Tak mocnych słów z ust czołowego polityka już dawno nie słyszeliście! Wojewoda małopolski Krzysztof Jan Klęczar miesza z błotem Strefę Czystego Transportu w Krakowie i jej "architekta" Łukasza Franka. – Byłbym zadowolony, gdyby w ogóle nie uchwalano takich kretyńskich przepisów – mówi w rozmowie z Łukaszem Mordarskim.
– To demagogia, populizm i oszołomstwo – dodaje polityk Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Krzysztof Jan Klęczar odnosi się także do potencjalnego referendum za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego. – Uważam, że ma wszystko, by być dobrym gospodarzem tego miasta, ale ja wiele rzeczy robiłbym inaczej – twierdzi. Zdradza także za kim tęskni w krakowskiej radzie miasta.
***
Kanał Krakowski: W Krakowie trwa „inba” o obowiązującą od Nowego Roku Strefę Czystego Transportu. Pan skierował tę uchwałę do sądu, a rozstrzygnięcie ma nastąpić 14 stycznia.
Krzysztof Jan Klęczar: Część osób ma do mnie pretensje o to, że w przypadku SCT nie postąpiłem bardziej radykalnie i od razu nie uchyliłem tej uchwały. Było jednak kilka przesłanek, by odesłać ją do sądu. Głównym powodem było to, że decyzja o SCT podejmowana była w momencie, w którym nie wiedzieliśmy jeszcze, jak potoczą się losy wcześniejszej uchwały, którą skarżył jeszcze mój poprzednik, Łukasz Kmita. Było więc ryzyko, że gdybym stwierdził nieważność nowej uchwały, wówczas zaczęłaby obowiązywać ta wcześniejsza, jeszcze bardziej restrykcyjna. Tego się obawiałem najbardziej.
Pan nie jest fanem SCT?
Nigdy tego nie ukrywałem. Zresztą moje środowisko polityczne – jeszcze na etapie tworzenia nowych przepisów – apelowało do rady miasta, do przewodniczącego Jakuba Koska, by nie przyjmować SCT w takim kształcie. Według mnie to jest uchwała, która dyskryminuje pewne grupy.
Na przykład?
Rolników, którzy dowożą produkty rolne na miejskie targowiska. Małych producentów z okolic Krakowa, z powiatów krakowskiego, miechowskiego, tarnowskiego, dąbrowskiego… Oni zwykle przyjeżdżają tu starymi samochodami i nie stać ich, by kupić nowe. Wyklucza też studentów – przecież dziś młodzież często jeździ autami, co widać po wzmożonym ruchu, gdy zaczyna się rok akademicki. Jest też wiele grup, które do Krakowa wjeżdżają nie dlatego, że chcą, ale dlatego, że muszą.
Będzie Pan szczęśliwy, jak sąd unieważni uchwałę?
Byłbym zadowolony, gdyby w ogóle nie uchwalano takich kretyńskich przepisów.
Przecież Kraków musi wprowadzić SCT, choćby z powodu ustawy o elektromobilności czy programu ochrony powietrza.
Owszem, musi stworzyć taką strefę. Ja natomiast nie lubię demagogii, populizmu i oszołomstwa, które zaistniało w tym przypadku. To władze miasta określają zakres i poziom emisyjności dopuszczalny do wjazdu. Ja uważam, że pierwsza uchwała była zbyt restrykcyjna, a druga – ta obowiązująca teraz – jest zbyt szeroka.
To jak powinna wyglądać według Pana?
Strefa powinna obowiązywać w centrum Krakowa, w granicach drugiej obwodnicy. Wtedy miałoby to ręce i nogi. Tymczasem jest nią objęte 60 procent miasta, a jeśli chodzi o tereny zurbanizowane, to ponad 90 procent. To jest zbyt duża powierzchnia.
Zawsze byłem jednak człowiekiem wielkiej wiary i w tym przypadku także wierzyłem, że rada miasta przyjmie nasze argumenty i zrobi jakieś korekty, ograniczając powierzchnię obowiązywania SCT lub chociaż wydłużając czas wdrażania przepisów.
ZOBACZ TAKŻE: Ostro o SCT: "Jeżeli komuś się nie podoba, nie musi przyjeżdżać do Krakowa"
Osobiście proponowałem też rozwiązanie – skoro jestem wojewodą małopolskim – by wszyscy obywatele Małopolski byli traktowani tak samo, czyli mogli wjeżdżać do SCT bez opłat (tak jak mieszkańcy Krakowa). Płaciliby tylko mieszkańcy innych województw. Żaden z tych pomysłów nie został jednak przyjęty.
Nie ma Pan wrażenia, że ta uchwała wygląda, jakby była pisana albo „po złości”, albo na kolanie? Jej architekt, Łukasz Franek, który bardzo lubi dociskać do muru zwykłego obywatela jeżdżącego raz w tygodniu na działkę golfem trójką z półtoralitrowym dieslem, jednocześnie wpisał do uchwały wyjątki, choćby dla sprzętu budowlanego, który bez problemu i bez spełniania norm może sobie wjeżdżać do ścisłego centrum.
Niestety, uważam, że ma pan rację. Że w tej uchwale jest sporo populizmu.
I nie chodzi o to, że ja chcę się bawić w szeryfa. Pamiętam, jak sam byłem radnym, a później burmistrzem w średniej gminie, i też mnie drażniło takie „szeryfowanie” ze strony wojewody. Jeśli 90 procent mieszkańców tej gminy czegoś chciało i myśmy to uchwalali, to ktoś, patrząc na to z pozycji Krakowa, nie powinien szukać dziury w całym. Ja się bardzo tego wystrzegam i staram się nie wchodzić w czyjeś buty. Mam jednak jasno nakreślone to, jakie czynności kontrolne muszę wykonać. Ustawa daje mi prawo do tego, by ocenić merytorycznie decyzje rady miasta oraz to, czy uchwalane przez nią prawo nie dyskryminuje reszty Małopolan. Uważam, że w przypadku SCT w Krakowie tak się stało, dlatego zaskarżyłem uchwałę do sądu.
Do końca miałem nadzieję, że tę skargę wycofam, bo radni dokonają jakiejś korekty. Rozmawiałem nawet o tym z przewodniczącym Koskiem, ale nie było żadnej reakcji. Szkoda, bo to jest trudny czas dla krakowskiego samorządu.
Czyli Waszych koalicjantów.
Od początku i nadal bardzo kibicuję Aleksandrowi Miszalskiemu. Uważam, że ma wszystko, by być dobrym gospodarzem tego miasta, ale ja wiele rzeczy robiłbym inaczej.
Popiera Pan pomysł organizacji referendum przeciwko odwołaniu prezydenta Krakowa?
Nie. To jest zbyt krótki czas, by już teraz wyciągać racjonalne wnioski z polityki Aleksandra Miszalskiego. Poza tym trudno nie zauważyć, że od pewnego czasu trwa regularna nagonka medialna i polityczna na prezydenta. Niektóre środowiska traktują referendum jako „dodatkowe” wybory, a te odbywają się raz na cztery czy pięć lat. Referendum powinno być ostatecznością, a nie uważam, że obecnie w Krakowie dochodzi do łamania prawa lub całkowitej utraty zaufania społecznego.
Doskonale wiemy, że jedna z partii politycznych dostała wręcz przykaz, by szukać haków na obecnie rządzących i promować się na akcjach referendalnych w całej Polsce. Traktują oni referendum jak kampanię wyborczą i temu się mocno sprzeciwiam.
ZOBACZ TAKŻE: Referendum frustratów. Jak przegrani chcą unieważnić wybory w Krakowie
Zapytam jeszcze w kontekście Pańskich słów o radzie miasta. Zgodzi się Pan z tezą, że jest to najgorsza rada w historii Krakowa?
(uśmiech) Powiem tak: nie ma większej przyjemności i zabawy w polityce niż być radnym opozycyjnym, który może powiedzieć i krytykować wszystko, nie ponosząc żadnej odpowiedzialności. Sytuacja robi się nieco inna, jeśli zostaje się radnym, którego ugrupowanie rządzi i odpowiada za gminę.
Uciekał Pan od mojego pytania.
Nikt nie rodzi się alfą i omegą. Ta rada jest dość młoda, wiele osób dopiero rozpoczyna swoją przygodę z polityką. Widzę jednak, że te uchwały są coraz lepsze.
Bardzo wysoko oceniam choćby przewodniczącego Koska. Uważam, że jest to wysokiej klasy samorządowiec i bardzo mądry człowiek. Jestem przekonany, że w tej radzie są także inne tak nietuzinkowe osoby jak on. Chociaż… czasem brakuje mi osób barwnych i wyrazistych, jak choćby Łukasza Wantucha (śmiech).




















