To nie był protest. To była polityczna próba generalna. Z megafonami zamiast programu, z SCT jako pretekstem i z referendum jako prawdziwą stawką. Na ulicę nie wyszli oburzeni mieszkańcy, tylko przyszli kandydaci: skrajna prawica, zaplecze Gibały, kryminalista i świeżo wyciągnięte z kapelusza nazwiska, które dziś krzyczą „wolność”, a jutro zapukają po władzę. Kraków stał się planem zdjęciowym, a miasto paliwem do robienia kariery.
Nie był to żaden „protest przeciwko SCT”. To było polityczne karaoke, w którym hasła o samochodach służyły tylko za podkład muzyczny. Mikrofon trzymali dobrze znani wokaliści: skrajna prawica, kryminalista i zwolennicy Gibały, śpiewający wspólnie, których łączy mniej więcej tyle, co węgiel z rowerem miejskim.
SCT była tu tylko rekwizytem. Takim dmuchanym balonikiem z napisem „wolność”, który każdy mógł chwycić i nadmuchać do własnych rozmiarów. Jedni dmuchali strachem przed „ekologicznym terrorem”, drudzy ambicją polityczną. Bo nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg, nawet jeśli jest nim abstrakcyjna strefa na mapie.
To nie była manifestacja mieszkańców, tylko regularna pikieta partyjna, tyle że bez logo na banerach. Zamiast programu – krzyk. Zamiast argumentów – facebookowe memy skandowane na głos. Ktoś krzyczał o biednych kierowcach, ktoś inny o zamachu na wolność, a w tle cicho pobrzmiewało: „patrzcie na nas, jesteśmy, liczycie się z nami?”. Klasyka.
I dlatego nie oszukujmy się: to nie był głos „zwykłych ludzi”. To był głos politycznych interesów przebranych za obywatelski bunt. Trochę jak wilk w owczej skórze, tylko że skóra była z poliestru, a wilk nawet nie udawał, że jest owcą.
Kraków widział już wiele demonstracji. Ta zapisze się jako przykład, jak łatwo temat miejski zamienić w polityczny transparent. Bez rozmowy, bez odpowiedzialności, za to z głośnikiem i kamerą. Bo dziś nie chodzi o miasto. Dziś chodzi o to, kto głośniej krzyczy i kto zbierze więcej lajków pod hasłem „jestem przeciwko”.
I jest jeszcze jeden element tej układanki, o którym nie wypada mówić głośno, więc powiedzmy to głośno: to jest oczywista podwalina pod referendum. Nie pod debatę, tylko pod klasyczne polityczne „sprawdzam”. Najpierw krzyk, potem emocja, potem urna. Mechanizm stary jak demokracja, tylko opakowanie coraz bardziej krzykliwe.
Bo tu nie chodzi o SCT. Chodzi o zbijanie kapitału politycznego. O to, żeby na gniewie, frustracji i niechęci do „władzy” – jakiejkolwiek – wyhodować nowe twarze i nowe nazwiska. Taki polityczny inkubator: trochę oburzenia, trochę megafonu i już wyrasta „lider społeczny”.
Do wczoraj nikt nie słyszał o jakimś Piotrze Bartoszu z Konfederacji czy innej Korony Polskiej. Ot, zwyczajny nołnejm. Postać z marginesu lokalnego Facebooka. A dziś? Jedna z twarzy protestu. Mikrofon, kamera, cytaty. Jutro – ekspert od wolności. Pojutrze – kandydat. A za chwilę, kto wie, może przyszły poseł, który będzie opowiadał w Sejmie, jak to „zwykli ludzie wyszli na ulice”.
I takich Bartoszów jest więcej. Cały peleton. Ludzie, którzy nagle „się pojawili”, bo polityka w Polsce nie polega już na pracy, tylko na widoczności. Nie na kompetencjach, tylko na tym, kto stanie bliżej kamery. SCT stała się dla nich trampoliną. Nie do rozwiązań, tylko do kariery.
Dlatego ta manifestacja była tak gładko wyreżyserowana. Emocja – jest. Wróg – jest. Prosty przekaz – jest. A na końcu drogi: referendum jako wielki plebiscyt popularności, w którym nie wygrywa argument, tylko rozpoznawalność nazwiska.
To nie był bunt oddolny. To była próba rozgrzewki przed kampanią.
Miasto znów zostało tłem. Scenografią dla politycznego castingu. A stawką nie jest czyste powietrze, tylko czyste konto polityczne: zasięgi, nazwisko i pierwszy krok do „czegoś więcej”. W Krakowie, jak widać, niektórym wystarczy jeden protest, żeby z nikogo stać się „kimś”. I to jest w tej historii najbardziej niepokojące.






















