W Krakowie nawet demokracja przestała być darmowa. Podpis pod referendum, który miał być obywatelskim aktem sprzeciwu, zaczyna pachnieć umową-zleceniem. Oficjalnie – wszyscy działają z potrzeby serca. Nieoficjalnie – serce podobno bije szybciej, gdy w portfelu coś szeleści. A gdy szeleści, to widomo – od Gibały.
Referendum, z definicji, ma być szczytem demokracji bezpośredniej. Obywatel wychodzi na ulicę, składa podpis, bo chce zmiany, bo ma dość, bo „tak dalej być nie może”. Tymczasem krakowska rzeczywistość jak zwykle zadaje pytania niewygodne.
- Czy podpis zebrany za darmo waży więcej niż podpis zebrany za stawkę godzinową?
- I czy demokracja na minimalnej krajowej nadal jest demokracją, czy już tylko kolejnym zleceniem?
Jedni mówią: „normalna sprawa, kampania jak kampania”. Inni oburzają się: „halo, to referendum, nie promocja karty lojalnościowej”. Jeszcze inni wzruszają ramionami i pytają najbardziej krakowsko-praktycznie: a ile za podpis?
I tu dochodzimy do sedna lokalnego absurdu. Bo jeśli rzeczywiście ktoś płaci za zbieranie podpisów – podkreślmy: za zbieranie, nie za składanie – to formalnie wszystko się zgadza. Paragrafy milczą. Wolontariat to piękna idea, ale – jak dobrze wiedzą bywalcy Kazimierza – idea nie zapłaci ani za bilet MPK, ani za kawę, ani za czynsz. Gibała też to wie.
ZOBACZ TAKŻE: News KR24.pl! Za zbieranie podpisów pod referendum można dobrze zarobić? Płaci… Gibała
Problem zaczyna się w momencie, gdy obywatel przestaje być obywatelem, a staje się targetem. A podpis – walutą. Bo jeśli ktoś zbiera podpisy, bo ma normę do wyrobienia, to pytanie przestaje brzmieć „czy pan/pani popiera?”, a zaczyna: „czy ma pan/pani PESEL?”. I nagle demokracja bezpośrednia skręca w stronę demokracji hurtowej.
Kanał Krakowski zapytałby pewnie wprost:
- czy to jeszcze obywatelskie poruszenie, czy już outsourcing demokracji?
A sam Gibała? Jak to w Krakowie bywa – jedni widzą w nim sprawnego organizatora, inni cynicznego gracza, jeszcze inni tylko wygodny symbol większego problemu. Bo prawda jest taka, że nawet jeśli dziś „płaci Gibała”, to jutro płacić będzie ktoś inny. Rynek jest chłonny, demokracja zaskakująco elastyczna, a Kraków wiecznie zdziwiony, choć nigdy naprawdę zaskoczony.
I może właśnie o to chodzi najbardziej. Że zamiast oburzać się na stawki za podpis, warto zapytać, dlaczego bez stawek prawie nikt tych podpisów zbierać nie chce. Bo odpowiedź na to pytanie mówi o stanie miasta więcej niż tysiąc referendów i milion haseł o obywatelskości.
ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]





















