Pół miliona złotych na „wolontariuszy” do zbierania podpisów to był dopiero początek. W krakowskim urzędzie miasta wyrosła nowa kasta ideowców, na czele z Marcinem Kędryną, którzy oficjalnie pracują dla Krakowian bezpłatnie, a nieoficjalnie ciągną pensje z zaplecza prezydenta Łukasza Gibały. Gabinet po wiceprezydencie, dostęp do najtajniejszych decyzji i prywatny przelew na koncie – oto jak w magistracie wygląda najdroższa bezinteresowność w historii polskiego samorządu.
Kraków od wieków słynął z mecenatu, wielkich serc i filantropii. Dziś jednak, pod czujnym okiem prezydenta Łukasza Gibały, pojęcie „wolontariatu” przeszło ewolucję tak głęboką, że Słownik Języka Polskiego PWN powinien pilnie wydać dodatek krakowski. Okazuje się bowiem, że najdroższą rzeczą na świecie wcale nie są luksusowe nieruchomości na Rynku Głównym, lecz bezinteresowne, głęboko ideowe porywy serca krakowskich wolontariuszy.
Czym jest wolontariat w ujęciu tradycyjnym? To bezinteresowna praca, pomaganie w schronisku, zbieranie nakrętek albo noszenie paczek seniorom. Czym jest wolontariat w dialekcie gibałowym? To wyjątkowo dochodowy fach, w którym pojęcie „bezpłatnej pomocy” wycenia się z dokładnością do drugiego miejsca po przecinku.
Gorączka złota pod płaszczykiem wolontariatu
Początki tej szlachetnej szkoły krakowskiego altruizmu sięgają jeszcze roku 2016. Gdy Gibała zbierał podpisy pod pierwszym referendum w sprawie odwołania prezydenta Jacka Majchrowskiego, Krakowianie przecierali oczy ze zdumienia. Jak donosiły media, bezinteresowni ideowcy zbierający podpisy dostawali... 12 złotych na rękę za godzinę. Żeby jednak gorączka czynienia dobra nie ostygła, wprowadzono rynkowy akord: zrób wyższy wynik, zrób minimum 5 podpisów na godzinę, a twoja altruistyczna stawka podskoczy do 15, a nawet 18 zł za godzinę!
Prawdziwy rozkwit czystego, nieposkromionego altruizmu nastąpił jednak w 2024 roku przy kolejnym podejściu referendalnym – tym razem do odwołania Aleksandra Miszalskiego. Inflacja dotknęła nawet serca idealistów! Z ogłoszeń jasno wynikało, że „wolontariusz” zbierający podpisy mógł liczyć na stawkę od 32 do nawet 58 zł za godzinę, a bonus za wypełnioną kartkę z 10 podpisami wynosił okrągłą pięćdziesiątkę. Iście chrześcijańska miłość do bliźniego!
Z oficjalnego rozliczenia tamtej kampanii wyszło czarno na białym, że wynagrodzenia dla tych ideowych pasjonatów kosztowały niespełna pół miliona złotych – a dokładniej 464 537,46 zł (plus drobne 6 373,30 zł za samą rekrutację tego personelu o wielkich sercach).
Charytatywny teatr dla naiwnych
I oto dochodzimy do roku 2026 i absolutnego szczytu krakowskiej sztuki wolontariackiej. W Urzędzie Miasta Krakowa melduje się postać legendarna – Marcin Kędryna, były szef biura prasowego Andrzeja Dudy, szara eminencja i medialny wyjadacz. W magistracie zasiada w gabinecie po wiceprezydencie, wpisuje się do oficjalnego kalendarza władz miasta i doradza prezydentowi w kwestiach strategii. Oficjalny status? Wolontariusz! Pracuje absolutnie za darmo, nie biorąc z budżetu miasta ani jednej złotówki. Łza się w oku kręci na widok tak bezinteresownego oddania dla krakowskiego podatnika!
ZOBACZ TAKŻE: Człowiek PiS zaufanym człowiekiem Gibały i szarą eminencją magistratu. Kim jest Kędryna?
Sęk w tym, że medialne wścibstwo szybko popsuło tę wzruszającą bajkę o charytatywnym panu Marcinie. Okazało się, że choć z magistratu faktycznie przelewy nie płyną, to państwo „wolontariusze” otrzymują pensje ze stowarzyszenia Łukasza Gibały.
Prywatny "agent" w gabinecie
I tu pojawia się fascynująca układanka logiczna, której nie powstydziłby się żaden kryminał polityczny: Skoro człowiek formalnie rejestrowany jako urzędowy wolontariusz nie dostaje przelewu z krakowskiego urzędu, ale pensję wypłaca mu prywatno-polityczne stowarzyszenie prezydenta, to czyjej wiedzy, jakich informacji i na czyją rzecz w zasadzie używa? Do kogo należy jego praca i strategiczna wiedza zdobyta w gabinetach magistratu? I czy prywatne stowarzyszenie ma teraz swój własny, opłacany oddelegowany odcinek w strukturach Urzędu Miasta?
Kraków zawsze słynął z absurdów, ale zrobienie z magistratu biura udostępnianego dla „wolontariuszy” na etacie zewnętrznego stowarzyszenia to majstersztyk. Wychodzi na to, że w krakowskim wydaniu wolontariat to po prostu nowatorska forma outsourcingu politycznego.
Pytanie tylko jedno: jeśli tak wygląda krakowska bezinteresowność, to ile w tym urzędzie będzie kosztowała usługa, za którą ktoś wreszcie oficjalnie zażąda rachunku?

















![„Bilet MPK może kosztować 180 zł.” Ekspert ujawnia brutalną prawdę o finansach Krakowa [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_707.jpg?cadd03b741b9815e938c049a670dedbc)
![Czy Lewica będzie współpracować z Gibałą? „Nie jesteśmy maszynką do głosowania” [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_706.jpg?cadd03b741b9815e938c049a670dedbc)




