• Pozycja: Box 2
Przeczytasz w 2-3 minuty
Świadkowie Jehowy / fot. wikimedia, Steelman

Dziś zacznę niczym Karol Strasburger, choć nie mam oczywiście zamiaru porównywać się do mistrza sucharów.

Puk. Puk.
– Kto tam?
– Sąsiadki.
– Nie ma siatek.

Ten dowcip przypomniał mi się, gdy do drzwi moich zapukali… płatni, hehe, wolontariusze. Swoją drogą „płatni wolontariusze” to takie samo logiczne cudo jak dietetyczny pączek z boczkiem albo cichy remont u sąsiada. Niby słowa znane, a razem tworzą byt metafizyczny.

No ale ci wybrańcy Gibały oddolnego ruchu obywatelskiego zapukali. A żeby być całkiem precyzyjnym: zadzwonili domofonem. Nieopatrznie podniosłem słuchawkę i usłyszałem, że zbierają podpisy za odwołaniem prezydenta. Zdziwiłem się, bo organizatorzy co rusz donoszą o sukcesach z taką emfazą, że gdyby podpisy były walutą, moglibyśmy już spłacić dług publiczny Polski i dorzucić coś Grekom.

ZOBACZ TAKŻE: Demolka miasta na zlecenie. Kto naprawdę stoi za niszczeniem Krakowa?

Najpierw było dziesięć tysięcy. Potem dwadzieścia. Chwilę później – milion tysięcy. Licznik kręci się szybciej niż… no nie znajduję porównania. Kolejki – mówią – ustawiają się jak po lody w upale. Społeczne poruszenie, obywatelski zryw.

Tylko że jest jeden drobiazg. Skoro idzie tak dobrze, to dlaczego akcja przypomina wizytę Świadków Jehowy w niedzielny poranek?

Puk. Puk.
– Dzień dobry, czy moglibyśmy prosić Pana PESEL? Najlepiej od razu.

Chodzenie po mieszkaniach, klatkach schodowych i osiedlach ma w sobie coś ujmująco staroświeckiego.

Ale… jeśli kolejki naprawdę się ustawiają, to po co pukać? Po co ten domofonowy small talk, to nerwowe „to tylko chwileczka”, to szybkie skanowanie korytarza, czy sąsiedzi patrzą? Masowy ruch społeczny raczej nie musi pytać, czy ktoś ma chwilę i dowód osobisty pod ręką. On po prostu jest. Widoczny. Głośny. Nie potrzebuje wizjera.

Kraków zna takie sceny. Zna też wielkie słowa, które potem okazują się… roboczą hipotezą. Referendalną wersją „już prawie”, „na pewno” i „mamy więcej, niż trzeba, tylko jeszcze zbieramy”.

I tak miasto żyje w dwóch rzeczywistościach jednocześnie. W pierwszej – historyczne kolejki, setki tysięcy podpisów i ludzkie tsunami. W drugiej – puk, puk, poproszę PESEL, najlepiej teraz, bo jutro idziemy na inne piętro.

Swoją drogą. Do tej pory było mi sobie trudno wyobrazić – a wyobraźnię mam bujną – że ktoś zapuka do mych drzwi, wsadzi w nie głowę i poprosi o… PESEL. Czekam jeszcze tylko na: „a numer karty i kod z SMS-a też Pan poda, bo demokracja się spieszy”.

Jeśli rewolucja musi chodzić po domach i dzwonić domofonem, to może problem nie leży w drzwiach, tylko w liczbach.

ZOBACZ TAKŻE: Majchrowski: "Gibała od 17 lat przebiera nogami, by być prezydentem" [WYWIAD]

A propos drzwi: już raz w Krakowie facet, który chciał obalić prezydenta, odbił się od drzwi i zamiast prezydenta, mógł obalić sobie flaszkę. Z kolegami z Krowoderskiej.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także