Tego politycznego cyrku nie da się już dłużej pudrować. Dziś Łukasz Gibała de facto ogłosił na konferencji prasowej, że Kraków jest po prostu na sprzedaż, a jego kupcem jest on sam. Ostatni akt bezczelnej ustawki, ciągnącej się od czasu jego przegranej z Aleksandrem Miszalskim, właśnie dobiegł końca. Jan Hoffman zrzucił przebranie „niezależnego społecznika” i oficjalnie przyznał to, co wiedzieliśmy od dawna: cała ta wielka „oddolna akcja” była od początku do końca sfinansowana z kieszeni biznesowego zaplecza Gibały.
Jeśli ktoś jeszcze wierzył, że wiosenne referendum było zrywem oburzonych mieszkańców, dziś dostał siarczysty policzek. Układ przy ping-pongu i kawie, marionetkowy kandydat w roli „twarzy oddolnego protestu” i gigantyczny, nieoficjalny budżet idący w miliony – tak wygląda kulisy przejmowania władzy pod Wawelem. Gibała kupił Hoffmana za pieniądze swojego ojca, Hoffman sprzedał swoją „niezależność”, a rachunek za ten bezczelny spektakl ma na końcu zapłacić Kraków.
Właśnie opadły ostatnie kurtyny, a krakowska polityczna farsa osiągnęła punkt kulminacyjny. Dzisiejsza konferencja prasowa nie była zwykłym politycznym spotkaniem – to był akt własności. Gibała de facto ogłosił Krakowowi:
Tak, kupuję to miasto.
A przypieczętował to Hoffman, dokonując ostatecznego aktu politycznej ustawki, którą z bliska obserwujemy od jesieni ubiegłego roku.
Słup przy ping-pongu za 2 miliony
Przypomnijmy, jak ten serial pogardy dla inteligencji Krakowian naprawdę się zaczął.
W ubiegłym roku mocno poraniony i upokorzony przegraną z Miszalskim Gibała zaczął po kątach przebąkiwać o referendum. Szybko jednak zorientował się, że gdyby dał temu pomysłowi własną twarz, nawet najbardziej naiwny wyborca pokapowałby się, o co tu chodzi. Potrzebny był słup. Ktoś, kto zagra „niezależnego, oburzonego mieszkańca”, podczas gdy pociągi z węglem i gotówką będą jechać w tle.
I wtedy wjechał Hoffman. Przy kawce i ping-pongu – do czego zresztą panowie bezczelnie sami się przyznali – dobito targu. Hoffman wziął na siebie rolę „twarzy oddolnej inicjatywy mieszkańców”, a Gibała z tylnego fotela sypnął groszem. I to nie byle jakim. Na tę całą cyrkową zabawę poszło oficjalnie blisko 2 miliony złotych. Dwa miliony na teatr pod tytułem „Obywatele walczą o miasto”!
Fikcja niezależności
Po udanym referendum Hoffman zaczął odgrywać kolejną rolę życia: kreował się na całkowicie „niezależnego kandydata”. Jakaż to bezinteresowna, czysta niezależność! Tyle że – jak właśnie zobaczyliśmy – ten „niezależny” kandydat okazał się w stopniu całkowitym zależny od pieniędzy Gibały.
Ale bez obaw, koło się zamyka, bo sam Gibała – ten drugi wielki „niezależny” – też od lat pozostaje krystalicznie zależny. Od pieniędzy swojego ojca, co czarno na białym wykazywały kolejne oficjalne dokumenty finansowe i oświadczenia.
Cena politycznej prostytucji
I oto mamy przed oczami ten żałosny obrazek: dwóch „niezależnych” panów kupuje sobie władzę w drugim co do wielkości mieście w Polsce – za całkowicie nieswoje pieniądze.
Kurtyna opadła, rekwizyty spakowano, a aktorzy tego taniego teatrzyku stanęli wreszcie w pełnym słońcu. Hoffman sprzedał swoją polityczną twarz za garść obietnic, a Gibała udowodnił, że nie ma dla niego granic obciachu, gdy w grę wchodzi leczenie własnego ego po wyborczych porażce.























