• Pozycja: Box 2
Przeczytasz w 2-3 minuty
Łukasz Gibała / fot. Łukasz Michalik

Są politycy, którzy idą do studia, siadają naprzeciw dziennikarza i biorą odpowiedzialność za swoje działania. Rozmawiają z oponentami politycznymi i borą udział w debatach. I jest Łukasz Gibała - człowiek, który chce rządzić Krakowem, ale nawet na zwykły wywiad wysyła odpowiedzi mailem.

Ten wielki „obrońca mieszkańców”, „lider zmiany” i wieczny kandydat na prezydenta Krakowa, znowu pokazał klasę. Tym razem nie stawił się nawet na zwykły wywiad. Odpowiedzi wysłał mailem.

Dziennikpolski24.pl i Gazeta Krakowska zaprosiły go na rozmowę o referendum. Tym „obywatelskim”, które niby samo z siebie wybuchło, a pod którym podpisało się 130 tysięcy ludzi (oczywiście bez żadnej politycznej machiny za plecami, jasne). Odmówił. Poprosił o pytania mailem. I wysłał odpowiedzi, które brzmią tak, jakby pisał je cały sztab PR-owców po trzech kawach i z ChatGPT w tle.

To nie kwestia ambicji jednego polityka...

Twarzami są obywatele...

Nie kieruję z tylnego fotela...

Klasyka. Gdyby Gibała był jeszcze bardziej wykrętny, to by napisał, że referendum to w ogóle nie jego pomysł, tylko głos ludu spadł z nieba prosto na biurko mecenasów. A on tylko tak... przechodził obok i podpisał się z nudów.

Najbardziej wymowne było jednak to, jak wykręcająco odpowiadał na najbardziej palące pytanie - o finansowanie akcji referendalnej. Po raz kolejny przyznał, że wspiera i finansuje działania związane z referendum, ale nadal nie odpowiedział na najważniejsze: ile pieniędzy faktycznie na to wydał. Zamiast konkretów znowu były uniki, ogólniki i wygodne przemilczenia. A przecież jeśli ktoś chce uchodzić za wzór transparentności, to powinien umieć jasno powiedzieć, jakie środki angażuje w polityczną akcję prowadzoną na tak ogromną skalę.

Łukasz Gibała - mistrz uników / fot. Łukasz Michalik

Gibała od lat gra w tę samą grę: z przodu „Kraków dla Mieszkańców”, z tyłu – pieniądze, kontakty, media zaprzyjaźnione i dyskretne sterowanie. Referendum? Obywatelska inicjatywa. Finansowanie? Przekażcie pytania mecenasowi. Współpraca z kontrowersyjnymi środowiskami? „Hipokryzja KO!”. A jak przychodzi co do czego – cisza, mail i dystans tylnego fotela.

Gość chce rządzić Krakowem, ale nie chce odpowiadać na pytania. Marzy o fotelu prezydenta, ale woli kampanię prowadzić z cienia. Woła „do boju!” rękami innych, a sam woli bezpieczną pozycję „kibica z trybuny VIP”.

Jak referendum wyjdzie – super, będzie miał kolejną szansę. Jak nie wyjdzie – no cóż... „to nie była kwestia ambicji jednego polityka”. Zawsze można umyć ręce.

ZOBACZ TAKŻE: Pusta urna – najgorszy koszmar Gibały, Berkowicza i Brauna

Bo najłatwiej jest kreować się na lidera wtedy, gdy nie trzeba spojrzeć nikomu w oczy. Trudniej zrobić to wtedy, gdy pada pytanie: „kto za to płaci?”. I trzeba odpowiedzieć konkretnie, a nie PR-ową formułką.

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także