Łukasz Gibała marzy o prezydenturze Krakowa od 17 lat. I przez 17 lat nie nauczył się jednego: rozmawiać.
Siedemnaście lat! To niemal dwie dekady, w czasie których mógłby nauczyć się, czym naprawdę jest polityka miasta, czym jest dialog, czym jest odpowiedzialność. Tymczasem okazuje się, że Gibała doskonale radzi sobie… bez gadania.
- Z dziennikarzami – nie gada, bo nie lubi niewygodnych pytań. Zresztą na „wygodne” też ma problemy z odpowiedzią, jeśli akurat nie nauczył się jej na pamięć. Wypowiada się głównie w "swoich" mediach albo przez niego opłacanych.
- Z obecnym prezydentem Krakowa – nie gada, mimo że miał już co najmniej dwukrotne, publiczne zaproszenie do rozmowy. O liczbie tych „niepublicznych” nie wiemy, ale wiemy, że żadnego nie przyjął.
- Z byłym prezydentem Krakowa – nie gada, bo dwa razy przegrał z nim wybory i strzelił focha.
- Z oponentami politycznymi – nie gada, bo… nie ma argumentów.
Nie wypowiada się w trudnych tematach, nie zabiera głosu w kluczowych sprawach, a gdy coś wymaga działania, deleguje innych: wcześniej radną Aleksandrę Owcę (była idealna, gdy trzeba było pokrzyczeć z mównicy lub przemówić emocjonalnym tonem), teraz radnego Michała Starobrata (wypowiada się lepiej, wygląda lepiej, jest lepszy) lub radnego Łukasza Maślonę (jak już nikt nie chce, to posyła właśnie jego na pierwszą linię frontu).
Każdy ruch, każda decyzja – przez pośredników.
Na pytania dziennikarzy – te wysłane mailem – odpisuje jakaś pani z biura lub ewentualnie odpowiedź przygotowuje pani od lat zajmująca się marketingiem politycznym. Skądinąd sympatyczna. I ona – w przeciwieństwie do Gibały – odpowiada na „dzień dobry”, a czasami nawet i odbiera telefon. Głównie po to, by przekazać, że zapyta szefa, czy się zgodzi na wywiad. Na tym komunikacja zazwyczaj się kończy.
I tu pojawia się pytanie: jak ktoś, kto marzy o prezydenturze przez 17 lat, może sądzić, że jest gotowy na to stanowisko, skoro wciąż nie nauczył się jednej podstawowej umiejętności: rozmawiać z ludźmi?
Prezydent miasta musi umieć dialogować z wieloma środowiskami. Z tymi, które lubi, i tymi, które budzą jego niechęć. A może nawet i obrzydzenie. To nie kwestia sympatii, to obowiązek. To nie jest miejsce dla osób, które chowają się za asystentami i delegują odpowiedzialność.
Fajnie się opowiada o kotkach i pieskach czy tam pierogach jedzonych w barze mlecznym. Ale nie na tym polega prezydentura.
ZOBACZ TAKŻE: Ile dziennie kosztuje zbieranie podpisów pod listą referendalną?
Jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, że ktoś pięć lat temu powiedział ówczesnemu prezydentowi Krakowa (którego Gibała nie trawi) „dzień dobry”, a dziś Gibała (gdyby był prezydentem) prawdopodobnie nie podniósłby nawet ręki na powitanie.
To nie jest człowiek dialogu. To ktoś, kto ucieka przed rozmową, przed konfrontacją i przed odpowiedzialnością. Przez siedemnaście lat aspiracji bez działania.
Marzenia o prezydenturze bez gotowości do rozmowy są jak zamek z piasku – imponująco wygląda z daleka, ale w chwili próby rozsypuje się w proch. A Kraków potrzebuje prezydenta, który mówi, dyskutuje, konfrontuje się, a nie kogoś, kto siedemnaście lat marzy i… milczy.
ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]






















