Przeczytasz w 2-4 minuty
fot. Klaster Rybitwy

Stanisław Mazur nie mógł tego wygrać, mógł tylko wybrać styl, w jakim spektakularnie wyleci z magistratu. Jako główny hamulcowy Krakowa i prowodyr paraliżu w kluczowych aspektach funkcjonowania miasta, był politycznym trupem, o czym doskonale wiedzieli i prezydent, i radni, i on sam. Zamiast jednak pakować kartony w ciszy, były wiceprezydent postanowił odpalić bombę atomową: przed samym referendum koncertowo zawalił metro, uziemił plan ogólny i rozwścieczył 20 tysięcy pracowników Klastra Rybitwy. To nie było samobójstwo, to był brutalny sabotaż na żywym organizmie miasta.

Gdy krakowianie szykowali się do referendum w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego, Stanisław Mazur miał już pełną świadomość, że jego dni przy Placu Wszystkich Świętych są policzone.

Scenariusz pisał się sam: gdyby mieszkańcy pogonili prezydenta, Mazur wyleciałby z automatu razem z całym gabinetem. Gdyby jednak referendum okazało się klapą i Miszalski utrzymał stołek, los jego zastępcy wcale nie byłby lepszy.

Stanisław Mazur / fot. wikimedia

Mazur nie był ofiarą pecha ani politycznych układów. Stał się głównym hamulcowym i prowodyrem gigantycznego zamieszania w strategicznych obszarach Krakowa. Prezydent doskonale o tym wiedział, a radni miejscy mówili o tym głośno od miesięcy. Z takim obciążeniem u boku Miszalski nie miał szans na nowy początek, dlatego dymisja Mazura tuż po głosowaniu była rzeczą oczywistą. W najlepszym wypadku pozwolono by mu „odejść na własnych warunkach”, żeby medialny komunikat wyglądał ładnie. Finał był jeden: Mazura i tak by nie było.

Protokół „Maksymalne Wkurzenie”

Skoro wyrok i tak zapadł, były wiceprezydent uznał najwyraźniej, że nie ma już nic do stracenia. Zamiast jednak gasić pożary i ratować resztki wizerunku szefa przed referendum, Mazur zachowywał się tak, jakby celowo odpalił protokół totalnej destrukcji.

Na pierwszy ogień poszły legendarne już opóźnienia przy budowie metra. Projekt, który osobiście nadzorował, zamiast być flagowym sukcesem ekipy, stał się symbolem urzędniczej nieudolności i koncertowo kładzionych terminów.

Jakby tego było mało, oliwy do ognia dolał całkowity paraliż związany z brakiem planu ogólnego oraz strategii rozwoju miasta. Kolejne kluczowe tematy, które leżały bezpośrednio na biurku wiceprezydenta, utknęły w martwym punkcie. Kraków stanął w rozkroku, a wściekli mieszkańcy i inwestorzy bezradnie patrzyli na urzędniczą niemoc człowieka, który miał pchać to miasto do przodu.

Zamach na Rybitwy

Gdy wydawało się, że bardziej krakowian przed samym referendum wkurzyć się już nie da, profesor Mazur postanowił postawić kropkę nad „i”. Na kilka dni przed kluczowym głosowaniem przeprowadził ostateczną, bolesną ofensywę, uderzając w żywy organizm gospodarczy miasta. Chodzi o Klaster Rybitwy. Działania wiceprezydenta doprowadziły do furii i postawiły na równe nogi bagatela – dwadzieścia tysięcy ludzi!

Efekt? W dniach poprzedzających referendum, zamiast spokojnej kampanii, przed krakowskim magistratem rozegrały się dantejskie sceny. Oglądaliśmy wielkie, głośne i zdeterminowane protesty pracowników klastra, którzy z transparentami w rękach drżeli o swoje miejsca pracy i przyszłość firm. Mazur własnoręcznie wyprowadził na ulice zorganizowaną armię wściekłych obywateli, dając im jasny sygnał, jak głęboki i niebezpieczny jest paraliż decyzyjny w mieście.

Jeśli to nie był świadomy, brutalny sabotaż własnego szefa, to był to najdziwniejszy i najbardziej destrukcyjny taniec wojenny w historii krakowskiego samorządu.

Protest przed magistratem / fot. Klaster Rybitwy

Mazur jako główny architekt tego bałaganu nie mógł wygrać.

Odszedł jednak na własnych warunkach: z hukiem petard, dymem flar i okrzykami rozgoryczonych krakowian pod oknami gabinetu.

Polityczny powrót żywego trupa?

Najbardziej groteskowy w tym wszystkim jest fakt, że dziś – po tym całym festiwalu destrukcji – Mazur na poważnie zastanawia się nad… startem w wyborach na prezydenta Krakowa.

Szanse? Okrągłe zero.

Z jego dawnego, sondażowego poparcia sprzed dwóch lat nie zostało dziś absolutnie nic poza gigantycznym rozczarowaniem i długą listą zawiedzionych nadziei. Dlaczego więc w ogóle o tym myśli? Odpowiedź jest prozaiczna: były wiceprezydent po prostu nie ma dokąd wracać.

Na Uniwersytecie Ekonomicznym, którego był rektorem, chyba nikt za nim nie płacze i nikt za bardzo nie tęskni. Odchodząc do polityki, spalił za sobą mosty, a krakowski magistrat bezlitośnie zweryfikował jego menedżerskie legendy.

Mazur został z niczym. Bez realnego poparcia, bez powrotu na uczelnię i z łatką człowieka, który potrafi zamienić w kryzys nawet najprostszą urzędniczą procedurę.

ZOBACZ TAKŻE: UJAWNIAMY. Ten tajny dokument podpisano dwa dni przed referendum!

Podobał Ci się ten tekst? Udostępnij go znajomym i obserwuj nas w mediach społecznościowych!

Czytaj także

Nic tu jeszcze nie ma :)