Łukasz Gibała szedł do wyborów z hasłem, że Kraków wreszcie będzie dla mieszkańców. Zapomniał tylko dodać, że sam zamierza schować się przed nimi tak głęboko, że nawet za Jacka Majchrowskiego cygaro dymiło bliżej ludzi. Nie minęły dwa tygodnie od zaprzysiężenia, a wielki trybun ludowy zabetonował się w gabinecie, spychając petentów na urzędowy margines.
W dniu zaprzysiężenia Kraków został uroczyście odzyskany. Kampanijne uniesienia, łzy wzruszenia i ta historyczna deklaracja Łukasza Gibały, która miała przejść do historii lokalnej demokracji: "mieszkańcy wreszcie odzyskali miasto!". Brzmiało to jak zwiastun nowej ery, w której zwykły Krakowianin wchodzi do magistratu jak do siebie, a nowy gospodarz z otwartymi ramionami wita każdego, kto ma sprawę, problem albo chociaż chęć narzekania na strefę płatnego parkowania.
Urzędowa spychologia
Cóż, euforyczny sen trwał dokładnie do momentu, gdy opadł wyborczy kurz, a nowo zaprzysiężony prezydent zamknął za sobą drzwi gabinetu. Niespełna dwa tygodnie po zaprzysiężeniu okazało się, że Kraków owszem – jest dla mieszkańców, ale wyłącznie w teorii i na profilach społecznościowych. W rzeczywistości pan prezydent nie ma dla owych mieszkańców czasu.
Spływające do urzędu prośby o spotkania lądują w urzędniczej niszczarce do spraw bieżących albo – wersja bardziej elegancka – są wielkodusznie cedowane na zastępców i szeregowych urzędników. Sam Gibała najwyraźniej uznał, że rola lidera polega na byciu nieuchwytnym symbolem, a nie człowiekiem od rozmawiania z ludźmi, którzy go wybrali.
Nawet dym z cygara był bliżej mieszkańców
Doszliśmy do absurdu, w którym z łezką w oku można wspominać poprzedników. Nawet Jacek Majchrowski – legendarnie odcięty od świata, zamknięty w gabinecie i spowity kłębami dymu z cygara – potrafił od czasu do czasu usiąść z Krakowianami przy jednym stoliku. O Aleksandrze Miszalskim nawet nie wspominając, bo ten dla odmiany stał "frontem do klienta" i przynajmniej stwarzał pozory, że słucha, co do niego mówią.
A co mamy teraz? Reżim gabinetowy w wykonaniu człowieka, który na walce o otwartość zrobił całą swoją polityczną karierę. Okazuje się, że „odzyskany Kraków” działa fantastycznie, dopóki mieszkańcy nie próbują pukać do drzwi prezydenta. Bo gdy pukają, okazuje się, że gospodarz jest strasznie zajęty byciem gospodarzem i nie ma czasu na takie głupoty jak spotkania z wyborcami.
Kraków odzyskany, ale tylko dla jednego człowieka
Panie Prezydencie, delegowanie każdego niewygodnego mieszkańca do zastępców to nie jest żadna „nowa jakość” – to zwykła dezerterka z własnego programu. Obiecał Pan ludziom miasto na własność, a po czternastu dniach zrobil z niego prywatny fort z zakazem wstępu. Kraków faktycznie został odzyskany – szkoda tylko, że wyłącznie dla Gibały.

















![„Bilet MPK może kosztować 180 zł.” Ekspert ujawnia brutalną prawdę o finansach Krakowa [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_707.jpg?cadd03b741b9815e938c049a670dedbc)
![Czy Lewica będzie współpracować z Gibałą? „Nie jesteśmy maszynką do głosowania” [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_706.jpg?cadd03b741b9815e938c049a670dedbc)




