Logo Kanał Krakowski
  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026

Obserwuj nas na:

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Reklama - duża
  1. Strona główna

Opinie

Wieczysta Comedy Club, czyli kabaret roszczeń ultrasów. Umrzecie ze śmiechu

Wieczysta Comedy Club, czyli kabaret roszczeń ultrasów. Umrzecie ze śmiechu

08 października 2025 | 18:39

No proszę, krakowska Wieczysta znów serwuje nam komedię godną najlepszych scen kabaretowych! Cyrk ruszył na całego, a na arenę wkroczyli kibole małego klubiku, który bez worka pieniędzy Wojciecha Kwietnia byłby co najwyżej osiedlową anegdotą między historią o pijanym sąsiedzie a wspomnieniem turnieju „dzikich drużyn”. Ultrasi (tak, Wieczysta ponoć ma ultrasów - lol, iksde!) postanowili wystosować swoje „żądania”. Cztery punkty, każdy bardziej absurdalny od poprzedniego. Toż to czysty kabaret – Monty Python mógłby się uczyć. Przywrócenie trenera Cecherza? Można sobie dyskutować, czy jego zwolnienie było słuszne, czy nie, ale wiecie co? To decyzja wyłącznie Kwietnia. Jego klub, jego kasa, jego zabawki. Chce – zatrudnia, chce – zwalnia, chce – maluje ławki na złoto. Chcecie lamentować nad odejściem „symbolu sukcesów”? Proszę bardzo, tylko pamiętajcie, że to Kwiecień wyciągnął Wieczystą z piłkarskiej piwnicy, a nie wasze okrzyki z trybun i transparenty z błędami ortograficznymi. Decyzja o trenerze to jego święte prawo, a wy możecie co najwyżej pisać petycje na forach, które i tak przeczyta może pięć osób i jeden bot z Allegro. Powrót na stadion przy Chałupnika? Ojej, jakże romantycznie! Tęsknota za „domem” i historią klubu brzmi jak ckliwy list do Mikołaja pisany w listopadzie po trzech grzańcach. „Zabierz nas z powrotem do przeszłości!” – jakby to był film science fiction. Gdyby powrót był możliwy, to pewnie by wrócili, nie? Ale świat idzie naprzód, a Wieczysta – dzięki, a jakże, Kwietniowi – razem z nim. Stadion to nie kapliczka dla waszych wspomnień, drodzy ultrasi. To nie muzeum nostalgii, gdzie możecie płakać nad starymi zdjęciami i opowiadać, jak to kiedyś „było serducho w szatni”. Czas się obudzić, panowie romantycy futbolu osiedlowego. Ale teraz trzymajcie się krzeseł, bo reszta żądań to już poziom Monty Pythona spotykającego kabaret Hrabi na wspólnej próbie generalnej. Przejrzystość finansów? Serio? To może od razu dajcie im hasło do konta bankowego Kwietnia, a przy okazji PIN do karty i klucze do garażu? Bez jego milionów Wieczysta byłaby co najwyżej królem podwórkowych sparingów, a wy chcecie audytu jego portfela? Śmieszne to tak samo, jak żądanie wglądu w rachunki sąsiada, bo kupił lepszy samochód i przestał pożyczać wam szlauch do mycia auta. I hit sezonu: jeden procent budżetu na wasze kibicowskie stowarzyszenie! Jeden procent! To już nie jest tupanie nogą, to taniec na linie nad przepaścią absurdu, z konfetti i orkiestrą dętą w tle. Myślicie, że Kwiecień będzie finansował wasze flagi, race i transparenty, bo inaczej co? Rzucicie szalikami i pójdziecie do domu obrażeni jak dzieci po przerwanym meczu FIFA? To już nawet w przedszkolu przy stole z plasteliną mają bardziej realistyczne postulaty. CZYTAJ TAKŻE: Emocje zamiast rozumu. Jak poseł z Krakowa chce budować kolejny stadion Klub Przyjaciół Wieczystej, czyli ci, którzy jeszcze mają kontakt z rzeczywistością, słusznie gaszą te fanaberie ultrasów. Stoją murem za Kwietniem, który zresztą jest jedynym powodem, dla którego Wieczysta w ogóle istnieje na piłkarskiej mapie, a nie w rubryce „inne kluby nieaktywne” w roczniku PZPN. Bez niego ten klubik byłby tylko wspomnieniem na osiedlowych ławkach, między jednym browarem a drugim. Więc zamiast pisać manifesty rodem z telenoweli i bawić się w piłkarskich rewolucjonistów z megafonem, może by tak zwyczajnie podziękować człowiekowi, który płaci za wasze piłkarskie marzenia? Bo bez niego wasze „żółto-czarne” barwy świeciłyby co najwyżej na proporczykach w antykwariacie i w zakurzonych wspomnieniach lokalnych kronikarzy.

Więcej…

Strzeż nas Boże od przyjaciół. Czy wiceprezydent Mazur wytrwa do końca kadencji?

Strzeż nas Boże od przyjaciół. Czy wiceprezydent Mazur wytrwa do końca kadencji?

02 października 2025 | 17:07

Musi Aleksander Miszalski nie dość, że rozglądać się na boki, to jeszcze oglądać się za siebie, bo jego prezydentura nie jest usłana płatkami róż, nie podają mu małmazyj do posiłków, a i czasami pod górkę na rowerku trzeba pocisnąć. Bo wrogowie osaczają naokoło, a i przyjaciele jacyś tacy niepewni. O tych co podskakują od boków i w łydki kąsają pisać nie ma po co, wszyscy, co obserwują politykę krakowską, doskonale wiedzą, że gromadzi ich wokół siebie jak szum na rosole ta wystająca łodyżka selera - Łukasz Gibała. Tam są i wierne druhny i wierni druhowie wszystkich porażek Łukasza z ostatnich 20 lat działalności (czym się sam chwali ostatnio!), i ci, z którymi próbuje po każdej porażce zaczynać od nowa. Tam są i ci, co groszem nie śmierdzą, a uszczknąć coś z rodzinnej fortuny by chcieli. Tam są ostatnio nawet dosyć egzotyczni koalicjanci z PiSu czy Konfederacji, którzy za słabi są, by w demokratycznych wyborach wygrać wybory w Krakowie i liczą, że wywołany za pieniądze Gibały chaos przyniesie jakieś nowe, świeże rozwiązania. Tajemnicą poliszynela jest to, o czym ćwierkają wszystkie krakowskie wróbelki, że krakowskie referendum o odwołanie Aleksandra Miszalskiego ma być próbą dla przyszłej koalicji dla PiSu i Konfederacji. Takie poletko doświadczalne dla dużych działań. Równie szeroko wróble otwierają dzióbki, że zbiórka podpisów trwa w najlepsze - w terminie późniejszym uzupełni się tylko daty, kiedy zapadnie decyzja o organizacji referendum. ZAOBACZ TAKŻE: Prezydent po decyzji prokuratury: odetchnąłem Ale musi również prezydent Miszalski nabrać stałego nawyku oglądania się za siebie i obserwacji najbliższego otoczenia.  Dzisiejszy poranek przyniósł informację, że po dwóch latach prokuratura okręgowa umorzyła postępowanie po doniesieniu jakie ówczesny rektor Uniwersytetu Ekonomicznego Stanisław Mazur złożył w stosunku do swoich bliskich współpracowników - prorektora i dyrektora jednostki studiów podyplomowych. Rektor ogłosił całemu Krakowowi, w tym środowisku akademickiemu, że obydwaj panowie narazili kierowaną przez niego uczelnię na poważne straty finansowe, podpisując niejasne umowy, jeden z drugim, no i dobrze że to zauważono, bo taki czyn to zgroza, ujma na honorze i poważne straty. Prokuratura wszczęła śledztwo, poinformowała, że czyn zagrożony jest karą do 8 lat pozbawienia wolności i zaczęła mielić materiał. Obydwaj panowie - prorektor prof. Piotr Buła i dyrektor dr Jakub Kwaśny, stracili swoje stanowiska, myślę też, że wiele stracili w oczach środowiska i niektórych kolegów. Obydwaj od początku twierdzili, że nie zrobili nic nielegalnego, że wszystko było pod kontrolą i za wiedzą służb rektora, i wytoczyli rektorowi proces o zniesławienie.  ZOBACZ TAKŻE: Kto płaci za nagonkę? Kocurek mówi o inwigilacji. Padają nazwiska [WYWIAD] Dziś wiemy, że prokurator śledztwo umorzył, proces o zniesławienie trwa, a bohaterowie tych wydarzeń są w zupełnie różnych miejscach. Prof. Buła dzięki aferze, która dziwnym trafem zbiegła się z kampanią wybroczą na uczelni wypadł z obiegu i możliwości kandydowania na urząd rektora uniwersytetu (rektorem został namaszczonym przez Mazura kandydat), dr Kwaśny został wybrany prezydentem Tarnowa, mając jednak przez ostatnie dwa lata prokuratora na karku, a prof. Mazur został… zastępcą Aleksandra Miszalskiego, rezygnując ze ubiegania się o wybór na stanowisko prezydenta Krakowa, wnosząc za to w kampanię Miszalskiego kilka procent poparcia i całą swoją politologiczną wiedzę o budowaniu metra.  Pytanie jakie w związku z powyższym nasuwa się mi, skromnemu felietoniście skromnego kanału, jest następujące: czy prezydent Mazur wytrwa do końca kadencji na obecnym stanowisku? Gdybym miał stawiać na to pieniądze - nie zaryzykowałbym.

Więcej…

 Natura jest nieubłagana: większość z nas nie dożyje otwarcia pierwszej linii metra

Natura jest nieubłagana: większość z nas nie dożyje otwarcia pierwszej linii metra

25 września 2025 | 19:52

No i proszę – LoveKraków podał wyniki sondażu, które powinny dać wszystkim fanom krakowskiego „metra” solidnie do myślenia. Ponad 77 procent mieszkańców nie wierzy, że w 2028 roku ruszą pierwsze prace. Nie „może”, nie „zobaczymy” – zwyczajnie nie wierzy. A wśród priorytetów? Najpierw ulice i chodniki, potem tramwaje, dopiero gdzieś dalej – podziemna kolejka. Metro marzeń na czwartym miejscu. Pamiętacie referendum sprzed lat? Pytanie brzmiało po prostu: „Czy jesteś za budową metra?” Bez kontekstu, bez rachunku zysków i strat. No to kto miał powiedzieć „nie”? Metro brzmi sexy, pachnie nowoczesnością. Ale gdyby zapytać inaczej: – Czy jesteś za metrem kosztem nowych linii tramwajowych i autobusowych? – Czy jesteś za metrem kosztem remontów ulic, chodników, mostów i torowisk? – Czy jesteś za metrem kosztem nowych szkół, przedszkoli i parków? – Czy jesteś za metrem kosztem podwyżek cen biletów i podatków miejskich? Czy odpowiedzi wyglądałyby tak samo entuzjastycznie? Śmiem wątpić. Dzisiejsza władza oczywiście nie wycofa się z pomysłu, bo połowę kampanii zbudowała na obietnicy tunelu pod miastem. Ale bądźmy szczerzy: wielu z nas – może większość czytających te słowa – nie dożyje chwili, gdy po Krakowie naprawdę pojedzie pierwsza linia metra. Natura jest nieubłagana: mimo że średnia długość życia się wydłuża, to tempo inwestycji w Polsce się nie zmienia. Być może z metra skorzystają dopiero nasi prawnukowie. Chociaż ukazanie przebiegu trasy robi wrażenie: Jednak już na starcie, na etapie papierologii, są opóźnienia, a jeszcze nikt nawet nie zaczął kopać. I dlaczego nagle samo kopanie miałoby się udać bez przeszkód, skoro najprostszy remont w tym kraju od dekad potrafi się przeciągać? To nie jest złośliwość pod adresem obecnych władz – to polska tradycja. Tak było wczoraj, tak jest dziś i tak będzie jutro, niezależnie od tego, kto zasiada w gabinetach. Kraków nie jest wyjątkiem – w każdym większym mieście w Polsce historia jest ta sama. ZOBACZ TAKŻE: TYLKO U NAS! Tak mogą wyglądać wagony krakowskiego metra A metro? To nie jest zwykła droga do załatania, to gigantyczny tunel pod jednym z najstarszych i najbardziej skomplikowanych geologicznie miast w Europie. Kto wie, co tam naprawdę leży pod ziemią? Jakie znajdują się tam piwnice, cmentarzyska, rury czy inne elementy podziemnej infrastruktury, których nie ma na żadnej mapie. Jedno „niespodziewane” znalezisko archeologiczne potrafi wstrzymać inwestycję na miesiące, jeśli nie lata. W Krakowie? Raczej na lata. Więc zanim znów damy się porwać wizjom kolorowych wagoników sunących pod krakowską ziemią, warto zadać to niewygodne pytanie: czy naprawdę potrzebujemy metra bardziej niż sprawnych tramwajów, autobusów, dobrych chodników, bezpiecznych mostów i szkół dla naszych dzieci? Bo jeśli marzy się nam szybkie, nowoczesne miasto, to może zacznijmy od tego, co faktycznie da się skończyć w tym stuleciu.

Więcej…

Dzień bez samochodu, czyli darmowa komunikacja dla tych, co mają najdroższe fury

Dzień bez samochodu, czyli darmowa komunikacja dla tych, co mają najdroższe fury

22 września 2025 | 12:48

– Darmowa komunikacja miejska to wciskanie kitu, że Kraków dba o planetę i ma tyle sensu, co parasol w huraganie. Mówienie, że właściciel nowego BMW odkryje uroki tramwaju, to bajka. Kto naprawdę ma kasę, i tak wybierze własny fotel, nie gumową poręcz w zatłoczonym wagonie, obok śmierdzącego plebsu – pisze nasz dziennikarz Łukasz Mordarski. 22 września – „Dzień bez Samochodu”. Międzynarodowe święto, rzekomo w imię ratowania planety. Kraków, oczywiście, nie może zostać w tyle. Darmowe tramwaje, darmowe autobusy, a władze klepią się po plecach: „Patrzcie, jak pięknie zachęcamy kierowców do przesiadki!”. Tylko że to ma tyle sensu, co parasol w huraganie. Kogo to niby skusi? Kierowców 15-letnich passatów, którzy od dnia zdania prawka traktują auto jak protezę? Ich przyzwyczajenie pęknie co najwyżej na łożu śmierci. A może tych prawdziwych królów asfaltu – w SUV-ach wielkich jak stodoła, w leasingowanych limuzynach? Oni mają wywalone. Benzyna po siedem? Pół biedy. Parking w centrum za piętnaście złotych za godzinę? Grosze. To ludzie, którzy równowartość miesięcznego biletu okresowego zostawiają w jednej knajpie z sushi. A to właśnie im fundujemy darmowy przejazd. Pan w garniturze, który rano pali gumę pod biurowcem, nagle wsiada w tramwaj i czuje się jak ekologiczny bohater. Tyle że nie o pieniądze tu chodzi. Kto naprawdę ma kasę, i tak wybierze własny fotel, nie gumową poręcz w zatłoczonym wagonie, obok śmierdzącego plebsu. „Dzień bez Samochodu” to nie promocja, tylko jednorazowa fotka do folderu „Kraków dba o środowisko”. Bez prawdziwej, realnej zmiany. Bo zamiast ekologii mamy festyn pozorów. Darmowa komunikacja? Jasne, niech korzystają ci, którzy i tak codziennie jeżdżą autobusami i tramwajami: uczniowie, pracownicy zmianowi, emeryci. Im się należy. Ale wciskanie kitu, że właściciel nowego BMW odkryje uroki tramwaju, to bajka. Tak oto wygląda ten „Dzień bez Samochodu”. Jeden wielki darmowy przejazd dla tych, którzy go wcale nie potrzebują.

Więcej…

Owca: "Ta sprawa jest niewygodna dla władz miasta". W tle wielkie pieniądze

Owca: "Ta sprawa jest niewygodna dla władz miasta". W tle wielkie pieniądze

22 września 2025 | 08:12

– Nie będziemy w Krakowie zamykać oczu na zbrodnie wojenne, tylko dlatego, że to niewygodne dla władz miasta – pisze dla Kanału Krakowskiego Aleksandra Owca, krakowska radna i współprzewodnicząca partii Razem. Poniższy tekst jest polemiką do naszego artykułu: Wiemy, ile pieniędzy stracą krakowianie na propozycji radnej od Gibały. "To absurd". Partia Razem stoi po stronie silnych, dostępnych i dobrze dofinansowanych usług publicznych. Transport publiczny to jedno z największych wyzwań dla każdego dużego miasta. Tylko jego przemyślany rozwój umożliwia wygodne przemieszczanie się mieszkańcom bez względu na grubość ich portfela, wiek czy sprawność. Dlatego zarówno w mojej działalności Radnej Miasta Krakowa jak i w akcjach struktur krakowskich Partii Razem wielokrotnie poruszaliśmy temat rozwoju torowisk, częstotliwości kursów autobusów czy kolei w mieście - a także warunków zatrudnienia kierowców, „outsourcingu” w świadczeniu usług transportowych. Nie będziemy uciekać też przed pytaniami, które powinniśmy mieć odwagę sobie zadać, także w Krakowie: komu płacimy publicznymi pieniędzmi i do czego te pieniądze są wykorzystywane. Moja interpelacja oraz nagłośnienie sprawy spotkały się z oburzeniem polityków, którzy rządzą naszym miastem. Firma Mobilis jest w pełni zależna od izraelskiej firmy Egged Holding Limited, która posiada 100% udziałów w spółce, jest jej właścicielem. Egged zapewnia usługi przewozowe na terenach okupowanych przez Izrael tj. Zachodniego Brzegu i Wschodniej Jerozolimy. Wschodnia Jerozolima oraz Zachodni Brzeg to teren Palestyny, nielegalnie okupowany przez Izrael od 1967 roku. Polska przestrzega prawa międzynarodowego. Uznajemy, że zbrodnie wojenne są niedopuszczalne, uznajemy orzeczenia Międzynarodowego Trybunału Karnego, jesteśmy dumnym członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Działania izraelskiego rządu łamią te zasady. Egged bierze w tych działaniach udział. Firma figuruje na liście podmiotów zaangażowanych w utrzymanie i rozbudowę nielegalnych osiedli izraelskich w Palestynie, opublikowanej już w 2020 roku przez Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka. CZYTAJ TAKŻE: Polityk PiS zapowiada ofensywę: "Wszyscy, byle nie Miszalski i jego klakierzy" [WYWIAD] Trudno w takiej sytuacji zrozumieć, dlaczego w październiku 2024 roku miasto Kraków podpisało z firmą Mobilis umowę na 10 lat i ponad miliard złotych z miejskiego skarbca. Moja interpelacja z prośbą o wyjaśnienia oraz nagłośnienie sprawy przez działaczy krakowskiej Partii Razem spotkały się z oburzeniem polityków, którzy rządzą naszym miastem. Rozumiem, że dla władz miasta ta sprawa jest niewygodna - ale odpowiedzialnie zarządzane miasto powinno sobie zadawać dokładnie to pytanie: dlaczego z miejskiej kasy płacimy grupie kapitałowej, zamieszanej w nielegalną okupację, zamiast działającej spółce miejskiej bądź innym, polskim przedsiębiorstwom? Taki kontrakt powinien być gruntownie badany pod kątem zagrożeń. Z odpowiedzi na moją interpelację dowiedziałam się, że Mobilis był jedyną firmą startującą w przetargu i że „Zarząd Transportu Publicznego nie analizował potencjalnych udziałów innych firm we własności Spółki Mobilis” oraz że „ZTP nie przeprowadzał analizy działalności firm, które nie złożyły ofert w postępowaniu o zamówienie publiczne, o którym mowa powyżej”. Dlaczego? Analiza własności spółki, a także analiza działalności grupy kapitałowej są normalnymi działaniami, który każdy poważny podmiot na rynku przeprowadza w ramach audytu czy pogłębionego researchu przed zawarciem dużego kontraktu – na przykład takiego jak dziesięcioletni kontrakt na ponad miliard złotych na świadczenie usług z zakresu kluczowej infrastruktury miejskiej. CZYTAJ TAKŻE: Wiemy, ile pieniędzy stracą krakowianie na propozycji radnej od Gibały. "To absurd" Radny Grzegorz Stawowy atakuje Partię Razem twierdząc, że umowa z Mobilisem jest niemożliwa do rozwiązania. To oznacza, że problem jest jeszcze większy. Taki kontrakt powinien być gruntownie badany pod kątem zagrożeń (na przykład sankcji międzynarodowych), pod kątem AML czy pod kątem udziału osób, które mogą podlegać ograniczeniom ze względu na swoją odpowiedzialność za udział w łamaniu prawa. Tymczasem, jak dowiadujemy się z odpowiedzi miasta, nic takiego nie miało miejsca.  Miasto płaci miliard złotych jedynej spółce, która się zgłosiła, radośnie wystawiając mieszkańców na duże ryzyka. Nie będziemy w Krakowie zamykać oczu na zbrodnie wojenne, tylko dlatego, że to niewygodne dla władz miasta. Jako Partia Razem jesteśmy za zdecydowaną reakcją naszego państwa wobec łamiących prawo międzynarodowe działań Izraela. Popieramy wprowadzenie embargo na eksport, import i tranzyt broni do i z Izraela, a także wprowadzenie sankcji osobistych na osoby odpowiedzialne za ludobójstwo Palestyńczyków. Takie sankcje zostały słusznie zastosowane w przypadku Rosji. Jesteśmy za natychmiastowym zawieszeniem umowy stowarzyszeniowej Unii Europejskiej i umów handlowych z Izraelem na poziomie unijnym. CZYTAJ TAKŻE: Szef krakowskiej PO nie gryzie się w język! "Ogarnia mnie obrzydzenie" [WYWIAD] Nie będziemy w Krakowie zamykać oczu na zbrodnie wojenne, tylko dlatego, że to niewygodne dla władz miasta. Skoro politycy Platformy zorientowali się już, że zawarliśmy z Egged „miliardowy, dziesięcioletni kontrakt”, to może zadadzą sobie pytanie, dlaczego zawieramy miliardowe, dziesięcioletnie kontrakty z firmami, nie robiąc podstawowego audytu? Dlaczego zawieramy je bez uwzględnienia długoterminowego interesu miasta, rozwoju branży w kraju czy chociaż w regionie, o zagrożeniach geopolitycznych nie wspominając? Może w końcu dojrzeją też do pytania: co zrobić, żeby takich błędów nie powtarzać? Aleksandra Owca, Partia Razem, Radna Miasta Krakowa

Więcej…

Plotki i piana, czyli Kanał Krakowski to nie Lovekrakow.pl

Plotki i piana, czyli Kanał Krakowski to nie Lovekrakow.pl

16 września 2025 | 16:06

Słyszycie to? To nie szum Wisły, to brzęczenie plotek, które jak natrętne muchy latają nad Krakowem. Gadają, że Kanał Krakowski to niby „drugie dziecko” Patryka Salamona, tego naczelnego od Lovekrakow.pl. Serio?! No ludzie kochani! To nie jest żart, to jest żenada. Takie plotki są jak zgniłe jabłko w koszyku: śmierdzą i psują wszystko wokół. My, Kanał Krakowski, mamy dość tego szamba. Brzydzimy się takimi bzdurami. I stanowczo mówimy: NIE. Zastanówcie się, kto rozsiewa takie głupoty? Pewnie ci sami, co myślą, że Lovekrakow.pl to jakiś święty Graal krakowskiego dziennikarstwa. Proszę was, ten portalik to pomnik nadęcia. To takie miejsce, gdzie każdy artykuł brzmi, jakby autor pisał go w smokingu, popijając espresso z porcelanowej filiżanki. Wszystko tam jest takie… przeintelektualizowane. Jakby pisali dla samych siebie. Dla kawiarnianych elit, które kiwają głowami nad „analizami urbanistycznymi” i znają na pamięć rozkład linii tramwajowych, ale zapomnieli, jak wygląda życie na blokowiskach. Lovekraków.pl to taki krakowski Trzaskowski – błyszczy, mówi w pięciu językach, rzuca mądrymi słówkami, ale jak przyjdzie co do czego, to zwykły człowiek tylko przewraca oczami i pyta: „O co mu chodzi?”. Organizują te swoje gale, w których gotują się w sosie krakowskich niby-elit. W garniturkach szytych na miarę i jedwabnych krawatach udają, że są lepsi niż przeciętny pan Krzyś, taksówkarz czy pani Jadzia, która sprzedaje marchewkę na bazarku. Nie wierzycie? To patrzcie tutaj, jacy wyfiokowani ludzie na piątkowej gali: Dwie legendy, jedna nagroda. Pełna sala na Gali LoveKraków.pl. A my? My jesteśmy jak Nawrocki – prości, bezpośredni, z krwi i kości. Nie uciekamy przed selfie z Wami na Rynku (tzn. nie uciekalibyśmy, gdybyście chcieli), nie boimy się powiedzieć, że coś jest do bani, i nie potrzebujemy tłumacza, żeby wyjaśnić, o co nam chodzi. Jesteśmy dla tłumów, dla tych, co chcą wiedzieć, co słychać w mieście, bez tego całego zadęcia i przeintelektualizowanego bełkotu. Nie musimy się stroić w garnitury i organizować gal, żeby poczuć się ważni. My jesteśmy ważni, bo jesteśmy z Wami – na osiedlach, w tramwajach, na stadionach, tam, gdzie bije prawdziwe serce Krakowa. I wiecie co? Historia już pokazała, jak kończą się takie starcia, gdy jeden błyszczy na salonach, a drugi mówi, jak jest. Bo to ten drugi zostaje... no w tym przypadku to akurat Prezydentem RP! Lovekrakow.pl może sobie urządzać swoje gale, gdzie poklepują się po pleckach, piją drogie prosecco i udają, że zmieniają świat. Ale to tylko piana, która opada szybciej, niż im się wydaje. Ubijać pianę we własnym sosie? To ich specjalność. My wolimy konkrety: błoto, pot i prawdziwe życie, bez filtrów i pozowania. O, tutaj na przykład wylewa się gnojówka: Jedziemy z furą gnoju. Wbijajcie. Będzie śmiesznie. Kanał Krakowski to głos ulicy, nie salonów. Nie potrzebujemy czerwonych dywanów, żeby wiedzieć, kim jesteśmy. Robimy swoje, a Wy dobrze wiecie, po której stronie jest prawda. I to nie ta w smokingach. Gdybyśmy się obrażali, to takie sugerowanie, że nasz portal to "dziecko" redaktora Salamona, by nas obrażało. Na szczęście nie każdy może nas obrazić. Bo, jak mówiła Dorota Wysoka-Schnepf, jak ktoś na nią wymiotuje w autobusie to coś tam coś tam... PS. Na zdjęciu tytułowym jest przekreślone jeszcze stare logo Lovekraków.pl. Już po napisaniu tego tekstu, portal redaktora Salamona przeszedł rebranding. Moglibyśmy napisać coś złośliwego, ale wrzucimy tylko nowe logo. To komentuje się samo. Nowe logo Lovekraków.pl

Więcej…

"Ja tu panią odkażę". Białe ludziki tłumaczą się z ataku w urzędzie

"Ja tu panią odkażę". Białe ludziki tłumaczą się z ataku w urzędzie

15 września 2025 | 22:00

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Wasza mama / żona / córka pracuje na kasie w Żabce. Nagle do sklepu wpada dwóch pobudzonych, przebranych i zamaskowanych ludzi. Przystawiają jej przedmiot przypominający broń do skroni i mówią: dawaj kasę! Przerażona kasjerka (Wasza mama, żona, córka) próbuje jakoś wybrnąć z sytuacji. Nie dyskutuje. Zachowuje pozorny spokój. A w środku cała drży.  Sprawcy wychodzą. Roztrzęsiona kasjerka zostaje w miejscu pracy, jest zdruzgotana. Tymczasem kilka godzin po napadzie, w sieci pojawia się filmik, na których napastnicy ściągają maski, pokazują „pistolet”, którym zaatakowali kasjerkę i mówią: „Hehe, to był zabawka, pistolet na wodę, hehe. Co za idiotka pomyślała, że to prawdziwa broń, hehe”. Śmieszne? Bo właśnie tak pomyśleli członkowie skompromitowanej w Krakowie „Uśmiechniętej Brygady”, która zaatakowała krakowski urząd. Wcześniej odprawiając cyrk w kombinezonach na Placu Wszystkich Świętych, ku konsternacji turystów i osób postronnych, których – pomimo trzydniowego montażu – nie udało się w całości „wyciąć” z kadrów. Atak w urzędzie Członkowie skompromitowanej „Uśmiechniętej Brygady” wtargnęli do urzędu miasta przebrani w białe kombinezony, z maskami na twarzy, z jakąś dziwną substancją w ręce i… „przywalili się” do Bogu ducha winnych urzędniczek. Mocno pobudzeni, krzycząc coś półsłówkami o „epidemii” i „zakażeniu”, „poinformowaniu straży miejskiej”, próbowali przekazać coś prezydentowi, zaczepiając… pracownice z dziennika podawczego, w którym znajdowały się również osoby postronne. – Ja tu panią odkażę – mówi biały przebieraniec w maseczce, po czym spryskuje blat niewiadomą substancją, w obklejonym taśmą pojemniku. CZYTAJ TAKŻE: Bojówka zaatakowała mieszkańców w urzędzie. Czy Gibała zatrzyma to szaleństwo? Jeśli ktoś jeszcze przez chwilę myślał, że tym ludziom chodzi o jakieś happeningi czy polityczny spór, teraz mógł się przekonać, że są to wyłącznie kibolskie metody i próby zdobycia władzy. I tak, kibolstwo nie jest tu przypadkowe. Dlaczego? Brygada z Rynku Hejterskiego Za żałosnym i masowo krytykowanym przez mieszkańców happeningiem stoją Grzegorz Krzywak i Tomasz Borejza, którzy swoim hejterskim wyczynem… sami pochwalili się w sieci. Krzywak w swoim filmie mówi wprost – chciałem to zrobić z moim kolegą Mateuszem Jaśką. Tak, TYM Mateuszem, któremu jeszcze niedawno z nazwiska pozostała tylko pierwsza litera. Tym Mateuszem, który nie miał żadnych oporów, by grozić dziennikarzowi, zastraszać go (za co niedawno usłyszał prawomocny wyrok), wdawać się w bójki, a nawet - wg zeznań ujawnionych przez Wirtualną Polskę - „uderzać w twarz kobietę”. No ale tym razem Jaśko nie mógł wziąć udziału w akcji, zatem Krzywak postanowił tylko „panią odkazić”. Strach był PRAWDZIWY! – Zatrzymajmy się na chwilę. Jak mogły się czuć te kobiety? Jak każda z nas, która spędza osiem godzin w pracy, starając się wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej: bez względu na przekonania polityczne, poglądy czy okoliczności. Zostały zaatakowane, zaskoczone, upokorzone. Nie za to, co zrobiły, ale dlatego, że akurat znajdowały się na swoim stanowisku – komentuje radna Agnieszka Łętocha. – Dwóch młodych mężczyzn, zdecydowało się na przemoc symboliczną, mającą wywołać szok, upokorzenie, lęk. Jaki efekt chcieli osiągnąć? Ośmieszyć? Sterroryzować urzędników? A może po prostu zyskać chwilę "sławy" w mediach społecznościowych? Trudno mówić o praworządności, gdy samemu łamie się podstawowe zasady współżycia społecznego, jak szacunek, bezpieczeństwo, godność drugiego człowieka. Protest to prawo. Przemoc to przemoc – dodaje. I tak, bez znaczenia jest, że „pistolet” nie był prawdziwy, że to była zabawka. Bo STRACH BYŁ PRAWDZIWY! Fala sprzeciwu wobec nienawiści – Co jeszcze musi się wydarzyć żeby co niektórzy się opamiętali? – pyta radny Piotr Moskała. Nawet przeciwnicy obecnego prezydenta Krakowa, politycy PiS, potępiają ten atak. - Mam nadzieję, że sprawcy zostaną ukarani. Mieszanie do polityki pracowników urzędu jest karygodne - uważa radny Michał Ciechowski. CZYTAJ TAKŻE: Krakowianie potępiają incydent w urzędzie. "To już terroryzm" Przypomnijmy, cała akcja została zorganizowana dwa dni po tym, gdy do Polski wleciały rosyjskie drony. Sytuacja była i nadal jest bardzo napięta. Niewiele wcześniej, bo przecież w tym roku, doszło do tragicznych zdarzeń w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie (pacjent zabił lekarza) i na Uniwersytecie Warszawskim (student zaatakował siekierą 53-letnią portierkę i zabił ją na miejscu oraz ciężko ranił pracownika straży uniwersyteckiej). Ten powszechnie krytykowany dziwny happening „Uśmiechniętej Brygady” nie jest więc jedynie kolejnym skandalem w internecie, który zniknie po kilku dniach. To realny atak na poczucie bezpieczeństwa mieszkańców i pracowników instytucji publicznych – w mieście, które i tak od miesięcy żyje w cieniu niepokoju. Takie „żarty” nie tylko eskalują lęk, lecz także podważają zaufanie do tego, że zwykła codzienność – w urzędzie, w sklepie, w pracy – może być wolna od przemocy. Na razie nie wiadomo, czy sprawcy poniosą konsekwencje – tym zajmują się odpowiednie służby. Ale równie ważne jest, byśmy jako społeczeństwo jasno powiedzieli: to nie happening, to przestępstwo. I nie ma na nie przyzwolenia. CZYTAJ TAKŻE: Czy Miszalski popełnił przestępstwo? Prokuratura obnaża manipulacje

Więcej…

Jedziemy z furą gnoju. Wbijajcie. Będzie śmiesznie

Jedziemy z furą gnoju. Wbijajcie. Będzie śmiesznie

13 września 2025 | 11:44

Zbierzmy gnojówkę. Furę świeżego, naturalnego gówna prosto od krów z podkrakowskich wsi. I wylejmy ją – oczywiście w ramach happeningu – a… na przykład do biura takiego stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców - pisze nasz dziennikarz Łukasz Mordarski. Słyszeliście? Banda oszołomów w maskach i fartuchach wtargnęła do krakowskiego magistratu i rozpyliła jakąś nieznaną substancję, która podrażniła oczy i błony śluzowe nieszczęsnych urzędniczek. A że akurat przy okienkach swoje sprawy załatwiali zwykli mieszkańcy, to cud, że w tych niespokojnych czasach (ruskie drony krążące nad Polską, widmo wojny na horyzoncie) nie wybuchła panika. Prezydent Miszalski słusznie grzmi: to akt agresji. No i teraz te oszołomy tłumaczą się w sieci, że to przecież, hehe, fajny żarcik. Happening! Że oni to wcale nie rozpuszczali syfu, który wyżre ci oczy, ale jakiś „odświeżacz powietrza”. Wodę z mydłem. Albo po prostu miksturę bez szkodliwych substancji – bo tak twierdzą sprawcy, którzy po fakcie wrzucają filmiki na social media. Ciekawe, skąd mieli o tym wiedzieć ci ludzie w kolejce, którzy przyszli załatwić swoje codzienne sprawy? Zamaskowany typ w fartuchu rozpyla coś na dzienniku podawczym, a oni niby jak mieli odczytać jego intencje? Że to nie gaz pieprzowy, tylko ekologiczny spray na muchy? Inna sprawa: skąd te przygłupy w ogóle wiedzą, jakie substancje i komu szkodzą? Chemicy z nich? Czy po prostu amatorzy happeningu, co liczą, że ich „sztuka” wybaczy im brak odpowiedzialności? CZYTAJ TAKŻE: Krakowianie potępiają incydent w urzędzie. "To już terroryzm" Fajny happening, no nie? No to idźmy dalej. Jako Kanał Krakowski mamy zajebisty, genialny pomysł! Zorganizujemy happening. Albo lepiej: performance. Bo to przecież będzie sztuka. Taka nowoczesna. Gówniana nawet – dosłownie. Drodzy Krakowianie, zbierzmy gnojówkę. Kompost. Furę świeżego, naturalnego gówna prosto od krów z podkrakowskich wsi. I wylejmy ją – oczywiście w ramach happeningu – a… na przykład do biura takiego stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców. Performance może wyglądać tak: najpierw zbierzemy od wszystkich chętnych po wiaderku gnoju. Później przeładujemy wszystko na taczki (albo i osiem taczek, dla dramatyzmu) i rozładujemy to wszystko w siedzibie stowarzyszenia Łukasza Gibały. Dlaczego Gibały? – zapytacie. A dlaczego nie? Tak sobie tylko hipotetyzujemy. Na mieście mówią, że radny lubi happeningi, więc być może tego typu performance też mu się spodoba. W końcu to jego styl: prowokacja, media, buzz. Wylejemy mu gówno w biurze. Obleśne! – powiecie. Obrzydliwe? Przekroczenie granic? Nie żartujecie! Przecież to tylko gnojówka! Naturalna, nieżrąca substancja. Zapach polskiej wsi, eko-feromon dla much i symbol powrotu do korzeni. A przy okazji, smak mojej młodości (nie dopytujcie, to był tylko jeden drobny incydent). Za młodu (ponoć przypadkowo) wykąpałem się w niej i żyję. Czyli nie szkodzi. CZYTAJ TAKŻE: Bojówka zaatakowała mieszkańców w urzędzie. Czy Gibała zatrzyma to szaleństwo? Idąc tokiem rozumowania tych przygłupów, którzy rozpylili syf w magistracie, będzie super zabawa. Zero chemii, pełna biologia i jeszcze ekologicznie! Potem wrzucimy filmik: „To nie atak, to sztuka! Gnojówka jako metafora politycznego nawozu!”. I teraz, Drodzy Czytelnicy, pytanie na dziś: czy wylanie komuś gówna na środek biura to jeszcze happening, czy już przekroczenie granic? Gdzie są te granice? Kto je wyznacza: „artysta” w masce czy ofiara z podrażnionymi oczami? Dlaczego naturalna gnojówka o zapachu polskiej wsi jest lepsza lub gorsza od nieznanej substancji, którą jakieś przebrane oszołomy rozpryskują na dzienniku podawczym magistratu? Bo jedna śmierdzi, a druga piecze? A może obie to po prostu chamstwo opakowane w etykietkę, hehe, śmiesznego happeningu? * Gdyby ktoś nie zrozumiał przesłania: nie nawołujemy do oblewania kogokolwiek gównem, ale stawiamy pytanie o granice politycznej walki.

Więcej…

Krakowianie potępiają incydent w urzędzie. "To już terroryzm"

Krakowianie potępiają incydent w urzędzie. "To już terroryzm"

12 września 2025 | 20:21

"Potraktować jak terroryzm i dać sygnał kolejnym oszołomom", Mam nadzieję, że sprawcy zostaną ukarani", "Trzeba być nie lada debilem by mieć ubaw z takiego powodu" - to tylko niektóre komenatrze pod informacją o groźnym incydencie, do którego doszło w piątek w krakowskim urzędzie. Prezydent Aleksander Miszalski poinformował, że "na dzienniku podawczym została rozpylona drażniąca substancja. Narażeni zostali pracownicy urzędu oraz mieszkańcy, którzy w tym czasie załatwiali swoje sprawy. Poszkodowane urzędniczki skarżą się na podrażnienia błon śluzowych". Więcej o tym ataku pisaliśmy tutaj: Bojówka zaatakowała mieszkańców w urzędzie. Czy Gibała zatrzyma to szaleństwo? Do przeprowadzenia całej akcji w mediach społecznościowych przyznali się Grzegorz Krzywak i Tomasz Borejza. Obaj związani z Łukaszem Gibałą. Tłumaczyli w mediach, że był to... happening. źródło: FB - Nawet najbardziej idiotycznym happeningiem można narazić osobę postronną na niebezpieczeństwo. Tym bardziej, jeżeli jest rozpylana jest substancja mająca jakiekolwiek właściwości drażniące bez jakiegokolwiek ostrzeżenia - skomentował pan Marek. źródło: FB - Mam nadzieję, że sprawcy zostaną ukarani. Mieszanie do polityki pracowników urzędu jest karygodne - napisał z kolei Michał Ciechowski. Co ciekawe, jest on miejskim radnym z PiS, a więc opozycji prezydenta Miszalskiego. źródło: FB W sieci pojawiają się też bardziej radykalne opinie. - To już terroryzm, ciekawe jakie będą zarzuty - napisał pan Jarek. - Potraktować jak terroryzm i dać sygnał kolejnym oszołomom - wtóruje mu pan Albin. źródło: FB - Niestety, wiecznie przegrany pan G. - zawyrokowała pani Krystyna. - Trzeba być nie lada debilem by mieć ubaw z takiego powodu - napisał pan Marek. źródło: FB Ta sprawa została zgłoszona Policji. Tymczasem napięcie rośnie: kilka dni temu prezydent otrzymał groźby śmierci, które, jak twierdzi, były inspirowane hejtem nakręcanym przez Gibałę. Więcej o tej bulwersującej sprawie pisaliśmy tutaj: Po trupach do celu. Echa wielkiej afery. Grozili prezydentowi śmiercią. Przywołanie tragicznego zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza sprzed sześciu lat brzmi jak memento. Wydarzenia te przypominają, że podsycanie nienawiści w życiu publicznym może prowadzić do tragedii, nawet jeśli początkowo wydaje się „tylko” ostrą retoryką. W Stanach Zjednoczonych świeżym echem odbiła się śmierć trzydziestojednoletniego mówcy politycznego, stronnika Donalda Trumpa, który zginął w strzelaninie podczas publicznego wystąpienia – kolejny dowód na to, jak napięta atmosfera polityczna przeradza się w przemoc. Krakowski incydent to nie żaden „happening”, a skandaliczne przekroczenie granic, które naraża niewinnych ludzi na niebezpieczeństwo. Opinie mieszkańców są jednoznaczne: to nie polityka, a bandytyzm. „Potraktować jak terroryzm i dać sygnał kolejnym oszołomom” – ten głos pana Albina oddaje powszechne oburzenie. CZYTAJ TAKŻE: Jedziemy z furą gnoju. Wbijajcie. Będzie śmiesznie Jeśli tego nie powstrzymamy, Kraków może stać się areną kolejnych aktów agresji, a spirala nienawiści zatoczy jeszcze szersze kręgi. Sprawcy muszą ponieść surowe konsekwencje, by wysłać jasny sygnał: takie działania nie mają miejsca w cywilizowanym społeczeństwie.

Więcej…

Wasze mieszkanie stoi puste? Uważajcie, bo zapłacicie podatek!

Wasze mieszkanie stoi puste? Uważajcie, bo zapłacicie podatek!

11 września 2025 | 14:52

Wyobraźcie to sobie: macie działkę, wbijacie pierwszą łopatę i stawiacie na niej porządny budynek wielorodzinny. Kilka mieszkań sprzedajecie, bo kredyt sam się nie spłaci, a jedno czy dwa odkładacie na później – na te mityczne „lepsze czasy”, kiedy rynek wreszcie znów oszaleje i ceny polecą w kosmos. I wtedy, zanim zdążycie odetchnąć z ulgą, w drzwiach staje urzędnik z teczką pod pachą: „Dzień dobry, proszę zapłacić za to, że państwa mieszkanie… stoi puste”. Absurd? Nie, to tylko najnowszy pomysł krakowskiego magistratu. Deweloper – nowe słowo na „potwora” Wszyscy wiemy, że w Krakowie „deweloper” to dziś większa obelga niż „ty bucu”. Wystarczy rzut oka na fora sąsiedzkie: każdy, kto stawia choćby kurnik, jest od razu winny wszystkich korków, smogu i suszy w Małopolsce. Ale nawet jeśli ktoś nie lubi blaszanych żurawi na horyzoncie, to czy naprawdę trzeba walić podatkowym obuchem w każdego, kto trzyma mieszkanie na później? Są granice absurdu. I właśnie je testujemy. Opodatkować… powietrze Bo oto magistrat wpadł na genialny plan: opodatkujmy powietrze w pustym mieszkaniu. Nie żartuję. Wymyślono nawet nową kategorię – „trwały pustostan”. Brzmi jak nazwa kapeli death-metalowej, a to tylko urzędniczy wynalazek. Sąd Administracyjny stwierdził, że jeśli lokal stoi pusty i czeka, aż rynek dojrzeje, to w praktyce jest jak towar na magazynie. A towar – wiadomo – opodatkowuje się jak firmę. Nie wynajmujesz? Nie sprzedajesz? Znaczy, że realizujesz „strategię ekonomiczną”. Przestępstwo w biały dzień! A że prawo budowlane nigdzie nie nakazuje wynajmować? Cóż, zawsze można napisać własne. Rachunek z kosmosu Różnica w podatku to nie drobne. Za 50 m² zwykle płacisz około 60 zł rocznie. Ale jeśli miasto uzna, że w środku nie mieszka nawet kot z kanarkiem – bach! – stawka rośnie do 34 zł za m². To już ponad 1,5 tysiąca rocznie. Za samo to, że masz cierpliwość i nie wpuściłeś przypadkowego lokatora. To nie jest podatek. To kara za to, że nie zapełniasz statystyk. Święte miasto inwestorów? Czy ktoś w urzędzie naprawdę wierzy, że dzięki tej daninie nagle rozwiąże się problem braku mieszkań? Że deweloperzy rzucą klucze na ulicę i sprzedadzą wszystko po kosztach? W praktyce dostaniemy kolejną falę „kreatywnych” umów i fikcyjnych wynajmów. A zwykły mieszkaniec zobaczy tylko, jak cena każdego nowego metra idzie w górę, bo deweloper, o dziwo, nie drukuje pieniędzy w piwnicy. Podatek za oddychanie Kraków po raz kolejny udowadnia, że jego uniwersalna recepta brzmi: „Nie wiemy, co zrobić – dowalmy podatek”. Dziś „trwałe pustostany”, jutro może „nadmierne wietrzenie mieszkania”. Jeszcze tylko paragraf za oddychanie w pustym pokoju i plan będzie kompletny. Bo przecież jeśli w powietrzu da się wyczuć zapach pieniędzy, to w tym mieście prędzej czy później ktoś wpadnie na pomysł, by je też… opodatkować. PS. Jakbyście byli bardzo ciekawi, jak ten absurd argumentują władze Krakowa, to tutaj znajdziecie odpowiedź. Nie polecamy.

Więcej…

Rano mędrzec, wieczorem błazen. Którym Gibałą dziś jesteś?

Rano mędrzec, wieczorem błazen. Którym Gibałą dziś jesteś?

11 września 2025 | 11:54

Gibała rano: „zjednoczmy się”.Gibała wieczorem: śmichy-chichy z gróźb śmierci. No więc, drogi Czytelniku, powiedz mi szczerze: którym Gibałą jesteś dziś Ty? Bo, nie oszukujmy się, człowiek, który sam nie wie, kim jest przed obiadem i kim jest po kolacji, raczej nie powinien być autorytetem w kwestii jednoczenia kogokolwiek. Smutne to, choć i zabawne. A właściwie zabawne, że smutne. Oto bowiem w Krakowie mamy lansiarza radnego, który rano zakłada togę męża stanu i wzdycha do jedności po ataku rosyjskich dronów, a wieczorem już zdejmuje tę togę, zakłada czapkę błazna i ironizuje z hejtu, który nie tak dawno przełożył się na groźby śmierci wobec prezydenta miasta. Ot, Gibała w pełnej krasie: dwie twarze, jeden profil na Facebooku. Gibała rano: wpis na FB Gibała wieczorem: wpis na FB Za tym pajacowaniem kryje się jednak coś poważniejszego. Aleksander Miszalski, jeszcze nie tak dawno konkurent Gibały w wyborach, tłumaczył, że groźby wobec niego były inspirowane hejterskim klimatem, jaki wokół krakowskiej polityki potrafią podgrzewać właśnie takie osobistości jak Gibała. I to już przestaje być zabawne. Bo ironia ironii nierówna. Można śmiać się z korków na Alejach, ale z pogróżek śmierci? Tu już nawet cynizm powinien znać granice. CZYTAJ TAKŻE: Po trupach do celu. Echa wielkiej afery. Grozili prezydentowi śmiercią Tylko że Gibała granic nie zna. On uwielbia wypominać, że ktoś coś przegrał. Że ktoś się potknął, że ktoś był gorszy. Problem w tym, że gdy spojrzymy w lustro historii wyborczej Krakowa, to właśnie Gibała jawi się jako największy przegryw w dziejach tego miasta. Nie jeden raz. Nie dwa. Aż trzy razy próbował wejść na fotel prezydenta. I trzy razy z hukiem spadł ze schodów. To nie jest porażka, to już kariera przegrywania. A więc pytam ponownie: którym Gibałą dziś jesteś? Tym, co rano roni łzy nad losem ojczyzny, czy tym, co wieczorem śmieje się z hejtu i gróźb? Bo jedno i drugie w jednym dniu to nie jest polityka. To jest kabaret. Niestety, taki, z którego nikt się już nie śmieje. CZYTAJ TAKŻE: Grożą Miszalskiemu śmiercią. Gibała rozkręcił spiralę nienawiści

Więcej…

Krakowski sport w ruinie! „Niszczy to, co jeszcze działało”

Krakowski sport w ruinie! „Niszczy to, co jeszcze działało”

09 września 2025 | 16:56

– Zamiast rozwijać infrastrukturę dla mieszkańców, inwestować w przyszłych sportowców i przyciągać prestiżowe imprezy, wiceprezydent Sęk wprowadza chaos i paraliżuje cały system – mówi prezes jednego z klubów sportowych. I nie jest to przesada. To brutalny cios w wizerunek miasta i przyszłość młodych talentów, którzy mogli odnosić sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej. Łukasz Sęk, 36-letni wiceprezydent Krakowa odpowiedzialny m.in. za sport, miał wnieść świeżość i energię do miejskiej polityki sportowej. Po ponad roku jego rządów rzeczywistość wygląda dramatycznie: stadion Wisły wciąż nie ma sponsora tytularnego, miasto rezygnuje z organizacji prestiżowych imprez, a ważne inwestycje sportowe dla mieszkańców zostały wstrzymane lub odłożone na czas nieokreślony. – Nic wielkiego w krakowskim sporcie się nie dzieje, nie ma żadnych fajerwerków – ocenia radny Marek Sobieraj z komisji sportu. Bardziej surowy w swojej ocenie jest prezes jednego z klubów sportowych: – To nie jest wizerunek nowoczesnego miasta, to obraz totalnego paraliżu. Decyzje wiceprezydenta zamiast wspierać sport, niszczą wszystko, co działało przez lata. Baseny, czyli marzenia zamienione w ruinę Marzenia o basenie olimpijskim przy Zespole Szkół Łączności mogły zamienić Kraków w europejską stolicę sportu wyczynowego. To miał być obiekt, w którym pływacy, skoczkowie i młodzież będą trenować w warunkach odpowiadających najlepszym europejskim standardom. CZYTAJ TAKŻE: "Idź, ucałuj Agatę". Oto kulisy prezydentury Andrzeja Dudy Co zrobił wiceprezydent Sęk? Skreślił inwestycję z planów, tłumacząc się brakiem pieniędzy w miejskim budżecie. Fakty są jednak jeszcze bardziej niepokojące: władze nie potrafiły zapewnić finansowania. Młodzi sportowcy zostali z niczym, a basen olimpijski pozostaje jedynie wizją w szufladzie, pokrytą kurzem, jakby celowo zapomnianą przez urzędników. Nie lepiej jest z innymi pływalniami. Odkryte baseny w Krakowie to element niemal prehistoryczny. – Niecka po basenie Wisły przy ul. Reymonta została zasypana ziemią ponad dekadę temu, dziś rośnie tam trawa i ćwiczą różne grupy sportowe. Basen Cracovii przy al. 3 Maja zamienił się w gruzowisko, a w jego miejscu powstał ośrodek Błonia Sport z boiskiem piłkarskim i kortami tenisowymi – pisała niedawno Gazeta Krakowska. Odległym wspomnieniem pozostają baseny Wawelu w jednostce wojskowej i obiekt w Borku. Lodowiska, czyli pustynia Zimą Kraków powinien tętnić sportem, a dzieci i młodzież trenować na nowoczesnych lodowiskach. Tymczasem rzeczywistość jest przygnębiająca: lodowiska są małe, sezonowe, drogie i niewystarczające. Młodzi sportowcy nie mają gdzie się rozwijać, a przyszłe talenty olimpijskie zostają bez możliwości treningu. – Łyżwy zamiast na lodzie, zalegają w szafach – mówi nam pani Paulina, mieszkanka Czyżyn. CZYTAJ TAKŻE: Zobaczyli prezydenta w dresie i… popuścili [ZOBACZ JAK] Brak inwestycji w lodowiska jest dramatycznym dowodem na to, że miasto marnuje szanse na rozwój sportu zimowego, który mógłby przyciągać dzieci i młodzież. – W Krakowie obserwujemy jakiś inwestycyjny dramat. No ale to mieszkańcy wybierali sobie władze miasta. Wtedy liczyli na pieniądze z centrali, a teraz ich nie ma – uważa Sobieraj. Zarządzanie obiektami, czyli pieniądze wyrzucone w błoto Sęk wielokrotnie podkreślał, że stadion Wisły potrzebuje sponsora tytularnego. Efekt? Po półtora toku rządów sponsora nie ma, a miasto zamiast zarabiać, dopłaca do obiektu grube miliony złotych. Podobnie wygląda sytuacja z halą 100-lecia KS Cracovia: brak strategii, brak sponsora, brak działań. Miasto posiada ogromny potencjał, ale nie potrafi go wykorzystać – pieniądze, możliwości i prestiż odpływają gdzie indziej, zostawiając tylko chaos i frustrację lokalnych działaczy. - Za to należy się żółta karta dla prezydenta Sęka! Przez brak sponsora tytularnego dopłacamy z pieniędzy podatników do czegoś, co jest studnia bez dna. Słyszałem jakieś śmieszne zapowiedzi, że na stadionie postawimy paczkomaty czy inne cuda na kiju. To jest śmieszne! Nam naprawdę potrzeba potężnego sponsora, który wyłoży duże pieniądze. Tym bardziej, że Wisła odnosi sukcesy. Za chwilę będzie tam grała Wieczysta. Swoje mecze przy Reymonta rozgrywa ukraiński klub w ramach Ligi Mistrzów. Mamy więc odpowiedzi moment na to, by tego sponsora znaleźć. Jeśli go nie wykorzystamy, to trzeba będzie pokazać Sękowi czerwoną kartkę! – opowiada w rozmowie z Kanałem Krakowskim radny Sobieraj. Organizacyjny chaos, czyli zwolnienia i upadek kompetencji Pierwsza głośna, personalna decyzja nowego wiceprezydenta? Zwolnienie Krzysztofa Kowala, dyrektora Zarządu Infrastruktury Sportowej, który kierował jednostką od jej powstania przez ponad 15 lat. Według naszych informacji, o decyzji wyrzucenia Kowala zadecydowała osobista niechęć Sęka, choć wiceprezydent tłumaczył później, że powodem miały być zgłaszane nieprawidłowości w zarządzaniu jednostką. – Za jego czasów wszystko działało jak w zegarku. Teraz panuje chaos, brak planu i poczucie, że nikt nie wie, co robi – mówi pracownica ZIS. – Akurat zmiana dyrektora ZiS to był strzał w dziesiątkę. Nowy szef, Tomasz Marzec, sprawdza się bardzo dobrze – ocenia radny. CZYTAJ TAKŻE: Poseł, którego prawie nikt nie zna. Oto, co zrobił dla Krakowa Nie brakuje jednak głosów, że reorganizacja ZIS i przywrócenie Wydziału Sportu pogłębiły chaos. Kompetencje są niejasne, powiązania ze strukturami ZIS słabe, a realnej mocy decyzyjnej brak. Wielkie imprezy, czyli prestiż w piach Prestiż, promocja, tysiące kibiców, sponsorzy – to wszystko przepadło. Miasto zrezygnowało z organizacji Tour de Pologne, najważniejszego wydarzenia kolarskiego w Polsce. Efekt? Kryzys wizerunkowy, który trudno opisać słowami. – Rezygnacja z TdP była zbyt pochopną decyzją. Ten wyścig to świetna wizytówka, ale nie powinniśmy płacić aż tyle pieniędzy. Warto się więc było potargować, byśmy dopłacali jak najmniej, ale nie powinniśmy rezygnować z tego wyścigu na zasadzie: nie, bo nie – mówi nam Sobieraj. A co w zamian? Kraków nie przyciągnął żadnych innych dużych imprez. Chwali się tylko tymi, które są już organizowane od lat (Cracovia Maraton czy Memoriał Wagnera). Miasto stoi więc w miejscu, podczas gdy inne ośrodki rozwijają się dynamicznie. Brak inicjatywy, brak strategii, brak wizji. Kraków, dysponując ogromnym potencjałem, staje się prowincją sportową. Cztery na sześć Choć nie wszyscy są takiego zdania. – W szkolnej skali, za działania prezydenta Sęka w dziedzinie sportu, dałbym mu mocną czwórkę – ocenia radny Michał Ciechowski, także członek komisji sportu.   – Miał kilka fajnych pomysłów, w tym zorganizowanie na Rynku Głównym zawodów wspinaczkowych. Co prawda stadion Wisły nie ma jeszcze sponsora tytularnego, ale widzę sporą aktywność, by ten obiekt przywrócić do życia. Rezygnację z Tour de Pologne także oceniam pozytywnie, bo wiązała się ona z ogromnymi kosztami, a niekoniecznie budziła duży entuzjazm wśród mieszkańców. Wydaje mi się, że prezydent dostosowuje swoje działania do realiów i sytuacji finansowej miasta – podsumowuje. CZYTAJ TAKŻE: TYLKO U NAS! Tak mogą wyglądać wagony krakowskiego metra – Prezydent Sęk, jeszcze jako radny, bardzo aktywnie brał udział w działalności komisji sportu w poprzedniej kadencji. Sam także zawodowo grał w szachy. Wywodzi się ze środowiska sportowego, a jego obecna działalność udowadnia, że problemy tego środowiska nie są mu obce - komentuje radny Tomasz Daros.  Chaos i pustka Wiele osób uważa jednak, że miasto ma znacznie większy potencjał, niż zakres, w którym wykorzystają go ludzie odpowiedzialni za sport. Kraków mógł się stać europejskim liderem, a zostaje w tyle. Nasze miasto zasługuje na sport, inwestycje, rozwój i sukces. Tymczasem dostaje chaos, brak strategii, pustkę i urzędnicze wymówki. Czas jednak na realne decyzje i odpowiedzialność. Bo młodzież, kluby i mieszkańcy nie mają czasu na eksperymenty polityczne. Potrzebne są odważne działania, inwestycje i przywrócenie Krakowowi sportowego prestiżu, który miasto miało przez dziesięciolecia.

Więcej…

Po trupach do celu. Echa wielkiej afery. Grozili prezydentowi śmiercią

Po trupach do celu. Echa wielkiej afery. Grozili prezydentowi śmiercią

05 września 2025 | 11:57

Krakowska polityka znowu płonie! Prezydent Krakowa otrzymał groźby śmierci, a odpowiedzialnością za nakręcanie spirali nienawiści nasi rozmówcy obarczają Łukasza Gibałę i jego środowisko. - Służby ustaliły tożsamość tego internetowego anonima. Zgadnijcie jak tłumaczył swoje postępowanie! Wskazał na "polityczną motywację", a więc hejt i nienawiść wymierzone we mnie, które skłoniły go do takich działań - stwierdził Aleksander Miszalski.   Patodziennikarze w akcji Politycy, z którymi rozmawialiśmy, wskazują jednoznacznie, że za nakręcenie spirali nienawiści odpowiedzialny jest Łukasz Gibała i jego środowisko. Radny, który trzykrotnie przegrał wybory na prezydenta Krakowa, ostatnio porównał Kraków do "sycylijskiej mafii". Dał do zrozumienia, że miastem - i to od wielu lat - rządzi jakiś wyimaginowany układ oraz zasugerował, że dochodzi do przestępstw. - Jeśli tak jest, niech Gibała zgłosi to do prokuratury. Tymczasem on i jego środowisko, w tym patodziennikarze podający się za obiektywnych i niezależnych, robią wszystko, by komuś dokopać, realizując jakieś ukryte cele - komentuje Jakub Kosek, przewodniczący rady miasta. - W całym kraju język debaty publicznej posuwa się za daleko, ale w Krakowie przekroczył już granice przyzwoitości - dodaje w rozmowie z Kanałem Krakowskim. Inny radny, który chciał zachować anonimowość, twierdzi, że Gibała nie potrafi sobie poradzić z przegraną. - Każda kolejna porażka w wyborach wywołuje w nim coraz więcej złych emocji. Widać to choćby po jego zachowaniu w stosunku do kolegów z rady - twierdzi. Konfabuluje, kłamie, insynuuje - Jestem przerażona tym, co dzieje się w lokalnej polityce - przyznaje w rozmowie z nami krakowska radna Alicja Szczepańska. - Wartości takie jak honor i uczciwość straciły na znaczeniu. Przegrany w wyborach prezydenckich i jego sfrustrowany układem politycznym klub zaczęli prowadzić brudną kampanię. Wobec braku argumentów po prostu hejtują prezydenta. Budują tę atmosferę tylko po to, by doprowadzić do referendum i wszelkimi sposobami przejąć władzę w mieście. Ostatnio bardzo zaostrzyli swoją narrację - dodaje była policjantka. Jej zdaniem Gibała i jego ludzie nie używają merytorycznego języka, a opierają się wyłącznie na nienawiści i personalnych atakach. - Jeżeli ktoś ma domniemanie popełnienia przestępstwa, to niech to zgłosi do prokuratury, a nie robi z tego jakiejś hucpy. Bo teraz przypomina to dożynanie ludzi poprzez oczernianie, mówienie, że są winni i zmuszanie, by tę swoją niewinność udowadniali. A to, zgodnie z konstytucją, powinno działać dokładnie odwrotnie. Dla mnie to niedopuszczalne, że obóz polityczny Gibały tak bardzo nakłania ludzi do nienawiści poprzez konfabulacje, jawne kłamstwa, obwinienia i insynuacje. Przemoc rodzi przemoc, a ja - jako radna - nie mogę pozwolić na dzielenie Krakowa. Nie mogę też milczeć, bo to przyzwolenie na dalsze takie działania. Miejsce takich osób jest na Białorusi, a nie w magicznym Krakowie - mówi Szczepańska. To już nie jest krytyka - Jestem szczególnie wyczulona na takie rzeczy, bo gdy doszło do morderstwa Pawła Adamowicza, to miałam maleńkie dziecko. Akurat wtedy był czas kampanii wyborczej do rady dzielnicy, więc razem z dzieckiem w wózku chodziłam po mieście, rozmawiałam z ludźmi, rozdawałam ulotki... I w tym samym czasie, nagle doszło do brutalnego morderstwa prezydenta miasta. Bardzo to przeżyłam - przyznaje radna Anna Bałdyga. - Jestem wyczulona na groźby kierowane w stronę osób publicznych, bo przecież czytają to ich rodziny i one także są narażone na niebezpieczeństwo. Mowę nienawiści trzeba więc dusić w zarodku - mówi. Była zszokowana, gdy przeczytała oświadczenie Miszalskiego, w którym prezydent ujawnia, że dostawał groźby śmierci, między innymi po wpisie Gibały, w którym ten połączył Kraków z sycylijską mafią. - To przekracza jakiekolwiek granice! To nie jest krytyka decyzji, ale jawne namawianie do popełniania czynów zabronionych - stanowczo protestuje Bałdyga. - Tak niestety wyglądają efekty codziennego nakręcania spirali hejtu i nienawiści. Żadnej tego typu gróźb nie zostawimy bez odpowiedzi i bez wszczęcia odpowiednich procedur - zapowiada wiceprezydent Łukasz Sęk. Hipokryzja i obłuda Przeciwnicy obecnego prezydenta sugerują, by ten najpierw... sięgnął do Biblii. Konkretnie do Nowego Testamentu i fragmentu o belce i drzazdze w oku. - Miszalski, który sam hejtował, nagle oburza się na hejt! Hipokryzja i obłuda. Oczywiście nie ma miejsca na wyzwiska, groźby względem kogokolwiek, ale niech prezydent najpierw poszuka belki w swoim i swojego środowiska oku - komentuje w rozmowie z Kanałem Krakowskim Michał Drewnicki, wiceprzewodniczący rady miasta z PiS. O komentarz do tej bulwersującej sprawy zwróciliśmy się także do Łukasza Gibały. Oto jego stanowisko przesłane do redakcji Kanału Krakowskiego: - Aleksander Miszalski jest zupełnie bezradny, nie radzi sobie z zarządzaniem naszym miastem. Dlatego atakuje mnie, żeby odwrócić uwagę mieszkańców. W niedawnym rankingu prestiżowego portalu Business Insider, Kraków po raz pierwszy w historii znalazł się naostatnim miejscu wśród wszystkich dużych miast pod względem jakości życia. Mamy coraz więcej korków, ceny mieszkań rosną w galopującymtempie, kolejki do lekarzy są coraz dłuższe, postępuje betonowanie miasta, a dodatkowo Aleksander Miszalski co rusz podnosi opłaty, np.ostatnio za parkowanie i odbiór śmieci. Takie ataki na mnie, jak ten piątkowy, mają odwrócić uwagę mieszkańców od realnych problemówi od tego, że Aleksander Miszalski sobie z nimi nie radzi. Radny odniósł się też do wpisu prezydenta na swoim profilu na FB. - Gdy to przeczytałem, to opadły mi ręce. Trudno o większy przykład cynizmu i obłudy. Diabeł się w ornat ubrał i na mszę dzwoni - napisał. I sam także opublikował groźby, jakie dostaje pod swoim adresem. Więcej o spirali nienawiści przeczytacie tutaj.

Więcej…

W Krakowie powstaje kościelna bojówka! Będą rekrutować kiboli?!

W Krakowie powstaje kościelna bojówka! Będą rekrutować kiboli?!

03 września 2025 | 23:30

Nie, nie śnicie. To nie satyra, choć aż bije od tego absurdem. Kraków. Kolebka polskiej kultury. Forteca polskiej historii. Symbol nieprzemijającej Polski. Miasto koron i konspiracji. Perła polskiej cywilizacji. W 2025 roku cofa się do mroków średniowiecza, gdzie dzwon Zygmunta staje się bronią masowego rażenia w rękach arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, naczelnego inkwizytora moralności. "Spiżowa Gwardia Rezerwy Dzwonu Zygmunta"? Serio? To nie żart z kabaretu podupadłej parafii, to reality show polskiej teokracji! Gniewomir Rokosz-Kuczyński, konfederacki wizjoner z wąsami dłuższymi niż jego zdrowy rozsądek, wymyślił bojówkę, która będzie walić w dzwon na skinienie hierarchy. Bo po co dialog, po co XXI wiek, skoro można mieć armię fanatyków w habitach, gotowych szarpać liny jak opętani, gdy tylko Jędraszewski krzyknie: „Bijcie, bracia, bo tęcza nad Wisłą!”? By zostać bojówkarzem arcybiskupa należy: przejść testy lojalności (proboszcz musi wystawić opinię, jakbyśmy wracali do czasów Świętej Inkwizycji), płacić składki finansowe, co łaska, ale nie mniej niż 50 złotych miesięcznie (bo bez kasy nawet dzwon nie zadzwoni), złożyć przysięgę na posłuszeństwo arcybiskupowi (bo w końcu chodzi o władzę, a nie o wiarę). Wyobraźcie sobie ten cyrk: faceci w sile wieku, z zaświadczeniem od proboszcza w kieszeni i różańcem w garści, przechodzą testy lojalności. Pytanie pierwsze: „Czy jesteś gotów bić w dzwon o 3 nad ranem, bo arcybiskup miał sen o genderowym Antychryście?” Pytanie drugie: „Czy zapłacisz 50 złotych składki, bo spiż nie tani, a dzwon sam się nie sfinansuje?” Ci, co zdadzą, dostaną odznakę „Rycerz Dzwonu” i prawo do szturmu na Wawel, gdy tylko krnąbrni dzwonnicy ośmielą się powiedzieć „nie” rozkazom z kurii. A wszystko to, bo starzy dzwonnicy ośmielili się nie klepnąć spiżu na zaprzysiężenie prezydenta Nawrockiego. Nieposłuszeństwo? Herezja! Do lochu z nimi, a na ich miejsce – gwardia Jędraszewskiego, gotowa rozedrzeć krakowskie niebo spiżowym rykiem! Kibole vs weganie i rowerzyści Ale dajmy się ponieść absurdom, bo to dopiero początek. Skoro mamy bojówkę dzwonową, to czemu nie pójść na całość? Niech Jędraszewski ogłosi „Świętą Ligę Kropideł” do polewania wodą święconą każdego, kto nosi tęczową torbę. Wyobraźcie sobie: gwardziści w stalowych hełmach z krzyżem, maszerujący Plantami, sprawdzający, czy przechodnie znają „Ojcze nasz” na pamięć. A co, jeśli dzwon Zygmunta ma bić codziennie o świcie, bo arcybiskup uznał, że to odstraszy demony aborcji? Kraków zamieni się w orkiestrę chaosu, gdzie każdy dzwon w diecezji będzie dudnił na rozkaz, aż tynk posypie się z Sukiennic. A potem ekspansja: gwardie w każdym kościele, od Pcimia po Gdańsk, każda z własnym dzwonem i własnym Jędraszewskim-bis, gotowym ogłosić świętą wojnę przeciw rowerzystom, weganom i użytkownikom Netflixa. A co, jeśli arcybiskup marzy o czymś w rodzaju własnej Gwardii Szwajcarskiej, tyle że w wersji krakowskiej? I zamiast z wyszkolonych żołnierzy zacznie rekrutować kiboli? Wszak zaplecze klubów piłkarskich w Krakowie jest już gotowe, doświadczenie bojowe w rękach, a teraz wystarczy jedynie opatrzeć to sakramentem posłuszeństwa. Lunapark średniowiecznych obsesji To nie jest już nawet parodia – to kabaret na sterydach, gdzie Kościół, zamiast gasić pożary własnej niewiarygodności, dolewa benzyny do ogniska absurdu. A Jędraszewski? On już widzi siebie jako naczelnego dzwonnika Rzeczypospolitej, dyrygującego narodem jak orkiestrą strachu. Polska 2025: kraj, gdzie dzwon zastępuje konstytucję, a prawo kanoniczne wygrywa z prawem świeckim. Bijcie w dzwony, bracia, bo oto narodziła się nowa hierarchia: Bóg, Jędraszewski i absolutny chaos. A reszta? Reszta to tylko trybiki w machinie kabaretu, który wkrótce zamieni kraj w lunapark średniowiecznych obsesji.

Więcej…

Emocje zamiast rozumu. Jak poseł z Krakowa chce budować kolejny stadion

Emocje zamiast rozumu. Jak poseł z Krakowa chce budować kolejny stadion

02 września 2025 | 23:04

Poseł z Krakowa po meczu Wieczystej: „Budujmy stadion!”. Czy ten sam polityk po kolacji zakrapianej winem powie: „Zaatakujmy Putina!”? Oto emocjonalna polityka w pełnej krasie. Kraków się śmieje, Polska się boi. Polityk działający pod wpływem impulsu to nie absurd – to realne zagrożenie dla państwa. Wieczysta wygrywa swój mecz w 1. lidze piłkarskiej, a Dominik Jaśkowiec, krakowski poseł koalicji rządzącej, natychmiast ma „genialny” pomysł: „Zróbmy im ten stadion”. Tak, dokładnie tak. Jeden mecz i już planuje inwestycję, która w normalnym świecie wymagałaby miesięcy analiz, kosztorysów i debat. Przy okazji przypomnijmy: Wieczysta to klub prywatny, należący do miliardera, który wcale nie potrzebuje publicznych pieniędzy. Natychmiast do parteru Jaśkowca sprowadził redaktor naczelny portalu Lovekrakow.pl, Patryk Salamon: Mam nadzieję, że skończyły się czasy emocjonalnego podejmowania decyzji. Najlepszymi przykładami są stadiony Wisły i Cracovii. Wtórowali mu internauci: „Nie za moje pieniądze. Właściciel jest multimilionerem. Niech sam sobie buduje.” Całą dyskusję możecie przeczytać tutaj: I tu zaczyna się prawdziwy dramat. Jaśkowiec to nie zwykły kibic. To polityk, który decyduje o podatkach, budżetach, bezpieczeństwie narodowym, a w razie eskalacji – nawet o tym, czy Polska wchodzi w międzynarodowe konflikty. I teraz pytanie, które nie daje spokoju: jeśli jeden gol (OK, w tym meczu akurat sześć goli, ale nie ma to żadnego znaczenia) wywołał u niego impuls do budowy stadionu, to czy o innych rzeczach także decyduje pod wpływem emocji? Czy jego proces decyzyjny wygląda tak? Jaśkowiec po spaleniu kiełbaski na grillu: "Trzeba złożyć projekt ustawy o zakazie sprzedaży węgla drzewnego". Jaśkowiec po przegranym meczu w Fifę na Playstation: "Polska powinna kupić Messiego, bo się przyda do kadry”. Jaśkowiec po obejrzeniu serialu o wikingach: "Wybudujmy flotę długich łodzi na Wiśle". Jaśkowiec po staniu w korku na Zakopiance: "Przenieśmy Tatry gdzieś bliżej Krakowa”. Jaśkowiec po kolacji: "Zaatakujmy Putina!". Jeden impuls w Krakowie i cała Polska może odczuć konsekwencje. To nie żart. To polityczny horror. Jacek Bartosiak, ekspert ds. geopolityki i strategii, wielokrotnie podkreślał: emocjonalne rządy są jednym z największych problemów polskich polityków, zwłaszcza w niespokojnych czasach i przy trwającej wojnie o wpływy. Kraków może się podśmiewać z propozycji Jaśkowca, ale Polska powinna drżeć. Polityk, który nie potrafi oddzielić emocji od rozsądku, może jednym ruchem zmienić nie tylko 1. ligę piłkarską, ale losy całego państwa. A najbardziej przerażające? Nikt nie wie, gdzie kończy się stadion, a zaczyna światowa polityka.

Więcej…

Dlaczego w Krakowie nie ma wieżowców? "Tu nie chodzi tylko o przepisy"

Dlaczego w Krakowie nie ma wieżowców? "Tu nie chodzi tylko o przepisy"

31 sierpnia 2025 | 17:20

Klasyczną pocztówkę z Krakowa zdobią: Kościół Mariacki, zamek na Wawelu i brukowany Rynek - w dużej mierze niezmienne od lat. Dlaczego drugie największe miasto w Polsce nie może rozwijać się tak prężnie jak Warszawa, Wrocław czy Gdańsk - o co chodzi i gdzie leży granica dobrego smaku? Kraków jako jedyne duże polskie miasto zachował centrum całkowicie wolne od wieżowców. Wynika to głównie z tego, że nie został on tak dotkliwie zniszczony w trakcie drugiej wojny światowej, dzięki czemu do dziś możemy podziwiać historyczną zabudowę miasta. UNESCO i polskie przepisy konserwatorskie ustanowiły „strefy wysokościowe”, czyli obszary, na których nie wolno stawiać budowli przekraczających określoną wysokość. Dzięki regulacjom panorama miasta nie zostanie zakłócona przez nowoczesne drapacze chmur.  W latach 60. władze PRL zaczęły tworzyć nowe plany urbanistyczne dla Krakowa - a najciekawszym punktem miał być Biurowiec Naczelnej Organizacji Technicznej, dziś znany mieszkańcom jako „Szkieletor”. Na skutek kryzysu oraz późniejszego uzyskania przez miasto wpisu na listę UNESCO, pojawiły się ograniczenia, które utrudniły dokończenie budowy w pierwotnej formie. Budowa została wstrzymana, a wieżowiec pozostał niedokończony do 2016 roku, kiedy ruszyła przebudowa zakończona cztery lata później. Równolegle, miasto uzyskało prestiżowy wpis na listę UNESCO, a wraz z nim pojawiły się ograniczenia, które utrudniły dokończenie budowy w pierwotnej formie.   Zaprojektowany by pokazać, że Kraków też potrafi być nowoczesny. Wyobraźcie sobie sytuację: jesteście deweloperem, a oczami wyobraźni już widzicie szklane biurowce, a w nich wielki potencjał. Wychodzicie z planami na 150-metrowy gmach, licząc na ogromny zysk - i BUM! Wasz plan lega w gruzach - lokalne przepisy mówią „stop”. Bo miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a za wielkim wyróżnieniem idą też pewne zobowiązania. Dokumenty organizacji i miejska uchwała mówią jasno: centrum Krakowa ma pozostać niskie. Tak narodził się konflikt: wolność inwestycji kontra ochrona dziedzictwa, którego odzwierciedleniem było odrzucenie budowy „Nowego Miasta” w oddalonym kilka kilometrów od zabytkowego centrum rejonie Rybitw i Płaszowa. Kiedy mówimy o wieżowcach w Krakowie, musimy zrozumieć jedno - tu nie chodzi tylko o przepisy. Tu chodzi o coś więcej, o sposób myślenia o mieście.  Co to oznacza w praktyce? Z jednej strony wyjątkowy klimat, spójność architektoniczną, dziedzictwo nietknięte przez betonowy chaos, ale z drugiej ograniczenia w rozwoju przestrzennym, presję na infrastrukturę oraz konieczność myślenia „projektowo i strategicznie” przy każdej inwestycji. Czy więc faktycznie nie można pogodzić tych dwóch światów? A może to lepiej, że chroni się ten „prawdziwy” Kraków? Bo przecież wysokość nie zawsze oznacza wielkość. W Krakowie najwyższe są kościelne wieże, nie biurowce. Tutaj nie dominuje szkło i beton, tylko Wawel i bazylika Mariacka. Nie skyline, tylko linia dachu z XIV wieku. Więcej w tym temacie dowiecie się z filmu: 

Więcej…

Najgorsi lokatorzy Krakowa - jest ich coraz więcej i uprzykrzają życie mieszkańcom!

Najgorsi lokatorzy Krakowa - jest ich coraz więcej i uprzykrzają życie mieszkańcom!

29 sierpnia 2025 | 14:09

Znienawidzona przez krakowian fontanna, ale ulubiona toaleta gołębi - czy "kryształ" niedługo dokona żywota?  Już 8. września odbędą się konsultacje społeczne w sprawie nowej fontanny na Rynku Głównym. W Krakowie żyje około 50 tysięcy gołębi, których największe skupiska można zobaczyć na Starym Mieście, ale są uciążliwe także dla mieszkańców pozostałych dzielnic. Trudno o czystą ławkę na plantach, niezniszczony pomnik czy „bezpieczne” miejsce na osiedlu.  Choć w Budżecie Obywatelskim z roku 2024 zaznaczono problem zbyt dużej liczby ptaków w stolicy Małopolski i zaproponowano zamontowanie 120 siodełek i 10 półek zewnętrznych dla gołębi, problem wciąż doskwiera krakowianom. Mieszkanka bloku w pobliżu Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej komentuje - Za dokarmianie ich powinny być jakieś kary, codziennie mijam przynajmniej kilka babć karmiących je suchymi bułkami, a później wszystko dookoła jest obsrane. Zbierają się przy ulicach i ciężko nie trafić na jakiegoś rozjechanego gołębia, co nie jest moim ulubionym widokiem z rana. One są jak szczury - Problem jest na tyle duży, że niektórzy kończą z gniazdami i jajkami na balkonie, a inni muszą pozbyć się ulubionej koszuli zbombardowanej podczas spaceru.  Jak zadbać o komfort na własnym balkonie? Warto postawić na niezbyt estetyczne, ale skuteczne siatki, przez które szkodniki się nie przedostaną. Dodatkową pomocą mogą okazać się również straszące z okien większości krakowskich kamienic kolce i odstraszacze w kształcie kruków. Gołębie / fot. Pixabay Jednak dla turystów odwiedzających Kraków są wręcz symbolem miasta - dzieci kochają ganiać za uciekającymi gołębiami, rodzice zachęcają do „rzucenia ptaszkowi kawałka chlebka”, a na koniec rodziny fotografują się na tle sukiennic z ich dzikimi lokatorami.  Problem gołębi dostrzegają również władze miasta. Jak zaznacza prezydent Aleksander Miszalski, we wrześniu mają rozpocząć się konsultacje społeczne w sprawie nowej fontanny, mającej zastąpić straszący pod Kościołem Mariackim „Kryształ”. Obecnie bowiem spełnia ona jedynie funkcję toalety dla krakowskich gołębi. Mieszkańcy pod opublikowanym przez prezydenta postem są zgodni - Jak dobrze! Na ten kryształ nie da się patrzeć. - pisze jeden z komentujących.    Warto pamiętać, że mimo trudności sprawianych przez gołębie nie wolno wyładowywać na nich swoich frustracji, gdyż są one objęte ochroną gatunkową. Za zachowanie uznane za znęcanie się nad zwierzętami może grozić nawet kara pozbawienia wolności do lat 3. 

Więcej…

Była radna: "To przerost formy nad treścią. Dlaczego to się organizuje?"

Była radna: "To przerost formy nad treścią. Dlaczego to się organizuje?"

29 sierpnia 2025 | 13:39

Pamiętacie Małgorzatę Jantos? Nie?! No to przypominamy. To kobieta, która niegdyś była krakowską radną i miała ambicje, by zostać zastępcą prezydenta Krakowa. Przywdziewała różne barwy klubowe (ostatnio chyba reprezentowała Nowoczesną), ale wyborcy powiedzieli dość, gdy wystartowała z ugrupowania Łukasza Gibały. Od czasu wyborów słuch więc o niej zaginął, ale co jakiś czas próbuje przypominać o sobie na Facebooku lub za sprawą swojego obecnego politycznego guru, który usilnie walczy, by znalazła się dla niej jakaś "funkcja".  To tyle tytułem wstępu. Tym razem pani radna, była już radna, postanowiła powalczyć o atencję przy okazji tragicznej śmierci pilota F-16, majora Macieja Krakowiana, który zginął podczas ćwiczeń do Air Show Radom 2025. Zawsze uważałam takie pokazy za przerost formy nad treścią. Nie rozumiem w jakim celu są organizowane takie akrobatyczne pokazy i to dla publiczności - napisała Jantos na FB. - Może ktoś mi odpowie, z uzasadnieniem: dlaczego to się organizuje: narażając mnóstwo publiczności - zapytała i wywołała dyskusję. - Pokazy lotnicze są wpisane w naturę pilota, to nie fanaberia – to święto pilotów i całego lotniczego środowiska. Na cywilnych airshow na świecie tragedie zdarzają się niezwykle rzadko, bo tam organizacja stoi na pierwszym miejscu. Problemem nie są pokazy, tylko sposób, w jaki wojsko w Polsce je organizuje. Patologia polega na tym, że zamiast realnych procedur bezpieczeństwa mamy presję na efekt ‘wow’ - odpowiedział jej pan Maciej. - A była Pani, Pani Małgorzato, w Muzeum Lotnictwa, Czyżyny? A widziała Pani pokazy w Krakowie, jak latały stare samoloty nad Krakowem? Był taki pokaz, cały Kraków oglądał - komentuje pan Jacek. Całą dyskusję możecie sobie poczytać tutaj: Pani Jantos znana jest w Krakowie z tego, że zna się na wszystkim – od kultury, przez politykę, aż po wojsko i lotnictwo. Jej byli koledzy z ław rady miasta często mieli do niej żal, że przypisuje sobie zasługi za rzeczy, nad którymi pracował ktoś inny. - To dzięki mnie... - mawiała. Kiedyś od jednego z radnych usłyszałem nawet taki nieśmieszny żart, że to dzięki  Małgorzacie Jantos wbudowano kamień węgielny inaugurujący budowę Wawelu. Dziś, po tym, jak wyborcy stwierdzili, że powinna przejść na polityczną emeryturę, nadal nie przepuści żadnej medialnej okazji, by się wypowiedzieć. Szkoda tylko, że ekspertka od wszystkiego zwykle brzmi jak specjalistka od niczego. Śmieszy mnie, jak ktoś – zgodnie z zasadą ‘nie znam się, to się wypowiem’ – zabiera głos w tematach, o których nie ma pojęcia. Pani Jantos nie zna przyczyn katastrofy (a na pewno nie znała ich w momencie publikowania swojego wpisu), nie wie, dlaczego do niej doszło, ale już wie, że winne są… pokazy lotnicze. To mniej więcej tak, jakby po pożarze teatru zakazać wystawiania spektakli, po kolizji tramwaju z autobusem zlikwidować komunikację miejską, a po wypadku na pasach zamalować wszystkie przejścia dla pieszych. Logika z gatunku ‘wylejmy dziecko z kąpielą’. I tu zaczyna się problem. Bo tragedia wydarzyła się nie w trakcie pokazu, lecz podczas treningu, w warunkach całkowicie kontrolowanych, bez udziału widzów. Żadne życie cywila nie było zagrożone. A więc zakazanie pokazów lotniczych w reakcji na ten wypadek brzmi jak pomysł rodem z groteski. To tak, jakby po pożarze teatru zakazać wystawiania sztuk, po wypadku tramwaju zlikwidować komunikację miejską, a po potrąceniu pieszego zamalować wszystkie przejścia dla pieszych. Żeby było jeszcze prościej – oto 15 powodów, dla których postulaty pani Jantos to absurd: Jedno zdarzenie nie definiuje całości. Miliony widzów na całym świecie oglądają pokazy bezpiecznie – incydenty są ekstremalną rzadkością. Pokazy nie były przyczyną wypadku. Katastrofa zdarzyła się podczas ćwiczeń, nie pokazu. Treningi są niezbędne. Każdy zawód wysokiego ryzyka – od strażaka po chirurga – wymaga prób i ćwiczeń. Bezpieczeństwo publiczności nie było zagrożone. Ćwiczenia odbywały się bez udziału widzów. Pokazy są świętem pilotów i lotnictwa. To nie fanaberia, lecz tradycja i forma uhonorowania ich pracy. Pełnią rolę edukacyjną. Młodzi ludzie odkrywają pasję do lotnictwa, nauki i techniki. Wspierają gospodarkę. Air Show to tysiące turystów i ogromny zastrzyk pieniędzy dla gminy. Podnoszą morale sił powietrznych. To element budowania prestiżu wojska i zachęta do wstępowania w szeregi armii. Pokazują profesjonalizm pilotów. Każde ćwiczenie i każdy pokaz zwiększają umiejętności i standardy bezpieczeństwa. Ryzyko jest wpisane w zawód. Pilot wojskowy ryzykuje zawsze – także podczas misji bojowych. To nie powód, by zakazywać całej dziedziny. Na świecie pokazy są standardem. Nigdzie nie zakazuje się ich po pojedynczym wypadku – przeciwnie, poprawia się procedury. Zdarzenia losowe są wszędzie. Gdyby stosować logikę pani Jantos, trzeba by zamknąć drogi, zlikwidować transport i teatry. Pokazy rozwijają technologię. Publiczne demonstracje mobilizują do doskonalenia maszyn i systemów bezpieczeństwa. Każda tragedia uczy. Z każdego wypadku wyciąga się wnioski, dzięki czemu kolejne pokazy są jeszcze bezpieczniejsze. Decyzje powinny być racjonalne, nie emocjonalne. Zakaz pokazów to reakcja pod publiczkę, nie realna troska o bezpieczeństwo. Zamiast zrozumieć więc tragedię i uszanować pamięć pilota, politycy często wybierają łatwy poklask, mądrząc się w sprawach, o których nie mają pojęcia. Tymczasem od polityków, także tych byłych, oczekuje się jednak czegoś więcej niż facebookowych ‘ekspertyz na każdy temat’.

Więcej…

Cracovia Platka. Amerykański sen czy krakowski kabaret?

Cracovia Platka. Amerykański sen czy krakowski kabaret?

25 sierpnia 2025 | 16:20

Nowy właściciel Cracovii, Robert Platek, to facet, który w Krakowie ma być zbawcą. Amerykanin z portfelem, wizją i, jak twierdzą niektórzy, planem. No właśnie – „planem”. W Polsce każdy nowy właściciel zaczyna od planu. Zwykle kończy się na tym, że plan ma jedną stronę, a na dole wielkimi literami dopisane jest „sprzedać, zanim się znudzę”. Na razie jednak Platek wygląda na gościa, który wie, że piłka to biznes, a biznes to kasa. Więc będzie kasa? Pewnie tak. Ale nie łudźmy się – Cracovia nie stanie się nagle Manchesterem United, choć przy odrobinie szczęścia może dorównać… Rakowowi. Właściciel właścicielem, ale to trener robi robotę. Luka Elsner – w świecie Ekstraklasy wygląda jak ktoś, kto przypadkiem zabłądził w drodze na casting do serialu Netflixa. A tu proszę: chłop nie tylko ma styl, ale i piłkarze biegają za niego tak, jakby naprawdę dostawali premię za każdy sprint. I co najgorsze dla rywali – to działa. „Pasy” grają ładnie i skutecznie. Szok. Transfery? Nagle okazuje się, że można sprowadzać ludzi, którzy nie mają jeszcze piłkarskich emerytur w kieszeni. Na boisku nie ma więc kolejnego „doświadczonego ligowca”, który przez 90 minut truchta i pokazuje młodszym, jak poprawnie zakładać getry, tylko faktycznie widać futbol. Kibice? W szoku. Przez lata przychodzili, żeby ponarzekać, a teraz zaczynają klaskać. Niepokojący trend. Więcej o tym, jak szpetna ropucha zmienia się w księcia możecie posłuchać w tym materiale: A teraz crème de la crème: Kamil Kosowski stwierdził, że Cracovia to główny kandydat do mistrzostwa. I powiem tak: jeśli były piłkarz Wisły mówi, że Cracovia jest mocna, to albo naprawdę jest mocna… albo po prostu Kosa miał gorszy dzień. Jego argumenty są logiczne – „Pasy” nie grają w pucharach, więc będą świeższe. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: w Krakowie świeże to są co najwyżej obwarzanki. I to tylko wtedy, jak dobrze traficie. Tutaj macie całe nagranie z Kanału Sportowego z wypowiedzią Kosy: Czy Cracovia wejdzie do Europy? W teorii – za dwa sezony. W praktyce – wtedy, gdy wreszcie przestaną remisować u siebie z zespołami pokroju Radomiaka czy Stali. A mistrzostwo? Brzmi pięknie, ale czy naprawdę ktoś wyobraża sobie, że Cracovia uniesie trofeum? Owszem, wyobraża sobie. Ale zwykle jest to kibic po trzecim piwie. Na razie więc cieszmy się, że „Pasy” wreszcie grają jak drużyna z ambicjami, a nie jak skansen piłkarski. Ale spokojnie – Ekstraklasa już niejednego takiego optymistę sprowadzała na ziemię szybciej niż listopadowa mżawka w Krakowie.”

Więcej…

Strona 7 z 7

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7

Na fali

  • Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do tajnego sondażu, a w nim... sensacja!

    Wydarzenia

    Kto prezydentem Krakowa? Dotarliśmy do...

    Informacja
    18 czerwca 2026
  • Polityczne samobójstwo czy brutalny sabotaż? Zastępca Miszalskiego odpalił protokół zniszczenia

    Opinie

    Polityczne samobójstwo czy brutalny...

    Informacja
    15 czerwca 2026
  • Znamy plan Gibały: nie wystartuje, zagra o pełną stawkę [UJAWNIAMY KULISY]

    Wydarzenia

    Znamy plan Gibały: nie wystartuje,...

    Informacja
    15 czerwca 2026

Kanał Krakowski

Płyniemy pod prąd. Z prądem płyną śmieci.

Menu

  • Strona główna
  • O nas
  • Reklama
  • Materiały partnerskie
  • Kontakt
  • Polityka prywatności

Działy

  • Wydarzenia
  • Opinie
  • Rozmowy
  • Serwis specjalny: Wybory 2026
Copyright © 2026 Kanał Krakowski. Wszelkie prawa zastrzeżone.