Mateusz Melek chce fundować nagrodę pieniężną za "odjebanie urzędników". Robert Brodnicki chce wieszać ludzi "na stryczku". A Tomasz Surdel życzy "żebyście skurwysyny zdechli na złośliwego raka odbytu, a wasze córki kurwiły się z czarnuchami". Tak właśnie wygląda dyskusja z przeciwnikami Strefy Czystego Transportu w Krakowie.
I nie, nie jest to tekst o tym, czy SCT jest dobra czy zła. Są pewnie argumenty za, są i przeciw, zresztą chyba jak zawsze.
To jest teskt o tym, jak przeciwnicy SCT grożą śmiercią urzędnikom, jednego ze zwolenników SCT pytają, czy jest "synem dwóch pedałów", a drugiego, czy jego "matka wie, że jest debilem". To nie są jednostkowe emocjonalne komentarze pisane pod wpływem chwili – to powtarzalny wzór, który z dyskusją nie ma nic wspólnego.
Wszystkie poniższe komenatrze pochodzą z profilu Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie:






















To nie jest „ostra krytyka”, „społeczny gniew” ani „emocje, które trzeba zrozumieć”. To jest czysta przemoc w słowach. Taka, która normalizuje groźby śmierci, gwałtu i linczu, a potem dziwi się, że nikt nie chce z nią rozmawiać.
Bo z kimś, kto fantazjuje o wieszaniu ludzi i nagradzaniu zabójstw, nie prowadzi się debaty. Z takim językiem się nie dyskutuje. Taki język się dokumentuje, nazywa po imieniu i pokazuje opinii publicznej. I dokładnie to robimy.
ZOBACZ TAKŻE: Ch*ju, wypier*alaj! Czyli jak wygląda debata o SCT w Krakowie





















