Łukasz Fanek przestał być dyrektorem Zarządu Transportu Publicznego w Krakowie. I dobrze. Tyle że ta decyzja pachnie bardziej spóźnioną refleksją niż odważnym przywództwem.
Bo to nie jest ruch z kategorii „nowe otwarcie”. To raczej klasyczne „trzeba było tak od razu”. Półtora roku temu? Zdecydowanie. Pięć lat temu? Jeszcze lepiej. Krakowski transport (nie tylko ten publiczny) nie zaczął przecież skrzypieć wczoraj. Problemy narastały, napięcia rosły, decyzje budziły kontrowersje, a mieszkańcy coraz częściej zadawali pytanie: kto nad tym wszystkim panuje?
Nowa administracja w magistracie miała komfort świeżego mandatu i politycznej energii. To był moment, by zrobić porządek, wyznaczyć nowe standardy, pokazać, że kończy się epoka dryfowania. Tymczasem w krakowskim urzędzie miasta decyzje personalne rozciągają się jak remonty – niby coś się dzieje, ale końca nie widać.
Nie chodzi o personalne wycieczki. Chodzi o odpowiedzialność. Transport to krwioobieg miasta. Jeśli ten system kuleje, cierpią tysiące ludzi. Codziennie. Każde nietrafiona decyzja zostawia ślad.
Owszem, można dziś powiedzieć: „lepiej późno niż wcale”. To prawda. Ale prawdą jest też to, że straconego czasu nikt Krakowowi nie odda. Zaufanie mieszkańców odbudowuje się latami, a traci w kilka miesięcy.
Łukasz Fanek powinien być jak ten słynny Lexus Jacka Majchrowskiego. "Sprzedany" na początku kadencji, jako wyraźny sygnał zerwania z przeszłością.
Ale stało się inaczej. Samochód-symbol zniknął szybko, bo łatwo było pokazać, że to znak poprzedniej epoki. Z ludźmi okazało się trudniej. A przecież dyrektor ZTP stał się symbolem znacznie poważniejszym niż służbowa limuzyna. Symbolem stylu zarządzania, który dla wielu mieszkańców oznaczał chaos, kontrowersyjne decyzje i poczucie, że nikt nie bierze realnej odpowiedzialności za skutki.
Bo transport w Krakowie to nie akademicka dyskusja o modelach mobilności. To codzienność setek tysięcy ludzi. Jeśli coś przez lata budziło frustrację, to właśnie wrażenie, że eksperymentuje się na żywym organizmie miasta.
Dlatego dzisiejsza decyzja jest dobra. Ale powinna była zapaść znacznie wcześniej. Na początku kadencji, kiedy nowa władza mogła jasno powiedzieć: zmieniamy kierunek, bierzemy odpowiedzialność, kończymy z tym, co budziło największe emocje.
Dziś pozostaje pytanie, czy to początek realnych zmian, czy tylko korekta wizerunkowa. Bo jeśli symbol znika dopiero wtedy, gdy presja staje się zbyt duża, to trudno mówić o zdecydowanym przywództwie.













![Zbudował fundamenty nowoczesnego Krakowa. Teraz ostrzega przed przyszłością [WYWIAD]](/images/thumbnails/lne/thumb_130_218.jpg?61e34badb52e75fa69964f951e12f47c)






