• Pozycja: Box 2
Przeczytasz w 2-3 minuty
Łukasz Franek / fot. Zarząd Dróg Miasta Krakowa

Odwołanie Łukasza Franka ze stanowiska dyrektora Zarząd Transportu Publicznego w Krakowie budzi skrajne emocje. Jedni płaczą, inni otwierają szampana, a jeszcze inni – jak ja – mają w sobie mieszankę sympatii, złości i zwyczajnego zmęczenia.

Być może niewiele osób dziś pamięta, że Franek trafił do urzędu jako przedstawiciel tak zwanych aktywistów. W czasach, gdy aktywiści dawali ostro w kość ówczesnemu prezydentowi Jackowi Majchrowskimu, ten – w przypływie politycznej intuicji – postanowił wykonać ruch rodem ze wschodnich sztuk walki: wykorzystać impet przeciwnika. Wziął jednego z nich i powierzył mu kierowanie sprawami transportowymi miasta. Sprytne? Być może. Ryzykowne? Na pewno.

Potem Franek przekonywał kolejnych przełożonych – Majchrowskiego, Andrzeja Kuliga, a na końcu Aleksandra Miszalskiego – że jest wybitnym fachowcem. Może jest. A może to tylko PR. Nie wiem. Nie znam się na transporcie. Ale nie muszę umieć robić pizzy, by ocenić, czy jest dobra. Nie muszę być fotografem, by stwierdzić, czy zdjęcie mi się podoba.

ZOBACZ TAKŻE: Hipokryzja Gibały. "Nie zależy mi na wygraniu wyborów"

Wracając do Franka, dla mnie pana dyrektora Franka, lubię go. To sympatyczny człowiek. Odpowiadał na „dzień dobry”, gdy się mijaliśmy na sesji rady miasta. Raczej nie zadzierał nosa. Nie był bufonem. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. No i, muszę to przyznać, był (i nadal jest) dość przystojnym facetem z niezłym gustem, jeśli chodzi o stylówkę.

Jako urzędnik grał o pełną pulę. Nie stosował półśrodków. Zawsze chciał być pierwszy. W Polsce. W Europie. Na świecie. Nieprzypadkowo w swoim opisie na portalu Linkedin ma: the best or nothing.

linkedin.com

Ale jednocześnie – w sensie ideologicznym – był dla mnie kimś w rodzaju metodycznego, konsekwentnego, ideologicznego szkodnika

I nie chodzi nawet o Strefę Czystego Transportu, którą co do zasady popieram, choć mierzi mnie sposób jej wprowadzenia. To tylko przelało czarę goryczy. Problemem było coś znacznie bardziej długofalowego: wieloletnie, etapowe i systemowe zniechęcanie kierowców. Nielogiczne zmiany w centrum. Zwężenia dróg przypominające eksperyment społeczny. Ulice zamieniane w jednokierunkowe labirynty. Ciągłe reorganizacje sprawiające wrażenie, jakby ich jedynym celem było utrudnić życie zmotoryzowanym: i w centrum, i poza nim. Chociaż... to nie było wrażenie. Bo właśnie o to chodziło: maksymalnie zniechęcić do wsiadania do samochodu.

ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY! Jak (i za ile) media pomagają Gibale zostać prezydentem

Oczywiście są tacy, którzy się z tą polityką zgadzają. Uważają, że kierowców trzeba „wychować”, że im trudniej, tym lepiej dla miasta. Ja do nich nie należę. Uważam, że miasto powinno być dla wszystkich. Także dla tych, którzy z różnych powodów wybierają samochód.

Po odwołaniu Franka czytam, że w jego obronie stanęli aktywiści. AKTYWIŚCI. Środowisko, z którego się wywodzi. I dla mnie to najlepsze potwierdzenie, że decyzja o jego odwołaniu była słuszna (choć bardzo spóźniona). Bo jeśli najgłośniej protestuje ta sama grupa, która od lat forsuje jedną, jedynie słuszną wizję miasta, to znaczy, że ta wizja właśnie straciła swojego najważniejszego wykonawcę.

Jeśli aktywiści mówią, że coś jest dobre, to – co do zasady – jest to złe. I odwrotnie.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

To pomaga nam zarabiać. Nie każdy w Krakowie może liczyć na bogatego tatę.

Czytaj także