To nie wojna z systemem. To publiczna prezentacja własnej intelektualnej bezradności. Kiedy myślenie boli, bierze się łom. Dlatego znaki Strefy Czystego Transportu przegrywają z ludźmi, którzy mylą wandalizm z odwagą. To jest krzyk ludzi, których myślenie boli bardziej niż hemoroidy, mandaty i świadomość własnej przeciętności razem wzięte.
Co jakiś czas różne profile na Facebooku z dumą godną zwycięzców spod Grunwaldu informują: kolejny znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie zniszczony.
I zawsze jest to samo: zdjęcie, komentarze, rechot w internecie. „Hehe, aleśmy pokazali urzędasom”. No, pokazaliście. Pokazaliście, że myślenie boli was bardziej niż życie, w którym nigdy niczego nie zrozumieliście, więc wszystko musicie rozwalić.
Nazwijmy ich po imieniu – to są durnie. Oszołomy. Turbokretyni. Ludzie, którzy mylą wandalizm z buntem, a łom z argumentem. I co najlepsze: oni się tym chwalą. Jakby właśnie odkryli ogień, a nie odkręcili śrubę z rury.
To trochę tak, jakby ktoś się publicznie chwalił, że:
- zdefekował do Paczkomatu, bo „InPost to korporacja”
- wybił szybę w tramwaju, bo „i tak jeżdżą za wolno”
- odłączył światła na skrzyżowaniu, bo „sam wie lepiej, kiedy jechać”
Absurd? Dokładnie ten sam poziom logiki.
Ale idźmy dalej tym tokiem „myślenia”.
- Nie podoba ci się ograniczenie prędkości do 50? Wyrwij znak i jedź 150, bo przecież fizyka to lewacki wymysł, a droga publiczna to twój prywatny tor testowy.
- Nie podoba ci się strefa zamieszkania? Wyrwij znak, i wjedź rozpędzony w grupkę bawiących się tam dzieci.
- Nie podoba ci się zakaz palenia w knajpie? Spal stolik.
- Nie podoba ci się podatek? Podpal urząd.
- Nie podoba ci się prawo? Zniszcz alfabet, bo litery są systemowe.
To nie jest bunt. To dziecinada przebrana za odwagę.
Najśmieszniejsze (czytaj: najsmutniejsze) jest to, że ci sami ludzie krzyczą potem o „wolności” i „zdrowym rozsądku”.
Strefa Czystego Transportu może się komuś nie podobać. Można z nią dyskutować. Można ją krytykować. Można protestować. I w końcu można głosować.
Ale niszczenie znaków to nie jest sprzeciw. To tylko publiczne ogłoszenie: „Nie ogarniam świata, więc go psuję”.
I jeszcze jedno, na koniec, specjalnie dla bohaterów nożyc do blachy: znak wróci. Jedyny trwały ślad zostanie na was, czyli łatka gości, którzy myślą, że są antysystemowi, a zachowują się jak chamy z przystanku.
I to jest właśnie najbardziej ironiczne.





















