Ile kosztuje akcja referendalna? Na to pytanie pełną odpowiedź zna zapewne wyłącznie Łukasz Gibała. Sam zresztą przyznał, że płaci ludziom za zbieranie podpisów. I nie ma w tym nic nagannego – pod warunkiem, że nie nazywamy tych ludzi wolontariuszami. Wolontariat z definicji jest bowiem pracą dobrowolną i świadczoną BEZPŁATNIE.
Wróćmy jednak do kosztów. Osoby z zewnątrz mogą jedynie próbować je oszacować na podstawie niepełnych informacji oraz dostępnych publicznie ogłoszeń.
Spróbujmy więc przeprowadzić ostrożne, modelowe wyliczenie, opierając się na kilku założeniach.
Załóżmy hipotetycznie, że podpisy zbiera 100 opłacanych pracowników. Z ogłoszeń pojawiających się w internecie wynika, że stawka wynosi około 57 złotych brutto za godzinę. Przyjmijmy również, że każda z tych osób pracuje średnio 8 godzin dziennie.
W takim wariancie proste działanie matematyczne wygląda następująco:
100 pracowników × 57 zł × 8 godzin = 45 600 zł dziennie.
Oznacza to, że przy przyjętych parametrach dzienny koszt samego zbierania podpisów mógłby wynosić blisko 50 tys. zł.
Jeśli akcja trwałaby 60 dni (to maksymalny czas zbierania podpisów), całkowity koszt pracy osób zbierających podpisy wyniósłby:
45 600 zł × 60 dni = 2 736 000 zł.
Dwa miliony siedemset trzydzieści sześć tysięcy złotych. Tyle – przy przyjętych założeniach – mogą wynieść koszty samego zbierania podpisów.
Do tego należy doliczyć całą masę innych kosztów: opłaty administracyjne, obsługa prawna, druk materiałów, kampania informacyjna, przygotowanie strony internetowej, przygotowanie banerów, transport, koszty logistyczne, obsługa księgowa i finansowa, wynajem lokali, wydłużenie czasu pracy lokali...
Warto raz jeszcze podkreślić, że powyższe wyliczenia mają charakter wyłącznie orientacyjny i opierają się na przyjętych, uproszczonych założeniach. Nawet jeśli zmienimy część parametrów – zmniejszymy liczbę osób, skrócimy czas pracy czy przyjmiemy inną stawkę godzinową – trudno obronić tezę, że tak szeroko zakrojona akcja nie generuje znaczących kosztów.
ZOBACZ TAKŻE: Serce bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to wiadomo – od Gibały
Skala organizacyjna przedsięwzięcia sprawia, że mówimy o poważnych środkach finansowych, a nie symbolicznych wydatkach. W tym sensie opowieści o tym, że referendum „wcale nie jest drogie” i nie stoją za nim duże pieniądze, należy traktować jak żenujący żart dla naiwnych. To rozbudowana, kosztowna operacja, prowadzona pod politycznym hasłem „Kupmy sobie Kraków”.





















