Papier toaletowy stał się symbolem krakowskiej edukacji. Uczniowie mówią: „musimy przynosić własny”. Dyrektorzy twierdzą: "nie stać nas nawet na mydło". Urzędnik odpowiada: „to nieprawda”. Kto więc manipuluje opinią publiczną: szkoły, rodzice czy media?
Kraków wydaje 3,8 miliarda złotych na edukację, a cała Polska dyskutuje o braku pieniędzy na papier toaletowy. – Podczas analizy wydatków zauważyłem ogromne rozbieżności. Niektórzy dyrektorzy zgłaszali zapotrzebowanie na 30 tysięcy złotych, a inni na 300 tysięcy – mówi nam Jacek Drabik, dyrektor Departamentu Edukacji. Przekonuje jednak, że sytuacja finansowa krakowskich szkół jest "ewidentnie pozytywna", a "każda złotówka wydana na edukację zwraca się wielokrotnie".
Dlaczego więc szkoły spanikowały? I skąd w ogóle wzięła się największa "imba” ostatnich tygodni? O sytuacji w krakowskiej edukacji z przedstawicielem urzędu miasta rozmawia Łukasz Mordarski.
***
Kanał Krakowski: Dlaczego w krakowskich szkołach uczniowie muszą przynosić ze sobą własny papier toaletowy?
Jacek Drabik: Smutno się czyta takie informacje. To może być dobry nagłówek, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością w krakowskich szkołach. Już kilka razy to robiłem i ponownie oczywiście muszę zdementować tę informację. Wiem, że pojawiła się ona w mediach, ale to absolutna nieprawda. Taka sytuacja nigdy nie miała miejsca.
Czyli kto kłamie: uczniowie, rodzice, nauczyciele czy dziennikarze?
Nie wiem, kto kłamie. Natomiast tłumaczyłem to już wielokrotnie i wytłumaczę raz jeszcze, skąd – moim zdaniem – mogą pojawiać się tego typu informacje w przestrzeni medialnej.
W trakcie tworzenia budżetu dla edukacji na 2026 rok przeglądaliśmy wszystkie kategorie wydatków z lat poprzednich i planowaliśmy ich wysokość na kolejny rok. Jedną z niewielkich kategorią w tym budżecie, wynoszącym 3 miliardy 789 milionów, były dwa konkretne paragrafy. Pierwszy to tak zwane wydatki rzeczowe, które zawierają między innymi wspomniany papier toaletowy, środki czystości i inne rzeczy wymagane do normalnej, bieżącej działalności szkoły. Drugi paragraf to wydatki związane z zakupem podręczników czy pomocy naukowych. Obydwa te paragrafy stanowią około 1,2% całości budżetu. Nad każdym paragrafem nawet jeśli ma tak mały udział procentowy pochylamy się z uwagą bo to są środki publiczne.
Podczas analizy tych wydatków zauważyłem ogromne rozbieżności, nawet w placówkach o podobnej liczbie uczniów, kadry nauczycielskiej, rozmiaru sekretariatów czy kubaturze budynków. Niektórzy dyrektorzy zgłaszali zapotrzebowanie na 30 tysięcy złotych, a inni na 300 tysięcy w szkołach podstawowych i nawet do pół miliona złotych w liceach.
Skąd aż takie rozbieżności?
I to jest bardzo dobre pytanie.
A jak brzmi odpowiedź?
Że być może niektórzy dyrektorzy wpadli w pułapkę. Jeśli od wielu lat mieli limit na jakimś poziomie, to doliczali do tego inflację oraz wzrost kosztów i powiększali ten limit na kolejny rok. Dlatego więc trzeba zoptymalizować te wydatki w trakcie 2026 roku, by środki były dzielone sprawiedliwie na wszystkie placówki. Sumarycznie bowiem w tym roku przeznaczamy na te wspomniane wcześniej paragrafy, a więc wydatki rzeczowe i pomoce naukowe, nawet większą kwotę niż w 2025 roku.
Użył Pan słowa „optymalizacja”. Ale umówmy się, kojarzy się to raczej z obcinaniem pieniędzy dla poszczególnych szkół. Nie powinno więc chyba dziwić, że dyrektorzy wypłakują się w mediach.
Raz jeszcze podkreślam – nie ma żadnego ścinania środków.
To żeby zakończyć temat braku papieru toaletowego w szkołach – obydwaj czytaliśmy te same artykuły. Raz jeszcze więc zadam to pytanie: kto kłamie?
Nie nazwałbym tego kłamstwem. Co więcej, zdaję sobie sprawę, że z punktu widzenia dyrektora szkoły mógł on poczuć pewne zaniepokojenie tą optymalizacją i – jako szef lub szefowa placówki – ma prawo zadawać różnego typu pytania, a my mamy obowiązek mu odpowiadać. I tak właśnie zrobiliśmy. Jeśli chodzi o budżet na 2026 rok, najpierw poinformowaliśmy o nim zespoły doradcze, które pełnią rolę takiego łącznika, a później przekazaliśmy informację władzom wszystkich jednostek oświatowych. Rozumiem więc początkowe niepokoje dyrektorów, ale dziś na spokojnie wszystko wytłumaczyliśmy.
Może więc zabrakło komunikacji?
Zmieniamy sposób komunikacji z wszystkimi jednostkami. Chcemy, aby informacje były przekazywane w jasny i regularny sposób. Od tego roku co miesiąc będziemy odbywać spotkania z dyrektorami – zarówno online, jak i stacjonarnie. Zresztą pierwsze już się odbyły. Podczas tych spotkań odpowiadamy na wszelkie pytania i wątpliwości. Stawiamy na znacznie większą otwartość niż dotychczas.
No właśnie, bo dyrektorzy skarżyli się w mediach, że o planowanych cięciach dowiedzieli się po fakcie, zostali postawieni przed faktem dokonanym.
Istnieje pewien proces tworzenia budżetu. Pewne decyzje musiały najpierw zapaść w naszym gronie, w departamencie i wydziale edukacji. Później od razu komunikowaliśmy te decyzje zespołom doradczym i dyrektorom jednostek. Uważam, że to adekwatny do sytuacji sposób komunikacji. Jeśli jednak dyrektorzy uważają, że warto coś poprawić to na pewno weźmiemy ich sugestie pod uwagę.
Skoro rozmawiamy o szkołach, to zapytam młodzieżowym językiem: czyli ta imba w krakowskiej edukacji była o nic?
Z punktu widzenia merytoryki i rzeczywistych cyfr wydaje się, że chodziło tu bardziej o emocje niż o rzeczywistość. Rzeczywistość jest ewidentnie pozytywna.
Wydatki na edukację stanowią 40 procent budżetu miasta. Na co idzie najwięcej tych pieniędzy?
Około 60 procent całego budżetu na edukację stanowią wynagrodzenia nauczycieli, administracji i osób, które zapewniają działanie szkoły. 25% to dotacje na zadanie bieżące a około 15% to wydatki związane z realizacją zadań statutowych.
A może zabraknąć pieniędzy na te wypłaty?
Nie wiemy, co się wydarzy, jeśli chodzi o decyzje organów centralnych, bo mogą pojawić się na przykład podwyżki dla nauczycieli lub inne rzeczy, na które nie mamy wpływu.
I co wtedy?
Tak samo jak to bywało wcześniej – jeśli nie otrzymamy równolegle środków rządowych to będziemy musieli znaleźć te środki w budżecie miasta.
Wiem, że jest Pan od szukania oszczędności, ale… czy nauczyciele powinni zarabiać więcej?
(uśmiech) Każdy zawód, wliczając w to zawód nauczyciela, zasługuje na pełną i ciągłą analizę wynagrodzenia.
To konkretnie: gdyby to zależało od Pana, to dorzuciłby Pan nauczycielom po 500 złotych do pensji?
Rozważyłbym to, ale podkreślam, że ta decyzja należy do organów centralnych. Natomiast ja nigdy, niezależnie od miejsca, w którym pracowałem, nie traktowałem edukacji jako wydatku. To jest najlepsza możliwa inwestycja – może na równi z obronnością – jaką może zrealizować państwo. Każda złotówka wydana na edukację zwraca się wielokrotnie.
Wróćmy do budżetu Krakowa na edukację. Znalazł Pan jakieś luki, przez które przeciekają pieniądze?
Ten rok będzie lepszy na tego typu analizy, bo uczestniczyłem w tworzeniu budżetu od początku do końca. W związku z tym doskonale wiem już na etapie jego tworzenia, jakie ruchy wykonaliśmy, czy środki są wydawane efektywnie i gdzie można szukać oszczędności.
Zakończmy więc temat pieniędzy: gdyby miał Pan do dyspozycji dodatkowe 100 milionów na krakowską oświatę, to na co by je Pan przeznaczył?
Na wszystko, co związane jest z nowymi technologiami, bo wkrótce każdy obywatel będzie się z nimi stykał i będzie to absolutna konieczność na rynku pracy. Do tego rozwój takich kompetencji jak: krytyczne myślenie, analiza i rozwiązywanie problemów, inteligencja emocjonalna, empatia, umiejętność wyciągania wniosków.
ZOBACZ TAKŻE: Gibała przygotował folder wyborczy. Kraków jako prywatny plac zabaw
Przeczytałem też w mediach, że – rzekomo – według miejskich danych w ciągu ostatnich pięciu lat Kraków stracił kilkanaście tysięcy uczniów.
Dane pokazują zupełnie co innego: liczba uczniów w jednostkach oświatowych samorządowych w Krakowie rośnie z roku na rok. W roku szkolnym 2021/22 mieliśmy 99 tysięcy uczniów, a w roku szkolnym 2025/26 mamy ich ponad 105 tysięcy.
Jedyną jednostką, w której z roku na rok spada liczba dzieci, są przedszkola. I tutaj, w ciągu ostatnich pięciu lat, zaliczyliśmy prawie czternastoprocentowy spadek, co też objawiło się między innymi decyzją o zamknięciu jednego z przedszkoli, bo jego utrzymywanie byłoby nieracjonalne. Ten spadek jest jednak uwarunkowany demograficznie i dotyczy całej Polski.
Natomiast wzrost liczby uczniów we wszelkiego typu szkołach – podstawowych i ponadpodstawowych – oraz wzrost liczby studentów oznacza, że Kraków zbudowany jest na wiedzy. A dobrze wykształcona młodzież powoduje, że przychodzą tutaj nowe firmy, nowy biznes, nowe organizacje, które ściągają dodatkowe osoby, w związku z czym Kraków rośnie i się rozwija.
Zabrzmiał Pan jak rasowy polityk, a jest Pan przecież pokazywany jako wzór „antykolesia”, który przyszedł do urzędu z biznesu, nie należy do żadnej partii. Ile razy zdążył już Pan pomyśleć, że wdepnął w niezłe bagno?
Nigdy nie pomyślałem w ten sposób, bo moja decyzja o pracy w urzędzie była przemyślana i poparta chęcią wykorzystania swojego doświadczenia zarządczego zdobytego w biznesie. Przez 40 lat pracowałem w firmach, które w stu procentach oparte były na wiedzy, więc doskonale rozumiem ten obszar, którym się aktualnie zajmuję.
Ale Urząd Miasta Krakowa to nie prywatna firma i nie da się przełożyć pewnych mechanizmów zarządzania biznesem.
Od początku krzewię dewizę, że nie ma czegoś takiego, że się nie da, i moi współpracownicy zdają się to rozumieć.
Przecież są choćby pewne uwarunkowania prawne, które nie pozwalają zarządzać wydziałem czy departamentem tak, jak prywatną firmą.
Oczywiście. W prywatnym biznesie można zrobić wszystko, czego prawo nie zabrania. W samorządzie można robić tylko i wyłącznie to, na co prawo pozwala. I to oczywiście narzuca inny sposób działania, inne kroki, żeby dojść do celu. Czasami oznacza to jednak tylko dłuższy proces dochodzenia do zmiany, którą chce się wprowadzić. Ale są też sytuacje, gdy jakieś zmiany można osiągnąć szybciej, bo dzięki działalności w strukturze miasta ma się dostęp do wszystkich wydziałów, procesów i osób decyzyjnych.
Czasem Pana obserwuję, gdy siedzi Pan zamyślony podczas sesji rady miasta. Słuchając niektórych radnych, myśli Pan sobie: o czym oni w ogóle gadają?
(uśmiech) No, jest to inny sposób prowadzenia dyskusji niż w biznesie. Trzeba w nim znaleźć swoje miejsce. Jeśli więc ktoś zadaje mi pytanie, to staram się odpowiadać w sposób jasny, klarowny, merytoryczny i oparty na faktach. Nawet jeśli słyszę dokładnie to samo pytanie kolejny już raz na kolejnej sesji. Twierdzę, że tylko takie odpowiedzi będą przynosić rezultaty, choć czasem trzeba wykazać się dużą cierpliwością.
***
* Jacek Drabik – dyrektor Departamentu Edukacji Urzędu Miasta Krakowa. Ukończył studia wyższe na Akademii Górniczo-Hutniczej na Wydziale Maszyn Górniczych i Hutniczych (aktualnie Wydział Inżynierii Mechanicznej i Robotyki). Pracował na AGH, zajmował stanowisko dyrektora ds. produkcji oprogramowania w Informatyczno-Budowlanej RoboBAT-IGE, związany ze spółkami Informatyka-Grafika-Elektroenergetyka i IGE-SOFT, gdzie zajmował się rozwojem oprogramowania. Był dyrektorem centrum oprogramowania i Country Managerem i wieloletnim prezesem zarządu w Motorola Solutions Systems Polska Sp. z o.o.





