Krakowski magistrat widział już wielu prezydentów, ale tak głęboko w gabinecie nie barykadował się jeszcze żaden z nich! Łukasz Gibała – ten sam, który w kampanii gotów był pukać do drzwi każdego mieszkańca – dziś odciął się od suwerena szczelniej niż sejf w NBP. Efekt? Nawet owiany dymem z cygara Jacek Majchrowski częściej spotykał się z ludźmi. Gibała zamyka drzwi, zrzuca interesantów na urzędników i milczy tak wymownie, że z pomocą przybiegł mu... lider Ruchu Narodowego!
Ustalmy fakty. Dostanie się dziś przed oblicze nowego gospodarza graniczy z cudem. Gibała barykaduje się w swoim pokoju tak skutecznie, że klasyk gatunku – Jacek Majchrowski ze swoim cygarem – jawi się przy nim jako entuzjasta spacerów wśród tłumu i ikona dostępności społecznej.
Tymczasem Gibała opanował do perfekcji sztukę, którą w urzędniczym języku nazywa się „delegowaniem uprawnień”, a w języku polskim – zrzucaniem mieszkańców na zastępców, dyrektorów i przypadkowych urzędników przemykających korytarzem.
Gdy napisaliśmy o tym tekst, w powietrzu zawisło niewygodne milczenie. Artykuł przeczytacie tutaj: Gibała zamknął się w gabinecie i odciął od mieszkańców. Petentów spycha na urzędowy margines.
Ale na ratunek wizerunkowy nie trzeba było długo czekać. Dokładnie... 24 godziny. Nazajutrz po naszej publikacji na sygnale do magistratu przyjechał... lider Ruchu Narodowego, Piotr Bartosz. Z powagą godną męża stanu wrzucił w swoje media społecznościowe wpis z przesłaniem:
Nu, nu, nu! Gibała wcale się nie zamyka!
Nie trzeba być detektywem, by domyślić się, skąd ta nagła fala narodowej empatii – współpraca obu panów to w Krakowie żaden sekret. Szkoda tylko, że Gibała z równie wielkim entuzjazmem, z jakim przyjmuje poparcie od narodowców, nie podchodzi do zwykłych Krakowian.
Najbardziej gorzki – choć i komiczny – jest jednak los radnych dzielnicowych. Tych samych, którzy są najbliżej ludzkich spraw, dziurawych chodników i nieodebranych śmieci. Dzielnicowi radni idą do magistratu z nadzieją na rozmowę z pierwszym obywatelem miasta, przemykają przez korytarze z teczkami pełnymi spraw mieszkańców, po czym... odbijają się od ściany. A dokładniej: zostają płynnie przekierowani do podrzędnych urzędników.
Wygląda na to, że dla Gibały radny dzielnicowy to gatunek szczególnie uciążliwy – bo przychodzi z konkretnymi problemami, zamiast przynieść laurkę.
Gdyby radni z poszczególnych dzielnic przebrali się za działaczy Ruchu Narodowego, być może drzwi gabinetu stanęłyby przed nimi otworem. Niestety, przychodzą tylko w imieniu mieszkańców, a to – jak widać – za mało, by zasłużyć na audiencję.
Miał być Kraków dla Mieszkańców. Na razie mamy Kraków dla wybranych i... Ruchu Narodowego.
***
Aha, Panie Prezydencie, gdyby kolejnym razem z odsieczą przybył na przykład poseł Konrad Berkowicz, to niechże Pan pochowa cenne przedmioty.

















![„Bilet MPK może kosztować 180 zł.” Ekspert ujawnia brutalną prawdę o finansach Krakowa [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_707.jpg?cadd03b741b9815e938c049a670dedbc)
![Czy Lewica będzie współpracować z Gibałą? „Nie jesteśmy maszynką do głosowania” [ROZMOWA]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_706.jpg?cadd03b741b9815e938c049a670dedbc)




