, może ktoś sprzedałby swoje stare auto, dołożył troszkę grosza i zakupił drogie spełniające wymogi. Tylko komu on go sprzeda? Za grosze gdzieś na Pomorze, bo nawet nie na Śląsk (bo ze Śląska też potrzebują do Krakowa przyjechać, jak nie do pracy, to na zakupy). I tu już straty idą nie na stówki, ale na tysiące. Nagle coś warte samochody krakusów są warte tyle, co złom. Czy nie zapominamy w tym wszystkim po co wprowadza się strefy? Aby poprawić jakość powietrza! Czy mieszkańcy gmin ościennych płacąc 100 zł za miesiąc lub 5 zł za dzień poprawiają jakość powietrza? Nie. Tyle, że ściąga się z nich kase. Przypominam nieśmiało, że nasi politycy krakowscy wnioskują o związek metropolitalny, wskazując że polepszy to współpracę w regionie i pomoże pozyskać lepsze finansowanie. No to ja dziękuję za taki związek metropolitalny, gdzie narzucamy opłaty dla tych, z którymi chcemy ten związek metropolitalny tworzyć. Było zapatrzyć się na Warszawę i objąć strefą centralną część miasta. Ale Kraków bardziej święty niż sam Papież. Nie chce mi się pisać o Niemcach, którzy wycofali się ze stref w niektórych miastach, i o Francji, która czeka na rozstrzygnięcie tematu, bo przegłosowali ograniczenie wdrażania stref. I tak jestem przeciwna wprowadzaniu SCT w Dzielnicy X i głosowałam PRZECIW! To urąga wszelkiej logice, aby w Opatkowicach, przez którą biegnie A4 (wyłączona z SCT) i Zakopianka (wyłączona z SCT), a małe osiedlowe ulice prowadzą do granicy gmin Mogilany i Skawina (nieobjętych strefą), opowiadać komuś, że powietrze się nam poprawi. SCT nie ma zasadności na tych terenach, bo biegną przez nie najbardziej ruchliwe drogi, które są emitentami spalin. Tak, pragnę być zdrowa i chcę oddychać czystym powietrzem. Wnioskuję zatem, aby zwinąć autostradę A4 i przenieść w inne miejsce. Z dala od mojego osiedla. ZOBACZ TAKŻE: Za kradzież znaków zapłacimy wszyscy. "To jest narażanie obywateli na koszty" Zdaniem radnej Kuczaj, wprowadzanie SCT w obecnym kształcie ani nie poprawia powietrza ani nie pomaga mieszkańcom, za to świetnie zasysa pieniądze z portfeli tych, którzy codziennie przyjeżdżają tu pracować.

Więcej…

Ostro o SCT: "Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać do Krakowa"

Ostro o SCT: "Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać do Krakowa"

07 stycznia 2026 | 17:52

Wszyscy mieszkańcy Krakowa są zwolnieni z zasad Strefy Czystego Transportu do śmierci technicznej samochodu - przypomina Łukasz Wantuch. Były krakowski radny uważa, że jak się komuś nie podoba SCT, to nie musi przyjeżdżać do Krakowa. W swoim wpisie na Facebooku Wantuch napisał "krótką i brutalną prawdę. Bez przytulanie i gry wstępnej". To jest nasze miasto. Mamy prawo ustalać takie zasady, jakie uważamy za słuszne. Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać. Wszyscy mieszkańcy Krakowa są zwolnieni z zasad Strefy Czystego Transportu do śmierci technicznej samochodu. Osoby spoza Krakowa płacą w najgorszym razie 5 zł za cały dzień wjazdu do miasta. Nie mam nic przeciwko, aby Wieliczka czy Myślenice wprowadziły identyczne zasady u siebie. Osoby niszczące znaki powinny zapłacić za ich ponowny montaż. Jeszcze nie urodził się taki, który by zadowolił wszystkich. Ale nikt z zewnątrz nie będzie nam mówił, co możemy robić a czego nie w naszym mieście - kończy były radny.

Więcej…

Gibała przygotował folder wyborczy. Kraków jako prywatny plac zabaw

Gibała przygotował folder wyborczy. Kraków jako prywatny plac zabaw

05 stycznia 2026 | 11:29

Czasem w komentarzach zarzucacie nam, że pastwimy się nad wiecznym przegrywem kandydatem na prezydenta Łukaszem Gibałą. Piszecie, że chłop przegrał trzy razy wybory, a my kopiemy leżącego. Otóż, fakt, do tej pory chyba nie znaleźliśmy powodów, by go chwalić. Ale postanowiliśmy zrobić eksperyment: pozwolimy mu samemu się pochwalić.  Stwierdziliśmy, że zaglądniemy do jego podsumowania roku i tam na pewno znajdziemy coś, co zasługuje na pochwałę. Co więcej, wrzucimy nawet link do jego strony – zupełnie za darmo – i napiszemy, jaki to on jest skuteczny i jak pięknie działa dla Krakowa i jego mieszkańców. No i… zajrzeliśmy. Jedno ze zdjęć w "Podsumowaniu 2005 roku" Łukasz Gibały. Tu rozdaje obwarzanki / źródło: gibala.pl Gdyby „podsumowanie roku” Łukasza Gibały było potrawą, to byłaby to sałatka marketingowa: dużo kolorów, zero mięsa, a po zjedzeniu dalej jesteś głodny. Dokładnie takie wrażenie zostawia lektura jego „raportu z działań radnego”. Raportu w cudzysłowie, bo z raportem ma to tyle wspólnego, co ulotka dewelopera z aktem notarialnym. To nie jest podsumowanie. To jest kampania wyborcza rozpisana na 12 miesięcy, tylko bez daty wyborów na okładce. ZOBACZ TAKŻE: Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy? Kraków w wersji „eventowej” Z tekstu dowiadujemy się, że radny: był, widział, rozdawał, uczestniczył, wspierał, apelował, interweniował. Brzmi imponująco. Dopóki nie zapytasz: co z tego wynikło? Bo realnych efektów brak. Jest za to niekończący się festiwal obecności: tu sprzątanie, tam spacer, tu pszczółki, tam pieski, tu seniorzy, tam obwarzanki. Gibała jest wszędzie. Jak influencer miejski. Tylko Kraków jakoś nie bardzo się zmienia przez tę jego aktywność. Interpelacje: hurtownia pism bez efektów 146 interpelacji.1200 interwencji. Liczby robią wrażenie wyłącznie na kimś, kto nie wie, czym jest interpelacja. Bo interpelacja to nie decyzja. To list. Czasem mail. Czasem uprzejme „czy moglibyście”. I w tym „podsumowaniu” nie ma ani jednego miejsca, w którym jasno pokazano: co zostało zrealizowane, co zostało odrzucone, co ugrzęzło w urzędniczej szufladzie. Jest za to klasyczna sztuczka polityczna: ilość zamiast jakości. Jakby radny się chwalił, że wysłał 100 CV, ale już nie powiedział, że żadnej pracy nie dostał. Łukasz Gibała podczas sesji rady miasta / fot. Łukasz Michalik Polityka bez sprawczości Petycje? Są.  Apele? Są. Rezolucje? Są. Efekty? No… są zdjęcia. To podsumowanie wygląda jak kronika działań radnego, który wie, że nic nie przeforsuje, więc przynajmniej dobrze to opisze. I opisać rzeczywiście potrafi. Momentami aż za dobrze, bo tekst puchnie od słów: „udało się”, „wspólnie”, „zareagowaliśmy”, podczas gdy rzeczywistość miasta pozostaje dokładnie tam, gdzie była. Radny czy kandydat permanentny? Największym problemem nie jest to, że Gibała działa. Największym problemem jest to, że on nie przestaje prowadzić kampanii. Każdy gest jest pod tezę. Każde wydarzenie pod zdjęcie. Każdy problem pod narrację „my kontra oni”. To nie jest już działalność samorządowa. To ciągły casting na prezydenta Krakowa, w którym miasto jest tłem, a nie celem. ZOBACZ TAKŻE: Gibała stchórzył przed rozmową z Miszalskim! Jest kolejne zaproszenie Czego w tym „podsumowaniu” NIE MA? Odpowiadając krótko: nie ma konkretów. Jest za to auto-laurka, jaką zwykle pisze się przed wyborami, a nie po roku pracy. Gdyby ktoś nie wiedział, mógłby pomyśleć, że radny Gibała samotnie walczy z całym systemem, podczas gdy w rzeczywistości jest jednym z wielu aktorów, którzy mówią dużo, a zmieniają niewiele. To nie jest podsumowanie roku. To jest folder wyborczy bez daty wyborów.  To nie jest raport z efektów. To jest spis aktywności. To nie jest rozliczenie. To jest autoprezentacja. A Kraków? Jak stał, tak stoi dalej. Tylko zdjęć przybyło, co widać choćby na fotografii tytułowej do tego tekstu, którą Gibała zamieszcza na swojej stronie i w mediach społecznościowych. 10 pytań, na które Łukasz Gibała NIE odpowiada: Interpelacje: 146 zgłoszeń, 1200 interwencji. A ile z nich zakończyło się realną zmianą w Krakowie? Efekty vs obecność. Ile spacerów, wręczeń miodu i rozdawania obwarzanków faktycznie przełożyło się na poprawę jakości życia mieszkańców? Petycje i rezolucje. Ile z nich faktycznie wpłynęło na miejskie decyzje? Budżet miasta. Jakie konkretne projekty udało się zabezpieczyć, sfinansować lub zmienić dzięki Pana interwencjom? Przestrzeń publiczna. Ile interwencji faktycznie zakończyło się naprawą chodników, bezpieczeństwem przejść czy zielenią, a ile pozostało tylko w raporcie? Problemy mieszkańców. Które z zgłoszonych spraw zostały trwale rozwiązane, a które „rozwiązał” Pan tylko poprzez zdjęcie przy okazji wizyty? Rozliczalność. Dlaczego raport nie zawiera żadnych niedociągnięć, jeśli przecież każdy radny musi mierzyć się z ograniczeniami? Sukcesy. Które z nich są faktycznie mierzalne i weryfikowalne, a które sprowadzają się do „byłem, zobaczyłem, zrobiłem zdjęcie”?' Strategia vs marketing. Czy działania radnego są częścią planu na realne zmiany w mieście, czy wyłącznie cyklem PR-owych eventów i autoprezentacji? Priorytety. Dlaczego w raporcie najwięcej miejsca zajmuje rozdawanie gadżetów i obecność na wydarzeniach, a nie są pokazane projekty o realnym znaczeniu dla Krakowa? źródło: gibala.pl Łukasz Gibała powtarza, że „Kraków to dla mnie bardzo osobista sprawa”. I właśnie to widać w jego podsumowaniu roku: miasto nie jest miejscem realnych decyzji ani zmian, tylko tłem do autoprezentacji i prywatnej kampanii. W jego świecie miasto jest prywatnym placem zabaw dla wizerunku, nie wspólną przestrzenią dla obywateli. ZOBACZ TAKŻE: Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie *** A tu obiecany link do podsumowania Gibały. Może komuś uda się znaleźć jakiś konkret.

Więcej…

Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie

Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie

03 stycznia 2026 | 12:47

To nie jest tekst o demokracji. To jest tekst o obrażonych ambicjach, pieniądzach i politycznej zemście. O ludziach, którzy przegrali wybory, ale nie potrafią przegrać. O tych, którzy uznali, że skoro krakowianie nie zagłosowali „jak trzeba”, to trzeba im zafundować poprawkę. Referendum w Krakowie nie rodzi się z gniewu ulicy ani z realnego kryzysu miasta. Rodzi się w gabinetach, excelach i portfelach. I im szybciej to zrozumiemy, tym mniejsze będzie zdziwienie, gdy okaże się, że to nie mieszkańcy chcą zmiany, tylko kilku polityków chce władzy za wszelką cenę. Na przełomie roku media w Krakowie, jak jeden mąż, informują: „Są grupy, które zastanawiają się nad referendum”. Zastanawiają się. Jak filozofowie w zadymionym salonie. Jakby to była akademicka debata, a nie ordynarny plan politycznej zemsty. Dziś już nikt nie udaje: referendum za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego ma się odbyć. Powód? Oficjalnie: troska o miasto. Nieoficjalnie, ale prawdziwie: Łukasz Gibała nie może pogodzić się z trzecią porażką z rzędu w wyborach na prezydenta Krakowa. Trzy razy wyborcy powiedzieli „nie”. Demokracja zadziałała. Problem w tym, że wynik demokracji nie spodobał się kandydatowi. Więc zamiast poczekać jeszcze trzy lata, pogodzić się z losem albo – nie daj Boże – zaproponować coś nowego, mamy plan B: odwołać zwycięzcę bokiem. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik Do tego chóru natychmiast dołączyła Konfederacja. Bo Konfederacja w Krakowie dziś nie może nic. Zero sprawczości, zero wpływu, za to dużo frustracji. Ale po odwołaniu prezydenta, a być może nawet i rady miasta? O, to już zupełnie inna gra. Poczuli krew. A jak Konfederacja czuje krew, to nie pyta o program, tylko biegnie w stronę jatki. Jest też trzeci akt tego spektaklu: Michał Drewnicki, jeden z liderów lokalnego PiS. Oficjalnie PiS, jako całość, entuzjastą referendum nie jest. I słusznie, bo jeśli przy okazji poleci też rada miasta, PiS straci mandaty na rzecz Konfederacji. A sensownego (czyt. wygrywającego) kandydat na prezydenta i tak nie ma. Ale co tam interes partii, co tam matematyka wyborcza. Ci mniej myślący logicznie, a bardziej emocjonalnie politycy PiS już szykują się, żeby pomóc gibałowcom i konfederatom. Bo liczy się tu i teraz, nie jutro. A teraz pieniądze. Bo bez pieniędzy ten numer by się nie udał. Wydano już pierdyliardy złotych na kampanię antymiszalską. Gazetki, ulotki, portale, plakaty, billboardy, nowe media, stare media, social media i jeszcze pewnie dymne sygnały nad Wisłą. Miliony. I nie, nie po to, żeby wygrać wybory za trzy lata. W polityce trzy lata to wieczność. To jest kasa wydana na akcję natychmiastową. Na teraz. Na destabilizację. Dlaczego to się opłaca? Bo kampania referendalna nie ma limitów finansowych. Nie ma sufitu. Kto ma kasę – a Gibała kasę ma – ten może pompować narrację bez końca. Demokracja? Nie. Portfelokracja. ZOBACZ TAKŻE: Kampania na grobach, gołębiach i pierogach. Staruszki dają więcej lajków niż program wyborczy A na deser: paraliż miasta. Referendum to nie jest weekendowa zabawa z urną i konfetti. To około pięciu miesięcy kompletnego politycznego zastoju: zbieranie podpisów, weryfikacja, kampania, głosowanie. Pięć miesięcy, w których prezydent jest kulawy, urzędnicy patrzą na zegarek, a decyzje odkłada się „do po referendum”. I właśnie o to chodzi przeciwnikom Miszalskiego. Bo jak miasto nie jedzie, to łatwiej krzyczeć, że kierowca jest do wymiany. Nie łudźmy się. To nie jest żaden zryw obywatelski. To polityczna zemsta przegranych, cynicznie opakowana w hasła o demokracji bezpośredniej. Demokracja działa tylko wtedy, gdy wynik nam pasuje. Gdy nie pasuje – robimy referendum. Kraków nie potrzebuje dziś awantury, tylko spokoju i pracy. Ale spokój jest nudny, a praca nie daje satysfakcji tym, którzy trzeci raz przegrali i wciąż nie mogą się z tym pogodzić. Więc szykujcie popcorn. Referendalny cyrk właśnie przyjechał do miasta. A za bilety, jak zwykle, zapłacimy wszyscy. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik A więc co się stanie? Już tłumaczę, bez ściemy i bez tej medialnej waty cukrowej. Na przełomie stycznia i lutego ruszy akcja referendalna. Nie dlatego, że komuś tak wyszło z kalendarza, tylko dlatego, że tak się to najlepiej liczy. Polityka to dziś księgowość emocji, a nie żadna misja. Dlaczego akurat wtedy? Bo wtedy idealnie spina się terminarz: luty i marzec – zbieranie podpisów, kwiecień – PKW ma miesiąc na weryfikację tychże podpisów, maj/czerwiec – głosowanie. I teraz najważniejsze: głosowanie wypada po długim weekendzie majowym, ale jeszcze przed wakacjami. Dlaczego to takie istotne? Bo nie chodzi o rację, tylko o frekwencję. I to jest pięta achillesowa całej tej operacji. Bo wszystko inne da się kupić. Podpisy? Proszę bardzo. Zamiast 50 znudzonych wolontariuszy z poczuciem misji, wysyła się w miasto 500 zajebiście opłacanych „wolontariuszy”. Umówmy się: to już się dzieje. Już teraz ludzie są nagabywani, „w trosce o miasto”, żeby podać dane: imię, nazwisko, telefon, mail. Oficjalnie – przeciwko kolesiostwu. W praktyce – baza danych pod akcję referendalną. Potem wystarczy klik, telefon, dzwonek do drzwi. Jak się ma pieniądze, to można wysłać człowieka do człowieka. A jak ktoś już raz podpisał, to podpisze drugi raz. Podpisy się zbierze. Za zbieranie podpisów można zapłacić. I się zapłaci. Ale jest jedna rzecz, której kupić się nie da. Nie da się zapłacić ludziom za to, żeby poszli do urn. I tu zaczyna się prawdziwa gra. Bo jeśli dojdzie do referendum, to do głosowania pójdą niezadowoleni. Ci wkurzeni, rozemocjonowani, napędzeni narracją o „katastrofie”, „zdradzie”, „układach”. Czyli – w ogromnej większości – przeciwnicy Miszalskiego. A co zrobią jego wyborcy? Albo ludzie, którzy mają prezydenta w głębokim poważaniu? Zostaną w domu. Bo „nie chce mi się”, bo „to nic nie zmieni”, bo „mam ważniejsze sprawy”. Więc cała operacja sprowadza się do jednego pytania: czy da się dobić do wymaganej frekwencji? Bo wynik głosowania jest przesądzony – sęk w tym, czy będzie wiążący. Dlatego termin jest kluczowy. Po majówce, gdy ludzie wrócą z grilla i działki, ale jeszcze przed wakacjami, gdy nie będą na wyjazdach. Teoretycznie idealne warunki, żeby wyciągnąć ludzi z domów. To jest bezcenne. Tego się nie da dokupić żadnym billboardem. Za wszystko inne można zapłacić. Za ulotki, portale, influencerów, „oddolne inicjatywy”, „oburzonych obywateli” i „wolontariuszy z misją”. Za wszystko. Alkozłotówkami. Ale frekwencja? Frekwencja to jedyne, czego nie da się wrzucić w koszty kampanii. I właśnie dlatego Kraków szykowany jest nie na debatę, tylko na polityczną zasadzkę. ZOBACZ TAKŻE: Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy? Dlaczego frekwencja jest jedną wielką niewiadomą? Bo w Krakowie nie wydarzyło się kompletnie nic – absolutnie nic – co realnie oburzałoby mieszkańców na tyle, żeby masowo ruszyć do urn i wyrzucać prezydenta jeszcze zanim dotarł do półmetka kadencji. Nie było afery, nie było skandalu, nie było katastrofy, nie było „momentu przełomowego”. Jak to się mówi w politycznych kuluarach: nie ma atmosfery do referendum za odwołaniem prezydenta. Jest za to coś innego. Jest chęć wąskich grupek interesów, jest frustracja przegranych i jest chory na władzę polityk, który po trzeciej porażce wyborczej dalej nie potrafi zrozumieć prostego faktu: Kraków go nie chciał. I teraz pytanie brzmi: czy to wystarczy? Czy ambicje kilku środowisk, kupa pieniędzy i perfekcyjnie rozpisany kalendarz wystarczą, żeby rozpędzić 30 procent krakowian do urn? Bo jeśli nie – to całe to referendum zapisze się nie jako obywatelski zryw, tylko jako najdroższy polityczny foch w historii miasta. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik I jeszcze jedno, o czym absolutnie nie wolno zapominać, bo pamięć w tym mieście bywa krótka, a cynizm długi. To nie jest pierwszy raz, gdy Gibała próbuje bawić się w referendum. Już raz chciał robić plebiscyt przeciwko odwołaniu Jacka Majchrowskiego. Skończyło się kompromitacją: podpisy zostały zebrane, złożone w PKW, a potem prokuratura ustaliła, że część z nich była sfałszowana. Sprawa śmierdziała na kilometr i rozpadła się z hukiem, zostawiając po sobie polityczny wstyd. Dlatego dziś Gibała jest „mądrzejszy”. Nie chce ryzykować kolejnej kompromitacji, nie chce firmować ewentualnej klęski własnym nazwiskiem. Więc oficjalnie inicjatorem będzie „ktoś inny”. Jakaś komitetowa wydmuszka, jacyś „zatroskani mieszkańcy”, jakaś „oddolna inicjatywa”. Mówiono o Konradzie Berkowiczu z Konfederacji, ale po tym, jak się skompromitował kradzieżą patelni w IKEA, trzeba szukać innej „twarzy”. A Gibała? Gibała się tylko podłączy. Będzie opowiadał bajki o spontanicznym buncie ludu, o obywatelskim gniewie i demokracji bezpośredniej. Tyle że to nie będzie żadna oddolność. To będzie ta sama ręka, tylko schowana głębiej pod stołem. I właśnie dlatego ta cała operacja tak śmierdzi. Bo to nie jest odwaga cywilna. To nie jest ryzyko. To jest polityka robiona na cudzy rachunek, z cudzym szyldem, ale z tym samym celem: wywrócić wynik wyborów, których nie udało się wygrać uczciwie. ZOBACZ TAKŻE: Gibała stchórzył przed rozmową z Miszalskim! Jest kolejne zaproszenie To referendum nie jest testem dla prezydenta. To jest test na to, czy Kraków da się kupić i zmanipulować. Czy da się wmówić mieszkańcom, że wybory to tylko sugestia, a nie werdykt. Jeśli ten numer przejdzie, każdy kolejny przegrany kandydat dostanie jasny sygnał: nie musisz wygrać – wystarczy, że będziesz bogaty, cierpliwy i bezczelny. A jeśli nie przejdzie, i tak przegramy wszyscy, bo miasto zostanie użyte jak poligon do leczenia cudzych kompleksów. W obu wariantach to nie jest demokracja. To jest brutalna próba sił, w której Kraków ma być tylko tłem. I właśnie dlatego ten cyrk trzeba nazywać po imieniu, zanim ktoś ogłosi, że to obywatelski zryw, a nie najdroższa kampania ratowania czyjegoś ego.

Więcej…

Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy?

Noworoczna kartka z Krakowa. Czy 2026 będzie lepszy?

30 grudnia 2025 | 16:01

Drogie Krakowianki, Drodzy Krakowianie, w imieniu redakcji Kanału Krakowskiego składamy Wam najserdeczniejsze życzenia na Nowy Rok 2026. Niech będzie dokładnie taki, jakiego nauczyliście się już spodziewać: pełen korków pojawiających się szybciej niż sensowne decyzje, podwyżek wprowadzanych sprawniej niż jakiekolwiek konsultacje społeczne oraz obietnic, które nawet nie próbują udawać, że mają termin realizacji. Prezydentowi Aleksandrowi Miszalskiemu życzymy przekroczenia magicznej bariery dziesięciu miliardów złotych zadłużenia, bo to już jakoś brzmi, a i okrągła liczba lepiej się prezentuje. Niech premie dla zastępców płyną szerokim strumieniem, bo 38 tysięcy złotych na kwartał to dziś ledwie kilka piw na Rynku i symboliczna nagroda za konsekwentną realizację „tematów” w imię zasady: albo wolno albo wcale. Niech podwyżki biletów, podatków i opłat za śmieci spotykają się z dokładnie takim samym entuzjazmem, z jakim krakowianie słuchają kolejnych konferencji prasowych – czyli z westchnieniem, wzruszeniem ramion i rezygnacją graniczącą z apatią. ZOBACZ TAKŻE: Miszalski w akcji. Decyzje, które bardziej śmieszą niż pomagają [RANKING] Życzymy też, aby referendum w sprawie odwołania dało się skutecznie rozmyć, zagadać i przeczekać, bo przecież demokracja demokracją, ale komfort władzy musi być zachowany. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik Radnym Koalicji życzymy, aby opozycja pozostała tak absolutnie żałosna, jak tylko żałosna być może (i jest obecnie): dramatycznie słaba, kompletnie niemerytoryczna, żenująco nieumiejąca liczyć i tak nieszkodliwa, że można ją pokazywać dzieciom bez ostrzeżenia i bez ryzyka, że coś z tego wyniosą. Dzięki takiej opozycji możecie dalej głosować za wszystkim, co wpadnie na stół: kolejnymi podwyżkami, kolejną dziurą budżetową i planami miejscowymi pisanymi wprost pod deweloperskie potrzeby. Bez stresu, bez refleksji i bez obawy, że coś nie przejdzie. Niech ta bezradna, godna politowania opozycja trwa wiecznie, bo z nią rządzicie jak monarchowie absolutni, a mieszkańcy dostają darmowy kabaret na transmisjach sesji, obserwując, jak większość głosuje szybciej, niż zdąży pomyśleć – o ile w ogóle czuje taką potrzebę. ZOBACZ TAKŻE: Miał mieć pomysły, nie przyszedł na spotkanie. "Boi się" [WYWIAD] Radnym opozycji życzymy natomiast, by w 2026 roku ktoś wreszcie przeczytał Wasze interpelacje do końca, a nie tylko machnął ręką z prezydenckiego fotela, oraz by okrzyki „hańba”, „wstyd” i „referendum” przestały ginąć w charakterystycznym dźwięku automatycznego liczenia głosów. Na razie Wasz realny wpływ na miasto jest porównywalny z wpływem kiboli na wynik meczu, w którym sprzedajny sędzia zna jego rezultat jeszcze przed rozpoczęciem. Trwajcie jednak dzielnie, bo bez Was sesje rady byłyby jak komunikacja miejska bez korków: szybkie, sprawne, podejrzanie zgodne i efektywne. ZOBACZ TAKŻE: Polityk PiS zapowiada ofensywę: "Wszyscy, byle nie Miszalski i jego klakierzy" [WYWIAD] Radnemu Łukaszowi Gibale, wiecznemu kandydatowi na prezydenta, życzymy, aby wreszcie udało się zebrać podpisy pod referendum bez prokuratorskich przygód, bo choć stare sprawy umorzono, to zawsze miło byłoby nie dostarczać nowych tematów do medialnych pasków. Niech sondaże rosną jak ceny parkowania, a Twoi wyznawcy niech dalej wierzą, że następnym razem to już naprawdę, bo teraz to już naprawdę wszyscy mają dość. A gdy znów wystartujesz w wyborach, niech znowu będzie drugie miejsce – najlepiej o włos – żeby legenda wiecznego pretendenta mogła żyć dalej. Bo Kraków bez Gibały byłby jak ogród botaniczny bez szkodników – po prostu zbyt piękny. Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik ZOBACZ TAKŻE: Kampania na grobach, gołębiach i pierogach. Staruszki dają więcej lajków niż program wyborczy Niech kwiaty dla staruszek rozdawane w ramach kampanii pachną tak, jakbyś naprawdę pamiętał o potrzebach seniorów, a nie tylko o ujęciach wideo. Niech pierogi zjadane w barach mlecznych i zdjęcia z pieskami dają choć cień poczucia autentyczności, nawet jeśli w praktyce merytoryka leży odłogiem, a każde Twoje medialne gesty są tak sztuczne, jak plastikowe kwiaty w miejskim parku. Wojewodzie małopolskiemu Krzysztofowi Janowi Klęczarowi życzymy, aby w 2026 roku udało się wreszcie wygrać jakąś batalię z miastem, bo bez sporów kompetencyjnych, zakazów i uchyleń Kraków traci połowę swojego administracyjnego folkloru, a sądy administracyjne muszą przecież mieć co robić. Bo Kraków bez konfliktu z wojewodą to jak Wawel bez smoka – niby stoi, niby piękny, ale czegoś jednak dramatycznie brakuje. Jego Eminencji kardynałowi Grzegorzowi Rysiowi życzymy, aby ta deklarowana „duża determinacja” w sprawie niezależnej komisji ds. nadużyć seksualnych wreszcie przełożyła się na realne decyzje, a dialog, otwartość i świeżość nie skończyły się wyłącznie na ładnych hasłach. Niech na Kraków zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi. ZOBACZ TAKŻE: Przewrót pałacowy w krakowskim Kościele. Bogu niech będą dzięki Jego Ekscelencji arcybiskupowi seniorowi Markowi Jędraszewskiemu życzymy, by 2026 rok był czasem błogiego odpoczynku w krakowskim „Castel Gandolfo”, z emeryturą rzędu 25 tysięcy złotych miesięcznie i pełnym pakietem kurialnych udogodnień, bo po latach heroicznej walki z „tęczową zarazą”, „gender” i wszystkimi innymi zagrożeniami cywilizacji Zachodu należy się cisza, ogród i brak mikrofonów. Niech historia oceni, a teraźniejszość nie przeszkadza w zasłużonym relaksie, opłacanym – jak zawsze – przez wiernych. ZOBACZ TAKŻE: Czym zajmował się abp Jędraszewski? "Po śniadaniu siadał tam ze swoimi ludźmi i..." Abp Marek Jędraszewski (po prawej) i kard. Grzegorz Ryś (tyłem) / fot. Archidiecezja Krakowska Janowi Tajsterowi, znanemu też jako Jan T., życzymy, by 2026 rok przyniósł wreszcie spokój, najlepiej w warunkach odosobnienia. Ruskiej onucy Posłowi Konradowi Berkowiczowi życzymy wszystkiego najgorszego! Niech każdy Twój ruch publiczny będzie tak kompromitujący, jak kradzież patelni w IKEA, a Twoja prorosyjska postawa niech świeci przykładem, jak można bezrefleksyjnie stać po złej stronie historii. Niech Twój rok będzie tak spektakularnie nieudany, jak Twoje medialne popisy. ZOBACZ TAKŻE: Oto zwycięzca w kategorii: Dzban Roku! Najpierw IKEA, a teraz TO Deweloperom, całej tej betonowej rodzinie od Atalu po resztę alfabetu, życzymy, by w 2026 roku średnia cena mieszkań wreszcie przebiła 20 tysięcy złotych za metr, bo 18 tysięcy to dziś przecież promocja dla ubogich. Niech plany miejscowe dalej zmieniają się pod Wasze inwestycje szybciej, niż mieszkańcy zdążą złożyć protest, a zieleń ustępuje miejsca „nowoczesnym osiedlom” z widokiem na kolejne nowoczesne osiedla. A gdy ktoś znów krzyknie „betonoza”, niech to będzie tylko wyraz czystej zazdrości, że nie kupił wcześniej. ZOBACZ TAKŻE: Płaszów i Rybitwy. Będą dymy, awantury i przepychanki. Bierzcie popcorn Monice Bogdanowskiej życzymy, aby w 2026 roku nadal mogła funkcjonować w pełnym rozkwicie jako lokalny szkodnik – z zapałem krytykując wszystkich, którym cokolwiek się udało, przyjmując mentorski ton eksperta od wszystkiego, mimo że jej realny wpływ na miasto jest porównywalny z cieniem na Rynku o północy. Niech jej aktywność jako patoaktywistki dalej utwierdza ją samą i otoczenie w przekonaniu, że każdy wpis, każde zdjęcie i każdy performatywny protest są absolutnie kluczowe dla przyszłości Krakowa, podczas gdy w rzeczywistości miasto toczy się swoim torem, dokładnie tak samo, jakby jej nie było. ZOBACZ TAKŻE: Teatr oburzenia. Aktywistka atakuje: jak to się stało?! Drut kolczasty / fot. Pixabay Kryminalistom życzymy, aby w 2026 roku nadal mogli korzystać z tej samej cudownej tarczy bezkarności. Takiej, w której pobicie kobiety, zastraszanie dziennikarza czy proponowanie milionowej łapówki (potwierdzone prawomocnym wyrokiem skazującym), nadal będzie tylko drobnostką, która nie przeszkadza ani w pełnieniu „funkcji publicznej”, ani w grzaniu stołka w radzie dzielnicy, bo w tym mieście granica między kryminalistą a lokalnym działaczem bywa cieńsza niż papier w uchwałach o etyce. I niech system dalej udaje, że wszystko jest w porządku, bo przecież najważniejsze, żeby ręce do głosowania były, a kręgosłup moralny i tak nie jest wymagany. ZOBACZ TAKŻE: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj

Więcej…

Czym zajmował się abp Jędraszewski? "Po śniadaniu siadał tam ze swoimi ludźmi i..."

Czym zajmował się abp Jędraszewski? "Po śniadaniu siadał tam ze swoimi ludźmi i..."

21 grudnia 2025 | 17:05

Gdyby zadać pytanie, jakie jest jego konkretne dzieło, anegdotycznie księża odpowiadają: altanka na dziedzińcu krakowskiej kurii. Przyznam, nie wiem, jak wygląda ta altanka – tak jak wielu księży, bo od dawna prawie nikt tam już nie chodzi. Znam tylko opowieści, że w ciepłe dni po śniadaniu siadał tam arcybiskup ze swoimi ludźmi i snuli różnego rodzaju plany – pisze ks. Jacek Stryczek. Znany krakowski duchowny, m.in. twórca Szlachetnej Paczki, w swoich ostatnich wpisach na Facebooku bardzo krytycznie odnosi się działalności i posługi arcybiskupa Marka Jędraszewskiego. Teraz nie pozostawia na nim suchej nitki. *** Diecezja krakowska ma swojego ducha, którego widać w kolejnych pokoleniach biskupów.​ Nasz biskup i kardynał Karol Wojtyła został papieżem. Jego następca, kardynał Franciszek Macharski, wspierał powstanie dziesiątek nowych kościołów i kaplic oraz ponad 200 nowych parafii w archidiecezji, a na końcu zbudował sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach. Kardynał Stanisław Dziwisz ogromnym wysiłkiem i kosztem własnego zdrowia doprowadził do powstania Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się!”.​ Po nich wszystkich przyszedł do nas arcybiskup Marek Jędraszewski. Zasłynął tym, że bardzo mocno obciążał finansowo różne formy działalności w diecezji; wielu z nas było zaskoczonych skalą „podatków” i zbiórek. Swoich ludzi umieszczał zwłaszcza w parafiach, w których spodziewano się większych przychodów, np. z wynajmu.​ Gdyby zadać pytanie, jakie jest jego konkretne dzieło, anegdotycznie księża odpowiadają: altanka na dziedzińcu krakowskiej kurii. Przyznam, nie wiem, jak wygląda ta altanka – tak jak wielu księży, bo od dawna prawie nikt tam już nie chodzi. Znam tylko opowieści, że w ciepłe dni po śniadaniu siadał tam arcybiskup ze swoimi ludźmi i snuli różnego rodzaju plany.​ Podsumowując te informacje, w imieniu wielu krakowskich księży wyrażam nadzieję, że dowiemy się, co stało się z tymi wszystkimi pieniędzmi. Jest wiele wymiarów, w których należałoby rozliczyć arcybiskupa Jędraszewskiego; ten finansowy jest najbardziej mierzalny. Potrzebujemy specjalnej kontroli. Potrzebujemy wiedzieć, gdzie trafiały te – nieprawdopodobnie duże – środki. Ta diecezja jest dziś znacznie uboższa.​ Wróćmy jeszcze raz do poprzedników. Ks. Karol Wojtyła nie zajmował się pieniędzmi – żył życiem duchowym i sprawami Kościoła. Kardynał Macharski był znany z ascetycznego podejścia do życia i z pewnością oburzyłby się, gdyby ktoś go posądził o przywłaszczanie środków. Kardynał Dziwisz jeździł po całym świecie, co nie było proste, aby pozyskać fundusze na budowę Centrum Jana Pawła II – dziś jednego z najważniejszych nowych obiektów religijnych w Krakowie.​ Ks. Jacek Stryczek Czym zajmował się arcybiskup Jędraszewski? Dlaczego tak walczył o wpływy przy Bazylice Mariackiej, na Wawelu, w kapitule wawelskiej i innych miejscach? Chcielibyśmy się tego dowiedzieć. Ten tekst jest głosem wielu, wielu księży z diecezji krakowskiej. ZOBACZ TAKŻE: Chanuka w Krakowie wywołała burzę. Hejt, propaganda i strach na ulicach miasta [WYWIAD]

Więcej…

Radna walczy z karpiem, ale... pomyliła adres. "Odklejona od rzeczywistości"

Radna walczy z karpiem, ale... pomyliła adres. "Odklejona od rzeczywistości"

19 grudnia 2025 | 08:24

Grudzień w Krakowie. Mieszkańcy liczą każdą złotówkę, stoją w korkach, sprawdzają komunikaty o smogu i wkurzają się, że radni przegłosowali podwyżki cen biletów na komunikację miejską. A radna Aleksandra Owca postanawia skupić uwagę miasta na jednym „palącym” problemie: zakazie sprzedaży żywych ryb. To nie żart. To oficjalny apel, który pokazuje, jak daleko część miejskiej polityki odpłynęła od spraw naprawdę ważnych. Owca wyskoczyła z apelem, który brzmi jak żywcem wyjęty z twitterowej bańki, a nie z realnego miasta, w którym żyją prawdziwi ludzie z prawdziwymi problemami. „Kompletnie odklejona od rzeczywistości praktyka sprzedaży żywych ryb” – grzmi radna. To naprawdę dobrze musi się żyć w Krakowie, skoro problem pani radnej sprowadza się do tego, czy mieszkaniec kupi karpia żywego czy martwego. Radna wzywa prezydenta i radę miasta do „wszelkich możliwych działań” zmierzających do zakazu sprzedaży żywych ryb. Wszelkich możliwych? To już nie apel. To polityczna demonstracja siły w sprawie, która leży kompletnie poza kompetencjami samorządu i poza zdrowym rozsądkiem. Prawo w Polsce reguluje kwestie ochrony zwierząt na poziomie krajowym. Miasto nie jest od ideologicznych zakazów, tylko od zarządzania przestrzenią, transportem i usługami dla mieszkańców. I tu pojawia się pytanie: czy Owca w ogóle jeszcze pamięta, gdzie pracuje? Być może radna wybrana z komitetu Łukasza Gibały – tego samego, który z lubością deklaruje obrzydzenie do partyjniactwa – na chwilę zapomniała, że nadal zasiada w Radzie Miasta Krakowa, a nie w ławach sejmowych. Bo w tym apelu wyraźnie bardziej słychać liderkę ogólnopolskiej partii Razem niż miejską radną. Jakby już mentalnie wizualizowała sobie pracę posłanki i ćwiczyła ogólnokrajowe postulaty pod przyszłe wystąpienia. Tylko hola, hola – to wciąż nie Sejm. To Kraków. A mieszkańcy nie wybrali radnych po to, by robili ideologiczne próby generalne. ZOBACZ TAKŻE: Teatr oburzenia. Aktywistka atakuje: jak to się stało?! Ale w tym apelu nie chodzi o prawo ani skuteczność. Chodzi o sygnał. O pokazanie się. O moralny gest pod publiczkę. O łatwe lajki i poczucie wyższości wobec „zacofanego społeczeństwa”, które – o zgrozo – ma inne tradycje i inne potrzeby niż warszawsko-krakowska bańka lewaków aktywistów. Gibała i Owca Bo prawda jest taka: sprzedaż / kupno żywych ryb nie jest żadnym obowiązkiem. Kto nie chce – nie kupuje. Rynek od lat się zmienia, konsumenci głosują portfelem, a praktyka ta naturalnie zanika. Nie trzeba do tego ideologicznych zakazów i urzędniczego bata. ZOBACZ TAKŻE: Mamy dzbana tygodnia. Laureatem zostaje Gibała i jego automat do uproszczeń Najbardziej uderza jednak ton tego apelu: protekcjonalny, oderwany od realnych problemów mieszkańców, podszyty przekonaniem, że radna wie lepiej, jak ludzie powinni żyć, kupować i świętować. To nie jest empatia. To nie jest troska. To jest paternalizm w najczystszej postaci. Jeśli radna Aleksandra Owca naprawdę chce walczyć o dobro Krakowa, niech zacznie od spraw, które realnie wpływają na życie mieszkańców. Bo w mieście, które ma setki innych problemów, moralna krucjata przeciwko żywym karpiom brzmi nie tylko absurdalnie. Brzmi po prostu jak kpina. I to właśnie jest najbardziej „odklejone od rzeczywistości”.

Więcej…

Płaszów i Rybitwy. Będą dymy, awantury i przepychanki. Bierzcie popcorn

Płaszów i Rybitwy. Będą dymy, awantury i przepychanki. Bierzcie popcorn

16 grudnia 2025 | 09:58

Krakowski magistrat pokazuje, że chaos może być strategiczny. Wiceprezydent Stanisław Mazur ogłasza masterplan w mediach, omijając radnych i... zdrowy rozsądek. Efekt? Radni w szoku, mieszkańcy w oczekiwaniu, a całe miasto szykuje się na serię konfliktów i politycznych przepychanek. Ale po kolei. Najpierw wiceprezydent Mazur wziął mikrofon, spojrzał w kamerę i ogłosił masterplan dla Płaszowa i Rybitw. Zrobił to w mediach. Jakby nagle stwierdził, że konsultacje z radnymi, którzy ostatecznie będą podejmować decyzję, czy dokument wejdzie w życie, i zwykłe zdroworozsądkowe procedury to fanaberia dla naiwnych. Więcej o tym piszemy tutaj: Miasto odgrzewa kotleta. Co naprawdę kryje masterplan Mazura? I co się stało? Radni dowiedzieli się po fakcie. Poczuli się więc dotknięci, obrażeni i lekko zdezorientowani. Bo kto by pomyślał, że w Krakowie można ogłosić taki strategiczny dokument bez ich udziału? Normalnie w tej sytuacji ktoś by powiedział: „halo, może najpierw chociaż poinformujemy radnych, a potem ogłosimy dokument w mediach?”. Ale nie. W magistracie najwyraźniej grają według własnych zasad, gdzie logika jest opcjonalna. Po tym, jak wiceprezydent został skrytykowany publicznie w mediach przez kilku radnych, nagle atmosfera zgęstniała. Krakowskie gołębie donoszą, że w urzędzie doszło do małej awanturki i ktoś stwierdził, że trzeba ratować sytuację. No ale coś takiego jak „przyznajemy się do błędu” raczej nie istnieje, więc… kilka dni po tym, jak radni się wyżalili, że zostali zignorowani, urząd wypuścił komunikat: „ejże, przecież zaraz będziemy gadać”. Tu macie link: Płaszów i Rybitwy – porozmawiajmy o przyszłości. Czyli w skrócie: najpierw ogłoszenie, potem oburzeni radni, potem komunikat, że… no, może jednak pogadamy. I teraz dopiero zacznie się prawdziwa zabawa! Ten masterplan nie jest prostym dokumentem. To istny labirynt interesów, grup nacisku, lobbystów, deweloperów i politycznych przetasowań. Każdy ma coś do powiedzenia, każdy chce coś ugrać i każdy – absolutnie KAŻDY – będzie podkreślał, że to wszystko przecież "dla dobra mieszkańców". Ot, taki zwrot, który zawsze jest pod ręką, gdy trzeba sobie akurat czymś (lub kimś) gębę wytrzeć.  Najlepsze jest to, że całe to przedstawienie przypomina kabaret: scenariusz pisany na kolanie, role rozdane ad hoc, a dramaturgia opiera się na chaosie i zdziwieniu. Radni czują się pominięci. Niektórzy mieszkańcy czują się ignorowani. A magistrat… no cóż, magistrat wygląda, jakby dopiero teraz odkrył, że ktoś może mieć inne zdanie niż wiceprezydent Mazur. ZOBACZ TAKŻE: Teatr oburzenia. Aktywistka atakuje: jak to się stało?! I tu przechodzimy do najważniejszego punktu: dym nad Krakowem jest praktycznie pewny. Każda decyzja w tym bałaganie wywoła kontrowersje, a każda kontrowersja przyciągnie kolejną grupę, która zechce ugrać swoje. Można obstawiać, że nie skończy się na jednym sporze – to będzie seria spektakularnych przepychanek, gdzie ktoś zawsze zostanie wypluty, ktoś zawsze będzie zdziwiony, a my wszyscy będziemy obserwować ten teatr absurdu w pierwszym rzędzie. Jeśli ktoś myśli, że masterplan Mazura to nudny dokument strategiczny, niech się przygotuje. To nie dokument – to widowisko! Będzie gorąco. Będzie głośno. I będą awantury, jakich Kraków dawno nie widział. Przygotujcie popcorn, trzymajcie czapki, bo nadciąga burza. Burza interesów, burza emocji, burza politycznych przepychanek.

Więcej…

Mamy dzbana tygodnia. Laureatem zostaje Gibała i jego automat do uproszczeń

Mamy dzbana tygodnia. Laureatem zostaje Gibała i jego automat do uproszczeń

16 grudnia 2025 | 07:44

Jest dopiero wtorek, a my już mamy dzbana tygodnia. Tym razem w wersji „analiza gospodarcza metodą a bo mi się wydaje”. Laureatem zostaje – werble z kartonu po butach – „Kraków dla Mieszkańców”, a statuetkę w imieniu klubu odbiera jego lider, wybitny filozof uproszczeń, automat do populizmu, trzykrotny przegryw w wyborach na prezydenta Krakowa: Łukasz Gibała. Gibałowcy swoje zwycięstwo w plebiscycie zapewnili sobie już w poniedziałek! Wczoraj bowiem opublikowali wpis na swoim profilu na FB. Coś w stylu, że władze miasta chwalą się otwarciem inwestycji Rolls-Royce’a. To ponad 100 miejsc pracy: inżynierowie, badacze, specjaliści. A gibałowcy na to: „He he, a co z 4,4 tysiąca zwolnionych?!” Tu macie całość: źródło: FB KdM Niektórzy z Was zarzucają nam, że przy opisywaniu dzbanów, dość mocno zainspirowaliśmy się komikiem Karolem Modzelewskim. Otóż nie! To nie była luźna inspiracja. Zerżnęliśmy jego słowa jeden do jeden, bo myśląc o dzbanach w uszach dźwięczy nam wypowiadany i prawdopodobnie nawet wymyślony przez niego slogan z jego autorskiego programu "Newsy bez wirusa". A brzmi on tak: Prawda, że zapada w pamięć? I, mimo że pan Karol nie ma nic wspólnego z tym tekstem, to trudno o lepsze określenie tego, co zaraz przeczytacie.  Bo tu trzeba się zatrzymać. Głęboki wdech, wszak to moment, w którym logika wysiada na przystanku „Populizm”, a dalej jedzie już tylko emocja na gapę. Po pierwsze: Te 4 tysiące zwolnień to decyzje prywatnych firm. Globalne korporacje, centra IT, przetwarzanie danych, cięcia kosztów, AI, Excel i pan z centrali w Stanach, który nigdy w życiu nie był na Ruczaju. To nie jest wina władz Krakowa. Prezydent nie chodzi po biurowcach z listą do zwolnień, a magistrat nie ma przycisku „redukuj etaty". Po drugie – symetrycznie, żeby nie było niedomówień: Ta fabryka Rolls-Royce’a też nie jest żadną osobistą zasługą władz miasta. Nikt nie zwabił Brytyjczyków obwarzankiem z solą ani zarządzeniem prezydenta. To decyzja prywatnej korporacji, która wybrała Kraków, bo ma kadry, uczelnie i zaplecze. Czyli to, co powstawało latami, a nie w jednej kadencji. Czyli mamy sytuację, w której: zwolnienia nie są winą miasta, nowe miejsca pracy nie są jego wielkim triumfem, ale gibałowcy zachowują się tak, jakby jedno i drugie było efektem tej samej magicznej dźwigni w gabinecie prezydenta. To tak, jakby obwiniać prezydenta za deszcz, a chwalić go za słońce. Najlepsze jednak dzieje się w komentarzach. Tam nawet wyznawcy i fani Gibały – ci z pierwszej ławki, co biją brawo jeszcze zanim padnie pointa – zauważają nieśmiało: No ale w sumie to… od władz miasta raczej nie zależy globalna koniunktura, zwolnienia w IT, decyzje korporacji… Czyli elektorat szybciej łapie realia gospodarki niż autor wpisu. Cała ta narracja o „propagandzie sukcesu rodem z PRL” jest jak porównywanie jabłek do zwolnień grupowych. PRL polegał na tym, że państwo udawało, że wszystko kontroluje. Gibałowcy robią dokładnie to samo, tylko w wersji facebookowej: udają, że miasto odpowiada za wszystko, od Rolls-Royce’a po zwolnienia w korpo. Dzban / fot. Pixabay A prawda jest banalna i przez to najwyraźniej nieatrakcyjna politycznie: Kraków nie zwalnia ludzi z prywatnych firm. Kraków też nie „produkuje” miejsc pracy w globalnych korporacjach. Miasto może co najwyżej być miejscem, w którym coś się wydarza. Gibałowcy chcieliby natomiast, żeby prezydent Krakowa dzwonił do Doliny Krzemowej i mówił: „Halo, halo, proszę nie zwalniać”. Porównanie 100 do 4 tysięcy ma robić wrażenie. I robi. Jak porównywanie liczby łyżek cukru w herbacie do inflacji. Jedno z drugim nie ma związku, ale w krótkim poście na Fejsie wygląda dramatycznie. ZOBACZ TAKŻE: Kampania na grobach, gołębiach i pierogach. Staruszki dają więcej lajków niż program wyborczy Gibała chciał obśmiać władzę, a wyszło, że obśmiał procesy globalne – z ambicją, jakby naprawdę dało się je przegłosować w radzie miasta lub ustalić w gabinecie prezydenta. Dzban tygodnia trafia więc w dobre ręce. A właściwie w puste. Bo to dzban, który robi dużo hałasu, a w środku – jak zwykle – tylko echo własnych tez.

Więcej…

Teatr oburzenia. Aktywistka atakuje: jak to się stało?!

Teatr oburzenia. Aktywistka atakuje: jak to się stało?!

15 grudnia 2025 | 12:01

Była konserwatorka znów wydała wyrok. Znów jest to wyrok medialny. A tym wyrokiem podważyła setki godzin pracy architektów, urzędników i ekspertów. Nagle jedna pani uznaje, że coś jest „nielegalne”, bo jej się nie podoba. To nie krytyka. To cyrk moralnej wyższości, firmowany dawnym urzędnikiem z aktywistycznym zapędem, który nie potrafi oddzielić emocji od obowiązków. W Krakowie, jak wiadomo, nic nie może się po prostu wydarzyć. Musi być imba. Konkurs? Imba. Teatr? Imba. Architektura? Imba. A gdyby się przypadkiem imby nie dało wyprodukować z niczego – spokojnie, zawsze znajdzie się Monika Bogdanowska, która ją dostarczy. Tym razem padło na Teatr Bagatela. Chodzi o konkurs na jego przebudowę (wizualizację widzicie wyżej). Konkurs, w który zaangażowane były setki ludzi: architekci, urbaniści, urzędnicy, prawnicy, konserwatorzy, jury, inwestor publiczny. Procedura, regulamin, głosowanie, odpowiedzialność. Ale to wszystko – jak się okazuje – nic nie znaczy, bo była konserwatorka zabytków właśnie ogłosiła, że „nie bardzo wie, jak to się stało, że ten projekt wygrał”, co stwierdziła w rozmowie z Lovekraków.pl. No to już wiemy: skoro ona nie wie, to znaczy, że wydarzyło się coś podejrzanego. Imba gotowa. Problem w tym, że Monika Bogdanowska od lat nie potrafi się zdecydować, kim właściwie jest. Urzędniczką? Aktywistką? Komentatorką? Przewodniczką po Krakowie? Moralną wyrocznią architektury? Bo przez całą swoją aktywność publiczną konsekwentnie próbowała być wszystkim naraz, a to zwykle kończy się tym, że nie jest się wiarygodnym w żadnej z tych ról. Jako urzędniczka miała aktywizm w rękawie. Jako komentatorka ma urzędniczy ton nieomylności. Jako była konserwatorka występuje dziś w roli sędziego, prokuratora i jedynego sprawiedliwego. I zawsze ten sam refren: „To oburzające”, „To narusza prawo”, „Nie powinniśmy w ogóle o tym rozmawiać”. Nie, nie powinniśmy brać tego tonu na serio. Bo jeśli ktoś przez lata swojej kariery regularnie wchodził w konflikty, uprawiał publicystyczną krucjatę zza urzędniczego biurka, a dziś z pozycji byłej funkcji próbuje ustawiać miasto do pionu moralnym szantażem, to nie jest żadną wyrocznią. To jest po prostu kolejna strona sporu, tylko głośniejsza. ZOBACZ TAKŻE: Drogo, tłoczno i... dokładnie o to chodzi. Kraków nie jest narodową Biedronką Najbardziej groteskowe w tym wszystkim jest jednak to, że Bogdanowska próbuje dziś unieważnić cały proces konkursowy, jakby był wynikiem zbiorowego zaćmienia rozumu. Jakby nikt nie czytał planów, regulaminów, zapisów ochrony. Jakby setki specjalistów były bandą amatorów, a tylko ona jedna – latarnia prawa na wzburzonym morzu Krakowa. Jeżeli przy każdym projekcie publicznym mamy uznawać, że wystarczy jeden medialny „kwik oburzenia”, żeby delegitymizować konkurs, jury i instytucje, to po co w ogóle konkursy robić? Po co procedury? Po co ktokolwiek ma brać odpowiedzialność, skoro zawsze może wyjść była urzędniczka / aktywistka i powiedzieć: „ja bym tego nie dopuściła”? To nie jest ochrona zabytków. To nie jest troska o miasto. To jest permanentna imba jako metoda istnienia w debacie publicznej. Kraków ma już kilka osób, które z każdej decyzji robią moralny skandal stulecia, a z każdego projektu dowód upadku państwa. Bogdanowska na pewno jest na podium. Tymczasem Kraków potrzebuje spokojnej, merytorycznej rozmowy, a nie teatralnych monologów o „oburzającym firmowaniu bezprawia”. Jeżeli projekt Bagateli jest niezgodny z planem – są od tego procedury, instytucje i odwołania. Jeżeli wymaga korekt – zostaną wprowadzone. Jeżeli nie przejdzie uzgodnień – nie zostanie zrealizowany. Ale robienie z tego kolejnej krakowskiej apokalipsy i stawianie się w roli jedynej strażniczki prawa jest po prostu niewiarygodne. Bagatela nie potrzebuje moralnych kaznodziejów. Potrzebuje fachowców i spokoju, a nie medialnej imby firmowanej dawnym aktywistycznym ego.  Wierzę, że tym razem decydenci będą mieć odwagę, by nie dać się zakrzyczeć niespełnionej aktywistce, która kiedyś - przez chwilę - była urzędnikiem i wydaje się jej, że może z wyższością w głosie negować coś, nad czym pracowała cała grupa fachowców.

Więcej…

Drogo, tłoczno i... dokładnie o to chodzi. Kraków nie jest narodową Biedronką

Drogo, tłoczno i... dokładnie o to chodzi. Kraków nie jest narodową Biedronką

15 grudnia 2025 | 10:00

Jeśli w grudniu boli cię serce na widok kiełbasy za 50 zł, a palce drżą przy płaceniu za grzańca – to nie jarmark jest problemem, tylko ty jesteś w złym miejscu. Rynek Główny nie jest od leczenia twoich frustracji, tylko od sprzedawania emocji tym, którzy chcą za nie zapłacić. Byłem w weekend na Rynku Głównym w Krakowie. Głównie po to, by zaliczyć słynny na cały świat jarmark bożonarodzeniowy. I wiecie co? Anie raz nie usłyszałem: „Skandal!”, „Zdzierstwo!”, „Złodziejstwo!". Pozwólcie, że powiem to powoli, wyraźnie i bez lukru: ten jarmark nie jest dla ludzi, którzy liczą każdy grosz i mają alergię na tłum. To nie jest Biedronka, to nie jest targ w Pcimiu Dolnym, to jest Rynek Główny w Krakowie, w grudniu, w mieście, które żyje z emocji, klimatu i marzeń sprzedawanych w papierowym kubku. ZOBACZ TAKŻE: Miasto odgrzewa kotleta. Co naprawdę kryje masterplan Mazura? Tam nie ma gdzie palca włożyć! Tłum jest ogromny, niczym przed sceną na koncercie światowej sławy gwiazdy rocka. Czy to źle? Chyba właśnie o to chodzi. Gdyby było pusto, to byście pisali, że jarmark umarł, że Kraków się skończył, że tylko szczury i gołębie. Tłum to dowód sukcesu, a nie powód do płaczu. Ludzie nie są tam zaganiani siłą. Oni chcą tam być. Chcą się przeciskać, marznąć, pić grzańca, robić zdjęcia i wrzucać je na Instagram z podpisem „Christmas vibes”. I teraz najważniejsze: ludzie CHCĄ płacić. Tak, dokładnie. Chcą zapłacić 50 złotych za kiełbaskę. Nie dlatego, że są głupi, tylko dlatego, że kupują coś więcej niż mięso w bułce. Kupują chwilę. Atmosferę. Iluzję świąt w świecie, który przez resztę roku jest jedną wielką frustracją. ZOBACZ TAKŻE: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj Jeśli ktoś naprawdę nie chce – uwaga, rewolucyjna myśl – może nie kupować. Albo przejść 300 metrów dalej i kupić tańszą kiełbasę. Albo 500 metrów dalej i zjeść obiad w cenie oscypka z żurawiną na jarmarku. Albo zostać w domu i zrobić herbatę. Rynek nie jest przymusem. Jarmark nie wysyła wezwań listem poleconym. Ale nie. Lepiej przyjść, wbić się w tłum, kupić, a potem narzekać. Zrobić zdjęcie paragonowi grozy czy tam cennikowi wywieszonemu na budzie i wylać jad w internecie. To taki polski rytuał: uczestniczyć i gardzić jednocześnie. Być w środku imprezy i krzyczeć, że muzyka za głośna. Krakowski jarmark bożonarodzeniowy nie jest tani. I nigdy nie miał być. Jest widowiskiem. Jest teatrem. A biletem wstępu jest właśnie ta kiełbaska za 50 zł. Nie pasuje? To naprawdę nie trzeba wchodzić ani na scenę ani nawet stać tuż przed nią. ZOBACZ TAKŻE: Kampania na grobach, gołębiach i pierogach. Staruszki dają więcej lajków niż program wyborczy Krakowski jarmark bożonarodzeniowy nie jest też drogi. Drogi jest tylko dla tych, których nie stać na luz, dystans i przyznanie, że nie wszystko w tym mieście musi być pod ich portfel. Rynek nie ma obowiązku być tani. Ma być pełny. A pełny jest aż po brzegi. Ku rozpaczy tych, którzy przyszli liczyć cudze pieniądze zamiast wrócić do domu i zrobić sobie herbatę.

Więcej…

Kampania na grobach, gołębiach i pierogach. Staruszki dają więcej lajków niż program wyborczy

Kampania na grobach, gołębiach i pierogach. Staruszki dają więcej lajków niż program wyborczy

12 grudnia 2025 | 09:07

W Krakowie żyje człowiek, który – jeśli wierzyć jego własnym wpisom – w pojedynkę utrzymuje miasto przy życiu. Gdyby pewnego dnia przestał publikować na Facebooku, to hejnał umilkłby w połowie nuty, tramwaje utknęłyby w filozoficznej zadumie, a gołębie z Rynku zaczęłyby pisać wniosek o ewakuację. To nie radny. To bosko-instagramski demiurg codzienności, patron pierogów, staruszek i wszystkiego, co da się nagrać w pionie. To człowiek, który – według własnego Facebooka – jest absolutnie jedyną osobą w historii Krakowa, która cokolwiek zrobiła. Nasz krakowski radny-chwalipięta prowadzi bowiem profil tak intensywnie, że NASA powinna go obserwować, bo możliwe, że jego aktywność generuje fale grawitacyjne. Codziennie, od świtu do zmierzchu, niczym influencer świętości, publikuje kolejne epickie dokonania: • „Dziś zrobiłem zakupy babci. Nie mojej, tylko czyjejś.” Niewykluczone, że przy każdej półce rozgrywał wewnętrzny dramat moralny między „promocją” a „biodegradowalnym”. Legenda głosi, że kasjerzy proszą go o autograf na paragonie. • „Dziś przeprowadziłem staruszkę przez ulicę.” Oczywiście wcześniej musiał ustalić trasę, przeanalizować cykl świateł oraz — być może — zatrzymać ruch tramwajów siłą spojrzenia. Podobno ZDMK rozważa, by na tym przejściu zamontować tabliczkę: „Tędy przeszedł radny.” • „Dziś posprzątałem groby dzieci.” Ale nie tak zwyczajnie! On tam wjechał niczym Indiana Jones na cmentarnej alejce, ze zmiotką w dłoni jak z biczem, a każdy znicz zapalał z powagą księdza celebrującego ogień olimpijski. Nie wierzycie, że można być aż takim politycznym nekrofilem? To zapraszam tu: Polityczna nekrofilia! Gibała robi kampanię na grobach dzieci • „Dziś wręczyłem starszej pani kwiaty.” A kwiaty oczywiście były świeższe niż poranek, który jeszcze nie wie, że ma wstać.. Reporterzy TVP mogliby o tym zrobić materiał: „Radny, który własną ręką powstrzymał smutek.” • „Dziś pomogłem gołębiowi" Podobno ptak miał lekki kryzys egzystencjalny między okruszkiem a kapslem po coli, ale nasz radny wkroczył w tę dramatyczną scenę z empatią godną św. Franciszka. Radny twierdzi nawet, że ptak obiecał mu głos w wyborach. Nie wierzycie? No to patrzcie: • „Dziś zjadłem pierogi w barze mlecznym.” I to, proszę Państwa, nie byle jakie. Pierogi, które najwyraźniej miały misję dziejową. Każdy kęs łączył naród. Jest teoria, że kiedy on je jadł, nad Małopolską rozświetliła się zorza polarna. A najlepsze jest to, że każde z tych wydarzeń opisane jest tak, jakby odbywało się przy dźwiękach orkiestry symfonicznej i chórów anielskich. Nie zdziwiłbym się, gdyby jutro napisał: „Dziś spojrzałem w okno. Kraków odetchnął.” „Dziś otworzyłem drzwi lodówki – światło w środku się zapaliło. To chyba znak.” „Dziś oddychałem. Codziennie staram się oddychać dla mieszkańców.” „Dziś wstałem z łóżka. To mój wkład w walkę z grawitacją.” „Dziś pomyślałem o Krakowie. I dlatego Kraków istnieje.” Przeglądając jego Facebooka można mieć wrażenie, że gdyby któregoś dnia nic nie opublikował, to planety by się zderzyły, Wisła popłynęłaby pod górę, a gołębie z Rynku zaczęłyby pisać petycje. To nie jest zwykły radny. To radny w wersji deluxe, limitowana edycja „Ja, Ja, Jeszcze Ja”, influencer codziennych czynów, człowiek, który każde „dzień dobry” traktuje jak akcję społeczną z budżetem unijnym albo kieszonkowym od tatusia. Jego profil to wręcz Kronika Czynów Nadludzkich, prowadzona przez człowieka, który zjadł pieroga, a potem opisał to tak, jakby zdobył Mont Everest w klapkach. fot. Pixabay Powiecie, że się czepiam, bo radny przecież pomaga? No pomaga. I robi to tak ostentacyjnie, że gdyby mógł, to woziłby ze sobą ekipę filmową, drona, światło studyjne i operatora boomu, żeby każdy gest był zarejestrowany z trzech kamer i w slow motion. No a przecież może. Więc wozi. Bo on nie pomoże, dopóki nie upewni się, że ktoś robi zdjęcie lub nagrywa film. A jeśli nikt nie robi, to on sam zrobi. Jedną ręką wręcza kwiatka, drugą trzyma telefon, trzecią (której nie ma, ale najwyraźniej potrafi ją wyhodować w imię autopromocji) już obrabia filtr „heroiczny blask”. Jego pomaganie wygląda tak: „Pomagam tylko wtedy, gdy mogę o tym napisać.” „Pomogłem staruszce, ale tak głośno, że cała dzielnica słyszała.” „Pomagam ludziom… w zauważeniu, jak bardzo im pomagam.” „Dzisiaj pomogłem. A jutro to opiszę jeszcze raz, bo może ktoś przegapił.” To jest prawdziwy Mistrz Selfie Dobroczynności, patron czynów wykonywanych nie dla drugiego człowieka, tylko dla algorytmu Facebooka. Zdjęcie bez związku z treścią artykułu / fot. Pixabay Są ludzie, którzy pomagają po cichu. Są tacy, którzy robią coś dobrego i nawet o tym nie mówią. A nasz radny? On by nakręcił trzy odcinki dokumentu „Ja i moja empatia. Historia prawdziwa”, zaprosił Netflixa, a na koniec wręczyłby sobie nagrodę za najlepszą rolę pierwszoplanową w kategorii „Gesty dla zasięgów”. A gdyby istniała Olimpiada Samochwalców, to nasz bohater zdobyłby nie tylko złoto, srebro i brąz, ale jeszcze medale za uczestnictwo, fair play i „Najładniejszy Uśmiech przy Wręczaniu Kwiatów”. ZOBACZ TAKŻE: Oto najszybsza kariera w Polsce. Skazany radny dzielnicowy, którego zna cały kraj Nie wiem, czy on pomaga, bo kocha ludzi. Ale jestem pewny, że kocha, kiedy ludzie wiedzą, że pomaga. A każdy gest ma metkę „głosuj na mnie”, każdy uśmiech ma kod QR do urn wyborczych, a każdy filmik kończy się cichutkim, ale wyraźnym szeptem: „Patrzcie, jaki jestem dobry. I pamiętajcie o tym przy wyborach.” ZOBACZ TAKŻE: Miał mieć pomysły, nie przyszedł na spotkanie. "Boi się" [WYWIAD]

Więcej…

Droga między łzami. Media kochają dramat, a kierowcy stoją w korkach

Droga między łzami. Media kochają dramat, a kierowcy stoją w korkach

09 grudnia 2025 | 14:03

S7 przez Kraków dzieli nie tylko mapy, ale i emocje. Jedni biją brawo, inni wyciągają transparenty, a media święcą tryumfy, bo każda łza, każdy kafelek i każde „nie chcemy drogi u nas” to gotowy materiał. W Głogoczowie ojciec wykafelkował ścianę w pokoju, a córka obawia się, że inwestycja oddzieli ją od koleżanki. I nagle miliony kierowców stojących w korkach to tło dla lokalnego dramatu, który wzrusza, bawi… i trochę wkurza. Kiedy media opisują sytuację związaną z próbą budowy odcinka drogi S7 przez Kraków, wygląda to trochę jak klasyczny dramat w kilku aktach: są bohaterowie, są ofiary, jest konflikt. I jest droga, która dzieli. Skoro jest dramat, są i emocje. A skoro są emocje, są i media. Sprawę protestów nagłośniły już wszystkie: od lokalnych po ogólnopolskie. Moją uwagę zwrócił tekst w portalu LoveKraków.pl zatytułowany: „Wolę, żeby tata nie dostał drugiego zawału”. Nierówna walka Głogoczowa z S7. Po pierwsze, zwrócił uwagę tym, że jego autor, Bartosz Dybała, prawdopodobnie wybrał się na miejsce, co w 2025 roku należy do rzadkości, wszak większość tekstów powstaje zza biurka. Szacun. Po drugie, wzruszyły mnie ckliwe historie, które pojawiły się w artykule, za co oczywiście nie winię autora, bo – z założenia – teksty medialne mają wywoływać emocje. Ten wywołuje. Znowu szacun. Oczywiście tekst skupia się na tym, że mieszkańcy wsi nie chcą drogi przez ich tereny. Oto kilka cytatów. Nie znam nikogo w Głogoczowie, kto poparłby którykolwiek z zaproponowanych wariantów nowej trasy S7. Cała wieś przeciwko. Nikt nie popiera. Demokracja w pigułce: wszyscy są zgodni, tylko decydenci źli. Bo przecież kiedy w grę wchodzi droga szybkiego ruchu, każdy natychmiast staje się ekspertem od planowania i strategii urbanistycznych. Każdy chce, by droga powstała. Byle nie u niego na podwórku. Klasyka klasyki. Dokładnie 15 lat temu kupiliśmy działkę i ruszyliśmy z budową domu. Wtedy jeszcze nikt z decydentów nie mówił, że będzie tędy przebiegała jakaś nowa, ruchliwa trasa. Kolejny klasyk. „Kupiliśmy, a nikt nas nie uprzedził”. Jakby plany przestrzenne były tajnym kodeksem z Illuminati, a każda inwestycja drogowa to spisek. To, że w miastach i na wsiach coś trzeba planować i przewidywać, wydaje się zupełnie abstrakcyjne. Wyobraźmy sobie 15 lat historii jednego domu w kontekście 500 km drogi – dramat jak w operze, tylko z kafelkami w roli głównej. A teraz wisienka na torcie: Ta inwestycja oddzieli mnie od koleżanki. Będziemy mieszkały po przeciwnych stronach bardzo ruchliwej drogi. – mówi 13-letnia Julia. Szczerze? Nawet ja – zagorzały zwolennik S7 przez Kraków – poczułem lekki uścisk serca. Biedna dziewczyna. Trzynaście lat i już rozumie, że infrastruktura może złamać więzi społeczne. I nie, nie ironizuję z Bogu ducha winnej Julii. Chodzi mi o całe to społeczne nastawienie. S7 biegnąca przez całą Polskę, od Gdańska do Zakopanego, będzie przerwana na maleńkim odcinku, bo dziewczynka X będzie miała nieco dalej do dziewczynki Y. Serio? Śmieję się trochę przez łzy, bo widzę ten sam scenariusz co zawsze: media kochają dramat, mieszkańcy kochają swoje kafelki w łazience, a drogowcy kochają… no cóż, swoje plany. Budowa S7 przez Kraków dotknie około 5000 mieszkańców bezpośrednio, ale uwolni od stania w korkach setki tysięcy krakowian i Polaków, którzy dziś klną stojąc w korkach. ZOBACZ TAKŻE: Wantuch miażdży hipokryzję. "Wszyscy wiedzą, że S7 pojedzie przez Kraków, ale wolą kłamać" Przeciwnicy budowy krakowskiego odcinka S7 mówią, że realizacja tej inwestycji to zbyt duże koszty społeczne. A może raczej powinniśmy zastanowić się nad kosztami społecznymi… braku tego odcinka S7. Bo korki już dziś kosztują nas wszystkich: czas, nerwy, paliwo i zdrowie. A Julka i jej koleżanka? Może w końcu zrozumieją, że droga nie musi być wrogiem, tylko koniecznym kompromisem między marzeniami mieszkańców a potrzebami całego miasta.

Więcej…

S7 przez Kraków. Polityczna farsa i raban zadymiarzy

S7 przez Kraków. Polityczna farsa i raban zadymiarzy

05 grudnia 2025 | 14:07

W całej tej farsie z krakowskim odcinkiem S7 najbardziej poraża jedno: kompletna bezradność wobec garstki krzykaczy, którzy zamiast merytorycznej rozmowy od miesięcy produkują jedynie hałas. Jeśli GDDKiA się ugnie pod wpływem protestu, będzie oznaczać, że polskie państwo nie działa, bo ulega garstce lokalnych zadymiarzy. I to jest sedno tego konfliktu. Bo żadna strategiczna inwestycja nigdy nie zostałaby zrealizowana, gdyby decydowały emocje, transparenty i eskalowanie chaosu. Kraków – miasto ambicji metropolitalnych – naprawdę ma zatrzymać się w rozwoju, bo kilka grup nie potrafi się dogadać co do przebiegu trasy? S7 przecina całą Polskę. Wszędzie się udało. Wszędzie potrafiono rozmawiać, analizować, wybierać warianty. A tylko tu, jakbyśmy żyli w jakiejś osobnej rzeczywistości, słyszymy, że żaden wariant nie pasuje. No to przepraszam: jaki ma pasować? Żaden? Serio rozwiązaniem jest status quo, w którym pół miasta stoi w korkach, a tranzyt dusi codzienne życie mieszkańców? ZOBACZ TAKŻE: Wantuch miażdży hipokryzję. "Wszyscy wiedzą, że S7 pojedzie przez Kraków, ale wolą kłamać" Co więcej: do dziś protestujący nie przedstawili żadnej sensownej alternatywy. Zero. Tylko sprzeciw dla sprzeciwu. Gdyby tak wyglądało podejmowanie decyzji w państwie, to nie mielibyśmy ani dróg ekspresowych, ani kolei, ani metra, ani lotnisk, ani... właściwie niczego. Rozwój wymaga decyzji, często trudnych, nigdy idealnych. Tu natomiast nie ma rozmowy, nie ma kompromisu. Jest tylko krzyk „nie”, podparty niczym. A potem w tym obrazie chaosu pojawia się wątek, który nadaje temu wszystkiemu wymiar groteski. Na proteście pojawiają się politycy KO: prezydent Krakowa Aleksander Miszalski, poseł Dominik Jaśkowiec czy senatorka Monika Piątkowska. Protestują przeciwko… własnemu rządowi. Oczywiście każdy ma prawo do opinii, ale trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z czymś na granicy politycznej autodestrukcji. To wygląda jak partia, która sama sobie rzuca kłody pod nogi, a potem dziwi się, że nie może iść prosto. Ale prawdziwą „wisienką na torcie” tej absurdalnej układanki jest udział  w proteście wicewojewody Ryszarda Śmiałka – przedstawiciela rządu w terenie. Osoby, która jest od wykonywania polityki państwa, a nie jej blokowania. To mniej więcej tak, jakby wiceprezydent Krakowa Stanisław Mazur, odpowiedzialny za nadzór nad krakowskim metrem, nagle wyszedł protestować przeciwko trasie… metra. Rzeczywistość, w której państwo samo sobie organizuje pikiety, trudno zakwalifikować inaczej niż jako polityczny kabaret. Kraków potrzebuje S7 nie za stol lat, nie „po dyskusjach bez końca”, tylko teraz. I nie dlatego, że ktoś tak sobie wymyślił, ale dlatego, że bez infrastruktury nie ma rozwoju, nie ma konkurencyjności, nie ma jakości życia. Nie może być tak, że decyzje ogólnopaństwowe są blokowane przez lokalny hałas zbudowany na braku alternatyw. I nie może być tak, że państwo – zamiast działać – cofa się pod presją kilku głośnych grup, które nie proponują nic poza destrukcją. S7 przez Kraków to nie jest tylko droga. To test, czy potrafimy być państwem, które decyduje, buduje i się rozwija, czy państwem, które kapituluje przed transparentami. Jeśli przegra się ten test, to można już tylko powiesić tabliczkę: „inwestycje strategiczne w Polsce – nieczynne do odwołania”.

Więcej…

Gibała znów odkrywa Amerykę! Ta wypowiedź komentuje się sama

Gibała znów odkrywa Amerykę! Ta wypowiedź komentuje się sama

03 grudnia 2025 | 17:27

Wprawni czytelnicy Kanału Krakowskiego mogli zauważyć, że nabijamy się z Łukasza Gibały. To fakt, nie będziemy dyskutować.  Robimy to regularnie, ale... to nie jest żadne mobbingowe hobby. Ktoś musi robić za clowna w miejskim cyrku. A rolą clowna jest zabawianie publiczności, w tym wypadku – krakowian. My tylko relacjonujemy show. Gibała trzy razy przegrał wybory na prezydenta miasta, więc ma dużo wolnego czasu i może sobie pozwolić na takie występy. No a skoro od lat powtarza te same frazesy i od lat krakowianie się nie dali na nie złapać, to trudno z gościem dyskutować na poważnie. No więc nie pozostało nam nic innego, jak się trochę ponabijać, trochę powyzłośliwiać i wrócić do poważnych zajęć. Ale dziś znowu będzie zabawnie.  ZOBACZ TAKŻE: Kraków zbankrutuje?! Oto wszystko, co MUSISZ wiedzieć o budżecie [WYWIAD] Tym razem bowiem Gibała wszedł na mównicę podczas sesji budżetowej, a jego wystąpienie wyglądało jak... nagranie rolki na sociale. Pan radny wygłosił kopię tego, co kilka minut wcześniej powiedział jego klubowy kolega, Michał Starobrat. I to nie kopię w sensie „trochę podobne”. Nie. Gibała trzy razy powołał się na Starobrata i trzy razy powtórzył to, co ten powiedział kilka sekund wcześniej. I to wszystko w dwuminutowej wypowiedzi. To już nie jest inspiracja – to zrzynka na żywo. Ale lecimy po kolei. „Chciałem podkreślić dwie rzeczy, które też padły w tych wystąpieniach moich przedmówców…” No cudownie, wreszcie szczerość!Czyli: „Nie mam nic nowego do powiedzenia, więc powtórzę to, co już powiedzieli inni, ale powiem, że ja to uwypuklam.”Łukasz, od 15 lat uwypuklasz te same rzeczy. To już nie są „punkty programu”, to są mantry medytacyjne. „Po pierwsze, to jest budżet myślenia życzeniowego i kreatywnej księgowości.” Klasyk gatunku.Wyjmujesz to co roku, jak ozdoby choinkowe z piwnicy.„Kreatywna księgowość” to u Gibały odpowiednik „dzień dobry” – używa tego zawsze, nic nie znaczy, ale brzmi poważnie. „Pamiętam, jak rok temu Michał Starobrat mówił…” Oczywiście, że pamiętasz.Skoro w tym samym wystąpieniu powiesz jego imię jeszcze dwa razy, trudno zapomnieć. Swoją drogą: piękna relacja. Trochę jak związek, w którym jedna strona powtarza wszystko, co powiedziała druga:– Michał, a mogę ja też to powiedzieć?– No mów.– A mogę to wkleić na Facebooka jako moje?– No wklej. Michał Starobrat i Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik „No i co się okazało? Trzeba było nowelizować budżet!” Wyobraźmy sobie dramatyczną muzykę.Tymczasem: każde miasto w Polsce nowelizuje budżet.To nie jest sensacja. To nie jest nawet news.To jak oburzać się, że latem jest ciepło. „W tym roku robicie dokładnie to samo!” Czyli… znowu będzie nowelizacja?Naprawdę?W samorządzie?Niewiarygodne.Proszę państwa, Gibała odkrył istnienie cyklu budżetowego. „To co to innego jest, jeśli nie pijarowa ściema?” Łukasz, Ty jesteś ostatnią osobą, która powinna mówić o „pijarowej ściemie”.Twoje wystąpienie było tak oczywiście przygotowane pod social media, że brakowało tylko dźwięku „klik” i napisu „ZOBACZ DO KOŃCA – RADA MIASTA NIE CHCE, ŻEBYŚ TO WIEDZIAŁ”. „Jak mamy z wami dyskutować?” No właśnie: jak?Skoro przychodzisz bez żadnej własnej treści, powtarzasz zdania swojego radnego i od 15 lat mówisz to samo?Dyskusja polega na wymianie argumentów, a nie na kserowaniu od kolegi z ławy obok. Tym bardziej, że poza krytykowaniem nie prezentujesz ŻADNYCH własnych pomysłów. Kiedyś stwierdziłeś na sesji rady miasta, że pokażesz jak naprawić budżet, jak już zaczniesz rządzić. Serio? Łukaszu... „To jest budżet ściemy!” To jest ulubione słowo Gibały – obok „kreatywna księgowość”, „dramat”, „zapaść”, „gigantyczne zadłużenie” i „niekompetencja”.Cały jego słownik polityczny to sześć słów i podniesiony głos. „Mówicie, że będzie nadwyżka operacyjna, a nie będzie!” Tak, jak mówiłeś od lat, że Kraków zaraz się zawali, zbankrutuje i wybuchnie jak supernowa.I jakoś się nie zawalił.Ale doceniamy konsekwencję.Czarne scenariusze sprzedajesz z takim przekonaniem, że można by pomyśleć, iż masz w tym interes. „Wydatki bieżące rosną szybciej niż dochody! To fatalny kierunek!” No proszę, wreszcie coś prawdziwego.Ale powiedzmy to wprost:To nie jest odkrycie, tylko google-fakt.Każde większe miasto w Polsce ma ten sam problem, bo taki jest system finansowania samorządów, taki jest wzrost kosztów usług, a inflacja nie pyta o pozwolenie. Poza tym Ty, Łukasz, naprawdę nie jesteś osobą, która powinna pouczać kogokolwiek o finansach.230 milionów długu wobec własnego ojca – przypomnijmy, to nie legenda miejska, to oficjalna informacja – nie pozwala Ci prezentować się jako Szekspir polskiej księgowości. Łukasz Gibała i jego dług Biznesowa kariera?Mówmy uprzejmie: nie wydarzyła się, mimo startu w życie, jakiego 99% ludzi może Ci tylko pozazdrościć. PodsumowanieMoglibyśmy się pastwić dalej, ale… ta wypowiedź naprawdę komentuje się sama. Powtórzenia, brak nowych treści, lament w pętli i dramatyzm na potrzeby Facebooka. ZOBACZ TAKŻE: Filozof od finansów, czyli kazania Gibały na temat miejskiego budżetu Cała ta dwuminutowa tyrada jest jak skecz: Gibała cytuje Starobrata, Gibała powtarza, że Starobrat to powiedział, po czym powtarza to, co Starobrat powiedział, a potem powtarza, że powtórzył. I to wszystko w poważnym tonie człowieka, który właśnie odkrył spisek budżetowy. Cóż.W krakowskim cyrku każdy ma swoją rolę. Clowna też ktoś musi zagrać. Niestety, nie znam Łukasza Gibały prywatnie, więc nie potrafię stwierdzić, czy na co dzień zrzuca kostium.

Więcej…

Hot dogi niszczą sacrum stadionu Cracovii

Hot dogi niszczą sacrum stadionu Cracovii

02 grudnia 2025 | 17:43

W Krakowie istnieje pewna szczególna zależność: im bardziej błaha rzecz, tym większa drama. W mieście, które potrafi obojętnie przejść obok walących się kamienic, zdewastowanych chodników i planów budowy kolejnego biurowca wyglądającego jak pudełko po czajniku, nagle wybucha emocjonalna superbomba. Wystarczy iskra. A teraz tą iskrą okazała się… Żabka przy stadionie Cracovii. Tak, sklep. Spożywczak. Lokal z kanapkami, hot dogami i lodami Ekipy. W mieście przerabiającym architektoniczne koszmary jak na taśmie produkcyjnej, otwarcie Żabki urosło do rangi katastrofy narodowej. Kraków, który z kamienną twarzą znosił wszystkie swoje inwestycyjne potworki, nagle dostał tików nerwowych, spazmów i moralnego oburzenia, bo przy stadionie Cracovii stanie sobie… Żabka. I co gorsza – wygląda jak Żabka. Herezja w zielonym Od razu posypały się komentarze o „oszpeceniu”, „niszczeniu przestrzeni” i „komercjalizacji sacrum stadionowego”. Jakby ktoś na elewacji Stadionu Cracovii umieścił neon z Las Vegas, a nie zwyczajny szyld sklepu, który każdy Krakus widzi średnio pięć razy dziennie między domem a przystankiem. Afera się rozkręciła, bo Żabka – o zgrozo – postanowiła być zielona. Czyli dokładnie taka, jak wszystkie Żabki od czasu prehistorycznych początków tej sieci. CZYTAJ TAKŻE: Siekiera w Ferrari, gangsterskie porachunki i tajemnicze zniknięcie W Krakowie, mieście legend, tradycji i tysiąca lat historii, najwyraźniej nie przewidziano, że sklep będzie miał… kolor sklepu. Niektórzy chyba oczekiwali, że zostanie pomalowany w biało-czerwone paski, a na wejściu witać będzie macierzysty duch Józefa Kałuży, błogosławiący klientów kupujących hot doga na małą przerwę. Widok na stadion z Błoń / fot. Mateusz Giełczyński, wikimedia Stadion czy galeria? Najbardziej komiczne jest oczywiście to, gdzie ta Żabka powstała. Nie w historycznym centrum, nie na Rynku, nie na Kanoniczej, nie na terenie wykopalisk gdzie archeolodzy drapią się po głowie nad każdą skorupą sprzed czterystu lat. Ona stoi przy stadionie, który od początku wyglądał jak wielki obiekt handlowy z trybunami. W miejscu, gdzie architektura nigdy nie miała ambicji zostania arcydziełem, a estetyka od lat balansuje między „nowoczesna bryła” a „galeria handlowa, tylko bez logotypów”. Ale fakt powstania Żabki wywołał reakcję jak po ogłoszeniu, że na płycie stadionu powstanie osiedle deweloperskie, a murawa będzie miejscem na plenerowe targi kasz. Carrefour w Sukiennicach Dawniej w Krakowie też bywało wesoło. Pamiętam, jak w październiku 2012 roku w samym sercu Rynku, w zabytkowych arkadach Sukiennic, otwarto Carrefour Express. Lokal miał 27 metrów kwadratowych, w podcieniach od strony pomnika Mickiewicza. Wszystko niby zgodnie z planem, wszak Sukiennice od wieków służyły handlowi. CZYTAJ TAKŻE: Miszalski w akcji. Decyzje, które bardziej śmieszą niż pomagają [RANKING] Ale w Krakowie nic nie jest proste. Urzędnicy i konserwatorzy uznali: „sieciówka w zabytku? Niewłaściwe!”. W ciągu kilku zaledwie kilku dni umowę wypowiedziano. Jeszcze raz: Sukiennice, miejsce handlowe od setek lat, nagle stały się zbyt „święte” na batoniki, napoje i hot dogi. Krakowska moralność I cóż z tego wszystkiego wynika? Że w Krakowie można wybudować wszystko, ale postawić Żabkę przy stadionie albo Carrefour Express w Sukiennicach, to mamy narodową tragedię, lamenty, wypowiedzi dyrektorów i burzę w mediach. Bo w Krakowie handel w zabytku albo przy świętym klubie to nie tylko sprzedaż batonów, to atest moralności, estetyki i historii. Sukiennice od wieków służyły handlowi, a stadion istnieje, żeby sprzedawać bilety i kiełbaski. Ale dla krakowskiej wrażliwości każda sieciówka jest bluźnierstwem. W Krakowie nic nie jest za duże ani za małe, żeby nie wywołało afery. Zielone szyldy, limonkowe loga, batoniki w podcieniach Sukiennic...

Więcej…

Wiejscy krzykacze. Jak anonimowość metropolii wzmacnia głos

Wiejscy krzykacze. Jak anonimowość metropolii wzmacnia głos

01 grudnia 2025 | 16:26

W Krakowie nawet gdyby magistrat ogłosił, że funduje każdemu mieszkańcowi darmowy tydzień w sanatorium w Krynicy, połowa miasta uznałaby to za spisek, a druga połowa za prowokację. Nawet gdyby Aleksander Miszalski zapewnił, że płaci za te wczasy z własnej kieszeni i jeszcze pokazał rachunki, i tak zrobiłby się chaos na pół miasta, bo ktoś musiałby być przeciw. Bo tu nic nie może po prostu być. Ostatnio Radio Kraków wrzuciło na Facebooka informację, że na Rynku pojawią się betonowe zapory i wzmożone patrole. I… oczywiście, że wywołało to burzę. „Krakowianie podzieleni” – grzmiało Radio Kraków. źródło: FB Radia Kraków Jedni łapali się za głowę, jakby chciano im odebrać klucze do Wawelu, drudzy twierdzili, że to kropla w morzu i najlepiej byłoby otoczyć cały Rynek fosą, mostem zwodzonym, strażnikami uzbrojonymi w paralizatory oraz strażniczką do kontroli nastroju turystów. Jak komuś mogą przeszkadzać wzmożone patrole i większa uwaga służb? – zapytacie. Mogą. I oczywiście przeszkadzają. Bo tu przeszkadza wszystko. Hałas przeszkadza. Cisza przeszkadza. Tłum przeszkadza, ale jak go nie ma, to też źle, bo „umarł klimat”. Blokady przeszkadzają, ale jak ich nie ma, zaraz ktoś powie, że „miasto nic nie robi, by zwiększyć bezpieczeństwo”. ZOBACZ TAKŻE: Wantuch miażdży hipokryzję. "Wszyscy wiedzą, że S7 pojedzie przez Kraków, ale wolą kłamać" Kraków jest jak wielka, kamienna maszyna do dzielenia ludzi. Wrzucasz tam jakiekolwiek wydarzenie, jakąkolwiek decyzję – hop! – i już masz dwie frakcje, trzy petycje i siedem komentarzy w stylu „za moich czasów…”. I naprawdę nie ma od tego ucieczki. Jak nie debata o zaporach, to kłócimy się o to, czy gołębie są symbolem miasta, czy bioterroryzmem na piórach, albo czy obwarzanki powinny być podawane z makiem czy solą. A żeby było jeszcze zabawniej, większość tych krzyków pochodzi od wieśniaków, którzy przybyli do Krakowa z okolicznych wsi i dają sobie prawo do marudzenia, próbując urabiać miasto po swojemu. Gdyby spróbowali krzyczeć tak w tych swoich wsiach, to najpierw sołtys by się uśmiał, a później cała reszta patrzyłaby na nich jak na błaznów.  A tu – w anonimowości metropolii – mogą krzyczeć, protestować, wyrzucać z siebie durnowate pomysły i udawać, że świat ich słucha. ZOBACZ TAKŻE: Sąd zajmie się sprawą ataku w urzędzie. "Posunęli się za daleko" [WYWIAD] A cała reszta? Milczy, patrzy i czeka, aż kolejny „wiejski krzykacz” odkryje, że w Krakowie nie ma bata na głupotę. I że im większy krzyk, tym większa satysfakcja.

Więcej…

Referendalna hucpa Gibały, sfałszowane podpisy i kompromitacja prokuratury

Referendalna hucpa Gibały, sfałszowane podpisy i kompromitacja prokuratury

28 listopada 2025 | 17:57

Krakowska afera referendalna Łukasza Gibały to nie wpadka, lecz podręcznikowy przykład, jak rozmontowuje się zaufanie do demokratycznych procedur. Dziesiątki tysięcy wadliwych podpisów, niemal dekada śledztwa i finał, który prokuratura zamyka magiczną formułką „znikoma szkodliwość”. Jeśli to ma być standard państwa prawa, to trudno się dziwić, że obywatele coraz częściej patrzą władzy – i samozwańczym społecznym aktywistom – na ręce. – Kiedy w 2016 roku nieistniejące już stowarzyszenie Łukasza Gibały „Logiczna Alternatywa” ruszało z akcją odwołania ówczesnego prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego. Miało to być wielkim aktem obywatelskiej mobilizacji. Skończyło się jednak na spektakularnym organizacyjnym potknięciu, klapie i kompromitacji – przypomina poseł Dominik Jaśkowiec w swoim felietonie dla Kuriera Krakowskiego. Jak się okazało, znaczna część zebranych przez Gibałę podpisów była... sfałszowana. – W końcu – po niemal dziewięciu latach (!) – prokuratura postanowiła całą sprawę umorzyć. Powód? Znikoma społeczna szkodliwość czynu. Co oznacza decyzja prokuratury? Przyzwolenie na fałszerstwa wyborcze? Są one jak rozumiem czynem nieszkodliwym, jak przysłowiowe rozlanie herbaty na obrus. A że było tego kilkadziesiąt tysięcy? Cóż, szczegół – pisze poseł Jaśkowiec. Poseł Dominik Jaśkowiec – Co więcej, prokuratura uznała, że zatrudnienie biegłego grafologa byłoby stratą czasu. Cytuję: „Opinia grafologiczna trwałaby 21 lat i kosztowała 2 mln zł”. Taka decyzja prokuratury jest tym bardziej niezrozumiała, że w toku śledztwa pięć osób zaangażowanych w zbiórkę podpisów usłyszało zarzuty ich fałszowania! –  czytamy na stronie Kuriera Krakowskiego. Polityk ostrzega przed rozdawaniem swoich podpisów przypadkowym ludziom spotkanym na ulicy. – Obserwując dzisiejszą aktywność ekipy Łukasza Gibały zbierających na ulicach nasze dane osobowe przy okazji różnego rodzaju petycji, akcji społecznych, aktywności w budżecie obywatelskim, możemy mieć uzasadnione wątpliwości co się z nimi stanie? Do czego wbrew naszej woli zostaną wykorzystane? – pyta retorycznie. Cały felieton znajdziecie tutaj: Dominik Jaśkowiec: Krakowski thriller. Dziewięć lat śledztwa i finał, który szokuje [FELIETON]    

Więcej…

Miszalski w akcji. Decyzje, które bardziej śmieszą niż pomagają [RANKING]

Miszalski w akcji. Decyzje, które bardziej śmieszą niż pomagają [RANKING]

26 listopada 2025 | 08:51

Też macie wrażenie, że w Krakowie – zamiast realnych, stanowczych i zdecydowanych działań – dostajecie pijarową papkę? No właśnie. Od pierwszego dnia urzędowania prezydent Aleksander Miszalski serwuje nam decyzje, które wyglądają raczej jak konkurencja w kategorii „Najbardziej PR-owa Zmiana Roku” niż jako realne reformy, które miałyby szansę poprawić codzienne życie krakowian. Skoro jednak spektakl trwa, a bilety są bezzwrotne, siadamy w pierwszym rzędzie, bierzemy popcorny i przedstawiamy nasz subiektywny ranking posunięć, które wstrząsnęły Krakowem niczym żuk gnojnik świeżo usypanym kretowiskiem. 1. Pożegnanie z Lexusem, czyli „luksus won!” Jedna z pierwszych decyzji: sprzedać służbowego Lexusa po poprzedniku, bo „kojarzy się z luksusem”. Kraków odetchnął. Koniec moralnego zgorszenia związanego z podgrzewanymi fotelami, sprawnymi hamulcami i imitacją skóry na podłokietniku.  Tylko… to ruch czysto wizerunkowy. Bo choć prezydent kocha rower – i super – to: rano Balice, po południu Swoszowice, a wieczorem Nowa Huta. I co? Hulajnogą? No bez żartów. Ale PR-owo – złoto. Zdjęcia prezydenta na rowerze? Jeszcze więcej złota. 2. Likwidacja parkingu przed magistratem Hasło brzmiało dumnie: „Koniec z samochodami pod oknami urzędu! Stawiamy na zieleń!” Rzeczywistość? Parking zostanie zamieniony w… parking bez samochodów. Z donicami. Z symbolicznymi krzaczkami. Z odrobiną zieleni „na pokaz”. Efekt społeczny? Zachwyt kilku najbardziej zaangażowanych aktywistów. Frustracja radnych, którym miasto i tak zapewne zapłaci za parking prywatny. Pytania ważnych osobistości, czy do prezydenta to mają dojechać tramwajem i ewentualnie którą linią. Ale PR? Sztos. Wizualizacje piękne. A internet pełen zachwytów. ZOBACZ TAKŻE: Zielony absurd przed magistratem. Zasadzą drzewa, wykopią zdrowy rozsądek 3. Fajerwerki? W Krakowie? A skąd! Zakaz fajerwerków w Krakowie. Brzmi pięknie. Odpowiedzialnie. Proekologicznie. A teraz realia. Po pierwsze, lekka hipokryzja, bo miasto od dekad robiło pokazy pirotechniczne, na które przychodziły setki tysięcy mieszkańców i turystów. Po drugie, to będzie martwe prawo, bo kto ten zakaz wyegzekwuje? Straż Miejska na patrolu antypetardowym? No ale psy i koty są szczęśliwe, więc nie ma co przytaczać innych argumentów. ZOBACZ TAKŻE: Branża pirotechniczna wściekła. "Hipokryzja na pełną skalę" [WYWIAD] 4. Odpisywanie na każdy komentarz, czyli „Prezydent 24/7” Miszalski w trybie social-media-ninja: Grażyna: „Ładny dzień!”Prezydent: „Pozdrawiam, pani Grażynko!” Dżesika: „A tramwaje?”Prezydent: „Już tłumaczę, Dżesiko!” Janusz wrzuca emotki.Prezydent: „Serdeczności, panie Januszu!” Dzieci kiedyś pisały listy do Mikołaja. Dziś wystarczy komentarz i odpisuje sam prezydent. Najważniejsza osoba w mieście. Lol, iksde. Aleksander Miszalski / fot. Łukasz Michalik 5. Wielka Rewia Flag Nowe zasady: więcej flag Krakowa, więcej Polski, więcej Unii. Zdecydowanie więcej.  Praktyczne znaczenie? Mniej więcej takie, jak kupienie dziewczynie zakochanej w balecie… karabinu AK. Niby prezent, niby gest, niby coś tam znaczy, ale każdy czuje, że coś jest tu dziwnie. No i zasadnicze pytanie: po co? 6. Pakt dla krakowskich osiedli Hasło brzmi jak rewolucja! „Nowy pakt!”, „Nowe priorytety!”, „Więcej inwestycji w dzielnicach!”. Problem? Takie środki były w budżecie odkąd istnieją dzielnice. Od lat. Bez wyjątku. Różnica? Teraz ma to nazwę, logo i prezentację z muzyką w tle. 7. Partycypacja na sterydach W Krakowie konsultuje się już wszystko. Absolutnie wszystko. Za chwilę będziemy głosować nad kolorem prezydenckiego krawata, który powinien włożyć na konferencje prasową lub otwarcie kanału. Efekt? W konsultacjach biorą udział te same cztery osoby, czyli lokalny kwartet patoaktywistów, który opiniuje wszystko z zapałem godnym komisji sejmowej. A realne decyzje? Zawieszone gdzieś między ankietą, formularzem i badaniem satysfakcji. ZOBACZ TAKŻE: Konsultacje o konsultacjach, czyli jak Kraków gada sam ze sobą 8. Referenda dzielnicowe, czyli „zapytamy was o wszystko, by nic nie zdecydować samemu” Nowy krakowski wynalazek: referenda w dzielnicach. Brzmi jak demokracja deluxe. W praktyce: wersja XXL punktu 7. Każda sprawa, nawet najmniejsza, ma być przedmiotem głosowania. Ba, referendum! Efekt? decyzje rozmyte, odpowiedzialność też, mieszkańcy pogubieni. Ale za to potem można powiedzieć: „To nie my. To mieszkańcy tak chcieli!” Czyli wszyscy. Czyli nikt. ZOBACZ TAKŻE: Kraków - miasto, które się boi własnych pomysłów. Metro jak igrzyska

Więcej…

Strona 5 z 7

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Na fali

  • Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!

    Wydarzenia

    Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do...

    Informacja
    18 czerwca 2026
  • Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

    Opinie

    Polityczne samobójstwo czy brutalny...

    Informacja
    15 czerwca 2026
  • Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY]

    Wydarzenia

    Znamy plan Gibały: nie wystartuje,...

    Informacja
    15 czerwca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.