– I na ch*j się produkujesz, jak w maju już cię nie będzie? – zapytał z ojcowską troską pewien niemłody jegomość, gdy Aleksander Miszalski odpowiadał na jedno z pytań podczas Ławeczki dialogu.
Wtorkowe spotkanie w dzielnicy I Stare Miasto miało być wielkim wydarzeniem. Wyszło jak zwykle: trochę kabaretu, trochę terapii grupowej i sporo rozczarowania dla wszystkich zainteresowanych. Dla widzów, bo nie doczekali się zapowiadanego starcia z Janem Hoffmanem. Dla mieszkańców, bo przyszli z problemami, których w wielu przypadkach rozwiązać się po prostu nie da. No i dla samego prezydenta, bo – jak zaraz wykażę – stracił pięć głosów.
Ale po kolei.
Zmarnowałem w życiu już mnóstwo czasu na rzeczy absolutnie absurdalne. Na przykład próbowałem kiedyś nauczyć gołębia reagować na słowo "Gibon". Albo kilka razy wpadłem na sesję rady miasta, by posłuchać mądrości naszych samorządowców.
We wtorkowy wieczór postanowiłem podnieść poprzeczkę i zmarnować czas jeszcze bardziej. Wybrałem się na słynną Ławeczkę dialogu. Zapowiadało się bowiem wykwintne starcie prezydenta Miszalskiego z jednym z liderów akcji referendalnej, Janem Hoffmanem. Starcia nie było, więc ten punkt mamy już z głowy.
Samo spotkanie rozpoczęło się od wymiany serdeczności i uprzejmości między prezydentem a człowiekiem, który – podobnie jak Hoffman – także robi wszystko, żeby go z tego urzędu wyrzucić. Później było jeszcze nudniej.
W hali II LO było około 200 osób. „Zwykłych” mieszkańców – pięćdziesięciu, góra siedemdziesięciu. Reszta to urzędnicy, partyjni działacze wszelkiej maści oraz radni: miejscy i dzielnicowi. Czyli klasyczny krakowski miks: trochę realnych problemów i dużo ludzi, którzy zawodowo zajmują się ich omawianiem.
I zaczęło się wylewanie żali.
- Mieszkaniec I: nie chcę jednokierunkowej Starowiślnej!
- Mieszkaniec II: ja chcę jednokierunkową Starowiślną!
No i co? Da się? No właśnie. "Da się" to fajny, chwytliwy slogan, ale życie życiem.
Takich sytuacji było więcej.
- Jakiś pan mówił, że nie może zaparkować pod własnym domem i potrzebna jest jakaś tam strefa.
- Inny, że on się na tę strefę absolutnie nie zgadza.
- Jakaś pani narzekała, że dziewczynki w jakiejś szkole mają brzydkie łazienki.
- Kolejny pan czuł się pominięty przez dzielnicę, cokolwiek to znaczy w praktyce.
- A jeszcze inna pani tęskniła za ciszą i spokojem w centrum miasta.
- Jakiś pan chciał, by uporządkować miejsca postojowe na Długiej.
- Inny pan, by absolutnie tego nie robić, bo przecież mieszkańcy potrafią parkować.
Czyli klasyka gatunku: każdy ma rację, tylko że nawzajem się wykluczają.
Tymczasem prezydent – a właściwie pięciu prezydentów, bo był cały zestaw (główny, trzech zastępców i jedna zastępczyni, co – jak się zaraz okaże – ma bardzo duże znaczenie) – wraz z urzędnikami dwoili się i troili, żeby przypadkiem nikogo nie zlekceważyć. Odpowiedzi były merytoryczne, wyważone, momentami wręcz podręcznikowe. Tak nudne i przewidywalne, że równie dobrze mógłby tam stać bot i wygłaszać sztampowe hasła. Bez polotu i fantazji, czyli takie, jakich oczekuje się od urzędników. No ale w końcu to nie stand-up, nie trzeba było kupować biletów, więc i trudno zgłaszać reklamacje.
Efekt? Część ludzi wyszła niezadowolona.
Szacuję, że co najmniej siedmiu problemów nie da się rozwiązać bez tego, żeby ktoś poczuł się poszkodowany, bo występuje klasyczny konflikt interesów. A skoro ktoś się poczuje poszkodowany, to ktoś nie zagłosuje. Prosta matematyka: siedem głosów mniej.
Ale są też dobre wiadomości.
Podsłuchałem rozmowę dwóch pań. Jedna mówiła do drugiej: „bardzo sympatyczny ten prezydent”. Koniec cytatu. Zakładam więc, że Miszalski kupił jej głos wdziękiem. Zostaje minus sześć.
Z kolei z drugiej strony sali jeden z młodzieńców (tak na oko okolice czterdziestki) wyrażał się z dużym entuzjazmem na temat urody pani wiceprezydent. Nie przytoczę dosłownie, bo choć komplementy były szczere, to jednak niekoniecznie parlamentarne. W każdym razie dało się wyczuć, że ów jegomość zrobi wiele, by oglądać panią prezydent częściej. A to sugeruje, że jest zainteresowany utrzymaniem obecnego układu sił.
Czyli dwa głosy na plus.
Siedem minus dwa daje minus pięć. (Jakkolwiek to brzmi, ale wiecie o co chodzi)
I tak oto wyszło, że wtorkowy wieczór można było spożytkować lepiej. Na przykład ucząc gołębia reagować na „Gibon”. Przynajmniej byłaby jakaś szansa na efekt. Może nie od razu spektakularny, może po kilku godzinach Gibon nadal patrzyłby na mnie jak na wariata, ale jednak istniałaby jakaś perspektywa postępu. Jakaś droga, choćby kręta, prowadząca do celu.
A tutaj? Dwie godziny słuchania, mówienia, kiwania głową i rozchodzenia się do domów z dokładnie tym samym zestawem problemów. (OK, pewnie kilka zostało rozwiązanych, ale nie psuje do tezy i tempa tego tekstu).
ZOBACZ TAKŻE: Gibała tupie nogą, ale przegrywa ze zdrowym rozsądkiem i ekonomią
Gdybym został na rynku z garścią ziaren i odrobiną determinacji, to przynajmniej jeden gołąb miałby dziś szansę zrobić w życiu coś więcej niż tylko siedzieć i patrzeć. A tak – siedzieliśmy wszyscy. I efekt był dokładnie taki sam.
![TYLKO U NAS. Hareńczyk odpala bombę i zdradza kulisy walki o Kraków [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_310.jpg?5fc4f4e80304adc29a90b16d5eb63c2e)

![Kto stoi za akcją referendalną i ile naprawdę kosztuje? [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_293.jpg?5fc4f4e80304adc29a90b16d5eb63c2e)
















