Przeczytasz w 2-3 minuty
Gibała oskarża Tuska, ale to jego pajacowanie zablokowało Kraków

Łukasz Gibała znów cierpi. Tym razem publicznie. W internecie. Z powodu „blokady” wyborów w Krakowie. Jego lamenty pod adresem premiera Donalda Tuska to jednak czysta polityczna manipulacja dla naiwnych. Gibała doskonale wie, że zegar wyborczy zatrzymał się nie w gabinecie premiera, a na sali sądowej, gdzie rozpatrywany jest protest dotyczący jego własnych „dokonań” w czasie ciszy referendalnej. Jeśli ktoś tu blokuje miasto, to nie „zła Warszawa”, lecz własna pycha polityka, który myślał, że zasady go nie dotyczą. Panie Łukaszu, czas przestać pajacować.

Nasz lokalny lider, mistrz internetowych dram i orędownik „odpartyjnienia” wszystkiego, co się rusza, postanowił ostatnio zapłakać w mediach społecznościowych. Powód? Premier Tusk wciąż nie ogłosił terminu wyborów w Krakowie.

Kadr z filmu Gibały

Gibała grzmi, oskarża, sugeruje ręczne sterowanie lokalną polityką z Warszawy i buduje narrację, w której on jest samotnym sprawiedliwym, a Tusk – złym demiurgiem blokującym demokratyczny proces. Wszystko brzmiałoby nawet przekonująco, gdyby nie jeden drobny szczegół, o którym pan Łukasz – z sobie tylko znanych powodów – „zapomniał” wspomnieć swoim wiernym fanom.

Rzeczywistość kontra narracja

Tusk nie ogłasza wyborów nie dlatego, że tak mu się podoba, i nie dlatego, że boi się konkurencji ze strony krakowskich stowarzyszeń. Premier nie może tego zrobić, bo zablokował go... wymiar sprawiedliwości. W sądzie toczy się sprawa protestu referendalnego.

O co poszło? Między innymi o to, czy pan Łukasz – w przypływie swojej niespożytej energii – nie „pajacował” odrobinę za mocno w czasie ciszy referendalnej, wpływając tym samym na wynik głosowania. Ktoś uznał, że granice zostały przekroczone, skorzystał z przysługującego mu demokratycznego prawa i złożył protest. Sąd rozpatruje sprawę, a zgodnie z procedurami, dopóki ta jest w toku, ręce premiera są związane. Koniec kropka. Żadnego spisku, żadnego sterowania, zwykła procedura prawna.

Demokracja wybiórcza

I tu dochodzimy do najciekawszego punktu. Czy demokracja jest fajna tylko wtedy, gdy służy celom Gibały? Gdy trzeba było zmobilizować ludzi do referendum, hasła o „głosie mieszkańców” i „demokracji bezpośredniej” odmieniano przez wszystkie przypadki. Ale gdy jeden z tych mieszkańców – korzystając z tego samego demokratycznego narzędzia – podważa uczciwość procesu referendalnego, nagle demokracja staje się dla pana Łukasza niewygodna.

To dość komiczny obraz: polityk, który chce rządzić milionowym miastem, zdaje się nie rozumieć (lub udawać, że nie rozumie), jak działają mechanizmy państwa prawa. Albo szanujemy prawo do składania protestów i czekamy na wyrok sądu, albo bawimy się w populizm, w którym „moje chce” jest ważniejsze niż „litera prawa”.

Krakowianie już wybrali

W swoim filmiku Gibała bredzi też, że obecny komisarz miasta nie ma mandatu wyborczego, bo został nominowany, a nie wybrany przez mieszkańców. To urocze, gdyby nie fakt, że to szczyt hipokryzji. 

Przypomnijmy: poprzedni prezydent został wybrany przez Krakowian, a Gibała – swoimi pieniędzmi i działaniami, które teraz bada sąd – doprowadził do jego odwołania.

Jeszcze poprzedni włodarz też miał silny mandat społeczny, wygrał wybory, a Gibała – swoimi pieniędzmi i działaniami, którymi musiała się zająć prokuratura – za wszelką cenę chciał doprowadzić do jego odwołania.

Rodzi się więc proste pytanie: po co mieszkańcom prezydent z mandatem społecznym, skoro Gibała i tak zrobi wszystko, by go obalić, jeśli tylko sam nie siedzi w tym fotelu?

ZOBACZ TAKŻE: Zapadliska, pęknięte domy i... głucha cisza. Sprawy mieszkańców lądują w niszczarce

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także